Zbliża się już koniec roku szkolnego, bo
oto jest 1 czerwca, Dzień Sportu. W sali gimnastycznej
przygotowujemy się do pokazu sportowego. Trzy klasy naraz. Pokaz był
taki sobie, bo wymuszony i nikomu z nas nie dawał większej
satysfakcji.
(Hi,
hi!... Trzy klasy i tylko jedna blond łepetyna... Moja).
Ciągle
spoglądałyśmy na zegarki. Chciało się już być poza murami tego
przybytku, bo na dworze cudowna pogoda. A na podwórku szkolnym
czekały nas jeszcze krótkie pokazy, ale w promieniach słonecznych
zawsze to raźniej i weselej.
No ale
póki co, trzeba jeszcze wykonać to, czego od nas wymagano. Potem
łaskawie już wypuszczą nas wreszcie na dwór. Wszystkie pokazowe
ćwiczenia wykonałyśmy bezbłędnie. Profesorki od WF-u są
zadowolone. To i dobrze, bo może ich zadowolenie udzieli się też i
nam.
Po gromkich brawach widzów, czyli ciała pedagogicznego
i uczniaków, poczułyśmy już w pełni zadowolenie. Ale i tak
tęsknym okiem spoglądałyśmy na okna, na których słoneczko
ścieliło swoje cudowne złote promienie. Jeszcze tylko jeden pokaz
i jazda na podwórko... Huuurrraaa!
No
wreszcie w słoneczku. Pokażemy jeszcze, co potrafi nasza klasa i
wreszcie będzie można odsapnąć. Przed wejściem do sali
gimnastycznej zebrała się dość spora grupa widzów, więc staramy
się dobrze wypaść. Nawet nam się to udaje, wszak dużo
ćwiczyłyśmy na lekcjach WF-u pod okiem naszej pani profesor.
Hmmm...
No może tylko Hela stoi w zbyt szerokim rozkroku, ale chyba tego
nikt nie zauważył, bo brawa dostałyśmy gromkie. Pamiętam, że
Hela zawsze po lekcjach WF-u, kiedy ćwiczyłyśmy układ piramid,
psioczyła na Krysię, że całym ciężarem przechyla się na jej
rękę i kazała jej choć trochę samej trzymać się ziemi.
Widocznie
Krysi to łatwo nie przychodziło, więc nic dziwnego, że i tym
razem jest podobnie, i choć Hela robi dobrą minę, rozkracza się
zdrowo.
Nie to,
co Kazia, ta to stoi równiutko, wyprostowana i zupełnie nie odczuwa
mojego ciężaru. Bo też ja, urodzona gimnastyczka, nie jedną
figurę, nawet akrobatyczną, potrafię zrobić.
Łatwo
jest mnie wszędzie rozpoznać, i to nie tylko ze względu na moje
wygimnastykowanie, ale na mój biały łeb, ponieważ jestem jedyną
blondynką w klasie. Poza mną większość to szatynki, kilka
brunetek i jedna ruda... Ha, coś mi się wydaje, że jestem jedyną
właścicielką blond łepetyny w całej szkole.
Śmieszył
mnie profesor od Biurowości, bo zawsze zwracał się do mnie: —
„Blond Wenus Czerwononóżka”. Fajnie, nie? Nie wiem, czemu
"Wenus", a że "Czerwononóżka" to ze względu
na moje ulubione czerwone rajstopy, które często miałam na nogach.
Druga
piramida wyszła nam wspaniale. Hi, hi!... na solidnej postawie w
postaci postawnej Eli nie ma prawa się zawalić. Wprawdzie Ela
niewiele musiała się przy niej namęczyć, ale swoją posturą
robiła wrażenie stabilności i równowagi piramidy.
Potem
jeszcze kilka innych piramid zaprezentowałyśmy i byłyśmy
już wolne. Wreszcie mogłyśmy się przebrać w normalne ciuchy,
poprawić fryzury... i heya! w miasto.
Cieszyło
nas to bardzo, tym bardziej że to tylko ze względu na szkolne
święto wspaniałomyślnie pozwolono nam przyjść do szkoły w
swoich normalnych ciuchach.
A to dla
nas rzeczywiście wielkie święto, bo tak na co dzień to tylko
nakazy, zakazy i źle pojęta dyscyplina. Brrr… strasznie
niesprawiedliwy to był czas. Chociaż nie, bo z tego, co
zaobserwowałam, to chyba jednak nie dla wszystkich był taki znów
„brrr”. Dla dziewcząt z klasy tak zwanej "miejscowych"
nie był z pewnością. One zawsze miała fory, i to pod każdym
względem. Mogły się nawet ubierać bardziej swobodnie niż my,
dziewczyny dojeżdżające z innych miast i wiosek.
Wiem, co
mówię, bo ja zawsze miałam problemy za swój wygląd. Od kiedy
mini weszło do mody, parę razy lądowałam w gabinecie dyrektorki,
by się wytłumaczyć ze swojego ubioru i złożyć solenne
przyrzeczenie, iż będę ubierała tylko spódniczki do połowy
kolan, jak na uczennicę przystało.
Niektóre
dziewczyny z klasy miejscowych też zaczynały nosić mini, ale jakoś
żadna z nich nigdy nie musiała się z tego tłumaczyć w gabinecie
dyrektorki. Co za niesprawiedliwość! Dlaczego tylko ja? Odpowiedź
przyszła niebawem.
Nasz
wychowawca udzielił mi jej na lekcji wychowawczej. Otóż okazało
się, że to profesorka Ekonomii ciągle na mnie nadaje do pani
dyrektor. Ta zarozumiała i zadufana w sobie stara panna. Ona od
dawna była znana z tego, że z lubością tępiła wszystkie
dziewczyny, które w miarę były ładne i potrafiły się podobać.
Sama zaś stroiła się aż do przesady i jeszcze do tego romansowała
z zastępcą dyrektorki. Aż nieprzyjemnie było na to patrzeć,
wszak on był żonatym facetem.
Co za
obłudnica! Raz na lekcji wezwała mnie do swojego biurka i ku mojemu
ogromnemu zaskoczeniu z centymetrem w ręku przystąpiła do
mierzenia mojej spódniczki. Wreszcie, kiedy już ją zmierzyła, z
niesmakiem stwierdziła, iż wygrała zakład z profesorką od
Historii.
W końcu
wyszło na jaw, że obie się założyły o to, czy moja spódniczka
jest krótsza od strony Trybuny Ludu, czy dłuższa. Była krótsza.
Cała klasa była zdumiona jej miną. Ja z resztą też. No bo skoro
zakład wygrała, to czemu ta jej mina była taka zniesmaczona?
Byłam
pewna, że za tą jej miną pójdą dalsze konsekwencje. No i poszły,
gdyż już na drugi dzień w gabinecie pani dyrektor, od długiego
stania, robiłam doły w jej dywanie. Wkurzyłam się nie na żarty
tym ciągłym prześladowaniem mnie za moją spódniczkę i wzięłam
się na sposób.
Jaki? Już
opowiadam. Otóż przyszyłam do mojej spódniczki jedną część
zamku błyskawicznego, drugą zaś naszyłam na kawałek takiego
samego materiału co moja spódniczka, i gdy szłam do szkoły, tę
część przedłużenia spódniczki doczepiałam, a kiedy ze szkoły
wychodziłam, odczepiałam… No i wyszło na to, że i wilk był
syty i owca cała.
Dzięki
mojemu fortelowi zaznałam chwilowy spokój i przez jakiś czas dołów
w dywanie pani dyrektor nie robiłam.
* Wspomnienia te dedykuję
mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej
i dzisiejszej młodzieży
w Polsce.