Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści o poważnej i żartobliwej treści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści o poważnej i żartobliwej treści. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2025

Satyra samoistna — z Marszałkiem Hołownią, jako bohaterem

Kiedy dziś rano zajrzałam na mój profil na Facebooku, od razu przykuła mój wzrok lewa strona — ta, gdzie wyświetlają się wszystkie obrazki z moimi autorskimi tekstami. I co się stało? Buchnęłam takim śmiechem, że aż oblałam się kawą trzymaną w dłoni!

A cóż to takiego mnie tak rozbawiło? Ano, wśród wielu mniej lub bardziej poważnych obrazków, zobaczyłam jedno prawdziwe cudo — konfigurację, która sama się stworzyła!

Niby nic niezwykłego: każdy z tych obrazków zawierał wierszyk o zupełnie innym temacie. Ale w tej akurat „obciętej konfiguracji”, że się tak wyrażę, los postanowił zabawić się w poetę — i ni stąd, ni zowąd powstała z tego zupełnie nowa satyra. Jak to możliwe?

Otóż na górnym obrazku widniał mój wierszyk „Zemsta Stalina” — o barszczu Sosnowskiego, tym „prezencie” od naszych wschodnich sąsiadów. A pod nim — "Jaki marszałek, taka polityka", czyli o zdradzie Szymona Hołowni.

I nagle, patrzę — a tu tylko ich pierwsze wersy, przypadkiem ułożone jeden pod drugim, zaczynają mówić jednym głosem! Choć pisane były w innej formie, w innym rymie i zupełnie nie do pary, treściowo — o dziwo! — dopasowały się do siebie jakby z premedytacją. I tak oto powstała... satyra samoistna.



Wygląda na to, że Facebook też ma poczucie humoru. Ale dla jaśniejszego przekazu, który — z pewnością będzie bardziej zrozumiały dla tych, co choć trochę znają życiorys bohatera satyry — sama również zrobiłam (kliknij w obraz) nieco wyraźniejszy kolaż tego facebookowego dzieła. 


niedziela, 14 kwietnia 2024

Wystrzałowa przygoda na poligonie wojskowym

Pamiętam tę przygodę doskonale. Tamtego roku, choć wiosna kalendarzowa trwała już dziesięć dni, zima nie chciała odpuścić i ogromne ilości śniegu zalegały góry i lasy. Ale że ja od zawsze lubię też i takie zimowe wędrówki, pomaszerowałam w las i wtedy. Z tym że pomaszerowałam nie w mój pobliski las a w nieznany, w którym wcześniej nigdy jeszcze nie byłam. Pewnie miałam wiele spaw do przemyślenia. Szłam sobie i szłam zamyślona, nie patrząc w ogóle, gdzie idę. Nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam ostre strzały z karabinów maszynowych. Całą serię. Zdębiałam! Strach mnie na moment sparaliżował, ale już po chwili zerwałam się do ucieczki. Gnałam co sił w nogach. A kiedy serie z karabinów spotęgowały się, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że mało nóg w zaspach śnieżnych nie pogubiłam.

Kiedy tak zasuwałam z duszą na ramieniu, zobaczyłam nagle ogromny szyld, którego wcześniej wcale nie zauważyłam. Szyld ogłaszał byczymi literami: „Das Militär Übungsgelände — das Verbot der Übertretung” (tłum. Poligon wojskowy — zakaz przekraczania). Pojęcia nie mam, czemu tego szyldu wcześniej nie zauważyłam. Czy aż taka zamyślona byłam, czy może dlatego, że zbyt dużo śniegu było dookoła. Nieważne. Ważne, że udało mi się wydostać z terenu poligonu bez szwanku. Kurczę... to by było, gdyby mnie Niemiec ustrzelił. I to tak głupio!




Jak już się znalazłam w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem kul, przyszło mi przeżyć jeszcze jedną niedogodność, że się tak delikatnie wyrażę. Otóż z nagła poczułam potęgujące pieczenie w okolicy krzyża. Musiałam się co rusz zatrzymywać i nacierać to miejsce śniegiem, aby choć trochę załagodzić ten piekący ból.

Skąd to pieczenie? Ano stąd, że przed wyjściem z domu, przez to, że od rana odczuwałam jakiś dziwny ból w odcinku lędźwiowo-krzyżowym (pewnie po ostrym odśnieżaniu wokół domu w dniu poprzednim), nasmarowałam to miejsce silnie rozgrzewającą maścią z jadu żmii. Widocznie pod wpływem potu maść zaczęła działać ze spotęgowaną mocą. A że w czasie ucieczki spociłam się jak szczur, paliło mnie żywym ogniem.

Po przyśpieszonym powrocie do domu natychmiast wskoczyłam pod zimny prysznic. Moje dzieci, gdy mnie zobaczyły z plecami spieczonymi na raka, i kiedy wysłuchały mojej „poligonowej opowieści”, najpierw były wystraszone, ale już po chwili buchnęły śmiechem i jednomyślnie orzekły — „Szalona ta nasza mamuśka”.

No fakt, przyznam szczerze, że dzieci mają rację, jestem szalona. Ale od razu dodam, że zupełnie nieszkodliwie dla innych. I że lubię siebie taką. Przynajmniej zawsze coś się wokół mnie dzieje, coś, co w sumie wywołuje uśmiech na twarzy... Jak nie na już, to później, z perspektywy czasu, urastając do rangi anegdoty opowiadanej w gronie rodzinnym i bawiącej wszystkich. Mnie też.

Mój syn, jako że jest moim prezentem urodzinowo-imieninowym, siłą natury, jest podobnie szalony jak ja. Kiedy się do siebie dorwiemy i opowiadamy swoje przygody, boki zrywamy ze śmiechu. Moja córka zaś, wsłuchując się w nasze opowieści, puka się palcem w czoło... Ale to pewnie z miłości do nas, bo przy tym pukaniu na twarzy ma zawsze pobłażliwy uśmiech, zmieniający się w mig w serdeczny. Jednak i jej, choć jest poważna z natury, zdarza się czasami spłatać jakiegoś figla.

W tym miejscu dodam jeszcze, że przed laty, przed maturą, też miałam okazję przeżyć niezwykłą przygodę na poligonie wojskowych, ale w Polsce i zupełnie innego rodzaju. Pisałam o niej m.in. w opowiadaniu pt. "Kanonier z przypadku".

***

Żartowałam sobie o „ustrzeleniu przez Niemca”, ale to nie jest do końca żart w naszym przypadku, ponieważ mój syn, dawno temu, jako nastolatek, przez takiego jednego Niemca kulą został trafiony. Niby dla żartów. Idiota celował z wiatrówki w jego kask, gdy on siedział na swoim motorze. Niestety, skończyło się, jak się skończyło. To jednak temat na inne opowiadanie.

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


sobota, 6 kwietnia 2024

Zabawa w gabinecie lekarskim

Parę dni temu, w umówionym wcześniej terminie, wybrałam się z wizytą do lekarza laryngologa. Nie, chora nie byłam. Celem kontroli tylko. Po zameldowaniu się w rejestracji przeszłam do poczekalni, gdzie siedziało już, albo jeszcze, pięciu pacjentów. Zmartwiłam się. Pomyślałam, że zanosi się na dłuższe czekanie, a ja czekania strasznie nie lubię. Wręcz chora się robię, kiedy muszę tracić czas na czekanie.

Spokojnie wytrzymuję jakieś pół godziny, potem zaczynam się już niecierpliwić i albo idę do rejestracji się przypomnieć, albo, kiedy czekanie nadal się przedłuża, idę po prostu do domu.

Lekarze, z których porad korzystam już ponad trzydzieści lat, już mnie dobrze znają — względem braku cierpliwości na czekanie i zazwyczaj przyjmowana jestem w umówionym terminie. Tym razem zanosiło się jednak na dłuższe czekanie. Te pięć osób o tym świadczyło. A ja, pech jeszcze chciał, zapomniałam wziąć z domu książkę do czytania.

Posiedziałam zdegustowana jakiś kwadrans, czytając jednak coś tam, bo w poczekalni czasopism od groma, kiedy, ku mojemu ogromnemu zadowoleniu, zostałam poproszona przez pielęgniarkę do jednego z gabinetów lekarza. Zerwałam się z krzesła i wesoło z nią rozmawiając, pomaszerowałam w wyznaczonym przez nią kierunku.



W gabinecie rozsiadłam się w fotelu i cierpliwie czekałam na wejście pana doktora. W końcu mi cierpliwości brakło, bo minął kolejny kwadrans, a doktora ani widu, ani słychu. Zaczęłam rozglądać się po gabinecie. Wtedy usłyszałam dobiegający przez okno gwar bawiących się dzieci. Podeszłam do okna i otworzyłam je.

Z przyjemnością chwilę przyglądałam się radośnie bawiącym się dzieciakom. Potem je obfotografowałam (aparat fotograficzny mam zawsze przy sobie) okolice także, bo też widok z trzeciego piętra na miasto był imponujący.



Wreszcie zamknęłam okno, bo było zbyt zimno i wiał przenikliwy wiatr. Rozglądnęłam się po ścianach gabinetu i obfotografowałam wszystkie obrazki tam wiszące, zmieniając je oczywiście według własnej fantazji… A lekarza nadal nie było.

Zaczęłam się wkurzać, gdyż pół godziny już minęło. No to żeby się całkiem nie wkurzyć, a co gorsza, nie nudzić, szukałam dalszego zajęcia. W końcu zaczęłam się przyglądać swoim nogom w promieniach słońca wpadających do gabinetu. Promienie prześwitywały przez zasłonę w oknie i z moimi nogami tworzyły nawet dość fajną kompozycję.



Puściłam wodze fantazji… i znów na chwilę odpłynęłam w abstrakcję, zapominając tym samym, że czekam na lekarza.

Gdzie byłam, co robiłam, i co widziałam, nie zdradzę, ale przyznam, że całkiem fajnie się bawiłam. W końcu znudziły mnie moje nogi. Zaczęłam patrzeć w sufit. Był nieskazitelnie biały. Ale przecież biel może być też i kolorowa… Nie? W wyobraźni wszystko jest możliwe. A kiedy i sufit przestał mnie bawić, zaczęłam „wspinać” się po schodkach stojących przy lekarskiej kozetce. A oto kolaż z malutkiej tylko części wizualnych efektów mojej zabawy:



I kiedy akurat mocno zajęta byłam "wspinaniem" się po stopniach i fantazjowaniem, drzwi się nagle otworzyły i z szerokim uśmiechem wszedł pan doktor. Byłam bardzo zaskoczona jego nagłym widokiem, ale odpowiedziałam mu równie szerokim uśmiechem. Niech sobie nie myśli, że czekaniem na niego jestem zniecierpliwiona, albo, co gorsza, znudzona.

Kiedy wróciłam do domu i pokazałam córce wszystkie moje „dzieła” z gabinetu lekarskiego, zaśmiała się i powiedziała:

Dobrze, że to twoje, skądinąd wcale nie aż tak długie czekanie na lekarza miało miejsce w Niemczech, a nie w Polsce, bo Andy Warhol, gdzieś tam w zaświatach, mógłby się poczuć poważnie zagrożony.


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


niedziela, 4 lutego 2024

Wakacyjne wspomnienia z dziwnymi zawodami sportowymi w tle

Wreszcie wakacje. Można w końcu, choć na krótko zapomnieć o szkole, o tym niezbyt przyjaznym klasztorze. Nie bez kozery nasza szkoła była nazywana klasztorem. I to nie tylko ze względu na dyscyplinę, ale i na historię budynku, w którym się mieściła. Był adoptowany po przedwojennym klasztorze.

No ale nastał czas wakacji, nareszcie mogłam spotkać się ze swoimi kolegami z podstawówki, z którymi od najmłodszych lat się bawiłam, a którzy rozjechali się po Polsce do swoich nowych szkół. Lubiłam słuchać ich opowieści z ich nowego szkolnego życia.

Martin, jeden z moich najlepszych kolegów miał zawsze wiele do opowiadania. Najbardziej zaciekawiła mnie jego relacja z mistrzostw szkół wrocławskich w strzelaniu z KBKS-u, w których zajął pierwsze miejsce i o tym wszystkim, co się potem działo. Sama radość i świętowanie.



To ja rozumiem, docenionym i wyróżnionym chce się chodzić do szkoły. W mojej szkole, a dokładniej — w klasie trudno było się czymś wyróżnić albo coś osiągnąć, bo często już na przedbiegach zostawało się storpedowanym. Dlaczego? Tak działa babiniec.



Z Jasiem też bardzo chętnie się spotykałam, bo to nie tylko wspaniały kolega z podstawówki, ale również syn przyjaciół moich rodziców. Bardzo go lubię, bo jest taki miły i romantyczny. A przede wszystkim oczytany i dobrze ułożony.

Właściwie to spotykaliśmy się najczęściej we trójkę, bo też i ze Staszkiem ciągle trzymamy się razem. Wprawdzie mniej już szalejemy na dwuśladach mechanicznych, bo nasze stare komarki poszły na złom, a innych nie mamy. Niekiedy udaje nam się jednak od kogoś łaskawego pożyczyć. Oczywiście nie za darmo. Ale to już nie to, co wcześniej. Teraz więcej zajmujemy się muzyką. Staszek fajnie gra na gitarze, a Jasiu ładnie śpiewa.

Za każdym razem rozpływałam się w marzeniach, kiedy śpiewał mi piosenkę Jacka Lecha pt. „Bądź dziewczyną z moich marzeń”.

Bądź dziewczyną z moich marzeń, moich wspomnień,
bądź pamięcią, której nie da się zapomnieć,
bądź piosenką, którą rzucam wiatru śladom,
bądź mą myślą, moim światem!

Bądź dziewczyną z moich marzeń, moich wspomnień,
dniom wczorajszym, który dzisiaj wraca do mnie,
moją troską i radością, i tęsknotą,
gwiazdą, która świeci pustą nocą!

Bądź nadzieją, bądź mą wiosną i jesienią,
krzykiem ptaków gdzieś wysoko ponad ziemią,
bądź uśmiechem wśród tysiąca drobnych zdarzeń,
bądź dziewczyną z moich marzeń!

Czas wakacji jak zwykle niemiłosiernie szybko leciał. Połowa wakacji za mną. Robiłam jednak wszystko, aby nie myśleć o szkole. Zgodziłam się nawet, na prośbę tatusia, wziąć udział w Zakładowych Zawodach Sportowych w Chybiu. Wszak jestem dobrą sprinterką już od podstawówki.

Z pełnym zaangażowaniem i oddaniem starowałam na wielu zawodach LA. Z tak pełnym, że po jednych z nich aż w szpitalu wylądowałam. Dlaczego? Ano dlatego, że po falstarcie w biegu na 100 m, o którym nas zawodniczki poinformowano łaskawie dopiero na mecie, kazano nam biec od razu po raz drugi. Wprawdzie i za drugim razem zajęłam pierwsze miejsce, ale niestety po tym jakże ogromnym wysiłku uwięzła mi przepuklina i wylądowałam w szpitalu na operacji. A operację tę, notabene, zrobiono mi na żywca... Kurka wodna! Lekarze stwierdzili, że mam powiększone serce i nie chcą ryzykować. A ja takie duże serce mam od urodzenia... i wcale nie jest to jego wada.

Na rzeczonych zawodach w Chybiu, ku mojemu zadowoleniu i dumie tatusia, zajmuję również pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak niedane nam było się z tego faktu cieszyć, gdyż po paru minutach powiadomiono mnie, że zostałam zdyskwalifikowana. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach, a nie na bosaka, jak reszta zawodniczek.

Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. A wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach. A tak w ogóle, to co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku... się pytam?

Na drugi start, na bosaka, nie dałam się namówić. Raz, że duma mi nie pozwalała, a dwa, że miałam złe doświadczenie. Wszystkie biegi pozostałych bosonogich zawodniczek przesiedziałam w tych moich nieszczęsnych kolcach z siostrą na murawie boiska, psiocząc na zacofane układy wśród tutejszych działaczy sportowych. No bo co miałam zrobić? Na układy nie ma rady!

Zaczęłam żałować, że tak jak moja siostrzyczka Teresa, nie przyjechałam do Chybia, aby sobie tylko poparadować wystrojonej... Że też mi się zachciało startować! Na szczęścia humor mi się nieco poprawił, bo po godzinie udaje mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. No, niech se nie myślą! Cholewcia! Starą, doświadczoną sportowczynię tak potraktować?!

Tatuś znów był dumny. Ja nie, ale przynajmniej nie byłam już taka wściekła. Bo cóż to za wielkie zawody sportowe były? Nie dość, że bosonogie, to jeszcze nieuczciwe. Gdybym nie zajęła pierwszego miejsca, to z pewnością nikt z organizatorów nawet by nie zauważył, że mam kolce na nogach.

Martin też miał biec w kolcach, ale że mężczyźni startowali dopiero po kobietach, to do nich już dotarło, że kolce są be. Po całej tej niby sportowej imprezie mieliśmy czas na odpoczynek i refleksje. No i dwóch zawodników, czyli Martin i ja, trzymając w rękach zakazany detal sportowy, czyli swoje kolce, popsioczyliśmy sobie, ile wlezie na tę dziwolongowatość sędziów sportowych i całe te w rezultacie komiczne zawody.

Dwóch "niezawodników", czyli moja siostra Teresa i kolega Rysiek ochoczo nas wspomagali w psioczeniu. Nie powiem, trochę nam to pomagało. A potem, widząc tatusia zadowoloną minę, to już się nawet cieszyłam, bo też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tak zwanych sportowych zawodach.




* Wspomnienie to dedykuję mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej i dzisiejszej młodzieży w Polsce.


niedziela, 21 stycznia 2024

Wspomnienia z lat szkolnych z dedykacją*

Zbliża się już koniec roku szkolnego, bo oto jest 1 czerwca, Dzień Sportu. W sali gimnastycznej przygotowujemy się do pokazu sportowego. Trzy klasy naraz. Pokaz był taki sobie, bo wymuszony i nikomu z nas nie dawał większej satysfakcji.


(Hi, hi!... Trzy klasy i tylko jedna blond łepetyna... Moja).


Ciągle spoglądałyśmy na zegarki. Chciało się już być poza murami tego przybytku, bo na dworze cudowna pogoda. A na podwórku szkolnym czekały nas jeszcze krótkie pokazy, ale w promieniach słonecznych zawsze to raźniej i weselej.

No ale póki co, trzeba jeszcze wykonać to, czego od nas wymagano. Potem łaskawie już wypuszczą nas wreszcie na dwór. Wszystkie pokazowe ćwiczenia wykonałyśmy bezbłędnie. Profesorki od WF-u są zadowolone. To i dobrze, bo może ich zadowolenie udzieli się też i nam.





Po gromkich brawach widzów, czyli ciała pedagogicznego i uczniaków, poczułyśmy już w pełni zadowolenie. Ale i tak tęsknym okiem spoglądałyśmy na okna, na których słoneczko ścieliło swoje cudowne złote promienie. Jeszcze tylko jeden pokaz i jazda na podwórko... Huuurrraaa!

No wreszcie w słoneczku. Pokażemy jeszcze, co potrafi nasza klasa i wreszcie będzie można odsapnąć. Przed wejściem do sali gimnastycznej zebrała się dość spora grupa widzów, więc staramy się dobrze wypaść. Nawet nam się to udaje, wszak dużo ćwiczyłyśmy na lekcjach WF-u pod okiem naszej pani profesor.

Hmmm... No może tylko Hela stoi w zbyt szerokim rozkroku, ale chyba tego nikt nie zauważył, bo brawa dostałyśmy gromkie. Pamiętam, że Hela zawsze po lekcjach WF-u, kiedy ćwiczyłyśmy układ piramid, psioczyła na Krysię, że całym ciężarem przechyla się na jej rękę i kazała jej choć trochę samej trzymać się ziemi.

Widocznie Krysi to łatwo nie przychodziło, więc nic dziwnego, że i tym razem jest podobnie, i choć Hela robi dobrą minę, rozkracza się zdrowo.

Nie to, co Kazia, ta to stoi równiutko, wyprostowana i zupełnie nie odczuwa mojego ciężaru. Bo też ja, urodzona gimnastyczka, nie jedną figurę, nawet akrobatyczną, potrafię zrobić.



Łatwo jest mnie wszędzie rozpoznać, i to nie tylko ze względu na moje wygimnastykowanie, ale na mój biały łeb, ponieważ jestem jedyną blondynką w klasie. Poza mną większość to szatynki, kilka brunetek i jedna ruda... Ha, coś mi się wydaje, że jestem jedyną właścicielką blond łepetyny w całej szkole.

Śmieszył mnie profesor od Biurowości, bo zawsze zwracał się do mnie: — „Blond Wenus Czerwononóżka”. Fajnie, nie? Nie wiem, czemu "Wenus", a że "Czerwononóżka" to ze względu na moje ulubione czerwone rajstopy, które często miałam na nogach.



Druga piramida wyszła nam wspaniale. Hi, hi!... na solidnej postawie w postaci postawnej Eli nie ma prawa się zawalić. Wprawdzie Ela niewiele musiała się przy niej namęczyć, ale swoją posturą robiła wrażenie stabilności i równowagi piramidy.

Potem jeszcze kilka innych piramid zaprezentowałyśmy i byłyśmy już wolne. Wreszcie mogłyśmy się przebrać w normalne ciuchy, poprawić fryzury... i heya! w miasto.





Cieszyło nas to bardzo, tym bardziej że to tylko ze względu na szkolne święto wspaniałomyślnie pozwolono nam przyjść do szkoły w swoich normalnych ciuchach.

A to dla nas rzeczywiście wielkie święto, bo tak na co dzień to tylko nakazy, zakazy i źle pojęta dyscyplina. Brrr… strasznie niesprawiedliwy to był czas. Chociaż nie, bo z tego, co zaobserwowałam, to chyba jednak nie dla wszystkich był taki znów „brrr”. Dla dziewcząt z klasy tak zwanej "miejscowych" nie był z pewnością. One zawsze miała fory, i to pod każdym względem. Mogły się nawet ubierać bardziej swobodnie niż my, dziewczyny dojeżdżające z innych miast i wiosek.

Wiem, co mówię, bo ja zawsze miałam problemy za swój wygląd. Od kiedy mini weszło do mody, parę razy lądowałam w gabinecie dyrektorki, by się wytłumaczyć ze swojego ubioru i złożyć solenne przyrzeczenie, iż będę ubierała tylko spódniczki do połowy kolan, jak na uczennicę przystało.

Niektóre dziewczyny z klasy miejscowych też zaczynały nosić mini, ale jakoś żadna z nich nigdy nie musiała się z tego tłumaczyć w gabinecie dyrektorki. Co za niesprawiedliwość! Dlaczego tylko ja? Odpowiedź przyszła niebawem.

Nasz wychowawca udzielił mi jej na lekcji wychowawczej. Otóż okazało się, że to profesorka Ekonomii ciągle na mnie nadaje do pani dyrektor. Ta zarozumiała i zadufana w sobie stara panna. Ona od dawna była znana z tego, że z lubością tępiła wszystkie dziewczyny, które w miarę były ładne i potrafiły się podobać. Sama zaś stroiła się aż do przesady i jeszcze do tego romansowała z zastępcą dyrektorki. Aż nieprzyjemnie było na to patrzeć, wszak on był żonatym facetem.

Co za obłudnica! Raz na lekcji wezwała mnie do swojego biurka i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu z centymetrem w ręku przystąpiła do mierzenia mojej spódniczki. Wreszcie, kiedy już ją zmierzyła, z niesmakiem stwierdziła, iż wygrała zakład z profesorką od Historii.

W końcu wyszło na jaw, że obie się założyły o to, czy moja spódniczka jest krótsza od strony Trybuny Ludu, czy dłuższa. Była krótsza. Cała klasa była zdumiona jej miną. Ja z resztą też. No bo skoro zakład wygrała, to czemu ta jej mina była taka zniesmaczona?

Byłam pewna, że za tą jej miną pójdą dalsze konsekwencje. No i poszły, gdyż już na drugi dzień w gabinecie pani dyrektor, od długiego stania, robiłam doły w jej dywanie. Wkurzyłam się nie na żarty tym ciągłym prześladowaniem mnie za moją spódniczkę i wzięłam się na sposób.

Jaki? Już opowiadam. Otóż przyszyłam do mojej spódniczki jedną część zamku błyskawicznego, drugą zaś naszyłam na kawałek takiego samego materiału co moja spódniczka, i gdy szłam do szkoły, tę część przedłużenia spódniczki doczepiałam, a kiedy ze szkoły wychodziłam, odczepiałam… No i wyszło na to, że i wilk był syty i owca cała.

Dzięki mojemu fortelowi zaznałam chwilowy spokój i przez jakiś czas dołów w dywanie pani dyrektor nie robiłam.


* Wspomnienia te dedykuję mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej i dzisiejszej młodzieży w Polsce.


poniedziałek, 20 listopada 2023

Niech żyje sport! Wspomnienia z lat szkolnych w PRL

Każdego roku w naszej szkole 1 czerwca hucznie obchodziliśmy Dzień Sportu. Główne pokazy sportowe odbywały się zawsze w sali gimnastycznej, pozostałe na podwórku szkolnym.

Ja, jako stary sportowiec, zawsze brałam w nich czynny udział, i w pokazach, i w organizowanych w tym dniu zawodach międzyszkolnych.

Najpierw jednak w sali gimnastycznej trzeba było odbębnić swoje. Odbębnić to dobre słowo, przynajmniej w przypadku moich czterech koleżanek z klasy. Dlaczego? Ano dlatego, że w naszym inaugurującym Dzień Sportu pokazie — imitującym rozkwitający kwiat biało-czerwonej róży — tak niedbale wykonywały swoją rolę, że ja, jako jej czarny pręcik mało na łeb nie spadłam z tą swoją nie do końca jeszcze rozwiniętą szarfą: "Niech żyje sport"... Ładnie bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem.

Byłam nimi zawiedziona. Bo żeby mnie aż tak krzywo podnosić? Pozostałe dziewczyny, z młodszych klas, występujące jako płatki rzeczonej róży falowały natomiast jak się patrzy. Tylko te moje jakoś w tym dniu niezbyt w formie były.

W końcu po moim dość głośnym syknięciu ze strachu, że zaraz skompromitujemy się przed jakże ogromną widownią, zebrały się jakoś do kupy i wyrównały postawę pręcika, czyli moją.



Wtedy udało mi się nawet tę pergaminową szarfę do końca rozwinąć z dwóch ruloników, tyle że w moich rękach w międzyczasie się porwała przez te niespodziewane turbulencje i moim balansowaniu ciałem dla utrzymania równowagi.

Było to dla mnie zastanawiające, co poszło nie tak? Na treningach przygotowawczych jakoś ten nasz kwiat róży zawsze nam dobrze wychodził. To dlaczego w tym najważniejszym akurat dniu za czorta prawidłowo wyjść nie chciał?

No cóż, pewnie dziewczyny były stremowane występem przed tak dużą publicznością. Zwłaszcza przed profesorami... Kurcze, ale ja też byłam.


czwartek, 22 czerwca 2023

Lato przywitane białymi kwiatami piwonii

Czerwone piwonie już zwiędły, ale białe ciągle pięknie kwitną, czekając zapewne na przyjście Lata.

Witam cię więc Lato tym przecudnym kwieciem, które jest symbolem piękna, lecz także i wstydu, życząc ci, abyś przez cały u nas pobyt nie musiał się przed nami wstydzić, dlatego lepiej oszczędź nam wszelkich niszczycielskich zjawisk atmosferycznych, ale za to byś miał często okazję rozkoszować się naszą ogromną wdzięcznością i uwielbieniem za piękną i słoneczną pogodę... Koniec życzeń.



Lato do życia wokół się budzi,

W jego anturażu nikt się nie nudzi.

Lato każdego postawi do pionu,

kto ruszy dupsko i wyjdzie z domu.


Myślę, że najlepiej jest zacząć wychodzenie do Lata w Noc Świętojańską. Zwaną także Sobótką, Kupalnocką, albo Nocą Kupalną. Jak zwał, tak zwał, ważne, by móc w tę szczególną noc, najkrótszą w roku, w której następuje letnie przesilenie słońca, być na łonie natury. Albo przynajmniej wczesnym rankiem zaraz po.

Każde Lato przywitane w ten sposób zapamiętuje się na zawsze. Przez wszystkie też lata czuje się jego magię, która z roku na rok się w nas kumuluje, czyniąc nasze życie łatwiejszym i przyjemniejszym.


Czas ten pięknej i wyczekiwanej pory roku można spędzać na wiele sposobów. Jednym z nich jest:

Lato z książką w ręku


Warto znaleźć trochę cienia,

gdzieś nad wodą optymalnie,

by zagłębić się w lekturze,

wtedy zwłaszcza gdy upalnie.


Z przyjemnością tak się czyta,

upał wtedy mniej doskwiera,

wrzask dzieciaków nie przeszkadza,

więc nie bierze też cholera.


Książka zawsze uspokaja,

kto ją kocha, rację przyzna,

wszak zasiewa ziarna wiedzy,

w takiej duszy — co jest żyzna.




sobota, 18 marca 2023

Na tropie ostatnich śladów zimy

Nie tęsknię za zimą. Kocham wiosnę. Najbardziej. Ale że lubię wyznaczać sobie cele kolejnych wędrówek rowerowych, to tym razem wyznaczyłam akurat taki, by w lesie poszukać ostatnich śladów zimy.

W tym też celu objeździłam rowerem wiele zakamarków lasu. I?… Nie znalazłam. Nigdzie ani grudeczki śniegu. I bardzo dobrze! Wcale mnie to nie zasmuciło. Wręcz przeciwnie. 

 


Jednak kiedy przejeżdżałam z jednego lasu do drugiego, znalazłam. Na zboczu jednej z gór. Miejsce to z pewnością musiało być sztucznie naśnieżane. To stok narciarski. Nawet nie dotykałem tego białego czegoś. Tylko popatrzyłam i uwieczniłam.

 



Po ponad trzygodzinnej wędrówce postanowiłam wracać do domu. Zanim jednak puściłam się w dół w kierunku miasta, zajechałam jeszcze na moment pod pomnik wędrowca. Bardzo ciekawy pomnik.
Ha! Dziwne! Coś jakby tych "wotów" ubyło. Pamiętam, że jeszcze niedawno wisiały na nim między różnymi atrybutami wędrowców — trzy biustonosze. A nie ma już żadnego. Na to wygląda, bo oglądnęłam pomnik z każdej strony. Komuś się przydały? Czy jaka choinka?

 


A to dobre! Ze śmiechem powiesiłam swój stary breloczek z plecaka i popedałowałam w kierunku domu. Po południu miałam termin u dentysty, postanowiłam więc pojechać na skróty krętą drogą asfaltową. To istna drogowa serpentyna. Można ją z góry podziwiać tylko na jej małym odcinku, i to tylko wtedy, kiedy drzewa są nagie. Za parę tygodni, gdy już będą pokryte liśćmi, takiej możliwości nie będzie.

 


Przypomniała mi się moja przygoda sprzed paru lat ze śniegiem w tle, który był... i się zbył*. Było to w tym samym mniej więcej czasie. Wędrowałam wtedy po lesie w innym celu, nie szukałam resztek śniegu, bo leżało go jeszcze dość sporo, tyle że się stopił w trakcie mojej wędrówki wraz z moimi śladami i nie mogłam znaleźć powrotnej drogi.

  

* śnieg był... i się zbył.


sobota, 4 marca 2023

Pani Zima szykuje się do odejścia

Na to wygląda. W końcu w kalendarzu też jej już niewiele dni zostało. Widać wyraźnie, że powoli przygotowuje się do drogi na południe… I dobrze! Czas na nią! Wprawdzie Europejczykom w tym roku aż tak bardzo się we znaki nie dała, jak Amerykanom na ten przykład. Była jednak jakaś taka dziwna.

U nas, jak to w górach, niemalże co roku jest dużo śniegu. Tym razem jednak niewiele go było. A jak był, to szybko się topił.

A mi w to graj, mówiąc szczerze, bo to codzienne odśnieżanie nieraz mi bokiem wychodziło.

Za miastem w lasach i na polach śnieg się jeszcze gdzieniegdzie utrzymuje. To też dobrze! Bo tam białe widoki są cudowne. Czasem aż dech zapiera, widząc to piękno zimowej natury. Jednak z dnia na dzień jest go coraz mniej. Bo i zimy jest coraz mniej.


Pani Zima okulary zakłada,

W podróż się wybiera… Uwierzycie?

U progu Wiosenka stoi już rada

i aż się rwie, by umilić nam życie.

 


Wiosenka, choć dopiero u progu

to jednak wcale nie próżnuje,

swą wonią wyciąga zwierzynę z barłogów,

a nam cudeńka swe pokazuje.

 


czwartek, 2 lutego 2023

Basset... nasz uparciuch i złodziej

Taki akurat był nasz basset, czyli suczka Malwina (w skrócie Malwa). Oj, naprawdę była psem szczególnym. Nie tylko strasznym uparciuchem i nałogową złodziejką, była przede wszystkim do n-tej potęgi egoistką. O jej życiu i niesamowitych wybrykach książkę można by napisać. Wiele anegdot z nią związanych opisałam w opowiadaniu w dwóch częściach pt. "Pieskie życie Malwiny i moje z nią" (linki na końcu).

Zanim się znów na dobre rozpiszę na temat poczynań Malwy, wspomnę króciutko, co to w ogóle za rasa. Otóż Basset to rasa psa gończego, wyhodowanego we Francji pod koniec XVI w. Ich nazwa pochodzi od francuskiego słowa „bas”, czyli niski. Z natury są upartymi psami myśliwskimi. Bardzo upartymi. Źle znoszą samotność, co ma duży wpływ na ich głośne zachowanie. Są jednak odważne, wytrwałe i oddane. Choć mają rodowód psa myśliwskiego, obecnie hoduje się je głównie jako psy rodzinne. W Polsce w tamtych latach chyba najbardziej znana hodowla tych psów była w Mosznej. Za niesamowitym z wyglądu zamczyskiem znajdowała się ogromna Stadnina Koni i Hodowla Bassetów. Ponoć do dzisiaj jest. Stamtąd też pochodzili rodzice Malwy.



Malwa od szczeniaka była strasznym uparciuchem. A w wieku ośmiu miesięcy, po zaaplikowaniu jej opium przez weterynarza, sfiksowała i stała się jeszcze większym uparciuchem, i do tego… nałogową złodziejką. Dlaczego opium? Pisałam o tym w pierwszej części wspomnianego wyżej opowiadania.

Wszędzie trzeba było ją pilnować, żeby znów czegoś nie zmalowała. Była posłuszna tak długo, jak długo miała na to ochotę.

Przepadała za kiełbachą i ciastem. Kiedy wyczuła gdzieś ich zapach, szła za nim jak po sznurku i trzeba było jej kawałek dać, bo nie dawała spokoju. W krytycznych sytuacjach kawałek kiełbasy czy też ciasta używałam jako wabik, aby zmusić ją na przykład do powrotu do domu.

Wodę, i owszem, Malwa lubiła. Nawet bardzo. Potrafiła wielokrotnie skakać do wody i głęboko nurkować. Jej długie uszy pełniły rolę płetw. Ale jak się okazało, lubiła tylko słodkowodne akweny. Przed morzem miała respekt i tylko przy brzegu moczyła łapy. Gdy przyszła duża fala, uciekała. Czasem aż na wydmy. A tam, niech to szlag trafi!... Fuj!... żarła ludzkie kupy... Co za wstrętni ludzie!

Znów było ostre szorowanie zębów. Malwa tego nie cierpiała. Ale nie było zmiłuj. Po tym zabiegu długo manifestowała swoje niezadowolenie... E tam, niezadowolenie, śmiertelną obrazę. Nie tylko na tego, kto jej te śmierdzące zębiska akurat pucował, ale na nas wszystkich. Profilaktycznie... Żebyśmy se nie myśleli.

W czasie naszego urlopu nad morzem bardzo jej się nudziło w domku campingowym. Zabawy z dziećmi, i owszem, lubiła. Ale do czasu... aż ją też znudziły. Koniecznie chciała na plażę. Tam ożywiona była niesamowicie, niczym ćpun po działce. Z plaży zaś nie można było jej do domku przykludzić. Codziennie robiła taki teatr, że z dnia na dzień przybywało jej coraz więcej widzów. Stała się ulubienicą niemalże wszystkich plażowiczów z naszego sektora. Byli tacy, którzy specjalnie na nią czekali. Zwłaszcza wtedy, kiedy wieczorem trzeba było wracać do domku... a ona protestowała i za czorta nie można było ją do tego nakłonić. W tym przypadku nawet ciastka na nią nie działały. A kiełbasy na plaży w takie upały nikt nie miał. Jak udawało mi się ją koniec końców z plaży wyprowadzić, opisałam w pierwszej części pieskiego życia Malwiny.

Bez względu na pogodę „plażowanie” było konieczne. Nie tylko ze względu na Malwę, ale i na nas samych. Uwielbialiśmy pływać, nawet w czasie deszczu, a może szczególnie w deszczu, bo woda wtedy była wspaniała, ciepła. I ludzi było mało na plaży. Wówczas i Malwa jakby spokojniejsza była... A może znudzona?

Kolejną fascynacją Malwy były podróże. Uwielbiała jeździć. Nie tylko autem. Rowerem także. Jeździłam z nią w taki sposób, że niczym dziecko sadzałam ją w koszyku wiklinowym zawieszonym na kierownicy mojego roweru. Ja z nią z przodu, dzieci na swoich rowerach z tyłu. I tak pędziłyśmy na wycieczki. A im szybciej, tym lepiej. Widać było, że ją to rajcuje, kiedy jej długie uszyska furkoczą na wietrze.

Pewnego upalnego dnia postanowiliśmy z dziećmi pojechać nad jezioro. Zapakowaliśmy wszystko co nam trzeba było na trzy rowery... i ruszyliśmy w drogę. Musieliśmy przejechać prawie przez całe miasto. Jechaliśmy sobie spokojnie, i kiedy akurat przejeżdżaliśmy przez duży most nad Odrą, jakiś zidiociały kierowca TIR-a, jadący z przeciwka, gdy zrównał się z nami, przeraźliwie głośno zatrąbił klaksonem. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki był efekt tego jego wariackiego czynu. Malwa potwornie się wystraszyła i w panice wyskoczyła z koszyka. A że była dodatkowo przymocowana smyczą do kierownicy, to oczywiście wyrżnęłam razem z nią.

Mało nas ten idiota nie przejechał. Ja w krzyk, dzieci z tyłu w płacz, auta jadące z obu stron w pisk ostrego hamowania, przechodnie na chodnikach w osłupienie. Tirowiec pewnie się też wystraszył, bo lekko przyhamował, ale po chwili dodał gazu i szybko odjechał. Kierowcy jadący zaś w tym samym kierunku co my, czekali aż się pozbieramy i zejdziemy na chodnik. Na szczęście nikomu nic się nie stało, tylko Malwa w panice zerwała się ze smyczy... i pognała Bóg wie gdzie.

Szukaliśmy jej wszędzie dookoła, na moście i pod mostem. Dopiero gdzieś tak po kwadransie wypatrzyliśmy ją wśród trzcin na brzegu Odry. A ta na nasz widok — siup! do wody i se pływa.

Z dużej odległości trudno było odgadnąć, czy jest ciągle jeszcze wystraszona, czy już tylko obrażona. Porzuciliśmy swoje rowery i biegiem puściliśmy się w jej kierunku, wołając ją cały czas. Ta jednak za nic nie chciała wyjść z wody.

Tym razem, na szczęście, miałam ze sobą krokiety z grzybami, a że Malwa od jakiegoś czasu za nimi przepadała, to też właśnie krokietem udało mi się ją skłonić do wyjścia z rzeki. Pewnie i w grzybkach dowąchała się jakiegoś narkotyku.

Mimo wszystko było nam jej bardzo żal, że taki szok biedulka musiała przeżyć przez tego durnego tirowca. Tak że wszyscy razem i każdy z osobna przytulaliśmy ją mokrą i głaskaliśmy, przemawiając do niej czule.

W końcu zebraliśmy się jakoś do kupy i ruszyliśmy w dalszą drogę. A kiedy już szczęśliwie dojechaliśmy nad jezioro, ta cwaniara przypomniała sobie, że może coś jeszcze ugrać na zaistniałej wcześniej sytuacji, i tak długo się do nas łasiła, aż wyżarła nam wszystkie krokiety do ostatniej okruszynki.

 

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 1)

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 2)

 

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


piątek, 20 stycznia 2023

Hej na narty! A może lepiej nie? Nie dla każdego ta przyjemność

 Piękna pogoda jest dziś na dworze,

Trudno więc nie być w dobrym humorze.
Śniegiem prószyło przez całą noc,
Białego puchu na dworze moc.

Hej na narty... hejże-ha!

Póki śnieżna zima trwa!

Kto kocha zimę, ten pewnie już wie:

Czas ruszyć w góry, bo serce się rwie.
Ja też uwielbiam zimy uroki,
Zwłaszcza bielutkie narciarskie stoki.

Hej na narty... hejże-ha!

Póki śnieżna zima trwa!


Nic a nic nie przesadziłam w wierszyku z tą dzisiejszą piękną pogodą. Od rana było błękitne niebo i słoneczko świeciło aż miło. Było mroźno, to fakt, ale to i dobrze, bo śnieg kupy się przynajmniej trzymał. A jak jest taka właśnie pogoda, moje dzieciaki wiedzą, że czas ruszyć w góry i serce im się aż rwie, tak kochają jazdę na nartach.

Dziś już z samego rana ruszyły na najbliższy w naszym mieście stok narciarski. A ja po chwili za nimi. W nocy tyle śniegu napadało, że stok narciarski w ogóle nie trzeba było armatkami śnieżnymi naśnieżać. I chociaż słońca na nim jeszcze nie było, bo go góry zasłaniały, to i tak czuło się jego dobroczynne działanie. Och, jak pięknie było na stoku!

Pojechałam za dziećmi nie po to, żeby sobie z nimi poszusować na nartach, a jedynie po to, aby podziwiać ich szusujących. Bo ja, przykra sprawa, ale tego akurat sportu mało co liznęłam. Tak jakoś wyszło. No cóż, jam człowiek z polskich nizin, i jedyne co, to na biegowych nartach trochę jeździłam. Na nartach zjazdowych, niestety nie miałam okazji... Chociaż nie, pardon, przecież miałam.

Mogę do niej przecież zaliczyć swoje dziecięce zjazdy w szachcie przy cegielni na a`la nartach zrobionych ręcznie przez mojego sąsiada stolarza. Wykonał je w ramach majsterkowania ze zwykłych desek, ale za to z dobroci serca. I chyba dlatego zjeżdżało mi się na nich fajowo. Tak że jakieś tam „doświadczenie narciarskie” jednak mam.

Ha, jeszcze i druga okazja mi się przypomniała. Miałam ją już w dorosłości. Było to jakieś trzydzieści parę lat temu, jeszcze w Polsce. Pamiętam, że byłam wtedy z moimi małymi dziećmi w odwiedzinach u mojej starszej siostrzyczki, która mieszka koło Cieszyna. W tym dniu jej trzynastoletni syn wrócił akurat z narciarskiego obozu w Wiśle. Bardzo mi się spodobał jego sprzęt narciarski. Wyraziłam swój żal, że tak bardzo mi się szusowanie na nartach podoba, a niestety nigdy nie miałam okazji tak na poważnie tego sportu się nauczyć. Mój siostrzeniec wtedy na to:

To jaki problem okazję stworzyć? U nas za domem jest wysoka skarpa. Może ciocia tam właśnie spróbować. Ja sam na niej zaczynałem swoją przygodę z nartami.

No wiesz, synu, chcesz żeby ciocia się zabiła?! — moja siostra na to.

E tam... zaraz zabiła — na to ja ze śmiechem. — W razie czego, w razie jakiegoś zagrożenia, wyhamuję pupą. Stary sportowiec ze mnie, nie? Technikę jazdy znam, wprawdzie tylko teoretycznie, ale to zawsze coś... a praktycznie się okaże.

Po czym pokazałam siostrzeńcowi co z techniki wiem, a on mi dał jeszcze kilka wskazówek od siebie... i wcisnął mi na nogi swoje buty narciarskie. No i wszyscy, jak jeden mąż, poszliśmy na skarpę. Dobrze, że nie było daleko, bo w tych buciorach śmiesznie mi się szło. Na szczycie skarpy siostrzeniec przypiął mi narty... i ruszyłam w dół. Bez lęku. A co?! O stchórzeniu mowy i tak być nie mogło. Jakżebym przed dziećmi wyglądała? Ze zjazdu na nartach pamiętam tylko głośny śmiech. Wszyscy się śmiali, ja też. Ze śmiechem zjechałam w dół i zatrzymałam się dopiero pod nogami grupki dzieci ciągnących sanki. A zatrzymałam się oczywiście po ostrym hamowaniu swoimi szanownymi czterema literami. Trochę bolało, ale co tam, ważne że radości mieliśmy wszyscy co niemiara. No i to właśnie była moja pierwsza i jak się okazało ostatnia przygoda z nartami zjazdowymi. Szkoda! Pomijając oczywiście rękodzielne narty mojego ulubionego sąsiada. One też były zjazdowe... I to jeszcze jak! Do dziś pamiętam, jak mnie pupsko nieraz bolało od ostrego wyhamowywania szybkości zjazdu.

Moje dzieci za to szybko się nauczyły sztuki narciarskiej. Już tutaj, w Niemczech. Syn nawet zaczął od snowboardu. Tu mieszkamy w górach. Teraz i wszystkie moje wnuczki szusują. I to jak.

Pamiętam, że aż się popłakałam, widząc mojego sześcioletniego wnuczka, który po dwóch dniach kursu narciarskiego zasuwał po stoku jak stary, bez żadnego lęku, i to już z właściwą postawą narciarza. A jaki był przy tym szczęśliwy. Kiedy zjeżdżając, zobaczył mnie u podnóża stoku, z daleka już wołał:

Babciu, babciu, ja jeżdżę na nartach... Widzisz?!

Wnuczek był najmłodszy w grupie, ale swoimi umiejętnościami jazdy nic a nic nie odstawał od innych. Wręcz przeciwnie. Po skończonym dwugodzinnym kursie, już prywatnie, sam jechał wyciągiem na górę i sam zjeżdżał. I tak wiele razy. Tak mu się podobało. Mnie zresztą też, widząc go aż tak szczęśliwego.

Moja córka za każdym razem w pewnej odległości szusowała za nim. Tak na wszelki wypadek. Po pierwszym zjeździe, jak była już na dole wołała do mnie:

Halo, mama, chcesz spróbować?!

Wolne żarty! — odpowiedziałam, parskając śmiechem. — Już ja lepiej zostanę na dole w roli rodzinnego fotoreportera.

Z kolei wnuczka zjeżdżała sama jak chciała, bo ta to już od paru ładnych lat szusuje jak stara narciarka.

 


Moje obydwie wnuczki już w wieku trzech i czterech lat zaprawiały się w sztuce narciarskiej. Synowa i zięć jeżdżą wspaniale. Nic dziwnego, oboje się w górach urodzili i na nartach jeżdżą od najmłodszych lat.

 

   

Zaś mój najstarszy wnuczek szusował jak wytrawny narciarz od bodajże piątego roku życia. Najbardziej go podziwiałam jak bez żadnego lęku chwytał za orczyk, umieszczał go gdzie trzeba, czyli pod pupą... i jazda wyciągiem na szczyt stoku.

Dla mojego syna z kolei nasze okoliczne stoki narciarskie to żadna atrakcja. Jeździ więc albo w Alpy Francuskie, albo Austriackie.

 

 

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


niedziela, 8 stycznia 2023

Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 2)

Lato jest piękne. Przed dwoma tygodniami wróciłam z dziećmi i psem znad morza. Byliśmy tam prawie trzy tygodnie. W Międzyzdrojach. Po powrocie do domu wyszykowałam córkę na kolonię do Wisły. Po raz pierwszy wybywała z domu beze mnie. Sama. Bardzo to przeżywałam. Ona z kolei była tym faktem wniebowzięta. Po tygodniu pojechałam wraz młodszym synem ją odwiedzić. Nadal była wniebowzięta. Tak bardzo się jej te kolonie podobały.

Skoro tak, skoro mogę być o nią spokojna, postanowiłam w tym czasie ruszyć z synem w Polskę. Wakacje przecież ciągle trwały. Okazja nadarzyła się całkiem fajna, bo szczęśliwym trafem moje obydwie siostry ze swoimi rodzinkami od tygodnia urlopowały już nad jeziorem Kuźnickim. Z tym, że najstarsza siostra na polu namiotowym, a średnia, ze względu na kilkumiesięczną córeczkę, u teściów w pobliskiej miejscowości.

Siostry nie musiały mnie zbyt długo zachęcać. Spakowałam się natychmiast. Ze szkoły, gdzie pracowałam, wypożyczyłam sobie wygodny namiot… i w drogę! Po paru godzinach dojeżdżaliśmy już pociągiem do Poznania.

Nad jeziorem Kuźnickim bardzo mi się podobało. Synowi również. A naszej suczce Malwinie (Malwie w skrócie) dopiero. Na polu namiotowym czuła się w swoim żywiole. Potrafiła mi znikać nawet na godzinę.

Wszyscy dookoła bardzo ją lubili, bo też z niej niezwykłe psisko było. Raz, że to rasa basset i jej wygląd ze smętnymi, dużymi oczami i uszami do samej ziemi robiły wrażenie, a dwa, że lubiła się przymilać do każdego. No może nie do każdego, ale do tych, w których wyczuwała dobrego człowieka. Była jeszcze jedna rzecz, którą zwracała na siebie uwagę: lubiła rozrabiać. I też często rozrabiała jak, nie przymierzając, pijany zając w kapuście. A co gorsza, miała skłonności do kradzieży... i kradła na potęgę.

Skąd się wzięły te jej szczególne przypadłości, jak i kilka przykładów jej rozrób — opisałam w pierwszej części wspomnienia pod tym samym tytułem:Pieskie życie Malwiny… i moje z nią” (link na końcu).

 


Malwa lubiła też pływać. A nade wszystko z rozbiegu skakać do wody z pomostu i nurkować. Bardzo długo nurkować. Czym zaskarbiła sobie wielu widzów. Kiedy się tylko z nią zbliżałam do jeziora, ludzie się zatrzymywali, czekając na jej popisy. A było co oglądać i podziwiać. Nie tylko jej efektowne rozbiegi i skoki z furkoczącymi w powietrzu uszyskami, ale przede wszystkim jej wspaniałe nurkowanie. Woda w jeziorze była czyściutka, wyraźnie więc można było ją widzieć jak szoruje nimi po dnie. W wodzie jej uszy dopiero śmiesznie wyglądały. Jak dwie ogromne płetwy.

Na lądzie zaś, jak przystała na nałogową złodziejkę, kradła dalej. I to coraz bardziej bezczelnie. Niedaleko naszego namiotu rozbiło swój namiot małżeństwo w średnim wieku. Państwo Kowalscy. Też mieli ze sobą psa, jamnika szorstkowłosego. Malwa się z nim od razu zaprzyjaźniła. Miała swoje powody. Rano i wieczorem wyczekiwała na odpowiedni moment, i kiedy nikt nie widział, wskakiwała pod ich namiot i z miski jamnika wyżerała wszystko dokładnie. Jej natomiast miska stała nieruszona.

Dobrze że ci państwo byli bardzo mili i nie mieli oto pretensji. Śmiali się tylko. Najwyraźniej polubili tego mojego czorta. Ja jednak zaczęłam się martwić, że może kupiłam złą karmę i jej nie smakuje, dlatego jamnikowi wyżera. Postanowiłam to sprawdzić. Zrobiliśmy razem z państwem Kowalskich eksperyment. Wymieniliśmy się pełnymi miskami i zaczailiśmy się za namiotem, czekając na Malwy reakcję. No i z eksperymentu tego się dowiedzieliśmy, że jej wcale nie chodzi o rodzaj karmy, a o adrenalinę. Po prostu kradzież ją rajcowała... I tyle!

Któregoś dnia do państwa Kowalskich przyjechali goście. Wszyscy razem zasiedli za ogromnym drewnianym stołem z ławkami znajdującym się nieopodal naszych namiotów i posilali się, rozmawiając przy tym wesoło. Miedzy innymi o Malwie... i co rusz buchali śmiechem.

Goście państwa Kowalskich oprócz domowego obiadu przywieźli ze sobą ogromną blachę pysznego makowca na deser. Wiem, że był pyszny, bo nas poczęstowali.

Malwina podekscytowana krążyła wokół jak sputnik. Zapach makowca najwyraźniej drażnił jej nozdrza. Nie dostała jednak ani okruszynki. Raz, że nas było dużo do jego podziału, a drugi raz, że to makowiec, czyli ciasto z maku. Od razu skojarzyłam go z opium. A to właśnie po opium parę miesięcy wcześniej Malwa sfiksowała. Skąd opium wziął się w jej psim organizmie? Opisałam w pierwszej części wspomnienia.

Państwo Kowalscy wraz ze swymi gośćmi ciągle siedzieli przy stole i raczyli się makowcem. Malwa nagle gdzieś zniknęła. Po chwili od stołu biesiadników uszu moich dobiegł czyjś krzyk, a po chwili głośny, chóralny śmiech. Nie wiem czemu, ale od razu przyszła mi na myśl Malwina.

Nie myliłam się. Otóż okazało się, że ta czorcica zaczaiła się w pobliżu stołu, i kiedy pan Kowalski trzymany w ręku kawałek makowca kierował akurat do ust, szeroko je otwierając, ni stąd, ni zowąd coś zafurkotało w powietrzu i makowiec znikł. „Coś”? Uszyska Malwy oczywiście! Ona też zniknęła. Z makowcem w pysku.

Byłam przerażona. Zaczęłam wszystkich przepraszać. Pana Kowalskiego szczególnie. Biesiadnicy żadnych jednak przeprosin nie chcieli. Wręcz przeciwnie, jeszcze mi dziękowali, trzymając się za brzuchy, że dzięki mojemu psu tak się ubawili. A potem jeden przez drugiego opowiadali o swoich wrażeniach, jakich doznali na widok fruwającej Malwy. I wszyscy razem, i każdy z osobna, buchali kolejną salwą śmiechu.

Tak że śmiechom nie było końca. Aż przechodzący obok ludzie się zatrzymywali, i patrząc na nas, śmiali się także... Chociaż pewnie nie za bardzo wiedzieli z czego.

 

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 1)

* Basset... nasz uparciuch i złodziej


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"