niedziela, 20 września 2026

Koń i jego szósty zmysł...

 


Koń nie potrzebuje testu osobowości, horoskopu ani aplikacji randkowej. Wystarczy mu chwila, żeby ocenić człowieka. Dobrego powita, od złego odwróci się bokiem. A jeśli spojrzy lewym okiem — lepiej mieć się na baczności! — wiersz w obrazie.


Dziedzictwo przodków?...

 


Mama ostrzega, tata poucza, a synowie swoje wiedzą. Bo czasem natura bierze górę nad dobrym wychowaniem — wiersz satyryczny w obrazie.


sobota, 19 września 2026

Kiedy repertuar zaskakuje...

 



Miał być „Kaligula”, a wyszedł „Kler”. Cóż, pomyłki repertuarowe bywają bolesne — zwłaszcza gdy widz zna się z bohaterami filmu — limeryk w obrazie.


Piękno, które pozostaje...



 

Lato powoli ustępuje miejsca jesieni. Kwiaty przekwitają, trawy schną, a las zmienia swoje oblicze. Jednak w naturze nic nie kończy się naprawdę — nawet suche kwiatostany skrywają obietnicę nowego życia — wiersz w obrazie.


piątek, 18 września 2026

Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXI — Tym razem będzie o szalonych wakacjach, podróży autostopem w tajemnicy przed rodzicami, ukochanym wiejskim klimacie, starych rowerach i kuzynach gotowych zapewnić dużo wrażeń i to z nawiązką. Będzie też o pewnej wyjątkowo złośliwej pszczole, spuchniętym oku, Krasuli, która postanowiła posmakować sąsiedzkich buraków, oraz o genialnej radzie Ryśka, której z pewnością nikt by nie chciał przeżyć.


Przeleciał kolejny rok i mam już szesnaście lat. Żadnego zdjęcia z tego okresu jednak nie mam. Nie wiem, czemu. Czyżby nic takiego szczególnego się w tym czasie nie działo, coby warte było uwiecznienia? E tam, działo się, tyle że chyba jakoś nikt nie pomyślał, aby łazić z aparatem fotograficznym.

Ja też nie łaziłam z aparatem, jak zawsze wcześniej. Dlaczego? Z prostej przyczyny — mój kochany braciszek pewnego dnia rozłożył go na czynniki pierwsze. I potem nikt nie umiał go złożyć, jak trzeba. Zawsze zostawały jakieś części, z którymi nie wiadomo było, co zrobić.

Jeszcze przed końcem roku szkolnego postanowiłam, że jak zaczną się wakacje, pójdę na drogę zarobić sobie trochę grosza... Ojej, ależ to głupio zabrzmiało... Pójdę na drogę „czereśniarza”, zrywać czereśnie... i za zarobione pieniądze oddam aparat do naprawy specjaliście. Czyli naszemu od lat znajomemu fotografowi. I tak zrobiłam.

Pan fotograf spojrzał na mojego mocno zdezelowanego Фэд-2 krytycznym wzrokiem i rzekł jakoś tak z francuska:

Marne szanse! Wygląda tak, jakby czołg po nim przejechał... — i po krótkim namyśle dodał: — No dobra, postaram się coś z nim zrobić, bo cię lubię, ale potrzebuję dużo czasu. Przyjdź po wakacjach.

Szkoda, że dopiero po wakacjach, bo akurat wybieramy się z siostrzyczką Terenią pierwszy raz razem do naszego ukochanego wujostwa, do Pilcza koło Kłodzka, i do trzech fajnych kuzynów.

No i ruszyłyśmy. W pierwszych dniach wakacji. Ale w tajemnicy przed rodzicami — nie pociągiem, a... stopem. Postanowiłyśmy zaoszczędzić pieniądze, które dostałyśmy od nich na bilet PKP, by podwyższyć nasze kieszonkowe.

Jechało nam się w miarę dobrze i nawet miło, gdyż kierowcy ciężarówek chętnie się zatrzymywali i podwozili nas.

Raz tylko było mniej miło, gdyż jednego kierowcę musiałam spamiętać siarczystym policzkiem. Dlaczego? Ano dlatego, że w pewnym momencie trzymał kierownicę tylko jedną ręką, bo drugą zaczął nagle błądzić po moich plecach. Nie oddał mi, ale wkurzony natychmiast się zatrzymał i wyrzucił nas z szoferki... I dobrze! Z chamami nie będziemy jeździć. No!

W końcu udało nam się szczęśliwie dotrzeć na miejsce i potem już nasze wakacje były wspaniałe. A co też ważne, miałyśmy trochę więcej grosza przy duszy. Nikt jednak o naszym autostopie wiedzieć nie mógł.




Na miejscu tak jakoś wyszło, że się od razu rozdzieliłyśmy. No bo Terenia to już taka panienka i towarzystwo starszych chłopców jej w głowie. Ze mnie zaś dalej podstrzelony chłopczur i wolę towarzystwo chłopaków do szalonych zabaw, nie do kokietowania.

Moi kuzyni — Rysiek, Zbyszek i Franek — czuli się powołani przez samą Opatrzność do zapewniania mi wrażeń. I zapewniali. Z nawiązką.

Jednak na jedno zdjęcie „ze starszyzną” dałam się namówić, ale po chwili pożałowałam tego. Bo dla mnie ci znajomi Tereni byli starymi facetami.

Wkurzyłam się zwłaszcza na tego za mną, bo... kurczę, co robi jego łapa na moim ramieniu... się pytam?! Później obu facetów ze zdjęcia wycięłam... i nieco mi ulżyło.



Ale potem to już był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam i już pewnie do końca swoich dni wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da.

Były szalone, czasem niebezpieczne, ale przede wszystkim bardzo zabawne, niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutka dziewczyna, która kochała wieś, a tylko w wakacje mogła się nią rozkoszować.

Każdego ranka budziłam się skoro świt i siadałam na parapecie okiennym w swoim pokoju na pierwszym piętrze. Uwielbiałam wdychać to cudownie rześkie powietrze. A też i wsłuchiwać się w szum wartkiej górskiej rzeki Białej Lądeckiej, płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał jedyny ogromny poniemiecki dom wujostwa.

Wielką przyjemność sprawiało mi też dobiegające z podwórza gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Czułam wtedy, że żyję!

Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, rozkoszując się gwarem wsi. Jednak zbyt długo nie było mi dane, bo mój kuzyn Rysiek każdego ranka uparcie przywoływał mnie do porządku, wrzeszcząc z dołu:

Halszka, no co z tobą, do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!

Muszę przyznać, że pyszne były te wiejskie śniadania. I to w bardzo niezwykłej kuchni, zwanej kuchnią na dni powszednie. Aby do niej wejść, trzeba było przejść przez stajnię, gdzie rezydowały dwie krowy i jeden koń, a dokładniej klacz Kasztanka.

W stajni, jak to w stajni, zapach jest zawsze, no, powiedzmy… taki sam, ale on mi wcale nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, uważam nawet, że miał swój urok. Coś w tym było, bo do dziś dnia pamiętam tę specyficzną woń. Pewnie dlatego, że to woń moich wspaniałych młodzieńczych wakacji.

A śniadanie? Pierwsza klasa! Typowo wiejskie i bardzo zdrowe. Uwielbiałam zwłaszcza cioci domowy chleb z masłem jej wyrobu i do tego pachnący miód z pasieki wujka, składającej się z dziesięciu uli i znajdującej się w ogrodzie tuż przy oknach kuchni.

Po śniadaniu zaś hulaj dusza! Po łąkach, po pastwiskach, po lasach, po dwóch rzekach: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, a potem już tylko po Nysie, bo w Pilczu właśnie Biała wpada do Nysy. Cudowne to miejsce. Czysta, niczym niezmącona natura.

Często też wybywaliśmy z domu z kuzynem, niekiedy i z jego kumplami, starymi, przedwojennymi rowerami. Kuzyn specjalnie dla mnie taki jeden z męską ramą zmontował, dodając części z dwóch zdezelowanych damek. I takimi poniemieckimi wehikułami pędziliśmy przez wieś w poszukiwaniu przygód.



Wszyscy się za nami oglądali, bo nasze rowery strasznie skrzypiały... Ale co tam! Pedałowaliśmy szczęśliwi, jak nie wiem co.

Mieliśmy czas tylko do południa, bo potem, po pysznym obiedzie (najbardziej smakował mi cioci rosół z kaczki opalanej słomą), zawsze musieliśmy wujostwu trochę pomóc na polu, tak że nic dziwnego, że pędziliśmy jak szaleni. Chcieliśmy zdążyć się pobawić i choć trochę wrażeń nachapać.

Pewnego poranka, przed wyruszeniem rowerami, gdzie nas oczy poniosą, w czasie śniadania, kiedy jak co dzień rozkoszowałam się kromką chleba z masłem i przepysznym miodem, do kuchni wpadła jakaś niewyżyta pszczoła i użądliła mnie w brew nad prawym okiem.

Oko mi spuchło w momencie i zupełnie straciłam możliwość widzenia nim, mimo okładów z zimnych noży, które mi ciocia przykładała. Wujek też się starał ulżyć mi w cierpieniu i trzymał mnie za rękę, psiocząc przy tym na swoją głupią pszczołę, a i jej towarzyszki, które całym rojem o świcie uciekły z ula.

Nie powiem, komfortowo się nie czułam z tym moim okiem, no ale z tego też powodu nie zamierzałam siedzieć w domu i rozpaczać. Nie chciałam przede wszystkim przed Ryśkiem wyglądać na mięczaka. Tym bardziej że Rysiek, na widok mojej twarzyczki przybierającej wygląd twarzy Quasimodo, aż tarzał się po podłodze ze śmiechu.

Wprawdzie oberwał od cioci jakąś ścierką po plecach na spamiętanie, ale to niewiele pomogło. Ciągle rechotał się choby głupi.

W końcu z bólem, bo z bólem, ale postanowiłam, ku radości Ryśka, wybrać się z nim na rowerze na pastwisko, aby złapać Krasulę, która, jak ciocia dowiedziała się od listonosza, zerwała się z łańcucha i wlazła w szkodę na przylegające do pastwiska pole sąsiada.

Niezdyscyplinowaną krowę od razu udało nam się złapać, ale co z tego, jak za moment, zanim Rysiek uziemił ją kołkiem, znów podjęła próbę ucieczki i, zadzierając ogon, wyrwała z kopyta ponownie w stronę pola sąsiada, na którym rosły buraki cukrowe. Pewnie bardzo jej posmakowały.

Wkurzyłam się na Krasulę okropnie, bo chciałam jak najszybciej wskoczyć do rzeki, by ochłodzić się nieco, zwłaszcza moją opuchniętą fizjonomię. Dlatego też, nie czekając na Ryśka, pierwsza puściłam się biegiem za tą szkodnicą.

Rysiek z zadowoleniem obserwował moją pogoń i, kiedy zobaczył, że ja już Krasulę doganiam, zaczął wrzeszczeć:

Za ogon ją! Złap ją za ogon!

No to ja posłusznie, z wyskoku, rzuciłam się na ogon Krasuli i złapałam z całych sił. Krasula jednak nie odpuszczała i dalej pruła do przodu, ciągnąc mnie za sobą jak upierdliwy rzep. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądałam po tym jej sponiewieraniu mojej (przyczepionej) cielesności.

Przeciągnęła mnie i po burakach, i po drodze, i kiedy już łaskawie raczyła skierować swoje kopyta na pastwisko, to i po trawie, a co gorsza, po swoich zapewne i koleżanek z obory... plackach.

Wściekłam się nie na żarty, ale nawet nie tyle na Krasulę, bo to przecież tylko głupie bydlę (choć pewna nie byłam, czy aż takie znów głupie), ile na Ryśka za tę jego idiotyczną poradę.

Tak że kiedy wreszcie Krasula dała za wygraną i stanęła w miejscu, a Rysiek już na fest kołkiem do ziemi ją przyszpilił, poszłam obrażona przez pastwisko w kierunku rzeki. Wtedy to już podwójnie potrzebowałam wody.

Wnet się jednak okazało, że limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca jeszcze został przeze mnie wykorzystany... Ale o tym w następnym odcinku.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat

20. Rok, w którym prawie się poddałam


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


17 września. Data, o której kazano milczeć

 Przez lata 17 września 1939 roku był datą, o której w Polsce Ludowej należało milczeć. Dla mnie jej znaczenie zaczęło się jednak dużo wcześniej — od pewnej nazwy ulicy w Zbarażu. Dziecięcego pytania i odpowiedzi rodziców, w którą początkowo nie chciałam uwierzyć.


Wczoraj, 17 września, w wielu mediach przypominano szczególnie, co dla Polski oznacza data 17 września 1939 roku — data, o której przez 50 lat nie można było głośno mówić. Szczególnie dziś, gdy nagle Polska znów stoi przed podobnym zagrożeniem.

Już jako mała dziewczynka często zastanawiałam się, co ta data oznacza. A wszystko dlatego, że część naszej rodziny, która po wojnie pozostała w Zbarażu na Ukrainie — mieście znanym z Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza — mieszkała przy ulicy o takiej właśnie nazwie. Dokładnie: 17 сентября 1939 года.

Rodzice często wysyłali do nich listy na ten właśnie adres. Sama data — zamiast imienia jakiegoś bohatera albo czegokolwiek innego? Dziwiło mnie to bardzo, ale wtedy jeszcze nie tak, jak później.

Pytałam. Uporczywie. I w końcu usłyszałam odpowiedź. Ale nie mogłam jej przyjąć.

Jak to?! To niemożliwe! Przecież Związek Radziecki miał być naszym przyjacielem, wyzwolicielem. To Rosjanie pomogli Polakom pokonać Niemców — tak nas uczono w szkole.

Rodzice spojrzeli po sobie, a potem bardzo poważnie na mnie. Tatuś powiedział:

Ostrzegamy cię: o tym nie wolno nikomu mówić, bo można mieć duże kłopoty.

Zakaz sprawił, że ciekawość jeszcze bardziej we mnie rosła. Należę do osób, które mają odwagę zadawać pytania — i je zadają. Taka jestem od dziecka.

Kiedy miałam dziesięć lat, pojechaliśmy do Zbaraża. Z rodzicami i siostrą jechaliśmy taksówką z dworca. Wysiadając pod domem rodziny, mój wzrok przykuł ogromny szyld z nazwą ulicy, umieszczony na domu po przeciwległej stronie.

Słońce odbijało się w literach, a ja poczułam dziwne ukłucie — jakby to nie była zwykła tabliczka, lecz milczący świadek czegoś, co wydarzyło się dawno temu. I to bardzo boleśnie.

Przez lata w mojej pamięci ten szyld świecił osobliwym blaskiem. Nie rozumiałam, dlaczego jego nazwa tak mi ciąży. Dopiero po czasie, już jako dorosła, odkryłam, jak działała propaganda.

W książkach i gazetach z epoki PRL-u Związek Radziecki był przedstawiany jako starszy brat, opiekun i wybawiciel. Ale prawda była inna: 17 września 1939 roku nie przyniósł Polsce wyzwolenia, lecz kolejny cios.

Związek Sowiecki, w zmowie z Hitlerem, uderzył w kraj, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej stał się ofiarą niemieckiej napaści. To była druga rana zadana Polsce w tamtym straszliwym wrześniu.

Dopiero po 1989 roku można było mówić o tym otwarcie i głośno. Dopiero wtedy zakazane pytania z dzieciństwa znalazły dosadną odpowiedź.

A 17 września stał się dniem pamięci — Dniem Sybiraka, przypomnieniem o setkach tysięcy polskich rodzin wywiezionych w głąb imperium, które miało być „przyjacielem”.

Ilekroć wspominam tamten szyld w Zbarażu, widzę nie tylko nazwę ulicy. Widzę historię, którą przez lata próbowano wymazać, a która — niczym wyryte w metalu cyfry — oparła się zapomnieniu.




Milionerzy na wygnaniu...




Jeszcze niedawno byli głośni, butni i pewni siebie. Dziś — znacznie ciszej, najlepiej incognito, gdzieś za granicą. Władza przeminęła, a wraz z nią poczucie bezkarności. Została walizka, konto i nerwowe oglądanie się za siebie — wiersz satyryczny obrazie.


czwartek, 17 września 2026

Królestwo, którego nie zbieram

Grzybowa ignorantka? Owszem. Grzybowa miłośniczka? Jak najbardziej. Nie wkładam ich do koszyka, za to chętnie wkładam je do mojego fotograficznego albumu.


Grzyby nie należą ani do fauny, ani do flory. Są organizmami cudzożywnymi i należą do królestwa Fungi. Obok roślin i zwierząt stanowią odrębne królestwo organizmów eukariotycznych.

Nie potrafią, tak jak rośliny, same syntetyzować związków organicznych z substancji nieorganicznych. Do swojego rozwoju potrzebują gotowych substancji odżywczych. Pobierają je z materii organicznej wytwarzanej przez rośliny lub zwierzęta.

Grzyby, które widzimy, są tylko częścią organizmu. Są jego owocnikami. Owocniki wyrastają z niewidocznej dla naszego oka grzybni, która z kolei składa się z sieci maleńkich włókien zwanych strzępkami.

Grzybnie są przeważnie schowane w glebie, ale mogą rozwijać się także w drewnie albo w innych źródłach pożywienia. Zajmują różne powierzchnie – od kilku milimetrów po wiele hektarów.

O tym, czy w danym miejscu rozwija się grzybnia, dowiadujemy się zazwyczaj dopiero wtedy, kiedy wytworzy ona owocniki, czyli widoczną dla naszego oka część grzyba.

Odżywiają się poprzez wchłanianie substancji uwalnianych z podłoża, w którym żyją – czyli z gleby, drewna, a także z innych źródeł pożywienia.

Są użyteczne albo nie. Są jadalne albo trujące. Ale wszystkie potrafią zachwycić swoją niezwykłością, barwą, fakturą, kształtem, swoim pięknem. I to bez retuszu.

Powoli kończy się czas na grzyby. W formie grzybobrania, oczywiście. Kto się na nich zna, zbiera je, kto nie – lepiej niech je tylko podziwia. A naprawdę jest co.

Podziwianie ich piękna jest zawsze bezpieczne. Osobiście za czorta się na grzybach nie znam i gdy natknę się na nie w lesie, skupiam się jedynie na ich oglądaniu i ewentualnym uwiecznianiu co piękniejszych okazów.

W Polsce to co innego. W Polsce to się znałam, że ho, ho! I często grzybobranie uskuteczniałam… Ale tylko z moją mamą. Bo ona, jak mało kto, była grzybową ekspertką.

Tu nigdy grzybów nie zbierałam i nie zbieram. Nie tylko z tego powodu, że od czasu katastrofy w Czarnobylu w Niemczech odradza się zbieranie niektórych gatunków grzybów, ale przede wszystkim dlatego, że grzyby są bardzo zwodnicze. Potrafią skutecznie i bardzo niebezpiecznie zmylić każdego niepewnego grzybiarza… Wolę więc nie ryzykować i kupować je na targu, bo… Bo? No właśnie, bo jestem grzybową ignorantką i pewnie taką już pozostanę.

Za to w moim albumie przyrodniczym mam ich całą masę. Różnych. Na pewno te jadalne są wymieszane z tymi niejadalnymi, tworząc istny miszmasz, ale tylko na pierwszy rzut oka, bo co wrażliwsze oko dostrzeże w nich piękny, wielobarwny kalejdoskop typu mix & match.

Bo też co jak co, ale piękna odmówić im nie można. A ja to ich piękno dostrzegam i wszędzie je fotografuję.



Niebo nad polskim piekiełkiem...

 



Niebo nad polskim piekiełkiem... Paradoks? A może całkiem wygodny układ: na dole polskie piekiełko, a nad nim — kościelna aprobata. W takich warunkach trudno liczyć na jego rychły koniec — wiersz satyryczny w obrazie.


środa, 16 września 2026

Mam chyba konie w genach

Podobno miłość do koni mam w genach — po pradziadku, ułanie. Nie wiem, ile w tym genów, a ile magii, ale wiem jedno: kiedy widzę konia, natychmiast robi mi się jaśniej na duszy. A kiedy koń sam podchodzi się przywitać… jestem cała w kwiatkach.


Konie, obok psów, to moje najukochańsze zwierzęta. Miłość do koni mam chyba zakodowaną w genach — po moim pradziadku, ułanie. Tak sobie myślę, bo zawsze, gdy widzę konia, promienieję i nie mogę oprzeć się pokusie, by się do niego zbliżyć. Nawet jeśli jest daleko.

Tym razem było podobnie. Podczas wycieczki, na skraju lasu, zobaczyłam cztery konie na wybiegu. Niewiele myśląc, skierowałam się w ich stronę. I już po chwili byłam cała w kwiatkach, kiedy podeszły do mnie, żeby się przywitać... Pewnie wyczuły moją miłość do nich.



Mogłabym tak stać i podziwiać bez końca te piękne, dostojne, ogromne zwierzęta. Uwielbiam zwłaszcza konie w galopie. Nie ma chyba piękniejszego widoku… To czysta poezja.

I wtedy zawsze przypominają mi się słowa angielskiego pisarza polskiego pochodzenia, urodzonego w 1857 roku w Berdyczowie — Josepha Conrada: „Nie ma nic piękniejszego niż kobieta w tańcu, statek pod żaglami i koń w galopie”.

Czy można piękniej oddać to, co czujemy, patrząc na konia w galopie?

Na widok koni często podśpiewuję sobie:

Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc,
na wichurze by stać…”

To słowa piosenki Wołodii Wysockiego „Konie”*. Jakoś właśnie ta piosenka najbardziej pasuje mi do tych cudownych zwierząt. Jest w niej coś z ich siły, wolności, nieokiełznania… i z tej niezwykłej więzi, jaka od wieków łączy człowieka z koniem.

A najbardziej lubię ją w wykonaniu Natalii Sikory podczas koncertu w Opolu w 2013 roku. Oto link: s://www.youtube.com/watch?v=xrtPtGtP5Gg


Czy w Polsce jest więcej prostaków, czy ludzi szlachetnych?...



* Prostak — nie mylić z człowiekiem prostym. Człowiek prosty to człowiek z zasadami i honorem, budzący szacunek. Prostak natomiast to zadufany w sobie cwaniak i cham.


Czasem wybory są czymś więcej niż wyborem partii. Są sprawdzianem naszych wartości, rozsądku i tego, jakiego państwa naprawdę chcemy — wiersz w obrazie.


wtorek, 15 września 2026

I tak się nie wywiniesz, psuju polskiego prawa i sprawiedliwości...

 



Można uciekać przed odpowiedzialnością, można liczyć na czas i polityczne zawirowania. Tylko przed konsekwencjami własnych czynów uciec znacznie trudniej. Zwłaszcza gdy wcześniej samemu grało się va banque — wiersz satyryczny w obrazie.


Dębowa terapia...

 


Dąb nie tylko daje cień. Potrafi też naładować człowieka energią… i kto wie, czym jeszcze. Każdy sam musi się przekonać — wierszyk w obrazie.


poniedziałek, 14 września 2026

Uparciuch spod żaluzji

Myślałam, że po kilku próbach da sobie spokój. On chyba pomyślał dokładnie to samo o mnie.


I tak codziennie od nowa, w tym samym miejscu. A miejsce to nie byle jakie — zewnętrzna część drzwi ogrodowych, tuż pod żaluzją. Uparł się i nie ma na niego rady. Ja niszczyłam mu tę misternie utkaną sieć, a on po jakimś czasie tkał ją od nowa. Nie niszczyłam mu jej oczywiście celowo. Gdzież tam! Niechcący.

Do dewastacji jego dzieła dochodziło wtedy, kiedy siedząc przy biurku, spuszczałam żaluzję, żeby uchronić się przed niemiłosiernie grzejącym słońcem. No i za każdym razem sieć pająka szła się... Biedulka!




Na czwarty dzień tej kołomyi zrobiło mi się już naprawdę żal uparciucha. Nie spuściłam więc żaluzji. Postanowiłam zaciągać tylko kotary.

Nowej sieci jednak nie było. Pomyślałam, że pająk pewnie był już tak zmęczony, że nie miał siły na kolejną taką syzyfową pracę.

Tego dnia już z samego rana, zanim jeszcze nastał upał, pojechałam do lasu na kijki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po powrocie do domu znów zobaczyłam sieć!

Oczywiście — w tym samym miejscu, tej samej wielkości i o tej samej fakturze. A nawet sam tkacz wciąż na niej był.

Na mój widok pracuś jednak szybko „spinkolił”. Po chwili znalazłam go w baseniku ogrodowym. Tym razem już nie uciekał.

Kiedy robiłam mu sesję zdjęciową, spokojnie ją znosił. Od czasu do czasu tylko się poruszał, ale trwał w tym samym miejscu, wlepiając we mnie swoje malutkie, czarne oczka.

Patrzyliśmy więc na siebie — ja na niego, on na mnie. On zapewne zastanawiał się, czego jeszcze może się po mnie spodziewać, a ja podziwiałam jego upór i pracowitość.

Dodam tylko, że krzyżak ogrodowy jest dla człowieka niegroźny. Swoim jadem poraża wyłącznie drobne owady zaplątane w jego sieci. W końcu musi się czymś odżywiać...

A sieć? Jeśli człowiek jej nie zniszczy, będzie wisiała spokojnie pod żaluzją. Przynajmniej do następnego spuszczania.



Jęzor Marychy...

 


Długi język, burzliwe trzewia i niezachwiana wiara w Boże miłosierdzie. Tak ma każda świętoszka — limeryk w obrazie.


niedziela, 13 września 2026

piątek, 11 września 2026

Katolicy od święta, wrogowie na co dzień?...



Mówią o miłości bliźniego, a nie potrafią znieść człowieka stojącego po drugiej stronie politycznej barykady. Coraz trudniej im rozmawiać, coraz łatwiej się dzielić — zamiast szukać tego, co łączy... Dokąd doprowadzi ta wzajemna niechęć? — tekst w obrazie.


Szept lasu. Poczuj energię drzew

Jest w lesie coś, czego nie widać, a co można poczuć z każdym oddechem. To zapach żywicy, wilgotnej kory i igliwia, ale także niewidzialny świat fitoncydów – naturalnych substancji, którymi drzewa chronią siebie i swoje otoczenie. Warto jak najczęściej wchodzić do lasu, by poczuć ich energię.


Energię, bez której nie drgnęłoby żadne serce, nie rozkwitłby żaden pąk, nie popłynąłby oddech życia.

Naukowcy dawno już odkryli, że drzewa wydzielają fitoncydy – niewidzialne, eteryczne cząsteczki o działaniu bakteriobójczym i grzybobójczym.

Nazwali je roślinnymi antybiotykami, choć dla mnie są raczej szeptem lasu – jego oddechem, który oczyszcza gardło, nos i krtań.

Nic dziwnego, że pobyt w ciszy sosnowych i świerkowych borów od dawna poleca się jako sposób na głęboki oddech, odprężenie i bliski kontakt z naturą. Tam powietrze smakuje zdrowiem.



czwartek, 10 września 2026

poniedziałek, 7 września 2026

Mam w lesie swoje drzewo

Od ponad trzydziestu lat wracam do tego samego drzewa. Jest moim punktem widokowym, azylem i — jak lubię myśleć — anteną łączącą mnie z energią Wszechświata.


Mój ulubiony, stary dąb rośnie na szczycie góry, nad stromym urwiskiem. Często go odwiedzam — od ponad trzydziestu lat. Sama albo z rodzinką.

Drzewa są wszak antenami energii Wszechświata. Energii, która każdemu stworzeniu jest niezbędna do życia. Ja zawsze ją czuję, bo też z Naturą jestem bardzo związana. Żyję z nią w bliskim kontakcie. Mam tak od dziecka.

Wszechświatem zaś jestem zafascynowana i często zdarza mi się buszować wzrokiem po nocnym i dziennym niebie. Wiele ciekawych rzeczy na nim znajduję.

Ale nie tylko w celu dendroterapii wspinam się na szczyt, do „mojego” dębu. Lubię z jego perspektywy oglądać panoramę naszego miasta. A jest co podziwiać! Miasto leży w kotlinie, z obu stron okalane piękną, soczystą zielenią.



Historia pewnej kozy...

 


Najpierw gardziła sianem, potem przyszła po nie do woza. Co się wydarzyło po drodze? Tego nie wie nikt. Wiadomo tylko, że z kozą nigdy nic nie jest proste — wierszyk w obrazie.


niedziela, 6 września 2026

Kiedy argumentów brak, pozostaje szczekanie

Niecodzienny występ Dominiki Chorosińskiej w Sejmie szybko przyciągnął uwagę. Posłanka, korzystając zapewne ze swoich aktorskich umiejętności, postanowiła przemówić… językiem psów. Intencję trudno odgadnąć, ale pewne stare powiedzenie aż prosi się o przypomnienie.


Do niecodziennej sytuacji podczas piątkowych obrad Sejmu przyczyniła się posłanka Dominika Chorosińska — aktorka z wykształcenia, która tym razem przyjęła rolę naczelnego sejmowego błazna.

Pamiętacie tę osóbkę? Była dwutygodniową minister kultury w legendarnym rządzie Mateusza Morawieckiego.

Otóż, eksponując wszem wobec swój talent aktorski, nagle zaczęła szczekać. Dlaczego? Myślę, że jednak nikt nie odgadł jej „szczekającej intencji”.

Mnie, widząc i słysząc jej kunszt aktorski, nasunęło się skojarzenie, że szczekała nie bez kozery, lecz z pewnym przesłaniem: „Psy szczekają, a karawana jedzie dalej”.

I tu bym się z nią zgodziła. Owszem, karawana jedzie dalej, ale niektórzy z niej… wprost „do pierdla”.

(Foto: CrowdMedia)


Religijność na pokaz — oblicze hipokryzji

Nie każdy, kto głośno mówi o Bogu, moralności i miłości bliźniego, sam żyje zgodnie z tymi wartościami. Hipokryzja religijna zaczyna się tam, gdzie słowa stają się jedynie zasłoną dla prawdziwych intencji, a pobożność — narzędziem zdobywania uznania, wpływów i przede wszystkim władzy. Dlatego tak chętnie pokazują swoją religijność... Tylko czemu społeczeństwo tak łatwo daje się zwieść pozorom?


Hipokryci religijni głośno głoszą wartości i zasady moralne, ale w życiu sami ich nie przestrzegają. Ich słowa nie pokrywają się z czynami.

Udają pobożnych i prawych, aby zdobyć szacunek, władzę lub korzyści materialne, ale ich nieszczerość jest oczywista.

Głoszą miłość bliźniego, a jednocześnie okazują nienawiść wobec innych. Moralizują i pouczają, podczas gdy sami prowadzą niemoralne życie.

Dla własnych celów tak nachalnie eksponują swoją religijność, że w końcu osiągają zamierzony cel.

Duża część społeczeństwa zaczyna patrzeć na nich jak na święte obrazki, podczas gdy większość reaguje z dezaprobatą, a często wręcz z obrzydzeniem.

Ten tekst jest refleksją nad rozdźwiękiem między słowami a czynami, który pojawia się nie tylko w religii, ale w każdej sferze życia publicznego.

To próba nazwania zjawiska hipokryzji, która rani i dzieli ludzi. Piszę o tym, bo uczciwość i empatia są dla mnie ważniejsze niż deklaracje. 



sobota, 5 września 2026

Niebezpieczny zapach brunatnej Polski

To już nie są pojedyncze incydenty ani polityczny folklor. Zmienia się język debaty publicznej, rośnie przyzwolenie na pogardę i agresję, a radykalizm coraz wyraźniej staje się częścią politycznego mainstreamu.


Kto do tego doprowadził? Oczywiście pierwszy nienawistnik Polski — Jarosław Kaczyński i jego podłe PiS, przy wsparciu zakłamanej propagandy, momentami wręcz ocierającej się o faszyzm.

Ostatnio mocno wtóruje mu Konfederacja, na czele z Braunem, wykorzystując do swoich celów frustratów, nieuków, prostaków, kiboli — zwykłe tałatajstwo, którego niestety w Polsce nie brakuje.

W kraju zaczyna się tworzyć atmosfera przypominająca tę sprzed 1939 roku. Czy którykolwiek z tych ludzi, wykrzykujących skrzekliwym głosem haniebne hasła podczas swoich demonstracji — i nie tylko — w ogóle wie, co oznaczał dla Polski ten rok?

Nawet sam prezydent, historyk z wykształcenia (sic!), często sprawia wrażenie, jakby wyleciało mu to z głowy. Czyżby te „szlachetne walki”, które tak uwielbia (jak sam mówi), coś mu w tej części jego cielesności poprzestawiały?

Tylko czekać, aż wydarzy się coś tragicznego. A stanie się na pewno, bo ten coraz bardziej nabrzmiewający wrzód na tkance Polski musi w końcu pęknąć.



Co też tym ślimakom przychodzi do głowy?

Susza daje się przyrodzie we znaki, ale niektóre stworzenia najwyraźniej nic sobie z tego nie robią. Winniczki maszerują po leśnych ścieżkach, wspinają się na pieńki, drzewa, a nawet na ściany domu. Tylko dokąd one właściwie tak zmierzają?


Zanim las zmieni już całkowicie swą barwę z zielonej na różne odcienie żółci i czerwieni, obserwuję, co się w nim dzieje.

No i widzę, że zmiany już co najmniej od trzech tygodni zachodzą — z powodu suszy — stanowczo i nieodwracalnie.

Zwierzęta i roślinność swoim sposobem zaczynają się już przygotowywać na chłodne i słotne jesienne dni.

Tym razem zwróciłam uwagę przede wszystkim na ślimaki winniczki, bo wszędzie było ich pełno. Wędrowały wytrwale po dróżkach, po ścieżynkach i w ogóle się mną nie przejmowały... Bo:


Ślimaczki winniczki lubią wędrować...
Noszą domek z sobą, by w nim się chować:
w razie zagrożenia czy zwykłej senności,
lub przed nieproszonymi i natrętnymi gośćmi.



Jest jeszcze coś, co w ich zachowaniu zwróciło moją uwagę szczególnie, i to już dużo wcześniej. A mianowicie to, że, nie wiedzieć czemu, zaczęły się wspinać. Po drzewach i po pieńkach. Nawet na elewacji mojego domu od strony ogrodu przyuważyłam takiego jednego wędrowca, wytrwale podążającego ku górze.



Czy jest jakieś wytłumaczenie tych ich alpinistycznych podróży? Odpowiedzi szukałam w Internecie, ale nie znalazłam. Znalazłam jedynie stwierdzenie, że mają takie skłonności.

Dlaczego więc ślimaczki winniczki się wspinają?


Ślimaczki winniczki z lubością się wspinają,
bo chcą być bliżej nieba, co wręcz uwielbiają...

No i wytłumaczyłam.

czwartek, 3 września 2026

Jak córka załatwiła mnie na cacy... kijkami

Nie lubię mieć zajętych rąk. Zwłaszcza w lesie, gdzie na każdym kroku czai się coś, co aż prosi się o sfotografowanie. Dlatego długo nie mogłam zrozumieć, po co komu kijki. Dziś wiem, że można maszerować z nimi, fotografować, podziwiać las, a nawet świetnie się przy tym bawić. 


Nordic Walking to jedna z najlepszych form ruchu, którą mogą uprawiać osoby w każdym wieku i na każdym poziomie sprawności. Jestem o tym przekonana, bo z kijkami od piętnastu lat maszeruję po lesie raźnym krokiem...

Tutejsi leśnicy z tego mnie znają
i gdy mnie zobaczą — ręką machają.
A ja z uśmiechem im odpowiadam
i się do marszu bardziej przykładam.


A przecież wcześniej nawet nie myślałam o tym, żeby sprawić sobie kijki. Nie to, żebym była leniwa albo mało wysportowana. Wręcz przeciwnie. W swoim życiu uprawiałam wiele różnych sportów i zawsze lubiłam być w ruchu: bieganie, pływanie, rower, czasem badminton, a nawet piłka nożna z wnukami.

Do kijków jednak podchodziłam jak pies do jeża. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek dam się na nie skusić i będę z nimi maszerować, czyli — mówiąc fachowo — uprawiać Nordic Walking.

Dlaczego? Ano dlatego, że po prostu nie lubię mieć zajętych rąk. Zwłaszcza w lesie.

A ja przecież uwielbiam fotografować. W lesie co rusz znajduje się jakiś wdzięczny obiekt do obfotografowania: kwiatek, grzybek, ptaszek, ciekawie powyginane drzewo czy jakiś inny leśny cud. No to jak tu mieć zajęte ręce?

Moja córka często namawiała mnie na kupno kijków. Sama już wtedy od ponad pięciu lat uprawiała Nordic Walking. Lecz ja, uparciuch niemożebny, nie dawałam się namówić.

Że co? Kijki? Nigdy w życiu! — za każdym razem odpowiadałam.

W końcu załatwiła mnie na cacy. Jak? Ano tak, że po prostu kupiła mi kijki w prezencie.

Przyznam szczerze, że byłam bardzo niezadowolona z tego jej prezentu. Kurczę... No nie lubię, jak mnie ktoś do czegoś zmusza. Nawet własne dzieci!

Ale córka dobrze mnie zna i wie, że nie lubię też, kiedy jakieś rzeczy „zużywają się moralnie”, bo wtedy, chcąc nie chcąc, sama zaczynam je zużywać fizycznie.

Tak też stało się z kijkami. I znów potwierdziło się stare powiedzonko: „Nigdy nie mów nigdy”. Bo kijki jednak wzięłam do ręki. Ba! Biorę je nadal. I to już przeszło piętnaście lat.

Z ręką na sercu przyznaję, że bardzo polubiłam ten rodzaj aktywności. A teraz ciągnie mnie do lasu jak przysłowiowego wilka.

A co ze zdjęciami? Ha! A zdjęcia i z kijkami nauczyłam się robić. Kijki mają takie specjalne zapięcie, dzięki któremu można szybko wyswobodzić z niego dłoń wraz z paskiem. Wtedy wystarczy odstawić kijki, zrobić zdjęcia i równie szybko ponownie przymocować dłoń. Wystarczy zawieszkę paska włożyć do odpowiedniego miejsca przy kijku, przycisnąć, klik... i gotowe! Można dalej zamaszyście maszerować.

W końcu tak się wyszkoliłam, że robię zdjęcia nawet z kijkami przymocowanymi do dłoni. W ogóle ich nie ściągam... O, przepraszam! W jednym przypadku muszę. W czasie przerwy na... no, wiadomo.

Dlaczego warto maszerować z kijkami? Nordic Walking to aktywność, która angażuje do pracy wiele grup mięśniowych, a jednocześnie może być łagodniejsza dla stawów niż niektóre inne formy ruchu.

Kijki pomagają również utrzymać prawidłową postawę i nadają marszowi dodatkową dynamikę.

Są wyposażone w antypoślizgowe uchwyty oraz specjalne paski i zapięcia. Mają też wymienne końcówki — gumowe, przeznaczone przede wszystkim do chodzenia po twardym podłożu, oraz ostre, zakończone grotem, przydatne na miękkim i naturalnym podłożu.

Można kupić kijki teleskopowe, czyli z regulowaną długością, albo jednoczęściowe, dobierane odpowiednio do wzrostu.

Regularne uprawianie Nordic Walking może korzystnie wpływać na kondycję i ogólną sprawność organizmu. Technika nie jest skomplikowana i można ją dość szybko opanować. W Internecie znajdziemy wiele porad i instruktaży.

Trzeba przede wszystkim pamiętać o właściwym dopasowaniu długości kijków. A podczas marszu nie należy się na nich opierać, lecz aktywnie odpychać się nimi od podłoża, prowadząc ruch pod odpowiednim kątem.

Kijkowanie uprawiam o każdej porze roku. Oczywiście na różne pory roku i warunki dobieram odpowiedni sprzęt, ale kijki towarzyszą mi niezależnie od pogody. I muszę przyznać, że naprawdę czuję się świetnie.

Najczęściej jadę do swojego ulubionego lasu na szczycie tutejszej góry, pod lasem parkuję auto, przyczepiam kijki i maszeruję dróżkami i ścieżynkami, czasem bardziej znanymi, a czasem takimi, na które akurat mam ochotę skręcić.

A że lasów mamy tutaj bez liku, dróżek leśnych jeszcze więcej, to tylko wybierać… i maszerować.