sobota, 20 czerwca 2026

Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVTym razem będzie o tym, że braciszek zawdzięcza życie właśnie mnie — i proszę tego nie podważać. O lataniu na linie dzwonu, które dla niektórych jest „niebezpieczne”, a dla mnie — zwyczajnie świetne. O księdzu proboszczu, który niby groził, a jednak jakoś specjalnie się nie odważył. Będzie też o harcerstwie, w którym wszyscy wyglądają poważnie, nawet jeśli wcale tacy nie są. No i o Dziadzie Mrozie, który okazał się zwykłym Zbyszkiem z podwórka — czyli o największym rozczarowaniu sezonu. A na koniec o tym, że człowiek niby jeszcze dziecko… a już coraz trudniej dać się nabrać.


Proszę bardzo, patrzcie, patrzcie — mój kochany braciszek Wojtuś ma już roczek. A ja, jego najlepsza niania, przyniosłam go z kościoła do domu. Ciężki już jest bardzo, ale co tam — daję radę, wszak silna jestem jak… tur.

Niech Wojtuś wie, że go kocham. On na pewno też mnie kocha, bo wie, że to dzięki mnie jest na świecie. Dlaczego dzięki mnie? No jak to? Przecież to jasne. Bo gdybym ja się jednak chłopcem urodziła, to rodzice już by się o niego nie starali. Jasne, nie?



Często bawię się z Wojtusiem. Szczęśliwy Halinek-Mintek dzisiaj przebrał go za lalę, a lalę Mintka za dziecko. Fajnie wyglądamy, nie?



Wprawdzie zdjęcie jest mało wyraźne — nie będę już nawet wspominać, kto je zrobił — ale coś tam jednak widać. Szkoda, że tylko tyle, bo chciałam się pochwalić swoimi zębami. Ponoć mam bardzo ładne. Podsłuchałam, jak pani Siódmakowa, koleżanka mamusi, mówiła to dzisiaj do niej.

Cholewcia, aż żal, że w lepszym wydaniu nie zostały uwiecznione. Bo też nie wiadomo, jak długo jeszcze je będę miała.

Skąd mi takie myśli przychodzą do głowy? Ano stąd, że ostatnio nasz ksiądz proboszcz powiedział mi, że jak dalej będę tak szaleć, to niebawem je stracę.

No, naprawdę tak powiedział. A tylko dlatego, że przyłapał mnie, jak wylatywałam na linie dzwonu przez otwór okienny na wieży dzwonnicy.

O rany, ale byłam wkurzona na niego. Raz, że mnie przyłapał, a drugi raz, że miał takie mniemanie o mnie.

Co on sobie myśli — że z melepetą ma do czynienia? Co to dla mnie takie tam fruwanie na wysokościach. Przecież na drzewach i dachach jestem wyćwiczona.

Jednak po zastanowieniu musiałam proboszczowi wybaczyć i jedno, i drugie, bo też szczerze przyznać musiałam, że i tak potraktował mnie ulgowo.

Raz — że mnie, jako jedynej dziewczynie, pozwolił wraz z chłopakami co godzinę wdrapywać się na wieżę kościelną i bić w dzwony na cześć zmarłego papieża Jana XXIII (zm. 3.06.1963 roku), a drugi raz — że oprócz tej przestrogi, że stracę zęby, ani na mnie nie nakrzyczał, ani „ściętaka” w moją szlachetną główkę nie wymierzył.

Chłopcom natomiast za to samo oberwało się, że ho, ho! Zbeształ ich jak święty Michał diabła i po parę solidnych „ściętaków” wykonał na ich głowach. Aż świstało.

Trudno mi pojąć, dlaczego mnie tak ulgowo potraktował. Ale coś mi się tak wydaje — bo tyle to już pomiarkowałam — iż nasz wielebny ksiądz proboszcz ma respekt przed osobami zajmującymi jakieś tam wyższe pozycje w naszej małomiasteczkowej społeczności. No i nie cykor? Cykor jak nic!

Ale za to ja i chłopaki cykorami nie byliśmy, bo gdy tylko proboszcz się oddalił, znów zrobiliśmy sobie zawody, kto bardziej się na linie największego dzwonu rozhuśta i dalej wyleci przez otwór okienny — raz z jednej strony dzwonnicy, raz z drugiej.

Mnie się wprawdzie nie udało tak mocno rozhuśtać jak Frankowi, ale najgorsza też nie byłam. Ależ to była frajda — tak fruwać na wysokościach! Całe miasto było widać, i to z każdej strony.

No ale przy okazji tego naszego fruwania wszystkie trzy dzwony waliły jak oszalałe. Bo gdy jedno z nas fruwało na linie największego dzwonu, wprawiając w ruch jego serce, oczekujący na swoją kolejkę nerwowo kołysali sercami dwóch mniejszych dzwonów.

Tak że papież Jan XXIII gdzieś tam na wysokościach na pewno był z nas zadowolony. A my dopiero!…

A jeśli chodzi o moje zęby, to ksiądz proboszcz nie miał racji. Te same mam do dziś.

Muszę się jeszcze pochwalić, jaką wzorową harcerką byłam. Proszę bardzo: poczet sztandarowy — wystąp! No co, harcerka ze mnie jak się patrzy, nie?

Mam już ponad dwanaście lat, jestem w V klasie i na mojej lewej (przyszłej) piersi pyszni się brązowy sznur… A może to ja się bardziej pysznię? Nieważne. Tak czy siak — jestem harcerką jak się patrzy!



Ojej, powtarzam się. No dobrze, to mówię już o tej ważnej okazji, w której mogę się zaprezentować w pełnej harcerskiej krasie.

Otóż jest to uroczystość nadania sztandaru naszemu ZHP — ufundowanego przez zakłady pracy w naszym mieście.

Stoję sobie w poczcie sztandarowym razem z Martinem i Bogusią, a z tyłu przypatruje nam się wielu ważnych panów z tych różnych zakładów pracy. Chwała im za to… A zwłaszcza za to, że możemy sobie tak postać w pełnym rynsztunku i w pełnej gali.

A niech nas podziwiają i na nas się napatrzą. Wszak harcerze z nas jak się patrzy…

Że co? Że już to mówiłam? Aha! No dobra, to niech będzie: „jak z obrazka”.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego nikt z nas — kompletnie nikt — się nie uśmiecha. Dlaczego wszyscy mamy takie wyraźnie smętne miny. Powaga chwili czy może jednak coś innego?

Ale to nic! Sama siebie podziwiam na zdjęciu i napatrzeć się nie mogę. Bo też wiele miesięcy minie od tego zdjęcia i — nie wiedzieć czemu — nikt mnie w międzyczasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu. Szkoda.

Kiedy piękny czas wakacji i lata minął i nastała zima, pod koniec grudnia znów dzieciaki powędrowały do miejskiej świetlicy celem odebrania tego, co im się należało — jak co roku zresztą — czyli „przydziałowej” paczki ze słodyczami.

Zaraz, ale co to za Dziad Mróz w tym roku, ja się pytam? Najgorsze jego — jak do tej pory — wydanie. Małe to jakieś i takie niepozorne. Byłam zawiedziona.

A jak już mnie i Terenię wywołano na scenę (Lodzię nie, bo była już za duża na paczki), to myślałam, że padnę trupem na widok tego Dziada Mroza z bliska.

Toż to istna paranoja! No nie, przecież to Zbyszek Piasecki w przebraniu — mój dwa lata starszy kolega! I to jeszcze z rózgami w ręku. Taki obciach! Organizatorzy tego „spektaklu” tym razem w ogóle się nie postarali.

Ale niech tam — ważne, że jest paczka i zdjęcie z tej całej komedii. A może już jesteśmy za duże, aby tak bezkrytycznie podchodzić do Dziada Mroza? Być może.

Postanowiłam, że po raz ostatni osobiście zjawiam się po odbiór paczki, chociaż powinnam jeszcze dwa razy, gdyż przysługują dzieciom do czternastego roku życia.

Nie, nie podaruję ich nikomu. Tatuś sam może je odebrać w pracy. Bo ja akurat w tych dniach „będę” chora.

Wracając z paczką na miejsce, wyszeptałam Tereni o swoim postanowieniu, a ona — o dziwo — się z nim zgodziła i powiedziała, że po odbiór tej ostatniej (bo będzie miała już czternaście lat) też już nie przyjdzie, bo czuje się za duża.

Trudno się z nią nie zgodzić, że „za duża”, bo popatrzcie sami — nawet jej płaszcz świadczy o tym, że tak jest… A może w praniu się tak skurczył?



Na zdjęciu widać wyraźnie, że z tego wstrząsu — na widok Dziada Mroza — jakowaś pomroczność jasna na mnie spłynęła.

Dobrze, że chociaż ruszać się mogłam normalnie. Czułam nawet, że jakbym więcej energii dostała i niczym z turbo doładowaniem szybkim krokiem oddaliłam się ze sceny.

Mało swoich okropnych śniegowców — z komunistycznego przydziału — nie zgubiłam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


W objęciach lata...

 



Nastało lato 2026 — niech każdy więc korzysta z letnich dni, jak umie — najlepiej w naturze, nie w zgiełku i nie w tłumie — wiersz w obrazie.


Pod czerwcowym niebem drzew

W czerwcu drzewa są najpiękniejsze — świeże, zdrowe, zanurzone w zieleni, w soczystym oddechu lata. Nawet te najstarsze, zmęczone czasem, w tej zielonej pełni stają się młodsze.

Lubię chodzić wśród nich bez pośpiechu, wsłuchiwać się w szept liści, gdy wiatr cicho gra na ich gałęziach i pytać w myślach — o czym opowiadają?

Może o wszystkim, co niesie człowiek: o doli i niedoli, o czułości i ciężarze serca. A czasem — choć niechętnie — o krzywdzie i ludzkiej ciemności… bo i takie historie wiatr im przynosi.




Szumią o pięknie całego świata… 
Los ludźmi przecież po Ziemi miota,
a potem ludzie pod drzewem siadają
i o cudach świata opowiadają.

Szumią o wielkiej potędze miłości,

o oczarowaniu, a nawet zazdrości.
Wszystko od ludzi to usłyszały,
bo jak spowiednik przez wieki stały.

Dzieciom zaś baśnie opowiadają...

Mnóstwo ich w dziuplach schowanych mają.
Zbierały je wszystkie przez wiele lat,
a układał je skrzętnie zielony skrzat.

piątek, 19 czerwca 2026

Kocia powaga vs. ludzka słabość...

 


Manifest poranny wkurzonego kota:

Serio jeszcze śpicie? To jest skandal! Kto tu rządzi? Nie po to was mam. Weźcie się ogarnijcie... Ile mam czekać? To wcale nie jest śmieszne. Nie testujcie mojej cierpliwości. Otwierajcie natychmiast!... Koniec żartów. Zaczynm larum: miauuu + skomlenie deluxe.

Tak wygląda egzekucja praw podstawowych kota z sąsiedztwa — wierszyk w obrazie.


Zanim niebo pęknie...

 


Natura czasem mówi więcej niż nasze myśli. Trzeba tylko na chwilę się zatrzymać — nawet jeśli nadchodzi burza. Tekst w obrazie.


czwartek, 18 czerwca 2026

Kto żyw, wypełnia Bozi przykazanie


Na łonie natury
wszyscy się kochają,
Pan Bóg tak przykazał —
więc się rozmnażają.

Winniczki biorą to przykazanie wyjątkowo serio — i robią to z rozmachem (choć w swoim tempie). Zanim jednak dojdzie do sedna sprawy, czeka je długie, nawet dwugodzinne „randkowanie”. Jest dotykanie czułków, są zaloty, jest atmosfera — słowem: pełen romantyzm.



A potem… bach! Każdy z partnerów wbija drugiemu tzw. strzałkę miłosną. I nie jest to metafora — to całkiem realna, wapienna igiełka, sięgająca nawet jednej piątej długości ślimaczej stopy. Amor by się nie powstydził.



Gdy już emocje opadną, sama wymiana spermy trwa stosunkowo krótko — zaledwie kilka minut. Potem życie toczy się dalej: w czerwcu lub lipcu winniczki składają białe jaja (wielkości grochu) do starannie wykopanej jamki w ziemi.

Po trzech–czterech tygodniach na świat przychodzą młode ślimaki, które… no cóż, na swoją wielką miłość muszą jeszcze trochę poczekać. Dojrzałość płciową osiągają dopiero w czwartym roku życia — czyli w ślimaczym świecie: po solidnym „ogarnięciu się w życiu”.


Ład to najcichsza forma chaosu...

 



Zgoda usypia, chaos budzi. Jedno daje poczucie kontroli, drugie odbiera złudzenia. Każdy wybór między nimi jest w istocie wyborem między wygodą a prawdą.


wtorek, 16 czerwca 2026

Małe pszczółki, wielka praca...

 


Pszczoły to wielkie dobro — ich praca jest bardzo ważna. Zapylają większość roślin, dostarczają wosk, propolis i pyłek. Ich obecność w ekosystemie jest niezastąpiona... Cieszmy się więc, gdy pszczółki – bzz, bzz, bzz — wprawiają się w ruch — wierszyk w obrazie.


To nie tłum. To manifestacja

To już nie jest kryzys. To jest rozkład. Świat, który miał działać, sypie się na naszych oczach. Gospodarka chwieje się jak wydmuszka, a elity — skorumpowane, bezkarne i oderwane od rzeczywistości — tracą resztki kontroli.

Nie kontrolują już niczego. System nie jest w kryzysie. System się rozpada. Każda kolejna „reforma” brzmi jak kpina.

Każda obietnica jest tylko próbą przedłużenia agonii. Ile jeszcze?

Porządek, który miał stabilizować świat, stał się narzędziem nacisku i wykluczenia. Ci na górze nie oddadzą go sami — zbyt długo korzystali z milczenia tych na dole.

Ale to milczenie się kończy. Na ulicach nie stoi już jednostka. Na ulicach stoi masa. Nie rozproszona. Nie przypadkowa. Zebrana.

Ludzie przestają wierzyć. Przestają się bać. Przestają czekać. A kiedy znika strach — znika zgoda na wszystko, co było.

To nie będzie korekta. To będzie zderzenie. Rzeczywistość wraca — i nie prosi o pozwolenie... Kiedy? Najbliższy czas pokaże.



niedziela, 14 czerwca 2026

Wredny, ale wykształcony i wychowany do... własnej racji...

 



Główna cecha: Zawsze racja, nigdy refleksja, czyli życzliwość w trybie agresywnym. A zasady dobrego tonu? Oczywiście są przestrzegane... według własnego widzimisię — wiersz satyryczny w obrazie.


Wódz w stanie skupienia: suchym...




Pozostało już tylko echo wielkości... „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść — niepokonanym” — wiersz satyryczny w obrazie.


Nadchodzi nowy porządek świata?

To już nie jest kryzys. To jest rozkład. Świat, który miał działać, sypie się na naszych oczach. Gospodarka chwieje się jak wydmuszka, a elity — oderwane, bezkarne, ślepe — udają, że kontrolują sytuację.

Nie kontrolują niczego. To system pęka. I wszyscy to czują. Każde kolejne „rozwiązanie” to tylko pudrowanie ruin. Każda obietnica brzmi jak kpina... Ile jeszcze?

Porządek, który miał gwarantować stabilność, stał się narzędziem nacisku i wykluczenia. Ci na górze nie zamierzają ustąpić sami. Zbyt długo korzystali z ciszy tych na dole. Ale ta cisza się kończy.

Ludzie przestają wierzyć. Przestają ufać. Przestają się bać. A kiedy znika strach — zaczyna się zmiana.

To nie będzie elegancka korekta kursu. To będzie brutalne zderzenie z rzeczywistością. Ignorowane prawa wracają z siłą, której nie da się już zatrzymać:

To nie jest pytanie „czy”.

To jest pytanie „kiedy”.



sobota, 13 czerwca 2026

Czarna owca i kolonie grozy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XIVTym razem będzie o czarnej owcy u progu Pana i o świętości, która jakoś nie chciała się przykleić. O kolonii, która zamiast wakacji okazała się horrorem, o dziewczynach, które potrafią być okrutne, i o dorosłych, którym nie zawsze można wierzyć. Będzie też o ucieczce na dworzec, wielkiej rozpaczy i jeszcze większym buncie… A na końcu — o miejscu, gdzie wreszcie można było odetchnąć i być sobą.


(zdjęcie — znów nieudane. Hihi… ale wiadomo, to tatuś — fotograficzny antytalent — je zrobił. Czekam wytrwale, aż mu się znudzi grać rolę kronikarza rodzinnego i wreszcie ФЭД-2 mi przekaże, jak wcześniej obiecał, w moje wyłączne władanie)


A oto już moje bierzmowanie. Fajnie wyglądam, nie? Hihi, jak czarna owca u progu Pana. Ale tak chciałam wystąpić, bo bardzo lubię ten mundurek marynarski, który mi mamusia uszyła… i nie było zmiłuj! Zresztą mojej sukni z komunii już i tak nie miałam. Mamusia podarowała ją — za moją zgodą — kuzynce Cesi, która miała komunię miesiąc temu.

Na początku to nawet trochę głupio się czułam, że tak inaczej wyglądam niż reszta dziewczyn, bo wielu rozmodlonych wierzących” jakoś tak dziwnie na mnie patrzyło, ale w końcu uznałam, że to i dobrze. Wszak nie jestem taka sama jak wszystkie owieczki… to jest, dziewczyny. Wręcz przeciwnie. Jestem Halinek-Mintek, który jako dziewczyna urodził się na Haliny. No! Jestem więc inna, czy nie? No jestem!


No i co? Prawda, że piękny jest mój mundurek marynarski? Tylko ja taki mam i jestem z niego bardzo dumna.


A na bierzmowaniu dałam sobie na imię Barbara, tak, by choć trochę jakaś świętość na mnie spłynęła — od świętej Barbary. Bo jak się okazało, na drugie imię mam Danuta, a przecież świętej Danuty też nie ma.

Nie pojmuję, dlaczego mnie rodzice tak świecko nazwali. Ze złości, że się chłopczykiem nie urodziłam, czy co?

Bo chociażby Terenia — ta to już aż promienieje świętością, gdyż nazywa się Teresa, Anna, Maria. Ale kiedy pomyślę o Lodzi, to się uspokajam, ponieważ ona, podobnie jak ja — mało święta. Nazywa się Leokadia, Karolina, Bernadeta… Ufff! Ma nawet gorzej niż ja.

No ale to wszystko można było jakoś znieść. Gorsze rzeczy musiałam przeżyć na kolonii dzieci cukrowników w Żmigrodzie koło Wrocławia, gdzie mnie rodzice po raz pierwszy wysłali razem z Terenią.

Na początku to nawet się cieszyłam, ale kiedy już byłam na kolonii, to niestety od razu przestało mi się tam podobać.

Dzieci były okropne, a kierowniczka kolonii, pani Klara, nie pozwoliła mi być z Terenią w tej samej grupie, chociaż to tatusiowi obiecała. Wiem, bo byłam przy tym. A była to tatusia znajoma z pracy.

Dała mnie do młodszej grupy, w której wychowawczynią była pani Krysia. Ona była strasznie gruba i miała też strasznie gruby warkocz, aż do samej pupy.

Nie polubiłam jej, gdyż ciągle wrzeszczała na dzieci i wszystkiego zabraniała. Chciałam natychmiast wracać do domu. Pisałam codziennie rozpaczliwe listy do mamusi. Wreszcie się rozchorowałam. Chociaż nie bardzo wiem, na co.

Fakt faktem, że nie miałam siły wstać z łóżka i ciągle zbierało mi się na wymioty. Pani Krysia oddała mnie do izolatki. W izolatce leżała już Urszula — moja starsza koleżanka z tej samej ulicy.

Znałam ją dobrze, ale jakoś przy niej w izolatce wcale się lepiej nie poczułam. Dlaczego? Ano dlatego, że Urszula, leżąc na łóżku, robiła sobie naszyjnik… z much.

Akurat jak weszłam do izolatki, ona nanizywała na igłę z nitką wcześniej już złapane muchy. Widok był okropny, bo ten jej niby naszyjnik cały się ruszał, gdyż niektóre muchy jeszcze żyły. Znów mnie wzięło na wymioty. A Urszula tylko się śmiała.

Pod wieczór kierowniczka Klara, widząc, że izolatka w ogóle mi nie pomogła, wspaniałomyślnie pozwoliła mi spać z Terenią w jej sali starszaków. Ucieszyłam się, bo jakoś lepiej się czułam przy Tereni. Jak nigdy dotąd.

Ale w końcu i przy niej nie zaznałam ulgi, bo niektóre dziewczyny z jej grupy ciągle się ze mnie naśmiewały i w nocy straszyły duchami. Terenia krzyczała na nie, ale one jej nie słuchały.

Kiedy późno w nocy wreszcie przestały mnie straszyć, bo usnęły zmęczone, ja mogłam też usnąć. Niestety, kiedy się rano obudziłam, znów zwymiotowałam. Bo gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam przy łóżku olbrzymi słój wypełniony małżami. Niektóre małże akurat wyłaziły z muszli. Okropne obrzydzenie wtedy poczułam i siłą rzeczy musiałam puścić pawia.

Dziewczyny znów miały ubaw. One specjalnie ten słój koło mnie postawiły. Słyszały, że ja się brzydzę małż, a że dzień wcześniej były z grupą nad rzeką Barycz, nazbierały tego świństwa pełno, aby mi potem je wetknąć pod nos i czekać na reakcję. Okropne były te dziewczyny z grupy Tereni.

Po tygodniu na kolonię przyjechała pani Grochowska, nasza sąsiadka, a Baśki mama. Zdziwiona byłam, bo Baśki na kolonii ze mną nie było.

Potem się okazało, że to mamusia ją do mnie wysłała, gdyż po przeczytaniu moich rozpaczliwych listów martwiła się o mnie. Sama nie mogła, bo Wojtuś był jeszcze malutki.

Na widok pani Grochowskiej poczułam się od razu lepiej. Uczepiłam się jej i natychmiast chciałam wracać z nią do domu. Na początku ona mi obiecywała, że tak będzie, ale na drugi dzień rano powiedziała, że ja jednak muszę zostać na kolonii do końca, bo tak będzie lepiej dla mnie.

Rozpłakałam się okropnie i, czepiając się jej spódnicy, na siłę chciałam iść z nią na dworzec.

Wtedy między nas wkroczyła pani Klara i powiedziała, że jeżeli się uspokoję i zostanę, to ona przeniesie mnie za to do grupy Tereni i pozwoli mi jechać z nią do wrocławskiego ZOO, bo akurat jej grupa się ustawiała do wyjazdu. Moja grupa była dzień wcześniej, ale ja nie byłam z nimi, bo byłam w izolatce.

Po jakimś czasie uspokoiłam się i zgodziłam — z bólem serca — pozostać na kolonii.

Kiedy pani Grochowska już poszła na dworzec, ja stanęłam obok Tereni i chwyciłam ją mocno za rękę. Byłam pewna, że będzie tak, jak kierowniczka mówiła.

Niestety, moje nadzieje wnet okazały się płonne, gdyż pani Klara po chwili podeszła do mnie i powiedziała, że nie mogę jechać, gdyż zabrakło biletów do ZOO.

Myślałam, że mi się zaraz coś stanie z rozpaczy. Bardzo szybko moja rozpacz zamieniła się jednak w bezgraniczną wściekłość. Nazwałam panią Klarę wstrętną oszustką i z krzykiem puściłam się biegiem na dworzec za panią Grochowską.

Nikt nie mógł mnie dogonić, a moja pani, pani Krysia, to już w ogóle. No ale pani Grochowskiej już na dworcu niestety nie było widać. Do dziś nie wiem, czy pociąg już odjechał, czy się przede mną schowała.

Musiałam wrócić na kolonię. Pani Krysia złapała mnie za rękę i nie chciała puścić. Puściła dopiero wtedy, kiedy grupa Tereni odjechała do Wrocławia. Ale wtedy zaś nie odstępowała mnie ani na krok. Czułam się osaczona.

A ona nagle do mnie mówi:

— „Zaśpiewaj nam jakąś piosenkę. Słyszałam, że umiesz ładnie śpiewać”.

A ja jej na to ze łzami w oczach:

— „Mnie się żyć nie chce, a co dopiero śpiewać” — i łzy pociekły mi ciurkiem.

Pani Krysia wtedy głośno zawołała:

— „Hej, dziewczynki, widzicie, jaka z niej beksa?!” — i zaczęła śpiewać:
— „Beksa lala pojechała do szpitala…!” — a za nią wszystkie dziewczynki…

Tak że te kolonie w Żmigrodzie — to był dla mnie istny horror. Nie mam nawet żadnego z nich zdjęcia. Ale to i dobrze, bo przypominałyby mi o tym strasznym czasie.

Po powrocie do domu poprzysięgłam sobie, że już nigdy na żadne kolonie nie dam się wysłać.

Całe podwórko mi współczuło, wszyscy sąsiedzi. Okazało się, że mamusia na podwórku czytała moje rozpaczliwe listy. Pan Tabisz, najstarszy z sąsiadów, miał wtedy ponoć powiedzieć:

— „Zobaczycie, że z naszej Halinki będzie kiedyś pisarka”.

Nie wiem, czemu nie nadawałam się na kolonie. Może dlatego, że nie chodziłam do przedszkola?

Chociaż nie — gdy miałam pięć lat, chodziłam. Ale tylko trzy dni. Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, kiedy mamusia kupiła mi taką malutką, z grubej tektury, torebkę na długim pasku. Taką specjalną, jaką wszystkie przedszkolaki wtedy nosiły. A że Terenia chodziła już do przedszkola, więc ja też z radością poszłam.

Torebka bardzo mi się podobała. Jednak przedszkole już mniej. A po pierwszym dniu — wcale.

Pamiętam teatrzyk, jaki pani przedszkolanka z kasztanowych ludzików nam urządziła. Był okropny i dużo w nim było przemocy. Zbuntowałam się i z rykiem oświadczyłam, że do przedszkola chodzić nie będę. Że z niego ucieknę do lasu i zostanę tam na zawsze.

Mamusia jednak jeszcze raz, trzeci raz, zaprowadziła mnie do przedszkola, a właściwie zaciągnęła tam na siłę. Ale kiedy tylko poszła do domu, uciekłam przez dziurę w płocie i cały dzień przesiedziałam w parku w piaskownicy. No to od tej pory już mnie mamusia więcej nie prowadziła.

Od kiedy pamiętam, nie mogłam znieść bezczelności, chamstwa i głupoty. A że w większości są to cechy dzieci, to chyba dlatego źle się czułam w ich dużym towarzystwie.

Nie znosiłam też niezrozumiałych, głupich nakazów i zakazów dorosłych. Zawsze próbowałam im się przeciwstawić. A i zbuntować się potrafiłam niekiedy, że ho, ho!

To może właśnie też i przez to nie nadawałam się do żadnego typu dużych zbiorowisk ludzkich.

Jak sięgnę pamięcią, zawsze byłam indywidualistką i tylko wśród swoich czułam się dobrze.

Po tej nieszczęsnej kolonii tatuś zawiózł mnie w moje ukochane miejsce na Ziemi — do Krosnowic koło Kłodzka. Do cioci Rózi i kuzynów: Ryśka i Zbyszka. No, tam to się zawsze czułam wspaniale. Wieś, góry, lasy, rzeka — a właściwie dwie rzeki, bo i Biała Lądecka, i Nysa. Tam zawsze miałam cudowne wakacje.

I kiedy jechałam do Krosnowic cukrowniczą Warszawą — bo tatuś przy okazji jechał też służbowo do cukrowni w Jaworze — z nami w delegację jechał też pan magister Hermanowicz. I on w czasie naszej podróży, która trwała ponad pięć godzin, cały czas ze mną rozmawiał i wypytywał o różne rzeczy.

Zrobił mi też taki mały test z wiedzy o roślinach uprawnych. Wskazywał na pola, które mijaliśmy samochodem, i pytał mnie, co na nich rośnie.

Pan Hermanowicz był mną zachwycony, bo wszystkie rośliny odgadywałam bezbłędnie.

A ja byłam zachwycona panem Hermanowiczem, bo mało kto poświęcał mi tyle uwagi.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


To minie — nawet jeśli dziś w to nie wierzysz...

 


Kiedy wszystko gaśnie, zanim znów zaświeci światło — po prostu żyj. To minie — nawet jeśli dziś w to nie wierzysz. Świat się jeszcze nie kończy. Tam, gdzie kończy się siła, zaczyna się nadzieja. Na przekór temu, co boli — tekst w obrazie. 


piątek, 12 czerwca 2026

Wróżba białego obłoku...

 


Pod znakiem obłoku... Czy to biała przepowiednia, dwojaka wróżba, a może dwie drogi twoich myśli? — wiersz w obrazie.


Sagrada Familia w Barcelonie — arcydzieło, które wciąż powstaje

144 lata budowy i końca wciąż nie widać. Sagrada Familia to jeden z najbardziej niezwykłych projektów w historii świata — świątynia, która od pokoleń powstaje na oczach ludzi. Dlaczego właśnie ona budzi tak ogromne emocje?


W ostatnich dniach znów zrobiło się głośno (choć może nie wszędzie) o Bazylice Sagrada Familia w Barcelonie. I trudno się dziwić — ta niezwykła świątynia od ponad 144 lat pozostaje jednym z najbardziej fascynujących placów budowy na świecie.

Przy okazji medialnego szumu wróciło też moje własne wspomnienie sprzed lat, gdy miałam okazję zobaczyć ją na własne oczy, podczas podróży po Hiszpanii.

Pierwsze wrażenie? Przytłaczające — w najlepszym znaczeniu tego słowa. Sagrada Familia sprawia wrażenie gigantycznej „Biblii wyrytej w kamieniu”. To nie jest tylko budowla — to opowieść. Każdy detal, od strzelistych wież i bogato zdobionych fasad po organiczną geometrię wnętrza, zdaje się czerpać inspirację wprost z natury. Gaudí nie tyle projektował — on „hodował” architekturę, pozwalając jej wyrastać z tych samych zasad, które rządzą światem przyrody.


(Niestety, nie mam lepszego zdjęcia — dookoła stało wysokie ogrodzenie — wiadomo, plac budowy)


Tym razem powodem zainteresowania była wizyta papieża Leona XIV, który 10 czerwca 2026 roku, w drugim dniu pobytu w Barcelonie, odprawił mszę właśnie w Sagradzie Familii.

Data nie była przypadkowa — liturgia odbyła się dokładnie w setną rocznicę śmierci Antoniego Gaudíego, twórcy tej niezwykłej świątyni.

Gaudí, kataloński architekt i jeden z najwybitniejszych przedstawicieli secesji, przez lata konsekwentnie realizował swoją wizję, nie oglądając się na konwencje epoki.

Zmarł tragicznie 10 czerwca 1926 roku, kilka dni po tym, jak został potrącony przez tramwaj w Barcelonie. Pozostawił po sobie dzieło niedokończone — ale być może właśnie w tym tkwi jego wyjątkowość.

Od 1992 roku trwa proces beatyfikacyjny Gaudíego. Zgromadzono liczne świadectwa jego głębokiej wiary i duchowości — nie bez powodu zaczęto nazywać go „Bożym Architektem”. A jednak proces ten wciąż pozostaje otwarty.

Dlaczego tak długo? Czy to kwestia kościelnych procedur, czy może — przewrotnie — echo hiszpańskiego „hasta mañana”? A może po prostu wszystko, co związane z Gaudím, musi dojrzewać w swoim własnym tempie — tak jak jego największe dzieło, które od ponad wieku wciąż powstaje.


czwartek, 11 czerwca 2026

Polskie być albo nie być...

 


Od wielu lat patrzę na Polskę z zagranicy. Z dystansu widać czasem więcej, a na pewno inaczej. I właśnie ten dystans sprawia, że to, co dziś dzieje się w polskiej polityce, nie wygląda dla mnie jak zwykły spór czy kolejna wyborcza przepychanka. Coraz bardziej przypomina proces, który może mieć swój punkt graniczny. Mam wrażenie, że rok 2027 może być właśnie tym momentem... I to nie będą zwykłe wybory. To będzie wybór ustroju — tekst w obrazie.


To, co nazywasz ładem, jest jedynie oswojonym chaosem…




Zgoda uspokaja sumienie, chaos je rozdziera. A ty i tak musisz wybrać, w czym chcesz żyć — tekst w obrazie.


środa, 10 czerwca 2026

Wystąpienie Premiera Donalda Tuska — z dedykacją



Brawo, Panie Premierze! Polska jest Panu wdzięczna. Jest Pan mądrym politykiem, prawdziwym patriotą i — przede wszystkim — człowiekiem z klasą.

To wystąpienie dedykuję tym, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, a najmniej mają z nim wspólnego — pisowcom i konfederatom. Pseudopatriotom i pseudokatolikom, którzy pod hasłami wartości szerzą jedynie podziały i nienawiść. Może w końcu coś do nich dotrze.


Proszę klinkąć w link:

Wystąpienie Premiera Donalda Tuska


To nie zgromadzenie — to sprzeciw...

 


To nie ludzie — to siła. To nie tłum — to bunt. To nie cisza — to krzyk. To nie demonstracja — to przełom. To nie protest — to początek... Wiersz w obrazie.


Krzyk, którego nie da się zagłuszyć

Czy można odwracać wzrok od tragedii, która codziennie wyświetla się na ekranach naszych urządzeń? Od obrazów wojny, które przestają szokować, bo stają się codziennością?

Wojna nie jest pojęciem abstrakcyjnym. To zniszczone miasta, spalone domy, rozdzielone rodziny. To cywile ginący w bombardowaniach, zasypani gruzami, umierający z głodu i braku pomocy. Wśród nich są dzieci — najbardziej bezbronne ofiary konfliktów, których nie wybrały.



Trudno nie zapytać: jak to możliwe, że w świecie deklarującym przywiązanie do wartości humanistycznych i religijnych wciąż dochodzi do takiego cierpienia? I gdzie w tym wszystkim jest Bóg, o którym mówi się jako o dobru, miłości i sprawiedliwości?

Największe religie świata głoszą pokój i miłosierdzie. Historia jednak pokazuje, że człowiek wielokrotnie potrafił odwrócić te wartości i użyć ich jako uzasadnienia przemocy.

W efekcie to nie brak wiary, lecz człowiek — niezależnie od niej — pozostaje najczęściej źródłem największego cierpienia.

Wobec nadmiaru obrazów wojny wielu ludzi reaguje podobnie: najpierw poruszeniem, potem bezsilnością, a w końcu emocjonalnym odcięciem. To mechanizm obronny, ale też ryzyko zobojętnienia.

Mimo to nie znika pytanie o reakcję. Pomoc — nawet najmniejsza — pozostaje sprzeciwem wobec obojętności. Nie zatrzyma wojny, ale nie pozwala całkowicie milczeć sumieniu.

Najbardziej poruszający pozostaje obraz ludzi klęczących w ruinach. Modlą się, błagają, wołają o cud, a Bóg milczy.


wtorek, 9 czerwca 2026

Leśne światło ukryte w kwiatach...




Czerwcowe szepty natury... Między cieniem drzew a miękkim światłem kryją się drobne kwiaty — zatrzymane na chwilę, zanim znikną. Las w czerwcu skrywa więcej, niż widać na pierwszy rzut oka — wystarczy się zatrzymać, by dostrzec jego ciche cuda. Tekst w obrazie.


Ku refleksji dla nienawistnych moralistów...

 


A gdzie znajdziesz najwięcej nienawistnych moralistów?... Wśród pisowskich i konfederackich „katoloków” (sic!). Fraszka w obrazie.


Egzystencjalne spojrzenie na ludzką naturę...

 


To gorzka konstatacja: w obliczu egzystencjalnej niepewności psychika nie domaga się prawdy samej w sobie, lecz sensu, który pozwala unieść ciężar istnienia i przetrwać jego najciemniejsze momenty. Aforyzm w obrazie.


poniedziałek, 8 czerwca 2026

Wieczorna pieśń jeziora...

 


Wielu z nas z pewnością było nad jeziorem Hańcza — nad najgłębszym jeziorem w Polsce — i pamięta te cudowne wieczory. Z pewnością też z zachwytem podziwiało sunące po wodzie białe żagle... Ja byłam i swój zachwyt utrwaliłam — wiersz w obrazie.


Między ciszą a grzmotem

Miała to być zwykła poranna wędrówka. Kilka kilometrów, trochę ciszy i czas na uporządkowanie myśli. Nie spodziewałam się, że tego dnia spotkam coś, co przypomni mi historię sprzed lat — i pokaże burzę z zupełnie innej strony.


Wczoraj z samego rana miałam zaplanowane „kijkowanie”. Nie było więc miejsca na wymówki — plan to plan. Wsiadłam do auta i pojechałam na szczyt tutejszej góry.

Już po kilku minutach, z lekkim uśmiechem, maszerowałam leśnym traktem. Las przywitał mnie ciszą i spokojem, które otulały jak miękki płaszcz.

Myśli same zaczęły krążyć wokół sprawy, która od jakiegoś czasu domagała się uwagi.

Zamknęłam się w nich tak szczelnie, że nie zauważyłam, kiedy niebo nagle przygasło, a powietrze zgęstniało. Dopiero pierwsze krople deszczu wyrwały mnie z zamyślenia.

Nie przeszkadzało mi to jednak. Lubię deszcz — jego zapach, jego rytm, jego obecność. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam kilka zdjęć. Chciałam zatrzymać tę ulotną chwilę.





Wkrótce jednak cisza zaczęła się kruszyć. Do moich uszu dotarły niskie, coraz bardziej natarczywe pomruki nadchodzącej burzy. I nagle — jak echo z przeszłości — przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam… Oto jego fragment:

...Gdy idzie na burzę,
zostań lepiej w domu.
Brawura jest głupia,
nie chroni od gromu...



— No tak — pomyślałam — tylko że ja już jestem poza domem. Nie mając wielkiego wyboru, przyspieszyłam kroku w stronę parkingu.

Nie boję się burz. Wiem, jak się zachować, znam ich naturę. Ale nie widzę sensu w niepotrzebnym wystawianiu się na próbę. Wolę podziwiać je z dystansu — wtedy są najpiękniejsze.

A jednak jest w tej historii coś więcej. W młodości, podczas wakacji u cioci, zostałam porażona piorunem kulistym. Może właśnie dlatego burze fascynują mnie do dziś.

Od tamtej pory zgłębiam ich tajemnice i wiem, że oprócz grozy niosą ze sobą także niezwykłe piękno.

Wyładowania elektryczne oczyszczają powietrze, nasycają je świeżością — jakby po każdej burzy świat zaczynał oddychać głębiej.

Wiem też, jak pomóc tym, którzy mieli mniej szczęścia. Porażenie piorunem najczęściej zatrzymuje oddech i serce. Wtedy liczy się każda sekunda — trzeba działać natychmiast.

Kiedy dotarłam do auta, deszcz lał już strugami, a niebo rozdzierały potężne błyskawice.

Nie odjechałam od razu. Przez kilkanaście minut siedziałam w środku, patrząc na ten niezwykły spektakl natury.

Nie czułam strachu. Samochód stał się moim schronieniem — zamkniętą przestrzenią, która jak klatka Faradaya odcinała mnie od żywiołu.

Wiedziałam, że nawet jeśli piorun uderzy, jego energia rozleje się po zewnętrznej powierzchni, nie naruszając wnętrza.

I tak siedziałam — między ciszą a burzą, między spokojem a potęgą natury — czując, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.