Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2026

Indianie przyjechali i wakacje pożegnali… Howgh!

Howgh! Wakacje dobiegły końca, ale zanim wszyscy „Indianie” ruszyli w drogę powrotną, w naszej indiańskiej wiosce wydarzyło się jeszcze całkiem sporo! Były wielkie powitania, indiańska kuchnia, wyjątkowe makijaże, bębny, tańce, śpiewy i… oczywiście fajka pokoju. Jak wyglądało wielkie pożegnanie wakacji w wykonaniu naszych Indian? Zajrzyjcie do relacji! Howgh!



Indianie przyjechali, czym tylko się dało. Niektórzy przyjechali ciuchcią prosto z Teksasu, inni wozami zaprzęgniętymi w rącze konie. I kiedy już wszyscy dotarli, Mała Stopa donośnym głosem zawołał:

— Witam was, wszystkie Twarze Świata! Howgh!!!



Indianie rzucili się sobie w ramiona i wyściskali się przyjaźnie. A już po chwili część z nich zajęła się oporządzaniem swoich umęczonych koni i wozów, a inni zabrali się za przygotowywanie indiańskiej kuchni. Bo też wszyscy byli okrutnie głodni.

Co bardziej zmęczeni Indianie udali się jednak na mały odpoczynek do wigwamów. Ale że drażniące nozdrza wspaniałe zapachy kuchenne rozniosły się wnet po całej indiańskiej wiosce, długo w wigwamach nie pozostali.



Wszystko u nich było jak należy zorganizowane… i praca, i wypoczynek. Ba, nawet indiański salon kosmetyczny pracował na wysokich obrotach. Każdy, kto tylko chciał, mógł sobie sprawić szczególny makijaż na tę dzisiejszą okazję.



Po wspólnym, smacznym posiłku przyszedł czas na indiańskie rytuały. Kilku Indian zaczęło walić w bębny, a przy ich rytmie i ze śpiewem na ustach wszyscy utworzyli wielki krąg i usiedli na ziemi.



Po chwili nadszedł czas na indiański taniec. Wszyscy zerwali się z ziemi i ruszyli w tany. Nawet zaproszone Białe Twarze z wielkim zaangażowaniem i radością tańczyły i śpiewały w rytm bębnów.

W końcu przyszedł czas na wypalenie fajki pokoju… Ale że Indianie w dzisiejszym świecie żyją zdrowo i nie palą, odśpiewali tylko, że fajkę pokoju palą. Fajki jednak nie palili.

Śpiewom i zabawom nie było końca… Przecież wakacje trzeba pożegnać hucznie! Wszyscy byli bardzo zadowoleni i bawili się wspaniale — bez względu na płeć, rasę, wiarę lub jej brak.

Kiedy zbliżał się już zmierzch, trzeba było wreszcie pożegnać się ze wszystkimi i ruszyć w drogę. Za chwilę każdy „Indianin” zabierze swój plecak… i ruszy do domu… prawdziwego domu.



Howgh!


poniedziałek, 11 maja 2026

Biedroneczko, leć do nieba! — wołają dzieci...

Czy znasz biedronkę? Taką małą, czerwoną kuleczkę z czarnymi kropeczkami? Biedronki są bardzo lubiane. Nazywamy je też bożymi krówkami. Często pojawiają się w bajkach, wierszykach i piosenkach. Może i Ty kiedyś powiedziałeś: „Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba!”

A kiedy biedronka spaceruje po Twojej dłoni, aż chce się uśmiechnąć, prawda? 

Biedronki są nie tylko ładne, ale też bardzo pożyteczne. Lubią zjadać mszyce — takie małe robaczki, które niszczą rośliny. Dzięki temu pomagają kwiatom, drzewom i warzywom rosnąć zdrowo i pięknie. Ogrodnicy bardzo się cieszą, gdy widzą biedronki w swoich ogrodach.

Najbardziej znana jest biedronka siedmiokropka. Ma siedem czarnych kropek i czerwony płaszczyk. Wygląda dokładnie tak, jak biedronka z dziecięcych rysunków...

Oto i ona. Prawda, że piękna?



środa, 27 lipca 2022

Półkolonijny Teatrzyk Dziecięcy zaprasza do świata bajek. Opowiastka Mexa

Nie wiem, jak wy, dzieci, ale ja bardzo lubię wakacyjne półkolonie. U nas co roku zaczynają się w sierpniu, bo my też dopiero na koniec lipca rozpoczynamy wakacje. Nie tak jak w Polsce pod koniec czerwca, jak mówi moja babcia. A babcia wie, bo w Polsce w szkole pracowała.

Z wielkim wytęsknieniem czekam już na te nasze półkolonie. Na nich jest zawsze mnóstwo dzieci w różnym wieku. Wszyscy jesteśmy podzieleni na grupy i mamy swoich wychowawców. A mieści się ona w takim dużym drewnianym domu położonym w pięknym, zalesionym miejscu na szczycie góry. Tam jemy drugie śniadanie, obiad i podwieczorek. Codziennie mamy dużo różnych atrakcji. Gramy w różne gry, uczymy się śpiewać, jeździmy na wycieczki. Mamy też różne pogawędki z policjantami, strażakami, lekarzami, sportowcami, a nawet aktorami. Fajnie jest na tej naszej półkolonii, mówię wam.

Na zakończenie turnusu urządzamy zawsze przedstawienie dla naszych rodziców, dziadków, ale też i dla innych gości. W tym roku z pewnością będzie podobnie. Póki co, opowiem wam o przedstawieniu z poprzedniego roku:

Pogoda w tym ważnym dla nas półkolonistów dniu była deszczowa i deszcz co rusz popadywał, ale to nie przeszkadzało ani nam aktorom, ani widzom. Bo też wśród aktorów i publiczności atmosfera była gorąca. Przedstawienie odbyło się na dworze, na specjalnie zmontowanej scenie. Do świetlicy wszyscy przenieśliśmy się później, na dalszą część imprezy.

Swoje role z różnych bajek odgrywaliśmy z wielkim przejęciem. Była i mała trema, ale gromkie brawa widzów dodawały nam odwagi i przedstawienie szło jak… z płatka, jak to babcia nieraz mówi.

Wszyscy byliśmy pięknie ucharakteryzowani. Wyglądaliśmy jak prawdziwe postacie z bajek. A scenografia? Ha, ta to była dopiero wspaniała. Jak na teatr przystało, wymagała też trochę wyobraźni, ale przecież o to chodzi, aby każdy z widzów swoją wyobraźnię przyjemnie wytężał. Dzieciaki same scenerię przygotowały, rekwizyty także. Najwięcej dziewczynki ze starszych grup.

 

 

Kiedy graliśmy na scenie, niektórzy aktorzy po wypowiedzeniu swoich pierwszych kwestii, rozglądali się po widowni, szukając wzrokiem swoich bliskich. Ten, który kogoś ze swojej rodzinki wypatrzył, uradowany szybciutko się uśmiechnął, kiwnął rączką… i dalej grał swoją rolę. Jednak zdarzało się i tak, że nie każdy od razu potrafił się przestawić na granie i sufler musiał niektórym z nas tekst podpowiadać. Mnie też raz musiał. Wtedy, gdy rozproszyło mnie szczęknięcie naszego psa Aramisa i na chwilkę się zawiesiłem. Bo moją mamę, tatę, babcię i starszą siostrę to ja już wcześniej widziałem, gdy tylko w roli małpki dumnie wchodziłem na scenę. Wszyscy razem siedzieli uśmiechnięci w drugim rzędzie. Aramis też.

Tak że sufler miał co robić... Tak, tak, jak na szanujący się teatrzyk przystało, mieliśmy też i suflera. Nawet dwóch. Obaj dzielnie trwali w ukryciu, jeden z prawej strony sceny, drugi z lewej i co rusz nam podpowiadali, jak zaszła taka potrzeba.

Po odegraniu wszystkich przygotowanych przez nas inscenizacji, przyszedł czas na tańce i śpiewy. No, to wtedy już było superowo, bo i reszta dzieci, a także widzowie się dołączyli i śpiewali razem z nami, klaszcząc przy tym do rytmu. Och, jakże głośno i wesoło było na scenie i na widowni. Pewnie aż cały las tętnił naszym radosnym śpiewem, a pracowite jak zawsze echo niosło te dźwięki jeszcze dalej.

Na koniec, kiedy już śpiewać przestaliśmy, podziękowaliśmy wszystkim naszym wychowawcom za wspaniały wspólnie spędzony czas i paniom kucharkom za pyszne jedzenie, a także gościom za tak liczne przybycie... i roześmiani zeszliśmy ze sceny. Wszak czekał na nas jeszcze pyszny poczęstunek i wiele innych atrakcji, jak na przykład uwielbiana przez nas loteria fantowa.

W międzyczasie, my, aktorzy teatrzyku, i pozostałe dzieciaki, chętnie pozowaliśmy do zdjęć... I słusznie! Tak myślę, bo był to nasz wielki i radosny dzień. A że widzów, uśmiechów i braw było sporo, to i zdjęć było sporo.

Przed rozejściem się do domów, jak co roku, wszystkie dzieciaki na szybko ustawiły się w dwuszeregu i zawołały chórem:

— Do następnego roku! Zapraszamy wszystkich!

— Do następnego! Dziękujemy za zaproszenie! Będziemy na pewno! — też chórem odpowiedzieli goście.


piątek, 22 lipca 2022

Taxi Babcia przyjechała. Opowiastka Mexa

 Dzisiaj w przedszkolu mieliśmy bardzo ważną uroczystość. Witaliśmy dwójkę nowych przedszkolaków. Chłopczyka i dziewczynkę. Wszystkie dzieci były tym faktem niesamowicie podniecone, ale dzięki naszym paniom przedszkolankom uroczystość przebiegła miło i radośnie. Nowe przedszkolaki szybko pozbyły się tremy i poczuły się swobodnie. Były śpiewy, były tańce, a potem wspólny obiad i po nim zabawy w ogrodzie.

Gdy przyszedł czas powrotu do domu, zaczynali się schodzić rodzice dzieci, albo dziadkowie. Ja wyczekiwałem na moją babcię.

Kiedy tylko zajechała na parking przedszkola i wychodziła z auta, wyskoczyłem zza żywopłotu ze swoim aparacikiem fotograficznym, który dostałam od niej na urodziny i... pstryk!, zrobiłem jej zdjęcie, i zaraz zawołałem:

— Taxi Babcia przyjechała! — Babcia się śmiała, a ja razem z nią.


Bardzo lubię, kiedy babcia mnie odbiera z przedszkola, bo potem jedziemy do niej do domu i w jej ogrodzie gramy w piłkę nożną. Babcia już dawno nauczyła mnie grać, jak byłem jeszcze bardzo malutki. A jak się już zmęczymy kopaniem piłki, wtedy proszę babcię, aby mi puściła na YouTube filmik o Bolku i Lolku. Uwielbiam tych dwóch braci i ich niezwykłe przygody.

Czasami babcia mi czyta też książeczki o nich, które sama napisała. Dzisiaj, zanim poszliśmy do ogrodu grać w piłkę, poprosiłem ją, aby przeczytała mi tę książeczkę o Bolku i Lolku, w której witają nowych przedszkolaków. Chciałem sprawdzić, czy podobnie witali jak my. No i babcia mi przeczytała.

W książeczce tej najbardziej podobał mi się wierszyk, bo już całkiem upewnił mnie, że tak jest naprawdę. Bolek i Lolek witali nowych przedszkolaków podobnie miło jak my, i są to tacy sami chłopcy jak my. Babcia też to potwierdziła. I dodała jeszcze, że wszystkie dzieci, w każdym kraju, na całym świecie — są kochane.

Po wysłuchaniu całej książeczki, poprosiłem babcię, aby mi ten wierszyk wydrukowała. Chcę go sobie powiesić na ścianie nad łóżkiem. Na nim będę się uczyć czytać. Zanim pójdę za rok do szkoły, to sam już go sobie cały po polsku przeczytam. Bo pamiętacie dzieci z moich poprzednich opowiadań, że ja się urodziłem i mieszkam w Niemczech i że to babcia mnie nauczyła mówić po polsku.

Babcia nieraz się ze mnie śmieje, że ja rozmawiam po polsku jak stary Polak. Nie wiem, czy to dobrze, ale myślę, że tak. No to i czytać muszę umieć po polsku — jak stary Polak. I ten babciny wierszyk mi w tym pomoże:

Witajcie Przedszkolaki

(wierszyk z opowiadania babci pt. „Bolek i Lolek witają nowych przedszkolaków”)


Hejże „wy nowi”, chodźcie tu do nas...

Chłopczyku, dziewczynko, wołamy was!

Wita was całe przedszkole nasze,

Które od dzisiaj — będzie też wasze.


A że przedszkole — to właśnie my,

Bawmy się razem… więc zapraszamy!

Zabawki różne na nas czekają,

Już nas do siebie szeptem wołają.


Książeczki także mamy ciekawe,

A w nich piękny świat, przygody klawe.

Będziemy śpiewać i tańczyć cudnie.

Razem nie będzie nam nigdy nudnie.


Możemy się bawić też i w ogrodzie.

Hasać tam wesoło przy pięknej pogodzie;

Stawiać w piaskownicy duże zamki z piasku;

Zażywać kąpieli w słoneczka blasku.


Tam huśtać się może też każdy z nas.

Wysoko, coraz wyżej... przez długi czas.

Może też wpaść na nasze boisko.

Kto lubi sport, znajdzie tam wszystko.


Nasze przedszkole jest dla nas wspaniałe.

I my to wiemy, przedszkolaki małe.

Dlatego kochamy to miejsce nasze,

Które od dzisiaj — jest też i wasze! 

 

niedziela, 26 czerwca 2022

Przybysze z Kosmosu wylądowali... Są nadzieją Ziemian

Nieprawda? Dla tych, co nie wierzą, mamy dowody. Może to właśnie oni pomogą nam w końcu wyleczyć nasz coraz bardziej chory Świat... Skoro żadne inne siły odgórne nam nie pomagają; skoro wypinają się na ludzkość, pozwalając kilku tyranom rządzić naszym życiem.

  

Byliśmy na wycieczce w lesie. Wspaniale nam się wędrowało. W wyśmienitych humorach uszliśmy już chyba z dziesięć kilometrów, rozmawiając na różne tematy kiedy nagle niebo się zaciągnęło ciemnymi chmurzyskami a spośród nich zaczął się wyłaniać dziwny obiekt i powoli, przy dźwiękach cichutkich dzwoneczków, osiadać na polanie. Kiedy osiadł już całkowicie. Niebo ponownie się rozjaśniło.

Staliśmy z rozdziawionymi buziami lekko przestraszeni, ale też i bardzo zaciekawieni. Co to może być?! Długo nie musieliśmy czekać na wyjaśnienie zagadki. Bo nagle zobaczyliśmy jak z tego obiektu, wyglądającego jak nic na pojazd pozaziemski, dostojnym krokiem wychodzi jakiś przybysz i stawia stopy na naszej kochanej Planecie Ziemia. A robił to bardzo delikatnie. Po czym rozglądnął się dookoła, i nagle, my, Ziemianie, zebrani w tym miejscu, usłyszeliśmy jego słowa. Brzmiały one nieco dziwnie, tak jakoś bardzo zgrzytająco, ale zrozumieliśmy je doskonale, gdyż mówił w naszym języku: 

— To jest mały krok Kosmity, ale wielki krok kosmicznej cywilizacji.

I wtedy z wnętrza pojazdu wyszło jeszcze trzech kolejnych Przybyszów, czyli Kosmitów, jak się okazało. Stanęli w jednym rzędzie, patrząc na nas swoimi ogromnymi, zielonymi oczami i uśmiechając się tajemniczo. Byli odziani w piękne kombinezony połyskujące złotem i srebrem. Nie byli wysokiego wzrostu, ale z sekundy na sekundę rośli nam w oczach. Po chwili wszyscy naraz podnieśli obie ręce do góry i puścili do nas oczko. Jeden po drugim… Aż tu nagle, nieziemski błysk oświetlił cały las, nas i ich. Wszystko dookoła stało się niebiesko-żółte. Z każdą kolejną sekundą barwy te tężały, stawały się coraz intensywniejsze.

To był przepiękny widok. Z zachwytu aż piszczeliśmy. Byliśmy zafascynowani Przybyszami z Kosmosu i ich połyskującym błękitem pojazdem. Cudowny zapach wanilii roznoszący się wokoło był dopełnieniem naszej ogromnej fascynacji. Zaś tym, co usłyszeliśmy, byliśmy niesamowicie wzruszeni.

Cóż za przeżycie! Staliśmy tak dobrą chwilę, bez ruchu, jak zaczarowani. Z zachwytem wpatrywaliśmy się w Kosmitów i delektowaliśmy się wszystkim, co widzimy, słyszymy i czujemy.

Wreszcie, coraz intensywniejszy zapach buchającej spod ich pojazdu waniliowej pary otrzeźwił nas i odzyskaliśmy rezon. I chociaż słowa tu wypowiedziane ciągle brzmiały nam w uszach, uwagę swą przenieśliśmy na stojący, a właściwe lekko już lewitujący kosmiczny pojazd. Był nieziemsko piękny. Zrobił na nas niesamowite wrażenie. Także na wszystkich innych Ziemianach, którzy, słysząc dziwne dźwięki dochodzące z polany, a także nasze piski zachwytu, wybiegali z gęstwin lasu coraz liczniej i zaciekawieni gromadzili się za naszymi plecami.

Patrząc na miłe buzie Kosmitów, lekko uśmiechnięte, nabraliśmy odwagi i zaczęliśmy podchodzić bliżej.

Na co oni szybko zareagowali i wolnym krokiem ruszyli nam naprzeciw, śmiejąc się już głośno i wesoło. Prawie tak samo jak zwykły człowiek. Och, cóż za radość ogarnęła nasze serca! Stanęliśmy wszyscy naprzeciw siebie i wtedy oni zawołali jednogłośnie:

— Witamy Ziemian! Przybyliśmy do was, by wam pomóc odzyskać pokój i radość na waszej pięknej zielonej Planecie Ziemia.

Staliśmy oszołomieni, nie bardzo wiedząc, co powinnyśmy zrobić. Po chwili jednak spostrzegliśmy, że oni tak jakby znów oczka do nas puszczają. A jeden z nich, ten pierwszy przez nas poznany, przekręca coś na głowie, co do berecika z antenką było podobne, tyle że metalowego, i wtedy, ni stąd, ni zowąd, właz pojazdu cicho zazgrzytał i zaczął się powiększać. To nas ośmieliło. Ciekawość wzięła górę. Podbiegliśmy do wejścia i za jego przyzwoleniem, czyli kolejnym oczkiem, zaglądnęliśmy do wnętrza. A tam tyle dziwnych rzeczy! Strasznie dziwnych, acz bardzo ciekawych.

Trudno nam było odgadnąć, co do czego służy. Biegaliśmy wzrokiem po całym wnętrzu, żeby jak najwięcej zobaczyć, i nagle, za plecami, usłyszeliśmy głos Kosmitów. Jeden głos. Znów mówili chórem:

— Teraz musimy lecieć dalej, na wschód, mamy tam bardzo ważną misję do spełnienia, ale za kilka dni wrócimy. Chcielibyśmy was bliżej poznać i zaprzyjaźnić się z wami.

Okrzykom radości nie było końca. Tak bardzo nas ta wiadomość ucieszyła. Pożegnaliśmy się z nimi bez większego smutku, bo wiedzieliśmy, że czeka nas dalszy ciąg kosmicznych wrażeń. W mig wycofaliśmy się i stanęliśmy w odległości kilkudziesięciu metrów od pojazdu.

Kosmici ponownie zaśmiali się wesoło, lecz dużo głośniej i dźwięczniej. Gęsiego podeszli do swojego pojazdu i jak na zawołanie wskoczyli razem na małą platformę, na coś w rodzaju balkonika. Jeden z nich nacisnął okrągły przycisk i uruchomił ją. Platforma drgnęła i wnet z cichym szelestem wszyscy razem unosili się powoli ku szczytowi pojazdu, który w kosmicznym tempie przybierał coraz bardziej kształt rakiety.

W tym samym czasie, przy dźwiękach cichutkich dzwoneczków, na samej górze rakiety zaczął się otwierać kolejny właz. Dużo większy. Platforma zatrzymała się przy nim i wtedy Przybysze z Kosmosu zawołali jednocześnie:

— Do zobaczenia, drodzy Ziemianie! — i machając na pożegnanie obiema rękami naraz, zaczęli wchodzić do środka rakiety. Właz, przy wzmagających się dźwiękach dzwoneczków, powoli się za nimi zamykał.

Rakieta swoim wyglądem zaczęła nagle przypominać gigantycznego pająka. Dzwoneczki umilkły. Pająk ciężko sapnął i po chwili rozległ się dźwięk silników wchodzących w coraz to większe obroty. Pająk ociężale oderwał się od ziemi, powędrował nieco do góry, jak gdyby po nici pajęczej, i na moment zawisł w bezruchu. Nagle z jego długich łap buchnęły kłęby niebieskiego i żółtego dymu. Po krótkiej chwili kłębił się już tylko w niebieskim kolorze, tworząc po środku krąg złotych gwiazdek. Ile tych gwiazdek było, nie zdążyliśmy policzyć, bo wtem rozległ się głośny dźwięk podobny do dźwięku fanfar, setek fanfar, pająk-gigant zadrżał, zawył, zasyczał, buchnął na powrót niebieskim i żółtym dymem i... na małą chwilkę ucichł całkowicie. Po czym poderwał się do góry na dość dużą wysokość i jeszcze raz się zatrzymał. Trwał tak chwilę w bezruchu… Aż tu nagle, jak nie ryknie! Jak nie buchnie ogromnym ogniem. Niebieski pająk w momencie zamienił się w świetlistą kulę. Zaś kula ta z niesamowitą szybkością wzbiła się w niebo i w ułamkach sekund zniknęła w przestworzach.

A my, Ziemianie, staliśmy w niebiesko-żółtej poświacie i jeszcze długo z zachwytem wpatrywaliśmy się w to miejsce na niebie gdzie rakieta zniknęła.

Jak już wszyscy doszliśmy jako tako do siebie, podbiegłem w miejsce jej startu i z głową zadartą ku niebu, zawołałem:

— Do zobaczenia, przyjaciele! A nie zapominajcie o nas! Nie zapominajcie o biednych dzieciach! One czekają na waszą pozaziemską pomoc! Nasza cała Planeta czeka na pomoc. Pomóżcie nam w walce ze złem. Pomóżcie, aby dobro wreszcie zwyciężyło i zapanowało na całym Świecie... Tylko w was nasza nadzieja!


Kiedy już opanowaliśmy swoje emocje i powymienialiśmy się swoimi wrażeniami, natychmiast zabraliśmy się za budowę rakiety. Naszej, ziemskiej. Może się przyda. Może polecimy razem w Kosmos? Och, to by było! A może i będzie?! Jest nadzieja, bo Kosmici, stojąc w powoli zamykającym się włazie, serdecznie się do nas uśmiechali.

A może nam się tylko wydawało? Może to tylko nasza wyobraźnia? E tam, wyobraźnia, czy nie, ważne, że mieliśmy wspaniałą zabawę rozbudzającą w nas nadzieje...

 

czwartek, 25 czerwca 2020

Spotkanie z leśną przyrodą. Opowiastka Mexa

Cześć dzieciaki! To znowu ja, Mex. Opowiem wam dzisiaj o spotkaniu z leśną przyrodą, na które wybraliśmy się z moją babcią i siostrą.
„U nas dzisiaj jest święto. Pfingstmontag, czyli Zielone Świątki” — tak mówi moja babcia, a że w kalendarzu zaznaczone jest na czerwono, jest więc dniem wolnym od pracy. Dla wszystkich. I dobrze! „Wolnego nigdy za wiele” — tak mówi z kolei moja mama. Korzystając z tej okazji, wybraliśmy się na dłuższą wędrówkę po lesie. I to już z samego rana, zaraz po śniadaniu, bo spaliśmy u babci. Rodzicom daliśmy wolne i oni pojechali gdzieś na nocny koncert rockowy.
Byliśmy z siostrą zachwyceni, bo bardzo lubimy u babci spać. Wędrować z nią po lesie również. Bardzo się cieszyłem z naszej wędrówki. Tak bardzo, że co rusz śpiewałem:
— Heut ist so ein schöner Tag... la, la, la, la, la! — A siostra i babcia śpiewem odpowiadały mi jak echo, ale po polsku:
— Dziś jest taki piękny dzień!... la, la, la, la, la!
Wędrówka była wspaniała. Dużo rozmawialiśmy, momentami śpiewaliśmy, i ciągle maszerując, uwiecznialiśmy co piękniejsze widoki, roślinki i zwierzątka. Moja siostra swoim aparatem, a babcia swoim. Czasami ja pstrykałem fotki, raz siostry aparatem, raz babci.
Bardzo dużo zdjęć zrobiliśmy. Babcia mówiła, że w domu je wszystkie oglądniemy na ekranie komputera, żeby dokładnie zobaczyć najmniejsze nawet ich szczegóły.

Kiedy wróciliśmy do domu byliśmy trochę zmęczeni, ale przede wszystkim bardzo zadowoleni. Najpierw zjedliśmy obiad, a potem we trójkę zasiedliśmy przy komputerze. Babcia przeniosła wszystkie zdjęcia z obu aparatów fotograficznych na twardy dysk komputera i zaczęliśmy je po koli oglądać. To była wspaniała zabawa tak sobie je oglądać na dużym ekranie i jeszcze do tego powiększać. Wszystko wyraźnie było na nich widać. Nawet środek malutkich kwiatuszków. Nawet najmniejsze robaczki.
Pochwalę się niektórymi zdjęciami, ale tylko tymi, które sam zrobiłem i które najbardziej mi się podobają. Wymyśliliśmy do nich z babcią i siostrą nawet króciutkie wierszyki.


Wiecie dzieci, ja kocham swoje miasto,
Choć to nie polskie i brzmi kanciasto
I choć nie tu naszych przodków ojcowizna...
Tu jest nasz dom, tu nasza druga Ojczyzna.



W obramowaniu dębu starego,
Widać kawalątek miasta naszego.
Chyba nikt nie zechce zaprzeczyć,
Że widoczek jest całkiem do rzeczy.



Na dębie posiedzieć przyjemność wielka,
Że trochę wysoko, to nic... bagatelka!
Nachapać się można dobrej energii
I pozbyć się także dokuczliwej alergii.

Czyli kataru siennego (Heuschnupfen Alergii), choć na chwilę.Tak mówi moja siostra, a ona wie, co mówi, bo męczy się z nim już od kilku lat.



Kwiatuszki bodziszka łąkowego
Patrzą w obiektyw aparatu mojego.
Co chwilę oczka do mnie puszczają
I wdzięczne pozy co rusz przybierają.



Oooo...! A cóż to takiego?
Pojęcia nie mam nijakiego...
Ogromniaste to takie niczym drzewo,
Porusza liśćmi, raz w prawo, raz w lewo.



Bodziszek czerwony przy polanie rośnie,
Listki ustawia do wiatru i tańczy radośnie.
— Ech, ty bodziszku, dziwnie się nazywasz,
Czerwony nie jesteś, a każesz się nazywać. 



Ojej...! A cóż to znów takiego?
Czyżby to był barszcz Sosnowskiego?
Lepiej tę roślinę szerokim omijać łukiem.
Każdy wie dlaczego, chyba że jest nieukiem.



W spróchniałym pieńku drzewa
Wre praca i nikt nie ziewa...
Rój mrówek buduje mrowisko.
Lepiej nie wadzić, nie podchodzić blisko. 



Ślimak, ślimak, wystaw rogi,
Dam ci sera na pierogi...!
Nie chcesz? Twoja sprawa.
Może nie dla ciebie taka strawa.



— A co ty ślimaczku tam pałaszujesz?
Że co? Że tylko coś smakujesz?...
Ślimaczek wie, co dobre dla niego
I za nic na ser nie zamieni tego.



Motylek malutki w kolorze czerwieni
W promieniach słoneczka cudnie się mieni.
— Ojej, motylku, ale masz dreszcze...
Poczekaj, nie odfruwaj, uwiecznię cię jeszcze!



Na koniec jeszcze zdjęcia kwiatuszków zrobione przeze mnie i dwa zdjęcia zrobione przez babcię. A na nich, ja z moją siostrą. Kiedy je oglądaliśmy na ekranie komputera, babcia ze śmiechem powiedziała:
— Na pierwszym zdjęciu widzę jak wędrowały dwa Michały, a na drugim... No cóż. Po prostu miłość. Braterską miłość. A do niej droga zawsze jest prosta.




I pewnie babcia ma rację, bo razem z siostrą bardzo lubimy wędrować, i też się kochamy... jak dwa wariaty. 


piątek, 5 czerwca 2020

Na naukę nigdy nie jest za wcześnie. Opowiastka Mexa

Cześć, dzieciaki! Nazywam się Mex (albo Mexiński, tak mnie mama i babcia czasem nazywają), mam pięć latek i mieszkam w Niemczech. Jestem przedszkolakiem, ale za rok pójdę już do szkoły. I już się bardzo cieszę. Moja starsza siostra chodzi już do szkoły. Do niemieckiej szkoły. Tylko mama i babcia chodziły do polskiej, bo jak chodziły, to mieszkały jeszcze w Polsce. Mama mówi, że moja siostra bardzo dobrze się uczy. Umie już ładnie pisać, czytać i liczyć. Ja też bym chciał już to wszystko umieć, ale mama mówi, że jeszcze jestem za mały... Ja za mały? Wcale nie!

Jak jestem u babci, to babcia zawsze mnie uczy pisać i liczyć. Bo ja to bardzo lubię. Malować już umiem, bo moja mama jest malarką i już mnie nauczyła. Pisać i liczyć też już trochę umiem. Zwłaszcza liczyć. Babcia mówi, że całkiem dobrze mi to idzie. A liczę i po niemiecku, i po polsku. Do dziesięciu w obu językach już od dawna umiem liczyć, teraz uczę się do stu, ale babcia musi mi trochę podpowiadać, bo jakoś trudno mi zapamiętać nazwy dziesiątek.
Bardzo lubię liczyć na liczydełku. Babcia kupiła je jeszcze mojej siostrze, ale jak ona poszła do szkoły, to je schowała i dla mnie przechowała.

Kiedy tak sobie siedzę przy stole i głośno liczę, babcia się śmieje i takim śmiesznym głosem śpiewa:


Mexiński z rumieńcem na twarzy,
na liczydełku uczy się liczyć...
raz: eins, zwei, drei... raz: jeden dwa, trzy...
aż koraliki wszystkie policzy.

Co do tych nazw dziesiątek, babcia mówi, że mam się nie martwić, bo moja siostra też miała problem z ich zapamiętywaniem. A jeszcze większy problem miała z odmianą liczebników zbiorowych po polsku i wtedy babcia specjalnie dla niej napisała rymowaną bajeczkę, którą nazwała: „Przygody z dodawaniem”.

Dobrze, że babcia sobie o tej bajeczce przypomniała, bo mi jej jeszcze nigdy nie czytała. Obiecała, że zaraz po obiedzie przeczyta i poszła do kuchni gotować. A ja, wyglądając przez okno, zająłem się liczeniem rosnących w ogródku kwiatuszków. Potem zjedliśmy razem pyszny obiadek. Dzisiaj była zapiekanka z brokułami. Mniam, pychota! Ja bardzo lubię brokuły. A potem już było: „Poczytaj mi babciu”. Przyznam, że bardzo mi się spodobała ta bajeczka i aż trzy razy babcia musiała mi ją czytać, tak ją prosiłem.
— No, to teraz odmianę liczebników z bajki zapamiętasz z pewnością. Przynajmniej dziś — zaśmiała się babcią, kończąc trzecie czytanie.
Hmm... może zapamiętam... A jak nie, to babcia mi na pewno przypomni. Bo moja babcia jest bardzo kochana. Często do niej mówię:
— Ich liebe dich über alles. Du bist die beste babcia der welt... Co po polsku znaczy: Kocham Cię nade wszystkim. Jesteś najlepszą babcią na świecie.

Jak byłam jeszcze bardzo malutki i dzwoniłem do babci, i jej nie było akurat w domu, wtedy nagrałem się jej na sekretarce — to właśnie mówiąc. Potem babcia przegrała ten mój głos na Handy, czyli na telefon komórkowy, i teraz, jak ktoś do niej dzwoni, za każdym razem słyszy to, co do niej wtedy mówiłem. Teraz też często tak do niej mówię, ale babcia uważa, że wtedy miałem bardziej słodziutki głosik. Mówi nawet, że jak aniołek... No nie wiem, ale jak babcia tak mówi, to pewnie tak było... O, teraz też ktoś do babci dzwoni. Babcia się śmieje i całuje mnie w główkę. Zawsze tak robi, najpierw ze śmiechem mnie całuje, a dopiero później odbiera. To i ja się wtedy śmieję.

Kiedy pod wieczór moja mama po mnie przyjechała, i gdy byłem już przy drzwiach wyjściowych, zawołałem do babci:
— Ale nie chował tej bajeczki o dodawaniu, bo jutro znów będziesz mi ją czytać.
Naprawdę mi się ona podoba, bo uczy liczenia i wiele się w niej dzieje, a wszystkie zwierzątka, które w niej występują są bardzo miłe i wesołe. Jeśliby ktoś z was miał ochotę ją poznać, to niech wam wasza mama albo babcia przeczyta:


Przygody z dodawaniem


Kaczuszka Żółciunia pływa po stawie

I ciągle na brzeg spogląda ciekawie.

Kaczorek Kędziorek na brzegu stoi,

Chce skoczyć do wody, ale się boi.

— No plaśnij do wody, strachajło ty moje! —

Kwacze Kaczuszka: — Popływamy — WE DWOJE!


— No dobrze, już dobrze... już przecież skaczę!

A nie myśl, że się boję... ja tylko patrzę.

Gdyby na drodze nie stał Muchomorek,

Dawno bym skoczył — skłamał Kaczorek.

— Ech ty Kędziorku i te wymówki twoje.

Skacz! Nie marudź! Pobawimy się — WE TROJE!


Muchomorek kapelusz na bakier przekrzywił...

— Chcą, żebym pływał? — w myślach się zdziwił.

— Och, kwa-kwa! — Kaczuszka ze śmiechu pęka.

— On myśli, że musi pływać, i tego się lęka.

Kędziorku, ty zostań już lepiej na brzegu,

A ja przypłynę z Myszką, jak złapię ją w biegu...

Ejże, Szaraniu... wyglądasz jakoś choro!

Stójże! No nie pędź tak! Pobawimy się — WE CZWORO!


Myszka już na mostku hamuje z łoskotem.

— Dobra, już stoję, lecz nie pójdę z powrotem!

Kaczuszka zakwakała: — A to ci heca!

Jesteś blada jak woskowa świeca.

— Nie kpij ze mnie! Widziałam potwora! —

Pisnęła Myszka do żartów nieskora.

Kaczuszka oniemiała po tym, co usłyszała

I: — Tere-fere-kuku! — głośno zakwakała.

— Popatrz sama! — Myszka zarośla wskazała

I ze strachu do stawu pacnęła jak stała.

— Droga Szaruniu, przecież to Żabcio Moro!

Wyłaź z wody głupiutka! Pobawimy się — W PIĘCIORO!


Tymczasem Żabcio z zarośli się wygramolił...

— Co się dzieje?! Właśnie będę się golił!

Z wrażenia wszyscy wielkie oczy zrobili

I zdębieli, gdy go całego w pianie ujrzeli.

Moro dumnie podąża znów do zarośli,

Kumkając głośno: — Zachowujcie się jak dorośli!

Zaraz wrócę… tylko dokończę dzieła.

Kaczuszka buchnęła śmiechem, aż w pół się zgięła.

— A cóż on tak wydoroślał? Ma jakiś powód?

Gdzie Żabcia Kumcia? Może ona ma na to dowód?

O, już się zbliża, a za nią drepcze Moro.

Po wyjaśnieniu sprawy pobawimy się — W SZEŚCIORO!


— Już wam wyjaśniam! — Kumcia zakumkała

I na grzbiet Żółciuni w mig się wdrapała.

— Sprawa jest delikatna — rzekła po chwili. —

Dlatego proszę, bądźcie dla niego mili.

(Zaśmiała się, głaszcząc Żółciunię po ogonie).

Moro jest dzielny jak żołnierz na poligonie,

Taki mu komplement wczoraj powiedziałam,

Że się nim tak przejmie, tego nie wiedziałam,

I że doda golenie do swej toalety…

— Już rozumiem… Stąd te jego podniety! —

Żółciunia zakwakała i śmiać się przestała,

A po chwili poważnym już głosem dodała:

— Nikomu to przecież wcale nie przeszkadza.

Lubimy go, bo nas dobrym sercem nagradza...

— Racja! — Szaruni z pyszczka bladość zniknęła

I lądującego akurat Tylcia w objęcia wzięła.

Ktoś zaśmiał się serdecznie… To Żabcio Moro.

— Nie zwlekajmy już dłużej. Bawmy się — W SIEDMIORO!


Motylek Tylcio trochę się wzruszył

I z ramion Myszki do Żabcia ruszył...

A że w emocjach ruchy kontrolować trudno,

Runęli z hukiem, gdzie najbardziej brudno.

— Powiedzieć wam tylko chciałem przecie,

Że nudno by było na naszym świecie,

Gdyby wszyscy byli tacy sami… —

Nie skończył. Rumieniec oblał go barwami.

— Nic się nie stało — szepcze Kaczuszka

Prosto do jego brudnego uszka:

— Wykąpać się wszakże wam pomożemy,

Bo w dobrym nastroju bawić się chcemy.

Nie ma tu mowy o czyjeś winie...

O, Rybka Pypka z pomocą płynie.

Niechaj się wszyscy tutaj wnet zbiorą

I po kąpieli pobawimy się — W OŚMIORO!


Pypka ogonkiem w wodę plusnęła,

Aż ta strumieniem wielkim chlusnęła.

Moro i Tylcio zażywają kąpieli...

Lecz tej przyjemności dużo nie mieli.

Rybka ziewnęła: — Skończona praca!

Długo pracować się nie opłaca. —

I już jak strzała chyżo pruje wodę,

Chce Muchomorka chlusnąć na ochłodę.

A ten jak mimoza wystraszony stoi,

Nie wie, co go czeka, i już się boi...

Tylcio ląduje mu na kapeluszu

I szuka dojścia do jego uszu...

— A więc, mój drogi, posłuchaj mej rady:

Uśmiech najważniejszy, w nim nie ma wady.

Niech zawsze więc gości na twojej twarzy,

A krzywdę ci zrobić nikt się nie odważy.

— Prawda! — słychać kogoś z drugiego brzegu.

To Raczek Nieboraczek woła tam w biegu:

— Dwa dni zwiedzałem pobliskie jezioro.

Jestem już z wami! Pobawmy się — W DZIEWIĘCIORO!


Podróżą umęczony jestem okrutnie,

Chyba na początek drzemkę sobie utnę.

Hej ty Kędziorku, brachu mój drogi,

Pomóż podróżnemu z dalekiej drogi.

Wyłożyć się marzę na twoim grzbiecie,

Lepszego posłania nie znajdę przecież.

Kaczorek zakwakał na znak swojej zgody,

A serdeczny uśmiech dodał mu urody.

O jak to dobrze! — wysapał znów Raczek

I zaczął się wspinać po grzbiecie kaczym.

— Rety, jego szczypce! Oj, niewesoło! —

Ogromny popłoch się zrobił wokoło...

— Poczekaj jeszcze z tym swoim wspinaniem! —

Poprosił Kaczorek głośnym kwakaniem.

— My pomożemy! — rozbrzmiał cały akwen...

Lecz Raczek w głęboki już zapadł sen.

Tak więc go śpiącego na grzbiet wytaszczyli,

Sapiąc: — Uff!... Aleśmy się narobili!

Kaczorek zakwakał: — Idę do wody,

Po ciężkiej pracy zażyć ochłody…

— Kaczorku Kędziorku, słońce ty moje —

Rzekła Kaczuszka, patrząc na nich dwoje.

Pływajcie tak długo, aż Raczek się wyśpi.

W tym czasie ktoś z nas zabawę wymyśli...

Po chwili już słychać Kaczorka kwakanie:

(Wszyscy zdębieli... Czy znów coś się stanie?)

— Moi drodzy, pozwólcie przedstawić sobie:

Oto Łabędź Książątko we własnej osobie!

— Witamy serdecznie! — ukłonił się Moro. —

Przypłyń tu do nas! Pobawimy się — W DZIESIĘCIORO!


Łabędź Książątko nie mówi zbyt wiele.

Podpłynął cicho, szepcząc: — Moi przyjaciele.

Jakże się miło zrobiło dookoła,

Gromadka przyjaciół znów była wesoła.


Kaczuszka wtem kwacze: — A więc, moi drodzy,

Niech każdy fantazji popuści wodzy,

Niech każdy zabawy propozycję poda...

I bawmy się w końcu, bo czasu szkoda!


PODSUMOWANIE DODAWANIA:

Widzicie dzieci, tak w sumie jest, że DODAWANIE przyjemne jest. Zwłaszcza PRZYJACIÓŁ miło JEST dodawać, by PIĘKNE chwile przeżywać i się przyjaźnią napawać.


niedziela, 16 lutego 2020

Co w śniegu piszczy? Leśna opowiastka Mexa

Cześć dzieciaki! To ja, Mex. Dziś z kolei opowiem wam o mojej niezwykłej przygodzie na leśnej polanie. W samym środku lasu... No to zaczynam:
W sobotni poranek wybrałem się razem z moim psem Hugo na długą wędrówkę po lesie. Wszędzie leżał jeszcze śnieg, ale wyraźnie czuć już było zapach nadchodzącej wiosny. Na łonie natury jej pierwsze oznaki czuje się zawsze dużo wcześniej. W niektórych miejscach się też widzi… ba, nawet i słyszy czasami. Tak jak ja dzisiaj słyszałem — spod śniegu, a właściwie — spod ziemi. Co słyszałem? Piski. Przeciągłe piski. A takie piski, jak nic, oznaczają nadchodzącą wiosnę. Co piszczało? Krety. Niektóre najwyraźniej czują już wiosnę, i przygotowując się do rui, walczą ze sobą o dominację. Krety, choć z natury żyją samotnie, w czasie rui spotykać się muszą, to oczywiste, ale zachowują się wtedy wobec siebie bardzo agresywnie. Stąd te piski dochodzące z podziemnych tuneli.
Ja sam bym może nawet i nie zauważył tej kreciej akurat oznaki nadchodzącej wiosny, ale pomógł mi w tym Hugo. Bo kiedy tak wędrowaliśmy obok leśnej polany, ten skoczył nagle w śnieg i jak nakręcony zaczął kopać. Zatrzymałem się zdziwiony i przez moment przypatrywałem się mu.


Po chwili przyszło mi na myśl, że jakieś myszki pewnie wyczuł i żal mi się ich zrobiło, dlatego kazałam mu przestać kopać.
Hugo to bardzo posłuszny pies, na moje: „zostaw” — natychmiast przestał kopać, ale zdziwił się bardzo. Tym razem on.
Widząc ogromne zdziwienie w jego oczach, buchnąłem śmiechem. W końcu zawołałem: „siad” i kazałam mu czekać aż do niego podejdę. Teraz znów ja zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia, bo kiedy tak zbliżałem się do niego, z odległości może jakieś 10 metrów, zobaczyłam wyłaniającą się ze śniegu ziemię. Powolutku rósł mały kopczyk.


Natychmiast sięgnąłem po aparat fotograficzny, który zawsze mam przy sobie i go sfotografowałem. Po czym, aby nikomu nie przeszkadzać w podziemnej pracy, obszedłem go szerokim łukiem. Był jedynym na całej polanie. Jak wzrokiem sięgnąć. Hugo, zdyscyplinowany, szedł za mną noga w nogę, a właściwie łapa w nogę. Szliśmy cichutko i powoli. Aż tu nagle rozległ się pisk. Jakiś dziwny, spod ziemi. Po chwili drugi. Bardziej przeciągły. Hugo pewnie też usłyszał, bo zatrzymał się natychmiast i w charakterystycznej pozie — z podniesioną przednią łapą — zaczął intensywnie wietrzyć i nastawiać uszu. Staliśmy przez chwilę znieruchomiali. Piski powtórzyły się jeszcze parokrotnie, ale gdzieś jakby dużo dalej. Nagle, niemalże pod moimi łapami... oj, chciałem powiedzieć — nogami, zaczęła wychodzić ziemia spod śniegu.


Hugo warknął cichutko. Nakazałem mu ciszę i wpatrywałem się w to rosnące zjawisko. A zjawisko, czyli kopczyk, rósł w oczach. Rósł i rósł, a ja w tym czasie zastanawiałem się nad tym, co wiem o kretach.


Przypomniało mi się, że kiedyś, przed laty, moja babcia czytała mi napisaną przez siebie bajkę o krecie Binoklecie i później razem szukaliśmy w Internecie informacji o krecim życiu. Zrobiłem to samo i dzisiaj po powrocie z lasu, dlatego wiem, że kret nie zapada w sen zimowy. Jest zwierzęciem bardzo aktywnym i ruchliwym. Żyje około 2 do 4 lat. Prowadzi życie podziemne. Rzadko pojawia się na powierzchni ziemi, chyba że musi z jakiś tam swoich powodów. Porusza się wtedy bardzo niezdarnie. Pod ziemią wykopuje system tuneli na głębokości 20 do 50 cm i średnicy 6 cm. Jest wyjątkowo pracowitym ssakiem. Korytarze kopie z prędkością 12 do 15 m/godz. Jego tunele rozciągają się na długości około 100 do 200 m, czasem są nawet dłuższe — do 1 km. Wiem też jak wygląda jego spiżarnia. Dużo w niej żywych dżdżownic. Bo to akurat dżdżownice są jego głównym pożywieniem.
Ciekawe, prawda? No dobrze, wracam jeszcze do obserwowanego przeze mnie i Hugo kopczyka, który ciągle rósł. Nie chciałem przeszkadzać krecikowi w pracy, więc wycofałem się z tego miejsca, odwołując Hugo z postawy: „wietrz i nasłuchuj”.


Nigdy nie zdarzyło mi się niszczyć krecich kopczyków, albo, co gorsza, płoszyć je jakimiś wymyślnymi sposobami. W ogóle je nie płoszę. Nawet u nas w ogrodzie… A niech sobie żyją spokojnie. Przecież mają na tym świecie jakieś zadanie do wykonania. Dobrze, że zostały wreszcie objęte ochroną gatunkową. Wprawdzie tylko częściową, ale dobre i to. Przecież one też do wszechświata należą i też chcą żyć.
Zima jeszcze nie całkiem odpuściła, zapowiadany jest jej kolejny atak. Ma trwać prawdopodobnie około tygodnia. Jednak, jak mówi mój tata, będą to już jej ostatnie podrygi. Co nie znaczy, że możemy ją bagatelizować. Teraz tym bardziej musimy na siebie uważać, gdyż akurat teraz, na przedwiośniu, jak mówi z kolei moja mama, organizmy mamy najbardziej osłabione, nietrudno więc o różnego rodzaju problemy ze zdrowiem.
Idzie jednak ocieplenie. Świadczą o tym co rusz pojawiające się krecie kopczyki. A kret zna się na pogodzie. Ha, jak mało kto!
A czy ktoś z was słyszał kiedyś chrapanie kreta? Ja parę razy już słyszałem. Trzeba mieć szczęście i przyłożyć ucho do tego akurat kretowiska, w którym umęczony pracą krecik śpi. Jak usłyszy się takie charakterystyczne charkotliwe dźwięki, to będzie właśnie krecie chrapanie. Mało kto wie, że kret, jako niestrudzony pracuś, drąży tunele przez około 4 godziny, po czym zapada w sen, bardzo głęboki sen. Śpi tak przez około 3 godziny i wtedy chrapie donośnie… Jak to kret.


Mam nadzieję, że zaciekawiło was życie kretów. A przede wszystkim, że nigdy nie będziecie robić im krzywdy. Gdziekolwiek na ich kretowiska się natkniecie.
Jeśli macie ochotę przeczytać jeszcze mojej babci bajeczkę o krecie Binoklecie, to oto i ona:


Marzenie kreta Binokleta

Krecik Binoklet miał wielkie marzenie:

Dwie leśne polanki połączyć tunelem,

By w czasie zimy skrócić swe łażenie,

Kiedy zapragnie odwiedzić kretkę Melę.


W zimie jest trudno pokonać polanki,

Gdy śniegu nasypie zima sroga.

A ma już dość odwiedzania kretki Anki,

Chce do Meli... Z nią każda chwila błoga.


Pewnego razu, przed zimą krótko…

Binoklet się zabrał ostro do kopania,

Lecz wnet niespodzianie zarył swą bródką

I przekop tunelu przerwał u zarania.


Och jakże się wkurzył wtedy okropnie,

Bo ból potężny przeszył ciałko jego,

Lecz w mig za zwały chwycił przytomnie,

By nie cierpiało choć jego ego.


Wcale nie tak łatwo szło mu to kopanie,

Ponieważ ból bródki ciągle jeszcze czuł,

Ale że przed oczami miał swoje kochanie,

Kopać nie ustawał i wnet wykopał tunelu pół.


Gdy zdał sobie sprawę — jak jest daleko już,

Poczuł w sobie przypływ sił przeogromny.

I nim się spostrzegł, polanka Meli była tuż,

Wtedy aż usiadł z radości półprzytomny.


Wnet jej udowodni, że mężem jej być może.

A ta myśl czyniła go bardzo szczęśliwym.

Pozbędzie się też cienia na swym honorze,

Gdy jej pokaże, jaki jest dobry i spolegliwy.


Krecik Binoklet ze szczęścia aż promieniał,

Przetarł binokle i ryć zaczął na powrót.

Szedł jak przecinak — podziemie w tunel zamieniał,

I nim się obejrzał, był już u Meli pięknych wrót.


Ze szczęścia zbrakło mu tchu, serce waliło młotem,

Wystawił więc głowę wśród traw Meli polanki,

By łyknąć powietrza…

i wtem zawrócił...

i pobiegł z powrotem,

Bo nagle żal mu się zrobiło kretki Anki.