Pokazywanie postów oznaczonych etykietą esej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą esej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Żywe witraże – fotografia owadów widzianych przez szybę

Fotografowanie owadów jest dla mnie prawdziwą przyjemnością. Najbardziej lubię te chwile, gdy przysiadają na szybach moich okien — jakby na moment zatrzymywały się pomiędzy dwoma światami.

To szczególna, być może jedyna okazja, by z tak bliska podziwiać misterną konstrukcję ich ciał, oglądaną od tej mniej oczywistej, wewnętrznej strony.

Mój ogród tętni życiem, więc owady pojawiają się często — cicho, niemal niezauważalnie zajmują swoje miejsca na przezroczystych taflach. Wtedy je dostrzegam. Sięgam po aparat. A one, jakby świadome mojej obecności, trwają przez chwilę nieruchomo, pozwalając się uwiecznić.

Największa magia zaczyna się później, gdy oglądam zdjęcia na ekranie komputera. Za każdym razem budzą mój zachwyt. Ich delikatne skrzydła, prześwietlone światłem, przywodzą mi na myśl witraże — kruche, barwne i pełne tajemnicy.

Na własny użytek nazwałam je „żywymi witrażami” i odtąd tworzę ich cichą kolekcję, zamkniętą w specjalnym albumie pod tą właśnie nazwą.




sobota, 25 kwietnia 2026

Bakcyl zachwytu naturą — dziedzictwo ciekawości

Ciekawość natury noszę w sobie od zawsze – jak cichy szept przekazany przez mamę, zapisany gdzieś głęboko, pod skórą, w spojrzeniu. Z niej wyrasta moja pasja – fotografia. Towarzyszy mi od dziecka.

Pamiętam, jak mając zaledwie osiem lat, trzymałam w dłoniach swój pierwszy aparat – Фед-2. Dostałam go podczas naszej podróży po Podolu, która do dziś powraca we wspomnieniach jak miękkie światło o zmierzchu.

Najdłużej zatrzymaliśmy się w Zbarażu, w mieście mojego ojca – miejscu na Ukrainie, które w historii Polski i literaturze zapisane jest złotymi zgłoskami, głównie dzięki Henrykowi Sienkiewiczowi i jego powieści „Ogniem i mieczem”.

To właśnie tam coś we mnie drgnęło – połknęłam bakcyla fotografii i zaczęłam zatrzymywać w kadrze wszystko, co przyciągało moje spojrzenie, zwłaszcza kruche piękno świata roślin i zwierząt.

Nigdy nie uczyłam się technik fotografowania. Być może to nierozsądne, ale nie chcę, by reguły i zasady ingerowały w moją wrażliwość i wyobraźnię. Wolę, by pozostały nieskażone – wolne, intuicyjne, prawdziwe.

Fotografuję tylko to, co naprawdę mnie porusza – obrazy, które zachwycają oko i dotykają serca.

Wierzę, że osoby o podobnej wrażliwości odnajdą w nich coś dla siebie: drobny zachwyt, chwilę zatrzymania, impuls dla wyobraźni. I właśnie ta wspólnota odczuwania daje mi najwięcej radości.

Z aparatem – choć nawet nie potrafię już zliczyć, ile ich przewinęło się przez moje ręce – nie rozstaję się nigdy. Bo przecież każda chwila może przynieść coś ulotnego, niepowtarzalnego. A ja chcę być gotowa, by to zatrzymać.



poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Niewinna zabawa w skojarzenia? Niekoniecznie

Jedno zdjęcie. Jedno spojrzenie. I nagle zwyczajna chwila zamienia się w coś zupełnie innego. Skojarzenia potrafią być fascynujące — dopóki rzeczywistość nie zacznie ich niepokojąco potwierdzać.


Zabawa w skojarzenia to coś więcej niż tylko łączenie myśli. To subtelna sieć powiązań między wrażeniami, obrazami, dźwiękami i zapachami — niewidzialne nici, które splatają się w naszej świadomości tak, że pojawienie się jednego elementu natychmiast przywołuje kolejne.

Skojarzenia — te ciche impulsy wywoływane przez bodźce — mają ogromną siłę. Na co dzień nawet nie zauważamy, jak wiele informacji przenika do naszego umysłu właśnie tą drogą. A jednak gdzieś się one w nas odkładają, by w najmniej spodziewanym momencie powrócić — nagle, bez zapowiedzi, jakby znikąd.

Każdy z nas doświadcza tego procesu inaczej. Dla jednych świat układa się przede wszystkim w obrazy, dla innych w dźwięki, dotyk czy ruch. A jednak niezależnie od sposobu odczuwania — skojarzenia pozostają jednym z najbardziej naturalnych mechanizmów naszego myślenia.

To także niezastąpiona pomoc w nauce. Dzięki nim łatwiej zapamiętujemy, szybciej łączymy fakty, sprawniej poruszamy się wśród nowych informacji. Umysł, karmiony skojarzeniami, staje się bardziej czujny, elastyczny — i twórczy.

Dla mnie ten świat od zawsze miał przede wszystkim wymiar wizualny. Jestem wzrokowcem — obrazy przychodzą do mnie najłatwiej. Czasem mam wrażenie, że same mnie odnajdują, pojawiają się bez wysiłku, jakby wyłaniały się z półcienia pamięci.

Moja wyobraźnia skojarzeniowa działa szybko, niemal automatycznie. Wystarczy jedno spojrzenie — na fotografię, krajobraz, twarz — by w mojej głowie natychmiast pojawił się ciąg powiązań. I często są one zaskakująco trafne… a przynajmniej prawdopodobne.

Choć trzeba przyznać, że ta sama wyobraźnia, która potrafi zachwycić, bywa też źródłem nieoczekiwanych emocji.

Weźmy taki niewinny przykład.

Dostaję od córki zdjęcie z rodzinnej wyprawy po Skandynawii. Na fotografii moja wnuczka siedzi sobie spokojnie na kamieniu, zanurzonym w wodzie jeziora Glan, gdzieś w okolicach Norrköping. Sielanka. Cisza. Dziecko je jabłko.

I co robi mój umysł?

Oczywiście — żadnej wnuczki nie widzi. Widzi za to Małą Syrenkę. Symbol Kopenhagi. Natychmiast, bez wahania, bez konsultacji.

Logika? Żadna. Płetwy brak. Ogona brak. Jest za to jabłko. Ale kogo to obchodzi — skojarzenie zostało uruchomione i koniec dyskusji.

No dobrze — myślę sobie — sprawdzę. Może jednak coś w tym jest. Może nie zwariowałam do reszty. Z natury jestem osobą dokładną, więc sięgam do Internetu.

I wtedy trafiam na obraz, który sprawia, że cała ta niewinna zabawa w skojarzenia przestaje być taka niewinna.

Pomnik Małej Syrenki — owszem, ten sam, kopenhaski symbol — pokryty barwami rosyjskiej flagi. Zamarłam.

A po chwili ogarnęło mnie oburzenie. Jak to możliwe? Jak można było dopuścić się czegoś takiego? Cóż za bezczelność...

I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Że może największym problemem wcale nie są nasze skojarzenia. Tylko to, że świat coraz częściej zaczyna je wyprzedzać. I niestety — rzadko w dobrą stronę.



niedziela, 19 kwietnia 2026

Goście z koron drzew

Są takie poranki, kiedy ogród nie budzi się od razu. Najpierw drgnie gdzieś liść, potem cień przesunie się po trawie, a dopiero na końcu pojawia się ona — mała, czujna sylwetka, która zdaje się być częścią tego miejsca od zawsze. Wiewiórka.

To niepozorne zwierzę należy do rodziny wiewiórkowatych i całe jego życie zdaje się być opowieścią pisaną wśród gałęzi. Zamieszkuje lasy iglaste i liściaste, parki oraz wszystkie te przestrzenie, w których drzewa pozwalają jej się ukryć i jednocześnie obserwować świat z góry — także przydomowe ogrody, które traktuje jak własne, dobrze znane królestwo.

Jej domy nie są stałe. Czasem zajmuje opuszczone gniazda ptaków, częściej jednak buduje własne — wysoko, w rozwidleniach gałęzi, gdzie wiatr kołysze konstrukcją z gałązek i traw. Wewnątrz panuje miękkość mchu i cisza, jakby cały świat został tam przytłumiony do szeptu. Jedno wejście wystarcza. Wiewiórka nie potrzebuje więcej.

Niewielka, lekka, niemal ulotna — waży zaledwie 200–300 gramów. Jej ciało mierzy 20–24 centymetry, a ogon, długi i puszysty, kolejne 17–20. Ten ogon nie jest jedynie ozdobą. To narzędzie równowagi, ster i parasol bezpieczeństwa podczas skoków, które wydają się przeczyć grawitacji. Żyje krótko, ale intensywnie — zwykle około pięciu lat, czasem siedem, jeśli los okaże się łaskawy.

Przez większość roku wiewiórka jest samotna. Każda ma swój rytm, swoje drzewa, swoje ścieżki między gałęziami. Ale gdy przychodzi czas rui, las zmienia się w scenę pełną pośpiechu i napięcia. Samce przemierzają korony drzew w poszukiwaniu samic, a wśród liści rozbrzmiewają piski i nagłe zrywy ruchu.

To nie zabawa, choć z dołu może tak wyglądać — to stara, niezmienna opowieść natury. Po około 38 dniach rodzą się młode: nagie, ślepe, całkowicie zależne od ciepła i obecności matki.

Na Jurze Szwabskiej, gdzie mieszkam, wiewiórki są częścią codzienności. Pojawiają się niespodziewanie, jakby wychodziły z samego powietrza między drzewami. Ale jedna z nich… zapamiętałam szczególnie.



Pewnego dnia rzuciłam jej kawałek banana, bo akurat jadłam. Zniknął szybciej, niż zdążyłam się zastanowić, czy to w ogóle dobry pomysł. Od tamtej pory wraca. Rano, zawsze o podobnej porze, pojawia się na jabłoni naprzeciwko mojego okna. Popiskuje cicho, jakby przypominała o umowie, której nigdy nie spisałyśmy.

Najbardziej lubi orzeszki. Sama je odnajduje — w leszczynie, pod drzewami, w miejscach, które tylko ona potrafi zapamiętać. A kiedy dostaje kolejne, znika natychmiast, jakby bała się, że świat mógłby jej je odebrać. Wbiega wtedy na drzewo i tam, wysoko, wśród liści, znika z mojego świata.



Są też wiewiórki mniej ufne, bardziej ostrożne. Ta jedna potrafi podejść naprawdę blisko. Zastyga wtedy w bezruchu i patrzy — nie uciekając od razu, jakby próbowała zrozumieć, czy człowiek to jeszcze część krajobrazu, czy już zagrożenie. Dopiero gdy granica zostaje przekroczona, znika jednym skokiem.

Dziś jednak przyszła inna. Czarna. Niespokojna, jakby coś ją wypchnęło z bezpiecznego rytmu dnia. Przebiegła przez ogród, rozejrzała się i zniknęła, zostawiając po sobie tylko pytanie, które nie doczekało się odpowiedzi.

Czarne wiewiórki są rzadkie, ale istnieją. Te z jaśniejszym, białym brzuszkiem bywają jeszcze bardziej płochliwe — uciekają natychmiast, gdy tylko wyczują obecność człowieka. Mniejsze od rudych, ale bardziej żywiołowe, jakby cały ich świat był nieustannym ruchem.

Czasem trudno powiedzieć, czy obserwuję jedną wiewiórkę, czy wiele różnych.

Może właśnie na tym polega ich urok — że nigdy nie są do końca uchwytne. Jakby zawsze były o krok przede mną, w miejscu, do którego mogę tylko patrzeć, ale nigdy w pełni wejść.


piątek, 17 kwietnia 2026

Gdy ogród zaczyna oddychać wiosną

Ziemia jeszcze pamięta ciszę zimy, ale już zaczyna szeptać o życiu. Wystarczył jeden ciepły dzień, by zaczęła uchylać swoje tajemnice i pozwalać im wyrosnąć na światło dnia...


Najpierw były przebiśniegi — ciche, białe zwiastuny wiosny. Jeszcze są, choć powoli ustępują, jakby szeptem żegnały zimę.

Przez długi czas ogród trwał w ciszy. Ziemia milczała, skrywając swoje sekrety. Aż przyszedł jeden ciepły dzień i miękka, łagodna noc — i coś się zmieniło.

Nagle, niemal niezauważalnie, zaczęły się pojawiać.
Z ziemi, z ciszy, z ukrycia.

Nieśmiałe. Delikatne. Kolorowe.

Jak pierwsze słowa wiosny.



czwartek, 16 kwietnia 2026

Nietoperze w jaskini – co oznacza ich dziwne zachowanie?

Nietoperze nie tracą orientacji w ciemności. Więc co sprawia, że nagle wpadają w panikę?


„Jaskinia zadrżała, jakby coś obudziło się w jej kamiennym wnętrzu. Powietrze zgęstniało — ciężkie od kurzu i wilgoci — a ciszę rozdarł nagły, przenikliwy pisk. Nietoperze.

Wyrwane ze snu, wpadły w chaos. Ich skrzydła cięły powietrze, jakby uciekały przed czymś, czego nie dało się zobaczyć.

A przecież w normalnych warunkach nietoperze w jaskini poruszają się z niezwykłą precyzją. Dzięki echolokacji bezbłędnie odnajdują drogę nawet w absolutnej ciemności. Ich zachowanie rzadko bywa przypadkowe. Więc co poszło nie tak?”

To fragment mojej powieści fantasy „K-X ląduje”, w którym bohaterowie doświadczają zawału w jaskini i stają twarzą w twarz z czymś, co zakłóca naturalne zachowanie nietoperzy (link).

Ta scena nie wzięła się wyłącznie z wyobraźni. W dzieciństwie sama przeżyłam spotkanie z nietoperzami w jaskini — w Jaskini Radochowskiej, niedaleko Lądka-Zdroju. Pamiętam chłód, ciemność i moment, w którym cisza nagle zamieniła się w trzepot skrzydeł.

To doświadczenie wracało do mnie przez lata. Z czasem zaczęłam patrzeć na nietoperze inaczej. Nie tylko jak na stworzenia nocy, ale jako niezwykle precyzyjne, wrażliwe zwierzęta.

Ich zachowanie w jaskini nie jest chaotyczne — przeciwnie, opiera się na doskonałym systemie orientacji, jakim jest echolokacja. Dlatego każdy nagły niepokój w ich ruchach coś oznacza.

Po latach udało mi się zrobić zdjęcia nietoperzy z bliska — w ogrodzie zoologicznym Wilhelma w Stuttgarcie. Jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć.

Nietoperz patrzył prosto na mnie. Jego spojrzenie było intensywne, skupione — niemal ludzkie. Przez chwilę miałam wrażenie, że próbuje coś przekazać. Jakby wiedział więcej, niż powinien.



Nie odczuwałam strachu. A przecież wiem, że w kulturze zachodniej — zwłaszcza tej zakorzenionej w chrześcijaństwie — nietoperze od dawna obarczone są mroczną symboliką. Kojarzone z nocą, śmiercią, demonami, budzą raczej niepokój niż zachwyt.

Ja jednak wybieram inną opowieść. Tę, która przychodzi z Chin, gdzie nietoperz staje się znakiem szczęścia, bogactwa i długowieczności. Symbol, który zamiast lęku niesie pomyślność. I ta interpretacja jest mi zdecydowanie bliższa.

Choć gdzieś głęboko pozostaje jeszcze cień dawnego respektu — jest on już tylko lekkim drżeniem, wspomnieniem.

Może to właśnie tamto spojrzenie, uchwycone na zdjęciu, oswoiło we mnie ten lęk. A może po prostu nauczyłam się patrzeć uważniej.


poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Węgry powiedziały „dość”. Pocałunek śmierci politycznych „sojuszników” Orbána

Brawo, Panie Peterze Magyar! Brawo, Węgrzy! Dziś świętuje z Wami cała Europa — i cały demokratyczny świat. Demokracja nie tylko przetrwała. Demokracja wygrała.

No i co, panowie: Putin, Trump, Nawrocki i Kaczyński — jak tam nastroje? Wasze demonstracyjne wsparcie dla Orbána okazało się dokładnie tym, czym często bywa: politycznym pocałunkiem śmierci.

Historia znów wystawia rachunek. I znów przypomina, że żadna propaganda, żadne układy i żadne „silne ręce” nie są w stanie na dłuższą metę zdławić woli obywateli.

A stare przysłowie? Dziś brzmi szczególnie donośnie:

Polak, Węgier — dwa bratanki,
i do szabli, i do szklanki,
oba zuchy, oba żwawi,
niech im Pan Bóg błogosławi.

Lengyel, magyar – két jó barát,
Együtt harcol, s issza borát,
Vitéz s bátor mindkettője,
Áldás szálljon mindkettőre.



sobota, 11 kwietnia 2026

Nastała nowa era… Era niepokoju i pyłu

Przyszło nam żyć w czasach, które same siebie określają jako „ciekawe”. Z jednej strony sięgamy gwiazd i podziwiamy cuda technologii, z drugiej — świat wciąż targany jest pandemią, która nie zna litości i której nikt nie potrafi okiełznać.

Geopolityczna scena współczesności drży i trzeszczy w szwach. Każde wygaszenie konfliktu rodzi nowe ogniska niepokoju. Bliski Wschód tli się wciąż gniewem, a ponad cztery lata wojny rosyjsko-ukraińskiej pozostają niczym otwarta rana, która wstrząsa bezpieczeństwem Europy i globalnym porządkiem sił.

Niepokoi także rosnąca rywalizacja światowych mocarstw — Chin, USA i Rosji — niczym cienie olbrzymów, których kroki odczuwamy na całym globie. A wokół, tu i ówdzie, wybuchają lokalne spory o ziemię, wodę, bogactwa — jakby świat nie potrafił zaznać spokoju.

Jak długo potrwa ten chaos? Nikt nie zna odpowiedzi. Jedyne, czego możemy być pewni, to że nastała nowa era. Era niepokoju, w której poczucie bezpieczeństwa zdaje się ulotnym snem, a świat — wirującym labiryntem cieni i pyłu.



poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Jak śmigus-dyngus, to śmigus-dyngus. Narodowy test poczucia humoru

Dzień, w którym możesz legalnie oblać sąsiada wodą, a jeszcze za to uśmiechniesz się od ucha do ucha — tak wygląda lany poniedziałek. Czy naprawdę wszystko wolno? Opowiadam o mokrych przygodach, tradycji, chaosie i… zmokłej kurze w roli głównej.


Są takie dni w roku, kiedy człowiek wychodzi z domu i wie, że nic już nie zależy od niego. Lany poniedziałek jest właśnie jednym z nich.

Śmigus-dyngus — starosłowiański zwyczaj, który przetrwał wieki, zmiany ustrojów i rozwój technologii, a nawet smartfony, które, jak wiadomo, z wodą się nie przyjaźnią. A jednak — tradycja trwa. I ma się dobrze. Czasem aż za dobrze.

Dawniej było subtelniej. Witki wierzby, symboliczne muśnięcie, odrobina wody — oczyszczenie, odrodzenie, wiosna, te sprawy. Dziś symbolika została, owszem, ale raczej w ilości wody przypadającej na jedną ofiarę.

Bo współczesny śmigus-dyngus to nie tyle zwyczaj, co zjawisko atmosferyczne. Lokalnie możliwe są intensywne opady, a nawet gwałtowne zalania — szczególnie w okolicach bloków, przystanków i niczego niepodejrzewających kierowców.

Z czasem do śmigusa dołączył dyngus, czyli opcja wykupienia się od lania. System prosty, przejrzysty i — nie ukrywajmy — bardzo cywilizowany. Dziś jednak mało kto pyta o zgodę. Tradycja ewoluowała w kierunku: „najpierw poleję, potem ewentualnie się wytłumaczę”.

Oczywiście, co roku pojawia się to samo pytanie: czy naprawdę wolno oblewać wszystkich? Odpowiedź brzmi: nie. I to nie od wczoraj. Okazuje się, że nawet najbardziej rozrywkowa tradycja kończy się tam, gdzie zaczyna się cudza granica, mokra kurtka i zepsuty telefon.

Policja i straż miejska przypominają, że nadmiar entuzjazmu może kosztować więcej niż butelka wody. I trudno się dziwić — różnica między zabawą a zwykłym chuligaństwem bywa cienka jak strumień z taniej sikawki.

A jednak… mimo wszystko coś nas do tego ciągnie. Może to sentyment, może potrzeba odrobiny kontrolowanego chaosu, a może zwyczajna radość z tego, że przez jeden dzień w roku można się trochę powygłupiać bez większych konsekwencji.

Choć, jak się okazuje, nie zawsze bez konsekwencji.

Pamiętam swój własny, bardzo osobisty kontakt z tradycją. Z Polski oczywiście. Jechałam wtedy spokojnie samochodem — człowiek elegancki, uczesany, zmierzający z wizytą. W oddali: wóz strażacki, chłopaki w ludowych strojach, atmosfera festynu. Pomyślałam: „Jak miło”.

To był moment, w którym powinnam była zawrócić. Zamiast tego jechałam dalej. Autobus przede mną zajechał mi drogę, a reszta potoczyła się już zgodnie z prawami fizyki i tradycji. Drzwi otwarte, sikawka w ruch, ja — w roli głównej.

Efekt? Powiedzmy, że gdybym brała udział w konkursie na najbardziej przekonującą interpretację „zmokłej kury”, miałabym spore szanse na podium.

A jednak, mimo wszystko, nie mam do śmigusa-dyngusa żalu. Bo to jedna z tych tradycji, które — choć absurdalne — przypominają nam, że nie wszystko musi być poważne, przewidywalne i pod kontrolą.

Trzeba tylko pamiętać o jednym: nawet najlepsza zabawa wymaga wyczucia. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi woda, cudze granice i nowy telefon w kieszeni.

Lejmy się więc — na zdrowie, na szczęście i dla śmiechu.... Ale jeśli można, to jednak za zgodą.


Kalejdoskop Śmigusowo-Dyngusowy:





czwartek, 2 kwietnia 2026

Między pamięcią a nadzieją

Dorastałam w zbombardowanym mieście. W tamtym czasie trudno było o inne uczucia niż lęk i niechęć wobec Niemców. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że los zwiąże mnie z tym krajem na długie lata, nie uwierzyłabym. A jednak tak się stało.

Od 37 lat mieszkam w Niemczech. To tu toczy się moje codzienne życie. A jednak w moim sercu Polska nieustannie zajmuje ważne miejsce — i stąd bierze się potrzeba pisania.

Z tej perspektywy widzę więcej. Widzę ludzi, codzienność, zwyczajne gesty życzliwości. I mogę powiedzieć, że jako Polka nie doświadczyłam tu krzywdy. To doświadczenie zmienia sposób patrzenia — nie tylko na innych, ale i na siebie.

Często porównujemy się z innymi narodami, szukając odpowiedzi, dlaczego jedni radzą sobie lepiej, a inni wciąż się uczą. Być może chodzi o coś więcej niż historia — o codzienną odpowiedzialność, o sposób budowania wspólnoty.

Myślę też o Polsce. O kraju, który tak wiele przeszedł, a jednocześnie wciąż się kształtuje. O społeczeństwie pełnym sprzeczności — wrażliwym i gwałtownym zarazem, dumnym, ale czasem zagubionym.

Moja rodzina doświadczyła wojny z wielu stron. Te wspomnienia uczą pokory wobec historii i ostrożności w ocenach. Przypominają, jak łatwo świat może się zmienić i jak ważne jest to, co robimy z własną pamięcią.

Dziś żyjemy w czasach niepokoju, ale też możliwości. I choć nie wszystko napawa optymizmem, pozostaje coś, co pozwala iść dalej — cicha, uparta nadzieja.

Dopóki oddycham, mam nadzieję. Dum spiro, spero*... Jeszcze będzie normalnie.




* Dum spiro, spero (cyt. z Cycerona)


środa, 1 kwietnia 2026

Wiosna w trybie prima aprilis

Już się wydawało, że sytuacja została opanowana. Po śnieżnym wybryku sprzed tygodnia temperatura zaczęła rosnąć, krajobraz łagodniał, a człowiek — naiwny z natury — powoli wracał do wiary w sens zmiany pór roku.

Wiosna znów dawała o sobie znać: było ją widać, było ją czuć, a przede wszystkim — było ją słychać. Ptaki darły dzioby z takim zapałem, jakby ktoś ogłosił konkurs na najbardziej entuzjastyczne powitanie sezonu.

I wtedy przyszedł 1 kwietnia. A właściwie noc poprzedzająca, bo najwyraźniej wiosna to nie tylko delikatne pąki i promienie słońca, ale również zamiłowanie do żartów sytuacyjnych. I to takich z rozmachem. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, za to z pełnym zaangażowaniem wybieliła świat na nowo, jakby uznała, że poprzednia wersja była jedynie szkicem koncepcyjnym.

Trzeba oddać sprawiedliwość: konsekwencję ma. Z poczuciem humoru bywa gorzej.

Bo ile razy można dać się nabrać na ten sam numer? Człowiek już wyciąga lżejszą kurtkę, planuje dłuższe spacery, prawie wierzy, że wszystko wraca do normy — i wtedy przychodzi ona, cała na biało, i mówi: „żartowałam”.

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto z powagą przypomni, że „kwiecień plecień” i że „taka jego uroda”. Owszem. Tylko że między urokiem a uporczywością istnieje jednak różnica, której najwyraźniej nikt w tej historii nie zamierza respektować.

Pozostaje więc przyjąć sytuację z godnością. Przełknąć tego — pożal się Boże — „psikusa” i robić swoje. Tym bardziej że lokalni drogowcy wykazali się większym poczuciem odpowiedzialności niż sama zainteresowana i od rana doprowadzili główne dróżki w lesie do stanu używalności.

Dzięki temu można było kontynuować aktywność fizyczną. Czyli kijkowanie — w moim przypadku... Mimo lekkiego zgrzytu poznawczego. Mimo scenerii, która uparcie ignoruje kalendarz.



A wiosna? Wiosna i tak wróci. Jak co roku — bez zaproszenia, bez przeprosin i z niezmiennym przekonaniem, że wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno.


poniedziałek, 30 marca 2026

Sekrety poziomu szczęścia

O serotoninie — tym słynnym hormonie szczęścia — wiem nie tylko z książek. Kiedyś, lata temu, lekarz, przeglądając moje wyniki, spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział już od progu:

Teraz rozumiem ten nieustający uśmiech.

Zaniepokoiłam się. Niepotrzebnie. Okazało się, że mam jej po prostu… nadmiar. Taki, którym można by obdzielić kilka osób.

Wróciłam do domu rozbawiona i zaintrygowana. Co to właściwie znaczy — mieć w sobie tyle szczęścia? Z ciekawości zaczęłam szukać. I tak odkryłam coś, co niby oczywiste, a jednak często zapominane: ruch, światło, prostota — to one karmią naszą pogodę ducha. Nawet kawałek czekolady ma w tym swój drobny udział.

Od tamtej pory, chociaż całe życie uprawiam różne sporty, to jednak zaczęłam jeszcze bardziej świadomie dbać o siebie. Nie przesadnie, nie rygorystycznie — raczej czule. Jeszcze więcej ruchu, jeszcze więcej uważności.

Choć przyznam, lenistwo wciąż potrafi mnie dopaść. Wtedy trzeba się ze sobą trochę poprzekomarzać, wyjść mimo niechęci — choćby na krótki spacer.

Bo wystarczy wejść do lasu. Nagle wszystko się zmienia. Oddech się pogłębia, myśli cichną, ciało jakby przypomina sobie, do czego zostało stworzone.

Wracam stamtąd zawsze inna — lżejsza, spokojniejsza, uśmiechnięta bez powodu. Może to serotonina. A może coś więcej.

Od zawsze lubiłam drzewa. Jako dziecko wspinałam się na nie bez opamiętania, budowałam wśród gałęzi swoje małe światy. Dziś już się nie wspinam — dziś je przytulam. Zwłaszcza dęby. Mają w sobie coś, czego nie umiem nazwać — siłę, spokój, może pamięć.

Jeden z nich rośnie nad urwiskiem, jakby wbrew rozsądkowi. Wracam do niego często. Stoję przy nim, opieram dłonie o jego szorstką korę i przez chwilę niczego nie muszę.



Może to właśnie jest moja metoda. Nieidealna, niespektakularna — ale moja. I wystarczająca.

***

Przed laty dostałam zabawny wierszyk od pewnego internauty w komentarzu pod moim ówczesnym artykułem o serotoninie. Bardzo mnie ubawił. Pozwolę sobie go zacytować:



Wśród codziennej bieganiny,
mając obok wielu mruków,
ważny jest poziom serotoniny
pomimo zawiści pomruków.

Halszko, Serotoninko,
Ty nad poziomy wzlatuj.
Uśmiechniętą zawsze miną,
zasmucony świat poratuj.

(Belferek 22.11.2009)


piątek, 27 marca 2026

Spirala snu. Jak zimują ślimaki winniczki

Śpią długo, jakby czas nie miał do nich dostępu. Ich sny zaczynają się jesienią — tam, gdzie ściółka miękko zapada się pod ciężarem liści, a świat powoli cichnie. Już w październiku znikają z powierzchni dnia, wybierając ukrycie pod zeschłą roślinnością, wśród tego, co opadłe, kruche i zapomniane.

Zagrzebują się głęboko, z wylotem muszli skierowanym ku górze — jakby zostawiały sobie ostatnie okno na świat. Wejście zamykają cienką warstwą śluzu, pozostawiając jedynie drobny otwór, przez który przepływa ledwie wyczuwalny oddech. Potem cofają się jeszcze dalej — w głąb własnego schronienia, w spiralę, która staje się ich zimowym światem.

Tam, warstwa po warstwie, budują kruche wieczko — z zastygającego śluzu, z czasu, z ciszy. I tak trwają, nieruchome, zawieszone między snem a czuwaniem, przez długie, chłodne miesiące.

Aż przychodzi wiosna. I wtedy, jakby po dobrze przespanej nocy, odrzucają swoje zamknięcie i powoli wracają do świata.





***

Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka


wtorek, 17 marca 2026

Czarny łabędź — piękno z antypodów

Czarny łabędź to ptak, który zdaje się wymykać oczywistościom. Pochodzi z odległych krain — Australii, Nowej Zelandii i Tasmanii — a do Europy Zachodniej trafił dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Od tamtej pory bywa hodowany jako ptak ozdobny, a szczególnie często można go spotkać w Wielkiej Brytanii.

Mnie jednak los pozwolił zobaczyć go w Schwarzwaldzie — nomen omen — w niewielkiej miejscowości Fischerbach w Badenii-Wirtembergii.

Na zdjęciu widać go tylko z daleka. A jednak tamta chwila wciąż pozostaje dla mnie wyjątkowa. Byłam zachwycona — i jestem do dziś. Bo jak dotąd jest to jedyny czarny łabędź, jaki zamieszkał w moim albumie przyrodniczym.



Ten niezwykły ptak ma upierzenie niemal całkowicie czarne, jakby utkane z cienia. Dopiero w locie odsłania pas białych lotek na krawędzi skrzydeł — nagły błysk jasności wśród ciemnych piór. Jego sylwetkę dopełnia długa, elegancko wygięta szyja oraz jaskrawoczerwony dziób zakończony białą plamką. Nogi są ciemnoszare, a młode osobniki przez pewien czas noszą jeszcze brązowawe upierzenie, zanim przybiorą swoją charakterystyczną barwę.

Samce są nieco większe od samic i mają dłuższy, prostszy dziób. W okresie pierzenia dorosłe ptaki tracą wszystkie lotki naraz i przez około pięć tygodni pozostają uwięzione na wodzie, niezdolne do lotu.

Czarny łabędź od dawna jest także symbolem. Uosabia rzadkość i zdarzenia, których nikt się nie spodziewa — takie, które potrafią odmienić nasze spojrzenie na świat.

W przeciwieństwie do białego łabędzia, od wieków kojarzonego z czystością i niewinnością, czarny łabędź symbolizuje pasję, instynkt oraz ten nieoczywisty „cień” obecny w ludzkiej naturze.

Może właśnie dlatego bywa też znakiem ludzi, którzy nie mieszczą się w schematach — tych, którzy idą własną drogą.

W jednych kulturach przynosi szczęście i dobrobyt. W innych uchodzi za zwiastuna pecha. Ja jednak zdecydowanie wolę tę pierwszą opowieść. Ponuractwo nigdy nie było mi szczególnie bliskie.


Z cyklu: Opowiadania o relacji człowieka z naturą


niedziela, 15 marca 2026

Każde dziecko ma swój szczyt do zdobycia

„Tylko ci, którzy mają odwagę pójść zbyt daleko, mogą odkryć, jak daleko naprawdę można dojść”. — T. S. Eliot.*

Wychowanie to sztuka pomagania dziecku odkrywać własną drogę i odważnie podążać ku marzeniom.

Każdy rodzic nosi w sercu ciche pragnienie, aby jego dzieci wyrosły na ludzi odważnych, ambitnych i spełnionych – takich, którzy w dorosłym życiu potrafią sięgać po swoje marzenia i z wytrwałością realizować wyznaczone cele.

Uczmy je więc „zdobywać góry”. Niech nie lękają się wysiłku ani wysokości, lecz z nadzieją i determinacją wspinają się ku temu, co dziś wydaje się jeszcze odległe.

Właśnie w takich chwilach rodzi się siła charakteru, która prowadzi człowieka przez całe życie.



Niech ambicja, wsparta mądrymi autorytetami i dobrym przykładem dorosłych, stanie się dla młodych serc drogowskazem. To ona pomaga odnaleźć właściwą drogę, dodaje odwagi w chwilach zwątpienia i prowadzi ku przyszłości.

Bo w życiu każdego człowieka jest jakiś szczyt, który czeka, by go zdobyć.



* „Tylko ci, którzy mają odwagę pójść zbyt daleko, mogą odkryć, jak daleko naprawdę można dojść”. Oryginalny cytat: „Only those who will risk going too far can possibly find out how far one can go”. — T.S. Eliot amerykańsko-brytyjski poeta,laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.


czwartek, 12 marca 2026

By zdążyć przed ptakami

Zawsze coś mnie ściska w środku, kiedy widzę ścinane drzewa. Rozumiem przecież, że tak już jest na świecie — ludzie potrzebują drewna. A jednak żal nie chce ustąpić. Bo drzewa, choć milczą, zdają się mieć w sobie jakąś cichą duszę. Stoją cierpliwie latami, czują wiatr, deszcz i słońce. Smutny jest więc ich los.

O tej porze roku niemal w każdym lesie rozlega się warkot spalinowych pił. Drwale pracują szybko, niemal w gorączce, jakby czas nagle przyspieszył. Muszą zdążyć przed ptakami. Bo już wkrótce, jak co roku, z początkiem kwietnia wrócą i zaczną na gałęziach splatać swoje małe, kruche światy.

Drwale już mnie znają. Wiedzą, że każde ścięte drzewo trochę mnie boli. Czasem więc zamienimy kilka słów — gdy mogę podejść do nich bezpiecznie albo kiedy mają krótką przerwę. Dzisiaj też chwilę rozmawialiśmy.

Kiedy odchodziłam, jeden z nich podszedł do świeżo ściętego pnia i narysował na nim uśmiech. Taki prosty, dziecięcy.

No dobrze… niech wam będzie — roześmiałam się. I poszłam dalej leśną ścieżką, między drzewami, które jeszcze stały.



środa, 11 marca 2026

Pokolenie w cieniu globalnych zagrożeń

Przyszło nam żyć w niebezpiecznych czasach — w czasach wszechobecnego terroryzmu, wojen hybrydowych, kataklizmów i pandemii. Już zawsze z tyłu głowy musimy mieć myśl o niebezpieczeństwie, które może czyhać na nas na każdym kroku. Świat, który jeszcze niedawno wydawał się stabilny i przewidywalny, dziś coraz częściej zaskakuje nas nowymi kryzysami i wyzwaniami.

Jednym z największych problemów współczesności są konflikty zbrojne. Choć wielu ludzi miało nadzieję, że w XXI wieku wojny staną się rzadkością, rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego.

W różnych częściach świata nadal dochodzi do walk, które przynoszą cierpienie milionom ludzi. Wojny nie dotyczą już tylko frontów i armii — coraz częściej przybierają formę konfliktów informacyjnych, cyberataków czy działań hybrydowych. Oznacza to, że zagrożenie może dotknąć także zwykłych obywateli, nawet tych żyjących daleko od miejsc bezpośrednich starć.



Kolejnym wyzwaniem są globalne kryzysy zdrowotne. Pandemia pokazała, jak bardzo współczesny świat jest ze sobą powiązany. Choroba, która pojawia się w jednym miejscu, w krótkim czasie może rozprzestrzenić się na cały świat.

Jednocześnie pandemia uświadomiła nam, jak ważna jest współpraca międzynarodowa, rozwój nauki oraz odpowiedzialność społeczna.

Nie można również zapominać o zagrożeniach związanych z naturą. Zmiany klimatyczne powodują coraz częstsze susze, powodzie, huragany czy pożary lasów.

Katastrofy naturalne wpływają na życie milionów ludzi, zmuszając ich do opuszczania swoich domów i szukania bezpieczniejszego miejsca do życia.

Nasza generacja będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami wieloletniego niszczenia środowiska oraz podjąć działania, które pozwolą ograniczyć te negatywne zjawiska.

Mimo wszystkich tych zagrożeń przyszłość nie musi być wyłącznie pesymistyczna. Każde pokolenie staje przed własnymi wyzwaniami, ale ma też możliwość wprowadzania zmian.

Rozwój technologii, nauki oraz coraz większa świadomość społeczna dają nadzieję, że wiele problemów można rozwiązać. Nasza generacja może odegrać ważną rolę w budowaniu świata bardziej bezpiecznego, solidarnego i odpowiedzialnego.

To, co czeka naszą generację, zależy więc nie tylko od okoliczności, ale także od naszych decyzji. Od tego, czy będziemy potrafili współpracować, dbać o środowisko i przeciwstawiać się zagrożeniom. Przyszłość nie jest z góry przesądzona — to my w dużej mierze ją tworzymy.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


wtorek, 10 marca 2026

Nienawistnikowi Czarnkowi ku refleksji... i nie tylko

 


Proszę Państwa — oto profesor katolickiego uniwersytetu. Tak, właśnie tak: profesor. I to KUL-u (sic!).

Paradoks? Owszem, i to nie byle jaki. W powszechnej opinii uchodzi bowiem za jednego z najbardziej jadowitych uczestników polskiego życia publicznego — człowieka, który swoją pozycję wykorzystuje nie tyle do budowania autorytetu, ile do agresywnego i pogardliwego traktowania innych. Szczególnie kobiet oraz osób LGBT.

Powstaje z tego osobliwy dysonans poznawczy. Tytuł profesora kojarzy się przecież — przynajmniej w teorii — z autorytetem, wiedzą, kulturą osobistą i pewną klasą.

Gdy jednak zestawić te wyobrażenia z osobą nieokrzesaną, arogancką, momentami wręcz prymitywną w języku i gestach, pojawia się uczucie trudne do zignorowania: najpierw zdumienie, potem smutek, a czasem zwyczajny gniew.

Bo jakże to tak? Profesor. Katolik. I… takie coś?

Dziś, jako świeżo ogłoszony kandydat PiS na premiera, znajduje się w samym centrum debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni nie przebierają w słowach i często określają go właśnie tak: „cham” i „prostak”. Uzasadniają to prostym argumentem — styl jego wypowiedzi i retoryka zupełnie nie przystają do godności tytułu naukowego.

Muszę przyznać, że trudno mi się z tym nie zgodzić. I mówię to nie od dziś, lecz od momentu, gdy tylko stał się jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy PiS.

A kiedy przypomnę sobie, że ktoś o takim temperamencie i takim języku był ministrem edukacji i nauki — naprawdę zaczynają mnie boleć zęby.


Tabula rasa i pierwsze doświadczenia

Dzieci broją od zawsze. Psocą, śmieją się głośno i czasem – niechcący – psują i przewracają świat do góry nogami. Taka jest ich natura. Ich wyobraźnia kwitnie jak dziki ogród, w którym każdy kamyk, każdy cień i każdy szept staje się przygodą. W głowach rodzą się pomysły dziwne, szalone, niepojęte dla dorosłych – a jednak pełne życia i sensu.

Dorośli nie powinni gasić tego ognia. Ich zadaniem jest raczej delikatnie prowadzić, wyznaczać ramy, które pozwolą odkrywcom wyruszyć bezpiecznie w świat pełen cudów i niespodzianek. Bo każde dziecko jest podróżnikiem, który pragnie dotknąć tego, co nieznane, i nazwać to własnym słowem.

Umysł dziecka – tabula rasa – pozostaje czystą kartą, na której zapisują się pierwsze doświadczenia. Jak pisał XVII-wieczny filozof John Locke, te ślady kształtują człowieka, nadają sens jego drodze. A dorośli są strażnikami tych zapisów – odpowiedzialnymi za to, by były prawdziwe, pełne piękna i mądrości.



poniedziałek, 9 marca 2026

Zamek nad doliną. Pergine – średniowieczny strażnik Valsugany

Wysoko nad doliną Valsugana, na stromym wzgórzu, stoi zamek w Pergine — średniowieczna warownia, która od wieków spogląda na okolicę z góry. Zbudowany w XIII wieku, powstał — jak twierdzą historycy — w miejscu jeszcze starszego, prymitywnego grodu obronnego. Dziś należy do Fundacji Castel Pergine Onlus. W jego murach działa restauracja, kantyna z degustacją win oraz… jednogwiazdkowy hotel.

My nocowaliśmy gdzie indziej. Naszą bazą był niewielki domek kempingowy w San Cristoforo nad jeziorem Caldonazzo. Skromny, ale całkiem wygodny — zwłaszcza że po całym dniu wędrówek najważniejsze są dobre łóżka.

Aby dotrzeć do zamku, trzeba najpierw zdobyć wzgórze, na którym stoi warownia. Podejście jest strome i momentami męczące, ale widok murów wyłaniających się między drzewami dodaje energii. Szliśmy niespiesznie, podziwiając z oddali baszty i kamienne umocnienia.

Po około półgodzinnym marszu stanęliśmy przed bramą wjazdową. Za nią rozciągał się rozległy, zielony dziedziniec. Dopiero stamtąd widać było prawdziwą skalę zamku. Spacerowaliśmy wokół murów, podziwiając potężne baszty i zaglądając w różne zakamarki.





Podczas naszej wizyty zamek pełnił jeszcze jedną rolę — zamienił się w plan filmowy. Nie pamiętam tytułu produkcji, ale wyglądało to na dramat obyczajowy. Na dziedzińcu kręcono scenę: kobieta ubrana w biel klęczała ze związanymi sznurem rękami, obok niej stał mężczyzna ze zwojem powrozu i brutalnie się nad nią pastwił. Jeszcze jeden aktor, stojący wyżej na murach, wykrzykiwał swoje kwestie dramatycznym tonem.

Scenę powtarzano wielokrotnie. Przez ponad godzinę byliśmy mimowolnymi widzami tego samego fragmentu filmu. W końcu, po którejś próbie, nagrodziliśmy aktorów brawami. Odpowiedzieli nam ukłonami i uśmiechami — bardzo sympatyczny moment.

W końcu przyszła pora wracać do naszej „bazy”. Zbliżał się wieczór i pora kolacji. Rzuciliśmy jeszcze ostatnie spojrzenie na zamek i otaczające go Dolomity, po czym ruszyliśmy stromą drogą w dół — oczywiście per pedes.

Zdjęcia z tej wycieczki nie są najlepszej jakości — robiłam je aparatem mojej wnuczki. Własny aparat zostawiłam w samochodzie na parkingu u podnóża góry. Wracać było za daleko, zwłaszcza że zaczął padać deszcz, a chwilami wręcz lało jak z cebra.

Ale nawet ulewa nie była w stanie popsuć nam humoru. Wróciliśmy mokrzy jak szczury, za to z poczuciem naprawdę udanej wyprawy.