O serotoninie — tym słynnym hormonie szczęścia — wiem nie tylko z książek. Kiedyś, lata temu, lekarz, przeglądając moje wyniki, spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział już od progu:
— Teraz rozumiem ten nieustający uśmiech.
Zaniepokoiłam się. Niepotrzebnie. Okazało się, że mam jej po prostu… nadmiar. Taki, którym można by obdzielić kilka osób.
Wróciłam do domu rozbawiona i zaintrygowana. Co to właściwie znaczy — mieć w sobie tyle szczęścia? Z ciekawości zaczęłam szukać. I tak odkryłam coś, co niby oczywiste, a jednak często zapominane: ruch, światło, prostota — to one karmią naszą pogodę ducha. Nawet kawałek czekolady ma w tym swój drobny udział.
Od tamtej pory, chociaż całe życie uprawiam różne sporty, to jednak zaczęłam jeszcze bardziej świadomie dbać o siebie. Nie przesadnie, nie rygorystycznie — raczej czule. Jeszcze więcej ruchu, jeszcze więcej uważności.
Choć przyznam, lenistwo wciąż potrafi mnie dopaść. Wtedy trzeba się ze sobą trochę poprzekomarzać, wyjść mimo niechęci — choćby na krótki spacer.
Bo wystarczy wejść do lasu. Nagle wszystko się zmienia. Oddech się pogłębia, myśli cichną, ciało jakby przypomina sobie, do czego zostało stworzone.
Wracam stamtąd zawsze inna — lżejsza, spokojniejsza, uśmiechnięta bez powodu. Może to serotonina. A może coś więcej.
Od zawsze lubiłam drzewa. Jako dziecko wspinałam się na nie bez opamiętania, budowałam wśród gałęzi swoje małe światy. Dziś już się nie wspinam — dziś je przytulam. Zwłaszcza dęby. Mają w sobie coś, czego nie umiem nazwać — siłę, spokój, może pamięć.
Jeden z nich rośnie nad urwiskiem, jakby wbrew rozsądkowi. Wracam do niego często. Stoję przy nim, opieram dłonie o jego szorstką korę i przez chwilę niczego nie muszę.
Może to właśnie jest moja metoda. Nieidealna, niespektakularna — ale moja. I wystarczająca.
***
Przed laty dostałam zabawny wierszyk od pewnego internauty w komentarzu pod moim ówczesnym artykułem o serotoninie. Bardzo mnie ubawił. Pozwolę sobie go zacytować:
(Belferek 22.11.2009)
