(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część IV — Tym razem będzie o piekielnej sesji fotograficznej, magnezji, dymie… i o tym, dlaczego rak to nie mięczak).
Mam już sześć lat i znów przyszło mi przeżyć coś dziwnego. Otóż mamy w domu pierwszą „komunistkę”. A właściwie dwie. Bo i moja najstarsza siostrzyczka Lodzia, i kuzynka Helcia razem przystąpiły do Pierwszej Komunii. Z tej okazji u nas w domu niemożebny spęd rodzinny.
Nas samych, proszę bardzo — aż dziewięć dziewczątek. Właściwie to dziesięć, ale tej najmłodszej, czyli Czesi, nie ma na zdjęciu z nami, bo scykorała się przed tą iście piekielną sesją fotograficzną i uciekła.
Nic dziwnego — wszystkie siedzimy z rozdziawionymi buziami. Mnie to aż buzia rozbolała od tego nieustannego rozdziawiania. A pupa z kretesem zdrętwiała, bo do tego wszystkiego każą jeszcze siedzieć. Jakbym mogła sobie postać, to może nie musiałabym tak szkaradnie buzi rozdziawiać. Na stojąco emocje szybciej się rozchodzą. A tak siedzę jak ta jełopa i aż jęzor wylazł mi z przejęcia. Sam.
Ale że siedzę przy naszej klęczącej najstarszej kuzynce Stasi, którą to całe uwiecznianie nas na kliszy wręcz bawi, to trochę raźniej mi na duszy.
Wprawdzie już parę razy brałam udział w takiej piekielnej sesji, jednak za każdym razem każda następna jest dla mnie takim samym wielkim przeżyciem. Bo też widok, jaki mam przed oczami, za każdym razem jest niesamowity.
Pan fotograf, zanim zrobi zdjęcie, wyczynia coś, coś odczynia, coś sypie, coś przesypuje, coś miesza, coś leje, coś przelewa… aż wreszcie, po takich dość długawych czarach-marach, zaczepia na długim sztylu od miotły wacik nasączony jakimś śmierdzącym świństwem. Mówi, że to jakaś magnezja czy coś.
Potem wręcza tatusiowi ten sztyl, a komuś innemu każe zrobić tę najważniejszą rzecz — na trzy. Tym razem kazał wujkowi Staszkowi. Wujek się śmieje, bo to dla niego nic a nic strasznego — wszak walczył na wojnie wśród wybuchów i ognia.
O rety, emocje rosną… aż mi oczęta wyszły z orbit! Ale nic — wlepiam te moje wybałuszone oczka w wujka jeszcze bardziej.
Wujek bierze do ręki jakąś śmiesznie długą zapałkę i zapala ją, pocierając o coś szorstkiego.
O mamuńciu kochana… teraz będzie się działo!
Pan fotograf woła: raz, dwa, trzy!
Wujek przykłada palącą się zapałkę do wacika… i nagle — świst, błysk! Aż mi w oczach pociemniało…
No i po zdjęciu. Tylko dym i smród pozostał.
Pan fotograf woła ucieszony, że bać się tego dymu i zapachu nie należy, bo tak działa flesz w postaci magnezji — i basta!
Coś takiego… Przecież ja się wcale a wcale nie boję.
Nie rozumiem tylko, czemu mi się kolana pod stolikiem tak telepią?
To moje ulubione zdjęcie… Tak „trzeci dziurawiec” uczy się opanować jeszcze jeden żywioł w swoim życiu — wodę.
Zaczęłam wcześnie, jak na owe czasy, wszak mam dopiero sześć lat. A ten nasz basen, zniszczony całkowicie przez zawieruchę wojenną, dopiero co oddali do użytku — po gruntownym remoncie.
Każdą więc ciepłą niedzielę z całą rodzinką spędzamy na basenie. Uwielbiam to, bo kocham wodę i chlapanie się w niej. To nic, że pełno tu ludzi. Mnie to nie przeszkadza.
A niech ludziska też mają przyjemność… i niech widzą, jaka ja odważna (zwłaszcza jak mamusia jest przy mnie — ale o tym sza!).
No dobrze, spuszczam już powietrze z mojej dumy… Ale niech mi nikt nie mówi, że ze mnie mięczak. Bo rakiem jestem. I to od urodzenia.
Najstarsza siostra Lodzia też jest rakiem, ale to ja — pierwsza z siostrzyczek — najszybciej nauczyłam się wchodzić do głębokiej wody. No!
Uparta to ja jestem od zawsze i ani krzty swoim słabościom nie popuszczam. Morduję się czasem okrutnie, by nie być mięczakiem — choć to też miłe stworzonko. Ale przecież nijak do mnie nie pasuje.
Bom ja rak. Więc uważaj — jak uszczypnę, będzie znak! No!
I niech mnie nikt nigdy nawet nie próbuje mięczakiem nazwać.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
(wszystkie odcinki)
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


