Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści pisane przez życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści pisane przez życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2026

Czy cierpienie może być wartością?

„Cierpienie uszlachetnia”? Naprawdę? Kto w ogóle wpadł na tak okrutnie głupią myśl? Na pewno nie miłosierny Bóg.

Trzeba mieć w sobie wyjątkowy deficyt empatii, żeby powtarzać ten slogan jak mądrość życiową.

Jeśli obrazy ludzkiego cierpienia na wojnach — rozpętanych przez tyranów — to dla ciebie za mało, by zweryfikować własne przekonania, idź do dziecięcego hospicjum. Popatrz. Posłuchaj. Zostań tam chwilę.

A potem spróbuj jeszcze raz, na głos, powiedzieć: „Cierpienie uszlachetnia”.

Jeśli przejdzie ci to przez gardło bez wahania, problem nie leży w świecie — tylko w tobie.



poniedziałek, 13 lipca 2026

Kartka za wycieraczką — mała rzecz, wielka kultura

Czasem wystarczy mała kartka za wycieraczką, by uwierzyć, że kultura na drodze naprawdę istnieje. Jedno drobne zdarzenie, a tyle mówi o ludziach — ich uczciwości, odpowiedzialności i szacunku do innych. Czy to już norma, czy wciąż rzadkość?


Parę dni temu, wsiadając do samochodu, zauważyłam kartkę za wycieraczką. Wysiadłam, wyjęłam ją i przeczytałam. Oczywiście tekst był w języku niemieckim. Oto jego treść:


Już tłumaczę:

Dzień dobry,
zahaczyliśmy naszym lusterkiem
o Państwa lusterko po stronie kierowcy.
Jeśli powstała jakaś szkoda,
prosimy o kontakt.
Tel.: 0171 / …
Z poważaniem,
Markus …

Mieszkam przy dość wąskiej ulicy i podobna sytuacja zdarzyła mi się już po raz trzeci. Za każdym razem znajdowałam jednak kartkę za wycieraczką. No i oczywiście koszty naprawy były przez tych kierowców zwracane.

Tym razem nie dzwoniłam do sprawcy, ponieważ lusterko było całe — widać było jedynie niewielką rysę.

Muszę przyznać, że tutejszych kierowców w dużej mierze cechuje wysoka kultura osobista. I wcale nie jest to moje odkrycie — tak jest w istocie. Savoir-vivre na drodze ma znaczenie i bywa przestrzegany.

Zastanawia mnie, czy w Polsce też są — już — tacy kulturalni kierowcy? Bo kiedyś nie byli. Sama przed laty, kiedy mieszkałam jeszcze w kraju, doświadczyłam kilku stłuczek na podwórku pod domem — i do żadnej nikt się nie przyznał.


niedziela, 7 czerwca 2026

Dla tych, którzy upadają

Gdy jest ci potwornie ciężko, gdy serce pęka w ciszy, oddaj swój los czasowi... on więcej widzi i słyszy. Z czasem zrozumiesz drogę, z czasem ucichną burze, z czasem ból zblednie w tobie... i wstaniesz — silniejszy.


Wśród nas jest wielu takich, co sens zgubili nagle, idą przez dni jak przez mgłę, jakby świat gasł im w dłoniach. Bez gruntu pod stopami, bez odpowiedzi — „jak żyć?”, uwięzieni w swoich dramatach, milczą, choć chcieliby krzyczeć.

Lecz trzeba im podać rękę, zapalić maleńkie światło, szepnąć, że noc nie jest wieczna, że jutro wciąż czeka na nich.

Bo świat się jeszcze nie kończy, bo życie wciąż pisze dalej, bo gdzieś, za zakrętem ciszy, czeka coś dobre — wytrwale.

Wystarczy wstać jeszcze raz, otrzeć łzy z drżącej twarzy... i żyć — choćby małymi krokami, choćby na przekór rozpaczy.



wtorek, 26 maja 2026

Dzień Matki – w moich wspomnieniach

Mama to najpiękniejsze słowo na świecie. Brzmi wyjątkowo w każdym języku. To dźwięk, który kojarzy się z miłością, bezpieczeństwem i domem. Mama jest najważniejszą osobą w życiu. Pierwszą, którą kochasz czystą, niczym niezmąconą miłością. A kiedy boli — zawsze pierwsza przybiegnie...


Dzień Matki to dla mnie najtkliwsze święto w roku. To niezapomniany dzień mojego dzieciństwa i niezapomniany dzień mojego dorosłego życia.

Z dzieciństwa pamiętam, że w tym dniu z moimi dwiema siostrzyczkami zawsze kupowałyśmy naszej Mamusi pięknie przystrojone doniczki z fiołkami alpejskimi oraz drobne prezenciki — po uprzednim rozbiciu naszych skarbonek.

Pamiętam jak dziś, jak ogromną radość sprawiłyśmy Mamusi, gdy wręczyłyśmy Jej wraz z kwiatami pierwszą płytę z dedykacją. Była to piosenka Violetty Villas pt. „List do mamy”. Na tamte czasy było to naprawdę coś wyjątkowego. Nasz adapter „Bambino” przez długi czas odtwarzał tę płytę — po wiele razy dziennie.

Nigdy nie zapomnę Jej ciepłych dłoni, Jej miłości ani mojego wspaniałego dzieciństwa. Nigdy też nie zapomnę Jej własnego dzieciństwa — znam je wyjątkowo dobrze, ponieważ miałam szczególną okazję je poznać. Redagowałam Jej autobiografię oraz wspomnienia z Podola.



Kiedy ja zostałam matką, moje dzieci również nigdy nie zapominały o tym dniu. Jak dziś pamiętam ich przepiękne laurki z takim oto tekstem:

Mamo, mamo, co ci dam,
tylko jedno serce mam,
dam ci za to kwiatek róży,
żyj nam, mamo, jak najdłużej!

Laurki były zawsze pięknie malowane przez moją córkę — już od dziecka przejawiała talent malarski. Natomiast mój syn — choć był malarskim antytalentem — miał złote ręce do wszystkiego i wykonywał z drewienek oraz kory piękne ozdoby.

W późniejszych latach, kiedy los rzucił nas do Niemiec, dzieci nadal pamiętają o dacie 26 maja, mimo że tutaj Dzień Matki obchodzony jest w innym terminie — w drugą niedzielę maja. Dzięki temu świętujemy podwójnie.

A to moje z tamtych lat wierszyki o Mamie — nieustająco prawdziwe:


Mama to najpiękniejsze słowo świata,
cała gama uczuć się w nim splata.
To pierwsze słowo wypowiedziane
i przez całe życie wciąż powtarzane.

***

Matka — ma serce na dłoni,
Matka — pomoże, utuli, osłoni,
za dzieckiem stanie niczym mur,
udźwignie wszystko — bo silna... jak tur.

***

Gdy Matkę mamy blisko siebie,
żyje nam się pięknie — jakoby w niebie,
pamiętać jednak też bądźmy skłonni,
że Matka ma serce — nie tylko na dłoni.

czwartek, 7 maja 2026

Fotograficzna niespodzianka — o tym, jak czas zapętlił chwilę

Czasami robi się zdjęcia bez namysłu — ot, chwila zatrzymana mimochodem, bez planu, bez powodu. A potem mijają lata… i nagle, wśród starych albumów, coś zaczyna się powtarzać — jak cichy motyw, który wcześniej umykał uwadze.

Tak właśnie było u mnie. Natknęłam się na trzy fotografie — zrobione mojej córce i jej synowi — w różnych momentach życia, oddzielonych od siebie latami. A jednak… jakby czas na chwilę stanął w miejscu. Ta sama poza, ten sam gest — blisko, ramię przy ramieniu.



Nie widać twarzy, nie ma spojrzeń. A jednak jest w tym coś znajomego, powracającego. Zmieniają się tylko fryzury — inne na każdej fotografii, a jednak dziwnie podobne w swojej powtarzalności. Jakby historia zapisywała się sama, nie pytając o zgodę.

Nie pamiętam już, gdzie powstały te zdjęcia. Ale pamiętam zdziwienie, które przyszło później. Ciche, dobre zdziwienie. Dlatego połączyłam je w kolaż — żeby przyjrzeć się bliżej temu, co wydarzyło się bez mojego udziału.

Bo czasem najpiękniejsze rzeczy zdarzają się właśnie wtedy, gdy niczego się nie planuje.


czwartek, 30 kwietnia 2026

Noc czarownic, poranek wędrowców — czyli jak zaczyna się maj w Niemczech

W Niemczech wszystko ma swój porządek — nawet czarownice. Zgodnie z tradycją, w nocy z 30 kwietnia na 1 maja zlatują się one na górskie szczyty, żeby porządnie się wyszaleć. To właśnie Noc Walpurgii — noc pełna magii, hałasów i (podobno) dość niepokojących imprez.

Kiedy tylko ostatnia czarownica odleci, a duchy wrócą do swoich spraw, Niemcy bez chwili wahania zakładają buty trekkingowe i… ruszają w drogę. Bo przecież 1 maja to oficjalne otwarcie sezonu wędrówkowego!

Kto żyw, ten na szlak — nieważne, czy to góry, las, czy park za rogiem. Liczy się jedno: iść przed siebie, najlepiej od świtu do nocy.



Ale zanim to nastąpi, trzeba stawić czoła skutkom nocnych „atrakcji”. Bo kiedy dorośli próbują przespać sabat czarownic, dzieciaki organizują własny festiwal kreatywności.

Samochody owinięte papierem toaletowym? Są. Szyby wysmarowane pastą do zębów? Oczywiście. Czasem można odnieść wrażenie, że czarownice miały wspólników w wieku szkolnym.

Dzieciaki pękają ze śmiechu, dorośli pękają… trochę mniej, ale nikt nie robi afery. W końcu to tradycja. A z tradycją — jak wiadomo — się nie dyskutuje.

Więc po szybkim ogarnięciu „artystycznych instalacji” na podjeździe, wszyscy zgodnie ruszają na wędrówkę. Bo jak maj, to maj. A jak tradycja, to tradycja!



Taki jest właśnie niemiecki sposób na 1 maja... A więc: z samego rana — po sabacie — gdy czarownice odlecą już: start! — jazda na szlak!

Niemcy ruszają... i ja razem z nimi, wśród polsko-niemieckich wędrowców. Ha, ale jakby tak dobrze pogrzebać, to i ukraińscy i francuscy się znajdą...

Halszka, nie gadaj tyle, maszeruj! 😅😁


***

Jeśli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka


niedziela, 12 kwietnia 2026

Wizualizacja laby

Wizualizacja laby to sztuka przywoływania spokoju — wyciszenia codziennego pośpiechu, zatrzymania się na moment i pozwolenia sobie na pełną regenerację. To stan, w którym znika przymus, a pojawia się łagodna świadomość, że nic nie trzeba — można jedynie być...

Jednym słowem: dolce far niente — słodka sztuka nicnierobienia. Pełnia relaksu. Włoska filozofia życia, która uczy czerpać radość z chwili, smakować ją bez pośpiechu i bez cienia winy. Może warto zaprosić ją także do naszej codzienności?

A skąd ten temat? Ano właśnie z tego z obrazka. Namalowała go moja wnuczka dla swojego ukochanego wujka — mojego syna — przywołując w nim wspomnienie jego wakacji nad Lago di Como.



Bo według niej wujo pracuje za dużo. I chyba ma rację. Jest niestrudzonym pracusiem — od rana do wieczora zanurzony w swoich zajęciach. Taki był od zawsze. A przy tym — prawdziwy „pomysłowy Dobromir”: nieustannie coś tworzy, wymyśla, buduje.

Żyje więc w nieustannym ruchu, często zapominając o odpoczynku. Może jednak ten obraz stanie się dla niego cichym przypomnieniem... Zatrzyma spojrzenie, obudzi myśl, przywoła wspomnienie — i zasieje pragnienie... Bo przecież:


Wypoczynek — to wspaniała rzecz,
to konieczny czas, można by rzec.
Każdy wytchnienia potrzebuje,
zwłaszcza ten, kto dużo pracuje.

sobota, 21 marca 2026

Wiosna przywitana… z częściowym morsowaniem

Pierwszy dzień wiosny postanowiłam uczcić godnie — czyli w lesie i w towarzystwie mojej najmłodszej wnuczki. Przy okazji chciałam ją uświadomić kulturowo i opowiedzieć, jak to dzieci w Polsce witają wiosnę. No bo przecież nie może dorastać w takiej niewiedzy.

Ruszyłyśmy zaraz po śniadaniu. Najpierw elegancko — dróżkami i ścieżkami. Ale jak wiadomo, prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się ścieżka, więc szybko przeszłyśmy na tryb „na przełaj”.

Drzewa sprawdzone — pierwsze pączki są. Wiosna działa. Można uznać za oficjalnie rozpoczętą.

Po drodze opowiadałam wnuczce o wiosennych zwyczajach w Polsce — o Marzannie, o Dniu Wagarowicza. Słuchała z zaciekawieniem, a pytań miała tyle, że nie sposób było zostawić któregokolwiek bez odpowiedzi. Szczególnie ta druga tradycja przypadła jej do gustu… dziwne, prawda?

No to w skrócie opowiedziałam jej jeszcze o zabawnych przygodach bohaterów mojej książki pt. „Wagarowicze mimo woli”*, którą napisałam wiele lat temu.

W końcu zaschło mi w ustach od tej edukacji, postanowiłam więc wyjść na skraj lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (studzienka panienki, rocznik 1909).



Plan był prosty: napić się wody, zapalić tradycyjnie świeczki na skałkach i wrócić do domu jako porządne, kulturalne osoby. Z wykonaniem, jak się okazało, wyszło nieco gorzej.

Miałyśmy dwie świeczki. Jedna… postanowiła zamieszkać w studzience, wypadając wnuczce z ręki. Oczywiście przypadkiem. Wnuczka posmutniała, więc babcia — bohaterka — ruszyła na ratunek.

Nachylam się, oceniam sytuację, wszystko pod kontrolą… i nagle: chlup!

Pomiar głębokości wykonany. Ręką. Po samą pachę. Bo zostałam delikatnie (bardzo delikatnie!) potrącona. Oczywiście niechcący. Jak zawsze.

Wnuczka się wystraszyła i w końcu się rozpłakała. Mnie też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera.

Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i zajęłam się uspokajaniem wnuczki. Powiedziałam, że nic mi się nie stało i że świeczkę i tak muszę wyciągnąć, żeby nikt sobie nie pomyślał, że zaśmiecamy studzienkę.

No i skoro głębokość studzienki (niespodziewanie) już poznałam, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam. Sukces!



Efekt uboczny: rękaw mokry, ręka zmarznięta, ogólne poczucie, że jednak wiosna jeszcze się z nami nie do końca zgadza.

— Biegiem do auta! — zarządziłam strategicznie.

I tak oto, śmiejąc się po drodze (głównie wnuczka), zakończyłyśmy powitanie wiosny w stylu: edukacja + przygoda + morsowanie w wersji light.

A żeby tradycji stało się zadość, opowiedziałam jej jeszcze historię z mojego dzieciństwa o pewnej niespodziewanej kąpieli*… choć w wersji nieco ocenzurowanej. W końcu babcia też musi mieć autorytet.


* Zabawnym przygodom wagarowiczy mimo woli nie było końca, ale były też i dramatyczne: "Wagarowicze mimo woli".

* Rzeczywiście niespodziewana to kąpiel była. Oj, bardzo: „Niespodziewana kąpiel”.


***

Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka


poniedziałek, 16 lutego 2026

Tam, gdzie rzeka budziła dzień

Są takie wakacje, które nie kończą się nigdy. Zostają pod powiekami, w zapachu powietrza, w szumie rzeki, który brzmi w pamięci nawet po latach.

W dzieciństwie i wczesnej młodości niemal każdego roku wyjeżdżałam do wujostwa na wieś. Ich ogromny, przedwojenny dom stał na wzgórzu jak strażnik krajobrazu — trochę dumny, trochę milczący, a dla mnie najbezpieczniejszy na świecie. To tam uczyłam się smaku lata.

Budziłam się skoro świt. W ciszy, która nigdy nie była zupełną ciszą. Siadałam na parapecie w pokoju na pierwszym piętrze i wdychałam rześkie powietrze pachnące trawą i wodą.

U podnóża wzgórza płynęła Biała Lądecka — wartka, chłodna, nieustannie opowiadająca swoją historię. Jej szum był pierwszą muzyką dnia.

Z podwórza dobiegało życie: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Ten wielogłos nie był hałasem. Był rytmem. Dowodem, że świat oddycha. Czułam wtedy intensywnie i prosto: że jestem, że żyję.



Śniadania miały smak prawdziwości. Do kuchni „na dni powszednie” przechodziło się przez stajnię, gdzie mieszkały dwie krowy i klacz Kasztanka. Zapach był tam niezmienny, ciężki i swojski — ale dla mnie miał w sobie coś kojącego. Dziś wiem, że to nie była tylko woń siana i zwierząt. To był zapach bezpieczeństwa.

Na stole czekał chleb, mleko jeszcze ciepłe, jajka od szczęśliwych kur i miód z pasieki wujka — pachnący kwieciem, słońcem i cierpliwą pracą pszczół. Dziesięć uli stało w ogrodzie tuż przy oknach kuchni, a brzęczenie mieszało się z rozmowami dorosłych.

A potem zaczynał się dzień bez granic. Łąki, pastwiska, lasy. Biała Lądecka i Nysa Kłodzka, które spotykały się w Pilczu jak dwie siostry. Woda chłodziła rozgrzaną skórę, trawa łaskotała łydki, a czas — jakby przestawał istnieć. Natura była czysta, nieskalana, ogromna. A ja byłam jej cząstką.

Po latach wracałam tam już jako matka. Chciałam, by moje dzieci zobaczyły świat, który mnie ukształtował — żeby usłyszały tę samą rzekę, poczuły zapach stajni i spróbowały miodu, który smakował latem. Jeździliśmy do wujostwa aż do chwili, gdy odeszli — jak wierzę — do innego wymiaru, zostawiając po sobie dom pełen wspomnień i krajobraz, który wciąż tam trwa. Bo są miejsca, które nigdy nie znikają. Nawet jeśli czas zabiera ludzi.


niedziela, 15 lutego 2026

Podrasowany do tragedii

Z początkiem wiosny, jak co roku, na drogi ruszają różnej maści motocykliści — i ich maszyny. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy.

Ich ryk słychać już z daleka. Śniegu u nas od dawna nie ma, więc jeżdżą. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka. Zwłaszcza tych ciężkich. W młodości przejechałam tysiące kilometrów na swoim motorze. Dlatego zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek go usłyszę.

Dziś też zareagowałam, choć byłam w domu, nie na ulicy. Siedziałam przy komputerze, przy uchylonych drzwiach do ogrodu, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk skutera.

Skąd wiedziałam, że to skuter? Po prostu wiedziałam. Od najmłodszych lat potrafię rozpoznać rodzaj motoru po jego silniku. Jednak dochodzący do mnie odgłos wydawał się zbyt donośny i zbyt piskliwy… Aż nagle rozległ się głośny łoskot i krzyk:
— „Scheisseee!”… i zapadła cisza.

Wystraszyłam się. Najbardziej tej ciszy. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę… O rany! Widok, jaki zastałam, zmroził mnie.

Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody chłopiec, może 16-letni. Metr dalej leżał jego skuter, a obok stało auto ze strzaskanym lewym bokiem.

Chłopiec miał całą zakrwawioną twarz. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka.

Po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie pięciu minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko — może jakieś pięćset metrów w dół ulicy. Po kolejnych kilku minutach przyjechał policyjny radiowóz.

Bardzo żałowałam tego chłopca. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam wielu gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie, i wróciłam do domu.

W domu doszłam do siebie, ale nie mogłam znaleźć miejsca. Widok tego biednego chłopca ciągle miałam przed oczami.

Wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy nie zostało uszkodzone.

Na ulicy spotkałam mojego wszystkowidzącego sąsiada.
— Pani sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał. — Już sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o nie, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.

— Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.

— Biedny?! Jaki biedny…?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.

— To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi go — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.

— Policja stwierdziła. Chłopak po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę… i się już najeździł!

— A gdzie byli jego rodzice, kiedy on to robił? Nie widzieli, co ich syn wyprawia? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.

— Widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet pomagał.

— Tym bardziej mi go żal — powiedziałam ciszej, bo poczułam napływające do oczu łzy.

Wracając do siebie, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia krwi na drogach. Bardzo to chwalebne.

W domu nie mogłam się skupić na pisaniu. Przypomniało mi się, że mój syn, jako nastolatek, też miał skuter i próbował podrasować silnik. Przyłapałam go na tym.
— O nie! Co to, to nie, synu! — ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam. Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego przyrzeczenia, i tak często sprawdzałam… Tak na wszelki wypadek. W myśl dobrze znanej nam wtedy — w czasie komunizmu — leninowskiej zasady: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


czwartek, 5 lutego 2026

O koszmarze rodzinnym w tle

Tego dnia znów trzymałam za guzik. Kominiarz pojawia się u mnie co roku o tej samej porze, więc i tym razem sięgnęłam po guzik niemal odruchowo. Choć nie — właściwie było to nieco wcześniej niż zwykle. Prawdopodobnie nawet bym tego nie zauważyła, gdyby nie sam kominiarz, który już w progu poinformował mnie z wyraźnym naciskiem, że zjawił się o trzy tygodnie przed terminem.

Za dwa dni wyjeżdżał na urlop. Chciał zamknąć wszystkie zlecenia przed wyjazdem, by na wczasach mieć spokojną głowę i prawdziwie wypocząć. W tym roku urlop przypadł mu wyjątkowo właśnie teraz — jak wyjaśnił — ponieważ przez ostatnie dwa miesiące mieszkała u nich jego teściowa.

Wszystko to wypowiedział jednym tchem, po czym natychmiast zabrał się do czyszczenia i sprawdzania stanu technicznego przewodów kominowych mojego pieca centralnego ogrzewania. Ja tymczasem poszłam do kuchni zaparzyć kawę.

Gdy wróciłam z dwiema filiżankami, na mój widok uśmiechnął się z ulgą.
— Wielkie dzięki, kawa bardzo mi się przyda — powiedział. — Jeszcze tylko jeden dom i mogę zacząć pakować się na wczasy. Trzy tygodnie wykupiłem, żeby zapomnieć o tym koszmarze z teściową w tle… choć właściwie nie w tle, a na pierwszym planie. Wykończyła mnie doszczętnie.

— Aż tak niedobra? — zapytałam ze współczuciem.

— Niedobra? — powtórzył z naciskiem. — To zbyt łagodne słowo. To alte Hexe*, nie teściowa. Przez te dwa miesiące zjadła mi pół zdrowia. Żonie również.

— To pańska żona nie mogła jakoś wpłynąć na swoją matkę?

— Skądże — machnął ręką. — Na nią nikt wpływu nie ma. Ona zawsze jest najlepsza, najmądrzejsza, najinteligentniejsza, najzaradniejsza… naj, naj i jeszcze raz naj. Tak o sobie mówi. I nikt nie może jej dorównać.

— No to faktycznie, zarozumiałość przez nią przemawia — skwitowałam.

— I to jaka — przytaknął. — Ale to wciąż nie najgorsze. Najgorsze jest to, że jeśli zwróci się jej uwagę choćby jednym, najmniejszym słówkiem, człowiek ma cały dzień stracony. Potrafi chodzić krok w krok i mówić bez przerwy, jak zepsute radio — skrzeczące, trzeszczące, wiercące w uszach. Jak żyję, nie spotkałem takiego babsztyla.

— A wie pan, kiedyś, już dawno temu, napisałam wiersz satyryczny o podobnej teściowej i opatrzyłam go stosowną ilustracją  — zachichotałam.

— Doskonały temat — ożywił się. — Czy mogłaby mi pani go przeczytać?

Zanim skończył pracę, nasłuchałam się jeszcze wielu historii. Niektóre były tak barwne, że nie sposób było się nie śmiać.

Sama jestem teściową — i to podwójną. A jednak z moją synową i zięciem żyję w serdecznej, przyjacielskiej zgodzie. Szanujemy się i lubimy. Jesteśmy w stałym kontakcie, mieszkamy blisko siebie, dosłownie rzut beretem. Na wczasy także często jeździmy razem, przy czym to właśnie zięć najczęściej nalega, bym do nich dołączyła. Czuję się w tych relacjach szczęśliwa — i, sądząc po wszystkim, oni również.

Dlatego trudno mi pojąć, dlaczego niektóre teściowe, zamiast być cichym, życzliwym wsparciem dla młodych małżeństw, świecą agresywnym światłem arogancji, zawiści, a czasem wręcz nienawiści. Czy tak postępują prawdziwe matki? Czy nie prościej — i nie mądrzej — żyć w zgodzie i wzajemnym szacunku?

Kiedy kominiarz zbierał się już do wyjścia, podziękował mi, że mógł się przede mną wygadać i sobie ulżyć. A ja mu na pożegnanie przeczytałam (czyt. przetłumaczyłam na język niemiecki) mój wiersz satyryczny:

Jestem teściową i czasem mnie trafia, 

Że w wicach wyglądamy gorzej niż mafia. 
Bo ta, choć groźna, ma poważanie.
A kim my jesteśmy, miłe panie?

Zewsząd słychać, nawet w eterze:

„Teściowo, ty stary rowerze!”
Tak nam dziękują za naszą krwawicę
I wciąż wymyślają durniejsze wice.


Ja na ten przykład, miłe panie,

Z wielką pasją spełniam swe zadanie.
Mój zięć szanowny mi nie podskoczy,
Gdyż go kontroluję w dzień i w nocy.

Czy dba o czystość, czy drżą mu ręce.

Czy nie ma ciągot do zezwierzęceń.
Czy się przypadkiem czymś nie zaraził.
Co mu przy ludziach z butów wyłazi.

Czy córce pomaga, czy zmywa talerze.

Jakoś blado wygląda — może coś bierze?
Jak z wiarą u niego, może niewierzący?
Czeka go wtedy schab z kwasem żrącym.

Podglądnę czasem przez dziurkę od klucza,

Czy w sypialni spełnia rolę, czy robi za buca.
Jaka jest jego gestów wymowa...
Czy czegoś nie tuszuje albo nie chowa.

Czy córce pomaga, czy zmywa talerze.
Jakoś blado wygląda — może coś bierze?
Jak z wiarą u niego, może niewierzący?
Czeka go wtedy schab z kwasem żrącym.


Podglądnę czasem przez dziurkę od klucza,

Czy w sypialni spełnia rolę, czy robi za buca.
Jaka jest jego gestów wymowa...
Czy czegoś nie tuszuje albo nie chowa.

Czy darzy córkę miłością bez granic,

Czy może biedulkę już miewa za nic.
Co on bełkocze, o czym jest mowa —
Wszystko rozszyfruję, bom jego teściowa!


Kominiarz słuchał w absolutnej ciszy, po czym spojrzał jeszcze na ilustrację do wiersza i wybuchnął głośnym śmiechem.

— Proszę pani — powiedział po chwili — teściowa z pani wiersza, w porównaniu z moją, to prawdziwy skarb. Es ist mein Ernst!”


* Alte Hexe — (niem.) stara wiedźma.

** Es ist mein Ernest — (niem.) mówię poważnie.