Ten, który miał zbawić. Widmo tronu. Niespełniona koronacja. Król bez królestwa. Teatr jednego błazna. List do niedoszłego króla w obrazie.
* Gdy natknęłam się na ten obrazek BLASTY.PL, od razu naszła mnie ochota, by go wykorzystać.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Ten, który miał zbawić. Widmo tronu. Niespełniona koronacja. Król bez królestwa. Teatr jednego błazna. List do niedoszłego króla w obrazie.
* Gdy natknęłam się na ten obrazek BLASTY.PL, od razu naszła mnie ochota, by go wykorzystać.
Jedno „hop”. Słowo, które porusza. Powiedz „hop” — reszta może cię zaskoczyć. Kto nie mówi „hop”, ten stoi w miejscu. Tekst w obrazie.
O serotoninie — tym słynnym hormonie szczęścia — wiem nie tylko z książek. Kiedyś, lata temu, lekarz, przeglądając moje wyniki, spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział już od progu:
— Teraz rozumiem ten nieustający uśmiech.
Zaniepokoiłam się. Niepotrzebnie. Okazało się, że mam jej po prostu… nadmiar. Taki, którym można by obdzielić kilka osób.
Wróciłam do domu rozbawiona i zaintrygowana. Co to właściwie znaczy — mieć w sobie tyle szczęścia? Z ciekawości zaczęłam szukać. I tak odkryłam coś, co niby oczywiste, a jednak często zapominane: ruch, światło, prostota — to one karmią naszą pogodę ducha. Nawet kawałek czekolady ma w tym swój drobny udział.
Od tamtej pory, chociaż całe życie uprawiam różne sporty, to jednak zaczęłam jeszcze bardziej świadomie dbać o siebie. Nie przesadnie, nie rygorystycznie — raczej czule. Jeszcze więcej ruchu, jeszcze więcej uważności.
Choć przyznam, lenistwo wciąż potrafi mnie dopaść. Wtedy trzeba się ze sobą trochę poprzekomarzać, wyjść mimo niechęci — choćby na krótki spacer.
Bo wystarczy wejść do lasu. Nagle wszystko się zmienia. Oddech się pogłębia, myśli cichną, ciało jakby przypomina sobie, do czego zostało stworzone.
Wracam stamtąd zawsze inna — lżejsza, spokojniejsza, uśmiechnięta bez powodu. Może to serotonina. A może coś więcej.
Od zawsze lubiłam drzewa. Jako dziecko wspinałam się na nie bez opamiętania, budowałam wśród gałęzi swoje małe światy. Dziś już się nie wspinam — dziś je przytulam. Zwłaszcza dęby. Mają w sobie coś, czego nie umiem nazwać — siłę, spokój, może pamięć.
Jeden z nich rośnie nad urwiskiem, jakby wbrew rozsądkowi. Wracam do niego często. Stoję przy nim, opieram dłonie o jego szorstką korę i przez chwilę niczego nie muszę.
Może to właśnie jest moja metoda. Nieidealna, niespektakularna — ale moja. I wystarczająca.
***
Przed laty dostałam zabawny wierszyk od pewnego internauty w komentarzu pod moim ówczesnym artykułem o serotoninie. Bardzo mnie ubawił. Pozwolę sobie go zacytować:
(Belferek 22.11.2009)
Amorki smutne, łuki rdzewieją, serca scrollują… i nic nie trafiają. Miłość w 2026: kliknij „lubię” i poczekaj 3 dni, może się uda. Dziś trzeba licencji na miłość. Wierszyk w obrazie.
Tajemnicze światła, nagłe błyski, niewyjaśnione kształty na niebie i ziemi… Jedni w to wierzą, inni nie. Ja je zbieram – dla relaksu, frajdy i dreszczyku tajemnicy. Tekst w obrazie.
Wiek to tylko liczba… czasem trochę za duża, ale ciii. Rusz się! Nie metryka Cię definiuje, tylko to, co robisz dziś. Chcesz więcej życia w życiu? Zacznij się ruszać. Teraz. Reszta przyjdzie sama. Tekst w obrazie.
(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część IV — Tym razem będzie o piekielnej sesji fotograficznej, magnezji, dymie… i o tym, dlaczego rak to nie mięczak).
Mam już sześć lat i znów przyszło mi przeżyć coś dziwnego. Otóż mamy w domu pierwszą „komunistkę”. A właściwie dwie. Bo i moja najstarsza siostrzyczka Lodzia, i kuzynka Helcia razem przystąpiły do Pierwszej Komunii. Z tej okazji u nas w domu niemożebny spęd rodzinny.
Nas samych, proszę bardzo — aż dziewięć dziewczątek. Właściwie to dziesięć, ale tej najmłodszej, czyli Czesi, nie ma na zdjęciu z nami, bo scykorała się przed tą iście piekielną sesją fotograficzną i uciekła.
Nic dziwnego — wszystkie siedzimy z rozdziawionymi buziami. Mnie to aż buzia rozbolała od tego nieustannego rozdziawiania. A pupa z kretesem zdrętwiała, bo do tego wszystkiego każą jeszcze siedzieć. Jakbym mogła sobie postać, to może nie musiałabym tak szkaradnie buzi rozdziawiać. Na stojąco emocje szybciej się rozchodzą. A tak siedzę jak ta jełopa i aż jęzor wylazł mi z przejęcia. Sam.
Ale że siedzę przy naszej klęczącej najstarszej kuzynce Stasi, którą to całe uwiecznianie nas na kliszy wręcz bawi, to trochę raźniej mi na duszy.
Wprawdzie już parę razy brałam udział w takiej piekielnej sesji, jednak za każdym razem każda następna jest dla mnie takim samym wielkim przeżyciem. Bo też widok, jaki mam przed oczami, za każdym razem jest niesamowity.
Pan fotograf, zanim zrobi zdjęcie, wyczynia coś, coś odczynia, coś sypie, coś przesypuje, coś miesza, coś leje, coś przelewa… aż wreszcie, po takich dość długawych czarach-marach, zaczepia na długim sztylu od miotły wacik nasączony jakimś śmierdzącym świństwem. Mówi, że to jakaś magnezja czy coś.
Potem wręcza tatusiowi ten sztyl, a komuś innemu każe zrobić tę najważniejszą rzecz — na trzy. Tym razem kazał wujkowi Staszkowi. Wujek się śmieje, bo to dla niego nic a nic strasznego — wszak walczył na wojnie wśród wybuchów i ognia.
O rety, emocje rosną… aż mi oczęta wyszły z orbit! Ale nic — wlepiam te moje wybałuszone oczka w wujka jeszcze bardziej.
Wujek bierze do ręki jakąś śmiesznie długą zapałkę i zapala ją, pocierając o coś szorstkiego.
O mamuńciu kochana… teraz będzie się działo!
Pan fotograf woła: raz, dwa, trzy!
Wujek przykłada palącą się zapałkę do wacika… i nagle — świst, błysk! Aż mi w oczach pociemniało…
No i po zdjęciu. Tylko dym i smród pozostał.
Pan fotograf woła ucieszony, że bać się tego dymu i zapachu nie należy, bo tak działa flesz w postaci magnezji — i basta!
Coś takiego… Przecież ja się wcale a wcale nie boję.
Nie rozumiem tylko, czemu mi się kolana pod stolikiem tak telepią?
To moje ulubione zdjęcie… Tak „trzeci dziurawiec” uczy się opanować jeszcze jeden żywioł w swoim życiu — wodę.
Zaczęłam wcześnie, jak na owe czasy, wszak mam dopiero sześć lat. A ten nasz basen, zniszczony całkowicie przez zawieruchę wojenną, dopiero co oddali do użytku — po gruntownym remoncie.
Każdą więc ciepłą niedzielę z całą rodzinką spędzamy na basenie. Uwielbiam to, bo kocham wodę i chlapanie się w niej. To nic, że pełno tu ludzi. Mnie to nie przeszkadza.
A niech ludziska też mają przyjemność… i niech widzą, jaka ja odważna (zwłaszcza jak mamusia jest przy mnie — ale o tym sza!).
No dobrze, spuszczam już powietrze z mojej dumy… Ale niech mi nikt nie mówi, że ze mnie mięczak. Bo rakiem jestem. I to od urodzenia.
Najstarsza siostra Lodzia też jest rakiem, ale to ja — pierwsza z siostrzyczek — najszybciej nauczyłam się wchodzić do głębokiej wody. No!
Uparta to ja jestem od zawsze i ani krzty swoim słabościom nie popuszczam. Morduję się czasem okrutnie, by nie być mięczakiem — choć to też miłe stworzonko. Ale przecież nijak do mnie nie pasuje.
Bom ja rak. Więc uważaj — jak uszczypnę, będzie znak! No!
I niech mnie nikt nigdy nawet nie próbuje mięczakiem nazwać.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
(wszystkie odcinki)
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.
No nie. Tak całkiem bez złości się nie da. Bo jak to tak — końcówka marca, człowiek już mentalnie w jajkach i mazurkach, a tu nagle… zonk! Zima wraca jak niezapowiedziany gość, który „tylko na chwilę”, a zostaje na tydzień.
Wiosna przecież już flirtowała z zielenią, rozbudzała pąki, szeptała ciepłym wiaterkiem do ucha… A tu nagle: biały wir, lodowaty policzek i „żart się skończył”.
Owszem, „w marcu jak w garncu” — wszyscy znamy, wszyscy powtarzamy, wszyscy cierpimy. Ale czy ten garnek naprawdę musi być aż tak zmrożony?
U nas od kilku dni sypie śniegiem, jest zimno jak w lodówce, a mróz trzyma się dzielnie, jakby walczył o medal.
I co to za wiosna, ja się pytam, skoro bez zimowych ciuchów nosa na dwór wyściubić nie można?
Ale… chwila. A może to wszystko ma sens? Może wiosna tylko udaje nieogarniętą, a tak naprawdę prowadzi sprytną akcję biologiczną?
No bo spójrzmy prawdzie w oczy — kleszcze. Te małe, bezczelne potworki już od miesiąca czają się na nas jak paparazzi na celebrytów. Roztaczają swoją mikroapokalipsę, roznosząc choroby i psując ludziom humor skuteczniej niż brak kawy rano.
Ludzkość lata w kosmos, tworzy sztuczną inteligencję, a z takim maleństwem nadal nie potrafi się rozprawić. Trochę wstyd.
Więc może ten nagły powrót zimy to nie przypadek, tylko dobrze zaplanowana akcja: „Operacja Kleszcz”? Trochę przymrozić, trochę przesiać, zrobić porządek w terenie.
Nie bez powodu taka myśl przyszła mi do głowy. Kilkanaście lat temu sama padłam ofiarą jednego z tych mikro-wampirów. I powiem tylko tyle: nie polecam.
Dobra, dobra — nie będę już tak psioczyć. Bo, uczciwie mówiąc, wiosna i tak robi swoje. Widać to… a właściwie słychać.
Ptaki od świtu do zmierzchu drą dzioby wniebogłosy… to znaczy — przepraszam — koncertują. Chóralnie, solowo, czasem wręcz eksperymentalnie.
Więc może jednak coś w tej wiośnie jest. Nawet jeśli chwilowo występuje w wersji demonstracyjnej. Z błędami. I bez gwarancji.
Śpią długo, jakby czas nie miał do nich dostępu. Ich sny zaczynają się jesienią — tam, gdzie ściółka miękko zapada się pod ciężarem liści, a świat powoli cichnie. Już w październiku znikają z powierzchni dnia, wybierając ukrycie pod zeschłą roślinnością, wśród tego, co opadłe, kruche i zapomniane.
Zagrzebują się głęboko, z wylotem muszli skierowanym ku górze — jakby zostawiały sobie ostatnie okno na świat. Wejście zamykają cienką warstwą śluzu, pozostawiając jedynie drobny otwór, przez który przepływa ledwie wyczuwalny oddech. Potem cofają się jeszcze dalej — w głąb własnego schronienia, w spiralę, która staje się ich zimowym światem.
Tam, warstwa po warstwie, budują kruche wieczko — z zastygającego śluzu, z czasu, z ciszy. I tak trwają, nieruchome, zawieszone między snem a czuwaniem, przez długie, chłodne miesiące.
Aż przychodzi wiosna. I wtedy, jakby po dobrze przespanej nocy, odrzucają swoje zamknięcie i powoli wracają do świata.
***
Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Dziękuję 💓Halszka
Bufon — nieszczęście w pysznej oprawie. Człowiek o dwóch postaciach. Pierwsza: dumna i zarozumiała. Druga: zawstydzona i nieśmiała. Tekst w obrazie.
Rachu-ciachu! Bum! Ha! I spokój powoli wraca. Nie warto zbyt długo nosić w sobie złość. Jest na to metoda. Tekst w obrazie.
No pięknie! Człowiek się kładzie spać w wiośnie, a budzi… w Narnii.
O czwartej rano mój świat wyglądał tak, jakby ktoś nacisnął przycisk „cofnij do stycznia”.
Serio — czy ktoś tam na górze pomylił piloty?! „Wiosna 2026” — klik — „Zamieć deluxe, pakiet premium”.
Chyba ktoś się zainspirował ziemskimi agresorami i stwierdził:
„A co, dorzucę im jeszcze śnieżną ofensywę!”
No ale spokojnie — my się tak łatwo nie poddajemy.
Kochamy pokój, kochamy wiosnę…
i mamy kurtki „na wszelki wypadek”.
Wytrzymamy. A wiosna i tak wróci — i to bez zaproszenia!
Są takie działania, które nie potrzebują rozgłosu. Dzieją się cicho, niemal niezauważalnie, a jednak mają w sobie głęboką troskę o świat. Jednym z nich jest ściółkowanie — proste gesty, w których człowiek uczy się naśladować naturę.
W Niemczech od lat można zobaczyć, jak łąki, ogrody i przestrzenie pod drzewami przykrywane są warstwą opadłych liści. To powrót do tego, co oczywiste, a jednocześnie tak często pomijane — do rytmu, w którym nic się nie marnuje.
Liście, które jesienią opadają z drzew, nie kończą swojego życia. Przeciwnie — zaczynają nowy rozdział. Układają się w miękką, oddychającą warstwę, która chroni ziemię przed wysychaniem, zatrzymuje wilgoć i daje wytchnienie glebie zmęczonej słońcem. W czasach, gdy wiosenne susze stają się coraz bardziej dotkliwe, ta naturalna osłona nabiera szczególnego znaczenia.
Z czasem liście rozpadają się powoli, cierpliwie, oddając ziemi to, co same w sobie zgromadziły. Stają się pokarmem — dla gleby, dla roślin, dla całego niewidzialnego świata, który żyje tuż pod naszymi stopami.
Chronią także — niczym ciepłe futro — delikatne korzenie i drobne organizmy przed nagłymi powrotami chłodu. A pomiędzy nimi, w tej pozornie zwyczajnej warstwie, toczy się życie: kryją się jeże, chrząszcze i niezliczone owady, sprzymierzeńcy równowagi, którzy bez rozgłosu dbają o zdrowie ekosystemu.
Kilka dni temu po raz pierwszy zobaczyłam, jak ściółkowana jest pobliska polana w naszym lesie. Biegam tędy od ponad trzydziestu lat — znam każdy zakręt ścieżki, każde drzewo. A jednak dopiero teraz pojawił się ten znak zmiany.
Może to właśnie doświadczenie ostatnich lat — suszy, gorąca, zmęczonej ziemi — skłoniło ludzi do uważniejszego wsłuchania się w naturę. Do przypomnienia sobie, że czasem najprostsze rozwiązania są tymi najmądrzejszymi.
Bo ściółkowanie to nie tylko zabieg. To gest szacunku — wobec ziemi, która daje, i wobec życia, które w niej trwa.
I może właśnie dlatego skłania do zadumy fakt, że w Polsce wciąż zdarza się coś zupełnie odwrotnego — zamiast chronić glebę, wielu rolników, mimo wysokich kar, nadal wypala zeschłą trawę na łąkach, niszcząc to, co mogłoby stać się początkiem nowego życia.
Z cyklu: Opowiadania o relacji człowieka z naturą
***
Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Dziękuję 💓Halszka
Widzieć to nie znaczy wiedzieć. Złudzenie optyczne — zjawisko, w którym mózg błędnie interpretuje obrazy przesyłane przez oczy. Tekst w obrazie.
Ciemna noc w lesie i pohukiwanie puchacza niejednego twardziela przyprawi o dreszcze. Ale to też dobra okoliczność na przetestowanie swojej odwagi. 😉😁Wiersz w obrazie.
Nie daj się szarości wiosny! Wyjdź z domu, a szarość ustąpi miejsca kolorom wyobraźni. Tekst w obrazie.
Ludzie dobrej woli, łączmy się i działajmy. Nie dajmy się tyranom. Zacznijmy od najbliższego otoczenia, a potem dalej i dalej. Świat należy do nas... Ludzi dobrej woli jest więcej. Tekst w obrazie.
***
Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Dziękuję 💓Halszka
(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część III)
Mam już aż pięć latek i w kaszę nadmuchać sobie nie daję… Oj nie! Widać to po moim spojrzeniu. A co? Niech se nie myślą. Ja im dam „trzeciego dziurawca”!
No ale nic. Siedzę grzecznie na kolanach mamusi i wypatruję tego ptaszka, który tym razem już na pewno ma wyskoczyć z obiektywu aparatu fotograficznego wujka Staszka… Też mi! Żadnego ptaszka nie widać. Wujek tak samo robi nas w balona.
Ha! Zaraz sobie sama ptaszka znajdę. Gdzie? Ano na drzewie. Po zrobieniu zdjęcia chwilę musimy jeszcze postać przy mamusi, bo mamusia robi paternoster mojej średniej siostrzyczce Tereni, że znów się umorusała jak nieboskie stworzenie. A ja z najstarszą siostrzyczką Lodzią też musimy tego paternostra wysłuchać. Profilaktycznie. Tak na wszelki wypadek, gdyby i nam się zachciało umorusać.
A dzisiaj niedziela — nie przystoi być brudnym. Ja przecież o tym wiem i brudna nie jestem. Bo też nie znoszę być brudna. Nigdy. Nawet w poniedziałek.
I mamusia też o tym wie, bo zawsze się dziwi, że ja po drzewach i po dachach ciągle się wspinam, a umorusana wcale nie jestem.
No, może czasami tylko porwana, kiedy zdarzy mi się zawisnąć na jakiejś głupiej gałęzi albo gdzieś na gwoździu. Jednak brudna albo umorusana — jak woli mamusia — co to, to nie!
Ale cóż… stoimy grzecznie i słuchamy, co rodzicielka ma do powiedzenia, choć wiem, że to i tak nic nie pomoże. No bo jak ma pomóc, skoro Tereni brud się szczególnie ima? Mało tego — ona z brudem najwyraźniej żyje w całkowitej symbiozie. Po prostu lubi być brudna i nie ma na to rady…
Ale stoimy i słuchamy. A gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje.
Muszę jednak przyznać, że trochę rozumiem mamusię, że tak nas pilnuje, żebyśmy wyglądały schludnie, bo wszystkie ubranka sama nam szyje. Od bielizny i piżamek po sukieneczki, spódniczki, bluzeczki i płaszczyki.
Taka zdolna jest ta nasza mamcia. Specjalnie zrobiła nawet Kurs Kroju i Szycia, żeby wszystko, co nam szyje, wyglądało profesjonalnie i pięknie. Sobie też różne ubrania szyje, zwłaszcza sukienki. Tatusiowi nieco mniej, bo — jak ze śmiechem mówi — na kursie szycia męskich ubrań nie uczono.
Kurs Kroju i Szycia — 1956 rok. Mamusia stoi jako trzecia z lewej strony.
To jednak nieprawda, bo i tatusiowi coś tam ciągle szyje. Nawet koszule. Sama widziałam. Mamusia zawsze mówi, że w sklepach niczego dobrego do ubrania nie można kupić, więc sama musi nas obszywać.
Dlatego stojąca w kuchni ogromna poniemiecka maszyna do szycia często turkocze. A mamusia potrafi z różnych materiałów stworzyć coś oryginalnego, niepowtarzalnego. Nikt takich ubrań nie ma.
O, chociażby ta suknia, którą sobie z japońskiego jedwabiu uszyła specjalnie na zabawę karnawałową. Czyż nie jest piękna? Piękna i bardzo przyjemna w dotyku. Wiem, bo nieraz się w nią ubierałam, kiedy mamusi nie było w domu.
Wspaniale prezentuje się też nasza rodzinka na tym profesjonalnym zdjęciu. Wszystko, w co jesteśmy ubrani, mamusia sama uszyła i wyhaftowała. Tatusiowi marynarkę też uszyła, tylko niczego na niej nie wyhaftowała. Nie wiem dlaczego.
Przed zaprowadzeniem nas do fotografa siostrzyczka Terenia znów zdążyła się zdrowo wybrudzić. Widać to po jej rajtuzkach, które wcześniej były nieskazitelnie białe.
I chociaż znów dostała burę od mamusi, ustawianie do zdjęcia odbyło się bez większych zgrzytów. A to dlatego, że nasz znajomy fotograf obiecał zdjęcie wyretuszować i ten brud z jej rajtuz choć trochę usunąć.
Moich posiniaczonych kolan retuszować nie musiał, bo zakryłam je, mocno obciągając sukieneczkę.
Obietnica pana fotografa sprawiła, że od razu spokojniej się zrobiło. Jednak mnie dalej coś wkurzało…
Nie, nie mogę narzekać — na kolanach mamusi było całkiem wygodnie. Tylko po kiego licha pan fotograf kazał nam palce u rąk schować? Dobrze, że jeszcze nóg nie kazał schować, żeby z lenistwa uniknąć retuszowania brudnych rajtuz Tereni.
A to by była dopiero niepowetowana szkoda! Wszak nóżki mamy bardzo ładne i zgrabne. Szkoda byłoby ich nie sfotografować.
Och, biedny tatuś… Ma się z tymi dziurawcami. Jakoś nagle i tatusia zrobiło mi się szkoda. Czemu? Nie wiem. Co to jest, że tak szybko zmieniają mi się myśli, a jeszcze szybciej odczucia? Mętlik w głowie? Niespokojna dusza? A może jestem chora?
Eee tam, chora! Wcale się choro nie czuję. Mamusia zawsze mówi, że jestem najzdrowsza ze wszystkich.
Coś w tym jest. Bo pamiętam, że kiedy moje siostrzyczki chorowały na różyczkę i leżały cierpiące w łóżkach, mamusia profilaktycznie i mnie kazała leżeć. Chociaż ja wcale się od nich nie zaraziłam. Czułam się zupełnie zdrowo.
I pewnie trochę im przeszkadzałam w tym ich chorowaniu. Chyba tak musiało być, bo w końcu wyrzuciły mnie z pokoju, meldując mamusi, że za bardzo szaleję.
Szaleję? Ja? No coś takiego! Ja wcale nie szalałam. Ja się tylko bawiłam.
No ale i dobrze, że mnie wyrzuciły, bo za mocno wyproszoną zgodą mamusi mogłam wreszcie pójść do ogrodu i po swojemu spokojnie bawić się dalej.
Spokojnie — bo nikt mi nad uszami tam nie brzęczał. Oprócz pszczółek oczywiście. A pszczółki to ja kocham, bo bardzo mi smakuje ich miodek.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
(wszystkie odcinki)
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.
Szczęście to nie tylko chwilowa euforia, ale ogólna pomyślność, na którą składają się pozytywne emocje, dobre relacje, realizacja celów oraz wdzięczność za codzienne chwile. Tekst w obrazie.
***
Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Dziękuję 💓Halszka
Pierwszy dzień wiosny postanowiłam uczcić godnie — czyli w lesie i w towarzystwie mojej najmłodszej wnuczki. Przy okazji chciałam ją uświadomić kulturowo i opowiedzieć, jak to dzieci w Polsce witają wiosnę. No bo przecież nie może dorastać w takiej niewiedzy.
Ruszyłyśmy zaraz po śniadaniu. Najpierw elegancko — dróżkami i ścieżkami. Ale jak wiadomo, prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się ścieżka, więc szybko przeszłyśmy na tryb „na przełaj”.
Drzewa sprawdzone — pierwsze pączki są. Wiosna działa. Można uznać za oficjalnie rozpoczętą.
Po drodze opowiadałam wnuczce o wiosennych zwyczajach w Polsce — o Marzannie, o Dniu Wagarowicza. Słuchała z zaciekawieniem, a pytań miała tyle, że nie sposób było zostawić któregokolwiek bez odpowiedzi. Szczególnie ta druga tradycja przypadła jej do gustu… dziwne, prawda?
No to w skrócie opowiedziałam jej jeszcze o zabawnych przygodach bohaterów mojej książki pt. „Wagarowicze mimo woli”*, którą napisałam wiele lat temu.
W końcu zaschło mi w ustach od tej edukacji, postanowiłam więc wyjść na skraj lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (studzienka panienki, rocznik 1909).
Plan był prosty: napić się wody, zapalić tradycyjnie świeczki na skałkach i wrócić do domu jako porządne, kulturalne osoby. Z wykonaniem, jak się okazało, wyszło nieco gorzej.
Miałyśmy dwie świeczki. Jedna… postanowiła zamieszkać w studzience, wypadając wnuczce z ręki. Oczywiście przypadkiem. Wnuczka posmutniała, więc babcia — bohaterka — ruszyła na ratunek.
Nachylam się, oceniam sytuację, wszystko pod kontrolą… i nagle: chlup!
Pomiar głębokości wykonany. Ręką. Po samą pachę. Bo zostałam delikatnie (bardzo delikatnie!) potrącona. Oczywiście niechcący. Jak zawsze.
Wnuczka się wystraszyła i w końcu się rozpłakała. Mnie też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera.
Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i zajęłam się uspokajaniem wnuczki. Powiedziałam, że nic mi się nie stało i że świeczkę i tak muszę wyciągnąć, żeby nikt sobie nie pomyślał, że zaśmiecamy studzienkę.
No i skoro głębokość studzienki (niespodziewanie) już poznałam, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam. Sukces!
Efekt uboczny: rękaw mokry, ręka zmarznięta, ogólne poczucie, że jednak wiosna jeszcze się z nami nie do końca zgadza.
— Biegiem do auta! — zarządziłam strategicznie.
I tak oto, śmiejąc się po drodze (głównie wnuczka), zakończyłyśmy powitanie wiosny w stylu: edukacja + przygoda + morsowanie w wersji light.
A żeby tradycji stało się zadość, opowiedziałam jej jeszcze historię z mojego dzieciństwa o pewnej niespodziewanej kąpieli*… choć w wersji nieco ocenzurowanej. W końcu babcia też musi mieć autorytet.
* Zabawnym przygodom wagarowiczy mimo woli nie było końca, ale były też i dramatyczne: "Wagarowicze mimo woli".
* Rzeczywiście niespodziewana to kąpiel była. Oj, bardzo: „Niespodziewana kąpiel”.
***
Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Dziękuję 💓Halszka
Świat pełen niepewności. Między strachem a nadzieją. Nasza generacja wobec współczesnych kryzysów. Największe wyzwania XXI wieku. Refleksje o losach naszej generacji w obrazie.
Od dziś, od godziny 10:46, wiosna rozgości się w pełni – czas cieszyć się jej światłem, zapachem i energią.
Pozdrawiam wiosennie wszystkich moich Czytelników i dziękuję z całego serca, że jesteście ze mną, że od lat trwacie przy moich słowach i myślach.
W podziękowaniu przesyłam Wam żonkila z mojego ogrodu – odważnego, pełnego życia i mocy. Niech jego blask i odwaga ogrzeją Wasze dni i napełnią je wiosenną radością.
Mgła oplata las jak oddech — cichy, wilgotny, nieuchwytny. Świat zwalnia, mięknie, rozpływa się w półtonach. Przez chwilę wszystko zdaje się zawieszone między snem a przebudzeniem.
A jednak cisza nie trwa długo. Pęka nagle — ptasim krzykiem, ostrym, natarczywym, pełnym życia. Skrzydlate głosy przecinają mleczną zasłonę, jakby chciały przywołać świat z powrotem do istnienia. Wiosna przyszła. Nieśmiało, lecz nieodwołalnie.
Stoję w tym rozedrganym bezruchu i słucham. I we mnie także coś się budzi — nie tylko radość, lecz przede wszystkim uparta, cicha nadzieja. Że wraz z pierwszą zielenią odrodzi się rozsądek. Że świat otrząśnie się z własnego zamętu i przejrzy choć na moment.
Bo mgła nie tylko otula — ona także zasłania. A kiedy w końcu opadnie, odsłoni wszystko to, co próbowano ukryć.
Może wtedy spojrzymy wreszcie prosto. Bez ucieczki. Bez złudzeń. I ci, którzy karmią się chaosem, znikną — rozwiani jak cień, gdy światło odważy się zostać.
Międzynarodowy Dzień Szczęścia — to radosne i uduchowione święto... Bądźmy więc szczęśliwi zawsze i wszędzie. Tekst w obrazie
(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część II)
Nie poddaję się i rosnę dalej. Mam już cztery latka i żadnego warkocza, jak moje siostry. Sama już nie wiem dlaczego. Czy dlatego, że mamusia nie miała już siły czesać mozolnie trzeciej córeczki, czy może dlatego, że sama nie chciałam długich włosów?
Całkiem możliwe, że to drugie. Wszak długie włosy przeszkadzałyby mi w łażeniu po drzewach w ogrodzie i po dachach na podwórku. Nawet kokarda na czubku mojej głowy nieraz mnie denerwowała, bo zdarzało mi się na niej zawisnąć na gałęzi… A to bolało.
Ale do robionych nam czasem rodzinnych zdjęć umiem pozować spokojnie. Mamusia zawsze prosi i mówi, że są potrzebne na pamiątkę. Że kiedy będę już duża i będę miała swoje dzieci, będę mogła im pokazać, jak sama wyglądałam, gdy byłam malutka.
Stoję więc grzecznie i patrzę moim dzieciom prosto w oczy. Niech zobaczą, że ładna ze mnie mama w dzieciństwie była. Nie rozumiem tylko, dlaczego moje siostrzyczki nie patrzą na swoje dzieci… Czyżby nie chciały ich mieć, kiedy będą duże?
No dobrze, przyznam szczerze, że mnie też nie całkiem wychodziło z tym patrzeniem na moje dzieci. Bardziej interesował mnie buchający ogień na kiju od miotły, który tatuś sam zapalał. Że się nie bał?!
Dziwne. Może czuł, że to taki jego obowiązek wobec jego „dziurawców”, jak nas czasem nazywał. Pan fotograf mówił bowiem, że dzięki temu błyskowi ognia lepsze zdjęcia mu wyjdą. A tatuś na pewno chciał, żebyśmy ładnie na nich wyglądały.
Do drugiego zdjęcia mamusia znów nas ustawiła i prosiła, żebyśmy się nie ruszały. Nie rozumiem tylko, dlaczego kazała mi stać. W końcu to ja jestem najmłodsza i to ja powinnam siedzieć. Czy coś jest ze mną nie tak?
No chyba tylko to, że — jak mamusia nieraz mówi — ja nigdy nie usiedzę spokojnie, bo mam pieprz w pupie. Hmm… może to i prawda.
Tak czy inaczej, skoro już go mam, to przecież sama sobie go tam nie wsadziłam. Chyba mamusia już taką mnie „popieprzoną” urodziła.
Ale to prawda — nie lubię siedzieć. Zawsze sterczę jak… jak jakiś wyrzut sumienia co najmniej. Tak nieraz mówi tatuś.
Eee tam. Nie wiem, co to właściwie jest wyrzut sumienia, ale z wyrzutem czy bez jednak wolę sobie posterczeć. A nuż będę bardziej zauważalna?
Do drugiego zdjęcia zebrałam się w sobie i patrzę już prosto w obiektyw aparatu pana fotografa, bo powiedział, że zaraz wyskoczy z niego ptaszek.
Patrzę więc uważnie w ten aparat… czekam… czekam jeszcze chwilę… A ptaszek jak nie wyskoczył, tak nie wyskoczył. No i wkurzył mnie strasznie.
Na kolejne zdjęcia nie dałam się już namówić, bo nie znoszę, kiedy ktoś mnie okłamuje. Przecież już umiem dobrze patrzeć i tak samo czuć.
Pan Tabisz, nasz sąsiad, ciągle powtarza, że Halintek-Mintek, czyli ja, to bardzo mądre dziecko. A on jest już stary i chyba wie, co mówi… No!
Nie mogłam się więc nie wkurzyć na pana fotografa za to jego oszukaństwo. Fuknęłam coś pod nosem (ale nie powiem co), odwróciłam się na pięcie i poszłam do ogrodu się bawić — z mocnym postanowieniem, że jeśli znowu przyjdzie do naszego domu robić zdjęcia, to się przed nim schowam.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
(wszystkie odcinki)
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.
Wprawdzie Światowy Dzień Śmiechu (ang. World Laughter Day) obchodzimy dopiero w pierwszą niedzielę maja, ale warto „ćwiczyć” śmiech każdego dnia. Śmiech bowiem — jak potwierdzają badania — naprawdę wydłuża życie.
Kto śmiać się lubi,
formy nie gubi,
rzadko też tyje...
i dłużej żyje.
Śmiech ma niezwykłą moc. Rozjaśnia dzień, dodaje otuchy i pomaga spojrzeć na własne troski z dystansem. Najszczęśliwsi są ci, którzy potrafią śmiać się także z samych siebie... To wielka zaleta w dzisiejszym nienawistnym świecie:
Te dwie fotki bardzo mnie śmieszą: Muammar Kaddafi? Albert Einstein?
Światowy Dzień Śmiechu został zainicjowany w 1998 roku przez dr. Madana Katarię, twórcę jogi śmiechu. Ideą tego święta jest przypominanie, że śmiech może łączyć ludzi i budować między nimi życzliwość.
Nie należy jednak mylić go ze Światowym Dniem Uśmiechu, obchodzonym w pierwszy piątek października. Pomysłodawcą tego święta był Harvey Ball — twórca słynnej uśmiechniętej buźki.
A więc śmiejmy się jak najczęściej — z życia, z pecha, z własnych potknięć. Bo kto potrafi się śmiać — ten nosi w sobie najprostszą receptę na pogodę ducha.