Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść fantasy "K-X ląduje". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść fantasy "K-X ląduje". Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2019

K-X ląduje (16 cz.)

Po chwili duch leśny i duch podziemia ponownie stali obok małych-wielkich chłopców. Chwatko powiedział im o wszystkim, tak jak zamierzał. Chłopcy po wysłuchaniu od razu przyrzekli, że nikomu nigdy nie wspomną, iż mieli z duchami do czynienia. Bo po pierwsze, nikt by im i tak nie uwierzył, a po drugie, każdy by pomyślał, że oni sfiksowali, więc sami są o tym przekonani, że ich znajomość z duchami musi pozostać, i na pewno pozostanie, ich wielką tajemnicą do końca życia. Chłopcy ucieszyli się bardzo, że duch leśny pozostanie z nimi jeszcze dłużej. Żałowali natomiast, że muszą się już pożegnać z duchem podziemia. Podziękowali mu jeszcze raz serdecznie za wszystko, co dla nich zrobił, i ze łzami w oczach rzucili mu się do nóg, aby go wyściskać za uda. Duch podziemia schylił się i złapał obu chłopców za ręce. Stali więc we trójkę w kółku (Rafał z Bronkiem w przypływie wzruszenia chwycili się również za ręce) i na przemian, patrząc sobie w oczy, trwali tak w milczeniu jakiś czas. Wreszcie duch podziemia poklepał delikatnie obu chłopów po plecach i ze słowami: — „Powodzenia w życiu odkrytym na nowo”, odwrócił się momentalnie i pobiegł w stronę zarośli. Chłopcy patrzyli za nim z ogromnym żalem. Patrzyli tak długo, aż zupełnie znikł w zaroślach i zarośla przestały się ruszać. Już mieli się odwrócić w stronę ducha leśnego, gdy nagle z zarośli ponownie ukazały się głowy ducha podziemia. Duch pokiwał im dwiema rękami naraz i zawołał półgłosem: — „Do zobaczenia, chłopaki!”, i znikł zupełnie. Chłopcy otarli ściekające im po policzkach łzy i uradowani tak bardzo znaczącym dla nich pożegnaniem, szeptali: — „Do zobaczenia w przyszłości, nasz kochany duchu podziemia”.
Malutki Gryzio, przyglądając się tej scenie spod klapy plecaka, tak bardzo się wzruszył, że rozbeczał się na dobre. I wcale się swego beczenia nie wstydził. Był w tym przypadku na tyle w dobrej sytuacji, iż nikt go nie widział. Mógł więc sobie pofolgować i beczeć ile wlezie. Beczał więc bezgłośnie, aż był cały mokry od łez. Jedyną rzeczą, z powodu której musiał jednak zaprzestać płaczu, była mokra plama na ściance plecaka, i to od strony pleców Chwatka. Gdy ją zauważył, szybko wytarł łzy rękawem swego purpurowego kombinezonu i dalej zaglądał ze wzruszeniem na wielkich chłopców.
Duch leśny Chwatko również się wzruszył. Nie miał jednak czasu, aby dłużej trwać w takim stanie. Delikatnie poruszał tylko plecakiem, gdyż wydawało mu się, że się aż spocił na plecach ze wzruszenia, po czym odezwał się do chłopców:
— Chodźcie, chłopcy. Musimy podejść do dzieci oraz waszych wychowawców i ich uspokoić. Niech zobaczą, że już jesteście z powrotem, i to cali i zdrowi. Pójdziemy przez polanę, to może sami nas zauważą i będą biec nam naprzeciw… A powiedzcie mi tylko, daleko jeszcze do waszego domu?
— Nie, nie… za tą polanką jest jeszcze wąski pas lasu, a zaraz zanim zaczyna się nasz ogród. A po środku ogrodu stoi nasz dom — powiedział Rafał. — No to chodźmy, bo zaczyna być mi żal pani dyrektor. Na pewno bardzo martwi się o nas… A może i niektóre dzieci też?
Duch leśny ruszył pierwszy w kierunku polany, a parę kroków za nim, z jednej strony Rafał, z drugiej Bronek. Wielcy-mali chłopcy musieli dobrze naciągać nogi, by nadążyć za swoim ogromnym wybawicielem, duchem leśnym.
Chłopcy zdawali sobie sprawę, że w domu musi spotkać ich kara, ale pierwszy raz byli przekonani, iż na nią zasłużyli. I wcale się jej nie obawiali. Wręcz przeciwnie, paradoksalnie jej pragnęli. Wydawało im się, że poczują się lepiej, gdy odpokutują swoje czyny. Szli więc raźnym krokiem obok swego wybawiciela z ich niechlubnego życia i raźniej robiło im się na duszy. Byli dumni, że mogą wszystkim dzieciom, wychowawcom i pani dyrektor przedstawić swego nowego przyjaciela, którego poznali w lesie, a który pomógł im odnaleźć drogę do domu, gdy zabłądzili. Bo właśnie taką wersję ich zniknięcia mają opowiedzieć wszystkim z Domu Dziecka. Tak po drodze przez polanę razem ustalili. Logiczne, że nie mogli powiedzieć prawdy. Ale duch leśny uspokoił ich, że w takim przypadku ich kłamstwo jest wybaczalne. O Basiurce mieli powiedzieć, że zaraz wróci do domu. Że jest razem z siostrą ich nowego przyjaciela. Odpoczywa tylko jeszcze na ich dwukonnym powozie i bawi się z jaszczurką i zajączkami. No i że ona sama chciała jeszcze chwileczkę z nimi tam pozostać i prosi panią dyrektor, aby się o nią nie martwiła, bo ona jest bardzo szczęśliwa, ale przed zmierzchem na pewno wróci do domu.
Któreś z dzieci albo wychowawców rzeczywiście zauważyło kroczących przez polanę chłopców. Bo też trudno byłoby nie zauważyć tak potężnej i pięknie wyglądającej sylwetki Chwatka. Ostatnie promienie słoneczne igrały na jego błyszczącym, chabrowym kombinezonie, a jego złotą kometę, oświetlając, eksponowały na własne podobieństwo. Piękny był to widok na tle wszechobecnej zieleni. Nic więc dziwnego, że dzieci z wielkim piskiem wymieszanym z okrzykami: — „Huraaa, hurrrraaa, hurrraaa!” — puściły się pędem przez polanę. Dorośli biegli za nimi. Kiedy dzieci dobiegły na tyle blisko, że widziały już wyraźnie potężną posturę Chwatka, onieśmielone, zatrzymały się natychmiast. Wtedy na czoło wysunęło się dwóch wychowawców. I już mieli ofukać niesfornego Rafała i Bronka, ale na widok Chwatka z tak bliska, poczuli zakłopotanie. Zatrzymali się również, i wszyscy, trwając w milczeniu, stali tak naprzeciw siebie dobrą chwilę. Wreszcie Chwatko z szerokim uśmiechem odezwał się pierwszy. Pozdrowił serdecznie wszystkie dzieci oraz wychowawców i przedstawił się swoim prawdziwym imieniem. Kiedy go wszystkie dzieci chórem również pozdrowiły, poczuł się bardzo przyjemnie. Uśmiechnął się wówczas jeszcze milej i w końcu sam opowiedział uzgodnioną z chłopcami historię o zagubionej w lesie Basiurce i ich samych. Historia ta naturalnie była w połowie prawdziwa, w połowie zmyślona. Chwatko zdecydował się ją opowiedzieć samemu, żeby chłopcy nie musieli już kłamać, no i chodziło mu też o czas. Wszystkie dzieci słuchały Chwatka z wielkim zainteresowaniem i wpatrywały się w niego jak w przecudny obraz. Dwaj wychowawcy również wsłuchiwali się w jego opowiadanie i nabierali powoli przekonania, iż ta potężna postać nie może być groźna, gdyż po prostu jest sympatyczna. Chcieli tylko wiedzieć jeszcze, co Basiurkę oraz Rafała i Bronka skłoniło do tego, aby zapuścić się tak daleko w las. Znów Chwatko zabrał głos, wybawiając chłopców od kłamstwa. Powiedział, że kiedy Basiurka rano bawiła się w ich ogrodzie, niechcący nadepnęła na jaszczurkę zwinkę, która akurat pod drzewem wygrzewała się w promieniach słonecznych. Basiurce żal się zrobiło jaszczurki, tym bardziej iż zauważyła, że ogonek zwinki został pod jej bucikiem. Chciała więc jej pomóc i pobiegła za nią by oddać jej ten nieszczęsny ogonek i opatrzyć jej ranę falbanką swej sukieneczki. Jaszczurka popełzła jednak z ogrodu prosto do lasu. Basiurka pobiegła więc za nią. No i tak długo za nią szukała, aż w końcu się zgubiła. A chłopcy, kiedy zauważyli Basiurkę znikającą za drzewami, poszli za nią by ją zawrócić z lasu. Ale Basiurki nigdzie już nie było widać. Zaniepokojeni, zaczęli jej szukać. I niestety, po bardzo długich poszukiwaniach sami też zabłądzili. On natomiast jechał akurat z siostrą swym dwukonnym powozem przez las, gdy nagle w jego głębi, pod jednym z drzew, zauważył małą dziewczynkę, czyli Basiurkę. Basiurka siedziała spłakana, zmęczona i bardzo wystraszona. Wziął ją więc na powóz i zaopiekował się nią wraz ze swoją siostrą. Dali jej jeść i pić oraz wymyli ją w pobliskim źródełku. A potem, gdy Basiurka opowiedziała im o rannej jaszczurce zwince, on sam postanowił ją odszukać, by Basiurkę uspokoić i rozpędzić smutek z jej twarzyczki. No i kiedy tak uganiał się po lesie za jaszczurką, natknął się na chłopców, którzy szukając za dziewczynką, też pobłądzili i nie mieli pojęcia gdzie się znajdują. Chwatko wymyślił na poczekaniu jeszcze jedno małe kłamstewko. A mianowicie: opowiedział jak to chłopcy byli bardzo przerażeni tym, że nie mogli znaleźć Basiurki. Że zanim zdążył im powiedzieć, iż on wraz z siostrą zaopiekował się już dziewczynką, to oni sami od siebie — w jego obecności — przysięgli, że jak Basiurka się odnajdzie, to oni już nigdy nie zrobią niczego złego w swoim życiu. Chwatko mówił o tym głośno i wyraźnie, tym bardziej, iż zauważył, że do całej grupy dzieci doszły trzy panie. Domyślał się więc, że muszą to być ich wychowawczynie, a jedna z nich, musi być panią dyrektor. Kiedy skończył, popatrzył wnikliwiej na twarze wychowawców, i tych z przodu, i tych z tyłu. A patrzył zwłaszcza na panie z tyłu. Chwatko był przecież tak wysoki, że mógł dokładnie, ponad głowami dzieci, widzieć twarze pań wychowawczyń. I gdy zobaczył spłakaną twarz jednej z tych pań, był pewien, że to musi być pani dyrektor. Twarze pozostałych zaś wychowawców wyrażały jedynie ulgę z odnalezienia ich podopiecznych. A kiedy na koniec swej opowieści, mówił o przysiędze Bronka i Rafała, spostrzegł, że na ich twarzach pojawił się inny wyraz — wyraz powątpiewania. Chwatko był przekonany jednak, że postąpił właściwie, wymyślając tę bajeczkę o przysiędze chłopców. Chciał, aby ich poprawa stała się faktem wiadomym nie tylko dla nich samych, ale i dla innych dzieci, i by dzieci w to uwierzyły. A przede wszystkim, żeby ten fakt stał się wiadomy ich wychowawcom, i by wychowawcy im w tym pomogli. A przynajmniej, żeby im nie przeszkadzali.
Bronek i Rafał, słysząc to wszystko, co duch leśny o nich opowiadał, mało go znów nie wyściskali z radości, tak bardzo byli mu wdzięczni, że cały ciężar wytłumaczenia ich obu z tej ich niechlubnej „wycieczki” do lasu — wziął na siebie.
Chwatko miał też powody do radości. Kiedy mówił o przysiędze Rafała i Bronka, wśród dzieci usłyszał szemrany zachwyt. A gdy zaczął wodzić oczami po ich twarzach, wyraźnie zobaczył wymalowaną na nich wiarę, nadzieję, radość i uwielbienie. Uśmiechał się więc jeszcze serdeczniej do nich, i żeby ich rozbawić i bardziej ze sobą oswoić, puścił do nich serię oczek. Puszczał oczko lewym okiem do dzieci stojących po jego lewej stronie, i prawym okiem do dzieci stojących po jego prawej stronie, kręcąc przy tym zabawnie głową. Ubawił tym wszystkie dzieci niezmiernie. Dzieci piszczały z radości i również puszczały do niego oczka. A te dzieci, którym ze śmiechu puszczenie oczka nie wychodziło, przykładały do oka zwiniętą dłoń i ruszały jej palcami na znak mrugania powiekami, czyli puszczania oczka. Dzieciom tak bardzo spodobał się nowy znajomy Rafała i Bronka, że już zupełnie ośmielone otoczyły go wkoło i co chwilę któreś z nich podchodziło do Chwatka i dotykało go delikatnie po nogach. Chwatko początkowo przyglądał się im z uśmiechem, a po chwili schylił się i każdemu po kolei podawał rękę. Dzieci były tak szczęśliwe, że w rozpędzie zaczęły podawać ręce (również po kolei) Bronkowi i Rafałowi, stojącym obok Chwatka ciągle w bezruchu i milczeniu. Chwatko zauważył, że po twarzach chłopców spływały łzy wzruszenia. Zadowolony z przebiegu sytuacji, zaczął wolnym krokiem wychodzić z kółka utworzonego przez dzieci. Po drodze poklepywać je delikatnie po ramionach. Szedł do wychowawców, którzy również podeszli bliżej za dziećmi, ale pozostawali ciągle z tyłu. Gdy tak zbliżał się do nich zauważył, że twarz jednej z pań jakoś dziwnie mu podpadła. Nie to, że była brzydka, bo że nie grzeszyła urodą, był to fakt niezaprzeczalny, ale to, że pomimo uśmiechu na jego widok, wyrażała jakąś bliżej nieokreśloną złośliwość, a nawet jędzowatość. Chwatka to bardzo zastanowiło. I kiedy tak myślał nad tym intensywnie, pani ta podbiegła do niego i zawołała:
— Jak miło pana poznać! Bardzo się cieszę, że Rafał ma tak wspaniałego znajomego!
Chwatka zmroziło w momencie. Był już pewien z kim ma do czynienia.
— Bo wie pan — ciągnęła dalej pani wychowawczyni. — Ja dzisiaj to mam w zasadzie wolne od pracy, ale jak się dowiedziałam, że Rafał zaginął gdzieś w lesie, to od razu przybiegłam, aby szukać za nim. Oj, gdybym tylko wiedziała, że spotkam pana w lesie, to już bym na pewno wcześniej przybiegła…
Chwatkowi kąciki ust zaczęły aż drżeć, tak bardzo był zdegustowany tym, co pani Klotylda mówiła i jak się zachowywała. Bo że to była pani Klotylda, to już był w stu procentach pewien. Puścił więc mimo uszu całą tę niesmaczną paplaninę pani Klotyldy i podszedł do pani, która wydawała mu się od samego początku być panią dyrektor. Nie mylił się. Pani dyrektor ciągle jeszcze zalana łzami, ale już z szerokim uśmiechem podziękowała mu za to, że zaopiekował się jej dziećmi i że im pomógł. Zaraz też zaprosiła go w progi Domu Dziecka, aby go ugościć i by mógł sobie odpocząć. Chwatko serdecznie podziękował za zaproszenie, ale odmówił, tłumacząc się tym, iż chciałby jeszcze przed zachodem słońca zdążyć przyprowadzić Basiurkę, bo potem, to on wraz z siostrą musi niezwłocznie udać się w dalszą drogę. Pani dyrektor rozumiała Chwatka doskonale i nie nalegała. Chwatko wtedy poprosił ją na stronę i wszystko jej dokładnie powiedział o tym, co o Rafale i Bronku powiedzieć jej zamierzał. O ich szczerej chęci poprawy, o ich żalach i tęsknotach, o ich lękach i pragnieniach. A na koniec poprosił ją, aby pomogła im uwierzyć w siebie i w słuszność postawionych sobie celów. No i również, by pomogła im w realizacji tych celów. Pani dyrektor słuchała Chwatka z wielkim przejęciem i wzruszeniem. Bez zastanowienia zgodziła się na wszystko o co ją prosił. Po jej twarzy znów spływały łzy. Łzy wzruszenia i szczęścia. Chwatko zrobił wtedy coś takiego, że samego go zdumiało. Otóż schylił się do pani dyrektor, ujął jej malutką dłoń w swe ogromne łapsko i ją… pocałował. Po czym zdumiony i z lekka zawstydzony, uśmiechnął się do niej serdecznie i powiedział, że musi jeszcze porozmawiać z panią Klotyldą, bo potem, kiedy przyprowadzi Basiurkę do domu, to już nie będzie miał czasu, gdyż niezwłocznie będzie musiał udać się w dalszą drogę.
Gdy Chwatko odszedł od uszczęśliwionej pani dyrektor, wszystkie dzieci wraz z Bronkiem i Rafałem przybiegły do niej i coś się z nią naradzały. Po czym parę z nich pobiegło w stronę ich ogrodu.
Chwatko, zbliżając się do fałszywie uśmiechniętej pani Klotyldy, poczuł na plecach delikatne stukanie. To Gryzio przypominał mu o uciekającym czasie. Na pewno bał się nieborak, że lada moment dojdzie do zdalnego uruchomienia przez K-1 i K-2 dodatkowej, trzydziestominutowej kompresji i Chwatko może stracić równowagę i wyrżnąć razem z nim na ziemię. A to nie byłaby dla niego miła perspektywa. Chwatko zrozumiał to stukanie i szeptem uspokoił Gryzia, że ma wszystko pod kontrolą i że już właśnie zamierza kończyć cały ten teatr z Klodzią, i to dramatycznym epilogiem.
Kiedy Chwatko stanął przed panią Klotyldą, rozglądnął się za K-1. Ku jego zaskoczeniu i zadowoleniu zarazem, spostrzegł jego połyskujący złoty kombinezon pomiędzy drzewami w wąskim pasie lasu stykającym się z ogrodem Domu Dziecka. Był naprawdę mocno zaskoczony jego wyczynem, bo zdał sobie sprawę, że K-1 musiał się przedzierać obrzeżami polany i wykonywać przy tym kryty slalom między drzewami, żeby go nikt nie zauważył. — „Kochany K-1” — powiedział do siebie i popatrzył na panią Klotyldę.
— Tak, tak, kochana Klodzia! — zawołała uszczęśliwiona pani Klotylda, bo zrozumiała, że Chwatko to mówił do niej i o niej.
— Pani kochana?! Toż to wielka kpina! — zawołał Chwatko ze zniesmaczoną miną i bez ogródek przystąpił do rzeczy. — Pani musi odejść z Domu Dziecka, bo pani się nie nadaje do opieki nad dziećmi. I proszę to zrobić natychmiast.
— Ależ proszę pana, co pan?! — zawołała zaskoczona, obrażona i przerażona zarazem pani Klotylda. — Beze mnie ten Dom Dziecka by nie istniał. Ja jestem jego podporą. Całe moje życie poświęciłam tym wstrętnym bachorom, a teraz miałabym odejść. Po moim trupie! Nie zrobię tego…
— Właśnie że pani zrobi, i to natychmiast! — zawołał Chwatko. — Bo jak nie, to osobiście zrobię z panią porządek. Za te ośle uszy, za ten nos Pinokia, i w ogóle, za całe zło jakie pani serwuje tym biednym i nieszczęśliwym dzieciom. One potrzebują miłości, zrozumienia i serdecznej pomocy w ich smutnym życiu bez rodziców, a co w pani osobie mają? Chodzące zło i nienawiść!
Zanim Chwatko zaczął przekonywać panią Klotyldę do odejścia z Domu Dziecka, K-1 wystrzelił w ich kierunku małą pluskwę, czyli podsłuch dalekosiężny. Słyszał więc wszystko. Nie od razu wiedział, co ma zrobić z tą jędzą, panią Klodzią, ale był pewien, iż zrobić coś musi. I gdy usłyszał od Chwatka o tych oślich uszach i nosie Pinokia, to coś go tchnęło, chociaż nie rozumiał o co właściwie Chwatkowi chodziło z tymi częściami twarzy. Musiał to natychmiast sprawdzić. Wyciągnął w pośpiechu z pasa bezpieczeństwa malutki przyrząd, który wcześniej służył mu za duszdiaskop i wystukał na nim hasło: „ośle uszy” i po chwili „nos Pinokia”. Odpowiedzi jakie otrzymał, bardzo go ucieszyły. Szybko sięgnął do pasa i wyciągnął z niego inny podłużny przedmiocik, przyłożył go do oka dolnej twarzy, a po chwili do ust…
Chwatko w tym czasie zastanawiał się jakiego by tu argumentu użyć, aby porządnie nastraszyć panią Klotyldę i zmusić ją do odejścia z Domu Dziecka. Wpatrywał się więc w jej rozzłoszczoną twarz, aby wyraz jej twarzy podsunął mu jakąś myśl, gdy nagle zauważył, że ona łapie się za swoje uszy, a one rosną jej w rękach. Zdumiał się niesamowicie. — „Czyżby moje myśli w ciele wielkiego człowieka miały takie skuteczne działanie?” — pomyślał. Nie zdążył się jeszcze dokładnie wczuć w te swoje myśli, gdy nagle zobaczył, że pani Klotylda puszcza swoje ogromne uszy i łapie się za rosnący w mgnieniu oka nos. Oniemiał z wrażenia całkowicie. Szybko jednak doszedł do siebie, bo w plecaku coś mu zarechotało. Nie zastanawiając się dłużej nad przyczyną tak znaczącej zmiany fizjonomii pani Klotyldy, odezwał się do niej ponownie, i to bardzo poważnym głosem:
— Czy już panią przekonałem do odejścia z Domu Dziecka, czy mam użyć jeszcze innych argumentów?
— Nie, nie, nie trzeba! Odchodzę! Odchodzę natychmiast, ale niech mnie szanowny pan już nie straszy i błagam niech mi pan usunie z mojej twarzy to paskudztwo… A ja już odchodzę… już, natychmiast, nieodwołalnie…
Chwatkowi tak bardzo chciało się śmiać z wyglądu pani Klotyldy, że aż musiał zrobić małą przerwę na parę głębszych oddechów, by nie buchnąć gromkim śmiechem prosto w jej oburzoną twarz. Ale w końcu szkoda mu się zrobiło zwierząt, atrybutem których przyozdobiona została fizjonomia tej złośnicy. Żal mu się zrobiło również Pinokia, że wizerunek jego nosa, z którego on sam był przecież taki dumny, został użyty w przypadku tak złej osoby. Chwatka ogarnęły mieszane uczucia. Lecz wnet skojarzył sobie, że cała ta maskarada zmierza ku dobremu. Uśmiechnął się wtedy w duchu do Pinokia i do wszystkich oślątek na świecie, zrobił jeszcze jeden głęboki wdech, i powiedział:
— No! I niech tak zostanie…
— Nie, nie! Po stokroć nie! Nie może przecież tak zostać! — wrzeszczała pani Klotylda, aż wszyscy zebrani na polanie odwrócili się w jej kierunku.
Na polanie powiało grozą. Wszystkie dzieci wpatrywały z niedowierzaniem w ich wychowawczynię i nie wiedziały, czy mają płakać, czy się śmiać. Na wszelki wypadek wolały nie reagować. Dalej wpatrywały się w przyozdobioną i rozsierdzoną twarz ich pani i milczały. Ale nagle rozległ się głos któregoś z panów wychowawców:
— Ty, Klodzia, a tobie co? Chyba nie myślisz, że w takiej masce zdobędziesz serce pana Chwatka?
Te słowa były niczym woda na młyn. Wszyscy jak na komendę buchnęli gromkim śmiechem. Śmiali się wychowawcy, śmiały się dzieci. Aż cała polana tętniła od ich śmiechu. Nic dziwnego, na polanie jest zawsze wspaniała akustyka, z której też i leśne echo z wielką frajdą korzysta. A że echo ma też pomiędzy ścianami lasu ogromną siłę odbicia, przez to jego siła nośna jest długofalowa. Wesoły śmiech słychać więc było daleko, bardzo daleko.
Chwatkowi również udzielił się ten śmiech, ale na początku próbował go jednak tłumić. Buchał parę razy śmiechem i wyhamowywał go od razu. Lecz nagle nie wytrzymał i huknął potężnym basem. Aż się sam swojego śmiechu przeraził. Ale tylko na moment, bo gdy usłyszał w oddali głośne zgrzytanie, zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Musiał przecież zagłuszyć śmiech K-1. Czuł też na plecach drżenie plecaka, a to go jeszcze bardziej rozochociło do śmiechu. Śmiał się więc jak nakręcony i nie mógł przestać. Ale gdy zobaczył czerwoną z wściekłości, i chyba też ze wstydu, twarz pani Klotyldy, pomyślał sobie, że już jej wystarczy tej nauczki. Że powinna już raz na zawsze zniknąć z Domu Dziecka i dać dzieciom spokój swym złym przykładem oraz swymi złymi, pozbawionymi uczucia metodami wychowawczymi. Przestał się śmiać i zawołał do niej:
— No, to niech pani zmyka do własnego domu i niech pani nigdy nie pokazuje się dzieciom na oczy. W domu pani nos i uszy wrócą do normy. Ale gdyby przyszło pani do głowy znów pokazać się w Domu Dziecka, to nos i ośle uszy odrosną w mig, i to dwa razy większe…
Pani Klotylda nie chciała już nic więcej słyszeć. Ruszyła więc z miejsca jak narowisty ogier z kopyta i pognała przez polanę w szalonym tempie, przy wtórze śmiechu i do jego rytmu.
Chwatko patrzył za panią Klotyldą z zadowoleniem. Następne zadanie wykonane. Dzieci zostały wybawione od tej pseudowychowawczyni. Chociaż polana dalej tętniła śmiechem, a plecak jego w dalszym ciągu drżał, on sam już się nie śmiał. Zastanawiał się tylko, skąd przyszło mu do głowy, aby na koniec tak właśnie pani Klotyldzie powiedzieć. Nie może być przecież pewnym, co stanie się z jej uszami i nosem. Ale zaraz pomyślał, że to może być jednak prawda, bo o ile on za jakieś pół godziny utraci moc wielkiego człowieka, to i jego myśli stracą moc działania. — „Tak, to jest logiczne” — ucieszył się ze swej myśli, bo źle by się czuł, gdyby wiedział, że ktoś cierpi przez niego dłużej niż byłoby to potrzebne. Nawet taki zły człowiek, jak pani Klotylda.
Nadszedł czas pożegnania. Chwatko czuł coraz silniejsze zawroty głowy. Trzecia godzina ich kompresji zbliżała się nieuchronnie. Chwatko zdawał sobie sprawę, że lada moment K-1 uaktywni przy pomocy K-2 zdalne przedłużenie ich wielkości, a on nawet nie miał się czego uchwycić na tej szczerej polanie. Zaczął się rozglądać za Bronkiem i Rafałem, by się z nimi niezwłocznie pożegnać, i wtedy zauważył, że czworo dzieci biegnie od strony Domu Dziecka i niesie piękne białe lilie. Chwatka to bardzo wzruszyło. Bo to oznaczało, że chłopcy pamiętali o jego życzeniu i tak efektownie chcą się z nim pożegnać. Czwórka dzieci zbliżyła się do Chwatka, a za nimi w ciasnym półkolu stanęły wszystkie dzieci i wychowawcy. Wtedy na czoło wysunęła się pani dyrektor wraz z Rafałem i Bronkiem. Pani dyrektor jeszcze raz serdecznie podziękowała Chwatkowi za wszystko, co dla nich zrobił. A wypowiadając słowa: „za wszystko”, znacząco puściła do niego oczko i uśmiechnęła się konspiracyjnie. Potem pozbierała od dzieci białe lilie i z łezką w oku wręczyła je Chwatkowi osobiście. Nagle odwróciła się do wszystkich dzieci i kazała im się ukłonić i powiedzieć: do widzenia wielkiemu przyjacielowi dzieci. Dzieci dygały w pięknych ukłonach i chórem wołały: — „Do widzenia, drogi Chwatko! Wróć do nas, wróć do nas! Do widzenia, do widzenia, do miłego zobaczenia!” — i z uśmiechem odwracały się, ruszając w stronę swego domu. Za nimi poszli wychowawcy. Została tylko pani dyrektor oraz Rafał i Bronek. Pani dyrektor pozwoliła chłopcom jeszcze chwilę pozostać z Chwatkiem i pożegnać się z nim ciepło jak z kimś najbliższym. Jak z kimś, za kim będzie się tęsknić. Jak z kimś, kogo będzie się wypatrywać. A na odchodnym poklepała swych wychowanków po ramionach i dodała jeszcze:
— Muszę wam chłopcy powiedzieć, że los wam sprzyja. I ja osobiście wierzę, że wykorzystacie każdą daną wam szansę, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem. — Po czym pomachała Chwatkowi na pożegnanie i powolnym krokiem ruszyła w stronę domu, do swych ukochanych dzieci.
Rafał i Bronek podeszli do Chwatka najbliżej jak tylko mogli, i zadzierając głowy do góry, w milczeniu wpatrywali się w jego twarz. Chcieli ją sobie utrwalić w pamięci na zawsze.
— No dobra, chłopaki. Dość tych sentymentów! — zawołał duch leśny. — Bądźcie zdrowi i żyjcie w zgodzie z własnym sumieniem, a cała reszta przyjdzie sama… I żadnych łez! Żadnych więcej pożegnań! Biegnijcie już za waszą panią i bądźcie weseli. Będziemy do was wracać w przyszłości i razem spędzimy jeszcze wiele miłych chwil. A więc, do zobaczenia, chłopaki!
Mówiąc te słowa, Chwatko poczuł dziwne uczucie mrowienia na całym ciele. Domyślał się, że oto nadchodzi godzina zero. Niewiele się zastanawiając, usiadł na trawie, by nie upaść i nie zrobić Gryzowi krzywdy.
— Do zobaczenia, chłopaki! — powtórzył jeszcze raz i mocno uchwycił się trawy. Po czym, prawie już szeptem dodał: — Zmykajcie, proszę was. Ja tu sobie jeszcze chwileczkę przed podróżą posiedzę. Jak tradycja nakazuje. A wy biegnijcie wprost do domu, i proszę was, nie oglądajcie się już za siebie… Biegnijcie, kochane chłopaki…
Chłopcy wyczuli, że duch leśny ma jakieś tam swoje powody, by zostać samemu. Uszanowali więc jego prośbę. A że duch, siedząc na trawie miał akurat głowę prawie na wysokości ich głów, podskoczyli jeszcze do niego z obu stron i pocałowali go jednocześnie w policzki. Potem odwrócili się momentalnie, i ze słowami: — „Zawsze będziesz w naszych sercach” — pognali przez polanę niczym dwa wichry.
Chwatko patrzył za oddalającymi się chłopcami ze wzruszeniem. Nie uronił jednak ani jednej łezki. Był już pewien, że to nie koniec ich znajomości. Że nie bajdurzył, mówiąc im, iż razem przeżyją jeszcze wiele miłych chwil. Patrzył za nimi tak długo aż zupełnie zniknęli za ścianą drzew. I chociaż czekała go w najbliższych minutach wielka niewiadoma, to jednak się nie przejmował. Nie czuł żadnego lęku. Czuł się szczęśliwy.
— Gryziu, a tobie co? Czemu beczysz? — spytał nagle, wyrwany z zadumy buczeniem kuzyna. — Wierz mi, to nie koniec naszej znajomości z wielkimi chłopcami. Zobaczysz.
— Tak myślisz? Bardzo bym chciał, by była to prawda. Polubiłem ich. A myślisz, że będzie to kiedyś możliwe, bym i ja mógł się im na oczy pokazać?
— Tak myślę Gryziu. Z pewnoooośśśścią… — Chwatko nie skończył, bo zabrakło mu tchu.
Gryziu zaniepokojony o kuzyna spuścił się po plecaku prosto na kępkę trawy. Na szczęście Chwatko nadal siedział na trawie, nie miał więc wysoko. Podbiegł natychmiast do przodu i stanął między nogami kuzyna.
— Chwatko, czy to już?! — spytał szeptem i z wielką troską wpatrywał się w twarz wielkiego kuzyna. — Boli?
— Nie wiem co jest. Nie czułem żadnego szarpnięcia, żadnego też gwałtownego zawrotu głowy, ale czuję tylko, że opuszczają mnie siły. Nawet tracę wzrok i czucie. I nie wiem już, czy jeszcze siedzę na trawie, czy już leżę.
Gryzio wystraszył się nie na żarty. Bał się, że coś złego może się stać Chwatkowi. Tym bardziej, że Chwatko rzeczywiście bez sił opadł cały na trawę. Twarz jego zaczęła blednąć jak te białe lilie, które trzymał w dłoni, a oczy stawały się martwe. Gryzio biegał jak oszalały dookoła Chwatkowej głowy i nie wiedział jak mu pomóc.
— Chwatko kochany, tylko nie umieraj! Błagam cię, tylko nie umieraj! Gdzie ten K-1?... K-1, ratunku! Chwatko umiera! Ratunku!
Żadnego jednak odzewu ze strony K-1 Gryzio nie usłyszał. Zaczął więc skakać, bo wysoka w niektórych miejscach trawa zupełnie przysłaniała mu widok. Nigdzie jednak K-1 nie było widać. Gryzio z przerażeniem pomyślał, że może taki sam los spotkał również i jego. — „Co robić?! Co robić?!” — krzyczał sam do siebie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się bał, i to nie o siebie, a o kogoś. I nie wiedział jak ma im pomóc. A to było najgorsze. Wtedy przypomniał sobie o gwizdku, który K-1 dał Chwatkowi. Zaczął przeszukiwać kuzyna kieszenie w kombinezonie. Nigdzie go nie mógł znaleźć. Chciało mu się wyć z rozpaczy. Chwatko leżał bez ruchu i nie dawał znaków życia. Gryzio miał już najgorsze myśli. W ostatnim odruchu desperacji, wskoczył Chwatkowi na jego lewe przedramię i z całych sił, dwoma rękami, zaczął ugniatać mu klatkę piersiową, by pobudzić jego serce. Chwatko jednak ani drgnął. Gryzio po chwili opadł zupełnie z sił i osunął się z jego przedramienia na ziemię. Było mu już wszystko jedno, bo zdał sobie nagle sprawę, że znikąd pomocy nie można się spodziewać. Chciał umrzeć razem z kuzynem. Popatrzył tylko jeszcze na białe lilie (które niechcący nieco stratował, biegając w panice dookoła Chwatka), i już chciał zamknąć oczy w oczekiwaniu na śmierć, gdy nagle coś zauważył. Lewa dłoń Chwatka była trochę rozwarta, a w niej, pomiędzy końcówkami łodyżek kwiatów coś błyszczało. Gryzio wiedziony ostatnią nadzieją, zerwał się na równe nogi i zaczął grzebać w dłoni kuzyna. — „Gwizdek!” — krzyknął. Tak, Chwatko trzymał w dłoni gwizdek. Biedny Gryzio nie wiedział jak dmuchnąć w ten potężny dla niego, niczym trąba jerychońska, instrument. Wiedział natomiast, że ten oto gwizdek jest jedyną i na pewno ostatnią szansą. Z wielkim trudem wprawdzie, ale udało mu się wygrzebać go z dłoni Chwatka. Jeden koniec gwizdka położył na ziemi, a drugi oparł o nadgarstek kuzyna. Sam szybko położył się obok, chcąc jakoś spróbować dmuchnąć. Ale niestety, nie mógł złapać tchu po takim wysiłku. Przez chwilę leżał bez ruchu i sapał jak miech kowalski. Wreszcie nabrał dużo powietrza w płuca i już miał dmuchnąć w gwizdek, gdy nagle spostrzegł, że ta końcówka gwizdka, która służy do dmuchania jest u góry, czyli na nadgarstku Chwatka. — „Ty skończony jełopo, nie będziesz chyba w ziemię dmuchał!” — wrzasnął do siebie potwornie wściekły i całą operację ustawiania gwizdka rozpoczął na nowo. Z wściekłości na siebie i z desperacji, poszło mu to tym razem o wiele szybciej i nawet jakoś dziwnie tchu nie stracił. Poczuł się zgoła o wiele silniejszy. Siła go wręcz rozpierała. Położył się ponownie na ziemi i z całych sił dmuchnął w gwizdek... I nic! Nic nie usłyszał i nic nie poczuł. Nie załamał się jednak tym, bo sobie przypomniał, że K-1 mówił, iż nikt gwizdka oprócz niego nie usłyszy. Złapał natychmiast za jego dolną część i zaczął go przeciągać na najwyższą w pobliżu kępkę trawy. Oparł go o nią i wszedł po gwizdku na sam szczyt. Przysłonił dłonią oczy i zaczął się rozglądać po całej polanie za K-1. Gryzio nie wiedział, z której strony może się K-1 spodziewać, bo to tylko Chwatko widział go wcześniej ukrytego za drzewami. Kręcił się więc nerwowo w kółko i po kilka razy lustrował polanę, miejsce po miejscu. I nagle zauważył, że nie daleko od niego, w miejscu gdzie rosła wysoka trawa, coś jakby się poruszyło. Nie wiedział, co to było, bo oprócz poruszającej się trawy niczego widać nie było. Długo się nie zastanawiając, zjechał po gwizdku na ziemię i pobiegł jak błyskawica w tamtym kierunku. Kiedy dobiegł do tego miejsca, serce mu mało z piersi nie wyskoczyło, i to nie z wysiłku po trudnym biegu przełajowym, lecz z okropnego widoku, jaki tam zastał. Zobaczył tam K-1, jak leży na trawie zwinięty w kłębuszek i sapie okropnie, jakoś tak gwiżdżąco i głośno.
— K-1, przyjacielu kochany, dobrze że jesteś! — Gryzio rzucił się na twarze K-1 i próbował odgarnąć z nich jego długie zielone włosy. — Błagam cię, wstań. Wstań i ratuj Chwatka. Chwatko umiera… Błagam ratuj mojego kochanego kuzyna… Ratuj siebie! Ratuj was obu!
— Grrrryyyzzziooo??? — K-1 wysapał z wielkim trudem i próbował się do Gryzia nawet uśmiechnąć. Lecz nagły grymas cierpienia wykrzywił mu obie twarze jednocześnie i zesłabł.
K-1 był u kresu sił. Sam nie rozumiał, co się stało, że tak nagle stracił moc wielkiego człowieka. Stracił w ogóle jakąkolwiek moc. Leżał tak w trawie jak ostatnia niemota i nie miał siły się podnieść. Stracił nawet rachubę czasu i już sam nie wiedział, jak długo trwał w takim stanie. I dlaczego w ogóle znalazł się na trawie. Przecież stał za drzewem, kiedy dzieci odchodziły od Chwatka. Tak jakby przez mgłę, ale zaczynał coś sobie przypominać. Otóż przypomniał sobie, że poczuł się nagle bardzo słabo i usiadł pod drzewem i… chyba stracił przytomność. A potem jakiś dźwięk nieco go ocucił. Tak, dźwięk. To był dźwięk gwizdka. Zrozumiał, że Chwatko wzywał go o pomoc. Przebłyskami świadomości kojarzył sobie, że z Chwatkiem musiało dziać się podobnie. Musiał się więc najprawdopodobniej oderwać od drzewa i ruszyć w kierunku wzywającego pomocy Chwatka. A potem, po drodze, to chyba znów stracił przytomność, dlatego leżał na polanie. Ale znów jakiś dźwięk pomógł mu odzyskać utraconą ponownie świadomość. Ale co to był za dźwięk? Bo że nie był to dźwięk gwizdka, tego był już pewien. To był czyjś głos. Tak, to był głos krzyczący, że Chwatko umiera. Gdy K-1 to wszystko sobie przypomniał, z wielkim wysiłkiem szeroko otworzył oczy. Widok Gryzia go w tym upewnił. Był zdruzgotany. — „Luno najukochańsza pomóż!” — wrzasnął w myślach wniebogłosy. I nagle poczuł, że trzyma w ręce radarton. Powolnym ruchem podnosił rękę wraz z nim do oczu i zobaczył na jego czasomierze, że ostatnie pięć minut z ich trzech godzin kompresji dopiero się zaczyna. Nadzieja jaka się w nim zatliła, sprawiła, że poczuł się na tyle mocny, aby szeptem odezwać się do Gryzia.
— Jak dobrze, że jesteś. W tobie nadzieja. Naciśnij ten zielony przycisk. K-2 zaraz nas uratuje.
Gryzio momentalnie nadepnął nogą przycisk radartonu i popatrzył na K-1. Niestety nie zauważył żadnej zmiany. Ale przypomniał sobie, że to może chwilę potrwać zanim K-2 dobiegnie do samopojazdu, więc nieco się uspokoił. Nachylił się nad głowami leżącego K-1, i patrząc mu na przemian w dwie pary oczu, powiedział:
— Chwatko tam umiera w samotności…
K-1 wiedziony nagłą nadzieją i poczuciem odpowiedzialności za przyjaciela, poczuł nagle przypływ małej porcji sił. Zaczął się więc powoli czołgać, bardzo powoli. Ale się doczołgał, wspomagany ogromną siłą woli, własną i Gryzia.
Malutki Gryzio, człapiąc za czołgającym się K-1 wpatrywał się w niego intensywnie i popychał go wzrokiem do przodu. Dalej i dalej, w kierunku Chwatka.
Kiedy K-1 znalazł się już przy leżącym bez ruchu Chwatku, opadł bez sił tuż obok, ale zdążył go jednak chwycić za prawą rękę. Nie mógł niestety ścisnąć jej mocniej. Nie starczyło mu już sił. A może Chwatko coś w niej trzymał, dlatego nie mógł? 



Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

cdn. — może i nastąpi, ale jak już, to po wakacjach.

czwartek, 6 czerwca 2019

K-X ląduje (15 cz.)

Chłopcy maszerowali energicznym i zamaszystym krokiem, ale w milczeniu. I kiedy tak maszerując, pokonywali akurat niewielkie wzniesienie, na jego szczycie, pomiędzy drzewami pojawił się rudy lis. Lis wybierał się właśnie do najbliższej wsi przylegającej do lasu, by pobuszować po gospodarskich kurnikach i zdobyć pożywienie. Na widok tego niezwykłego pochodu momentalnie zrezygnował ze swojego zamiaru i poderwał się do ucieczki. Uciekał jak szalony, znacząc swą drogę ucieczki kłakami sierści ze swej rudej kity pozostawiając ją na kolczastych krzewach. Nawet dla tego chytrusa, dla którego widok ludzi nie był obcy i nie wzbudzał w nim strachu, bo zawsze umiał się odpowiednio wśród nich poruszać, przemieszczać i niezawodnie zakradać, tym razem widok takich ludzi był nie do zniesienia. Przestraszony ogromnie pozostał w lesie. Głodny i zły.
Chłopcy nawet nie zwrócili uwagi na uciekającego w popłochu lisa. Maszerowali dalej. W trakcie marszu K-1 parokrotnie zerkał na jakiś mały przyrząd, który wyciągał z pasa bezpieczeństwa. Sprawdzał czas. Czas swojej i Chwatka wielkości. Po którymś już z kolei sprawdzaniu, spytał małych-wielkich chłopców, jak długo muszą jeszcze iść, aby dotrzeć do ich domu. Chłopcy, przekrzykując się nawzajem, odpowiedzieli, że za pół godziny będą na miejscu. To uspokoiło K-1. Po parominutowym jeszcze marszu w milczeniu, doszli do szerokiego duktu leśnego. Mogli więc iść dalej już w jednym szeregu i być w lepszym kontakcie wzrokowym, widząc siebie nawzajem. Sytuację tę Chwatko niezwłocznie wykorzystał i zaczął zachęcać Rafała i Bronka do opowiadania o swoim życiu w Domu Dziecka i tak ogólnie o życiu. Chwatko chciał się czegoś więcej od nich samych dowiedzieć. Chłopcy na początku niechętnie, z oporami, ale powoli zaczęli opowiadać. A widząc wielkie zainteresowanie w trzech parach oczu obydwu olbrzymów, opowiadali coraz chętniej, coraz więcej i coraz szybciej. Jakby się obawiali, że czasu im braknie na dokończenie tej jakże swoistej i oczyszczającej spowiedzi. Tak bardzo im potrzebnej i przynoszącej ulgę.
Bronek opowiadał o tym, jak po śmierci jego mamy, jakaś obca kobieta przywiozła go wraz z Basiurką do Domu Dziecka. Miał wtedy dziewięć lat, a jego siostrzyczka miała zaledwie dwa latka. Bronek mówił, że tego okropnego dnia nie zapomni do końca życia. Był wtedy bardzo przerażony, bo stracił wszystko prawie w jednym dniu. Wszystko, co najukochańsze: mamę, dom, ojca. Bardzo często wtedy płakał. Zwłaszcza w łóżku, gdy nikt nie widział. A malutka siostrzyczka Basia płakała prawie bez przerwy bardzo długi jeszcze czas. W końcu się jakoś przyzwyczaili i pogodzili ze swoim losem. Ojciec ich czasami odwiedzał, ale Bronek ostatnio nie lubił jego odwiedzin. Na początku ich pobytu w Domu Dziecka, może przez pierwsze dwa lata, kiedy do nich przychodził, bardzo przeżywali jego wizyty. Czekali zawsze na niego z wielkim utęsknieniem, a najgorsze to już były pożegnania. Czepiali się jego spodni z wielkim płaczem i nie chcieli go puścić. Ojciec wtedy zawsze obiecywał, że za niedługo zabierze ich do domu, że jeszcze parę dni i będą już w domu. Bronek z tamtych lat zapamiętał dziwnie spuchniętą twarz ojca i taki dziwny, nieprzyjemny zapach z jego ust. Szybko mu przyszło się o tym dowiedzieć, co to za zapach i dlaczego twarz ojca była taka zmieniona. Starsi, a co bardziej złośliwi koledzy nieraz mu dokuczali, nazywając jego ojca starym pijanicą, moczymordą, ochlaptusem, i takie tam podobne wyzwiska ciskali mu prosto w oczy. W Bronku przez wszystkie te lata złość na ojca wzbierała się coraz bardziej. Tak że teraz, jedynymi uczuciami jakimi darzył ojca, był wstyd, pogarda, a przede wszystkim ogromny żal. A tłumaczenia ojca, że pije z rozpaczy po śmierci ich matki, zupełnie do niego nie przemawiały. Wręcz przeciwnie, rozbudzały w nim jeszcze większą niechęć do niego. Czasami tak bardzo go złość, a nawet wściekłość ogarniała, że aż musiał zrobić coś złego, aby odreagować te dekonstruktywne uczucia i lepiej się poczuć. Popadał więc w błędne koło. Jak było mu źle, stawał się dla wszystkich zły, dokuczliwy, nieprzyjemny. Nawet dla Basiurki, którą tak bardzo przecież kochał, był wtedy złym bratem i lekceważył ją. Czasami, zwłaszcza wieczorami, kiedy leżał już w łóżku, targały nim bolesne wyrzuty sumienia. Zawsze wtedy widział smutną twarz matki. Za każdym razem postanawiał wówczas, że w następnym dniu postara się być już lepszym. Ale gdy nastawał dzień, jego postanowienia były bardzo szybko weryfikowane przez takie, a nie inne życie w ich niechcianym domu, że niezwykle łatwo zapominał o wszystkich postanowieniach. Żal mu było Basiurki, że nie może na nim polegać. Że nie jest dla niej wsparciem, a przede wszystkim, że musi się wstydzić za niego, starszego brata. Na koniec swojego opowiadania Bronek powiedział coś, co Chwatka i K-1 wprawiło w wielkie zdumienie. Nawet Rafał, słuchający o dziwo z wielkim przejęciem historii kolegi, zrobił wielkie oczy ze zdziwienia. Otóż Bronek powiedział, że w życiu widocznie już tak jest, że jak człowiek jest złym człowiekiem, to w tym złu musi upaść aż na same dno, aby mieć się od czego odbić i powoli wypływać do góry, ku lepszemu „ja”, ku lepszemu życiu. I tym właśnie dnem dla niego była ucieczka przed nim jego własnej siostrzyczki, której zamiast pomóc, ścigał ją dla paru grosiczków po lesie jak ostatni szubrawiec. Gdy mówił o tym, dwie olbrzymie łzy jak grochy spłynęły mu po policzkach. Zatrzymał się na chwilę i kiedy wszyscy chłopcy też się zatrzymali, rzucił się na ducha leśnego i ducha podziemia i zaczął ściskać ich za uda. Łkając, wyraził im swą wielką wdzięczność, że mu pomogli to „dno” w jego życiu spostrzec. Gdyż nie był pewien, czy by go sam zauważył. A jak już, to czy miałby siłę i ochotę w ogóle się od niego odbić. Najprawdopodobniej pozostałby na dnie i coraz bardziej pogrążałby się w złu.
Chwatko i K-1 byli bardzo wzruszeni smutną historią życia Bronka, ale nic nie mówili, tylko ze współczuciem poklepali go delikatnie po ramieniu.
Przyszła kolej na Rafała. I jak się okazało, jego historia była jeszcze smutniejsza. Rafał opowiadał, że on wcale nie zna swoich rodziców. I nie wie nawet czy oni żyją, czy nie. A to dla niego, jako dla dorastającego chłopca, jest jeszcze gorsze uczucie. Wolałby bodajże być pewnym, że rodzice jego nie żyją, niż nie wiedzieć o nich zupełnie nic. Ta świadomość niewiedzy wykańczała go przez całe jego życie. Rafał od kiedy sięgał pamięciom, zawsze był w domach dziecka. W różnych domach dziecka, bo ciągle był przerzucany z jednego do drugiego, zwłaszcza w ostatnich paru latach. A działo się tak najczęściej z jego własnej winy, bo był konfliktowy i nielubiany. Taką przynajmniej wystawiano mu każdorazowo opinię. Rafał mówił, że nie jest z kamienia i też czasami czuł, że jest złym chłopcem, że przesadza najczęściej swoim złym zachowaniem, ale tyle miał złości w sobie na niesprawiedliwość świata, że takim właśnie zachowaniem chciał zagłuszyć w sobie ból. Ból bycia podrzutkiem. Gdy był jeszcze malutkim dzieckiem, słowo: „podrzutek” słyszał na każdym kroku. To słowo przylgnęło do niego na długie lata. Wszystkie dzieci wołały go: — „Rafcio podrzutek”. I kiedy podrósł już na tyle, żeby zrozumieć znaczenie tego słowa, taki bunt i wściekłość się w nim zebrała, że bił każdego, kto tylko wypowiedział to słowo. A bił wściekle, gdzie popadło i czym popadło. I chociaż za każdym razem został za to ukarany przez wychowawców, nigdy żadnemu z nich nie udało się w nim wywołać uczucia skruchy. A samą karę Rafał zawsze przyjmował z satysfakcją, bo czuł się wtedy kimś ważnym. Dał porządną nauczkę jakiemuś dziecku i jeszcze do tego zwrócił na siebie uwagę dorosłych. Takim to dziwnie pokręconym sposobem na życie rósł w przekonaniu, że jego jest na wierzchu i że to on sam najlepiej zadba o swoją przyszłość. Wszystkich wokół siebie urabiał więc po swojemu. Rósł również w przekonaniu, że nie może dopuścić do tego, aby ktoś go jeszcze w życiu skrzywdził. Ponieważ krzywda, jaką mu wyrządzili jego rodzice, a którą nosi skrywaną w sercu i nosić będzie już do końca życia jest tak ogromna, że na inną krzywdę nie ma już miejsca. Rafał uwielbiał pastwić się nad dziećmi. Ot tak po prostu, zapobiegawczo i na wszelki wypadek, gdyby to one miały zamiar jemu zrobić jakąś krzywdę. A pastwił się zwłaszcza nad dziećmi, których rodzice żyją, albo przynajmniej jeden z ich rodziców. Nieważne to dla niego było z powodu jakiej tragedii rodzinnej dzieci te znalazły się w domu dziecka. Bardziej podświadomie niż świadomie, wybierał sobie właśnie taką ofiarę do wymyślnego terroryzowania. Zaczynał się już domyślać dlaczego — z powodu zżerającej go zazdrości. Był okrutnie zazdrosny. Był zazdrosny o to, że dzieci te miały gdzieś tam jakiegoś rodzica. Nieważne jakiego, dobrego, a nie mającego możliwości zajęcia się wychowywaniem własnego dziecka, czy też złego, przed którym schronienie w domu dziecka było dla niego najlepszym z możliwych rozwiązań. Dlatego też pastwił się nad Basiurką, i często, nawet nad swoim najlepszym kolegą Bronkiem. I chociaż na swój sposób lubił Bronka, to jednak dokuczał mu, wyzywając jego ojca od najgorszych pijaków i jego samego od potomków moczymordy i tym podobnych. A robił to tylko i wyłącznie z zazdrości, że Bronek ojca ma. Ba, zazdrościł mu nawet jego nieżyjącej matki.
Rafał wyrzucał z siebie całą historię swego życia bez żadnych już oporów, jakby liczył na to, że przyznając się do wszystkiego i mówiąc o wszystkim, co leży mu na sercu, uzyska zrozumienie i może nawet rozgrzeszenie. Ale słuchający go z wielką uwagą K-1 i Chwatko domyślali się, że to było przede wszystkim jego swoiste i zawoalowane — wołanie o pomoc. Żal im było Rafała, pogubionego w tym, co dobre, a co złe. Żal im było Bronka, męczącego się ze słabością ojca. Żal im było wszystkich dzieci mieszkających w domach dziecka. Dlatego obaj postanowili z całych sił im pomóc. A postanowili o tym bez słów, zerkając tylko czasami na siebie w trakcie chłopców opowiadania. Nawet Gryzio co chwilę cichaczem wyglądał z plecaka i ze współczuciem patrzył na wielkich chłopców. Żal mu było obu jednakowo, za ich smutne i pełne zła życie. I on też, ten malutki chłopaczyna z plecaka, tak bardzo chciał im pomóc.
Chłopcy powoli zbliżali się do Domu Dziecka. K-1 jeszcze raz sprawdził czas, popatrzył znacząco na Chwatka i zarządził krótki postój. Chwatka to nieco zdziwiło, bo według niego nie mieli już zbyt dużo czasu, ale pomyślał sobie, że K-1 chyba wie co robi. Najwyżej, gdy przyjdzie już czas na ich dekompresję i będą wracać do siebie, do własnej skóry, to odbędzie się to byle gdzie. Byle nie na oczach wielkich chłopców. A że odbędzie się to wtedy bez wspomagania dekompresji, której urządzenie znajduje się w ludokompresorze i będzie o wiele bardziej bolesne, to nic. Dla Basiurki, a teraz jeszcze i dla Bronka i dla Rafała zniosą wszystko, najokropniejszy nawet ból. Byle im jakoś pomóc w ich smutnym życiu.
— Słuchajcie, Rafał i Bronek! — zawołał K-1 i sięgnął ręką do pasa bezpieczeństwa. — Chciałbym wam coś pokazać. Patrzcie, ten przedmiot, co go trzymam w ręku, nazywa się duszdiaskop, a służy on do wyświetlania bolączek ludzkiej duszy. Duszdiaskop potrafi zaglądnąć do najgłębszych nawet zakamarków duszy i na ekranie pokazać co one kryją, a ponadto, wskazać lekarstwo na męczące bolączki. Czy chcecie, abym wam za jego pomocą pokazał, co wam w duszy gra?
Bronek i Rafał milczeli. Byli tak bardzo zaskoczeni i zarazem zafascynowani tym, co usłyszeli od K-1, i tym, co zobaczyli w jego ręku, że sami nie wiedzieli, co mają powiedzieć. Popatrzyli niepewnie na ducha leśnego Chwatka. Chwatko był nie mniej zaskoczony niż oni, jednak zaskoczenie swe skrzętnie przed nimi ukrył i szeroko się do nich uśmiechnął. Ośmieleni tym mali-wielcy chłopcy popatrzyli na siebie i z wielkim zachwytem w oczach, a i z ogromną nadzieją, zawołali jednocześnie:
— Jasne, że chcemy!
— W porządku! Stańmy więc tu, obok tego grubego drzewa, którego pień posłuży nam za tło ekranu. A teraz każdy z was, po kolei, ma się rozumieć, dotknie duszdiaskop, o, w tym miejscu i będzie mógł sam odczytać na ekranie co męczy jego duszę. No, to który z was chce jako pierwszy?
— Ja! — krzyknęli jednocześnie chłopcy.
— No, to musicie losować, po sprawiedliwości — zadecydował duch podziemia K-1. — Duchu leśny, zerwij liść z drzewa i ukryj go w dłoni, a Rafał i Bronek będą losować. Kto wskaże na twoją dłoń z liściem, będzie pierwszy zaglądał w swą duszę. Najpierw oczywiście dotknie duszdiaskop, a ja wypiszę na nim jego imię. No i wszystko na ekranie stanie się jasne.
Duch leśny Chwatko natychmiast wykonał polecenie ducha podziemia. Zerwał liść ze starego klonu i ukrył go za plecami w prawej dłoni. Potem wyciągnął obie ręce, krzyżując je przed sobą, no i chłopcy przystąpili do zgadywania. Odgadł Bronek. Wtedy duch podziemia wyciągnął do niego rękę z duszdiaskopem. Bronek był bardzo zdenerwowany i dotknął go drżącą ręką. Duch podziemia uśmiechnął się do niego i zaczął na duszdiaskopie coś tam palcem wystukiwać, coś, co miało być imieniem Bronka. Chwatkowi od razu to podpadło, gdyż zauważył, że tego wystukiwania było o wiele więcej niż liter w imieniu Bronka. Nie skomentował tego jednak, tylko milcząc, czekał dalszego ciągu. Wielcy chłopcy natomiast, byli tak przejęci tym, co za chwilę ich spotka, że kompletnie nic nie kojarzyli i nic nie wzbudzało ich podejrzeń. Wpatrywali się tylko, to w ducha podziemia, to w ducha leśnego, to znów w pień klonu, gdzie miało się wyświetlić wnętrze ich duszy. Po chwili duch podziemia skierował swą dłoń z trzymanym w niej duszdiaskopem w kierunku drzewa i na jego pniu rozbłysł mały złocisty ekran, a na nim, czarnymi literami wypisało się najpierw imię Bronka, a potem taka oto treść:

Dusza pragnie miłości;
Dusza woła o bezpieczeństwo;
Dusza przepełniona lękiem;
Dusza krzyczy z żalu do ojca;
Dusza strwożona o przyszłość.

Bronek ze łzami w oczach odczytał wszystko co stało na ekranie, i podciągając nosem, rzucił w jego kierunku pytanie:
— I co dalej?! Co mam począć z moją duszą, by jej pomóc?
K-1, jako duchowi podziemia, właśnie o takie pytanie chodziło. Poklepał po ramieniu Bronka, wpatrującego się ciągle we „wnętrze swojej duszy” i spytał go jak nazywa się ta choroba, która trapi jego ojca. Bronek nie od razu zrozumiał o co pyta go duch podziemia, ale gdy duch powtórzył mu pytanie, wykrzyczał odpowiedź:
— Pijaństwo! Chlanie! Opilstwo!
Wszyscy chłopcy, i mali i duzi, aż się przerazili tego krzyku Bronka. Zapadła chwilowa cisza. Przerwał ją duch podziemia K-1. I bardzo dobrze, bo wszystkim już się wydawało, że ta cisza jest zła i też krzyczy.
— Bronek, proszę cię, gadaj jak człowiek i nie wrzeszcz. To dla twojego dobra przecież.
— Wybacz mi, duchu podziemia, wszyscy mi wybaczcie, że mnie tak poniosło— powiedział Bronek spokojniejszym już tonem, ale drżąc ciągle na całym ciele. — Pani dyrektor mówi, że mój ojciec cierpi na uzależnienie alkoholowe, które wyniszcza jego organizm i jego osobowość...
— No właśnie! Pani dyrektor ma rację — duch podziemia wszedł Bronkowi w słowo. — Powiedz mi teraz, a jak nazywa się twój ojciec?
— Walenty. Nazywa się Walenty — odpowiedział Bronek, robiąc przy tym duże oczy. — A co do mojej duszy ma mój ojciec? Duszdiaskop miał pokazać przecież lekarstwo na moją obolałą duszę, a nie…
— Poczekaj, Bronek! — duch podziemia znów przerwał Bronkowi. — Duszdiaskop działa również jak wyrocznia, i zanim pokaże ci lekarstwo na twoją konkretnie duszę, przede wszystkim musi się czegoś dowiedzieć o twoich najbliższych… Więc mówisz, że twój ojciec nazywa się Walenty… dobrze, no to zobaczymy jego duszę.
Duch podziemia K-1 znów wystukiwał coś na tak zwanym duszdiaskopie, i według Chwatka, znów ciut za długo, aniżeli trwałoby wystukiwanie imienia Walenty, łącznie z nazwą jego choroby. Chwatko jednak dalej milczał jak zaklęty. Bardzo go zainteresował duszdiaskop i jego wyrocznia. A ponad wszystko był bardzo wdzięczny K-1, że przejął na siebie ciężar naprowadzania wielkich chłopców na drogę, nie cnoty, nie, lecz na drogę normalności, o istnieniu której chłopcy też niewiele wiedzieli.
— O, proszę, przeczytaj Bronek, co kryje się w duszy twojego ojca — zawołał duch podziemia, gdy na ekranie wypisało się imię Walenty i zaczęła się wypisywać następująca treść:

Dusza cierpi — po stracie ukochanej żony;
Dusza ogromnie cierpi — po utracie ukochanych dzieci;
Dusza przeogromnie cierpi — z powodu choroby uniemożliwiającej powrót dzieci do domu;
Dusza jest przepełniona cierpieniem;
Dusza woła o pomoc!

Po chwili na ekranie wypisała się treść mówiąca o tym, że ojciec jego cierpi na poważną chorobę nałogową wywołaną wielką tragedią, jaką przeżył w przeszłości. Że choroba nałogowa opanowała jego psychikę i osłabiła ją tak bardzo, iż sam już nie jest w stanie sobie pomóc. Że potrzebna jest jemu pomoc najbliższych, pomoc dzieci, które tak bardzo kocha. I że bez pomocy dzieci nigdy nie znajdzie w sobie siły, aby zerwać z nałogiem i po prostu umrze.
— Widzisz, Bronek, to twój chory ojciec jest lekarstwem na twoją obolałą duszę — powiedział poważnym i doniosłym głosem duch podziemia. — Paradoks! Ale to prawda. Tak mówi wyrocznia. A mówi jeszcze, że to choroba ojca jest przyczyną wszystkich twoich bolączek duszy. I abyś mógł wyleczyć własną duszę, najpierw musisz zająć się chorą duszą ojca i pomóc mu w jego chorobie.
— Mamusiu moja kochana, czy to prawda?! Czy i ty tego chcesz? — zawołał z przejęciem Bronek, rękami mocno ściskając głowę i spoglądając w niebo. W końcu najnormalniej w świecie się rozpłakał. Jak małe dziecko.
Wśród chłopców znów zaległa cisza. Każdy ze współczuciem patrzył na Bronka i nie chciał przerywać mu jego uzdrawiającego płaczu. Każdy, bo nawet w Rafała oczach było widać niewielki, ale zawsze to cień współczucia. A malutki Gryzio, swą malutką osóbką, to już cały był wypełniony współczuciem.
Bronek, szlochając, ukrywał twarz w dłoniach. Trochę się wstydził swego płaczu. Nie mógł się jednak powstrzymać. Po chwili przestał płakać, wydmuchał nos w chusteczkę, którą podał mu znów Chwatko, i siląc się na spokój, powiedział:
— Tak, właśnie tak! Tak zrobię! Dla ojca, dla Basiurki, dla mamusi i… dla siebie. Od tej pory będę robił wszystko, aby ojca wyciągnąć z nałogu… Mamusia mi świadkiem… i duch podziemia, i duch leśny również… nawet Rafał mi świadkiem… że tak zrobię!
— I od tej pory, będzie ci się żyło o wiele łatwiej, wznioślej i bliżej szczęśliwości — skomentował entuzjazm Bronka duch leśny Chwatko pełnym patosu głosem.
— To może teraz ja? — prawie szeptem spytał Rafał. — Skoro Bronkowi ta wyrocznia tak pomogła, to może i mnie pomoże?
— Jeżeli tylko będziesz chciał i będziesz wierzył, że ci pomoże, to na pewno tak będzie. Wiara czyni cuda! — rzekł uroczyście duch podziemia. — A więc, dotknij duszdiaskop i patrz na ekran.
Zanim na ekranie cokolwiek się wyświetliło K-1 musiał się dobrze napracować i wiele razy wystukiwać coś na swym małym przedmiociku. Gdy wreszcie skończył, na pniu starego klonu zaczęła się wypisywać taka oto treść:

Dusza cierpi na brak miłości;
Dusza woła o miłość;
Dusza walczy z ogromną zazdrością;
Dusza ugina się pod naporem zła umysłu i ciała;
Dusza przechowuje w swych zakamarkach duże pokłady dobra;
Dusza błaga o pomoc!

Rafał nie do końca zrozumiał, co drzemie w jego duszy i czego jego dusza pragnie. Wyciągnął więc z kieszeni spodni mały notesik z ołówkiem, który służył mu do zapisywania kto i co jest mu winien (za co, nie pisał, bo sam nie wiedział) i zaczął na szybko zapisywać wszystko to, co stało na ekranie. Tym sposobem chciał uwiecznić czyjeś zainteresowanie swoją osobą. Czyjeś zainteresowanie — wlewające balsam na jego skołataną duszę. Czyje to zainteresowanie, nie wiedział, ale to już nie było takie ważne. Ważne, że oto ktoś, albo coś, albo nawet i coś i ktoś jednocześnie — zainteresował się nagle jego osobą, i nie krzycząc na niego, nie złorzecząc mu za jego niecne postępki, nie wypominając mu jego grzechów, chce mu pomóc. Ot tak, po prostu pomóc, i już! To było dla niego niepojęte. W zakamarkach swej duszy (istnienie której przecież nieraz wyczuwał) tak bardzo pragnął czyjegoś szczerego zainteresowania sobą — tym złym Rafałem, że to, co działo się od jakiegoś czasu w towarzystwie duchów, traktował jak wielkie święto. Nieważne już dla niego było, że przeżył chwile zgrozy, a nawet najokrutniejsze dla niego chwile zniewolenia i poniżenia. Był już nawet skłonny przyznać, że to mu się należało. A teraz jeszcze, do tego wszystkiego, duszdiaskop ze swą wyrocznią zajmuje się jego wnętrzem, jego ukrytą duszą. Zajmuje się nim — Rafałem — takim, jakim jest. Nie bacząc na to, że wszyscy mają do niego ogromne pretensje i żal. I to on — Rafał — jest teraz ważny i godny zainteresowania. Rafał analizował w myślach wszystkie te swoje spostrzeżenia oraz odczucia i był bardzo wzruszony tym, co go spotkało. Był bliski płaczu. A kiedy skończył notować tajniki swej duszy, popatrzył na ducha podziemia oczami pełnymi łez i oczekiwania.
— Słuchaj, Rafał! Z gruntu jesteś dobrym człowiekiem! — doniosłym głosem powiedział duch podziemia. — Niesamowite! Ale to musi być prawda. Tak mówi wyrocznia. Chyba sam w to nie bardzo wierzysz, co?... Wyrocznia wskazuje na twoje dobre, ale nie przebudzone jeszcze serce, na czułą i wrażliwą duszę artysty… Na to wygląda, że masz jakiś talent, o którym sam jeszcze nie wiesz i dlatego nie rozbudziłeś go w sobie. Wyrocznia radzi ci porzucić wszelką zazdrość, bo ona wyrządza tylko szkodę. Wyrządza szkodę nie tylko innym, ale przede wszystkim tobie, bo to nie jest zdrowe uczucie, lecz wyniszczające. Radzi ci, byś nauczył się cieszyć szczęściem i powodzeniem innych, zamiast im zazdrościć. Gdyż wtedy, to szczęście i powodzenie innych, zawsze będzie się i tobie udzielało. Sam będziesz się wtedy lepiej czuł, chociaż to szczęście i powodzenie nie będzie ciebie osobiście dotyczyło. Radzi, abyś zawsze starał się mieć przed oczami uśmiechnięte i zadowolone twarze innych ludzi, zamiast rozgniewanych i płaczących. A żeby tak było, musisz sam zadbać o to, by ich twarze właśnie takie uczucia wyrażały. Musisz być im pomocny, wyrozumiały i czuły. A te pozytywne twoje odruchy i uczucia, którymi ich obdarzysz, wrócą do ciebie z powrotem. Pomagając innym, pomagasz sobie. Twoja dusza przestanie cierpieć na brak miłości. Będziesz lubiany i kochany. Dusza twoja przestanie też walczyć ze złem opanowującym twoje ciało, bo zła już nie będziesz czynił… Jest jeszcze coś, na co wyrocznia wyraźnie wskazuje. To sprawa twoich rodziców… Poczekaj, zaraz ci powiem, co ona tobie radzi… Aha, jest już i rada… Wyrocznia radzi ci, abyś to ty sam odszukał śladów prowadzących do nich. Nie znasz ich imienia, więc wyrocznia nie może ci powiedzieć, czy rodzice twoi żyją… Ale to ty sam, dla spokoju własnej duszy, powinieneś się o tym przekonać. Powinieneś się więc dowiedzieć, czy żyją, i jeśli tak, to gdzie. I wtedy dotrzeć do nich, poznać ich i przekonać się, co nimi powodowało, że ciebie samego zostawili na świecie. Być może twoi rodzice przeżyli jakąś ogromną tragedię w przeszłości i z tego powodu zostaliście rozłączeni. Może cały czas szukają za tobą? Może tak samo cierpią jak i ty, że nie jesteście razem? Może też potrzebują twojej pomocy? Ale sami są już zbyt starzy, albo zbyt schorowani, by mieć siły szukać za tobą… Rafał, obudź się! Obudź swoje uczucia! Obudź swoje zdolności!... I żyj, żyj pełnią życia! Życie może być takie piękne, o ile ty je sam wokół siebie pięknym uczynisz… To wszystko!
Duch podziemia K-1 skończył przemawiać słowami wyroczni i zamilkł. Schował do pasa bezpieczeństwa wysłużony duszdiaskop i spojrzał na Rafała. Był bardzo ciekaw, jakie uczucia w nim wzbudził.
Rafał stał bez ruchu i w dalszym ciągu wpatrywał się w ducha podziemia, który przed chwilą słowami wyroczni powiedział mu, że on, Rafał, jest dobrym człowiekiem, że ma dobre serce i posiada nawet jakiś talent. Nie mógł w to uwierzyć. Dlatego w myślach powtarzał sobie to po kilka razy: — „Ja, Rafał, jestem dobrym człowiekiem, mam dobre serce i mam talent. I to jest prawda, bo wyrocznia tak mówi. A wszystkie rady wyroczni dotyczą właśnie mojego życia”. — W myślach starał się przypomnieć sobie również wszystkie te rady i zapamiętać je na zawsze. Był już pewien, że spełni je wszystkie, bo tak bardzo pragnął czyjegoś uczucia, czyjeś akceptacji, dobrego słowa, czyjegoś uśmiechu. Ta wzniosła atmosfera wśród duchów (pomimo chwil zgrozy, o których już nie pamiętał) sprawiła, że nagle poczuł, iż nienawiść do rodziców opuściła go. Zastąpiła ją wielka nadzieja. Nie znał tego uczucia wcześniej i był zaskoczony, że to uczucie sprawia mu przyjemność, że jest takie wzmacniające i budujące. Postanowił rozbudzać je w sobie jeszcze bardziej. Ale nie tylko nadzieją chciał żyć. Domyślał się, że z czasem sama nadzieja mu nie wystarczy, więc od razu, niewiele się zastanawiając, jako cel na najbliższą przyszłość postawił sobie — za radą wyroczni — odszukanie śladów prowadzących do rodziców. I ta myśl, stała się jego myślą przewodnią. Myślą, którą będzie hołubił w sercu, a w życiu wprowadzał w czyn. Myśli jego stały się wzniosłe, bo czuł się wzniośle. Ta wspaniała i wzniosła atmosfera, w jakiej szczęśliwym zrządzeniem losu przyszło mu się znaleźć, udzieliła mu się bardzo mocno. Czuł miłe ciepło rozchodzące się wokół jego serca. Czuł, że budzi się ze snu, z jakiegoś koszmarnego snu. Czuł, że po tym przebudzeniu staje się rześki, radosny, a świat wygląda jakoś inaczej. Wygląda barwniej, milej, weselej, piękniej…
Wszyscy czterej chłopcy wpatrywali się w Rafała niczym w cudowny obraz. Gryzia to już aż ręce bolały od ciągłego wiszenia na sznurku plecaka. Nie przejmował się jednak bólem. Bardzo chciał widzieć zmiany zachodzące na twarzy Rafała. A było na co popatrzeć. Twarz Rafała zmieniała się jak w kalejdoskopie.
Chwatko miał chwilami obawy, czy Rafał w ogóle będzie w stanie znieść to wszystko, co go w tak krótkim czasie spotkało. Wpatrywał się więc w Rafała w wielkim napięciu. I gdy zobaczył na jego twarzy tysiące przeróżnych grymasów zmieniających się w zawrotnym tempie, obawy jego spotęgowały się jeszcze bardziej. Zastanawiał się, czy wydarzenia dotyczące Rafała osobiście nie wywołają w nim zbyt dużego szoku i nie odbiją się na nim negatywnie. I czy on i K-1 nie przesadzili z tymi umoralniającymi metodami, które mu zafundowali. Zamiary mieli dobre. Tego był pewien. Ale ich zamiary to przecież nie wszystko. A ich metody oddziaływania na Rafała też nie wiadomo, czy były wystarczające. Czy w ogóle były właściwe, no i czy można mieć nadzieję, że przyniosą oczekiwane efekty? Tego już nie był pewien. Dążyli do zmiany Rafała, jego postępowania oraz jego spojrzenia na świat i na własne życie I co osiągnęli? Być może nie osiągnęli jednak żadnych pozytywnych efektów. Może ich wysiłek spełzł na niczym? Albo co gorsza, odniósł odwrotny skutek? Ta myśl przeraziła Chwatka na moment. Próbował się jednak uspokoić. Tłumaczył sobie w myślach, że przecież tak bardzo się starał i K-1 również. Że tak bardzo im zależało, by pomóc wielkim chłopcom. Że to przez to ograniczenie czasowe mają uwiązane ręce i nie mogą zrobić niczego więcej. O Bronka był spokojny. Ale Rafał? Tak bardzo chciał, aby i Rafał był dobrym chłopcem. Z coraz większym więc niepokojem i z coraz większym napięciem wpatrywał się w Rafała. Niemal zaklinał go wzrokiem. Był pewien, że gdyby miał zdolności hipnotyzerskie wykorzystałby je na pewno.
Wszyscy pozostali obserwatorzy również nie przestawali wpatrywać się w Rafała. Zastanawiali się, co powie i w jaki sposób odniesie się do tego, co przeczytał o swojej duszy, i tego, co usłyszał od wyroczni, wypowiedziane ustami ducha podziemia.
K-1 zaczęło już powoli męczyć przeciągające się milczenie Rafała, a przede wszystkim jego świdrujące spojrzenie. Przecież rolę wyroczni zakończył już dobrą chwilę temu, a Rafał w dalszym ciągu wpatrywał się w niego bez mrugnięcia, szeroko otwartymi oczami. K-1 czuł coraz większe zniecierpliwienie. Chciał jak najszybciej się dowiedzieć, czy swą wycieńczającą umysł pracą coś osiągnął. Wreszcie nie wytrzymał, bo do tego wszystkiego przypomniał sobie o naglącym ich czasie, więc się odezwał:
— Źle się czujesz, Rafał?
— Nie, nie, skąd. Czuję się świetnie. Czuję się tak, jak jeszcze nigdy do tej pory — automatycznie odpowiedział Rafał drżącym głosem, nie przestając wpatrywać się w ducha podziemia.
Do Rafała powoli zaczynało docierać, że wszyscy patrzą na niego. Wcześniej nie czuł ich spojrzeń. Nie czuł nawet ich obecności. Był tak bardzo zajęty własnymi myślami, że aż wydawało mu się, iż cały świat zamarł na chwilę w bezruchu. Tylko on i jego myśli były żywe. Tylko w nim, zamyślonym głęboko, biło serce i krew krążyła coraz żywiej w żyłach. Ocknął się wreszcie z tego stanu wewnętrznej euforii i popatrzył na wszystkich. W ich oczach ujrzał same znaki zapytania.
— Rafał, gadajże wreszcie, co czujesz? — wypalił w końcu zniecierpliwiony Bronek, gdy ich spojrzenia się spotkały.
— Przepraszam was, trochę to trwało zanim wszystko, czego się tutaj o swojej osobie dowiedziałem, zdołałem sobie przyswoić, przetrawić i utrwalić. Jestem wam niezmiernie wdzięczny, mój drogi duchu podziemia i duchu leśny, że zajęliście się mną i dzięki wam dane mi było przeżyć tak wzniosłe chwile. Nigdy wam tego nie zapomnę. Od tej pory, łotr i złodziej Rafał, nie istnieje. Nikt więcej nie będzie mnie nazywał Rafciem łotrzykiem, ani Rafciem złodziejem. Przeproszę wszystkich i oddam im wszystko, to co im zabrałem, albo ukradłem. To na początek. A potem już zawsze będę spełniał wszystko to, co radziła mi wyrocznia. Zacznę od rodziców. Tak, tak właśnie zrobię i jeszcze dziś poproszę panią dyrektor, aby mi w tym pomogła. Cokolwiek bym się miał dowiedzieć o moich rodzicach, nawet najgorsze rzeczy, ale się dowiem, bo od tego zależy spokój mojej duszy…
— No a co z twoim talentem? — zapytał Bronek ucieszony widoczną zmianą Rafała. — Przecież ty umiesz bardzo ładnie malować. Wszystko się zgadza. Rafał, ty masz talent!
Chwatko i K-1 byli niezmiernie zadowoleni. Malutki plecakowy Gryzio również. Mogli wreszcie odsapnąć. Najważniejsze zadanie wykonane. Nie mieli jednak wiele czasu na delektowanie się wspólnym powodzeniem, bo nagle Gryzio ze swej ambony obserwatorskiej zobaczył w oddali jakieś postacie przemykające między drzewami. Szybko wspiął się jeszcze wyżej po sznurze plecaka i głową podniósł jego wierzchnią klapę. Po czym wdrapał się na klapę najwyżej jak tylko mógł i naszeptał Chwatkowi do ucha o tym, co zobaczył. Chwatko natychmiast zareagował.
— Słuchajcie, chłopcy. Jest nam miło, że my duchy mogliśmy wam pomóc odnaleźć się w życiu i znaleźć jego sens. Możemy więc spokojnie wracać do siebie. Za chwilę przyjdzie nam się pożegnać…
— Nie, nie… nie odchodźcie jeszcze! — zawołał Bronek i Rafał jednocześnie. A Rafał dodał jeszcze: — Tak bardzo chcielibyśmy się wam czymś odwdzięczyć za wasz wysiłek nad nami łotrzykami zatraconymi. Zwłaszcza ja nim byłem, bo Bronek wcale nie był taki zły. To ja go do wszystkiego złego zmuszałem. A mówię: „byłem” i „był”, bo to już przeszłość. I to dzięki wam. Proszę, powiedzcie, czym moglibyśmy się wam odwdzięczyć?
— Najważniejsze dla nas jest to, że zrozumieliście swoje błędy i że postanowiliście zmienić swoje życie — uroczyście powiedział duch leśny Chwatko. — Ale jeśli chcielibyście zrobić nam przyjemność, to i owszem, możecie podarować nam kwiaty. W waszym ogrodzie rosną takie piękne kwiaty. Kwiaty te są symbolem czystości i niewinności, a nazywają się białe lilie. Więc o ile nie sprawi wam to trudności, to moglibyście nam kilka łodyżek lilii wraz z cebulkami ofiarować. Za zgodą pani dyrektor oczywiście. Przynieście je tu i zostawcie pod tym starym klonem, ale koniecznie przed zmierzchem. Nas już nie będzie, ale swoim sposobem, znanym tylko nam, odbierzemy je na pewno.
— Zrobimy tak z pewnością — zapewnił Bronek. — Ale tak bardzo chciałbym was jeszcze kiedyś zobaczyć. Duchu leśny, duchu podziemia, proszę… prosimy… Będzie to możliwe?
— W zasadzie nie. My ujawniamy się tylko złym ludziom, aby im pokazać właściwą drogę w ich życiu. Potem znikamy. I jeżeli ludzie ci zmieniają swoje życie na lepsze, nie pokazujemy im się więcej na oczy, bo nie jest to potrzebne. Chyba, że nie wpłynęliśmy wystarczająco na nich i oni dalej czynią zło, no, to wtedy ujawniamy się po raz kolejny, a nasze metody są wówczas niezwykle ostre. Dobrych ludzi nie niepokoimy sobą, bo i po co. Lecz gdybyście mocno pragnęli nas kiedyś zobaczyć, to nie mówię nie. Może kiedyś w przyszłości będzie to możliwe… Prawda, duchu podziemia?
— Nie przeczę, nie przeczę — odrzekł duch podziemia K-1 i z uciechy po kryjomu puścił oczko do Chwatka, gdyż już wcześniej język go świerzbił, aby to właśnie samemu powiedzieć.
— Pragniemy tego gorąco — zapewnił Rafał i uradowany nadzieją, poklepał Bronka po plecach.
— Słuchajcie, jestem pewien, że za wami i Basiurką ruszyły już poszukiwania — oznajmił duch leśny Chwatko. — Widzę tam, za tą dużą polaną, po południowej jej stronie, biegające pomiędzy drzewami dzieci i kilkoro dorosłych. Na pewno są to dzieci z Domu Dziecka i wasi wychowawcy. Czas, abyśmy się rozstali i żebyście wrócili do domu… Albo… poczekajcie jeszcze na chwilę. Ukryjcie się na razie za pniem klonu, a ja na moment zniknę wraz z duchem podziemia. Ale niebawem znów wam się tu objawimy…
Dwa duchy znikły w pobliskich zaroślach, a Bronek i Rafał posłusznie schowali się za drzewem.
— Słuchaj, K-1 — szeptem odezwał się Chwatko, kiedy już stali w zaroślach na tyle daleko, by wielcy chłopcy ich nie słyszeli. — No i co robimy? Jak wyglądamy z czasem? Bo wiesz, tak by mi się marzyło pójść z nimi pod sam Domu Dziecka i upewnić się, czy nie ma szans, aby spotkać tam panią Klotyldę. Bo obawiam się, że ona swoim niechlubnym postępowaniem i traktowaniem dzieci może zepsuć cały nasz wysiłek. Od źle traktowanych dzieci trudno jest oczekiwać dobrego zachowania i właściwego postępowania. Gdyby udało mi się ją dorwać, jeszcze przy moim obecnym wyglądzie, to wpłynąłbym na nią odpowiednio. I albo się zmieni, albo… już sam nie wiem co. Ale mam takie przeczucie, że warto by było ją postraszyć. Sam się już chyba przekonałeś, że źli ludzie są najczęściej wielkimi tchórzami i trzęsą portkami o siebie z byle powodu. Co myślisz, K-1?
— Też tak myślę, że warto by było na nią wpłynąć — odpowiedział K-1, drapiąc się po dolnej brodzie.
— Bezapelacyjnie… nastraszyć starą jędzę, i… basta! — huknął malutki Gryzio Chwatkowi prosto do ucha.
— Gryziu, czyś ty z kretesem oszalał w tym plecaku? A ty czemu tak wrzeszczysz? — wysyczał przerażony Chwatko, bo wydawało mu się, że też i cały las usłyszał to, co on.
Okazało się, że Gryzio wygramolił się na powierzchnię plecaka, bo chciał wziąć bezpośredni udział w naradzie chłopców, i to bez żadnych przeszkód wzrokowych. W szerokim rozkroku stał nogami na jego klapie i rękami opierał się o ramię Chwatka, tuż pod jego lewym uchem.
— Uspokój się, Chwatko. Nikt Gryzia nie usłyszy. On stoi przy twoim uchu. Nie czujesz go? — wesołym głosem odezwał się K-1, ubawiony widokiem dwóch kuzynów. — Ale wracając do sprawy, to muszę wam powiedzieć, że zostało nam jeszcze jakieś trzy kwadranse i… wracamy Chwatko do własnej skóry. Aha, jeżeli mowa o skórze, to chciałem się ciebie spytać, czy ciebie też tak skóra potwornie swędzi?
— Swędzi, ale mogę to znieść. Tylko ostatnio mam jakieś dziwne zawroty głowy. A gdy one mijają, zaczyna mi coś syczeć w głowie i czuję się tak, jakby powietrze ze mnie uchodziło.
— To są pierwszy symptomy dekompresji — poważnym głosem powiedział K-1. — Chwatko, ty decyduj, co robimy. Domyślam się, że jeżeli już postanowisz spróbować odnaleźć panią Klotyldę i pójść z Rafałem i Bronkiem, to będziesz chciał zrobić to beze mnie… Nie, nie… nie przerywaj. Ja to doskonale rozumiem i wcale nie mam ci za złe. Zdaję sobie sprawę, że swoim wyglądem narobiłbym zbyt wiele zamieszania. A my mamy za mało czasu, aby sobie pozwolić na jakiekolwiek niepotrzebne sytuacje. Ale zanim podejmiesz decyzję, chciałbym ci powiedzieć, jak się sprawy mają od strony technicznej. Otóż pięć minut przed całkowitą naszą dekompresją mogę jeszcze spróbować skorzystać z awaryjnych trzydziestu minut. W tym celu będę musiał K-2 radartonem dać sygnał. Wtedy ona pobiegnie do samopojazdu i wciśnie zielony przycisk na ludokompresorze, który uaktywni zdalne potrzymanie mocy naszej kompresji. Mówiąc prościej, jeszcze przez pół godziny będziemy mogli zachować wzrost i wygląd, ale niestety będziemy już o wiele słabsi. Tak że nie będzie już mowy o żadnych siłowych sprawach z naszej strony. Będziemy też odczuwać już silne bóle mięśni i będą nam dokuczać coraz silniejsze zawroty głów. A syczeć to nam będzie już wszędzie. Ale na szczęście tylko my to syczenie będziemy słyszeć. I w trakcie tych ostatnich naszych trzydziestu minut musielibyśmy w szybkim tempie dobiec do samopojazdu. Czy nam się uda? Nie mogę zaręczyć. To jest dość spory kawałek drogi, i nie wiem, czy starczy nam już sił na tak szybki bieg. I gdyby jednak nie wystarczyło, będziemy musieli kłaść się na ziemi gdzie popadnie, zwinąć się mocno, chwycić rękami za stopy i brodę przycisnąć do kolan… No i czekać i… prosić Lunę… i twój zielony bór, aby jak najszybciej doszło do dekompresji. Chwatko, będzie bolało, ale pod żadnym pozorem nie możesz zaciskać zębów z bólu. Staraj się wtedy tylko głęboko oddychać. Aha, to ważne, przy oddychaniu powietrze wciągaj nosem, a wypuszczaj ustami. Powoli, spokojnie. To bardzo pomaga.
— K-1, wytrzymamy. Czy zdążymy dotrzeć do samopojazdu, czy nie, jakkolwiek by się nie stało, wytrzymamy. — Chwatko podjął decyzję bez zastanowienia. — Chodzi mi tylko o to, aby nas nikt nie zobaczył w stanie dekompresji, gdziekolwiek miałaby się ona odbyć.
— Zaraz, zaraz chłopaki — zawołał Gryzio, dzwoniąc zębami z przejęcia. — Nie zapominajcie o mnie. Co będzie ze mną?
— No, ty Gryziu nie jesteś nikt. Ty będziesz tak jak przedtem przy nas — odpowiedział K-1. — Chyba pamiętasz o tym, że twoim zadaniem jest nacisnąć żółty przycisk na ludokompresorze, gdyby nam się jednak udało dobiec do samopojazdu. Pomógłbyś nam w bólach niezmiernie.
— Na kły wszystkich mamutów z ery kamienia łupanego! — wrzasnął przerażony Gryzio Chwatkowi prosto do ucha. — A co będzie jak nie zdążycie dobiec?! Co będzie ze mną? Jak ja zniosę ten widok? Widok dwóch rozkładających się ciał…
— O, przepraszam, tylko nie rozkładających — powiedział Chwatko, siląc się na wesoły ton w głosie i rozcierając nadwyrężone ucho. — Zejdzie z nas tylko trochę powietrza, nic więcej. I lepiej odsuń się wtedy od nas, żebyśmy ciebie niechcący nie wydmuchali gdzieś w przestrzeń kosmiczną.
— Oj, Chwatko, jesteś taki dzielny. K-1 zresztą też. Podziwiam was — spokojniejszym już głosem powiedział Gryzio. — Twoje Chwatko poczucie humoru jest rozbrajające… Ale mam tylko jedną prośbę. Gdy już niestety dojdzie do tego, że będziecie musieli wracać do siebie byle gdzie, to proszę cię, Chwatko, wyciągnij mnie w porę z plecaka, bo nie chciałbym z tej wysokości wyrżnąć na ziemię…
— Załatwione. Będę pamiętał. — Chwatko zarechotał zabawnie. — No, chłopaki, wracajmy do Bronka i Rafała. Powiem im, iż zmieniłem zdanie i idę z nimi po te białe lilie. Powiem, że chcę też przy okazji uspokoić panią dyrektor i przyrzec jej, że za niedługo przyprowadzę Basiurkę do domu. Powiem im też, że nie mają prawa wspominać nikomu o tym, że ja jestem duchem leśnym, bo wtedy nigdy nie będziemy mogli się im objawić w przyszłości. I nawet ich gorące pragnienia nic by nie pomogły. A o tobie, K-1, żeby w ogóle nie wspominali, gdyż ty będziesz szedł za nami w ukryciu i nikt nie będzie ciebie widział. No, to już chyba wszystko?
— Zaczekaj, Chwatko — powiedział K-1. — Jest jeszcze coś, o czym muszę ci powiedzieć. Ja istotnie będę za wami szedł w ukryciu i będę miał na was wejrzenie. Tak że w razie czego, będę nieopodal. Więc gdybyś mnie potrzebował, och, przepraszam, gdybyście wy mnie potrzebowali, bo Gryzio przecież też będzie się rozglądał wkoło, daj mi tylko znać, a ja zaraz się zjawię. Masz, trzymaj… daję ci taki specjalny gwizdek. W razie potrzeby, dmuchnij w niego z całych sił. Nie obawiaj się, oprócz mnie, nikt go nie usłyszy. A ostatnią już chyba rzeczą, o której chciałbym ci powiedzieć to to, że gdy będzie się zbliżała trzecia godzina naszej kompresji i ty nie wrócisz do mnie, to ja, jak już wspominałem, przy pomocy K-2 uruchomię awaryjne przedłużenie czasu o ostateczne już trzydzieści minut. W momencie jej zdalnej aktywizacji, poczujesz mocne szarpnięcie całym ciałem i potężny, ale na szczęście chwilowy zawrót głowy. Tak że wtedy najlepiej będzie, jak się czegoś mocno uchwycisz, aby się nie wywrócić. No a potem, to już staraj się dotrzeć do mnie. I gnamy co sił. A ile tych sił mieć będziemy? Zobaczymy. No, chłopaki, to życzmy sobie powodzenia i wracajmy do Rafała i Bronka...


 cdn.

Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

wtorek, 4 czerwca 2019

K-X ląduje (14 cz.)

Chłopcy zostali sami. Mogli więc pomału przygotować się do zabiegu przeistaczania się w wielkiego człowieka. I kiedy K-1 i Chwatko zachowywali spokój, to Gryzio truchlał aż z przerażenia, że musi być tego świadkiem. Ale ukrywał to przed nimi. Sam walczył ze stanem swego ducha. Bał się jednak, że może zemdleć z wrażenia, kiedy przyjdzie co do czego. Zgrzytał więc co chwilę zębami, aby dodać sobie odwagi. A żeby zachować trzeźwość umysłu, szczypał się po łydkach, kiedy chłopcy nie patrzyli. Podziwiał chłopców za odwagę. A już zwłaszcza Chwatka. Patrzył więc na niego z wielkim zachwytem i odczuwał nawet dumę, że ma tak dzielnego kuzyna.
— Ty, Gryziu, a cóż ty mi się tak przyglądasz? — spytał zaciekawiony Chwatko, i nie czekając na odpowiedź, z uśmiechem dodał: — Nie martw się nie nadepnę na ciebie. Ale na wszelki wypadek nie plącz mi się po nogami, bo mogę ciebie nie zauważyć. Wiesz, oczy będę miał dużo wyżej niż obecnie i taką drobinkę jak ty, mogę po prostu przeoczyć i wtedy...
— Hej, Chwatko, już czas — K-1 przerwał przyjacielowi. — Wszystko już przygotowane. Ludokompresor uaktywniony.
— Podłączaj mnie więc, K-1. No, śmiało — bez cienia obawy odrzekł Chwatko i usiadł na ziemi.
— Nie, nie tak Chwatko. Nie zapominaj, że będziemy rosnąć, potrzebujemy więc dużo więcej miejsca. Dlatego upatrzyłem już inne miejsce. Dobre miejsce. Tam, widzisz? O, tam z prawej strony od tego czerwonego krzewu jest go wystarczająco dużo. No i będzie nam tam miękko, bo miejsce to obrośnięte jest gęstym mchem. Wiesz, my nie możemy stać, ani siedzieć, my musimy leżeć, gdyż w innym razie ludokompresor może zrobić nam krzywdę. No co? Nie zmieniłeś zdania? Nie? To wszystko pasuje. Idziemy… Gryziu, a ty z nami. Pokażę ci gdzie masz nacisnąć, jak już będzie po wszystkim. No i pokażę ci też, który przycisk musiałbyś nacisnąć, gdybyśmy wrócili zbyt późno do samopojazdu, to znaczy, w ostatnich sekundach, i sam nie miałbym już siły uaktywnić wspomagania dekompresji… Gryziu, co ci jest? Coś ty tak zbladł?
— Nic, nic. Wydaje ci się tylko. Chodźmy już — na szybko odpowiedział Gryzio, bo wolał by K-1 nie patrzył mu już w twarz. Nerwowym ruchem złapał za kierownicę samopojazdu i sam już zaczął nawet przepychać samopojazd przez krzewy do miejsca przez K-1 wskazanego.
— Kładź się, Chwatko — nakazał K-1, kiedy dotarli już do miejsca swego przeistoczenia w wielkiego człowieka. — Podam ci do ręki taki mały wężyk i musisz go cały czas trzymać w lewej ręce. Za moment też położę się koło ciebie, ale najpierw włączę start. A ty, Gryziu, naciśniesz ten niebieski przycisk, jak już będziemy wielcy. Powiem ci zresztą kiedy. A ten żółty, to nacisnąłbyś wtedy, kiedy wrócilibyśmy zbyt późno. Zrozumieliście wszystko, chłopaki? Tak? To do dzieła, moi drodzy… dla Basiurki.
No i zaczęło się. K-1 włączył start ludokompresora i położył się obok Chwatka, zachowując odpowiednią odległość, by wystarczyło im miejsca na ich rozrost. Urządzenie z cichym poszumem zaczęło działać.
Oczom Gryzia ukazał się okropny widok. Twarze chłopców zaczęły przybierać przeróżne grymasy. Od grymasu bólu, poprzez grymas wściekłości, do grymasu zgrozy i paranoi, po to, by za moment przybrać przepiękny i promienisty grymas uśmiechu. A po paru sekundach wszystko zaczynało się od początku. I tak po kilka razy. Twarze chłopców zmieniały się nie do poznania. A ciałem ich wstrząsały potężne konwulsje. Gryzio stracił zupełnie głowę. Był tak przerażony, że szczypał się już nie tylko po łydkach. Szczypał się nawet po twarzy, ba, szczypał się gdzie popadnie, by tylko, już nie to, żeby nie zemdleć, lecz aby nie zwariować ze strachu. Nie wytrzymał jednak dłużej takiego widoku. Przywarł do ziemi, zamknął oczy, rękami zatkał uszy i w takiej pozycji czekał końca tej swoistej metamorfozy chłopców. Nie wiedział, jak długo tak trwał. Stracił zupełnie poczucie czasu. Po jakimś bliżej więc nie określonym czasie, usłyszał nad sobą potężny głos Chwatka.
— Hej, kuzynku, co z tobą? Coś ci zaszkodziło, że tak leżysz na ziemi zwinięty jak rogalik? No dobra, nie będę ci dokuczał, bo sam jestem zaskoczony swoją potęgą i widokiem K-1. Radzę ci więc, powoli otwieraj oczy, byś nie doznał szoku na nasz widok. I gdy tak będziesz powoli otwierał te swoje patrzajki, to ja ci dalej będę truł, aby złagodzić twoje doznania… A więc… powiem ci, mój drogi Gryziu, że to wcale nie było takie straszne uczucie. No, pompowało mnie co niemiara, to przyznam, ale można to było znieść. A potem, gdy K-1 chwycił mnie za lewą rękę i docisnął porządnie w mojej dłoni ten przewód ludokompresora, to już całkiem było znośnie… A teraz, to czuję się wyśmienicie. Czuję się potężny i silny, że aż chce mi się góry przenosić… No, Gryziu, co z tobą? Wstawaj, głuptasie. Przecież oprócz wielkości, jesteśmy tacy sami, ja, Chwatko i on, K-1. No rusz się w końcu, bo czas nas nagli. Pamiętasz, że mamy tylko trzy godziny czasu? No i musisz przecież nacisnąć ten niebieski przycisk, co to K-1 mówił. Zapomniałeś? Bo nasze zbyt ogromniaste palce, niestety nie nadają się. Uszkodzilibyśmy tylko samopojazd… Hejże, Gryziu, już wszystko z tobą OK?
— Już, już… Już wstaję. Na razie widzę tylko wasze buty i dech mi zapiera, ale już wstaję… Służba nie drużba, jak mawia tatko Dumko. Już wstaję… Ojejku, na kieł mamuci, ale wy wyglądacie… gdybym nie wiedział, że to wy, to ani chybi, dostałbym zawału serca. No, już się robi, już naciskam ten niebieski guziczek… Załatwione. A powiedzcie mi, chłopaki, dobrze się czujecie? Nic was nie boli?
— Wszystko z nami w porządku. No nie, K-1? No widzisz? K-1 też się dobrze czuje. Już ci mówiłem, czuję się świetnie… Tylko coś mi się wydaje, K-1, że ten twój ludokompresor trochę przesadził, bo my jesteśmy dużo wyżsi niż wielcy chłopacy.
— To i dobrze — odrzekł K-1 z łobuzerskim uśmieszkiem na swej ogromnej, dolnej twarzy. — Przez to wielcy chłopacy będą mieli większy respekt przed nami. A co za tym idzie, większą chęć do poprawy…
— Dobra, chłopaki, wracajmy pod drzewo. — Chwatko pierwszy odzyskał zmysł organizacyjny. — Najpierw ja zacznę z nimi rozmawiać, a potem zobaczymy, co dalej. Będę się starał tak nakierować rozmowę z kolesiami, aby skruszone baranki jak najszybciej przyznały się do winy. No właściwie Bronek już się przyznał, to teraz tylko Rafała zachęcę odpowiednio. Nakażę im samym wybrać dla siebie adekwatną do ich postępków karę. Gdyby Rafał się opierał, bo Bronek na pewno nie, to poproszę ciebie, K-1, o zmuszenie go do uległości i pośpiechu. Nas czas będzie naglił, więc tym bardziej nie będziemy się z nimi cackać. Ostro, stanowczo, i do celu. Nie wiem jeszcze, w którym momencie pokażesz im się K-1 na oczy, ale moment ten musi być szczególny. Taki, żeby łotrzyki zapamiętały sobie, że z siłą wyższą mają do czynienia. To im się przyda. Zwłaszcza Rafałowi, bo on jest już tak wielkim złoczyńcą bez skrupułów, że tylko siły nadprzyrodzone mogą na niego zadziałać. Nic im oczywiście nie wspomnimy o tym, że jesteś z Księżyca. A następnie każę im prowadzić nas do Domu Dziecka, byśmy mogli przekazać ich skruszonych i chętnych do niesienia pomocy innym w godne ręce pani dyrektor. I gdy już tam będziemy, to poprosimy panią dyrektor o białe lilie dla dziadka K-X. Mam nadzieję, że K-2 i Śmieszka wybaczą nam, że bez nich zdobędziemy te kwiaty. Że zrozumieją, iż ze względu na Basiurkę, sytuacja się przecież nieco zmieniła… No a potem, pędem z powrotem do samopojazdu, bo to wszystko na pewno zajmie nam około trzech godzin. Trochę mi szkoda, że nie mamy więcej czasu, bo marzy mi się jeszcze z panią Klotyldą porozmawiać. A jak słyszeliśmy od Rafała, nie ma jej dzisiaj w Domu Dziecka, bo ma wolne, więc na poszukiwanie jej niestety nie będziemy mieli czasu… Ty, K-1, tak gadam i gadam i patrzę na ciebie, bo coś mi na tobie nie pasuje, tylko nie mogę sobie skojarzyć co… Aaa, już wiem, już wiem, chodzi o twój pas bezpieczeństwa. Czy mi się wydaje, czy rzeczywiście jest teraz o wiele szerszy?
— Nie, nie wydaje ci się. Jest szerszy i nawet grubszy, bo jego wyposażenie stało się dwadzieścia razy większe, a my tylko dziesięć. Ale nie pytaj mnie dlaczego tak się stało, bo sam nie wiem. Może dlatego, że wielki człowiek potrzebuje wszystkiego więcej? No właśnie, ciekaw jestem, czy to tylko w przypadku mojego wyposażenia tak się porobiło, czy twojego też? Pokaż plecak.
— Ale numer, nawet zapomniałem, że mam go na plecach — zawołał Chwatko, ściszając głos i zdejmując plecak. — Patrzcie u mnie wszystko po staremu. No, to znaczy cała jego zawartość urosła wprost proporcjonalnie do mnie… Borze mój zielony, powiedziałeś, K-1, że jesteśmy „tylko” dziesięć razy więksi? Mamuńciu kochana, jestem AŻ dziesięć razy większy. Niesłychane… Ale chodźmy już, chłopaki. Czas jak rzeka płynie, a my mamy tyle spraw do załatwienia... Gryziu, wskakuj do plecaka. Jak dojdziemy do sosny, to wysadzę cię na nią, będziesz więc miał z wysoka wejrzenie na łobuziaków i na całą okolicę, i jakby coś, to zaraz melduj cichutkim zgrzytaniem. No, to jazda, chłopaki! Ale my, K-1, dzieci ludokompresora, cichutko... na palcach.
Dwa wielkoludy, stąpając po ziemi, najdelikatniej jak tylko mogły, zbliżały się do sosny. Stanowiący zawartość plecaka, maciupeńki Gryzio, wyglądał z jego kieszonki i obserwował tyły. Pod sosną panowała zupełna cisza. Zastanawiająca cisza. Chwatko jako pierwszy doszedł pod drzewo i zaglądnął natychmiast za jego pień, aby sprawdzić, czy Bronek i Rafał jeszcze w ogóle tam są. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, chłopcy siedzieli oddaleni od siebie i każdy z nich liczył igiełki sosny poukładane w równych odstępach na ziemi. — „A to łotrzyki zatracone. W ogóle się nie przejmują własnym losem, tylko sobie w coś grają” — pomyślał Chwatko i nabrał powietrza w płuca, by ich powiadomić o swoim oburzeniu, i aż sam się przeraził ich pojemnością. Wtedy przypomniało mu się, że jest wielki i wcale nie musi krzyczeć. Wypuścił więc cichutko całą zawartość płuc, i normalnie już oddychając, sięgnął najpierw ręką do plecaka i delikatnie wyjął Gryzia z kieszonki. Po czym powolnym ruchem ramienia, windował ucieszonego kuzynka w stronę grubej gałęzi i w końcu go postawił na wysokości czubka swojej nowej głowy. Puścił do niego ogromnie duże oczko i nakazał mu ogromnie dużym palcem, aby się mocno trzymał gałęzi i w szerokim uśmiechu pokazał mu niesamowicie białe i ogromnie duże zęby. Aż Gryzia na moment zazdrość wzięła, ale tylko się uśmiechnął i pogroził swojemu olbrzymiemu kuzynowi palcem, bardzo małym palcem.
K-1, stojąc za Chwatkiem, przyglądał się przyjaciołom z rozbawieniem i czekał na rozpoczęcie akcji.
Chwatko nie zwlekał już dłużej i z zadowoleniem do akcji przystąpił. Zrobił poważną minę i zagrzmiał zza drzewa potężnym głosem ducha leśnego:
— A wy nicponie, a wy łotry zatracone! To ja was po to zostawiłem samych, byście się zastanowili nad sobą, nad swoimi złymi uczynkami, a wy jakby nigdy nic, spokojnie sobie gracie? Nie, to już woła o pomstę do nieba!
Pod sosną zrobił się tak ogromny popłoch, jakby nagły grom z jasnego nieba uderzył. Rafał i Bronek zwijali się po ziemi z przerażenia. Chwatko nawet nie zdawał sobie sprawy, że jego głos ma aż taką siłę rażenia. Czuł się wprawdzie silny jak tur, ale żeby już sam jego głos wystarczył do pokonania wielkich do tej pory chłopaków? To przekraczało jego najśmielsze nawet oczekiwania.
— Ojejej! Ojejej! Nie, nie, nie! Litooości! Litości, duszku wielki! Duszku najukochańszy! Litooości! — wrzeszczeli chłopcy rozpaczliwie. A już najbardziej Rafał.
— Cicho tam! Czemu nadzieracie japy, jakby was ze skóry obdzierano?! — zgromił chłopców duch leśny Chwatko, ale gdy zobaczył, że chłopcy jeszcze bardziej zaczęli się zwijać po ziemi z przerażenia, odezwał się już nieco łagodniejszym głosem: — Ty, Rafalski, ty taki wielki cwaniak i przegrywasz w tej waszej grze? Wytłumacz mi, jak to jest możliwe? Widzę przecie, że masz przy sobie o wiele mniej igiełek sosny aniżeli Bronek. No, gadaj natychmiast!
— Już gadam, już gadam, duszku litościwy, ale nie rób mi tylko krzywdy — zawołał błagalnym głosem Rafał. — To nie gra, duszku, to grzechy… Bronek kazał mi zrobić rachunek grzechów i prosić cię o ich odpuszczenie i zadanie pokuty… Więc, więc… to są właśnie moje grzechy. No widzisz? Sam zauważyłeś, że nie jest ich wiele…
— Ach tak! — wrzasnął znów duszek leśny. — I ty myślisz, że ja ci w to uwierzę?!
— Dobrze, już dobrze, najlitościwszy duszku! Już dokładam! — Rafał prawie krzycząc, zerwał się z ziemi, i skacząc na jednej nodze, zaczął rękami nagarniać spod sosny duże ilości igiełek.
Przy tej czynności wyczyniał przedziwne figury akrobatyczne, jak linoskoczek w cyrku. Z tym, że nie na linie, a z liną. Po chwili to miejsce, na którym Rafał nie za wiele igiełek wcześniej ułożył, było igiełkami grubo wyłożone i wyglądało na coś w rodzaju perskiego dywanu. Rafał aż się spocił od tej ciężkiej pracy. W końcu padł zmęczony obok swego dzieła, i sapiąc ciężko, zabrał się za liczenie igiełek.
— No, taka ilość igiełek jest bliższa prawdzie — osądził duch leśny Chwatko. — A skończ z tym liczeniem. Nie każę ci ich liczyć. Na liczenie szkoda czasu. Powiedz mi lepiej jaką karę dla siebie wymyśliłeś i jak zamierzasz naprawić wyrządzone dzieciom krzywdy?
— Duszku mój litościwy, będę już dobry i nikomu nie zrobię żadnej krzywdy…
— A to jest pewne, jak słońce na niebie! To tyle tylko wymyśliłeś? Już ja ci pomogę intensywniej myśleć! — jeszcze potężniejszym głosem zagrzmiał duch leśny i ręką dał znak K-1, by ten zrobił użytek ze swojego oddziałującego śmiechu.
K-1 był bardzo zadowolony, że tym razem od razu może przystąpić do akcji. Zaśmiał się więc z wielkim zadowoleniem, przeto śmiech jego brzmiał bardziej śpiewnie i dźwięcznie, a jego tonacja była dużo wyższa. Śmiał się chętnie, przeciągle i coraz głośniej, gdyż jemu samemu spodobał się własny śmiech. A jak się coś robi z upodobaniem, to nie bardzo chce się to skończyć, więc K-1 się śmiał i śmiał. Aż duch leśny Chwatko musiał ręką dać mu znak, by już kończył, bo uszy mu pękają. K-1 wprawdzie niechętnie, ale przestawał się śmiać. Śmiał się więc coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie, z potężną siłą w głosie, zaakcentował zakończenie jego artystycznego brzmienia — przepięknym i godnym mistrza — jodłowaniem. Wszyscy oniemieli i rozdziawili buzie z wrażenia. A wrażenia każdy miał inne. Chwatko poklepał K-1 z uznaniem po ramieniu i rozcierał swoje nadwyrężone uszy. Maciupki Gryzio na początku miał zamiar przyłączyć się do K-1 śmiechu, ale gdy usłyszał jego dźwięczną potęgę, dał sobie spokój. A samo jodłowanie K-1, to już go mało z nóg i z drzewa nie zwaliło. I nie tylko z zachwytu, ale przede wszystkim z siły drgającego powietrza. Natomiast wrażenia tak zwanych wielkich chłopców były zupełnie odwrotne. Owszem, też oniemieli, i też rozdziawione buzie mieli, ale nie z zachwytu, tylko z paraliżującego strachu. Znów przykleili się do matki ziemi i bez ruchu czekali wybawienia.
Chwatko, widząc nieruchome ciała wielkich chłopców, leżących obok igiełek-grzechów, postanowił kończyć powoli tę wielką farsę. Szczerze żal mu się zrobiło tych nicponi. Postanowił więc wyjść już do nich i pokazać im się na oczy. Ale nie tylko żal nim powodował. Ograniczenie czasowe też miało swoje istotne znaczenie. Dał znak K-1, by ten jeszcze pozostał w ukryciu za drzewem, a sam po cichu wyszedł zza drzewa i stanął pomiędzy leżącymi chłopcami.
— No co, łotrzyki zatracone? Co tak leżycie bez znaku życia? — odezwał się łagodniejszym już głosem. — Patrzcie na mnie, jak do was mówię. Słyszycie? Otwierajcie oczy.
Bronek pierwszy otworzył oczy i zobaczył przed nosem potężny but ducha leśnego. Zamarł. Ślina mu w ustach wyschła i zaczął odruchowo kaszleć. Czuł niesamowitą suchość w gardle. Kaszlem tym otrzeźwił nieco Rafała, gdyż był to dla niego wreszcie w miarę normalny ludzki odgłos wśród (ciągle brzmiących mu w uszach) — nieludzkich — odgłosów demonów. W pierwszym odruchu otworzył jedno oko, ale zaraz z głośnym sykiem wypuścił powietrze i zamknął go z powrotem. Po chwili ciekawość wzięła jednak górę nad strachem, więc otworzył oboje oczu naraz i w odruchu bezwarunkowym natychmiast poderwał się z ziemi, gotowy do ucieczki. A że odruchy bezwarunkowe mają to do siebie, że wymykają się spod kontroli, przeto zrobił w powietrzu przepiękne i niekontrolowane salto (bo ograniczone zasięgiem liny) i na powrót padł jak długi w objęcia matki ziemi.
— No i czego się szarpiesz, Rafalski? — znów zagrzmiał duch leśny Chwatko, stojąc w szerokim rozkroku pomiędzy wielkimi-małymi chłopcami i kryjąc swoje rozbawienie. — Przed odpowiedzialnością za swoje czyny i tak nie uciekniesz. Ale widzę, że ty w ogóle nie zdajesz sobie sprawy, że to, co robisz, to są niecne czyny, godne potępienia i kary, więc przyjdzie mi samemu przemówić ci do sumienia. Ciężko mi będzie go w tobie znaleźć, ale go znajdę. Jestem tego pewien... No to posłuchaj. Obydwaj słuchajcie: Czyniąc zło, nie unikniecie kary. Prędzej czy później kara was dosięgnie. Albo dziś, albo jutro, albo kiedyś w przyszłości. Ale na pewno to nastąpi, bo nie ma grzechu bez kary. A życie jest przecież takie krótkie i powinno wam być szkoda czasu na eksperymenty z odpowiedzialnością za własne przewinienia. Człowiek czyniący zło innym, czyni zło przede wszystkim sobie. Gdyż za wyrządzone krzywdy będzie musiał kiedyś zapłacić, i to z nawiązką. A ta nawiązka jest ogromna. Człowiek czyniący zło, nigdy do końca nie pozna, co to znaczy szczęście. Gdyż jego uśpionym lub oszukanym przez samego siebie sumieniem zawsze targać będą demony zła. A one nie pozwolą mu na odczuwanie pełni szczęścia. Sumienie ma każdy człowiek. I chociaż u niektórych ciężko się go doszukać, bo jest zaatakowane i opanowane prze demony zła, to jednak nie znaczy, że ci niektórzy sumienia nie mają. Mają go na pewno, tyle, że trzeba zadać sobie więcej trudu, aby go odnaleźć, obudzić i do niego przemówić. I ty, Bronek, masz sumienie. Widzę to wyraźnie, bez większego szukania go w tobie. Widzę już nawet w tobie jego oczyszczające i uzdrawiające zarazem wyrzuty. Jestem więc pewien, że już nigdy nie będziesz złym człowiekiem. A i ty, Rafalski, ty też masz sumienie i to bardzo już obciążone. Trudno jest do niego dojść, bo demony zła bronią dojścia do niego. Ale wspólnie zwyciężymy ich! Tego też jestem pewien, chociaż ty sam, jak na razie, nie bardzo zdajesz sobie sprawę z wyrządzanego zła i z posiadania sumienia. Ale zdasz sobie, z pewnością… i to za niedługo... Obaj staniecie się dobrymi ludźmi, wrażliwymi na czyjąś krzywdę, niosącymi pomoc potrzebującym. I wtedy dopiero poznacie znaczenia słowa „szczęście”. Będziecie się rozkoszować każdym przeżytym dniem, każdą najmniejszą chwilą, każdą najdrobniejszą nawet rzeczą. Bo tylko człowiek otwarty na innych ludzi, bo tylko człowiek czyniący dobro, może dobra zaznać i dobrem się rozkoszować. Bo dając innym dobro, dostaje się go z powrotem, z nawiązką. A w takim przypadku ta nawiązka jest przeogromna. Bo własne życie przeżywa się spokojnie, z podniesioną głową, w poczuciu spełnienia i pełnego zadowolenia. I taki tylko człowiek żyje wiecznie, bo żyje w sercach tych, którym czynił dobro. A wspomnienia o nim przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Warto jest więc być dobrym człowiekiem, bo człowiek czyniący dobro innym, czyni dobro przede wszystkim sobie.
Duch Chwatko tak bardzo przeżywał to, o czym mówił, że nawet nie zauważył jakie efekty mowa jego przynosiła. Dopiero kiedy skończył, popatrzył na Bronka i Rafała, i oniemiał. Obaj chłopcy stali naprzeciw niego i z zadartymi głowami wpatrywali się w niego. A wpatrywali się oczami pełnymi łez i uwielbienia.
— Drogi duchu leśny! Jesteś tak piękny i potężny, i do tego jeszcze… taki dobry — zawołał z wielkim przejęciem Bronek i złapał w objęcia potężne udo ducha — Ty wcale nie chcesz zrobić nam krzywdy. Ty chcesz nam pomóc. Ty chcesz walczyć nawet z demonami zła, które w nas siedzą. Duszku wszechmocny, czy to prawda?
— Nie inaczej — odrzekł duch Chwatko bardzo łagodnym już głosem. — Czy do was to dotarło o czym mówiłem przed chwilą? Słucham cię, Rafał. Chcę usłyszeć twoje zdanie.
— Duszkuuuu leśśśśny — zachlipał przeciągle Rafał i na tym zakończył, bo głośny szloch odjął mu mowę.
Rafał był bardzo przejęty tym, co usłyszał od ducha. Nikt nigdy jeszcze nie przemawiał tak do niego. Nie wszystko wprawdzie zrozumiał do końca, ale sam wzniosły ton ducha leśnego zrobił już na nim niesamowicie pozytywne wrażenie. Tak bardzo pozytywne, że teraz, kiedy widzi jego potężnego przed sobą, zamiast się go jeszcze bardziej lękać, zupełnie przestał się go bać. Wręcz poczuł do niego uwielbienie. A tym, że usłyszał w jego ustach swoje imię, tak bardzo się rozczulił, że odjęło mu mowę całkowicie.
— Już dobrze, Rafał. Nie płacz — odezwał się po chwili duch Chwatko, dając chłopcu trochę czasu na oczyszczający płacz i podając mu chusteczkę do nosa, którą ku jego zaskoczeniu, cichaczem wręczył mu K-1. — Wierzę, że zrozumiałeś choć trochę z tego, co tu mówiłem, i że będziesz się już starał zmienić siebie i swoje życie, z pożytkiem dla siebie samego i innych z twojego otoczenia… A teraz już czas na nas. Pójdziemy razem do Domu Dziecka i oddam was w dobre ręce pani dyrektor. I mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał przywoływać was do porządku, bo sami porządku będziecie się trzymać.
— Drogi duchu leśny! — zawołał Bronek. — Ale pozwól mi najpierw odnaleźć moją siostrzyczkę Basię, bo bardzo martwię się o nią, że ona biedna gdzieś tu się ukrywa przed nami łotrami…
— O Basiurkę się nie martw. Ona jest w dobrych rękach. Jak już załatwię sprawę z wami, przyprowadzę ją całą i zdrową do waszego domu — oznajmił duch Chwatko, a po chwili dorzucił małe i nieszkodliwe kłamstewko: — Na drugim skraju lasu czeka na mnie jeszcze dwóch takich podobnych do was łobuzów, dlatego musimy się pośpieszyć, bo czas mnie nagli.
Chwatko był zadowolony z przebiegu sytuacji z wielkimi chłopcami. Wszystko poszło jeszcze sprawniej niż przypuszczał. I bardzo dobrze, bo nie wiele czasu mieli do dyspozycji. Powiedział więc Bronkowi i Rafałowi, że musi na moment zniknąć i nakazał im z powrotem usiąść na ziemi, i nie odwracając się, czekać na niego. Sam czmychnął szybo za drzewo i po szeptanej naradzie z K-1 i Gryziem, postanowił, że jednak wszyscy razem odprowadzą wielkich chłopców do ich domu. Mimo iż przywoływanie wielkich chłopców do porządku miało przebieg dużo łagodniejszy niż przypuszczali i nie wymagali już większej dawki straszenia, jako metody oddziaływania na nich, to jednak zarówno K-1, jak i Gryzio, chcieli być z nimi do końca. Gryzio, z wiadomych względów, musiał dalej pozostać w ukryciu, lecz to mu nawet zbytnio nie przeszkadzało. Po prostu chciał być ze wszystkimi, a zwłaszcza z Bronkiem i Rafałem, bo jakoś dziwnie poczuł do nich sympatię. Choć nie całkiem rozumiał swego nagłego uczucia, wiedział jednak, że ono jest i jest ważne. Bez żadnych więc protestów wskoczył na powrót do swego nowego środka lokomocji, czyli do Chwatkowego plecaka, i na powrót też, z ogromnym zadowoleniem zapuszczał żurawia na wielkich chłopców.
Natomiast K-1 musiał wziąć kilka głębszych oddechów, bo bezpośrednie spotkanie i zetknięcie się z wielkim człowiekiem, było dla niego nie lada przeżyciem. I wcale nie przemawiał do niego fakt, że w danej chwili, on swoim wyglądem kosmity, i to nad wyraz potężnego kosmity, może w nich wzbudzić o wiele większe emocje.
Chwatko, widząc co się dzieje z jego przyjacielem, dał mu jeszcze trochę czasu na głębsze oddechy, sam zaś, z Gryziem w plecaku, wrócił do Rafała i Bronka.
— Hej, Rafał! Hej, Bronek! Już jestem! Zaraz was uwolnię i ruszamy w drogę. Ale zanim ruszymy, muszę wam przedstawić mojego najlepszego przyjaciela, ducha podziemia. Proszę bardzo, oto i on!
Gryzowi, jako obserwatorowi wydarzeń pod rozłożystym drzewem (z bezpiecznej ambony obserwatorskiej w kieszonce plecaka), trudno było określić, zachowanie którego z chłopców było bardziej szokujące. Czy Rafała i Bronka na widok K-1, jako ducha podziemia, czy K-1 na bezpośredni i bliski widok obu chłopców naraz. Dość powiedzieć, że zachowanie każdego z chłopców było niezwykłe, nawet dla bezpośredniego obserwatora w osobie Chwatka, a co dopiero maciupeńkiego Gryzia. Zarówno Rafał i Bronek z jednej strony, jak i K-1 z drugiej, zaczęli wrzeszczeć naraz jak opętani. I nie wiadomo, jak długo by tak jeszcze wrzeszczeli, gdyby nie interwencja ducha leśnego.
— No, widzę, że się już ładnie i efektownie przywitaliście, i uważam, że już wystarczy! Haloooo! Mówię do was! Dosyyyć! — duch leśny przekrzykiwał wielką wrzawę pod drzewem.
Chwatko był bardzo zaskoczony takim przywitaniem, zwłaszcza ze strony K-1. Oczami wyobraźni widział już przestraszone dzieci, siedzące w enklawie i nastawiające uszu. Dłużej się nie zastanawiając, złapał ciągle wrzeszczącego K-1 za jego pas bezpieczeństwa i mocno nim potarmosił. Podziałało momentalnie.
— Witttammm was, Brrrronek i Rrrrafał! — K-1 przywitał chłopców mocno drżącym, mocno zgrzytającym oraz potężnym głosem.
Na chwilę pod sosną zapadła zupełna cisza. Bronek i Rafał ucichli tak nagle, jak nagle zaczęli wrzeszczeć. Widok ducha podziemia poraził ich o wiele mocniej niż widok ducha leśnego. Duch podziemia raził ich w oczy nie tylko tym, że był cały w złocie. Raził ich w oczy, a właściwie poraził im oczy — nieludzkim wyglądem. Zobaczyć kogoś z dwiema głowami, to było już za wiele dla umęczonych mocnymi wrażeniami chłopców. Stali naprzeciw ducha podziemia z potwornym wytrzeszczem oczu, sparaliżowani niemocą. A ich rozdziawione do granic możliwości usta, dopełniały ten obraz zgrozy.
Gryzio, obserwator z konieczności, nie wytrzymał widoku tak okropnie zmienionych twarzy wielkich ludzi i z przerażenia zaszył się głębiej w plecaku. A gdy się już poczuł tam bezpiecznej, dopiero wtedy jego wystawione na szwank nerwy dały o sobie znać i zaczęły odreagowywać przeżyty szok. Dlatego malutki Gryzio dygotał straszliwie na całym ciele i dzwonił zębami. A że w plecaku schował się po stronie przylegającej do pleców Chwatka, więc Chwatko czuł na swych potężnych plecach delikatny masaż w jego wykonaniu.
Chwatka na moment zastanowiło to dziwne uczucie na plecach. I już nawet przeleciała mu taka myśl po jego olbrzymiej głowie, że załapał jakiś defekt techniczny, który w taki oto sposób daje o sobie znać. Ale gdy przypomniał sobie, że użyczył swych pleców kuzynowi, uśmiechnął się sam do siebie i lekko potrząsnął plecakiem. Dygotanie jednak nie ustało. Wręcz przeciwnie, spotęgowało się. Wtedy Chwatko uspakajającym szeptem powiedział do Gryzia: — „Cichutko, kuzynku, wszystko jest w jak najlepszym porządeczku, a nawet bardziej”. — Po krótkiej chwili zawartość plecaka się uspokoiła i Chwatko nie czuł już żadnej wibracji.
— Słuchajcie, chłopcy, zamknijcie w końcu te swoje buźki, bo jeszcze wam mucha wpadnie — nakazał duch leśny. — Duch podziemia nikomu nie zrobi krzywdy, kto jest, albo zamierza być porządnym człowiekiem. A że wy należycie, jak mniemam, do tych drugich, to możecie być spokojni o swoją skórę.
— Witamy cię, najwspanialszy duchu podziemia! — zawołał głośno Bronek, który pierwszy zamknął buzię na polecenie ducha leśnego, po to, aby znów ją otworzyć do wypowiedzenia słów pozdrowienia. — Cieszymy się bardzo, że zechciałeś się nam objawić i… i nas tak moc… ser… głoś… miło bardzo przywitać…
— No, to pamiętajcie, że to od was zależy moje przywitanie, a zwłaszcza pożegnanie — odrzekł duch podziemia K-1, który się najpierw mocno uszczypnął, by wreszcie dojść do siebie, bo też mu się przypomniało o dzieciach siedzących w enklawie. Ból podziałał, bo K-1 podszedł już blisko do wielkich chłopców i spokojnym głosem nakazał: — A teraz nastawiajcie nogi, żebym mógł was uwolnić z więzów. Rafał, ty pierwszy. Bronek drugi… A potem niezwłocznie ruszamy w drogę.
Rafał posłusznie zadarł nogę najwyżej jak tylko mógł i w oczekiwaniu na ruch ducha podziemia, wpatrywał mu się raz w jedną parę oczu, raz w drugą. A przy tej czynności wpatrywania, czuł jak mu dreszcze przelatują po spoconych z wrażenia plecach.
K-1 widział w oczach Rafała wielkie zainteresowanie swą potężną osobą. Uśmiechnął się do niego dobrodusznie i przyłożył palec do węzłów na jego nodze. Cichutko zasyczało, zaskwierczało i Rafał był wolny. Pozostał tylko okropny swąd po stopionej linie. Co duch podziemia zaraz skwapliwie wykorzystał do potrzeb wyższego rzędu i powiedział, że to jego grzechy tak śmierdzą. I o dziwo, Rafał się chyba nawet zawstydził. Wszystkim tak się wydawało, że się zawstydził. Jemu samemu zresztą też, bo poczuł nagłe pieczenie na swych policzkach.
Chwatkowi nieco ulżyło, że wielcy chłopcy skupili teraz całą swą uwagę na K-1. Mógł więc chociaż przez chwilę pozbierać myśli i przygotować się do rozmowy z panią dyrektor.
Kiedy już i Bronek został uwolniony z więzów i czerwony na twarzy jak piwonia obwąchał swoje grzechy, duch podziemia zarządził wymarsz.
Ruszyło więc pięciu chłopców energicznym marszem w stronę Domu Dziecka. Mówiąc dokładniej, czterech chłopców, no bo jeden nie maszerował. Chodzi tu oczywiście o Gryzia. Gryzio brał udział w marszu, nie maszerując. Chłopcy maszerowali gęsiego, bo ścieżynka prowadząca do Domu Dziecka była bardzo wąska. Pierwszy szedł Bronek, za nim Rafał, potem K-1 i na końcu Chwatko z Gryziem. Gdyby ktokolwiek ich tak maszerujących zobaczył, nie uwierzyłby, że widzi na jawie. Wszyscy chłopcy byli prawie w jednym wieku, a wyglądali tak niesamowicie różnie. Dziwny to był obrazek. Niesamowicie dziwny. Jednym mógłby się wydać potworny, innym zaś wspaniały. Rafał i Bronek wyglądali podobnie i normalnie, to nie zwracaliby zbytnio uwagi. Ale idący za nimi K-1 i Chwatko, na pierwszy rzut oka, z pewnością przeraziliby wszystkich swym potężnym i niezwykłym wyglądem. Zwłaszcza K-1.
Chwatko, zamykając ten przedziwny pochód, zastanawiał się, czy K-1 zrobił to specjalnie, czy się przeliczył, programując ludokompresor. Bo oto uzyskany przez nich wzrost sprawił, że tak zwani wielcy chłopcy, obecnie sięgali im zaledwie do pasa, przy czym K-1 był jeszcze wyższy od niego, bo wyższy o głowę. O drugą głowę, ma się rozumieć. Swymi nad wyraz potężnymi posturami sprawiali wrażenie dwóch atletów. Ich przylegające do ciała, obcisłe kombinezony, uwydatniały każdy muskuł. A muskuły mieli przeogromne. W normalnych warunkach, w stosunku do swojego wzrostu, aż takich przecież nie mieli. Chwatko rozumiał więc doskonale przerażenie Rafała i Bronka na ich widok. Sam, będąc na ich miejscu, nie byłby wcale mniej przerażony. I jego czyste sumienie nic by mu w takiej sytuacji nie pomogło. Na pewno przeżyłby taki sam szok jak oni...

 cdn.

Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach).