Poczucie humoru to zdecydowanie najlepszy filtr, przez jaki można patrzeć na świat — tekst w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Poczucie humoru to zdecydowanie najlepszy filtr, przez jaki można patrzeć na świat — tekst w obrazie.
Nie wiem dlaczego, ale biel nigdy nie była moim kolorem. A jednak białe kwiaty przyciągają mnie nieodmiennie — jakby szeptały coś, czego nie potrafię do końca zrozumieć.
Zatrzymuję je w kadrach, z czułością odkładam do mojego coraz grubszego albumu, jakby były drobnymi sekretami natury.
Wiosną i na progu lata jest ich wszędzie pełno — w leśnych zakamarkach, na rozświetlonych łąkach, w cichych ogrodach.
Widać wyraźnie, że wiosna ma słabość do bieli. Bo już przebiśniegi, jak nieśmiali posłańcy nowego czasu — jako pierwsze unoszą na jej cześć swoje białe głowy.
Białe kwiaty niosą ze sobą opowieść o czystości i spokoju, o niewinności i początku, który dopiero się rodzi.
Ich obecność koi, porządkuje myśli, przywraca harmonię. Są subtelne, eleganckie — jak gesty, których nie trzeba wypowiadać na głos.
Biel to także kolor ważnych chwil — ślubów, chrztów, tego, co święte. Choć przecież nie wszędzie znaczy to samo — gdzie indziej niesie ze sobą cień smutku, żałoby i rozstania.
Jak to możliwe, że jeden kolor potrafi mówić tak różnymi głosami? Nie szukam już odpowiedzi... Wystarczy mi zachwyt nad białym kwieciem — spokojny, cichy, bezpieczny.
Bo jak nie ona, to kto? Gdy trzeba — zrobi wszystko... Instrukcja? A po co?! Niepotrzebna! Nic jej nie jest straszne i zawsze jest gotowa na wszystko — wiersz w obrazie.
„Życzliwy w trybie agresywnym” — to ktoś, kto zamiast powiedzieć wprost, że coś mu nie pasuje, owija to w niby-miłe słowa, żarty albo udawaną troskę. Na pierwszy rzut oka brzmi uprzejmie, ale tak naprawdę wbija szpilę albo próbuje kimś manipulować. Często używa sarkazmu i ironii, rzuca „komplementami”, które bardziej są przytykiem niż pochwałą — wiersz satyryczny w obrazie.
Jezioro, plusk fal, szelest liści na drzewach — spokój. Myśli krążą po bezkresie nieba... Jest błogo — tekst w obrazie.
* Rzecz o hipokryzji, czyli o postawie charakteryzującej się jaskrawą rozbieżnością między głoszonymi wartościami a własnym postępowaniem. Polega na publicznym wymaganiu od innych przestrzegania zasad moralnych, których samemu się nie stosuje — wiersz satyryczny w obrazie.
A co do tego „odwiecznego kawalera” — broń Boże nic nie sugeruję. Po prostu słucham, czytam, oglądam… a skojarzenia same się nasuwają ;) Nieważne jakie — ważna jest hipokryzja „rzeczonych”, którą zamiast się oburzać, lepiej obśmiać... I to zdrowo! ;)
Przyszło nam żyć w epoce, którą jeszcze niedawno nazwalibyśmy przyszłością. Ostatnie sto pięćdziesiąt lat przyniosło nie tyle postęp, ile przyspieszenie — gwałtowne i nieodwracalne.
Kolejne odkrycia, od pierwszych fal radiowych po niemal niewyobrażalne możliwości sztucznej inteligencji, nie tylko poszerzyły granice ludzkiego działania, lecz także przekształciły sam sposób, w jaki doświadczamy świata. Rzeczywistość stała się bliższa, szybsza, bardziej dostępna — a zarazem bardziej nieuchwytna.
Nigdy wcześniej wiedza nie była tak blisko. Nigdy też nie była tak rozproszona. To, co miało nas wyzwolić, zaczęło nas przytłaczać.
Nadmiar informacji nie daje już poczucia pewności — przeciwnie, rodzi dezorientację. Wśród głosów, które nieustannie domagają się uwagi, coraz trudniej odróżnić to, co istotne, od tego, co jedynie głośne.
Współczesny człowiek nie stoi wobec ciszy niewiedzy, lecz wobec kakofonii odpowiedzi. Każda z nich rości sobie prawo do prawdy, każda pragnie zostać uznana.
W tym natłoku prawda przestaje być czymś oczywistym — przestaje być czymś danym. Staje się wyborem. A czasem nawet ryzykiem.
Być wiernym prawdzie w takich warunkach to nie tylko ją przyjąć, ale przede wszystkim umieć ją rozpoznać. To zadanie wymagające: wymaga namysłu, odwagi i pewnej zgody na niepewność. Bo prawda, zanim się odsłoni, często każe czekać — a niekiedy milczy.
Podobnie rzecz ma się z wiarą w siebie. Nie jest ona dziś prostym przekonaniem o własnej wartości, lecz raczej cichą formą wewnętrznej równowagi.
Gdy zewnętrzne punkty odniesienia tracą swoją wyrazistość, człowiek pozostaje sam ze swoim osądem. Kruchym, niepełnym, a jednak jedynym, na którym może się oprzeć.
Żyjemy więc w świecie, w którym informacja stała się walutą, a uwaga — jednym z najcenniejszych zasobów. I może właśnie dlatego coraz częściej powraca pytanie nie o to, ile wiemy, lecz o to, czy potrafimy odróżnić wiedzę od złudzenia. Czy umiemy zaufać nie tylko temu, co widzimy i słyszymy, ale także temu, co rozumiemy — nawet jeśli to rozumienie rodzi się powoli i w niepewności.
Bo być może prawdziwa siła ducha nie polega dziś na pewności, lecz na umiejętności trwania w pytaniu.
Letnia opowieść natury w rytmie kwiatów i owadów. Choć słychać tylko jej szept, zachwyca niezmiennie każdego roku — tekst w obrazie.
Numerologia mówi, że liczby mają znaczenie. Że każda z nich niesie określoną energię i w subtelny sposób wpływa na nasze życie, charakter, a nawet wybory, których dokonujemy.
Podobno w dacie urodzenia zapisany jest pewien kod — coś, co może nam pomóc lepiej zrozumieć samych siebie i odnaleźć w życiu harmonię.
Przyznam szczerze — nigdy specjalnie się tym nie interesowałam. Ale wygląda na to, że numerologia… zainteresowała się mną. Brzmi dziwnie? Być może. Ale kiedy spojrzę na pewne wydarzenia w moim życiu, trudno mi przejść obok nich obojętnie.
Zaczęło się zupełnie niewinnie. Ktoś kiedyś opowiadał, że „prześladują” go konkretne liczby. Ja, pół żartem, pół serio, odpowiedziałam, że też mam swoje — chociaż mnie nie prześladują, tylko po prostu… towarzyszą. I są dla mnie ważne.
To liczby 1 i 7.
Urodziłam się 1 lipca. Później, już jako dorosła kobieta, urodziłam córkę — 17 stycznia (i to jeszcze miesiąc wcześniej, niż planowano).
Dwa i pół roku później przyszedł na świat mój syn… dokładnie w dniu moich urodzin i imienin — 1 lipca.
Myślisz, że to przypadek? To posłuchaj dalej.
Moja córka urodziła swoją córkę 7 lipca, a cztery lata później syna — 1 stycznia.
Z biegiem lat zaczęłam zauważać te liczby wszędzie. W szkole każde z nas miało numer 7 w dzienniku, mimo różnych nazwisk. Dziś nasze „rodzinne” cyfry pojawiają się nawet w numerach rejestracyjnych samochodów czy motocykli.
A najbardziej intrygujące jest coś jeszcze…
Od zawsze mam wrażenie, że coś każe mi spojrzeć na zegar dokładnie w tych momentach, kiedy pojawiają się „moje” liczby: 1:17, 7:11, 11:07, 17:11…
Przypadek? Intuicja? A może jednak coś więcej?
Nie próbuję tego na siłę tłumaczyć. Ale jedno wiem na pewno — te liczby są częścią mojej historii.
Nawet to, że dziś jest 1 lipca, a ja właśnie napisałam ten tekst… chyba też nie jest przypadkiem.
Każdy z nas sam musi odnależć własną ścieżkę ku szczęściu... i jeśli bardzo będzie tego pragnął — odnajdzie ją z pewnością — tekst w obrazie.
W Polsce wciąż słychać to samo: „kiedyś było lepiej”. Lepsze były lata 60., 70., 80. — mimo biedy, mimo kolejek, mimo całego absurdu systemu.
I od razu pojawia się pytanie: czy naprawdę ktoś tęskni za komuną? Nie. I warto to powiedzieć jasno.
Tęsknimy nie za ustrojem, ale za ludźmi. Za światem, w którym relacje miały większe znaczenie niż rzeczy.
Bo choć żyło się biedniej, ludzie potrafili mieć do siebie więcej szacunku. Byli bardziej zdyscyplinowani. Mieli swoje zasady. A dziś? Dziś często nawet nie wiadomo, jakie te zasady są.
I nie — to nie system był lepszy. System był zły. Lepsi byli ludzie.
To pokolenie wychowane przez tych, którzy przeżyli wojnę. Ludzi złamanych, okaleczonych psychicznie, ale jednocześnie twardych. Wiedzieli, czym jest głód, strach i utrata wszystkiego. I właśnie dlatego potrafili docenić normalne życie. Nie mówili o wartościach — oni nimi żyli.
Uczyli odpowiedzialności, szacunku i pracy. Nie dlatego, że przeczytali poradnik, ale dlatego, że nie mieli wyboru.
A dziś? Dziś wielu dorosłych nie ma czasu wychowywać własnych dzieci. Łatwiej dać dziecku smartfon niż uwagę. Łatwiej kupić niż porozmawiać. Łatwiej zająć się sobą niż wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. A potem pojawia się zdziwienie, że młodzi nie mają autorytetów.
Skąd mają je mieć? Z internetu? Z ulicy? Bo właśnie tam coraz częściej trafiają. I nie, problemem nie jest tylko „system”. To wygodna wymówka.
Znacznie trudniej przyznać, że problemem bywa dorosły człowiek — zmęczony, skupiony na sobie, często zagubiony. Czasem bierny. Czasem uciekający w używki, frustrację albo obwinianie wszystkich wokół.
Nie ma idealnego ustroju. Nigdy nie było i nie będzie. Ale jedno się nie zmienia: to nie system wychowuje ludzi. To ludzie wychowują ludzi.
I może właśnie dlatego niektórzy patrzą wstecz z nostalgią. Nie dlatego, że było łatwiej. Tylko dlatego, że było… bardziej prawdziwie.
Lato — czas dojrzewania, gdy natura oddycha pełnią życia i pulsuje ciepłem w każdym zakątku świata. Wśród traw i kwiatów, w ciszy skąpanej światłem, toczy się nieustanna opowieść — o wzrastaniu, o przemianie, o trwaniu.
Kwiaty rozkwitają w barwne kompozycje, jakby ziemia sama chciała się uśmiechnąć, a owady — dojrzałe, niestrudzone — niosą dalej delikatną nić istnienia…
Patrzę na ten obraz i czuję spokój. Jakby czas na chwilę przystanął, pozwalając sercu po prostu być. Bo czy jest ktoś, kto nie kocha lata?
Niech więc płynie ono miękko przez dni i wieczory — niech każdy czerpie z niego tyle, ile potrafi, najlepiej wśród drzew, pod otwartym niebem, z dala od zgiełku i tłumu.
Deszcz — powiadają — to tylko opad, krople wody spadające z chmur. Lecz czy naprawdę tylko tyle?
Dla tych, którzy umieją patrzeć sercem, jest on szeptem nieba, delikatnym muśnięciem ziemi, bajeczną zasłoną z migotliwych kropel, co świat przystrajają niczym brylanty. I choć wilgoć otula wszystko dookoła, jest w tym jakaś cicha cudowność.
Świeżość, co wypełnia oddech. Rześkość, co koi myśli. Nastrój, co rodzi się między kroplami. Zdrowie — dla duszy i dla ciała. Uwielbiam być w lesie, gdy deszcz opowiada swoją pieśń:
Ład i chaos to dwie fundamentalnie skrajne siły. Pierwsza dąży do harmonii, druga rodzi się z braku zasad i nieprzewidywalności. Wybór między nimi stanowi jeden z kluczowych dylematów odzwierciedlających się w życiu — tekst w obrazie.
Jednak gdzieś po drodze, wśród zgiełku idei, wśród głosów skrajnych i niecierpliwych, sens tych słów uległ rozproszeniu, jak światło w mętnej wodzie. I dziś człowiek — zagubiony między prawdą a jej cieniem — błądzi niepewnie, niosąc w sobie pytanie bez odpowiedzi… aż w końcu cichnie w nim wiara — także ta najtrudniejsza: wiara w samego siebie — wiersz w obrazie.
Są takie chwile w przyrodzie, które wydają się niemal nierealne — jakby ktoś na moment uchylił drzwi do świata pełnego drobnych cudów. Jednym z nich jest spotkanie z kruszczycą złotawką.
Ten niezwykły chrząszcz nie bez powodu nazywany jest „latającym klejnotem”. Jego pancerz mieni się odcieniami szmaragdu i złota, odbijając światło w sposób, który trudno opisać — trzeba to po prostu zobaczyć. W locie błyska jak żywa iskra, a kiedy przysiądzie na kwiecie, wygląda jak drogocenny kamień zagubiony pośród płatków.
Najczęściej można ją spotkać od maja do końca lipca — na łąkach, w ogrodach i na skrajach lasów. Wybiera ciepłe, słoneczne dni; wtedy przelatuje z kwiatu na kwiat, żywiąc się pyłkiem i nektarem. Gdy robi się chłodniej, znika — ukryta w ziemi, jakby na chwilę wycofywała się z tego widzialnego świata.
Jej historia zaczyna się jednak dużo wcześniej i toczy się w ukryciu. Zanim pojawi się dorosły osobnik, larwa spędza nawet dwa lata w spróchniałym drewnie lub kompoście. To ciche, niewidoczne życie prowadzi do jednego momentu — chwili, w której natura odsłania swoje błyszczące dzieło.
Miałam szczęście spotkać dwa takie „klejnoty”. Przez krótką chwilę mogłam je obserwować i zatrzymać ich niezwykłe piękno na zdjęciach.
Szczęście nie przychodzi z zewnątrz — rodzi się gdzieś cicho w człowieku. To od nas zależy, czy potrafimy je dostrzec i pielęgnować.
Nasza osobowość nadaje mu kształt, a sposób patrzenia na świat wyznacza jego granice. Każdy niesie w sobie własną filozofię życia, często zmienną i nie do końca nazwaną.
Może jednak to właśnie w działaniu — w drobnych krokach, decyzjach i próbach — kryje się jego najprostsza forma. Bo ten, kto nie zatrzymuje się w bezruchu, kto mimo wątpliwości idzie dalej, z czasem zaczyna rozumieć, że szczęście nie jest celem, lecz drogą.
Refren dawno minął — wódz wciąż na scenie. Choć to echo jego wielkości, choć kurtyna opada, wódz nie zauważa... Zejście odwołane? — wiersz satyryczy w obrazie.
Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVI — Tym razem będzie o pierwszym zaćwierkoleniu, które miało być wielkie… a trochę się rozmyło. O Gieni, której nie da się zapomnieć — nawet gdyby się bardzo chciało. O dorastaniu, które wcale nie jest takie proste, zwłaszcza kiedy przeszkadzają w nim sukienki i różne dziwne części garderoby. I o jednym gwizdnięciu, przez które prawie ruszył nie tylko pociąg, ale i całe nasze spokojne życie…
Z początkiem roku 1964 przyjechała do nas w odwiedziny ciocia Karola, siostra tatusia ze Zbaraża. Fajna jest, lubię ją. Ciągle się śmieje. Dużo też opowiada o swoim i tatusia życiu tam — w dawnej Polsce.
Przywiozła też sporo zdjęć z tamtego okresu. Jedno, z 1938 roku, spodobało mi się najbardziej… Oto ono:
Widać na nim ciocię Karolę, starszego brata tatusia — stryjka Władka, no i oczywiście tatusia.
Uśmiałam się bardzo z tatusia, bo zabawnie na tym zdjęciu wygląda. Taki mały i z poważną miną. Opowiadał, że miał wtedy 14 lat i był już uczniem pierwszej klasy Gimnazjum Kupieckiego.
Na zdjęciu brakuje najstarszej siostry — cioci Rozalii, bo akurat wtedy wyjechała do Kanady, gdzie, jak się później okazało, została już na stałe.
Czas leci nieubłaganie i z końcem wiosny przyszedł czas na wakacje… Hurra! Zaraz na ich początku wyjechałam na kolonie do Szczecina-Dąbia.
Że co? Że dwa lata temu, po tej mojej — dramatycznej — pierwszej kolonii w Żmigrodzie, zarzekałam się, że już nigdy na żadną kolonię nie pojadę?
A nie, to nie całkiem tak było. Ja się zarzekałam, że na żadne kolonie nie dam się już wysłać, ale na tę kolonię to ja sama — dobrowolnie i z wielką ochotą — chciałam jechać. A to jest przecież duża różnica. Bo co innego przymus, a co innego własna, nieprzymuszona wola… Mam rację? No!
Ale też i zasłużyłam sobie, bo znów dostałam świadectwo z czerwonym paskiem. A wiadomo — nikt za darmo takiego świadectwa nie dostaje. Trzeba było się uczyć.
Tak że po wyczerpującym roku szkolnym w klasie VI, z wielką ochotą, przemierzając całą Polskę z południa na północ, „wylądowałam” prawie że nad morzem... Był też jeszcze jeden powód tej mojej „ochoty”, ale o nim — sza!
Na tym zdjęciu jestem wraz ze swoją grupą na jednodniowej wycieczce w Świnoujściu. Kierownictwo kolonii zorganizowało ją specjalnie po to, żebyśmy mogły posmakować słonej wody, a nie tylko zachłystywać się słodką z Jeziora Dąbie.
Pozujemy więc do pamiątkowego zdjęcia… Wszystkie jesteśmy w tym samym wieku — 13 lat, oprócz wychowawczyni oczywiście, która stoi pośrodku w czarnym stroju.
Pięknie jesteśmy rozwinięte, co nie? Jedne wprawdzie mniej, inne nieco więcej — jedne już mocno „biuściaste”, innym dopiero coś tam „kiełkuje”, tak jak mi. Ale piękne jesteśmy wszystkie. Nieprawdaż?
Dlaczego ustawiłam się akurat koło „grubaśnej” Gieni? Bo ja Gienię bardzo lubię. Ma takie specyficzne poczucie humoru…
A może też dlatego, że podświadomie wyczuwałam, iż przyjdzie mi Genię zapamiętać na całe życie.
Dlaczego? Otóż dlatego, że Gienia w pociągu, w drodze powrotnej z kolonii, zamknęła drzwi ubikacji razem z moim serdecznym palcem prawej ręki, spłaszczając go całkowicie. Chyba „ku pamięci”. Żebym zawsze o niej pamiętała… I tak jest istotnie.
Pamiętam ją bardzo dobrze! Bo ból był niemiłosierny i długo trwający — łącznie z odpadnięciem paznokcia.
Mój palec do dziś jest o wiele szerszy od pozostałych. Więc kiedy tylko spojrzę na swoją rękę — Gienię mam przed oczami. I to na całym polu widzenia.
No ale z tym moim dojrzewaniem, jako dziewczynki, wcale aż tak źle nie jest. Popatrzcie sami. Zaczynam dojrzewać całą parą. Aż taką, że…
Okay, okay — przyznam się już i to bez bicia, że po raz pierwszy się „zaćwierkoliłam”. A oto właśnie obiekt mojego zaćwierkolenia — Franek…
O rany, zapomniałam, jak ma na nazwisko… Hmm… czyżby to moje „zaćwierkolenie” było jednak tylko powierzchowne, skoro jego nazwisko wyleciało mi z głowy? Tak czy inaczej — wtedy czułam, że było mocne.
Na zdjęciu widać, jak wracamy stateczkiem wycieczkowym ze Świnoujścia do Szczecina. Koniecznie musiałam mieć pamiątkowe zdjęcie z Frankiem, więc poprosiłam pana fotografa o pstryknięcie. On wcale nie musi wiedzieć, o jaką pamiątkę mi chodzi…
— „Jolka, kurka wodna, odsuń się trochę od obiektu moich westchnień!” — w myślach, rozgorączkowana, wściekam się na koleżankę… Ale jednocześnie jestem rozpromieniona jak anioł w niebie.
Jolka w końcu dała sobie spokój z podrywaniem mojego „obiektu”. Dobra z niej koleżanka. Dlatego już po powrocie z kolonii często przebywałyśmy razem.
„Pozwalam” jej nawet zrobić sobie zdjęcie razem ze mną… panną w kapeluszu…
A co! Mintek powoli staje się dziewczyną. Rodzice nie mają już wyjścia i muszą się z tym faktem pogodzić…
Trzeci dziurawiec zaczął nabierać dziewczęcych kształtów. I już nijak nie da się tego procesu zatrzymać.
A ten kapelusz to mój projekt i wykonanie. Ha, nawet warkoczyki sobie zaplotłam. Sukienkę mam nieco starszą, ale — na moją wyraźną i dość dokuczliwą prośbę — została przez mamusię trochę „podrasowana”.
No bo jak to tak? Tę sukienkę mamusia uszyła mi, kiedy miałam 11 lat, a wtedy byłam jeszcze dzieckiem. A teraz przecież jestem już panienką. Panienką jak się patrzy…
Choć czasami żałuję, że już tak bardzo nie wypada mi łazić po drzewach. Nie, przestać nie przestałam, ale w sukience muszę bardziej uważać, żeby mnie ktoś z dołu nie podglądał. Chociażby dlatego, że często zdarza mi się — dla własnej wygody — nie zakładać latem pewnej części garderoby. A to już dodatkowy stres — tak ciągle uważać i uważać.
Nie wiem czemu, ale nie lubię ograniczeń. Żadnych. Widocznie już tak mam. Lubię czuć wolność i swobodę pod każdym względem. Wkurzają mnie zwłaszcza niektóre części garderoby, które uważam za zbędne.
Chociaż — nie wiedzieć czemu — ostatnio zaczęły mnie pociągać staniki. Niewygodne to-to jak cholera, a jednak!
Jeden taki podprowadziłam nawet starszej siostrzyczce Lodzi i czasami go zakładam. Po kryjomu — ma się rozumieć. A kiedy jeszcze wypycham miseczki watą, to kryję się szczególnie.
No ale kiedy wybieram się na wcześniej zaplanowaną z chłopakami zabawę w podchody, to już zawsze jestem ubrana — jak trzeba — i żadnego stanika, broń Boże, nie zakładam.
Bo jak już mówiłam, lubię czuć się swobodnie. A żeby się tak czuć, muszę czuć się tak, jak do tej pory się czułam.
O rany, ale się „zakałapućkałam” z tym czuciem! No ale myślę, że można to zrozumieć — bo to przecież proste: żeby się dobrze czuć, lepiej nie wprowadzać nagle żadnych nowości i nie mieszać sobie w odczuciach.
Och, już dobrze — kończę z tym „czuciem” i opowiadam dalej… Zaraz… a o czym to ja chciałam powiedzieć? Aha — o podchodach.
A więc jeżeli chodzi o podchody, to najczęściej bawimy się w nie koło starej parowozowni. Przygotowując się do nich, muszę szczególnie zwracać uwagę na swój ubiór. Żaden ciuch nie może krępować mi ruchów, bo tam trzeba być podwójnie szybką — i przed pociągami czasem zmykać, i przed szukającymi w podchodach.
Chociaż, szczerze mówiąc, po ostatnim wydarzeniu na torach wolimy się tam przez jakiś czas nie pokazywać.
Wszystko przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo żaden z chłopaków nie umie tak głośno gwizdać jak ja i zawsze wysyłają mnie na zwiady…
No dobrze, przyznam szczerze — sama lubię być zwiadowcą, bo bardzo mnie to kręci.
Tak więc na ostatnich podchodach, jako zwiadowca, przemykałam po torach i jednocześnie dawałam znaki chłopakom, żeby powoli podchodzili we wskazanym przeze mnie kierunku.
Te lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły, tylko stały sobie w najlepsze ukryte za murkiem parowozowni.
Wkurzyłam się nie na żarty i niewiele myśląc, głośnym, przeciągłym gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca.
Za moment okazało się jednak, że nie tylko ich ruszyłam, ale również maszynistę pociągu towarowego stojącego na bocznicy.
O niech to dunder świśnie! Ale żeśmy zaczęli uciekać, kiedy pociąg nagle ruszył. Na łeb na szyję! Mało żeśmy nóg nie pogubili.
Wystraszeni schowaliśmy się w kanale parowozowni i, szczękając zębami ze strachu, czekaliśmy, aż pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu, pisku ani łoskotu jednak nie było słychać.
Po chwili usłyszeliśmy za to potworną kłótnię między maszynistą a przetokowym. Maszynista wyzywał przetokowego, że gwiżdże jak idiota, choć zwrotnicy jeszcze nie przestawił, a przetokowy wyzywał maszynistę, że to w jego pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże…
I takie tam różne rzeczy sobie przerzucali. W końcu sobie do gardeł skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni.
A my, z przerażeniem spoglądając po sobie w tym brudnym i śmierdzącym kanale, w końcu nie wytrzymaliśmy napięcia.
Kiedy ta dwójka kolejarzy szamotała się już na dobre, wyrwaliśmy z kanału jak wystrzeleni z katapulty i czym prędzej opuściliśmy ten nasz niebezpieczny z nagła plac zabaw.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.