Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat przygód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat przygód. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

Symfonia piorunów nad kotliną

Gdy burza schodzi do kotliny, przestaje być tylko zjawiskiem pogodowym. Staje się widowiskiem, w którym światło i dźwięk prowadzą dziki, hipnotyzujący dialog, a echo niesie grzmoty daleko poza granice chwili.


Choć burze niosą w sobie grozę i niebezpieczeństwo, trudno odmówić im osobliwego piękna. Jest w nich coś hipnotyzującego — zwłaszcza nocą, gdy mrok staje się tłem dla nagłych rozbłysków światła i dudniących echem grzmotów. To spektakl natury, który jednocześnie przeraża i zachwyca, przyciągając spojrzenie nieodpartą siłą.

Najbardziej urzekające są jednak te burze, które rozgrywają się nad kotliną. Gdy ciężkie, ołowiane chmury zawisną nisko nad ziemią, a powietrze gęstnieje od napięcia, każdy błysk zdaje się rozdzierać niebo na dwoje.

Światło pioruna zalewa przestrzeń nagłą, niemal nienaturalną jasnością, po której następuje przeciągły, wielokrotnie odbity grzmot. Echo błąka się między zboczami gór i ciemnymi ścianami lasów, wraca i narasta, hucząc i zawodząc jak nieskończony chór potępieńców. W takich chwilach natura odsłania swoje dzikie, nieokiełznane oblicze — piękne i straszliwe zarazem.

Przez wiele lat żyłam na nizinie, gdzie burze miały zupełnie inny wymiar — bardziej odległy, jakby przytłumiony. Dopiero tu, w kotlinie, mogę doświadczać ich pełni.

A jednak nie budzą we mnie lęku, choć pamiętam zdarzenie sprzed lat — spotkanie z piorunem kulistym, które na długo zapisało się w mojej pamięci niepokojem.

Podczas burzy stoję przy oknie, nieruchoma, zapatrzona w ten żywiołowy teatr. Każdy błysk i każdy grzmot zdają się opowiadać własną historię — surową, pierwotną, a zarazem fascynującą.

W ostatnich latach burze zdają się jednak częstsze i gwałtowniejsze. Wielu z nas ma ich już dość. Niebo nie skąpi nam tego widowiska, lecz coraz częściej nie przypomina ono zwykłej burzy — raczej rozszalałe pandemonium, w którym żywioły przemawiają z niepokojącą siłą.



poniedziałek, 8 czerwca 2026

Między ciszą a grzmotem

Miała to być zwykła poranna wędrówka. Kilka kilometrów, trochę ciszy i czas na uporządkowanie myśli. Nie spodziewałam się, że tego dnia spotkam coś, co przypomni mi historię sprzed lat — i pokaże burzę z zupełnie innej strony.


Wczoraj z samego rana miałam zaplanowane „kijkowanie”. Nie było więc miejsca na wymówki — plan to plan. Wsiadłam do auta i pojechałam na szczyt tutejszej góry.

Już po kilku minutach, z lekkim uśmiechem, maszerowałam leśnym traktem. Las przywitał mnie ciszą i spokojem, które otulały jak miękki płaszcz.

Myśli same zaczęły krążyć wokół sprawy, która od jakiegoś czasu domagała się uwagi.

Zamknęłam się w nich tak szczelnie, że nie zauważyłam, kiedy niebo nagle przygasło, a powietrze zgęstniało. Dopiero pierwsze krople deszczu wyrwały mnie z zamyślenia.

Nie przeszkadzało mi to jednak. Lubię deszcz — jego zapach, jego rytm, jego obecność. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam kilka zdjęć. Chciałam zatrzymać tę ulotną chwilę.





Wkrótce jednak cisza zaczęła się kruszyć. Do moich uszu dotarły niskie, coraz bardziej natarczywe pomruki nadchodzącej burzy. I nagle — jak echo z przeszłości — przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam… Oto jego fragment:

...Gdy idzie na burzę,
zostań lepiej w domu.
Brawura jest głupia,
nie chroni od gromu...



— No tak — pomyślałam — tylko że ja już jestem poza domem. Nie mając wielkiego wyboru, przyspieszyłam kroku w stronę parkingu.

Nie boję się burz. Wiem, jak się zachować, znam ich naturę. Ale nie widzę sensu w niepotrzebnym wystawianiu się na próbę. Wolę podziwiać je z dystansu — wtedy są najpiękniejsze.

A jednak jest w tej historii coś więcej. W młodości, podczas wakacji u cioci, zostałam porażona piorunem kulistym. Może właśnie dlatego burze fascynują mnie do dziś.

Od tamtej pory zgłębiam ich tajemnice i wiem, że oprócz grozy niosą ze sobą także niezwykłe piękno.

Wyładowania elektryczne oczyszczają powietrze, nasycają je świeżością — jakby po każdej burzy świat zaczynał oddychać głębiej.

Wiem też, jak pomóc tym, którzy mieli mniej szczęścia. Porażenie piorunem najczęściej zatrzymuje oddech i serce. Wtedy liczy się każda sekunda — trzeba działać natychmiast.

Kiedy dotarłam do auta, deszcz lał już strugami, a niebo rozdzierały potężne błyskawice.

Nie odjechałam od razu. Przez kilkanaście minut siedziałam w środku, patrząc na ten niezwykły spektakl natury.

Nie czułam strachu. Samochód stał się moim schronieniem — zamkniętą przestrzenią, która jak klatka Faradaya odcinała mnie od żywiołu.

Wiedziałam, że nawet jeśli piorun uderzy, jego energia rozleje się po zewnętrznej powierzchni, nie naruszając wnętrza.

I tak siedziałam — między ciszą a burzą, między spokojem a potęgą natury — czując, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.


czwartek, 14 maja 2026

Dmuchawce — nie dmuchaj… jeśli chcesz być poważny

Dmuchawce mają jakąś dziwną moc przyciągania. Serio. Wystarczy jeden na horyzoncie i już człowiek czuje nieodpartą potrzebę, żeby podejść, zerwać i… dmuchnąć. Tego się chyba nie da oduczyć — to siedzi w nas od dzieciństwa.

No właśnie, dzieciństwo! Kto nie pamięta tych epickich prób zdmuchnięcia całego puchu za jednym razem? Nabierasz powietrza, skupienie jak przed startem w olimpiadzie i… dmuch! A potem oczywiście połowa nasion zostaje, więc poprawka musi być.



A ten biały puch? Oczywiście lądował wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. Włosy? Są. Ubrania? Pełno. Nos? Czemu nie. Buzi też się czasem dostało — gratis do zabawy. Ale kto by się tym przejmował, skoro śmiechu było więcej niż sprzątania.

I najlepsze jest to, że nic się nie zmieniło. Dziś niby jesteśmy dorośli, poważni, odpowiedzialni… a wystarczy dmuchawiec i cały ten wizerunek bierze w łeb.

Teraz tylko oficjalnie robimy to „dla dzieci” albo „dla wnuków”. Jasne. Prawda jest taka, że sami mamy z tego tyle samo frajdy — tylko trochę lepiej się maskujemy.


piątek, 1 maja 2026

Nastał maj — wiosna pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze

Wiosna przyszła niepostrzeżenie — jak to ma w zwyczaju. Najpierw nieśmiało, ledwie zauważalna, a potem już całkiem śmiało rozsiadła się w ogrodzie, na parapetach, w powietrzu.

Nagle zrobiło się cieplej, jaśniej, jakby ktoś odsunął ciężką zasłonę i wpuścił do świata więcej światła.

Teraz słońce świeci długo i spokojnie, a niebo ma ten szczególny odcień błękitu, który zdarza się tylko o tej porze roku. Człowiek łapie się na tym, że częściej się uśmiecha — tak po prostu, bez powodu.

Nastał maj. Najpiękniejszy miesiąc w roku. Zawsze, gdy nadchodzi, wydaje się, że coś się zaczyna — choć trudno powiedzieć co dokładnie. Może to tylko złudzenie, a może obietnica, którą wiosna składa co roku na nowo.

W Polsce maj ma jeszcze jeden wymiar — swoje małe święto codzienności. Majówka. Czas, kiedy dni płyną inaczej, wolniej, a zwykłe chwile nabierają znaczenia. Gdzieś w tle słychać śmiech, rozmowy, czasem muzykę.



Oby tylko pogoda dopisała. Tego życzmy sobie nawzajem... A będziemy mogli pięknie „majówkować” do woli... A później wspominać — oczywiście z uśmiechem na twarzy.


środa, 8 kwietnia 2026

Wczesnowiosenny szept zza woalu mgły

Kocham naturę — powracam do niej o każdej porze roku, jak do starej, dobrej opowieści. Las nigdy nie jest taki sam. Za każdym razem odsłania przede mną coś nowego — ciche piękno, obok którego nie sposób przejść obojętnie.

Tym razem powitały mnie mgły — lekkie, miękkie, jakby ktoś otulił drzewa delikatnym woalem. Snują się między pniami, zacierają kontury, zamieniają zwykły krajobraz w coś niemal baśniowego.

W tej mlecznej ciszy oddycha się inaczej — głębiej, spokojniej. Nawet szybki krok nie męczy, jakby ziemia na chwilę zapomniała o ciążeniu.

A jednak mgła potrafi też zadrżeć tajemnicą. Czasem coś przemknie, coś zaszeleści — i serce przyspiesza, krok zamienia się w bieg.

Lecz uciekając, dotleniam się jeszcze bardziej, śmiejąc się cicho i łapiąc oddech pełen wilgoci i życia.

A mgła tylko patrzy... A może też się śmieje — ze mnie.



środa, 1 kwietnia 2026

Wiosna w trybie prima aprilis

Już się wydawało, że sytuacja została opanowana. Po śnieżnym wybryku sprzed tygodnia temperatura zaczęła rosnąć, krajobraz łagodniał, a człowiek — naiwny z natury — powoli wracał do wiary w sens zmiany pór roku.

Wiosna znów dawała o sobie znać: było ją widać, było ją czuć, a przede wszystkim — było ją słychać. Ptaki darły dzioby z takim zapałem, jakby ktoś ogłosił konkurs na najbardziej entuzjastyczne powitanie sezonu.

I wtedy przyszedł 1 kwietnia. A właściwie noc poprzedzająca, bo najwyraźniej wiosna to nie tylko delikatne pąki i promienie słońca, ale również zamiłowanie do żartów sytuacyjnych. I to takich z rozmachem. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, za to z pełnym zaangażowaniem wybieliła świat na nowo, jakby uznała, że poprzednia wersja była jedynie szkicem koncepcyjnym.

Trzeba oddać sprawiedliwość: konsekwencję ma. Z poczuciem humoru bywa gorzej.

Bo ile razy można dać się nabrać na ten sam numer? Człowiek już wyciąga lżejszą kurtkę, planuje dłuższe spacery, prawie wierzy, że wszystko wraca do normy — i wtedy przychodzi ona, cała na biało, i mówi: „żartowałam”.

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto z powagą przypomni, że „kwiecień plecień” i że „taka jego uroda”. Owszem. Tylko że między urokiem a uporczywością istnieje jednak różnica, której najwyraźniej nikt w tej historii nie zamierza respektować.

Pozostaje więc przyjąć sytuację z godnością. Przełknąć tego — pożal się Boże — „psikusa” i robić swoje. Tym bardziej że lokalni drogowcy wykazali się większym poczuciem odpowiedzialności niż sama zainteresowana i od rana doprowadzili główne dróżki w lesie do stanu używalności.

Dzięki temu można było kontynuować aktywność fizyczną. Czyli kijkowanie — w moim przypadku... Mimo lekkiego zgrzytu poznawczego. Mimo scenerii, która uparcie ignoruje kalendarz.



A wiosna? Wiosna i tak wróci. Jak co roku — bez zaproszenia, bez przeprosin i z niezmiennym przekonaniem, że wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno.


sobota, 21 marca 2026

Wiosna przywitana… z częściowym morsowaniem

Pierwszy dzień wiosny postanowiłam uczcić godnie — czyli w lesie i w towarzystwie mojej najmłodszej wnuczki. Przy okazji chciałam ją uświadomić kulturowo i opowiedzieć, jak to dzieci w Polsce witają wiosnę. No bo przecież nie może dorastać w takiej niewiedzy.

Ruszyłyśmy zaraz po śniadaniu. Najpierw elegancko — dróżkami i ścieżkami. Ale jak wiadomo, prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się ścieżka, więc szybko przeszłyśmy na tryb „na przełaj”.

Drzewa sprawdzone — pierwsze pączki są. Wiosna działa. Można uznać za oficjalnie rozpoczętą.

Po drodze opowiadałam wnuczce o wiosennych zwyczajach w Polsce — o Marzannie, o Dniu Wagarowicza. Słuchała z zaciekawieniem, a pytań miała tyle, że nie sposób było zostawić któregokolwiek bez odpowiedzi. Szczególnie ta druga tradycja przypadła jej do gustu… dziwne, prawda?

No to w skrócie opowiedziałam jej jeszcze o zabawnych przygodach bohaterów mojej książki pt. „Wagarowicze mimo woli”*, którą napisałam wiele lat temu.

W końcu zaschło mi w ustach od tej edukacji, postanowiłam więc wyjść na skraj lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (studzienka panienki, rocznik 1909).



Plan był prosty: napić się wody, zapalić tradycyjnie świeczki na skałkach i wrócić do domu jako porządne, kulturalne osoby. Z wykonaniem, jak się okazało, wyszło nieco gorzej.

Miałyśmy dwie świeczki. Jedna… postanowiła zamieszkać w studzience, wypadając wnuczce z ręki. Oczywiście przypadkiem. Wnuczka posmutniała, więc babcia — bohaterka — ruszyła na ratunek.

Nachylam się, oceniam sytuację, wszystko pod kontrolą… i nagle: chlup!

Pomiar głębokości wykonany. Ręką. Po samą pachę. Bo zostałam delikatnie (bardzo delikatnie!) potrącona. Oczywiście niechcący. Jak zawsze.

Wnuczka się wystraszyła i w końcu się rozpłakała. Mnie też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera.

Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i zajęłam się uspokajaniem wnuczki. Powiedziałam, że nic mi się nie stało i że świeczkę i tak muszę wyciągnąć, żeby nikt sobie nie pomyślał, że zaśmiecamy studzienkę.

No i skoro głębokość studzienki (niespodziewanie) już poznałam, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam. Sukces!



Efekt uboczny: rękaw mokry, ręka zmarznięta, ogólne poczucie, że jednak wiosna jeszcze się z nami nie do końca zgadza.

— Biegiem do auta! — zarządziłam strategicznie.

I tak oto, śmiejąc się po drodze (głównie wnuczka), zakończyłyśmy powitanie wiosny w stylu: edukacja + przygoda + morsowanie w wersji light.

A żeby tradycji stało się zadość, opowiedziałam jej jeszcze historię z mojego dzieciństwa o pewnej niespodziewanej kąpieli*… choć w wersji nieco ocenzurowanej. W końcu babcia też musi mieć autorytet.


* Zabawnym przygodom wagarowiczy mimo woli nie było końca, ale były też i dramatyczne: "Wagarowicze mimo woli".

* Rzeczywiście niespodziewana to kąpiel była. Oj, bardzo: „Niespodziewana kąpiel”.


***

Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka


niedziela, 15 lutego 2026

Podrasowany do tragedii

Z początkiem wiosny, jak co roku, na drogi ruszają różnej maści motocykliści — i ich maszyny. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy.

Ich ryk słychać już z daleka. Śniegu u nas od dawna nie ma, więc jeżdżą. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka. Zwłaszcza tych ciężkich. W młodości przejechałam tysiące kilometrów na swoim motorze. Dlatego zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek go usłyszę.

Dziś też zareagowałam, choć byłam w domu, nie na ulicy. Siedziałam przy komputerze, przy uchylonych drzwiach do ogrodu, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk skutera.

Skąd wiedziałam, że to skuter? Po prostu wiedziałam. Od najmłodszych lat potrafię rozpoznać rodzaj motoru po jego silniku. Jednak dochodzący do mnie odgłos wydawał się zbyt donośny i zbyt piskliwy… Aż nagle rozległ się głośny łoskot i krzyk:
— „Scheisseee!”… i zapadła cisza.

Wystraszyłam się. Najbardziej tej ciszy. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę… O rany! Widok, jaki zastałam, zmroził mnie.

Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody chłopiec, może 16-letni. Metr dalej leżał jego skuter, a obok stało auto ze strzaskanym lewym bokiem.

Chłopiec miał całą zakrwawioną twarz. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka.

Po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie pięciu minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko — może jakieś pięćset metrów w dół ulicy. Po kolejnych kilku minutach przyjechał policyjny radiowóz.

Bardzo żałowałam tego chłopca. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam wielu gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie, i wróciłam do domu.

W domu doszłam do siebie, ale nie mogłam znaleźć miejsca. Widok tego biednego chłopca ciągle miałam przed oczami.

Wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy nie zostało uszkodzone.

Na ulicy spotkałam mojego wszystkowidzącego sąsiada.
— Pani sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał. — Już sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o nie, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.

— Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.

— Biedny?! Jaki biedny…?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.

— To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi go — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.

— Policja stwierdziła. Chłopak po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę… i się już najeździł!

— A gdzie byli jego rodzice, kiedy on to robił? Nie widzieli, co ich syn wyprawia? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.

— Widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet pomagał.

— Tym bardziej mi go żal — powiedziałam ciszej, bo poczułam napływające do oczu łzy.

Wracając do siebie, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia krwi na drogach. Bardzo to chwalebne.

W domu nie mogłam się skupić na pisaniu. Przypomniało mi się, że mój syn, jako nastolatek, też miał skuter i próbował podrasować silnik. Przyłapałam go na tym.
— O nie! Co to, to nie, synu! — ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam. Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego przyrzeczenia, i tak często sprawdzałam… Tak na wszelki wypadek. W myśl dobrze znanej nam wtedy — w czasie komunizmu — leninowskiej zasady: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


czwartek, 5 lutego 2026

O koszmarze rodzinnym w tle

Tego dnia znów trzymałam za guzik. Kominiarz pojawia się u mnie co roku o tej samej porze, więc i tym razem sięgnęłam po guzik niemal odruchowo. Choć nie — właściwie było to nieco wcześniej niż zwykle. Prawdopodobnie nawet bym tego nie zauważyła, gdyby nie sam kominiarz, który już w progu poinformował mnie z wyraźnym naciskiem, że zjawił się o trzy tygodnie przed terminem.

Za dwa dni wyjeżdżał na urlop. Chciał zamknąć wszystkie zlecenia przed wyjazdem, by na wczasach mieć spokojną głowę i prawdziwie wypocząć. W tym roku urlop przypadł mu wyjątkowo właśnie teraz — jak wyjaśnił — ponieważ przez ostatnie dwa miesiące mieszkała u nich jego teściowa.

Wszystko to wypowiedział jednym tchem, po czym natychmiast zabrał się do czyszczenia i sprawdzania stanu technicznego przewodów kominowych mojego pieca centralnego ogrzewania. Ja tymczasem poszłam do kuchni zaparzyć kawę.

Gdy wróciłam z dwiema filiżankami, na mój widok uśmiechnął się z ulgą.
— Wielkie dzięki, kawa bardzo mi się przyda — powiedział. — Jeszcze tylko jeden dom i mogę zacząć pakować się na wczasy. Trzy tygodnie wykupiłem, żeby zapomnieć o tym koszmarze z teściową w tle… choć właściwie nie w tle, a na pierwszym planie. Wykończyła mnie doszczętnie.

— Aż tak niedobra? — zapytałam ze współczuciem.

— Niedobra? — powtórzył z naciskiem. — To zbyt łagodne słowo. To alte Hexe*, nie teściowa. Przez te dwa miesiące zjadła mi pół zdrowia. Żonie również.

— To pańska żona nie mogła jakoś wpłynąć na swoją matkę?

— Skądże — machnął ręką. — Na nią nikt wpływu nie ma. Ona zawsze jest najlepsza, najmądrzejsza, najinteligentniejsza, najzaradniejsza… naj, naj i jeszcze raz naj. Tak o sobie mówi. I nikt nie może jej dorównać.

— No to faktycznie, zarozumiałość przez nią przemawia — skwitowałam.

— I to jaka — przytaknął. — Ale to wciąż nie najgorsze. Najgorsze jest to, że jeśli zwróci się jej uwagę choćby jednym, najmniejszym słówkiem, człowiek ma cały dzień stracony. Potrafi chodzić krok w krok i mówić bez przerwy, jak zepsute radio — skrzeczące, trzeszczące, wiercące w uszach. Jak żyję, nie spotkałem takiego babsztyla.

— A wie pan, kiedyś, już dawno temu, napisałam wiersz satyryczny o podobnej teściowej i opatrzyłam go stosowną ilustracją  — zachichotałam.

— Doskonały temat — ożywił się. — Czy mogłaby mi pani go przeczytać?

Zanim skończył pracę, nasłuchałam się jeszcze wielu historii. Niektóre były tak barwne, że nie sposób było się nie śmiać.

Sama jestem teściową — i to podwójną. A jednak z moją synową i zięciem żyję w serdecznej, przyjacielskiej zgodzie. Szanujemy się i lubimy. Jesteśmy w stałym kontakcie, mieszkamy blisko siebie, dosłownie rzut beretem. Na wczasy także często jeździmy razem, przy czym to właśnie zięć najczęściej nalega, bym do nich dołączyła. Czuję się w tych relacjach szczęśliwa — i, sądząc po wszystkim, oni również.

Dlatego trudno mi pojąć, dlaczego niektóre teściowe, zamiast być cichym, życzliwym wsparciem dla młodych małżeństw, świecą agresywnym światłem arogancji, zawiści, a czasem wręcz nienawiści. Czy tak postępują prawdziwe matki? Czy nie prościej — i nie mądrzej — żyć w zgodzie i wzajemnym szacunku?

Kiedy kominiarz zbierał się już do wyjścia, podziękował mi, że mógł się przede mną wygadać i sobie ulżyć. A ja mu na pożegnanie przeczytałam (czyt. przetłumaczyłam na język niemiecki) mój wiersz satyryczny:

Jestem teściową i czasem mnie trafia, 

Że w wicach wyglądamy gorzej niż mafia. 
Bo ta, choć groźna, ma poważanie.
A kim my jesteśmy, miłe panie?

Zewsząd słychać, nawet w eterze:

„Teściowo, ty stary rowerze!”
Tak nam dziękują za naszą krwawicę
I wciąż wymyślają durniejsze wice.


Ja na ten przykład, miłe panie,

Z wielką pasją spełniam swe zadanie.
Mój zięć szanowny mi nie podskoczy,
Gdyż go kontroluję w dzień i w nocy.

Czy dba o czystość, czy drżą mu ręce.

Czy nie ma ciągot do zezwierzęceń.
Czy się przypadkiem czymś nie zaraził.
Co mu przy ludziach z butów wyłazi.

Czy córce pomaga, czy zmywa talerze.

Jakoś blado wygląda — może coś bierze?
Jak z wiarą u niego, może niewierzący?
Czeka go wtedy schab z kwasem żrącym.

Podglądnę czasem przez dziurkę od klucza,

Czy w sypialni spełnia rolę, czy robi za buca.
Jaka jest jego gestów wymowa...
Czy czegoś nie tuszuje albo nie chowa.

Czy córce pomaga, czy zmywa talerze.
Jakoś blado wygląda — może coś bierze?
Jak z wiarą u niego, może niewierzący?
Czeka go wtedy schab z kwasem żrącym.


Podglądnę czasem przez dziurkę od klucza,

Czy w sypialni spełnia rolę, czy robi za buca.
Jaka jest jego gestów wymowa...
Czy czegoś nie tuszuje albo nie chowa.

Czy darzy córkę miłością bez granic,

Czy może biedulkę już miewa za nic.
Co on bełkocze, o czym jest mowa —
Wszystko rozszyfruję, bom jego teściowa!


Kominiarz słuchał w absolutnej ciszy, po czym spojrzał jeszcze na ilustrację do wiersza i wybuchnął głośnym śmiechem.

— Proszę pani — powiedział po chwili — teściowa z pani wiersza, w porównaniu z moją, to prawdziwy skarb. Es ist mein Ernst!”


* Alte Hexe — (niem.) stara wiedźma.

** Es ist mein Ernest — (niem.) mówię poważnie.


środa, 4 lutego 2026

Strażnicy białego lasu

W zimowym, białym przebraniu drzewa stają się strażnikami zaczarowanego lasu — dostojne i milczące, jakby czuwały nad snem ziemi. O każdej porze dnia i przy każdej pogodzie emanują spokojną magią, która zatrzymuje wędrowca i każe mu patrzeć dłużej. Wyglądają jak z kart dawnej baśni, gotowe, by ożyć, gdy nikt nie patrzy.

Uśpione pod śnieżnym całunem trwają w bezruchu, strzegąc tajemnic ukrytych głęboko pod korzeniami. Kryształki śniegu skrzą się na gałęziach niczym rozsypane diamenty, a wschodzące słońce — ostrożne i ciche — sączy zza smukłych sylwetek ciepłą, złocistą poświatę. Światło osiada na konarach, jakby chciało objąć drzewa i zatrzymać tę ulotną chwilę na zawsze.

Niech mi tylko ktoś powie, że biała zima w lesie nie jest piękna… To… to… to po prostu nie uwierzę. Bo tam, wśród strażników białego lasu, magia wciąż trwa — a ja właśnie mam ją przed oczami.




Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💗 Halszka


wtorek, 3 lutego 2026

Między skrzypieniem śniegu a ciszą

Zima przyszła cicho, choć nikt nie miał wątpliwości, że nadejdzie. Pewnego poranka świat obudził się przykryty białą kołdrą, a powietrze skrzyło się chłodem i ciszą. Jedni narzekali, inni milczeli z zachwytem — bo zima zawsze wybiera sobie serca, które chce zaczarować.

Tego dnia ruszyłam w drogę. Zaśnieżone ulice poprowadziły mnie jak ślady w bajce, aż do lasu, który stał nieruchomo, jakby wstrzymał oddech. Drzewa ubrane w białe płaszcze szeptały między sobą tajemnice, a mróz szczypał policzki, przypominając, że znalazłam się w jego królestwie.

Śnieg skrzypiał pod stopami niczym cicha melodia, a słońce — złote i nieśmiałe — zaglądało spomiędzy gałęzi tylko na chwilę, jakby bało się zakłócić czar. Czas zwolnił. Każdy krok był zaproszeniem, by iść dalej, głębiej, bez pośpiechu.

Gdy wracałam, wiedziałam już, że zima nie przyszła po to, by utrudniać życie. Przyszła, by na moment zatrzymać świat — i tych, którzy potrafią słuchać jej cichej opowieści.






Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


niedziela, 1 lutego 2026

Szadziowe drzewa i mglista bajka

Człowiek śpi nocą, a Matka Natura cicho, cierpliwie, z niewidzialną gracją, tworzy swoje dzieła. W mroźny, mglisty poranek las budzi się w srebrzystym blasku – gałęzie przybrane w lód, konary utkane z kryształowego pyłu, każdy zeschy listek lśni jak maleńkie lustro. Mgła wije się między drzewami, tańczy w powietrzu, spotyka mróz i w tej magicznej chwili powstaje szadź. Szadź, która wszystko odmienia, wszystko czyni ciche, wszystko czyni święte.

Aż dech zapiera. Aż serce bije mocniej. Drzewa stają się strażnikami zimy, majestatycznymi, dostojnymi, nieruchomymi, a jednak pełnymi życia. Cisza poranka wypełnia każdy zakamarek lasu, każdy krok wśród szeleszczących liści staje się świętem, staje się modlitwą. Nie sposób przejść obok nich obojętnie – nie sposób nie patrzeć, nie słuchać, nie czuć.

Wyglądają jak z bajki. Wyglądają, jakby ktoś obsypał świat kryształami, jakby ktoś zatrzymał czas. Gałęzie szeptają, mgła szepcze, lód migocze: „Uwiecznij mnie. Uwiecznij mnie, nim zniknę. Uwiecznij mnie, nim magia przeminie”.

I wtedy człowiek, choć śpiący, staje się częścią tej baśni, choć milczy, słyszy, choć nie rusza się, czuje.



Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


czwartek, 29 stycznia 2026

Śladami wędrowca o zmierzchu. Zimowa opowieść

Zima objęła świat władzą ciszy, jakby chciała sprawdzić, kto odważy się przez nią przejść. Jednych odstraszała chłodem, innych wabiła obietnicą ukrytego piękna.

Tego dnia przez las szedł wędrowiec — samotny, lecz uważny, stawiający kroki ostrożnie, jakby bał się zbudzić śpiącą magię.

Śnieg skrzypiał pod jego stopami niczym cichy znak, że las go dostrzega. Drzewa pochylały się nad ścieżką jak strażnicy dawnej baśni, a między ich nagimi ramionami przesączało się światło zachodzącego słońca.

Złote promienie oplatały wędrowca, barwiąc biel na miód i bursztyn, jakby chciały wskazać mu drogę albo zatrzymać go w tej chwili na zawsze.

Wędrowiec przystanął. Wiedział, że nie każdemu dane jest zobaczyć las w takiej odsłonie — gdy świat milknie, a rzeczywistość na krótką chwilę staje się opowieścią.




Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą" 


niedziela, 25 stycznia 2026

Medytacje w tańcu tybetańskich flag

Kiedy jestem w lesie — sama lub z kimś — niemal zawsze, przed powrotem do domu, kieruję kroki pod mój ulubiony stary dąb. To miejsce, do którego się wraca, nawet jeśli droga prowadzi gdzie indziej.

Pewnego letniego dnia zobaczyłam przywiązane do jego konarów tybetańskie flagi modlitewne. A właściwie — najpierw je usłyszałam. Furkotały cicho i radośnie na wietrze, jakby las nagle nauczył się szeptać w obcym języku.

Przez tyle lat wędrówek nigdy ich tu nie widziałam. Widocznie nie tylko ja uznałam to miejsce za swoje.

Od tamtej pory, ilekroć tu wracałam, zatrzymywałam się pod dębem na dłużej. Patrzyłam, jak kolorowe płótna poruszają się w rytmie powietrza. Pod koniec lata wiatr nadał im własną historię — postrzępił brzegi, osłabił sznur. Któregoś dnia zauważyłam, że z jednej strony się zerwał. Posztukowałam go jakoś i związałam na nowo, jakby chodziło o coś żywego.

Zimą rzadziej zapuszczałam się w tamtą stronę. Śnieg zmienił ścieżki w białe milczenie. Kiedy jednak pewnego dnia dotarłam pod dąb, widok był bolesny. Flagi leżały w śniegu — porwane, bezwładne. Podeszłam bliżej, odcięłam je scyzorykiem od drugiego drzewa i zwinęłam w rulon. Przypomniały mi się wtedy słowa mojej koleżanki, buddystki z Wietnamu: zniszczonych flag nie wolno wyrzucać. Trzeba je spalić.

Zabrałam je ze sobą. Na skraju lasu, w miejscu przeznaczonym na ogień, oddałam je płomieniom. Pomyślałam, że może ktoś — gdzieś — będzie mi za to wdzięczny. Może nawet ten, kto je tu zawiesił i nie zdążył się nimi zaopiekować.

Czym są te barwne skrawki materiału, które tak łatwo zapadają w pamięć? Historia tybetańskich flag modlitewnych sięga tysięcy lat wstecz. Dawniej uzdrowiciele układali kolorowe płótna w określonym porządku, wierząc, że w ten sposób przywracają ciału siły witalne.

Początkowo nie było na nich żadnych znaków. Pismo pojawiło się później. Kolory jednak — i ich kolejność — pozostały niezmienne. Symbolizują żywioły, z których utkany jest człowiek. Ich harmonia daje zdrowie ciału, spokój emocjom, jasność umysłowi i lekkość duchowi. Co symbolizują?

Żółty – ziemię
Zielony — wodę
Czerwony — ogień
Biały — powietrze, wiatr, chmury.
Niebieski — przestrzeń

Flagi zawiesza się na zewnątrz, by wiatr mógł wprawić je w ruch i nieść zapisane na nich mantry dalej — ponad lasami, domami i granicami.

Nie są prośbą ani błaganiem. Są obecnością. Uświęcają miejsce, w którym wiszą, a potem pozwalają wiatrowi robić to, co potrafi najlepiej — krążyć, oczyszczać i przekazywać dalej. Każde muśnięcie niesie błogosławieństwo tym, którzy znajdą się w zasięgu ich ruchu. A w końcu — całemu światu.

Z czasem kolory bledną, materiał się strzępi. Stare ustępuje nowemu. Tak jak wszystko. Koło życia nie zatrzymuje się ani na chwilę.

Buddyści zawieszają flagi w słoneczny poranek, wysoko — tam, gdzie przestrzeń jest najbardziej otwarta. Traktują je jak nośniki boskiej energii, z szacunkiem i uważnością. Gdy spełnią swoją rolę, wracają do ognia, by ich moc mogła przeniknąć wszystko i wszystkich dookoła.




------------------------------------------------------------------

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,

możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💗 Halszka


piątek, 16 stycznia 2026

Terapia krzykiem, wersja mobilna

Nie wiem, jak jest u innych, ale ja kocham auta. A właściwie jedno. Moje. Bo moje auto nie jest zwykłym środkiem transportu. Ono jest czymś znacznie więcej — moim drugim domem, azylem, miejscem wypoczynku i świątynią świętego spokoju.

Kiedyś, dawno temu, w czasach, gdy nerwy miałam cieńsze, a ludzie skuteczniej potrafili mnie doprowadzić do stanu wrzenia, robiłam zawsze to samo: chwytałam kluczyki, wskakiwałam do auta... i w rytmie głośnej muzyki techno ruszałam przed siebie.

Dokądkolwiek. Byle jechać. Z wiekiem nauczyłam się większego opanowania, ale magia jazdy pozostała.

Do dziś samochód działa na mnie jak najlepszy środek uspokajający. Uspokaja, relaksuje, poprawia nastrój — zwłaszcza w te dni, które najwyraźniej od rana miały wobec mnie złe zamiary.

Auto to mój przyjaciel. Szczególny. Rozmawiam z nim, głaszczę deskę rozdzielczą, czasem czule poklepię drzwi przy wsiadaniu. On to znosi. A nawet, śmiem twierdzić, odwzajemnia sympatię — przynajmniej jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Choć bywa, że w trakcie jazdy nagle zacznie mu coś dolegać, to do domu dowozi mnie zawsze. A potem pałeczkę przejmuje mój kochany syn — złota rączka od wszystkiego — który z równą czułością się nim zajmuje.

Samochód jest też jedynym miejscem, w którym człowiek może bezkarnie pofantazjować i — co ważniejsze — wykrzyczeć się do woli. Tak porządnie. Z rozmachem. Aż struny głosowe przypominają sobie, do czego zostały stworzone.

Psychologowie twierdzą, że krzyk pomaga w rozładowywaniu stresu. Mają do tego specjalne, dźwiękoszczelne gabinety. Ja postawiłam na wersję mobilną. Bez rejestracji, bez kolejek i bez faktury.

Po co płacić komuś za to, co mogę zrobić sama? Jestem dla siebie psychologiem, terapeutą, a w nagłych przypadkach nawet psychiatrą. I doskonale wiem, kiedy nadchodzi ten moment, w którym trzeba wrzasnąć na całe zło tego świata i sporą część ludzkości.

Wrzeszczę więc. Bez świadków. Wyłącznie w czasie jazdy — nigdy na postoju. Na postoju to już nie wypada. Poza tym istnieje realne ryzyko, że ktoś uznałby mnie za osobę wymagającą natychmiastowej interwencji służb, najlepiej z numerem 112 w roli głównej. A wizja wyciągania mnie siłą z mojego ukochanego auta jest absolutnie nie do zniesienia.

Dziś znów nadszedł ten dzień. Listonosz przyniósł pismo z policji, a wraz z nim mandat w wysokości stu euro, jeden punkt karny i fotografię, której nie powstydziłby się żaden list gończy. Przekroczenie prędkości? Trudno. Punkt karny? Przeżyję. Ale ta fotka… Czy naprawdę nie dało się uchwycić mnie w lepszym świetle?

No i jak tu nie krzyczeć? Krzyczałam. Długo i głośno, oczywiście w rytm muzyki techno. Pomogło natychmiast.



poniedziałek, 5 stycznia 2026

Gdy ma się szesnaście lat, świat jest nie tylko piękny

Kiedy miałam szesnaście lat, wydawało mi się, że cały świat tylko na mnie czeka — najlepiej z otwartymi ramionami i kanapką z masłem. Wraz z moją o rok starszą siostrzyczką Terenią postanowiłyśmy więc wyruszyć na wakacje do wujostwa w Krosnowicach koło Kłodzka. Ponieważ dysponowałyśmy wielkim majątkiem w postaci kilku banknotów na bilet PKP, postanowiłyśmy ten majątek zachować. A że logika szesnastolatek jest żelazna — pojechałyśmy stopem. Oczywiście bez wiedzy rodziców. Oczywiście, zdaniem naszym – dla ich dobra.

Jechało nam się całkiem nieźle, a nawet przyjemnie. Kierowcy ciężarówek zatrzymywali się chętnie, jakby całe życie marzyli, by przewieźć dwie młodziutkie turystki z walizką pełną marzeń.

Raz tylko zrobiło się mniej przyjemnie. Jednego kierowcę musiałam nauczyć dobrych manier siarczystym policzkiem, który zapamiętał na pewno na dłużej niż numer rejestracyjny swojego auta. W pewnym momencie bowiem prowadził już tylko jedną ręką, bo druga nagle zaczęła wycieczkę krajoznawczą po moich plecach. Zatrzymał się, wyrzucił nas z szoferki i odjechał. I bardzo dobrze. Z chamami nie jeździmy. No!

Dotarłyśmy jednak szczęśliwie do wujostwa, kieszonkowe ocalało, honor też, więc uznałyśmy, że bilans wyprawy jest nadzwyczaj korzystny. O autostopie nikt wiedzieć nie mógł — ani rodzice, ani wujostwo, ani nawet pies podwórkowy. I tak miało pozostać.

Na miejscu natychmiast się rozdzieliłyśmy. Terenia weszła już w fazę „tajemnicza panienka i spojrzenia starszych chłopców”, ja natomiast tkwiłam dzielnie w fazie „podstrzelony chłopczur, któremu w głowie tylko bieganie po drzewach i głupie pomysły”. Moi kuzyni — Rysiek, Zbyszek i Franek — poczuli się powołani przez samą opatrzność do zapewniania mi wrażeń. I zapewniali. Z nawiązką.


Oto zdjęcie stamtąd z Siostrzyczką. Chłopców (jej znajomych, a dla mnie starych facetów) wycięłam, bo mnie wkurzali. Do dziś patrzę na to ujęcie i myślę: „kurczę, co robi łapa jednego z nich na moim ramieniu, się pytam?!"


Nigdy nie zapomnę tych wakacji. To był czas, który człowiek odkłada sobie do serca jak najlepszy cukierek „na potem”. Wracam do niego myślami i wiem, że wracać będę do końca życia. Tyle tam było przygód – szalonych, trochę niebezpiecznych, bardzo zabawnych, a niektórych wręcz magicznych. Wtedy widziałam je oczami dziewczyny, która kochała wieś i tylko w wakacje mogła się nią naprawdę nasycić. Dzisiaj widzę je tak samo — tylko z większym rozczuleniem i paroma zmarszczkami

Pamiętam, jak budziłam się skoro świt, szczęśliwa jak skowronek po awansie. Siadałam na parapecie swojego okna na piętrze i wdychałam rześkie powietrze, które pachniało wszystkim naraz: rosą, latem, wolnością i czymś, czego do dziś nie potrafię nazwać. Słuchałam szumu Białej Lądeckiej płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał ogromny, poniemiecki dom wujostwa — majestatyczny niczym stary, mądry pies pilnujący całej doliny.

Z podwórza dobiegała do mnie pełna orkiestra: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Filharmonia Natury. A ja w środku tego wszystkiego i myśl jedna: „o rany, jak dobrze żyć”.

Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, lecz mój kuzyn Rysiek uważał, że człowiek o siódmej rano powinien nie kontemplować, tylko jeść. Wrzeszczał więc z dołu:

— Halszka, no co z tobą, do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!

Śniadania były królewskie. Tyle że król musiał przejść przez stajnię. Dosłownie. Do kuchni na dni powszednie prowadziła droga pomiędzy dwiema krowami i klaczą Kasztanką, która patrzyła na mnie z filozoficznym zrozumieniem, jakby mówiła: „witaj w życiu, dziecko”. Zapach był… cóż, stajenny. Ale ja uważałam, że ma w sobie coś z perfum szczęścia.

Chleb cioci, masło jej własnoręczne, miód od wujka z dziesięciu uli stojących tuż przy oknach — tego nie przebije żadna restauracja świata, choćby nawet podawała rosół ze złotej kury.

Po śniadaniu — hulaj dusza! Po łąkach, lasach, rzekach. Najpierw po dwóch: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, aż wreszcie po samej Nysie, do której ta pierwsza wpadała jak młodsza siostra do ramion starszej. Czysta, niczym niezmącona natura i my — kompletnie w niej zakochani.

Jeździliśmy starymi, przedwojennymi rowerami, które skrzypiały tak, jakby opowiadały nam własne wspomnienia. Kuzyn zmontował specjalnie dla mnie jeden egzemplarz z męską ramą, składając go z dwóch zdezelowanych „damek”.

Prawdziwy Frankenstein w wersji rowerowej. Pędziliśmy nim przez wieś, a ludzie oglądali się za nami – trudno się dziwić, bo skrzypienie było takie, jakbyśmy wozili na bagażniku duchy nieczyste.

Do południa mieliśmy czas na szaleństwa. Po pysznym obiedzie (najbardziej pamiętam ciociny rosół z kaczki opalanej słomą), pomagało się na polu, bo wakacje wakacjami, ale ziemniak sam się nie wykopie. Nic więc dziwnego, że biegaliśmy jak opętani — trzeba było zdążyć nałapać wrażeń na zapas.

I nałapaliśmy. Tyle, że po latach nie zostało mi nic innego, jak napisać powieść „Szalone wakacje”. Bo inaczej bym chyba pękła. A tytuł? No cóż — innego być nie mogło.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka