piątek, 16 stycznia 2026

Terapia krzykiem, wersja mobilna

Nie wiem, jak jest u innych, ale ja kocham auta. A właściwie jedno. Moje. Bo moje auto nie jest zwykłym środkiem transportu. Ono jest czymś znacznie więcej — moim drugim domem, azylem, miejscem wypoczynku i świątynią świętego spokoju.

Kiedyś, dawno temu, w czasach, gdy nerwy miałam cieńsze, a ludzie skuteczniej potrafili mnie doprowadzić do stanu wrzenia, robiłam zawsze to samo: chwytałam kluczyki, wskakiwałam do auta... i w rytmie głośnej muzyki techno ruszałam przed siebie.

Dokądkolwiek. Byle jechać. Z wiekiem nauczyłam się większego opanowania, ale magia jazdy pozostała.

Do dziś samochód działa na mnie jak najlepszy środek uspokajający. Uspokaja, relaksuje, poprawia nastrój — zwłaszcza w te dni, które najwyraźniej od rana miały wobec mnie złe zamiary.

Auto to mój przyjaciel. Szczególny. Rozmawiam z nim, głaszczę deskę rozdzielczą, czasem czule poklepię drzwi przy wsiadaniu. On to znosi. A nawet, śmiem twierdzić, odwzajemnia sympatię — przynajmniej jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Choć bywa, że w trakcie jazdy nagle zacznie mu coś dolegać, to do domu dowozi mnie zawsze. A potem pałeczkę przejmuje mój kochany syn — złota rączka od wszystkiego — który z równą czułością się nim zajmuje.

Samochód jest też jedynym miejscem, w którym człowiek może bezkarnie pofantazjować i — co ważniejsze — wykrzyczeć się do woli. Tak porządnie. Z rozmachem. Aż struny głosowe przypominają sobie, do czego zostały stworzone.

Psychologowie twierdzą, że krzyk pomaga w rozładowywaniu stresu. Mają do tego specjalne, dźwiękoszczelne gabinety. Ja postawiłam na wersję mobilną. Bez rejestracji, bez kolejek i bez faktury.

Po co płacić komuś za to, co mogę zrobić sama? Jestem dla siebie psychologiem, terapeutą, a w nagłych przypadkach nawet psychiatrą. I doskonale wiem, kiedy nadchodzi ten moment, w którym trzeba wrzasnąć na całe zło tego świata i sporą część ludzkości.

Wrzeszczę więc. Bez świadków. Wyłącznie w czasie jazdy — nigdy na postoju. Na postoju to już nie wypada. Poza tym istnieje realne ryzyko, że ktoś uznałby mnie za osobę wymagającą natychmiastowej interwencji służb, najlepiej z numerem 112 w roli głównej. A wizja wyciągania mnie siłą z mojego ukochanego auta jest absolutnie nie do zniesienia.

Dziś znów nadszedł ten dzień. Listonosz przyniósł pismo z policji, a wraz z nim mandat w wysokości stu euro, jeden punkt karny i fotografię, której nie powstydziłby się żaden list gończy. Przekroczenie prędkości? Trudno. Punkt karny? Przeżyję. Ale ta fotka… Czy naprawdę nie dało się uchwycić mnie w lepszym świetle?

No i jak tu nie krzyczeć? Krzyczałam. Długo i głośno, oczywiście w rytm muzyki techno. Pomogło natychmiast.