Kamienie były ze mną od zawsze. Zanim nauczyłam się nazywać świat, już czułam ich ciężar w dłoniach i chłód, który koił. Fascynują mnie wszystkie — te ogromne, stare jak czas, wykuwane cierpliwie przez Matkę Naturę, po których można iść, wspinać się, a czasem tylko trwać przy nich w milczeniu. I te mniejsze, którym człowiek nadał kształt, sens i pamięć, zamykając je w formie sztuki.
Najbliższe są mi jednak kamyczki maleńkie. Te, które mieszczą się w kieszeni, a niosą w sobie całe światy. Zbieram je bez planu i bez powodu — tam, gdzie akurat zatrzyma mnie los. Gładkie i szorstkie, jasne i ciemne, niepozorne. Najpiękniejsze są te, które pamiętają życie: odcisk muszli, ślad rośliny, echo istnienia sprzed tysięcy lat.
Już w dzieciństwie miały w moim domu własne miejsce — jakby od zawsze należały do mnie.
Każdy kamyk jest opowieścią. Nie tylko o sobie, lecz także o mnie. O drodze, którą wtedy szłam, o myślach, które mi towarzyszyły, o chwili, w której się spotkaliśmy.
Są jak ciche świadectwa czasu — drobne znaki pamięci, których nie sposób wyrzucić ani zapomnieć. Ich wartość żyje poza liczbami.
Także kamienie szlachetne przemawiają do mnie swoim językiem. Jestem kobietą — to naturalne. Lecz nie blask jest tu najważniejszy. Bardziej pociąga mnie to, czego nie widać: ukryta energia, wewnętrzne światło, tajemnica drzemiąca pod chłodną powierzchnią.
Wierzę, że każdy kamień, który narodził się z wnętrza ziemi, niesie w sobie własną moc. Od wieków towarzyszą człowiekowi w leczeniu, w pielęgnacji ciała i duszy, w cichych rytuałach. Odpowiednio dobrany potrafi ukoić, wzmocnić, ochronić — jakby rozumiał tych, którzy po niego sięgają.
Kamienie nie są przypadkowe. Każdy z nich działa inaczej, zgodnie ze swoją naturą i historią zapisaną w strukturze. Trzeba tylko zwolnić krok, otworzyć dłoń i nauczyć się słuchać tego, co mówią bez słów.
