poniedziałek, 5 stycznia 2026

Gdy ma się szesnaście lat, świat jest nie tylko piękny

Kiedy miałam szesnaście lat, wydawało mi się, że cały świat tylko na mnie czeka — najlepiej z otwartymi ramionami i kanapką z masłem. Wraz z moją o rok starszą siostrzyczką Terenią postanowiłyśmy więc wyruszyć na wakacje do wujostwa w Krosnowicach koło Kłodzka. Ponieważ dysponowałyśmy wielkim majątkiem w postaci kilku banknotów na bilet PKP, postanowiłyśmy ten majątek zachować. A że logika szesnastolatek jest żelazna — pojechałyśmy stopem. Oczywiście bez wiedzy rodziców. Oczywiście, zdaniem naszym – dla ich dobra.

Jechało nam się całkiem nieźle, a nawet przyjemnie. Kierowcy ciężarówek zatrzymywali się chętnie, jakby całe życie marzyli, by przewieźć dwie młodziutkie turystki z walizką pełną marzeń.

Raz tylko zrobiło się mniej przyjemnie. Jednego kierowcę musiałam nauczyć dobrych manier siarczystym policzkiem, który zapamiętał na pewno na dłużej niż numer rejestracyjny swojego auta. W pewnym momencie bowiem prowadził już tylko jedną ręką, bo druga nagle zaczęła wycieczkę krajoznawczą po moich plecach. Zatrzymał się, wyrzucił nas z szoferki i odjechał. I bardzo dobrze. Z chamami nie jeździmy. No!

Dotarłyśmy jednak szczęśliwie do wujostwa, kieszonkowe ocalało, honor też, więc uznałyśmy, że bilans wyprawy jest nadzwyczaj korzystny. O autostopie nikt wiedzieć nie mógł — ani rodzice, ani wujostwo, ani nawet pies podwórkowy. I tak miało pozostać.

Na miejscu natychmiast się rozdzieliłyśmy. Terenia weszła już w fazę „tajemnicza panienka i spojrzenia starszych chłopców”, ja natomiast tkwiłam dzielnie w fazie „podstrzelony chłopczur, któremu w głowie tylko bieganie po drzewach i głupie pomysły”. Moi kuzyni — Rysiek, Zbyszek i Franek — poczuli się powołani przez samą opatrzność do zapewniania mi wrażeń. I zapewniali. Z nawiązką.


Oto zdjęcie stamtąd z Siostrzyczką. Chłopców (jej znajomych, a dla mnie starych facetów) wycięłam, bo mnie wkurzali. Do dziś patrzę na to ujęcie i myślę: „kurczę, co robi łapa jednego z nich na moim ramieniu, się pytam?!"


Nigdy nie zapomnę tych wakacji. To był czas, który człowiek odkłada sobie do serca jak najlepszy cukierek „na potem”. Wracam do niego myślami i wiem, że wracać będę do końca życia. Tyle tam było przygód – szalonych, trochę niebezpiecznych, bardzo zabawnych, a niektórych wręcz magicznych. Wtedy widziałam je oczami dziewczyny, która kochała wieś i tylko w wakacje mogła się nią naprawdę nasycić. Dzisiaj widzę je tak samo — tylko z większym rozczuleniem i paroma zmarszczkami

Pamiętam, jak budziłam się skoro świt, szczęśliwa jak skowronek po awansie. Siadałam na parapecie swojego okna na piętrze i wdychałam rześkie powietrze, które pachniało wszystkim naraz: rosą, latem, wolnością i czymś, czego do dziś nie potrafię nazwać. Słuchałam szumu Białej Lądeckiej płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał ogromny, poniemiecki dom wujostwa — majestatyczny niczym stary, mądry pies pilnujący całej doliny.

Z podwórza dobiegała do mnie pełna orkiestra: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Filharmonia Natury. A ja w środku tego wszystkiego i myśl jedna: „o rany, jak dobrze żyć”.

Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, lecz mój kuzyn Rysiek uważał, że człowiek o siódmej rano powinien nie kontemplować, tylko jeść. Wrzeszczał więc z dołu:

— Halszka, no co z tobą, do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!

Śniadania były królewskie. Tyle że król musiał przejść przez stajnię. Dosłownie. Do kuchni na dni powszednie prowadziła droga pomiędzy dwiema krowami i klaczą Kasztanką, która patrzyła na mnie z filozoficznym zrozumieniem, jakby mówiła: „witaj w życiu, dziecko”. Zapach był… cóż, stajenny. Ale ja uważałam, że ma w sobie coś z perfum szczęścia.

Chleb cioci, masło jej własnoręczne, miód od wujka z dziesięciu uli stojących tuż przy oknach — tego nie przebije żadna restauracja świata, choćby nawet podawała rosół ze złotej kury.

Po śniadaniu — hulaj dusza! Po łąkach, lasach, rzekach. Najpierw po dwóch: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, aż wreszcie po samej Nysie, do której ta pierwsza wpadała jak młodsza siostra do ramion starszej. Czysta, niczym niezmącona natura i my — kompletnie w niej zakochani.

Jeździliśmy starymi, przedwojennymi rowerami, które skrzypiały tak, jakby opowiadały nam własne wspomnienia. Kuzyn zmontował specjalnie dla mnie jeden egzemplarz z męską ramą, składając go z dwóch zdezelowanych „damek”.

Prawdziwy Frankenstein w wersji rowerowej. Pędziliśmy nim przez wieś, a ludzie oglądali się za nami – trudno się dziwić, bo skrzypienie było takie, jakbyśmy wozili na bagażniku duchy nieczyste.

Do południa mieliśmy czas na szaleństwa. Po pysznym obiedzie (najbardziej pamiętam ciociny rosół z kaczki opalanej słomą), pomagało się na polu, bo wakacje wakacjami, ale ziemniak sam się nie wykopie. Nic więc dziwnego, że biegaliśmy jak opętani — trzeba było zdążyć nałapać wrażeń na zapas.

I nałapaliśmy. Tyle, że po latach nie zostało mi nic innego, jak napisać powieść „Szalone wakacje”. Bo inaczej bym chyba pękła. A tytuł? No cóż — innego być nie mogło.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka