Tunele, jak wiadomo, służą do tego, żeby skracać drogę. Przynajmniej w teorii. W praktyce bowiem istnieje też druga, całkiem liczna grupa ludzi, dla których tunele są po to, by je omijać. Ja należę do tej drugiej. Z przekonania. Z doświadczenia. Z urazu.
Mój uraz ma rodowód dziecięcy i kolejowy, a jego ojcem chrzestnym był pewien nierozgarnięty konduktor. Jechałyśmy z Mamusią pociągiem na wakacje do rodziny koło Kłodzka. Miałam siedem lat i już wtedy intuicyjnie wyczuwałam, że mroczne dziury w ziemi nie będą moimi ulubionymi miejscami na świecie.
Po przejechaniu przez dwie długie, czarne jak paszcza potwora czeluście zachciało mi się siusiu. Problem polegał na tym, że bardzo bałam się iść do toalety — bo a nuż pociąg wjedzie do kolejnego tunelu. Mamusia, chcąc mnie uspokoić, zapytała konduktora, czy jakieś jeszcze przed nami. Ten zapewnił z pełnym przekonaniem, że absolutnie nie. Słowo konduktora — rzecz święta. Jak się później okazało: raczej świecka.
No więc poszłam. Grzecznie. Z uśmiechem. Z dziecięcą ufnością w dorosłych. I wtedy, już w środku, usłyszałam zgrzyt zamka od zewnętrznej strony drzwi. A chwilę później — trzask, prask… i pociąg wjechał dokładnie tam, gdzie miał nie wjechać.
O rany. Cóż to był za łoskot! Cóż za smród! A dodam tylko, że okno było otwarte na oścież.
Okazało się, że konduktor — zgodnie z przepisami — zamknął ubikację, bo w tunelu korzystać z niej nie wolno. Najwyraźniej zapomniał o tym, co przed chwilą mówił mojej Mamusi. Albo po prostu miał to gdzieś. Fakt faktem: nie zainteresowało go, że w środku może być siedmioletnie dziecko, które właśnie przeżywa inicjację w horror kategorii „kolejowy”.
Od tamtej pory tunele stały się moim osobistym wrogiem publicznym numer jeden. Przez kilka kolejnych lat Tatuś, który często jeździł służbowo do Jawora, zabierał mnie ze sobą i po drodze wysadzał u wujostwa — byleby tylko ominąć trasę tunelową.
Z czasem odwagi mi trochę przybyło. Trasę pokonywałam, owszem, ale zawsze z duszą na ramieniu. Dyskretnie. Po cichu. Jak bohaterka, która udaje, że wcale się nie boi.
Aż do dnia, kiedy los uznał, że warto mi przypomnieć, kto tu rządzi. Było to już w Niemczech, za Stuttgartem, w upalny sierpniowy dzień. Jechałam z dziećmi samochodem. W tunelu zdarzył się wypadek. Staliśmy w korku mniej więcej w połowie, dusząc się spalinami, podczas gdy klimatyzacja z godnością przegrywała walkę o świeże powietrze. Auta toczyły się jak żółwie na urlopie.
I wtedy — bum! Wybuch pod maską, kłęby pary i serce w gardle. W chłodnicy zagotowała się woda, a para z hukiem wysadziła korek. Strachu najedliśmy się tyle, że starczyłoby dla całej wycieczki szkolnej. Tym bardziej że ciasne i zamknięte przestrzenie zawsze działały na nas podejrzanie nerwowo. Rodzinna cecha. Może jeszcze nie klaustrofobia, ale jej młodsza, złośliwa kuzynka.
Z tunelu w końcu wyjechaliśmy. Chłodnicę podratowała butelka wody mineralnej, a moje dzieci od tamtej pory oficjalnie dołączyły do Klubu Antytunelowców. Nawet dziś, jako dorośli ludzie, objazdy wyszukują z godną podziwu konsekwencją.
Dlatego też, jadąc do Włoch przez Przełęcz Świętego Gotarda, zawsze — jeśli tylko było to możliwe — wybieraliśmy drogę nad tunelem. I słusznie. Przełęcz jest piękna, widoki zapierają dech w piersiach, a fragmenty tunelu ogląda się z bezpiecznej wysokości. Same plusy. Zero klaustrofobii.
Niestety, bywa, że droga nad tunelem jest zamknięta. Wtedy nie ma zmiłuj. Trzeba zamienić się w kreta i wjechać pod ziemię. Gotard szczególnie nie pomaga w budowaniu dobrego nastroju — siedemnaście kilometrów mroku i świadomość, że pochłonął już sporo ofiar, skutecznie studzą entuzjazm.
Myślałam, że na tym moja tunelowa trauma się zakończy. Myliłam się. Trzecia przygoda przyszła niedawno. Z własnej głupoty.
Wybrałam się z najmłodszym wnukiem na przejażdżkę rowerową. W mieście odbywał się wielki Bike-Marathon, więc pojechaliśmy poza jego granice. Gdy wracaliśmy, maraton właśnie się kończył. Odwiozłam wnuczka do domu i ruszyłam w stronę swojego — drogą wzdłuż tunelu. Przez tunel rowerami jeździć nie wolno. Znaki mówią jasno. Ja też to wiedziałam.
I wtedy — niespodzianka. Obsługa maratonu zamknęła mi wjazd na drogę nad tunelem. Dosłownie przed nosem. Sekundy. Ułamek sekundy. Myślenie wyłączone.
Szlaban trach. Ja odbijam. I bach — prosto do tunelu. A tam nie było już odwrotu.
To była jazda. Ciemność. Huk silników. Spaliny. Przeciąg jak w odkurzaczu przemysłowym. W najniższym punkcie tunelu podmuch powietrza tak mną rzucił, że o mało nie wylądowałam pod kamperem jadącym z naprzeciwka. Światełko na rowerze? Oczywiście, że nie.
A jakby tego było mało, dołączyły jeszcze klaksony aut weselników, którzy właśnie wjechali do tunelu, celebrując miłość na pełen regulator.
Myślałam, że to mój koniec. Pedałowałam jak w Tour de France, modląc się o światło na końcu tej betonowej czeluści... I było. Tunel się skończył. Ja przeżyłam.
Dzieci najpierw się wystraszyły, potem mnie ochrzaniły, że mnie znów gdzieś poniosło, a na końcu wszyscy śmialiśmy się do łez. Wnuki ukuły nawet anegdotę: „Jak to babcię przez tunel wichry gnały”.
Po jakimś czasie poświęciłam się i specjalnie pojechałam autem przez tunel, aby zrobić zdjęcie dla zobrazowania swoich przeżyć.
Zdania jednak nie zmieniłam. Nadal uważam, że tunele są po to, żeby jedni skracali sobie drogę do destynacji, a inni — omijali je, gdzie się da i jak tylko się da... Chyba że się nie da.
***
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne, często humorystyczne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka

