Czterdzieści lat temu — a może i trochę dawniej, bo czas lubi udawać niewiniątko — po polskich drogach panoszył się król motoryzacji: Fiat 126p. „Maluch” dla narodu, a dla mnie dumnie brzmiąca „Miniaturka Krążownika Szos”. Niewielki z wyglądu, lecz z ego co najmniej ciężarówki TIR. Produkowano go w latach 1973–2000, a on przez te wszystkie lata mrugał do ludzi reflektorami, jakby mówił: „No, wsiadaj, damy radę… jakoś”.
Był mały, prosty i tani w naprawach, czyli dokładnie taki, jakiego Polska wtedy potrzebowała i jakiemu mechanicy mówili serdeczne „dzień dobry” częściej niż własnym żonom. Zmieniał oblicze polskiej motoryzacji — zwłaszcza to oblicze, które z nosem niemal na przedniej szybie, z rodziną i ogromnymi bagażami, ruszało na wakacje.
Oczywiście przeznaczony był „dla ludu”. Tak zarządził Edward Gierek, który sam — dla równowagi — jeździł luksusową limuzyną Cadillac Fleetwood. Z Maluchem co najwyżej mógł się minąć na drodze. I to ostrożnie.
Miałam dwa maluchy. Jeden po drugim, bo jak się pokocha, to się nie odkochuje od razu. Tym pierwszym, w kolorze zgniłej zieleni, pół Polski objeździliśmy z dziećmi w czasie wakacji. Do dziś nie wiem, jakim cudem mieściło się w nim tyle bagażu. Może miał jakąś tajemną czarną dziurę między siedzeniami.
Po drodze przewinął się co prawda Fiat 125p — duży, biały, prawie jak statek kosmiczny na nasze czasy — ale długo nim nie pojeździłam. Serce i tak ciągnęło ku małemu. I znów kupiłam Malucha. Tym razem czerwonego, jakby na wypadek, gdyby chciał się wyróżniać w śniegu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się wyróżni.
Miał jedną wadę charakteru. A może i dwie. Kiedy bardzo się śpieszyłam, udawał artystę z kaprysem i mówił: „nie dziś”. Stawał obrażony, nie chciał zapalić, a ja musiałam wyskakiwać zza kierownicy i, niczym chirurg motoryzacyjny, odpalać go od tyłu przy pomocy linijki — tego najważniejszego narzędzia w mojej karierze mechanika-amatora. Papiery inżyniera nie były potrzebne. Wystarczył spokój, godność osobista i linijka. Aż nadszedł dzień Wigilii.
Świat wyglądał jak pocztówka: wszędzie śnieg, zaspy jak Himalaje, drogi śliskie jak świeżo nawoskowana podłoga w szkole. Wracałam od przyjaciółki z innego miasta, oddalonego o czterdzieści kilometrów.
Dojeżdżając już do swojego miasta, tuż przed tablicą z jego nazwą, mój czerwony bohater postanowił zaprezentować lotniczy pokaz akrobacyjny. Najpierw dwa razy przekoziołkował w powietrzu, a potem wylądował w rowie. Na moment straciłam przytomność.
Nagle usłyszałam męskie głosy. Dużo głosów. Bardzo blisko. To nie były anioły, choć okoliczności wskazywały na nie. To byli żołnierze z pobliskiego poligonu. Przybiegli całą chmarą i patrząc na Malucha w rowie, głośnym chórem orzekli:
— Nie żyje!
Na szczęście chwilę później zaczęłam się ruszać, a oni, z nie mniejszym przejęciem, krzyknęli:
— Żyje! Żyje! Wyciągamy ją!
Tyle emocji w tak krótkich zdaniach dawno nie widziałam. Wyciągnęli mnie bardzo delikatnie. Nic mnie nie bolało — do chwili, kiedy usiadłam na kocu, który pojawił się tam znikąd, jak rekwizyt w teatrze. Wtedy dopiero poczułam ból głowy. Okazało się, że podczas moich powietrznych akrobacji zostałam solidnie potraktowana doniczkami z gwiazdami betlejemskimi, które wiernie, choć agresywnie, towarzyszyły mi na tylnym siedzeniu. To był prezent od mojej przyjaciółki, która miała swoją ogromną kwiaciarnię.
Na szczęście głowę mam twardą. Oprócz guzów i siniaków nic poważnego mi się nie stało. Pasy bezpieczeństwa mnie uratowały — w aucie czułam wyraźnie, jak mocno mnie trzymały.
Żołnierze nie odpuścili. Jeden wziął mnie na ręce jak w filmie romantycznym, choć sceneria przypominała bardziej komedię akcji, i zawieźli mnie ciężarówką wojskową do szpitala. Lekarze orzekli: cała, bez wstrząsu mózgu. Mózg na miejscu, myśli też, choć trochę rozbiegane.
W międzyczasie inni żołnierze wyciągnęli mojego Maluszka z rowu i postawili w zatoczce za tablicą miasta.
Po krótkim czasie zaczęłam działać organizacyjnie, bo Wigilia Wigilią, ale Maluch sam się nie ściągnie. A wyglądał biedulek jak po bitwie pod Grunwaldem: karoseria poharatana, lakier wspomnieniem.
Na szczęście znajomy miał brata z warsztatem. Po tygodniu auto było wyklepane i pomalowane. Z małym szczegółem — z czerwonego stało się białe, bo tylko taki lakier był w magazynie na stanie. Cóż, mój Maluch (chyba pomylił święta) złożył się jak baranek paschalny i narodził na nowo. W bieli.
To był mój pierwszy wypadek samochodowy. I — oby tak zostało — ostatni.
Tym Maluchem też już długo nie pojeździłam. Po paru miesiącach wyjechałam do Niemiec. Przed wyjazdem sprzedałam go za pół darmo koleżance, z którą pracowałam w szkole, bo serce nie liczy na kalkulatorze. Nestety, ktoś szybko ukradł go spod jej domu. Hmm… widać, że to jakiś pechowy Maluszek był.
Po latach, jak później słyszałam, Maluch był coraz bardziej lekceważony — i kto by pomyślał, że w obecnych czasach stanie się pełnoprawnym klasykiem, i to z rzeszą wiernych miłośników. Dziś stoi dumnie na zlotach, błyszczy, pozuje do zdjęć i śmieje się reflektorami jakby mówił:
— No i co? A jednak byłem gwiazdą.
Ha, i ja w tym filmie też miałam swoją rolę.
***
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka
