INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baśń. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 25 listopada 2025
niedziela, 22 czerwca 2025
piątek, 2 maja 2025
Taren, bojownik o wolność i jego dramat...
* Saren — bogini miłości, opiekunka dzieci
* Arion — niesamowicie szybki koń, dar bogów
* zemsta bojów mierzi — Kodeks bojowników o wolność nie pozwala na zemstę
sobota, 26 kwietnia 2025
środa, 23 kwietnia 2025
wtorek, 22 kwietnia 2025
niedziela, 10 lutego 2019
Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (XI/XI)
Kiedy Napolcio otworzył oczy, na dworze już świtało. Czuł się zupełnie wyspany i wypoczęty. Natychmiast zerwał się na nogi. Pozbierał z ziemi swoje rzeczy, i zakładając je po drodze na siebie, kierował się do wyjścia z groty. Wychodząc, spojrzał jeszcze na śpiące dziewczyny. Uśmiechnął się szeroko do siebie, bo zobaczył, że obie wtulone w siebie śpią spokojnym snem, a nad ich głowami czuwa Pegazus. Pegazus wprawdzie spał również, stojąc w szerokim rozkroku ze spuszczonym łbem, ale najważniejsze, że był. Znał swego wiernego konia i wiedział, że w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zawsze może liczyć na jego instynkt zwierzęcy.
Będąc
już na zewnątrz, zaczął się rozglądać za swoimi druhami.
Chciał z nimi ustalić jak będzie wyglądała ich droga powrotna. W
obozowisku było jeszcze zupełnie cicho. Wszyscy spali snem
sprawiedliwego. Spokojnie i twardo. Nigdzie w pobliżu swoich druhów
nie widział, ale gdy tak się za nimi rozglądał, zrazu coś mu się
w oczy rzuciło. Spostrzegł jasną łunę bijącą z przeciwległego
brzegu jeziora. Zastanowił się na moment, co też to może być?
Nie czekał jednak aż mu się to samo z czymś skojarzy, tylko
puścił się biegiem w tamtym kierunku. Na szczęście Jezioro
Bardeńskie nie było aż tak duże, i kiedy po paru minutach dobiegł
do jego połowy, mógł już stwierdzić naocznie skąd ta łuna.
Tylko co ona oznacza, jeszcze nie wiedział. Otóż okazało się, że
na przeciwległym brzegu jeziora stała oświetlona srebrna kareta
zaprzężona w trzy pary siwych koni. Na karecie siedziało dwóch
stangretów odzianych w srebrne uniformy. Dach karety był cały
obładowany jakimiś wiklinowymi koszami. Napolcio zdumiał się
bardzo, a i trochę zaniepokoił. Ale kiedy dobiegał coraz bliżej
karety, spostrzegł koło niej swoich druhów i Rolanda. Uspokoił
się natychmiast, bo to oznaczało, że nic złego dziać się nie
może. Zwolnił nieco biegu, i patrząc ciągle na karetę, zbliżał
się do niej bez żadnych już obaw. Jakie było jego zaskoczenie,
kiedy nagle w oknie karety ujrzał głowę wróżki Saggity. Znów
puścił się szybkim biegiem i wnet stanął obok niej.
— Wróżko
Saggito, a cóż to ciebie sprowadza w te strony? — zapytał,
ujmując w swe dłonie wystającą z okna karety dłoń wróżki.
— Pomyślałam,
że wszyscy z pewnością jesteście bardzo głodni i przywiozłam
wam prowiant — rzekła wróżka Saggita ciepłym głosem.
— Jesteś
najcudowniejszą wróżką na świecie, wróżko Saggito! — zawołał
Napolcio. — Właśnie to była jedyna rzecz, która mnie bardzo
smuciła i której tutaj nie mogłem sprostać. I ty, wróżko
Saggito, najwspanialsza wróżko z wróżek, znów przyszłaś mi z
pomocą. Dziękuję ci z całego serca!
— Nie
musisz mi dziękować, Królu Napoleonie. Zrobiłam tylko to, co
mogłam — zaśmiała się wróżka Saggita. — Przywiozłam wam
świeże maślane bułeczki i mleko. Jedzcie na zdrowie. Powinno wam
wszystkim wystarczyć, aż dojedziecie do twojego pałacu,
Najjaśniejszy Królu. Obliczyłam to… Stangreci, proszę ściągnąć
kosze!
— Papkoj,
Sławoj, Roland, pomóżcie! — zawołał Napolcio.
— Na
rozkaz! — wyrwało się jednocześnie z trzech gardeł.
Po chwili
wszystkie kosze stały już na ziemi i dookoła unosił się
drażniący nozdrza wspaniały zapach świeżych bułeczek.
Wróżka
Saggita ruszyła w dalszą drogę. Nie chciała zatrzymać się na
dłużej, gdyż zamierzała zrobić sobie jeszcze małą wycieczkę
po Puszczy Badeńskiej. Ale zanim odjechała, rzekła do Napolcia:
— Królu
Napoleonie, jestem szczęśliwa, że odnalazłeś Księżniczkę
Indię oraz cały orszak królewski. Jesteś wspaniałym Królem.
Dumna jestem, że mogę żyć w twoim królestwie.
— To
dzięki tobie, wróżko Saggito, udało mi się moją ukochaną Indię
odnaleźć — odrzekł Napolcio w wielkim uniesieniu i sięgnął za
pazuchę. — To ja dumny jestem, że w moim królestwie mieszka tak
cudowna istota. Wróżko Saggito, mam nadzieję, że przybędziesz
dzisiaj wieczorem na nasze wesele? Zapraszam ciebie wraz z
Księżniczką Indią całym sercem… A oto mój pierścień
królewski, proszę przyjmij go w podzięce…
— Ależ
Królu Napoleonie, nic od ciebie nie przyjmę. Jestem szczęśliwa,
że mogłam pomóc. Twoje szczęście jest mi podzięką. A za dobre
słowa i zaproszenie dziękuję z całego serca. Na wesele Jego
Królewskiej Mości i Księżniczki Indii przybędę na pewno —
śpiewnym głosem mówiła wróżka Saggita. — A teraz, Królu
Napoleonie, proszę, daj mi tę pochodnię. Nie będzie ci już
potrzebna.
— A
więc to ty, wróżko Saggito…? — Napolcio zdumiał się bardzo.
— Och, a ja myślałem, że to mój ojciec…
— I
dobrze myślałeś, Królu — zaśmiała się tajemniczo wróżka. —
Twój ojciec też.
Napolcio
głęboko przejął się słowami wróżki. Jakże mógłby się nie
przejąć, przecież chodziło o jego zmarłego ojca Jeremiasza,
którego tak bardzo kochał i szanował. Prawdę mówiąc, w głębi
duszy od początku wierzył, że tajemnica płonącej pochodni ma
związek z jego ukochanym ojcem. Ale teraz? Teraz właśnie usłyszał
potwierdzenie swej wiary. Było to ogromnie doznanie dla niego. A to,
że wróżka Saggita ma jakiś metafizyczny kontakt z jego ojcem,
przejęło go jeszcze bardziej. Spojrzał wróżce głęboko w oczy,
tak jakby chciał w nich zobaczyć ojca. Poczuł jak serce mocniej mu
zabiło. Była to dla niego bardzo podniosła chwila. Wreszcie
uśmiechnął się do wróżki najcieplej jak umiał i ukląkł pod
oknem karety.
Wróżka
Saggita z tkliwością przyłożyła swą dłoń do policzka
Napolcia. Wiedziała, co jej Król czuje w tym momencie. Po chwili
poklepała go delikatnie po ramieniu i zdjęła z jego hełmu płonącą
pochodnię. I nagle, w jej dłoni pochodnia zgasła momentalnie.
Wróżka zawołała na stangretów i kareta ruszyła.
Napolcio
klęczał dalej. Tak bardzo był przejęty tym jakże podniosłym dla
niego momentem, że nie miał siły się podnieść. Zresztą nawet
nie chciał. Pragnął jak najdłużej rozkoszować się tą
podniosłą chwilą. Klęczał ze spuszczoną głową tak długo, aż
tętent szóstki koni i jednostajne skrzypnięcia karety ucichły
zupełnie. Słyszał tylko jeszcze perlisty i pełen radości śmiech
wróżki Saggity. A może mu się wydawało? W każdym razie poczuł
wtedy, jak nagła i ogromna radość ogarnia go całego. Całe jego
serce. Całą jego duszę. Każdą cząsteczkę jego ciała.
Uśmiechnął się radośnie i podniósł głowę. Spojrzał w niebo
i wyszeptał: — „Dzięki serdeczne, kochany ojcze Jeremiaszu.
Dzięki że jesteś i czuwasz nade mną".
— Proszę
wstań, Królu Napoleonie — oficjalnym głosem odezwał się
Sławoj, nachylając się nad Napolciem.
— Właśnie.
Wstawaj, Napolciu — odezwał się również Papkoj, nachylając się
z drugiej strony. — Toż to nie uchodzi, aby Wielki Król Napoleon
klęczał.
Roland
tymczasem stał z boku, i przyglądając się Napolciowi, nie śmiał
się nawet odezwać. Nic nie rozumiał, co tu się rozegrało i kim
była ta nieziemsko piękna niewiasta. Nie rozumiał też dlaczego
Król Barbedetlandii klęczał przed nią, a nie przed Księżniczką
Indią. A to, że nadal klęczy, wydało mu się wręcz niepojęte.
Dlatego wolał na razie się nie odzywać i poczekać, aż wszystkie
te niezrozumiałe dla niego rzeczy się wyjaśnią.
Nagle
sprawa klęczenia Napolcia przestała być aktualna i istotna dla
kogokolwiek. I to wcale nie z powodu Sławoja albo Papkoja. Ani też
z powodu świdrującego spojrzenia Rolanda. Napolcio zerwał się na
równe nogi sam od siebie, gdyż usłyszał w oddali tętent kopyt
swojego wiernego konia. Odwrócił się natychmiast i ujrzał go
galopującego, unoszącego na swym grzbiecie Zefcię i Księżniczkę
Indię. Bardzo się tym widokiem przeraził i wybiegł im naprzeciw.
Za nim pobiegli jego druhowie i Roland.
— A cóż
tu się dzieje?! — wołała Zefcia w kierunku nadbiegającego im na
spotkanie Napolcia. — Czyżby to była wróżka Saggita w tej
pięknej karecie?
— Co
się stało, Zefcia?! — z drugiej strony wołał Napolcio. — A
cóż wy tu robicie?! Dlaczego nie pozostałyście w grocie?!
— A
jakże miałyśmy pozostać, kiedy tutaj dzieją się jakieś ważne
rzeczy? — odpowiedziała Zefcia dopiero wtedy, kiedy Pegazus
wyhamował przed Napolciem. — Mów mi tu zaraz, Napolciu, czy to
była wróżka Saggita?
— Tak,
we własnej osobie. Przywiozła nam prowiant na drogę — powiedział
Napolcio, uważnie przypatrując się Księżniczce Indii i Zefci. —
A u was wszystko w porządku?
— W jak
najlepszym — odpowiedziała Księżniczka India z szerokim
uśmiechem. — Jaka szkoda, że wróżka Saggita już odjechała.
Tak bardzo chciałam ją poznać. Zefcia mi tyle wspaniałych rzeczy
o niej opowiadała.
— Nie
martw się, moja kochana Księżniczko, poznasz ją dzisiaj na naszym
weselu — odrzekł uradowany już Napolcio. — Wróżka Saggita
mówiła, że przybędzie na pewno. Teraz udała się na zwiedzanie
Puszczy Badeńskiej… A wy, moje drogie, skoro już tu jesteście,
zapraszam was na pyszne śniadanie… Papkoj, Sławoj, Roland, proszę
wrócić do obozowiska i przyprowadzić tu wszystkich na posiłek.
Niech wszystkie niewiasty wsiądą do Chiorunka pojazdów i przyjadą
tutaj. Będą mogły przy okazji na tym niewielkim odcinku drogi
zrobić próbną jazdę i oswoić się z nowo powstałym środkiem
lokomocji.
Ruch się
zrobił wokół Jeziora Badeńskiego niesamowity. Rycerze oraz
dworzanie zwijali w pośpiechu obóz i ruszali po kolei obu brzegami
jeziora w kierunku serwującego śniadanie Napolcia. Najpierw
oczywiście zajęli się niewiastami. Wyścielili im ławeczki w
pojazdach Chiorunka czym się dało, byleby było im miękko i
wygodnie. Stangreci zaprzęgli do każdego pojazdu po szóstce koni i
z zadowolonymi niewiastami ruszyli jako pierwsi. Stangreci też mieli
zadowolone miny, gdyż z każdym metrem drogi upewniali się, iż
pojazdy spisują się znakomicie. A Chiorunek, pozostając w tyle na
swym koniu i wpatrując się w oddalające się pojazdy, wręcz
promieniał ze szczęścia. W końcu ten pomysł z pojazdami, to był
jego pomysł.
Po
niespełna godzinie, konie pasły się już na pobliskiej polance.
Zaś wszystkie niewiasty siedziały na trawie dookoła Księżniczki
Indii i Zefci i zajadały się pysznymi maślanymi bułeczkami,
popijając mlekiem. Za nimi siedzieli albo stali rycerze i dworzanie,
a pomiędzy nimi krążył Napolcio wraz z Papkojem, Sławojem i
Rolandem i każdemu rozdawali bułeczki oraz nalewali do kubków
mleko.
Wszyscy
mieli znakomite nastroje. Nie mogło być inaczej. Koszmar się
skończył. Księżniczka India uratowana. Każdy czuł się już
odprężony, wypoczęty i nawet wyspany. Wspaniała zaś atmosfera
słonecznego poranka nad jeziorem w otoczeniu pachnącej przyrody
potęgowała te pozytywne odczucia. Do tego syty posiłek w miłym
towarzystwie i perspektywa wieczornego weseliska... Cóż więcej
trzeba, by czuć się szczęśliwym?
Napolcio
czuł się wręcz przeszczęśliwy, ale zdawał sobie sprawę, że
czas ruszać już w powrotną drogę. Wskoczył na jeden z powozów
Chiorunka i przemówił do wszystkich:
— Dziękuję
wam z całego serca, moi mili, za ten czas, jaki przyszło nam tu
razem spędzić. Choć był to czas bardzo niebezpieczny, był też i
bardzo wzniosły. Ponieważ w tym czasie razem toczyliśmy walkę i
wspólnymi siłami wyzwalaliśmy się spod jarzma nieprzyjaznej
natury, ściągającej na nas jakiś dziwoląg pogodowy w postaci
tornada. Razem wyzwalaliśmy się też spod jarzma nieprzyjaznego nam
ludu cruxlandskiego. To bardzo nas do siebie zbliżyło. A mi
dodatkowo pokazało, jak wspaniałymi ludźmi otoczona jest
Księżniczka India, i ja sam. I za to wam, moi drodzy, dziękuję w
imieniu swoim i Księżniczki Indii… A teraz, ruszajmy już do
mojego pałacu, abym mógł was wszystkich w podzięce za wasz trud i
oddanie należycie ugościć… A więc, w drogę!
Wkrótce
kolumna ruszyła. Złożona z ponad dwusetki jeźdźców na koniach i
z trzech powozów wyglądała bardzo poważnie. Ale i dziwnie
zarazem. Poważnie, bo złożona z tylu ludzi rozciągała się na
długość ponad mili i dawała wrażenie potęgi. Dziwnie, bo na
grzbietach wielu koni siedziało po dwóch jeźdźców, a na
niektórych jechano na oklep. Powozy zaś po brzegi wypełnione były
niewiastami. I kiedy jedni siedzieli na koniach w połyskujących w
promieniach słonecznych zbrojach, to inni w kolorowych szatach. A w
powozach to już naprawdę było kolorowo. Jechały w nich przecież
damy odziane w różnokolorowe stroje. I choć stroje ich były
niesamowicie poniszczone, to jednak na kolorach nie straciły. Tak
że, jakby nie patrzeć na tę kolumnę, trzeba by było przyznać,
iż prezentuje się imponująco. I swym ogromem, i swym wyglądem.
Szczególnie wyglądem. Gdyż na tle wszechobecnej zieleni, w
prześwitujących pomiędzy koronami drzew promykach słonecznych,
połyskiwała i srebrem i złotem, gdzieniegdzie przetkanym żywymi
kolorami tęczy. Z lotu ptaka sprawiała wrażenie być arrasem
królewskim — ze wszech miar artystycznie wykonanym.
Na czele
kolumny jechał Papkoj, Sławoj i Roland. Zaraz za nimi, w drugim
rzędzie, jechał Napolcio, Księżniczka India, Zefcia i Chiorunek.
Napolcio nie jechał na Pegazusie. Jechał na klaczy Zefci. Na
Pegazusie jechały oczywiście Księżniczka India i Zefcia.
Dziewczyny jechały pośrodku, a Napolcio i Chiorunek po bokach. Za
nimi jechały trzy powozy z niewiastami. A za niewiastami, już całe
rzędy rycerzy i dworzan na koniach. Ci dworzanie, którzy nie byli
wprawieni do jazdy konnej, jechali razem z rycerzami. Zaś na koniach
z zaprzęgów zniszczonych karet, na oklep, jechali wszyscy nowi
obywatele Barbedetlandii oraz pozostali dworzanie i stangreci.
Kolumna
poruszała się miarowym tempem. Nie za szybko, ale i też nie za
wolno. Właściwie to stangreci powożący powozami wyznaczali tempo
jazdy. Wszak to od ich umiejętności powożenia zależało
bezpieczeństwo jazdy wszystkich niewiast siedzących w powozach.
Stangreci musieli dopasowywać szybkość jazdy do warunków
panujących na drodze i uważać, aby powozy nie rozleciały się na
nierównościach dróg.
Druhowie
Napolcia i Roland, jadąc na czele kolumny, co rusz oglądali się za
siebie, albo czasami nawet jeden z nich zwalniał i zrównywał się
z powozami, aby sprawdzić czy wszystko z nimi jest w porządku.
Patrzyli zwłaszcza na miny stangretów, aby z nich odgadnąć prawdę
o stanie pojazdów. Na szczęście ich ciągle uśmiechnięte twarze
mówiły im, że nie muszą się martwić. Że wszystko jest jak
trzeba.
Niewiasty
jechały zadowolone, roześmiane, rozgadane, a czasem nawet
rozśpiewane. A trzeba przyznać, że jak już śpiewały, to
śpiewały pięknie. Na głosy. Wszystkie śpiewane przez nie
piosenki były o miłości. O pięknej, romantycznej, tkliwej
miłości.
Napolciowi
serce rosło, słysząc śpiew niewiast. Co chwilę zerkał wtedy
kątem oka na Księżniczkę Indię i aż promieniał ze szczęścia,
bo czuł, że wszystkie słowa tych piosenek mówią właśnie o ich
wielkiej miłości.
Księżniczka
India również się wsłuchiwała w słowa piosenek śpiewanych
przez jej damy i czuła to samo co Napolcio. Jej serce biło coraz
mocniej w takt upojnej muzyki.
Zefcia,
siedząc na grzbiecie Pegazusa wraz z Indią, cały czas gadała jak
najęta. Musiała przecież Indii opowiedzieć tyle rzeczy. Ale kiedy
niewiasty zaczynały śpiewać, milkła. Chciała również ich śpiew
słyszeć. Rozmarzona, wsłuchiwała się z zapartym tchem w słowa
piosenek, czując, jak przyjemne ciepełko ogarnia jej serce. Zefcia
była bardzo romantyczną i bardzo uczuciową dziewczyną.
Chiorunek,
który jechał w tym samym rzędzie co Napolcio, India i Zefcia, cały
czas miał szczęśliwą miną. I to tak bardzo, że Napolciowi aż
śmiać się chciało, kiedy zerkał na niego. Nic w tym dziwnego, że
Chiorunek był taki szczęśliwy, przecież tyle w tych dwóch dniach
dokonał. A co ważniejsze, tyle razy w tych dniach był chwalony.
Przez wszystkich, zwłaszcza przez Napolcia. I co jeszcze ważniejsze
dla niego było — przez samego Papkoja. Przez tego wstrętnego
Papkoja, który mu przedostatniej nocy tak bardzo zalazł za skórę.
Chiorunek miał powód do tryumfu, bo nie dość, że utarł nosa
temu staremu wydze, to jeszcze tyle razy był przez niego głośno i
wobec wszystkich chwalony. Nawet teraz odbierał od Papkoja nieme
pochwały, bo kiedy ten oglądał się za siebie, aby sprawdzić stan
pojazdów, za każdym razem chociaż przez moment patrzył na niego i
podniesionym kciukiem dawał wyraz swojemu uznaniu.
Było już
pod wieczór, kiedy Król Napoleon wraz ze swoją niezwykłą kolumną
zbliżał się do kresu Puszczy Badeńskiej.
Wszyscy w
kolumnie nadal tryskali radością i nadal mieli wyśmienite humory.
Podróż przebiegała miło i wesoło. Po drodze kolumna parę razy
się zatrzymywała, aby każdy, zwłaszcza niewiasty, mogły nieco
rozprostować kości i podjeść sobie dorodnych i zdrowych jagód.
Kiedy
druhowie Napolcia i Roland, jadący ciągle na czele kolumny
wynurzyli się z puszczy, Papkoj aż gwizdnął głośno i przeciągle
ze zdumienia. Jak echo odpowiedzieli mu Sławoj i Roland, gwiżdżąc
za nim równie głośno i równie przeciągle. Cóż tak zdumiało
tych starych rycerzy? Ano zdumiał ich niesamowity widok, jaki ukazał
im się nagle przed oczami. Otóż okazało się, że cała droga od
ściany ostatnich drzew Puszczy Badeńskiej usłana była kwiatami, a
po obu stronach drogi z kwiatami w rękach stał lud barbedetlandski.
Napolcia
zaskoczyły nagłe gwizdy trójki rycerzy. Podpędził klacz Zefci,
by sprawdzić co jest tego powodem. Gdy już ten powód zobaczył,
zdumiał się tak jak i oni. Wprawdzie nie zaczął gwizdać, ale na
moment stracił głowę i nie wiedział jak się ma zachować. Z
pomocą przyszedł mu Chiorunek. Gdy zobaczył co widzą druhowie
Napolcia i on sam, natychmiast zbliżył się na koniu do Zefci i
Księżniczki Indii jadących na grzbiecie Pegazusa i zawołał do
siostry:
— Zefcia,
właź na mojego konia, przecież Para Młodych musi jechać razem
wzdłuż tej tak pięknie na ich cześć ustrojonej drogi.
— Ojej,
jak wspaniale udekorowana droga, i to z pewnością aż do samego
pałacu królewskiego! I cała Barbedetlandia tu stoi! — wołała
Zefcia w uniesieniu. — Masz rację, braciszku. Już przechodzę do
ciebie. Młoda Para musi jechać razem.
— Ejże,
wy tam z przodu! — krzyknął Chiorunek do pierwszego rzędu
kolumny: — Papkoj, Sławoj, Roland, słyszycie mnie? Zjeżdżajcie
do tyłu i róbcie miejsce dla Młodej Pary!
Na czole
kolumny zrobiło się zamieszanie. Ale kiedy do wszystkich się tam
znajdujących słowa Chiorunka wreszcie dotarły, Napolcio wraz z
Księżniczką Indią wnet znaleźli się na samym przedzie. Napolcio
na klaczy Zefci, a Księżniczka India na Pegazusie, ale już w
pojedynkę. I tak razem, koń przy koniu, ruszyli kwiecistą drogą
prowadzącą do pałacu królewskiego.
Wśród
ludu barbedetlandskiego zawrzało. Na widok wynurzającego się z
Puszczy Badeńskiej ich Króla Napoleona i jego przyszłej żony
wszyscy naraz i każdy z osobna zaczęli głośno wiwatować na ich
cześć. Aż echo niosło ich wiwaty po całej okolicy. A niosło
daleko, po sam Lasek Barbedeński, gdzie w niezwykłej tonacji
odbijało się od jego ściany drzew i wracało ponownie. Po drodze
zasilało się nowymi wiwatami i nabierało jeszcze większej mocy. I
z tą zwiększoną mocą odbijało się z kolei od ściany gęstych
drzew Puszczy Badeńskiej. I znów powracało, roznosząc się po
łąkach i polach, ale z o wiele większym natężeniem i dolatywało
przepięknym akordem aż po same mury pałacu królewskiego.
Król
Napoleon i Księżniczka India jechali powoli wśród kwiatów oraz
wiwatującego ludu i promienieli ze szczęścia. Lud barbedetlandski
rzucał im pod nogi kwiaty i co chwilę skandował: — „Niech żyje
Król Napoleon Barbedet! Niech żyje Księżniczka India! Niech żyje
Młoda Para!” — Napolcio pozdrawiał wszystkich skinieniem głowy
i gestem wysoko uniesionej ręki. Wreszcie się wzruszył. Z łezką
w oku nachylił się do Księżniczki Indii, ujął jej dłoń i z
czułością ścisnął. Księżniczka India odpowiedziała mu
leciutkim uściskiem. I potem już razem, wolnymi rękami,
pozdrawiali lud barbedetlandski. Uśmiechnięci, szczęśliwi, z
miłością w oczach.
Kiedy
Napolcio jechał tak ze swoją ukochaną wśród wiwatującego i
skandującego ludu, rozpoznał w tłumie twarze chłopów ze wsi
Barbedów i Barbadejowo. Ucieszyło go to bardzo. Uśmiechał się do
nich porozumiewawczo i dwoma palcami, złożonymi w rzymską piątkę,
pokazywał im znak victorii.
Chiorunek
wraz z Zefcią jechał na swym koniu zaraz za Napolciem i Księżniczką
Indią. Podziwiał cały czas serdeczne przywitanie ludu
barbedetlandskiego i z przyjemnością chłonął wszystkie ich
okrzyki. Wreszcie nie wytrzymał, podpędził konia, i wyprzedzając
Młodą Parę, wzniósł swój własny okrzyk:
— Na
pohybel złym mocom niebios!... Na pohybel szubrawcom
cruxlandskim!... Miłość zawsze zwycięża!... Niech żyje Król
Napoleon!... Niech żyje Księżniczka India!... Niech żyje
Prawdziwa Miłość!
Po
Chiorunka okrzykach jeszcze głośniejsze wiwaty słychać było
dookoła. Wiwatował już nie tylko lud barbedetlandski, wiwatowała
też i cała kolumna jeźdźców. A najczęściej powtarzanym
okrzykiem, był okrzyk Chiorunka: — „Niech żyje Prawdziwa
Miłość".
Napolcio
i Księżniczka India patrzyli na siebie z miłością w oczach i
coraz mocniej ściskali się za ręce. Ich miłość było widać i
czuć. Feromony ich miłości unosiły się w powietrzu. Nawet
Pegazus wyłapał je chrapami, i nachylając się do klaczy Zefci, z
lubością otarł się łbem o jej łeb. Dalej konie szły już
wolniutkim stępem, równiutko, łeb w łeb, i bardzo blisko siebie.
Zefcia,
siedząc przed Chiorunkiem na jego koniu, śmiała się w głos ze
swojego szalonego braciszka. Bardzo jej się spodobało to co zrobił.
Jego okrzyki także. Wreszcie spoważniała, i patrząc z podziwem na
Młodą Parę, odezwała się do niego:
— Chiorunek,
a powiedz mi, czy nas też czeka w przyszłości taka romantyczna
miłość?
— No
jasne! — stwierdził krótko Chiorunek. — Ale pamiętaj, Zefcia,
jak będziesz musiała o swoją miłość walczyć, to zawsze możesz
na mnie liczyć.
— Wiem
— zaśmiała się ucieszona Zefcia. — Ty na mnie też możesz
zawsze liczyć. Już ja się odpowiednio zajmę twoją wybranką
serca.
Napolcio
i Księżniczka India coraz bardziej zbliżali się do pałacu
królewskiego. Frontową część pałacu było widać już jak na
dłoni. Napolcio wyraźnie widział na jego murach wiwatujących i
machających chusteczkami dworzan. Widział też trzy chusteczki
powiewające na wieży. Zdumiał się na chwilę. Bo któż tam na
wieży oprócz starego Błażeja mógł być? Po chwili rozpoznał
kto to. Otóż na wieży, oprócz starego Błażeja, chusteczką
machała Królowa Matka, a także Król Virginus. Napolcio zdumiał
się jeszcze bardziej i poprosił Księżniczkę Indię, aby
spojrzała na wieżę. Księżniczka India była zachwycona tym
widokiem. A zwłaszcza dobrą kondycją swojego ojca. Bo skoro
wyszedł na tak wysoką wieżę, to by świadczyło niezbicie, iż
pomimo ciężkich przeżyć z tornadem musi być z nim wszystko
dobrze.
Rycerze
Króla Virginusa i jego dworzanie, zbliżając się kolumną do
pałacu, również rozpoznali swojego Króla na wieży. Właściwie
pierwszy rozpoznał go Roland, po połyskującej w ostatnich
promieniach słonecznych koronie. Huknął wtedy gromkim basem: —
„Patrzcie kochani, nasz Król Virginus jest na wieży!” —
Wielka radość zapanowała wówczas wśród Virginlandczyków i
przeszła falą przez całą kolumnę. Rycerze i dworzanie wznosili
okrzyki na cześć swojego Króla i machali w kierunku wieży czym
się tylko dało. Mieczy ani szabli nie mieli. Nawet wszystkie damy
głośno i radośnie pozdrawiały swojego Króla. Najgłośniej
krzyczał jednak pierwszy rycerz Króla Virginusa, Roland. Na widok
swojego ukochanego Króla czuł się ze wszech miar szczęśliwy. Nie
mógł się opanować i krzyczał jak najęty. W końcu zachrypł z
kretesem i piał już tylko niczym stary kur o świcie.
Chiorunka
i Zefcię również ucieszył widok Królowej Matki i Króla
Virginusa na wieży. Chiorunek puścił cugle i machał do nich dwoma
rękoma naraz. Wreszcie zrównał się z Napolciem i Księżniczką
Indią, i chichocząc pociesznie, zawołał:
— Podoba
mi się Król Virginus. Patrzcie, jak się wychyla z wieży i jak
zawzięcie macha chusteczką. Tak mnie dzisiaj energia rozpiera, że
chyba wdrapię się tam do niego na wieżę i go osobiście na rękach
zniosę na dziedziniec.
— No,
zrób tak… — zaśmiał się serdecznie Napolcio. — Ostatnio
masz dobre pomysły. Z powodzeniem pomagasz królom. I skoro pomogłeś
już dwóm królom, możesz pomóc i trzeciemu.
— A
żebyś wiedział, że tak zrobię… Zaraz, a w czym to ja pomogłem?
— zdziwił się nagle Chiorunek.
— No
jak to? Króla Cruxlona ściągnąłeś na ziemię dosłownie i w
przenośni i tym samym, dałeś mu do zrozumienia, a właściwie
pomogłeś mu zrozumieć, że chciwość i pycha to wady nielicujące
z godnością króla. A Królowi Napoleonowi pomogłeś uwierzyć w
istnienie prawdziwej miłości braterskiej. Tak, Chiorunek, pomogłeś
mi uwierzyć w twoje gorące serce i twoje dobre intencje. Pomogłeś
mi popatrzeć na mojego brata, Księcia Melchiora, zupełnie innym
okiem. I teraz wiem, że on już nie jest smarkatym młokosem,
któremu w głowie tylko psoty i zwykła brawura. Jestem dumny, że
mam takiego brata. I wiesz co postanowiłem? Otóż postanowiłem
pasować cię na rycerza, i to na naszej uroczystości weselnej.
Zasłużyłeś sobie mój brachu na stan rycerski.
— A
niech mnie dunder popieści! — wrzasnął Chiorunek, przejęty do
głębi tą cudowną nowiną. — Napolcio, mówisz poważnie? Nie
żartujesz?
— Najzupełniej
poważnie — odpowiedział Napolcio, rozbawiony reakcją braciszka.
— Mało tego, każę zaraz Papkojowi do tej uroczystości wszystko
przygotować.
— Och,
ojcze Jeremiaszu, czy ty to słyszysz? — Chiorunek nie posiadał
się z zachwytu. — Zefcia, słyszałaś? Od dziś będę rycerzem!
Królowo Matko, ale będziesz ze mnie dumna.
Chiorunek
wprost oszalał ze szczęścia. Poderwał swego konia i wraz z Zefcią
ruszył galopem, odstawiając Młodą Parę. Popędzał konia coraz
bardziej. W uszach świszczał mu wiatr i...
Link do wszystkich części baśni > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona"
* Publikuję tutaj tę
baśń — w 11 częściach — bez zakończenia, ponieważ baśń ta
została już wydana.
poniedziałek, 4 lutego 2019
Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (X/XI)
W międzyczasie rycerze i dworzanie zdążyli dotrzeć do Jeziora Bardeńskiego i napełnić już pierwsze bukłaki wodą. Zaczęli je podawać jeden drugiemu i bukłaki wędrowały wyżej, coraz wyżej, aż wreszcie dotarły na sam szczyt Barddejów. Ten swoisty transport wody z jeziora na górę, przebiegał sprawnie i szybko. Nikt się nie obijał. Każdy z pełnym poświęceniem oddawał się sprawie napojenia koni, gdyż ich uratowanie każdemu leżało na sercu.
Rycerze i
dworzanie ustawieni szpalerem od jeziora do szczytu Barddejów
tryskali energią i wyśmienitym humorem, bo też wreszcie mogli
robić coś konkretnego. I to nie tylko dla dobra koni, bo przecież
też dla dobra sprawy i ogółu. A nade wszystko, dla dobra swojej
ukochanej Księżniczki Indii i Króla Napoleona. No i wreszcie dla
swojego też dobra, bo czynność ta oznaczała ich rychłe zejście
z góry i przyjemny odpoczynek u podnóża Barddejów, przy
orzeźwiającym źródle tam wytryskującym. Ochoczo więc podawali
sobie bukłaki z wodą przy wtórze gromkiego i wesołego okrzyku na
ustach: — „I raz… i dwa… i raz… i dwa…! Zimna woda koniom
zdrowia doda! I raz… i dwa… i raz i dwa…!”.
Napolcio,
słysząc te okrzyki coraz bliżej, zorientował się, że oto
nadchodzi ratunek dla odwodnionych koni. Natychmiast ruszył więc do
zejścia na zbocze góry i odebrał pierwszy bukłak z wodą. Po czym
pobiegł z nim do koni, gdzie już wcześniej poustawiał koryta wraz
ze swoimi nowymi obywatelami, jakie udało im się sklecić z nieco
pogruchotanych kufrów podróżnych. Za nim, z następnymi bukłakami
ruszył Chiorunek i siódemka nowych obywateli Barbedetlandii. Och,
nie, ósemka, bo były herszt bandy też już do nich należał.
Koryta napełniały się wodą a puste bukłaki wędrowały z
powrotem na zbocze do szpalerem ustawionych tam rycerzy i dworzan. I
tak dziesięć razy obrócili bukłakami, a konie piły i piły bez
końca. Takie były spragnione.
Kiedy w dziesiątym obiegu bukłaki z
wodą docierały na szczyt góry, Napolcio osobiście stwierdził, że
konie dostatecznie są już napojone i rozkazał, aby rycerze i
dworzanie rozwiązali obydwa szpalery i wszyscy weszli z powrotem na
szczyt. Akurat ostatnie bukłaki podawano na górę i rycerze wraz z
dworzanami z dolnych partii Barddejów wspinali się już na szczyt,
gdy nagle Napolciowi wydało się, że gdzieś w oddali słyszy głos
Zefci. Zdumiał się bardzo. Bo jakim cudem jej głos miałby nagle
usłyszeć? Zaglądnął natychmiast na zbocze i oniemiał. Zobaczył
jak jego siostra pokonuje ostatnie podejście na szczyt, a za nią
podąża Papkoj i Sławoj. Zefcia, gestykulując zawzięcie rękami,
głośno o czymś rozprawiała, a jego dwaj druhowie ograniczali się
tylko do dwóch słów wypowiadanych dwukrotnie i na przemian. Albo:
„tak, tak” albo: „nie, nie”. Napolcio nie wiedział, czy ma
się temu widokowi dziwić, czy ma się nim martwić. Nie mógł
długo trwać w niepewności, dlatego wychylił się jeszcze
bardziej i zawołał:
— Hej,
Zefcia, a co ty tu robisz? Po co wspinasz się na szczyt, skoro
miałaś czekać na dole?
— Ha!
Mam cię wreszcie… Napolciu, jak mogłeś?! Jak mogłeś mnie na
tak długo tam na dole zostawić, gdy na górze tyle rzeczy się
dzieje? — krzyczała zasapanym głosem Zefcia. — Sterczę tam na
dole jak kołek u płotu i zachodzę w głowę jak mam wam pomóc…
A tu żadnej wiadomości od ciebie. India na pewno mnie potrzebuje…
a ty, nic… zapomniałeś o mnie z kretesem! Wyleciało ci z głowy,
że miałam jej ulżyć? Och, Napolciu, Napolciu, jak mogłeś?!...
Co tu się w ogóle dzieje?!
— Już
dobrze, już dobrze! Uspokój się Zefciu! Wszystko ci później
wytłumaczę, bo tyle rzeczy się działo, że nie w sposób je
ogarnąć i na już ci o nich opowiedzieć. Wybacz, myślałem, że
kiedy sprowadzę Indię na dół, wtedy będziesz mogła z nią
porozmawiać i wywiedzieć się czego jej potrzeba. Nie chciałem
jeszcze i ciebie trudzić, byś się wspinała na górę…
— A cóż
to dla mnie za trud? India jest najważniejsza…
— No
widzisz, Napolciu, kogo ci przyprowadziliśmy? — wtrącił się
zasapany Papkoj.
— Akurat,
wy żeście mnie przyprowadzili… Sama weszłam. Gdybym miała na
was liczyć i was słuchać, to dalej bym tam na dole korzenie
zapuszczała i zamartwiała się losem moich najbliższych. Mówię
ci, Napolciu, utrapienie boskie z tymi twoimi druhami. Nie chcieli
mnie puścić na górę… — grzmiała Zefcia. — A ty, Napolciu,
wyrzuć w końcu tę płonącą pochodnię, bo wyglądasz z nią w
biały dzień jak… jak… — i nie dokończyła, gdyż nagle
usłyszała głos Księżniczki Indii.
— Zefciu
moja kochana, i ty też tu jesteś?! — wołała wesoło India. —
Och, jaka ja jestem szczęśliwa. Wszyscy przybyliście tutaj, aby
mnie ratować! Chodź tu do mnie, moja kochana, niech cię uścisnę.
India już
wcześniej usłyszała głośne rozmowy na zboczu. Szybko wdrapała
się na olbrzymi kamień, aby sprawdzić co tam się dzieje. Na widok
Zefci ucieszyła się bardzo.
— Ojej,
India! India! Moja kochana India! Jesteś... jesteś… Moja ty
nieszczęsna, ileż ty się musiałaś nacierpieć?! Powiedz mi
kochana, nic ci się nie stało? — krzyczała uszczęśliwiona
Zefcia, wskakując zwinnie na ogromny kamień, na którym stała jej
przyszła szwagierka i rzucając się z impetem w jej ramiona. —
Tak się cieszę, że wreszcie jesteś. Bardzo martwiłam się o
ciebie. A i o Napolcia, bo on tak cierpiał okrutnie. Na szczęście
wszystko dobrze się skończyło... Mam taką nadzieję. A powiedz
mi, może coś potrzebujesz? Może mogę ci w czymś pomóc?
— Już
dobrze, już dobrze! Uspokój się Zefciu! Nic mi nie jest —
zaśmiała się Księżniczka India. — Opowiem ci o wszystkim
później, bo tyle rzeczy się działo, że nie w sposób je ogarnąć
nawet w myślach, a co dopiero na już o nich opowiedzieć. Ale
kochana jesteś, że pytasz. Jak zwykle jesteś bardzo troskliwa. —
India wzruszyła się i pocałowała Zefcię prosto w usta, a po
chwili pociągnęła ją za rękę i dodała: — Chodź ze mną,
porozmawiamy sobie spokojnie.
Dziewczyny,
szczęśliwe i roześmiane, zniknęły wśród z nagła zgromadzonymi
przy kamieniu niewiastami. Słychać było tylko ich oddalające się
wesołe szczebiotanie i wybuchy śmiechu.
Napolcio,
słysząc je, był niezmiernie szczęśliwy. Wdzięczny był swojej
siostrze, że sama zadecydowała i wspięła się na szczyt
Barddejów. Zupełnie już spokojny o swoją ukochaną i
siostrzyczkę, mógł zająć się sprowadzaniem koni. Rozkazał
rycerzom, aby każdy z nich zajął się jednym koniem. Kazał im
zasłonić koniom oczy, by na zboczu nie wpadały w popłoch i powoli
zacząć je sprowadzać w dół.
Rycerze
Króla Napoleona oraz rycerze virginislandscy jak i również
dworzanie natychmiast przystąpili do wykonania rozkazu. Obwiązali
koniom oczy własnymi chusteczkami i wolniutko, noga za nogą, każdy
ze swoim koniem podchodzili do zbocza.
Stangreci
z orszaku królewskiego, którzy zupełnie załamani siedzieli przez
cały czas między końmi, już na sam widok pojonych koni
odzyskiwali wiarę w ocalenie. A teraz, kiedy zobaczyli, że konie
przygotowywane są do zejścia, poczuli nagły przypływ energii, i
to tak duży, że natychmiast poderwali się z ziemi i zabrali się
za odczepianie dyszli od koni z zaprzęgów karet. Bardzo chcieli,
aby i ich konie zostały uratowane.
Chiorunek,
widząc to, doznał olśnienia. Podszedł do stangretów, poszeptał
coś tam z nimi i za chwilę, z dyszlami, po dwóch z każdym
dyszlem, wchodzili pomiędzy rzędy koni. Konie wraz z rycerzami
stały już przy zboczu. Rycerze trochę się denerwowali, ale
przemawiali do koni łagodnym głosem i namawiali do zejścia w dół.
— Napolciu,
myślę że to dobry pomysł, co? Będziemy zabezpieczać sprowadzane
konie i w razie czego wyhamowywać ich poślizg, by nie wpadali jeden
na drugiego i panika ich nie ogarnęła — zawołał Chiorunek,
zadowolony ze swojego pomysłu.
— No,
Książę Melchiorze, dzisiaj najwyraźniej jest twój dzień! —
zaśmiał się Napolcio, zadowolony z konceptu braciszka.
— Masz
rację, Napolciu. Chiorunek po tym nocnym zwisie głową w dół ma
dzisiaj same wariackie… to znaczy… chciałem powiedzieć, ma same
nad wyraz dobre pomysły — zarechotał tubalnym głosem Papkoj.
— Nie
wiem, Papkoj, o co ci chodzi z tym nocnym zwisem, ale widzę przecie,
że Książę Melchior choć młodzieniaszek jeszcze, to jednak
pomysły ma godne prawdziwego rycerza — wtrącił się Roland i
łupnął Papkoja po plecach aż zadudniło, i na wszelki wypadek,
sam zaczął się głośno śmiać.
Sprowadzanie
koni ze szczytu Barddejów przebiegało w miarę spokojnie i bez
większych niespodzianek. Bez większych, bo małe się zdarzały,
gdyż niektóre konie parę razy bezwolnie zjeżdżały ze zbocza.
Wprawdzie wszystkie konie miały obwiązane kopyta i po skalistym
zboczu schodziło im się całkiem bezpiecznie, ale w miejscach gdzie
zejście było usypane drobniutkimi kamyczkami nawet ich szykowne
buciki nie zabezpieczały je przed zsuwaniem się w dół. Ale wtedy
Chiorunek i stangreci służyli im pomocą, i robiąc dyszlami
solidną zaporę, zatrzymywali przerażone konie. Ile razy takie
przypadki się zdarzały, tyle razy Chiorunek zbierał od wszystkich
głośne pochwały i wyrazy uznania za jego wspaniały pomysł i
wykonanie. Chiorunek aż promieniał z radości. I z dumy rzecz
jasna.
Po
godzinie wszystkie konie były już na dole i piły wodę z jeziora.
I to też dzięki Chiorunkowi, gdyż Chiorunek znów wpadł na dobry
pomysł i wraz ze stangretami długimi kijami odgarnął wszechobecną
rzęsę wyswobadzając z niej taflę jeziora na dużej powierzchni.
Napolcio
dumny był z Chiorunka. Podziwiał go coraz bardziej. Nie mógł
uwierzyć, że ten zazwyczaj trzpiot i rozrabiaka może być też tak
dojrzały i rozsądny. Obserwował go z uśmiechem. I im więcej mu
się przyglądał, tym bardziej chciał uwierzyć, że tak mu już
zostanie.
Zbliżał
się wieczór. Przyszedł
czas na zorganizowanie u podnóża Barddejów prowizorycznego
obozowiska na nocleg. Napolcio rozkazał swoim rycerzom przygotować
go najlepiej jak się da. Sam zaś wraz z virginslandskimi rycerzami
i dworzanami zamierzał znów, po raz ostatni, wspiąć się na
szczyt Barddejów, by sprowadzić wreszcie Księżniczkę Indię i
jej wszystkie damy pozostawione na szczycie pod opieką Papkoja,
Sławoja i Rolanda. I oczywiście swoją niesforną siostrzyczkę
Zefcię, o której to myślał z coraz to większą czułością.
Nawet o jej wrodzonej niesforności myślał tym razem czule. Ba,
brał ją nawet za dobrą monetę. Na szczycie góry pozostał też
Pegazus. Napolcio celowo zostawił go tam, gdyż na jego grzbiecie
zamierzał sprowadzić Księżniczkę Indię i Zefcię.
Kiedy
Napolcio wraz z virginislandskimi rycerzami i dworzanami dochodził
do połowy Barddejów, zauważył, że Chiorunek i stangreci z
dyszlami podążają za nimi. Zdziwił się na moment, ale w końcu
machnął ręką. Miał tylko nadzieję, że to Chiorunka znów jakiś
dobry pomysł każe mu się wspinać na szczyt ponownie. Na szczycie
przekonał się, iż było tak istotnie.
Cóż to
za dobry pomysł miał znów Chiorunek? Otóż Chiorunek wymyślił
znakomity sposób na asekurowanie niewiast w czasie ich schodzenia ze
szczytu Barddejów. I właśnie dyszlami chciał utworzyć coś w
rodzaju podwójnych barier, aby wszystkie damy, trzymając się ich,
mogły bezpiecznie schodzić w dół.
Rycerze i
dworzanie, zadowoleni z pomysłu Chiorunka, chwycili za przyniesione
przez niego i stangretów dyszle i sami ochoczo utworzyli solidne
bariery, zapraszając niewiasty do schodzenia.
Chiorunek
nie protestował i chętnie oddał swój pomysł do realizacji
uczynnym rycerzom i dworzanom. Sam zaś, zadowolony z siebie, oddalił
się wraz ze stangretami w głąb góry, ponieważ znów mu zaświtał
w głowie nowy pomysł.
Napolcio
rozglądał się za Księżniczką Indią i Zefcią, jednak nigdzie
wśród niewiast ich nie widział. Zdumiał się. Wreszcie zaczął
wypytywać o nie po kolei wszystkie damy. Żadna dama jednak nie
umiała konkretnie odpowiedzieć, gdzie się one obecnie znajdują.
Nawet Hrabina Amoroso z zawstydzeniem przyznała, że od jakiegoś
już czasu Księżniczek nie widziała. Napolcio wystraszył się nie
na żarty. Najgorsze myśli przyszły mu do głowy. Na szczęście
długo nie musiał trwać w przerażeniu, gdyż po chwili usłyszał
śmiech obu swych ukochanych dziewczyn. Tyle że jakoś dziwnie
brzmiący. Przytłumiony. Tak jakby wydobywający się spod ziemi.
Wnet pojął wszystko i pobiegł prosto do byłej kryjówki
Księżniczki Indii. Stanął nad nią i buchnął serdecznym
śmiechem, bo to, co w niej na dnie zobaczył, bardzo go rozbawiło,
a i ucieszyło jednocześnie. Otóż zobaczył, jak Księżniczka
India stoi w szerokim rozkroku na resztkach ławeczki z królewskiej
karety, a Zefcia coś na niej szyje dużą igłą i grubą nicią.
Widok ten wydał się Napolciowi tym bardziej komiczny, gdyż obie
dziewczyny przy tej niby zwykłej czynności chichotały jak najęte.
— O
rany… Napolcio, ale mnie wystraszyłeś! — krzyknęła Zefcia,
gdy nagle na tle błękitnego nieba zobaczyła głowę brata. —
Uciekaj stąd! Nie widzisz, że zajęte jesteśmy?!
— No widzę, widzę, choć nie bardzo
rozumiem czym… — zawołał Napolcio i w końcu się zawstydził,
bo przyszło mu na myśl, że może to, co one robią, nie powinien
był widzieć. Natychmiast wycofał się znad kryjówki na pewną
odległość i stamtąd mówił dalej: — Szukałem was wszędzie i
już zaczynałem się martwić o was, bo żadna dama nie wiedziała
gdzieżeście się podziały… Cieszę się bardzo, że was
znalazłem w dobrych humorach… A chciałem tylko powiedzieć, że
już czas na zejście ze szczytu…
— Domyślam
się, Napolciu, dlatego na szybko pocięłam nożem Indii suknię i
przeszywam ją teraz na szarawary — poinformowała brata Zefcia,
chichocząc od nowa. — A ty idź sobie stąd. Zaraz będziemy
gotowe i wyjdziemy na górę.
Napolcio
odszedł od kryjówki bardzo zadowolony, a odchodząc, szeptał sam
do siebie: — „Kochana Zefcia, pomyślała o wszystkim, nawet o
szarawarach, by Indii wygodniej się jechało na koniu… A
Chiorunek, ten to dopiero zaskakuje mnie swoimi pomysłami. Jakże
wspaniałe mam rodzeństwo. Trzeba było dopiero tego potwornego
tornada, abym się o tym mógł przekonać".
Zanim
Zefcia z księżniczką Indią wyszły z kryjówki, wszystkie damy
były już w połowie drogi ze szczytu Barddejów. Ubezpieczane
stabilnymi barierami trzymanymi przez mężczyzn schodziły
spokojnie, noga za nogą, czasami tylko chichocząc albo popiskując,
dla dodania sobie jeszcze większej pewności i odwagi.
Kiedy
Napolcio zauważył, że dwie jego ukochane dziewczyny idą w jego
kierunku, natychmiast złapał Pegazusa za uzdę, i ciągnąc go za
sobą, wyszedł im naprzeciw.
— Dobrze,
że już jesteście! — zawołał, zbliżając się do dziewczyn. —
Niedługo będzie zmierzchać. Musimy już schodzić. Na dole, u
podnóża Barddejów, rycerze rozbijają obóz. Przenocujemy tam w
grocie przy orzeźwiającym źródle, a z samego rana ruszymy w drogę
powrotną do pałacu… Chodźcie, moje drogie, pomogę wam wsiąść
na Pegazusa. Na jego grzbiecie sprowadzę was w dół.
— No
coś ty, Napolciu, przecież mamy nogi i same zejdziemy ze szczytu…
— wołała Zefcia, trzymając za rękę Księżniczkę. — No
nie, India?
— Tak,
tak, zejdziemy same… Patrz, Królu Napoleonie, jakie szykowne
szarawary uszyła mi Zefcia. Całkiem więc wygodnie będzie mi się
schodziło — zaśmiała się onieśmielona nieco Księżniczka
India. — A ty, Królu, sprowadź lepiej Pegazusa samego. Myślę,
że jemu samemu wystarczająco ciężko będzie się szło w dół.
— Ale…
— zaczął Napolcio.
— Żadne
ale, Napolciu — zniecierpliwiła się Zefcia. — Nie obawiaj się,
damy radę. Zobaczysz.
— Ach,
te dziewoje… Człek nigdy nie wie, jak im dogodzić. Chcesz
dobrze, a wychodzi na to, że one zawsze wszystko lepiej wiedzą i…
i tak zrobią po swojemu — zachichotał Papkoj Napolciowi za
plecami, przysłuchując się jego rozmowie z księżniczkami. —
Ale na wszelki wypadek idź z nimi i zabezpieczaj je. Ja ze Sławojem
sprowadzę Pegazusa.
— Dobrze,
już dobrze! — powiedział Napolcio do wszystkich jednocześnie. —
Schodzimy… Zaraz, a gdzie jest Roland?
— Jestem,
jestem, Jaśnie Wielmożny Królu! — zawołał Roland, dobiegając
wraz ze Sławojem od strony cruxlandskiego zbocza. — Sprawdzaliśmy
tylko, czy wszystko jest tam jak trzeba… Na rozkaz, Królu
Napoleonie! Co mam czynić?
— Rozglądnijcie
się obaj po całym szczycie i sprawdźcie, które jeszcze rzeczy
nadają się do zniesienia. Z dołu przyślę wam tu paru ludzi, aby
się znoszeniem zajęli… No, to bywajcie!
Napolcio
zastanawiał się jeszcze, co ponadto mógłby zrobić, aby
zminimalizować skutki rozegranej tu tragedii. I kiedy doszedł do
wniosku, że zrobił już właściwie wszystko, co było do
zrobienia, zaczął się rozglądać po szczycie, po nie wiadomo
który już raz. I nagle, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, zobaczył
Chiorunka, który wraz ze stangretami taszczył jakieś przedmioty.
— A to,
co znowu? — zawołał do nadchodzącego brata. — Jaki tym razem
pomysł ci przyświeca…? Cóż widzę? Koła z karet, deski,
deseczki, belki, beleczki… Co chcesz z tym zrobić? Przecież to
już się do niczego nie nada.
— Nada,
nada… — zaśmiał się Chiorunek. — Sklecimy z tych
pogruchotańców powozy dla naszych dam. Chyba nie chcesz, aby na
piechotę zasuwały przez Puszczę Badeńską?
— No
popatrz, o tym nie pomyślałem… — wydukał Napolcio i zaniemówił
nagle, wytrzeszczając tylko oczy ze zdziwienia. Po chwili jednak
doszedł do siebie i zawołał: — Nie, to jest niesamowite, po
prostu nie przyszło mi to do głowy… Chiorunek, jesteś
niezastąpiony.
— Wiem!
— odpowiedział Chiorunek z łobuzerskim uśmieszkiem.
— Co za
gołowąs! — zawołał Papkoj i Sławoj jednocześnie.
— Książę
Melchior jest wspaniały! — dorzucił jeszcze Roland.
Napolcio
nie mógł wyjść z podziwu dla swojego braciszka. — „Niby taki
postrzelony młokos, a tyle rozumu ma w głowie” — analizował w
myślach. — „Nie znałem go od tej strony, oj, nie… Kochany
Chiorunek.” — pomyślał jeszcze z roztkliwieniem i szybko się
odwrócił, aby objąć ramieniem swoje ukochane dziewczyny i zacząć
je wreszcie sprowadzać ze szczytu. Jakie było jego zaskoczenie,
kiedy dziewczyn koło siebie nie ujrzał. Pobiegł natychmiast na
zbocze i zobaczył jak obydwie, trzymając się za ręce, zbiegają w
dół a uszu jego dobiegł radosny ich śmiech. Z góry wyglądały
jak dwie małe niesforne dziewczynki, które uciekają przed kimś,
kogo udało im się przechytrzyć. Napolcio na ten widok zaśmiał
się w głos i puścił się za nimi biegiem. I to tak szybkim, że
aż płomień pochodni głośno i wesoło furkotał na wietrze.
Zapadał
zmierzch. U podnóża Barddejów robiło się coraz ciemniej i
ciemniej. Ale największe nawet ciemności nie byłyby nikomu
straszne, kto się tam w tej chwili znajdował. Rycerze sprawili się
znakomicie i obóz wyszykowali jak się patrzy. Z myślą o
niewiastach. Na trawiastym brzegu jeziora wymościli dla nich wygodne
legowiska. Z czego się tylko dało. Byleby im było miękko i
wygodnie. A w pobliżu legowisk, rozpalili kilka ogromnych ognisk.
Jednak wszystkie niewiasty zażyczyły sobie najpierw kąpieli w
źródle, które z miłym dla ucha poszumem wytryskiwało w grocie
pod Barddejami. Ale tam, to już dworzanie, ich mężowie, ojcowie
albo bracia zajęli się posługą. Po kąpieli w zimnym źródle
niewiasty poczuły się tak orzeźwione, że nie czuły już żadnego
zmęczenia. I choć ostatniej nocy prawie nic nie spały, wcale im
się nie chciało jeszcze spać. Zajęły wprawdzie swoje legowiska,
ale długo jeszcze nie spały. Jedne rozmawiały półgłosem. Inne
podśpiewywały z cicha. A jeszcze inne, zwłaszcza te starsze,
mamrotały jakieś modlitwy.
Księżniczka
India i Zefcia nie miały w ogóle ochoty na sen. Przecież miały
sobie jeszcze tyle do opowiedzenia. Na kąpiel miały ochotę, i
owszem, ogromną, ale czekały wytrwale aż wszystkie damy się
wykąpią. A kiedy tak się już stało, z piskiem wskoczyły do
źródełka tak jak stały. Ochlapując się zimną wodą nawzajem,
piszczały jeszcze głośniej. Całe obozowisko odpowiadało im
gromkim śmiechem.
Napolciowi
aż serce rosło na te odgłosy. Sam też śmiał się serdecznie i
co rusz spoglądał to na rozbawione obozowisko, to w stronę groty.
Chiorunek
tymczasem w ogóle nie zwracał uwagi na to, co dzieje się dookoła,
gdyż był bardzo zajęty. Przy blasku ognisk uwijał się jak w
ukropie i wraz ze stangretami oraz nowymi obywatelami Barbedetlandii,
wprowadzał swój pomysł w czyn. Czyli ze szczątków karet, jakie
tylko udało im się wspólnie znieść ze szczytu Barddejów,
majstrowali naprędce coś na podobieństwo powozów. Głośno było
wokół nich niesamowicie, gdyż walili młotami ile wlezie. Ba,
walili czym się tylko dało. Nawet kamieniami. Brakowało im
przecież narzędzi.
Napolcio
przyglądał się chwilami pracy Chiorunka i jego brygady i z
niedowierzaniem kręcił głową. Jakoś nie mógł uwierzyć, że z
tych wszystkich rupieci może powstać coś do powozu podobnego.
W
obozowisku u podnóża Barddejów robiło się cicho, coraz ciszej.
Wszyscy w większości już posnęli. Napolcio wraz z Papkojem,
Sławojem i Rolandem robił obchód dookoła obozowiska, a wracając,
podszedł jeszcze raz do miejsca pracy Chiorunka i jego brygady. To,
co w blasku ognisk tam zobaczył, sprawiło, iż stanął jak wryty.
A gdy doszedł już do siebie, znów zaczął kręcić głową. Tym
razem z podziwu. Otóż okazało się, że w miejscu tym stoją
gotowe trzy powozy. Wprawdzie wszystkie trzy podobne były bardziej
do wozów drabiniastych, ale zawsze to jakieś tam powozy.
Najważniejsze, że miały koła. Ba, każdy z nich miał nawet po
cztery koła. Mało tego, między kołami też i podłogę. A na
podłodze, ho, ho… pyszniły się ustawione w rzędzie ławeczki.
Były one różnego kształtu i różnej wielkości. Ale były. Były
też dyszle i siedzenia dla stangretów. W każdym razie, jakby nie
patrzeć, widok tych trzech powozów w rezultacie robił imponujące
wrażenie.
Druhów
Napolcia i Rolanda widok ten również wprawił w osłupienie.
Wprawdzie w chwilowe, ale za to całkowite. Stali tak we trójkę z
rozdziawionymi ustami, i obejmując wzrokiem dzieło Chiorunka i
ludzi mu oddanych, nie mogli z siebie wydobyć słowa. Wreszcie
Papkoj pierwszy odzyskał rezon i wysapał:
— Do
stu kaduków… i siedmiu krasnoludków! Co ja widzę? Cud. Toż to
wypisz, wymaluj trzy trolejbusy wycieczkowe.
— Ho,
ho, aż trolejbusy… powiadasz Papkoj? — ucieszył się Chiorunek,
ale zaraz się zamyślił. Po chwili spytał: — A co to są
trolejbusy?
— Sam
nie wiem — odparł Papkoj z głupią miną.
— No to
co gadasz, jak nie wiesz? — Chiorunek zrobił zawiedzioną minę.
— A bo
akurat takie skojarzenie przyszło mi do głowy — rzekł Papkoj,
drapiąc się po swej szczeciniastej brodzie.
— Jak
się ma jakieś skojarzenia, to się wie, skąd się je ma. Nie można
jednych swoich wrażeń połączyć z innymi, jak o tych innych nie
ma się pojęcia. W takim przypadku nie ma mowy o żadnym
skojarzeniu… — zaśmiał się cierpko Chiorunek — Więc gadaj
lepiej, Papkoj, skąd ci takie skojarzenie przyszło do głowy.
— No
patrzcie, moi mili, jak to też jego nocne wiszenie głową w dół
na rozum mu wpłynęło. Ani chybi, tyle rozumu nagle nabrał, bo mu
z pięt do głowy doszedł — zarechotał Papkoj, obmiatając
wzrokiem Napolcia i Sławoja.
— Papkoj,
ty nie dworuj sobie ze mnie, tylko gadaj, co wiesz o trolejbusach —
zażądał Chiorunek.
— No
przecie mówiłem, że nic nie wiem… — rechotał dalej Papkoj. —
No może tylko tyle, że jak byłem przed laty na dalekim świecie,
to od pewnego zapoznanego tam kupca usłyszałem, iż w niektórych
odległych krajach jeżdżą po miastach ogromne pojazdy do
przewożenia ludzi, które nazywają się właśnie trolejbusami.
— To
teraz i w Barbedetlandii takie landary… och, przepraszam…
trolejbusy będą jeździć! — huknął gromkim basem Sławoj,
odzyskując nagle głos.
— Książę
Melchior jest wielki! — skomentował krótko Roland, który również
odzyskał już głos.
— No,
Chiorunek, jestem dumny z ciebie. I z was, dobrzy ludzie — odezwał
się wreszcie Napolcio. — Odwaliliście kawał dobrej i solidnej
roboty. Byleby te wasze powozy…
— Trolejbusy…
— Sławoj, dławiąc śmiech, wszedł w słowo Napolciowi.
— Jak
zwał, tak zwał! — zaśmiał się Napolcio. — Byleby były
wytrzymałe w użyciu i żeby nasze niewiasty nie miały lęku do
nich wsiąść.
— Ręczą
moją głową, że są wytrzymałe — zapewnił Chiorunek.
— Ty
już lepiej nie szafuj tak swoją głową — zaśmiał się tubalnie
Papkoj. — Bo szkoda by było tak rozumną, skądinąd, głowę
stracić… A ty, Napolciu, nie martw się, my we trójkę sprawdzimy
dokładnie wytrzymałość tych pojazdów trolejbusowych. Tak że
nasze niewiasty będą mogły bez lęku do nich nie tylko wsiąść,
ale też w nich jechać.
Ubawiony
Papkoj, przystąpił do kontroli pojazdów. Wnet dołączył do niego
nie mniej ubawiony Sławoj. Do sprawdzania wytrzymałości pojazdów
przystąpił też i Roland, lecz ubawiony to on nie był. Nie
rozumiał żartu Papkoja. Roland był (tylko) zachwycony i pełen
podziwu dla Chiorunka.
Chiorunek
ze swoimi ludźmi stał z boku, i przypatrując się trójce rycerzy,
czekał w napięciu na wynik ich kontroli. Po niespełna półgodzinie,
ku ogromnej jego satysfakcji i wszystkich jego ludzi, okazało się,
że wynik jest pozytywny. Świadczyły o tym trzy rozjechane w
uśmiechu twarze oraz trzy kciuki podniesione do góry jednocześnie.
Chiorunek tryumfował.
Godziny
mijały. Nad obozowiskiem panowała już głęboka noc. Dookoła było
spokojnie i cicho. Słychać było tylko basowe chrapanie rycerzy i
dworzan oraz melodyjne pochrapywanie niektórych niewiast. Czasami z
polany dolatywało też prychanie koni. Chiorunek i jego brygada też
już spali, leżąc pokotem na podłodze swych własnoręcznie
zrobionych powozów. A Papkoj, Sławoj i Roland, z kilkoma wybranymi
rycerzami, na zmianę pełnili wartę wokół obozowiska.
Napolcio
czuł coraz większe zmęczenie. Chciał chociaż na godzinkę
zmrużyć oczy. Jeszcze raz objął wzrokiem całe obozowisko. Był
zadowolony. Wszystko było w należytym porządku. Jedyne, co go
martwiło, to brak jedzenia. Wprawdzie widział, że przed udaniem
się na spoczynek wszyscy rycerze i barbedetlandscy i
virdinislandscy, wyciągali ze swoich chlebaków co tylko tam
znaleźli i dzielili się ze wszystkimi, że zwłaszcza niewiastom
podsuwali najlepsze kęski, niemniej zdawał sobie sprawę, że to i
tak za mało, aby się można było poczuć najedzonym. A rano czeka
ich przecież jeszcze wielogodzinna podróż. Napolciowi chodziło
przede wszystkim o damy Księżniczki Indii. O nią samą się nie
martwił. Był pewien, że już Zefcia należycie o nią zadba.
Postanowił, że po drodze będą robić przerwy, aby niewiasty mogły
się chociaż jagód najeść. Ta myśl go nieco uspokoiła.
Popatrzył w niebo i uśmiechnął się. Po czym już bezzwłocznie
skierował swe kroki w stronę groty. Zamierzał przycupnąć tam
gdzieś w pobliżu swoich ukochanych dziewcząt i choć na chwilkę
zmrużyć oczy. Skoro świt, zamierzał postawić rycerzy na nogi i
zająć się wraz z nimi przygotowaniem do drogi. Wchodząc do
wnętrza groty, usłyszał przytłumiony chichot. Nie mógł
uwierzyć, że dziewczyny jeszcze nie śpią. Udał jednak, że nic
nie słyszy. Podszedł do małej wnęki skalnej, zdjął tam z siebie
swój pancerz oraz hełm z pochodnią i położył na ziemi. Sam
wcisnął się do wnęki i usiadł na kawałku drewienka, które tam
leżało. Usnął w momencie i wnet zapadł w bardzo głęboki sen...
ciąg dalszy nastąpi
środa, 30 stycznia 2019
Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (IX/XI)
Sławoj
i Papkoj stali ciągle przy Chiorunku, i
kiedy zobaczyli jak Napolcio wspaniale miota ogniem, oniemieli z
wrażenia. Chiorunek najpierw też oniemiał, ale wnet poczuł
przeogromny podziw dla brata. Trwał w podziwie dobrą chwilę, i
stojąc pomiędzy druhami Napolcia, z rozdziawioną buzią biegał
tylko oczami po pobojowisku, jakie urządził jego brat w pojedynkę,
i to bez boju.
Sławoj
był przyzwyczajony do widoku płonącej pochodni w ręku Napolcia,
ale kiedy go zobaczył na szczycie Barddejów z pochodnią na głowie,
trochę się zdziwił. Zdążył jednak swe oczy do tego dziwnego
obrazka przyzwyczaić. Ale teraz, kiedy zobaczył że ta pochodnia na
jego głowie już nie tylko płonie, a bucha potężnym ogniem, i w
górę, i na boki, nie mógł nie oniemieć.
Natomiast
Papkoj, ten to oniemiał całkowicie, i na dłużej. Nic dziwnego. On
musiał oniemieć jeszcze bardziej niż Sławoj, bo przecież nie
wiedział, co to za pochodnia i po co Napolcio nosi się z nią w
biały dzień.
Roland
również doznał podobnego uczucia co Papkoj, tyle że nie na tak
długo jak on. Dla Rolanda Król Barbedetlandii był wielkim
autorytetem i darzył go ogromnym szacunkiem. Podziwiał go zawsze i
wszędzie. Tak że teraz, ta jego ognista akcja przeciwko wrogowi
wydała mu się tak niezwykła, ale to tak niezwykła, że aż
zupełnie normalna. Nawet wszystko to, co rozegrało się w jej
następstwie, wydało mu się w końcu całkowicie normalne.
Napolcio
zaś, główny sprawca ognistego zamieszania, sam był niesamowicie
zaskoczony ogromnym ogniem wokół siebie. A był zaskoczony dlatego,
gdyż całkiem zapomniał, że ma płonącą pochodnię na głowie.
Ale nawet gdy sobie przypomniał, widząc ogień dookoła,
zaskoczenie i tak nie minęło, przeciwnie, jeszcze większe go
ogarnęło. Bo też ognia takiego rozmiaru się nie spodziewał. Od
początku czuł, że to jakaś cudowna pochodnia. I z pewnością nie
na darmo coś karze mu ją mieć ciągle przy sobie. Ale żeby aż
tak cudowna była? Napolcio popatrzył z wdzięcznością ku niebu i
szepnął: — „Dzięki ci, ojcze Jeremiaszu”. — Po czym, pełen
bezgranicznej wdzięczności, zabrał się za tych co na ziemi.
Najpierw zajął się ledwo żywym hersztem bandy, którego nadmiar
emocji i strachu pozbawił jakiegokolwiek czucia. Podniósł go z
ziemi i parę razy próbował postawić na nogi. Niestety, zabieg ten
mu się nie udawał. Ale Napolcio uparty, przytrzymał go mocniej i
oparł o zad Pegasusa. Jednak i to okazało się daremne. Herszt
bandy, jak po równi pochyłej, na powrót zjechał na ziemię.
Napolcio, zrezygnowany, zarzucił nieboraka sobie na plecy i zaniósł
go Rolandowi. I tak bezwładnego, jak worek piasku, przerzucił mu
przez ramię. Wytrzepał dłonie z kurzu, i z zamiarem załatwienia
ostatniej sprawy z Królem Cruxlonem, skierował swe kroki w jego
stronę. Czyli w stronę góry wymieszanych ciał niewolników i jej
szczytu w postaci Cruxlona.
— Daj
rękę, Królu Cruxlonie, pomogę ci wstać — odezwał się,
pochylając nad leżącym. A gdy nie zauważył żadnej reakcji z
jego strony, zwrócił się do leżących niewolników: —
Powstańcie, nic wam nie grozi, a już na pewno nie z mojej strony.
Przysięgam, jakiem Król Napoleon.
Słowa
Napolcia dotarły do Króla Cruxlona, ale Cruxlon czuł się tak
okropnie przerażony, a jeszcze bardziej poniżony, leżąc jak
niemota poniżej swej królewskiej godności, że musiał najpierw
sam ze sobą dojść do ładu. To jednak nie było mu dane, gdyż
jego niewolnicy natychmiast zareagowali na słowa Króla Napoleona i
zerwali się z ziemi, zrzucając go tym samym ze swych pleców. Król
Cruxlon poczuł smak ziemi. A za moment, poczuł jak czyjeś silne
ręce podnoszą go z tej niezbyt smacznej ziemi i sadzają w lektyce.
— No
co, Królu Cruxlonie, doszedłeś już do siebie? — odezwał się
znów Napolcio, upewniając się najpierw czy go dobrze posadził i
czy lektyka pewnie stoi na ziemi. — Bo jeżeli nie, to mogę
jeszcze chwilę poczekać z moją ostatnią sprawą do ciebie, aż
dojdziesz.
— Gadaj,
co to za sprawa, bo już mam dość twojego towarzystwa. Chcę
wracać… Gdzie są moi rycerze?! — Król Cruxlon najwyraźniej
jeszcze nie całkiem doszedł do siebie. — Pytam, gdzie są moi
rycerze, najwaleczniejsi z walecznych? Coś zrobił z moimi
rycerzami, ty nikczemny Królu Jeremiaszu?! — wrzeszczał
wniebogłosy.
— A
kuku, to ja, Król Napoleon, syn Króla Jeremiasza! — zawołał
Napolcio Cruxlonowi prosto w twarz. — Poznajesz mnie? Ale Król
Jeremiasz też tu jest… i to właśnie on ma do ciebie sprawę.
Otóż Król Jeremiasz chce ci przypomnieć o waszym Traktacie
Pokojowym, a zwłaszcza o tym punkcie traktatu, który mówi o
zniesieniu przez ciebie niewolnictwa… Halo, Królu Cruxlonie,
dotarły do ciebie moje słowa…? To znaczy… słowa mego ojca,
Króla Jeremiasza?
Król
Cruxlon nie reagował. Siedział w lektyce i patrzył wybałuszonymi
oczami w twarz Napolcia jak w abstrakcyjny obraz... I nic. Żadnego
słowa więcej nie potrafił z siebie wydusić. Nie był w stanie.
Wszak wszystko za szybko się potoczyło. Cała ta nagła zmiana
sytuacji przerosła go. Był górą… i na górze, jest na
całkowitym dole, i to ze wszystkim… Miał tylko Króla Napoleona
przed oczami… teraz ma dwóch, bo i Król Jeremiasz do niego mówi.
I jak tu dojść do siebie? Król Cruxlon nic już nie wiedział,
niczego nie rozumiał. Niczego już też nie chciał… Tylko spać.
— Halo,
Królu Cruxlonie! — Napolcio znów się odezwał. — Król
Jeremiasz przekazuje ci swój pierścień z brylantem, abyś zawsze
pamiętał o nim i… o zniesieniu niewolnictwa sobie przypomniał…
— Tak?
Jaki brylant z pierścieniem…? — Król Cruxlon nie całkiem
jeszcze oprzytomniał, ale słowa Napolcia gdzieś w oddali usłyszał.
I tak jak mu się wcześniej wydawało, że już niczego nie pragnie,
tylko spać, tak słowo „brylant”, nie mogło nie zrobić na nim
wrażenia. Mowa wróciła mu od razu i zaczął wrzeszczeć: —
Dawaj to! Dawaj, mówię! Dawaj mi ten brylant z pierścieniem, i to
już!
— Pomału,
Królu Cruxlonie! — Napolcio śmiał się z chciwości Cruxlona.
Czuł, że nic mu już innego nie pozostało. — Zaraz dostaniesz
ten brylant z pierścieniem… stop… wróć… pierścień z
brylantem, tylko ja muszę być pewien, że ty już całkowicie
kontaktujesz i dociera do ciebie, za co miałbyś go dostać. Więc
powtórz: kto ci go daje, i za co.
— A nie
zawracaj mi tu głowy tym twoim „powtórz”, tylko dawaj co moje!
— zdenerwował się król Cruxlon i poderwał swoje ociężałe
ciało z fotela. — Nakazuję ci natychmiast dać… No właśnie,
a co miałeś mi dać?
Napolcio
nachylił się nad Królem Cruxlonem jeszcze bardziej i zaglądnął
mu w oczy. Och, jak bardzo by chciał, aby ten stary chciwiec doszedł
już do siebie. Ukochana czeka, a on zabawia się tutaj bez końca.
Postanowił więc działać efektywniej. Podsunął pierścień
Cruxlonowi pod sam nos i popatrzył czy reaguje. Zareagował. Oczy
wyraźnie zaśmiały mu się do tego świecidełka. — „No,
wreszcie!” — krzyknął Napolcio, i zadowolony, jeszcze raz
powtórzył mu od kogo ten pierścień i za co i ponowił pytanie. I
o dziwo, dostał całkiem sensowną odpowiedź.
Król
Cruxlon na tak bliski widok pięknego pierścienia z brylantem
oprzytomniał całkowicie. Takiego cacka jeszcze nie widział.
Misterna robota, dużo ażuru, zdobień. A ten brylant? Ogromny i
połyskujący. Istne cudo! Król Cruxlon natychmiast zapragnął go
mieć. Teraz był w stanie na wszystko się zgodzić, byleby tylko
ten skarb mieć już w ręce. Zgodził się więc na przestrzeganie
Traktatu Pokojowego spisanego przed laty przez niego i jego obecnego
darczyńcę, króla Jeremiasza — i pozbyć się niewolników. Tak,
powiedział: „pozbyć się”, nie — znieść niewolnictwo. Ale
zaraz się poprawił i powiedzieć tak jak stoi w traktacie, czyli:
„zobowiązuję się znieść niewolnictwo”, gdyż usłyszał
głośny pomruk niewolników i Króla Napoleona. Ale w tym wszystkim,
nie ten ich pomruk był dla niego taki straszny. Straszne było to,
że wraz z pomrukiem prześliczny pierścień znikł mu nagle spod
nosa.
— A
więc, Królu Cruxlonie, trzymam cię za słowo! — zawołał
Napolcio, zadowolony, że sprawy mają się ku końcowi. — Proszę,
oto pierścień mojego ojca, Króla Jeremiasza… Ale pamiętaj, jego
posiadanie zobowiązuje.
— Pamiętam,
pamiętam… Co bym miał nie pamiętać —
wymamrotał Król Cruxlon i wyrwał pierścień z ręki Napolcia.
Król
Cruxlon, doszedłszy już całkowicie do siebie, promieniał ze
szczęścia. Wreszcie miał w dłoni to cacko nad cackami. Szybko
zapomniał o swoim dotychczasowym niepowodzeniu. A wpatrując się w
ten pierwszej wody brylant (jak go zrazu oszacował), chichotał w
duchu, że Król Napoleon razem ze swoim ojcem zza światów, Królem
Jeremiaszem, może mu co najwyżej na puklerz skoczyć, a nie zmuszać
do zniesienia niewolnictwa.
— No
jak, Królu Cruxlonie? Podoba ci się pierścień? — Napolcio
odgadywał myśli tego starego chytrusa. — Myślę, że tak.
Twoja fizjonomia mi to mówi. A więc pożegnaj się ładnie ze
swoimi niewolnikami, przepraszam, byłymi niewolnikami, bo dużo im
zawdzięczasz.
— Jak
to?! Pomału! A kto mnie zniesie ze szczytu Cruxlejów i zaniesie do
pałacu? — zdenerwował się król Cruxlon.
— Twoi
wierni rycerze.
— Rycerze,
powiadasz? — Król Cruxlon rozglądnął się dookoła. — A gdzie
oni są?
— Poszli
sprawdzić, czy moi rycerze nie nadciągają — odpowiedział
Napolcio i zachichotał w kułak.
— Co ty
mówisz? To twoi rycerze też tu będą?
— Nie
inaczej.
Król
Cruxlon zastanowił się na moment, bo coś mu tu nie pasowało.
Zwłaszcza to, że wszyscy jego rycerze zniknęli. — „Czyżbym im
wydał jakiś głupi, to znaczy, jakiś nie do końca przemyślany
rozkaz?” — pytał siebie w duchu. I pomału, pomału, zaczął
sobie przypominać jakiś ogromny ogień. — „Tak, coś miotało
ogniem… Na Belzebuba! Toż to ten młokos Napoleonik zionął
ogniem!” — wrzasnęła nagle jego strwożona dusza… i wszystko
sobie przypomniał. Spode łba popatrzył na Króla Napoleona i wtedy
ogarnęło go jakieś dziwne, nieznane mu do tej pory uczucie.
Respekt. Tak, poczuł respekt przed tym, którego uważał za gamonia
i kpa. Z respektem też patrzył na płonącą pochodnię na jego
głowie. — „A to ci broń, no, no!” — pokiwał głową z
uznaniem. — „Z takim, to lepiej nie zadzierać” — zmartwił
się swoim własnym stwierdzeniem. Poczuł się nieswojo. Odruchowo
wyciągnął szyję, aby zaglądnąć za swoimi rycerzami.
Napolcio,
przyglądając się twarzy Króla Cruxlona, domyślał się jakie
uczucia nim targają. A gdy zobaczył, że on wyciąga szyję i
rozgląda się wkoło, odezwał się:
— Idą…
już idą z powrotem. O, widzisz, tam przy zejściu na wasze zbocze
widać już ich hełmy.
Rzeczywiście,
rycerze Króla Cruxlona niepewnie bo niepewnie, ale wracali. Dwójkami
albo pojedynczo podchodzili powoli do miejsca, z którego jakaś
piekielna moc ich wykurzyła i ze spuszczonymi głowami, niektórzy
zawstydzeni, niektórzy ciągle jeszcze wystraszeni, ustawiali się
powoli za lektyką swego Pana i Władcy.
Król
Cruxlon na widok powracających rycerzy chciał na nich nawrzeszczeć
i powiadomić, iż mogą zapomnieć o żołdzie, za to że się
oddalili i go samego zostawili. Już otworzył nawet usta, ale że
nie był pewien czy to on sam w jakimś konkretnym celu takiego
rozkazu im nie wydał, usta szybko zamknął i nie powiedział nic.
Niewolnicy
Króla Cruxlona cały czas stali ciasno zbici do kupy obok Króla
Napoleona i wpatrywali się w niego jak w Boga. A stali tak od
momentu, gdy ten do nich przemówił. I choć nie bardzo mogli
uwierzyć, że od tego też momentu stali się wolnymi ludźmi, to
jednak w duchu zaklinali wszystkie świętości, aby to było prawdą.
Widok zbliżających się rycerzy zaniepokoił ich. Obawiali się, że
w takiej sytuacji ich wybawca, Król Napoleon, stanie się
niedoszłym wybawcą. Jeszcze ciaśniej obstąpili Króla Napoleona i
z drżącym sercem patrzyli po sobie, wyczekując co nastąpi.
Król
Cruxlon stał w lektyce i spoglądał to na pierścień, to na swych
rycerzy. Tlił się w nim jeszcze mały promyczek nadziei, że skoro
jego waleczni rycerze już są na powrót (słowo: „waleczni” na
wszelki wypadek szybko w myślach wycofał, bo tak mu nakazywało
poczucie chwilowej amnezji), to może jednak uda mu się wykolegować
tego wstrętnego Napoleonika i zabrać swoich niewolników. Kupił
ich przecież i wydał na nich pieniądze. To jak to tak, teraz ma
ich stracić? Tak po prostu?
Napolcio
podejrzewał, że Król Cruxlon nie tak łatwo będzie chciał
zrezygnować z niewolników. Pomimo przyrzeczenia. Znał dobrze tego
chytrusa. Dlatego postanowił kuć żelazo póki gorące i nie dać
mu czasu do myślenia.
— Który
z was jest najstarszy? — zwrócił się do ósemki niewolników. A
mówił głośno, by Król Cruxlon wyraźnie słyszał.
— Ja,
Królu Miłościwy! — zawołał jeden z niewolników.
— Powiedz
mi, ilu was jest w pałacu Króla Cruxlona?
— Oprócz
nas, jeszcze czterdziestu.
— No,
no, Królu Cruxlonie! Jak mogłeś?! — Napolciowi aż głos się
załamał.
Król
Cruxlon milczał. Milcząc, popatrzył na Napolcia, a właściwie na
jego płonącą pochodnię. Widok ten zmierził go. Jeszcze mocniej
zacisnął usta i zajął się już tylko oglądaniem pierścienia.
Napolcio,
widząc że nie ma z kim rozmawiać, na powrót zwrócił się do
niewolników.
— Posłuchajcie
mnie. Od dziś jesteście wolnymi ludźmi…
— Wielki
Królu Napoleonie, nigdy my tobie tego nie zapomnim! Idziem z tobą
do twojego królestwa, by móc ci służyć. Do końca naszych dni
będziem cię wielbić za naszą wolność… i nasze dzieci, i nasze
wnuki będą cię wielbić — wyszeptał wzruszony a i uradowany
najstarszy z niewolników. W końcu radość jego eksplodowała, i
jak nie wrzaśnie: — Niech żyje nam Jedyny Nasz Król, Wielki Król
Napoleon!
— Niech
żyje Nasz Jedyny i Kochany Król Napoleon! — huknęło pozostałych
siedem gardeł.
Cruxlandscy
rycerze zdębieli. Nie wiedzieli co się stało. I nic nie rozumieli.
Król
Cruxlon rozumiał, ale było mu już wszystko jedno. A gdy na moment
podniósł głowę i ponad głowami swych rycerzy zobaczył
barbedetlandskich rycerzy nadciągających od zachodniej strony
szczytu, zrezygnowany całkowicie klapnął z powrotem na fotel.
Cruxlon
jako pierwszy miał okazję zobaczyć rycerzy Króla Napoleona.
Wprawdzie jego lektyka stała teraz na ziemi, a nie na ramionach
niewolników, ale stojąc w niej i tak miał oczy o wiele wyżej od
wszystkich pozostałych, którzy stali obok lektyki. Widok ten nie
był miły jego oczom. Natychmiast więc przeniósł swe spojrzenie
na to cudo, które trzymał w dłoni. Chciał już wracać do swego
pałacu. Czuł się zmęczony. Ale przede wszystkim nęciło go, by
jak najszybciej pod szkłem powiększającym przypatrzeć się swemu
nowemu nabytkowi. Wprost marzył, aby zamknąć się wreszcie w
swojej królewskiej komnacie i przez nikogo już więcej nie
niepokojonym rozkoszować się brylantem najczystszej wody.
Napolcio
z uśmiechem poklepał po ramionach nowych obywateli swojego
królestwa, i zwracając się do najstarszego wśród nich, mówił
dalej:
— Jesteś
najstarszy, więc mam do ciebie prośbę byś wybrał kogoś spośród
was, kto by wrócił wraz z Królem Cruxlonem do jego pałacu i
osobiście przekazał czterdziestu waszym towarzyszom tę wiadomość,
iż stali się wolnymi ludźmi.
— Królu
Najłaskawszy, pozwól, że to ja wrócę — rzekł najstarszy
spośród byłych niewolników.
— Dobrze.
Dam ci dwie sakiewki złotych dukatów — oznajmił Napolcio, a
sięgając za pazuchę, popatrzył na Cruxlona, bo ten nagle zaczął
tupać nogami o podłogę lektyki. Napolcio nie przejął się tym
jednak i mówił dalej: — Podziel je pomiędzy wszystkich i powiedz
im, że mogą iść dokąd tylko chcą.
— Królu
Wielmożny, a czy my wszyscy możemy żyć w twoim królestwie, w
twojej przepięknej Barbedetlandii? Przyjmiesz nas wszystkich? —
spytał najstarszy drżącym głosem.
—Będzie
mi bardzo miło. Przyjmę was z szeroko otwartymi ramionami i z
gorącym sercem — odrzekł Napolcio. — W którejś z moich wsi
dostaniecie miejsce na budowę własnego domu i ziemię pod uprawę.
Będziecie mogli żyć u mnie spokojnie i dostatnio.
Napolcio
musiał przerwać swoją mowę, gdyż nagle, jak spod ziemi, urósł
przed nim Krzesimir.
— Królu
Kochany, rozkazuj, co nam czynić? Będziem bój toczyć? —
Krzesimir z wielkim przejęciem zasalutował mieczem.
— Nic
nie musicie czynić. A o boju to ani mowy nie ma — zaśmiał się
Napolcio. — Zaraz będziemy sprowadzać z Barddejów moją ukochaną
Księżniczkę Indię i naszych szanownych weselnych gości…
Czołem, moi kochani rycerze! Bardzo się cieszę, że już
jesteście!
Napolcio
tryskał radością, bo oto wszystko ma swój dobry finał. A
najpiękniejszy i najmilszy, czyli ślub z Księżniczką Indią —
ciągle przed nim. Z radością więc kończył ostatnią rzecz z
Królem Cruxlonem, i żeby być pewnym iż została należycie
zakończona, zwrócił się jeszcze raz do niego.
— Królu
Cruxlonie, możesz już spokojnie wracać do swego pałacu. Proszę
cię tylko o jedno, żebyś nie przeszkadzał swoim byłym
niewolnikom w opuszczeniu twojego królestwa. Specjalnie wysyłam
jednego z nich z tobą, abym mógł być pewien, że tak będzie. I
pamiętaj, gdyby mu się coś stało, albo gdyby nie przybył do mnie
ze swoimi czterdziestoma towarzyszami w ciągu dwóch dni, przyjdzie
mi najechać na twoje królestwo. A wtedy pozbawię cię nie tylko
darów, jakie ode mnie dostałeś, pozbawię cię królestwa i
zdetronizuję. A potem całą Cruxlandię przekażę na rzecz twojego
bratanka, Księcia Karola, wraz z twoją koroną… i z pierścieniem
z brylantem.
— No,
no… Już cicho, Królu Napoleonie…! — wrzasnął Król Cruxlon,
przerażony, że słowa jego mogłyby się spełnić. — Nie
najeżdżaj na moje królestwo… nie musisz najeżdżać. Nigdy nie
będziesz musiał najeżdżać. Chcę być Królem Cruxlandii do
końca mojego żywota. Książę Karol, po mojej śmierci… Nie
szybciej!
— To
tak też i będzie, skoro to od ciebie zależy — rzekł Napolcio i
skłonił się uniżenie. Po czym się odwrócił i skierował kroki
w stronę swoich rycerzy.
Rycerze
Króla Napoleona nie mieli bladego
pojęcia, co też tu mogło się stać, ale słysząc słowa swojego
Króla, jak przemawiał do nieustraszonego Króla Cruxlona, czuli
wielki podziw dla niego. Czuli też ogromną dumę, że są rycerzami
tak dzielnego, mądrego i dobrego Króla.
Napolcio
wydał rozkaz do odwrotu. I nie oglądając się już na nikogo,
wskoczył na grzbiet Pegasusa i pognał do ukochanej. Pędził z
sercem na ramieniu, co sił w nogach Pegasusa. I kiedy dojechał na
miejsce, zauważył, że wszyscy virginislandcy rycerze i dworzanie
nadal stoją wokół kryjówki Księżniczki Indii, tak jak ich
zostawił. Poczuł ogromną wdzięczność do tych ludzi. Zeskoczył
z konia i natychmiast pobiegł do ukochanej.
Księżniczka
India na widok Napolcia bardzo się ucieszyła. A kiedy Napolcio bez
zbędnych słów wyniósł ją na zewnątrz, uścisnęła go mocno i
złożyła gorący pocałunek na jego policzku. Po czym spąsowiała
jak czerwona róża, i by ukryć swoje zawstydzenie, pocałowała go
w drugi policzek. Potem czym prędzej schowała twarz w swych gęstych
i długich włosach.
To, co
Napolcio poczuł w tym momencie, było to najpiękniejsze uczucie
jakiego doznał w całym swoim życiu. Z miłości do tej istoty mało
mu serce z piersi nie wyskoczyło.
Wszyscy
Virginislandczycy, mając przed sobą tak cudowny obrazek,
zrozumieli, że ich Księżniczka India jest uratowana i że oni też
mogą czuć się uratowanymi. Uszczęśliwieni, i tym widokiem, i tą
świadomością, zaczęli bić brawo. A Hrabina Amoroso krzyknęła:
— „Niech żyje Król Napoleon! Niech żyje Księżniczka India!
Niech żyje nam Kochana Młoda Para!” — Jak echo odpowiedziały
jej wszystkie gardła. A po chwili dołączyły do nich gardła
nadchodzących, a właściwie nadbiegających rycerzy Króla
Napoleona i byłych niewolników. Nawet herszt bandy (a może jednak
już były herszt bandy?), popychany do przodu przez Rolanda bił
brawo i wołał: — „Niech żyje Królewska Młoda Para!”.
Chiorunek
biegł na przedzie tej przedziwnej i rozkrzyczanej kolumny i krzyczał
najgłośniej. Ale po swojemu: — „Sto lat Napolcio! Sto lat
India!” — A kiedy dobiegł już do roześmianego Napolcia i
Indii, zaśpiewał: — „Sto lat, sto lat, niechaj żyją nam…!”.
Wesoło
zrobiło się na szczycie Barddejów. Pomimo trudów i znojów, jakie
wszyscy przeżyli, nikt nie odczuwał w tej chwili zmęczenia. Każdy
tryskał dobrym humorem i niespożytą energią.
Napolcio,
najszczęśliwszy ze szczęśliwych, oddał Księżniczkę Indię pod
opiekę Hrabiny Amoroso i natychmiast przystąpił do organizowania
zejścia z góry. Zwrócił się do rycerzy i dworzan by pozbierali
wszystko to, co pozostało jeszcze po grabieży cruxlandskich
rabusiów i ułożyli w jednym miejscu. Sławojowi, Papkojowi i
Rolandowi nakazał wybrać z tych rzeczy tylko te, które da się
znieść. Resztę kazał im zakopać w kryjówce po Księżniczce
Indii. Sam zaś zabrał ze sobą Chiorunka i byłych niewolników,
nowych obywateli Barbedetlandii, i poszedł do koni, aby się
zorientować w jakim są stanie. Zamierzał wszystkie konie
sprowadzić w dół. Tylko nie bardzo jeszcze wiedział, jak ma to
zrobić. Wszedł pomiędzy wylęknione i wycieńczone konie, i gdy
zobaczył jak bardzo są słabe, serce mu mało nie pękło. Konie
słaniały się na nogach z głodu, a przede wszystkim z pragnienia.
Niektóre były tak słabe, że opierały się łbami o inne konie, i
chrapały tylko cichutko. A gdy zauważył, że niektóre z koni,
które należały do zaprzęgów karet z orszaku królewskiego, stały
nawet z dyszlami, a pomiędzy nimi na ziemi siedzieli do cna
przerażeni stangreci, łzy mu się w oczach zakręciły. Widok był
naprawdę bardzo smutny i wzruszający. Nie mógł dłużej patrzeć
bezczynnie na ten rozmiar tragedii. Pobiegł z powrotem do rycerzy i
nakazał im zostawić wszystkie dobra materialne, a zająć się
ratowaniem koni. Wpadł na pomysł, aby wszyscy rycerze
barbedetlandscy i virginislandscy ustawili się szpalerem na całą
długość zbocza, aż po samo Jezioro Bardeńskie, i w bukłakach
podawali wodę z jeziora na szczyt. Napolcio zdawał sobie sprawę,
że wycieńczone przede wszystkim brakiem wody konie, sprowadzać w
dół nie ma nawet co próbować. Trzeba je najpierw napoić. Inaczej
pójdą na zmarnowanie. A tego by sobie nie darował.
Ruch
zrobił się na szczycie Barddejów niesamowity. Wszyscy rycerze
rzucili się do wykonania rozkazu Króla Napoleona. Pozbierali
wszystkie bukłaki, jakie tylko udało im się znaleźć przy koniach
i puścili się biegiem na zbocze. Za nimi pobiegli też dworzanie.
Napolcio
zawrócił z drogi biegnącego z rycerzami Krzesimira i wydał mu
inny rozkaz. Otóż rozkazał mu, by zszedł do Korfantego i żeby
razem wyznaczyli jednego z dziesięciu rycerzy pozostających u
podnóża góry do dowodzenia pozostałymi rycerzami oraz do
sprawowania opieki nad Zefcią. Sami zaś, żeby ruszyli niezwłocznie
w drogę powrotną do pałacu w celu powiadomienia Królowej
Beatrycze i Króla Virginusa, że Księżniczka India wraz z
orszakiem królewskim odnaleziona i ma się dobrze. I że wszyscy
razem przybędą do pałacu dopiero na drugi dzień, gdyż zostają
na noc u podnóża Barddejów. No i też, żeby powiadomili
wszystkich jego dworzan, iż ślub i wesele odbędzie się w
niedzielę wieczorem. A potem kazał im ruszyć w dalszą drogę, do
wsi Barbedów, z furą pełną jedzenia i picia i z sześcioma
pustymi furami do przewiezienia wszystkich Barbadejanów z powrotem
do ich wsi. Zaprzężone fury kazał im pozostawić do dyspozycji
mieszkańców obu wsi, aby mieli nazajutrz czym na wesele przyjechać.
Po wykonaniu tego zadania kazał im wracać do pałacu i zająć się
przygotowaniami do ich przybycia spod Barddejów oraz dopięciem na
ostatni guzik opóźnionej, ale przez to i huczniejszej jeszcze uczty
weselnej.
Serce
rosło Napolciowi, kiedy wydawał rozkazy Krzesimirowi. Nic dziwnego,
rozkazy dotyczyły jego i Księżniczki Indii wesela. Napolcio doznał
przypływu świeżej energii i zabrał się ochoczo do wyszukiwania
kufrów podróżnych, które nadawałyby się na zrobienie czegoś na
kształt koryt, w których można by było poić konie. Do Napolcia
natychmiast dołączył Chiorunek i siódemka nowych
Barbedetlandczyków. Napolcio wyciągał ze splądrowanych kufrów
pozostałości po grabieży, i to co było jeszcze dobre odkładał
na bok, a porwanymi ubraniami kazał swoim pomagierom owijać koniom
kopyta. Przynajmniej u dwóch przednich nóg. Napolcio zdawał sobie
sprawę, że koniom ciężko jest schodzić z góry w dół. A co
dopiero tak osłabionym koniom. Wiedział też, że zbocze Barddejów
jest szczególnie kamieniste, toteż z podkutymi kopytami konie
ślizgałyby się okrutnie i padały. Owijanie im kopyt, czym się
tylko da, wydało mu się więc najlepszym w tej sytuacji sposobem,
aby tym biednym zwierzętom zapewnić w miarę bezpieczne zejście.
Chiorunkowi
pomysł Napolcia bardzo się spodobał. Zaczął się więc sam
rozglądać za czymś, co by nadawało się na takie szykowne końskie
buciki. Biegał to tu, to tam, i zaglądał wszędzie gdzie się
tylko dało. Wreszcie to coś, czego szukał, znalazł w połamanych
karetach. Bo też wszystkie karety z orszaku Króla Virginusa od
wewnątrz obite były grubym pluszem. Materiału miał więc co
niemiara. Zadowolony z siebie, pozrywał obicia z pogruchotanych
szczątków karet i zabrał się za wykrawanie nożem odpowiedniej
wielkości kawałków. I gdy wykroił ich już całą stertę,
natychmiast pobiegł z nimi do stłoczonych koni. Będąc już przy
koniach, w pośpiechu i bez żadnych ceregieli, zabrał się za
staranne obwiązywanie ich kopyt. Kopyto po kopycie. Był dumny ze
swojego dzieła. Buciki wyszły mu jak się patrzy. Solidne i
wytrzymałe.
Wyszło
na to, że nie tylko Napolcio z Chiorunkiem i z nowymi
Barbedetlandczykami krzątał się na szczycie, krzątały się też
i niewiasty wraz z Księżniczką Indią i Hrabiną Amoroso. Zbierały
z ziemi wszystko co miało jeszcze jakąś wartość i co się
opłacało zabrać z sobą. A żeby nie było ciężko znosić tego w
dół, zamiast pakować do ocalałych kufrów, układały to wszystko
w zgrabne stosiki i obwiązywały… czymś. No właśnie, czym?
Napolcio
zerkał parę razy kątem oka, by sprawdzić skąd one biorą tyle
kolorowych i różnej długości powiązanych ze sobą wstążeczek.
A kiedy się zorientował skąd, bo zauważył, że niewiasty jedna
po drugiej wskakują do byłej kryjówki Indii i wychodzą stamtąd z
kawałkami materiału w ręce, to aż spłonął rumieńcem. Tak
bardzo się sam przed sobą zawstydził. Ale gdy zawstydzenie minęło,
z wielką tkliwością pomyślał o tych wspaniałych niewiastach,
które dla dobra sprawy, pozbywały się nawet części swojej
spodniej garderoby.
Był
jeszcze ktoś, kto pracował w pocie czoła na szczycie Barddejów.
Ale o nim w ferworze pracy zapomnieli wszyscy. Nawet Roland. Nawet
Napolcio. Był to herszt bandy. I dopiero kiedy on sam z jakimś
skrawkiem materiału napatoczył się Napolciowi pod rękę, wtedy
Napolcio sobie o nim przypomniał. I już chciał się do niego
odezwać, by go przestrzec przed ponowną próbą ucieczki, gdy nagle
zauważył, że on rzucił na ziemię to co miał w ręce i cichaczem
się oddala. Napolcio rozeźlił się okrutnie i puścił się za nim
biegiem, bo też zauważył, że ten złoczyńca znika gdzieś między
niewiastami. Zziajany, dopadł go dopiero przy Księżniczce Indii,
jak ten leżał plackiem u jej stóp i szeptem coś do niej mówił.
— A
tobie co?! — krzyknął zły na niego, że znów straszy jego
ukochaną. — Czego chcesz jeszcze od Księżniczki Indii? Mało
jej i wszystkim damom nadokuczałeś? Idź precz!
— Nie,
zostaw go Królu! — zawołała Księżniczka India. — On właśnie
mnie przeprasza, i to w barbedetlandskim języku.
Herszt
bandy (a właściwie — były już herszt, bo on sam już tak o
sobie myślał), widząc wszystkich tych niezwykłych ludzi, czując
ich ciepło i serdeczność, bardzo był nimi zachwycony. Podziwiał
ich. I to podziwiał tak mocno, że nie mógł z podziwu wyjść.
Trwał więc w podziwie dłuższy czas. I kiedy tak w nim trwał i
trwał, wtedy właśnie coś sobie postanowił. Bo też tak długie
trwanie w podziwie musi czymś zaowocować. Otóż postanowił, że z
podziwu dla wszystkich, a zwłaszcza dla Króla Napoleona, na już
zmieni swoje dotychczasowe życie. Króla Napoleona podziwiał przede
wszystkim za jego wspaniałą, szlachetną postawę i jego
postępowanie wobec innych ludzi. Najbardziej ujęło go to, jak on
sam został przez niego potraktowany. Takiego traktowania nie
doświadczył nigdy wcześniej od żadnego króla. A przecież zdążył
ich poznać wielu, gdyż od dawna wraz ze swymi kamratami łupił
wszystkie pobliskie królestwa. Zdarzało im się złupić nawet i
odległe. Wiedział, co to znaczy kara. Nieraz siedział w lochach i
był torturowany za swoje czyny. A Król Napoleon, nie dość że go
wykupił sakiewką złotych dukatów, to jeszcze go w ogóle do tej
pory nie ukarał. Och, jakże wdzięczny był mu za to. Król
Napoleon i jego ludzie byli dla niego żywym przykładem na istnienie
innego, lepszego świata — mentalnego i fizycznego, którego on
dotychczas nie znał. Spodobał mu się ten świat. Całym sercem
zapragnął w nim pozostać.
— Łaskawy
Królu Napoleonie, jam twoim niewolnikiem do końca życia! —
zawołał uroczystym głosem, i od stóp Księżniczki przerzucił
się do stóp Napolcia. — I Księżniczki Virginislandii…
— Ja
nie mam niewolników i mieć nie chcę — odrzekł Napolcio.
— A ja
ci wybaczam. Jesteś wolny — wtrąciła swoje zdanie Księżniczka
India i z wielką prośbą w swych pięknych oczętach popatrzyła na
Napolcia.
— Królu
Napoleonie, mój Panie i Władco, pozwól mi zostać przy tobie, będę
służył Jego Królewskiej Mości i… innym również. Chcę
odkupić swoje winy… a mam co odkupywać. Bóg mi świadkiem, że
mam! Błagam pozwól mi zostać z tobą — skamlał były herszt u
stóp Napolcia.
— Dobrze,
już dobrze! Zobaczę na co cię stać — zaśmiał się Napolcio. —
Ale pamiętaj, teraz masz jeszcze szansę odejść, nie ponosząc
żadnej kary za swój czyn, lecz gdy zdecydujesz się jednak zostać
w moim królestwie, to będziesz musiał żyć jak prawy człowiek,
inaczej, zostaniesz ukarany… i to za wszystkie twoje czyny naraz.
— Tak,
Miłościwy Królu, chcę zostać w twoim królestwie i być prawym
człowiekiem, i żyć jak prawy człowiek… Tak mi dopomóż Bóg! —
Byłemu hersztowi głos się załamał, skrył twarz w dłoniach i
nagły spazm targnął jego ciałem.
— Przede
wszystkim to ty sam sobie musisz pomóc. — Napolcio podniósł
byłego herszta z ziemi i postawił na nogi. — Ty sam przed sobą
musisz zrobić rachunek sumienia i przyznać się do grzechów.
Zrozumieć je i postanowić nigdy więcej ich nie popełniać. Bo też
nikt i nic nie jest w stanie ciebie zmienić… Tylko ty sam. Sam
sobie musisz wytyczyć właściwą drogę i kroczyć nią wytrwale. I
co najważniejsze: musisz uwierzyć w siebie i… w dobrego
człowieka! Być dobrym, prawym człowiekiem, to najwspanialsza
rzecz, jaką człowiek może osiągnąć za życia. I żebyś i ty
mógł się nim stać, musisz uwierzyć, że ci się to uda… A że
wiara czyni cuda, to ja już wierzę, że pozyskałem dla swojego
królestwa dobrego obywatela.
— Och,
Królu Napoleonie, jaki ty jesteś mądry — szepnęła Księżniczka
India, wpatrzona w Napolcia z miłością w oczach.
— To
mądrość mojego ojca, Króla Jeremiasza. Zawsze mam w pamięci jego
słowa i często je analizuję. Dziś wiem, że są szlachetne i
prawdziwe... Bo żeby iść przez życie z głową podniesioną,
trzeba żyć w zgodzie z własnym sumieniem. A żeby żyć w zgodzie
z własnym sumieniem, trzeba być prawym człowiekiem. Inaczej życie
nie jest nic warte. Ot, żyje się po to, aby tylko żyć. Zwykła
wegetacja. Żadnych wzniosłych doznań, żadnych prawdziwych
rozkoszy… — Napolcio zawstydził się nagle przed Księżniczką
Indią, że mówi o rzeczach zupełnie jej oczywistych. I by ukryć
swe zawstydzenie, zwrócił się ponownie do byłego herszta bandy: —
Pojmujesz o czym mówię?
— Nie
bardzo… jeszcze nie bardzo, ale Bóg mi świadkiem, że pojmę —
drżącym głosem odpowiedział były herszt bandy i w pośpiechu
zaczął coś wyszarpywać zza pazuchy. — Proszę, szlachetna
Księżniczko Virginislandii, oto dukaty, które dostałem za swój
niecny czyn od Króla Cruxlona. Przyjmij je ode mnie… Chcę odkupić
swoje winy.
— Nie,
zatrzymaj je! — zaśmiała się India.
— Ale…
ale one mi się nie należą — zająknął się były herszt bandy.
— I
masz rację! — ocenił Napolcio. — Więc możesz je rozdać
dzieciom ze wsi Barbadejowo i Barbedów, które przybędą na nasze
wesele jutro wieczorem.
— Taaak,
że… że dzieciom dać?! — żachnął się były herszt, ale po
krótkiej chwili, cedząc słowa, dodał: — Tak właśnie zrobię…!
Niech mają… one są… Nie, one nie są… niczemu winne i… na
pewno zrobią z nich dobry użytek… Na pewno lepszy, aniżeli ja
bym zrobił… Tak, tak… tego jestem pewien… że lepszy… No!
Tak zrobię!...
ciąg dalszy nastąpi
Subskrybuj:
Posty (Atom)








