Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tornado. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tornado. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 września 2020

Trąba powietrzna wytraciła swą moc tuż za domem

Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. O zgrozo, byłam naocznym świadkiem trąby powietrznej. Pierwszy raz w życiu... I nawet o tym nie wiedziałam. Dowiedziałam się dużo później.
Była noc (z 26 na 27 VIII), godzina 2:00, śpię ja sobie twardo i smacznie przy otwartym jak zwykle oknie, aż tu nagle, jak coś nie łomotnie...! Zerwałam się z łóżka na równe nogi i własnym oczom nie mogłam uwierzyć. Za oknem biała kipiel i potworny łoskot. Przerażona momentalnie zamknęłam okno. Zrobiło się nieco ciszej, ale słyszę, że z pokoju stołowego podobny hałas nadal dobiega. Z impetem rzuciłam się do drzwi od przedpokoju... i mało sobie łba nie rozbiłam. Konsternacja. Delikatnie mówiąc. Drzwi okazały się być zamknięte. A przecież ja zawsze zostawiam je otwarte. Szybkością błyskawicy przeleciała mi po głowie myśl, że to pewnie jakiś dziwny przeciąg mi te drzwi zatrzasnął. Dziwny, no bo ja nigdy nie zostawiam otwartych okien w pomieszczeniach przeciwległych do sypialni, a jedynie równoległych. Nie lubię przeciągów. Pomyślałam jeszcze, że to pewnie łomot zatrzaskiwanych drzwi mnie obudził, po czym nerwowym ruchem je otworzyłam, przeleciałam jak wicher przez przedpokój i wpadłam do pokoju stołowego. Światła ze strachu nigdzie nie zapalałam, ale w ciemnościach pewnie wzrok mi się wyostrzył, bo zobaczyłam, że na przylegającej do okna skórzanej sofie jest pełno wody i liści. Zdezorientowana zamknęłam okno i popędziłam z powrotem do sypialni. Patrzę i patrzę i nie wierzę własnym oczom. No to pędem skoczyłam do pokoju roboczego po okulary... O rany, kołdra też mokra i też na niej pełno liści. Zszokowana stanęłam przy oknie i rozbieganymi oczami obserwowałam, co się dzieje na zewnątrz. Widok był okropny. Oprócz białej wodnej kipieli nic nie było widać. Jakiś potworny wir kręcił nią i walił strumieniem wody w szyby. Strumieniem, bo tego już nie można było nazwać deszczem. A przy tym straszliwe wycie, jakby z czeluści piekielnych się wydobywający. Nie wiedziałam, co to w ogóle jest. Byłam przerażona. Potwornie bałam się o moje dzieci i wnuczęta. Już się zastanawiałam, czy nie zadzwonić do nich... Aż tu nagle, wszystko ustało. W ułamku sekundy. Owszem, deszcz lał i nawet pioruny waliły, ale to była już taka sobie normalna burza. Uspokoiłam się. Otworzyłam okno i zaglądnęłam na dwór, do ogrodu. Zobaczyłam palące się światła w oknach sąsiednich domów. Pewnie sąsiedzi, tak jak i ja, wyrwani zostali z łóżka i z przerażeniem obserwowali to cztero-, może pięciominutowe zjawisko.
Postałam w oknie jeszcze chwilkę i kiedy stwierdziłam, że i burza się już oddala, zaświeciłam światło. Na szybko doprowadziłam do porządku sofę, potem wytrzepałam przez okno kołdrę i na powrót położyłam się spać. Pragnęłam, by jak najszybciej był ranek, bym mogła zadzwonić do dzieci.
Usnęłam niemalże od razu. Nie mam problemów ze spaniem. Kiedy się rano obudziłam, natychmiast pobiegłam do telefonu i zadzwoniłam najpierw do córki. Była bardzo zaskoczona, gdy jej opowiedziałam mój nocny horror.
Coś ty, mamuś, u nas nic się działo. Może ci się to przyśniło?
Nie powiem, ucieszyło mnie to... To znaczy pierwsze jej zdanie. Drugie mniej. Chwilę jeszcze pogadałyśmy i kiedy skończyłyśmy, natychmiast zadzwoniłam do syna. Synowi opowiedziałam to samo, a syn na to:
Coś ty, mamuś, u nas nic się działo. Może ci się to przyśniło?
Też mnie to bardzo ucieszyło, że i u syna wszystko w porządku... Ale, ale do czorta kudłatego, przecież nie mogło mi się to przyśnić!
Co jest grane?! — głośno zadałam sobie pytanie, kiedy skończyłam z synem rozmawiać. — A może ze mną rzeczywiście coś nie tak?!
Najważniejsze jednak, że u dzieci wszystko w porządku. Mogłam się w końcu uspokoić. Po chwili jednak zaczęły mnie męczyć wątpliwości... No bo jak to tak, przecież syn mieszka ode mnie 200 m w dół, a córka jakieś 500 m w górę i u nich nic a u mnie... licho wie co? Włączyłam radio, wtedy się dowiedziałam, że nic mi się nie przyśniło i że ze mną wszystko okey. Ku mojej radości... To drugie oczywiście mam na myśli. Co się okazało? Otóż okazało się, że nad naszym miastem szalała w nocy trąba powietrzna, która miała średnicę 60 metrów i przeszła przez górę (Oksenberg) aż do mojej ulicy (konkretnie do mojego i dwóch bocznych domów), a potem wytraciła swą moc.
Coś takiego! — pomyślałam i w try miga wybiegłam na dwór, aby sprawdzić, czy nie wyrządziła u mnie jakiś szkód.
Na ulicy pracowały już służby porządkowe. Kiedy zobaczyłam moje auto, aż się wystraszyłam, bo nie było białe, jak go fabryka pomalowała, a zielone. Całe było oblepione liśćmi. Zobaczyłam też sąsiada, który pieklił się na balkonie i wykrzykiwał coś do kogoś na dole. Z jego krzyku zrozumiałam tylko tyle, że zostawił na noc otwarte drzwi balkonowe i to coś (nie powiem jak to nazwał), wyrwało mu drzwi z zawiasami. Wystraszona rozglądnęłam się dookoła domu. Na szczęście u mnie, oprócz połamanych gałęzi w ogrodzie, nic groźnego się nie stało. Wskoczyłam wtedy do auta i pojechałam na Oksenberg. Koniecznie chciałam zobaczyć, jak wygląda mój ukochany las... Wyglądał tragicznie. Byłam załamana.


Główna droga wiodąca na szczyt była całkowicie zawalona połamanymi drzewami. Połamały się jak zapałki. Wszędzie sterczały ich kikuty. Musiałam się naskakać niczym kozica górska, aby móc iść dalej.
Wiele drzew wyrwanych było z ziemi z korzeniami. W ziemi pozostały głębokie wyrwy. Na niektórych odcinkach drogi nie mogłam jednak pokonać leżących drzew. Musiałam wchodzić w głąb lasu, by móc pójść dalej. Ale i tam dużo lepiej nie było. W pewnym miejscu napotkałam potężną zawalidrogę.
Jak to możliwe, zastanawiałam się, patrząc na leżące drzewo. Tak potężne, tak zdrowe i nie zdołało oprzeć się trąbie powietrznej? Ze smutkiem obejrzałam go dokładnie. A że tego odcinka nie udało mi się już pokonać, musiałam zawrócić.


Poszłam inną drogą, na której wyraźnie było widać kończący się pas zniszczeń. Próbowałam się nią dostać na szczyt góry. Z oddali majaczył już jego krzyż. Jednak nie udało mi się tam dojść. Drogę blokowały powyrywane z korzeniami drzewa i głębokie wyrwy w ziemi.
Mój ukochany las wyglądał jak po uderzeniu bomby. Potworny był to widok. Krajobraz jak z filmu katastroficznego.
Matka Natura potrafi być czasami okrutna. A człowiek, choć jest jej częścią, w obliczu jej potęgi, staje się malutki niczym pionek w grze planszowej „Człowieku, nie irytuj się”.

Smutno mi było. Wracałam do auta przygnębiona. Przy wtórze pił spalinowych. Drwale pracowali już pełną parą.
Nigdy więcej nie chciałabym przeżyć czegoś takiego. Trąba powietrzna jest straszna. A co mają powiedzieć ludzie, którzy za jej przyczyną stracili swoje domy i cały swój dobytek? Potworne nieszczęście. Wobec sił natury człowiek jest bezsilny.

Przed laty napisałam baśń pt. Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona”, w której głównym miejscem akcji jest Królestwo Barbedetlandii po przejściu trąby powietrznej (tornada). Pisząc ją, musiałam swoją wyobraźnię mocno stymulować, aby móc opisać, jak wygląda trąba powietrzna i jakie niesie za sobą spustoszenie, gdybym pisała ją dzisiaj, nie musiałabym już angażować wyobraźni.

29.08.2010


niedziela, 10 lutego 2019

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (XI/XI)



Kiedy Napolcio otworzył oczy, na dworze już świtało. Czuł się zupełnie wyspany i wypoczęty. Natychmiast zerwał się na nogi. Pozbierał z ziemi swoje rzeczy, i zakładając je po drodze na siebie, kierował się do wyjścia z groty. Wychodząc, spojrzał jeszcze na śpiące dziewczyny. Uśmiechnął się szeroko do siebie, bo zobaczył, że obie wtulone w siebie śpią spokojnym snem, a nad ich głowami czuwa Pegazus. Pegazus wprawdzie spał również, stojąc w szerokim rozkroku ze spuszczonym łbem, ale najważniejsze, że był. Znał swego wiernego konia i wiedział, że w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zawsze może liczyć na jego instynkt zwierzęcy.
Będąc już na zewnątrz, zaczął się rozglądać za swoimi druhami. Chciał z nimi ustalić jak będzie wyglądała ich droga powrotna. W obozowisku było jeszcze zupełnie cicho. Wszyscy spali snem sprawiedliwego. Spokojnie i twardo. Nigdzie w pobliżu swoich druhów nie widział, ale gdy tak się za nimi rozglądał, zrazu coś mu się w oczy rzuciło. Spostrzegł jasną łunę bijącą z przeciwległego brzegu jeziora. Zastanowił się na moment, co też to może być? Nie czekał jednak aż mu się to samo z czymś skojarzy, tylko puścił się biegiem w tamtym kierunku. Na szczęście Jezioro Bardeńskie nie było aż tak duże, i kiedy po paru minutach dobiegł do jego połowy, mógł już stwierdzić naocznie skąd ta łuna. Tylko co ona oznacza, jeszcze nie wiedział. Otóż okazało się, że na przeciwległym brzegu jeziora stała oświetlona srebrna kareta zaprzężona w trzy pary siwych koni. Na karecie siedziało dwóch stangretów odzianych w srebrne uniformy. Dach karety był cały obładowany jakimiś wiklinowymi koszami. Napolcio zdumiał się bardzo, a i trochę zaniepokoił. Ale kiedy dobiegał coraz bliżej karety, spostrzegł koło niej swoich druhów i Rolanda. Uspokoił się natychmiast, bo to oznaczało, że nic złego dziać się nie może. Zwolnił nieco biegu, i patrząc ciągle na karetę, zbliżał się do niej bez żadnych już obaw. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy nagle w oknie karety ujrzał głowę wróżki Saggity. Znów puścił się szybkim biegiem i wnet stanął obok niej.
Wróżko Saggito, a cóż to ciebie sprowadza w te strony? — zapytał, ujmując w swe dłonie wystającą z okna karety dłoń wróżki.
Pomyślałam, że wszyscy z pewnością jesteście bardzo głodni i przywiozłam wam prowiant — rzekła wróżka Saggita ciepłym głosem.
Jesteś najcudowniejszą wróżką na świecie, wróżko Saggito! — zawołał Napolcio. — Właśnie to była jedyna rzecz, która mnie bardzo smuciła i której tutaj nie mogłem sprostać. I ty, wróżko Saggito, najwspanialsza wróżko z wróżek, znów przyszłaś mi z pomocą. Dziękuję ci z całego serca!
Nie musisz mi dziękować, Królu Napoleonie. Zrobiłam tylko to, co mogłam — zaśmiała się wróżka Saggita. — Przywiozłam wam świeże maślane bułeczki i mleko. Jedzcie na zdrowie. Powinno wam wszystkim wystarczyć, aż dojedziecie do twojego pałacu, Najjaśniejszy Królu. Obliczyłam to… Stangreci, proszę ściągnąć kosze!
Papkoj, Sławoj, Roland, pomóżcie! — zawołał Napolcio.
Na rozkaz! — wyrwało się jednocześnie z trzech gardeł.
Po chwili wszystkie kosze stały już na ziemi i dookoła unosił się drażniący nozdrza wspaniały zapach świeżych bułeczek.
Wróżka Saggita ruszyła w dalszą drogę. Nie chciała zatrzymać się na dłużej, gdyż zamierzała zrobić sobie jeszcze małą wycieczkę po Puszczy Badeńskiej. Ale zanim odjechała, rzekła do Napolcia:
Królu Napoleonie, jestem szczęśliwa, że odnalazłeś Księżniczkę Indię oraz cały orszak królewski. Jesteś wspaniałym Królem. Dumna jestem, że mogę żyć w twoim królestwie.
To dzięki tobie, wróżko Saggito, udało mi się moją ukochaną Indię odnaleźć — odrzekł Napolcio w wielkim uniesieniu i sięgnął za pazuchę. — To ja dumny jestem, że w moim królestwie mieszka tak cudowna istota. Wróżko Saggito, mam nadzieję, że przybędziesz dzisiaj wieczorem na nasze wesele? Zapraszam ciebie wraz z Księżniczką Indią całym sercem… A oto mój pierścień królewski, proszę przyjmij go w podzięce…
Ależ Królu Napoleonie, nic od ciebie nie przyjmę. Jestem szczęśliwa, że mogłam pomóc. Twoje szczęście jest mi podzięką. A za dobre słowa i zaproszenie dziękuję z całego serca. Na wesele Jego Królewskiej Mości i Księżniczki Indii przybędę na pewno — śpiewnym głosem mówiła wróżka Saggita. — A teraz, Królu Napoleonie, proszę, daj mi tę pochodnię. Nie będzie ci już potrzebna.
A więc to ty, wróżko Saggito…? — Napolcio zdumiał się bardzo. — Och, a ja myślałem, że to mój ojciec…
I dobrze myślałeś, Królu — zaśmiała się tajemniczo wróżka. — Twój ojciec też.
Napolcio głęboko przejął się słowami wróżki. Jakże mógłby się nie przejąć, przecież chodziło o jego zmarłego ojca Jeremiasza, którego tak bardzo kochał i szanował. Prawdę mówiąc, w głębi duszy od początku wierzył, że tajemnica płonącej pochodni ma związek z jego ukochanym ojcem. Ale teraz? Teraz właśnie usłyszał potwierdzenie swej wiary. Było to ogromnie doznanie dla niego. A to, że wróżka Saggita ma jakiś metafizyczny kontakt z jego ojcem, przejęło go jeszcze bardziej. Spojrzał wróżce głęboko w oczy, tak jakby chciał w nich zobaczyć ojca. Poczuł jak serce mocniej mu zabiło. Była to dla niego bardzo podniosła chwila. Wreszcie uśmiechnął się do wróżki najcieplej jak umiał i ukląkł pod oknem karety.
Wróżka Saggita z tkliwością przyłożyła swą dłoń do policzka Napolcia. Wiedziała, co jej Król czuje w tym momencie. Po chwili poklepała go delikatnie po ramieniu i zdjęła z jego hełmu płonącą pochodnię. I nagle, w jej dłoni pochodnia zgasła momentalnie. Wróżka zawołała na stangretów i kareta ruszyła.
Napolcio klęczał dalej. Tak bardzo był przejęty tym jakże podniosłym dla niego momentem, że nie miał siły się podnieść. Zresztą nawet nie chciał. Pragnął jak najdłużej rozkoszować się tą podniosłą chwilą. Klęczał ze spuszczoną głową tak długo, aż tętent szóstki koni i jednostajne skrzypnięcia karety ucichły zupełnie. Słyszał tylko jeszcze perlisty i pełen radości śmiech wróżki Saggity. A może mu się wydawało? W każdym razie poczuł wtedy, jak nagła i ogromna radość ogarnia go całego. Całe jego serce. Całą jego duszę. Każdą cząsteczkę jego ciała. Uśmiechnął się radośnie i podniósł głowę. Spojrzał w niebo i wyszeptał: — „Dzięki serdeczne, kochany ojcze Jeremiaszu. Dzięki że jesteś i czuwasz nade mną".
Proszę wstań, Królu Napoleonie — oficjalnym głosem odezwał się Sławoj, nachylając się nad Napolciem.
Właśnie. Wstawaj, Napolciu — odezwał się również Papkoj, nachylając się z drugiej strony. — Toż to nie uchodzi, aby Wielki Król Napoleon klęczał.
Roland tymczasem stał z boku, i przyglądając się Napolciowi, nie śmiał się nawet odezwać. Nic nie rozumiał, co tu się rozegrało i kim była ta nieziemsko piękna niewiasta. Nie rozumiał też dlaczego Król Barbedetlandii klęczał przed nią, a nie przed Księżniczką Indią. A to, że nadal klęczy, wydało mu się wręcz niepojęte. Dlatego wolał na razie się nie odzywać i poczekać, aż wszystkie te niezrozumiałe dla niego rzeczy się wyjaśnią.
Nagle sprawa klęczenia Napolcia przestała być aktualna i istotna dla kogokolwiek. I to wcale nie z powodu Sławoja albo Papkoja. Ani też z powodu świdrującego spojrzenia Rolanda. Napolcio zerwał się na równe nogi sam od siebie, gdyż usłyszał w oddali tętent kopyt swojego wiernego konia. Odwrócił się natychmiast i ujrzał go galopującego, unoszącego na swym grzbiecie Zefcię i Księżniczkę Indię. Bardzo się tym widokiem przeraził i wybiegł im naprzeciw. Za nim pobiegli jego druhowie i Roland.
A cóż tu się dzieje?! — wołała Zefcia w kierunku nadbiegającego im na spotkanie Napolcia. — Czyżby to była wróżka Saggita w tej pięknej karecie?
Co się stało, Zefcia?! — z drugiej strony wołał Napolcio. — A cóż wy tu robicie?! Dlaczego nie pozostałyście w grocie?!
A jakże miałyśmy pozostać, kiedy tutaj dzieją się jakieś ważne rzeczy? — odpowiedziała Zefcia dopiero wtedy, kiedy Pegazus wyhamował przed Napolciem. — Mów mi tu zaraz, Napolciu, czy to była wróżka Saggita?
Tak, we własnej osobie. Przywiozła nam prowiant na drogę — powiedział Napolcio, uważnie przypatrując się Księżniczce Indii i Zefci. — A u was wszystko w porządku?
W jak najlepszym — odpowiedziała Księżniczka India z szerokim uśmiechem. — Jaka szkoda, że wróżka Saggita już odjechała. Tak bardzo chciałam ją poznać. Zefcia mi tyle wspaniałych rzeczy o niej opowiadała.
Nie martw się, moja kochana Księżniczko, poznasz ją dzisiaj na naszym weselu — odrzekł uradowany już Napolcio. — Wróżka Saggita mówiła, że przybędzie na pewno. Teraz udała się na zwiedzanie Puszczy Badeńskiej… A wy, moje drogie, skoro już tu jesteście, zapraszam was na pyszne śniadanie… Papkoj, Sławoj, Roland, proszę wrócić do obozowiska i przyprowadzić tu wszystkich na posiłek. Niech wszystkie niewiasty wsiądą do Chiorunka pojazdów i przyjadą tutaj. Będą mogły przy okazji na tym niewielkim odcinku drogi zrobić próbną jazdę i oswoić się z nowo powstałym środkiem lokomocji.
Ruch się zrobił wokół Jeziora Badeńskiego niesamowity. Rycerze oraz dworzanie zwijali w pośpiechu obóz i ruszali po kolei obu brzegami jeziora w kierunku serwującego śniadanie Napolcia. Najpierw oczywiście zajęli się niewiastami. Wyścielili im ławeczki w pojazdach Chiorunka czym się dało, byleby było im miękko i wygodnie. Stangreci zaprzęgli do każdego pojazdu po szóstce koni i z zadowolonymi niewiastami ruszyli jako pierwsi. Stangreci też mieli zadowolone miny, gdyż z każdym metrem drogi upewniali się, iż pojazdy spisują się znakomicie. A Chiorunek, pozostając w tyle na swym koniu i wpatrując się w oddalające się pojazdy, wręcz promieniał ze szczęścia. W końcu ten pomysł z pojazdami, to był jego pomysł.
Po niespełna godzinie, konie pasły się już na pobliskiej polance. Zaś wszystkie niewiasty siedziały na trawie dookoła Księżniczki Indii i Zefci i zajadały się pysznymi maślanymi bułeczkami, popijając mlekiem. Za nimi siedzieli albo stali rycerze i dworzanie, a pomiędzy nimi krążył Napolcio wraz z Papkojem, Sławojem i Rolandem i każdemu rozdawali bułeczki oraz nalewali do kubków mleko.
Wszyscy mieli znakomite nastroje. Nie mogło być inaczej. Koszmar się skończył. Księżniczka India uratowana. Każdy czuł się już odprężony, wypoczęty i nawet wyspany. Wspaniała zaś atmosfera słonecznego poranka nad jeziorem w otoczeniu pachnącej przyrody potęgowała te pozytywne odczucia. Do tego syty posiłek w miłym towarzystwie i perspektywa wieczornego weseliska... Cóż więcej trzeba, by czuć się szczęśliwym?
Napolcio czuł się wręcz przeszczęśliwy, ale zdawał sobie sprawę, że czas ruszać już w powrotną drogę. Wskoczył na jeden z powozów Chiorunka i przemówił do wszystkich:
Dziękuję wam z całego serca, moi mili, za ten czas, jaki przyszło nam tu razem spędzić. Choć był to czas bardzo niebezpieczny, był też i bardzo wzniosły. Ponieważ w tym czasie razem toczyliśmy walkę i wspólnymi siłami wyzwalaliśmy się spod jarzma nieprzyjaznej natury, ściągającej na nas jakiś dziwoląg pogodowy w postaci tornada. Razem wyzwalaliśmy się też spod jarzma nieprzyjaznego nam ludu cruxlandskiego. To bardzo nas do siebie zbliżyło. A mi dodatkowo pokazało, jak wspaniałymi ludźmi otoczona jest Księżniczka India, i ja sam. I za to wam, moi drodzy, dziękuję w imieniu swoim i Księżniczki Indii… A teraz, ruszajmy już do mojego pałacu, abym mógł was wszystkich w podzięce za wasz trud i oddanie należycie ugościć… A więc, w drogę!
Wkrótce kolumna ruszyła. Złożona z ponad dwusetki jeźdźców na koniach i z trzech powozów wyglądała bardzo poważnie. Ale i dziwnie zarazem. Poważnie, bo złożona z tylu ludzi rozciągała się na długość ponad mili i dawała wrażenie potęgi. Dziwnie, bo na grzbietach wielu koni siedziało po dwóch jeźdźców, a na niektórych jechano na oklep. Powozy zaś po brzegi wypełnione były niewiastami. I kiedy jedni siedzieli na koniach w połyskujących w promieniach słonecznych zbrojach, to inni w kolorowych szatach. A w powozach to już naprawdę było kolorowo. Jechały w nich przecież damy odziane w różnokolorowe stroje. I choć stroje ich były niesamowicie poniszczone, to jednak na kolorach nie straciły. Tak że, jakby nie patrzeć na tę kolumnę, trzeba by było przyznać, iż prezentuje się imponująco. I swym ogromem, i swym wyglądem. Szczególnie wyglądem. Gdyż na tle wszechobecnej zieleni, w prześwitujących pomiędzy koronami drzew promykach słonecznych, połyskiwała i srebrem i złotem, gdzieniegdzie przetkanym żywymi kolorami tęczy. Z lotu ptaka sprawiała wrażenie być arrasem królewskim — ze wszech miar artystycznie wykonanym.
Na czele kolumny jechał Papkoj, Sławoj i Roland. Zaraz za nimi, w drugim rzędzie, jechał Napolcio, Księżniczka India, Zefcia i Chiorunek. Napolcio nie jechał na Pegazusie. Jechał na klaczy Zefci. Na Pegazusie jechały oczywiście Księżniczka India i Zefcia. Dziewczyny jechały pośrodku, a Napolcio i Chiorunek po bokach. Za nimi jechały trzy powozy z niewiastami. A za niewiastami, już całe rzędy rycerzy i dworzan na koniach. Ci dworzanie, którzy nie byli wprawieni do jazdy konnej, jechali razem z rycerzami. Zaś na koniach z zaprzęgów zniszczonych karet, na oklep, jechali wszyscy nowi obywatele Barbedetlandii oraz pozostali dworzanie i stangreci.
Kolumna poruszała się miarowym tempem. Nie za szybko, ale i też nie za wolno. Właściwie to stangreci powożący powozami wyznaczali tempo jazdy. Wszak to od ich umiejętności powożenia zależało bezpieczeństwo jazdy wszystkich niewiast siedzących w powozach. Stangreci musieli dopasowywać szybkość jazdy do warunków panujących na drodze i uważać, aby powozy nie rozleciały się na nierównościach dróg.
Druhowie Napolcia i Roland, jadąc na czele kolumny, co rusz oglądali się za siebie, albo czasami nawet jeden z nich zwalniał i zrównywał się z powozami, aby sprawdzić czy wszystko z nimi jest w porządku. Patrzyli zwłaszcza na miny stangretów, aby z nich odgadnąć prawdę o stanie pojazdów. Na szczęście ich ciągle uśmiechnięte twarze mówiły im, że nie muszą się martwić. Że wszystko jest jak trzeba.
Niewiasty jechały zadowolone, roześmiane, rozgadane, a czasem nawet rozśpiewane. A trzeba przyznać, że jak już śpiewały, to śpiewały pięknie. Na głosy. Wszystkie śpiewane przez nie piosenki były o miłości. O pięknej, romantycznej, tkliwej miłości.
Napolciowi serce rosło, słysząc śpiew niewiast. Co chwilę zerkał wtedy kątem oka na Księżniczkę Indię i aż promieniał ze szczęścia, bo czuł, że wszystkie słowa tych piosenek mówią właśnie o ich wielkiej miłości.
Księżniczka India również się wsłuchiwała w słowa piosenek śpiewanych przez jej damy i czuła to samo co Napolcio. Jej serce biło coraz mocniej w takt upojnej muzyki.
Zefcia, siedząc na grzbiecie Pegazusa wraz z Indią, cały czas gadała jak najęta. Musiała przecież Indii opowiedzieć tyle rzeczy. Ale kiedy niewiasty zaczynały śpiewać, milkła. Chciała również ich śpiew słyszeć. Rozmarzona, wsłuchiwała się z zapartym tchem w słowa piosenek, czując, jak przyjemne ciepełko ogarnia jej serce. Zefcia była bardzo romantyczną i bardzo uczuciową dziewczyną.
Chiorunek, który jechał w tym samym rzędzie co Napolcio, India i Zefcia, cały czas miał szczęśliwą miną. I to tak bardzo, że Napolciowi aż śmiać się chciało, kiedy zerkał na niego. Nic w tym dziwnego, że Chiorunek był taki szczęśliwy, przecież tyle w tych dwóch dniach dokonał. A co ważniejsze, tyle razy w tych dniach był chwalony. Przez wszystkich, zwłaszcza przez Napolcia. I co jeszcze ważniejsze dla niego było — przez samego Papkoja. Przez tego wstrętnego Papkoja, który mu przedostatniej nocy tak bardzo zalazł za skórę. Chiorunek miał powód do tryumfu, bo nie dość, że utarł nosa temu staremu wydze, to jeszcze tyle razy był przez niego głośno i wobec wszystkich chwalony. Nawet teraz odbierał od Papkoja nieme pochwały, bo kiedy ten oglądał się za siebie, aby sprawdzić stan pojazdów, za każdym razem chociaż przez moment patrzył na niego i podniesionym kciukiem dawał wyraz swojemu uznaniu.
Było już pod wieczór, kiedy Król Napoleon wraz ze swoją niezwykłą kolumną zbliżał się do kresu Puszczy Badeńskiej.
Wszyscy w kolumnie nadal tryskali radością i nadal mieli wyśmienite humory. Podróż przebiegała miło i wesoło. Po drodze kolumna parę razy się zatrzymywała, aby każdy, zwłaszcza niewiasty, mogły nieco rozprostować kości i podjeść sobie dorodnych i zdrowych jagód.
Kiedy druhowie Napolcia i Roland, jadący ciągle na czele kolumny wynurzyli się z puszczy, Papkoj aż gwizdnął głośno i przeciągle ze zdumienia. Jak echo odpowiedzieli mu Sławoj i Roland, gwiżdżąc za nim równie głośno i równie przeciągle. Cóż tak zdumiało tych starych rycerzy? Ano zdumiał ich niesamowity widok, jaki ukazał im się nagle przed oczami. Otóż okazało się, że cała droga od ściany ostatnich drzew Puszczy Badeńskiej usłana była kwiatami, a po obu stronach drogi z kwiatami w rękach stał lud barbedetlandski.
Napolcia zaskoczyły nagłe gwizdy trójki rycerzy. Podpędził klacz Zefci, by sprawdzić co jest tego powodem. Gdy już ten powód zobaczył, zdumiał się tak jak i oni. Wprawdzie nie zaczął gwizdać, ale na moment stracił głowę i nie wiedział jak się ma zachować. Z pomocą przyszedł mu Chiorunek. Gdy zobaczył co widzą druhowie Napolcia i on sam, natychmiast zbliżył się na koniu do Zefci i Księżniczki Indii jadących na grzbiecie Pegazusa i zawołał do siostry:
Zefcia, właź na mojego konia, przecież Para Młodych musi jechać razem wzdłuż tej tak pięknie na ich cześć ustrojonej drogi.
Ojej, jak wspaniale udekorowana droga, i to z pewnością aż do samego pałacu królewskiego! I cała Barbedetlandia tu stoi! — wołała Zefcia w uniesieniu. — Masz rację, braciszku. Już przechodzę do ciebie. Młoda Para musi jechać razem.
Ejże, wy tam z przodu! — krzyknął Chiorunek do pierwszego rzędu kolumny: — Papkoj, Sławoj, Roland, słyszycie mnie? Zjeżdżajcie do tyłu i róbcie miejsce dla Młodej Pary!
Na czole kolumny zrobiło się zamieszanie. Ale kiedy do wszystkich się tam znajdujących słowa Chiorunka wreszcie dotarły, Napolcio wraz z Księżniczką Indią wnet znaleźli się na samym przedzie. Napolcio na klaczy Zefci, a Księżniczka India na Pegazusie, ale już w pojedynkę. I tak razem, koń przy koniu, ruszyli kwiecistą drogą prowadzącą do pałacu królewskiego.
Wśród ludu barbedetlandskiego zawrzało. Na widok wynurzającego się z Puszczy Badeńskiej ich Króla Napoleona i jego przyszłej żony wszyscy naraz i każdy z osobna zaczęli głośno wiwatować na ich cześć. Aż echo niosło ich wiwaty po całej okolicy. A niosło daleko, po sam Lasek Barbedeński, gdzie w niezwykłej tonacji odbijało się od jego ściany drzew i wracało ponownie. Po drodze zasilało się nowymi wiwatami i nabierało jeszcze większej mocy. I z tą zwiększoną mocą odbijało się z kolei od ściany gęstych drzew Puszczy Badeńskiej. I znów powracało, roznosząc się po łąkach i polach, ale z o wiele większym natężeniem i dolatywało przepięknym akordem aż po same mury pałacu królewskiego.
Król Napoleon i Księżniczka India jechali powoli wśród kwiatów oraz wiwatującego ludu i promienieli ze szczęścia. Lud barbedetlandski rzucał im pod nogi kwiaty i co chwilę skandował: — „Niech żyje Król Napoleon Barbedet! Niech żyje Księżniczka India! Niech żyje Młoda Para!” — Napolcio pozdrawiał wszystkich skinieniem głowy i gestem wysoko uniesionej ręki. Wreszcie się wzruszył. Z łezką w oku nachylił się do Księżniczki Indii, ujął jej dłoń i z czułością ścisnął. Księżniczka India odpowiedziała mu leciutkim uściskiem. I potem już razem, wolnymi rękami, pozdrawiali lud barbedetlandski. Uśmiechnięci, szczęśliwi, z miłością w oczach.
Kiedy Napolcio jechał tak ze swoją ukochaną wśród wiwatującego i skandującego ludu, rozpoznał w tłumie twarze chłopów ze wsi Barbedów i Barbadejowo. Ucieszyło go to bardzo. Uśmiechał się do nich porozumiewawczo i dwoma palcami, złożonymi w rzymską piątkę, pokazywał im znak victorii.
Chiorunek wraz z Zefcią jechał na swym koniu zaraz za Napolciem i Księżniczką Indią. Podziwiał cały czas serdeczne przywitanie ludu barbedetlandskiego i z przyjemnością chłonął wszystkie ich okrzyki. Wreszcie nie wytrzymał, podpędził konia, i wyprzedzając Młodą Parę, wzniósł swój własny okrzyk:
Na pohybel złym mocom niebios!... Na pohybel szubrawcom cruxlandskim!... Miłość zawsze zwycięża!... Niech żyje Król Napoleon!... Niech żyje Księżniczka India!... Niech żyje Prawdziwa Miłość!
Po Chiorunka okrzykach jeszcze głośniejsze wiwaty słychać było dookoła. Wiwatował już nie tylko lud barbedetlandski, wiwatowała też i cała kolumna jeźdźców. A najczęściej powtarzanym okrzykiem, był okrzyk Chiorunka: — „Niech żyje Prawdziwa Miłość".
Napolcio i Księżniczka India patrzyli na siebie z miłością w oczach i coraz mocniej ściskali się za ręce. Ich miłość było widać i czuć. Feromony ich miłości unosiły się w powietrzu. Nawet Pegazus wyłapał je chrapami, i nachylając się do klaczy Zefci, z lubością otarł się łbem o jej łeb. Dalej konie szły już wolniutkim stępem, równiutko, łeb w łeb, i bardzo blisko siebie.
Zefcia, siedząc przed Chiorunkiem na jego koniu, śmiała się w głos ze swojego szalonego braciszka. Bardzo jej się spodobało to co zrobił. Jego okrzyki także. Wreszcie spoważniała, i patrząc z podziwem na Młodą Parę, odezwała się do niego:
Chiorunek, a powiedz mi, czy nas też czeka w przyszłości taka romantyczna miłość?
No jasne! — stwierdził krótko Chiorunek. — Ale pamiętaj, Zefcia, jak będziesz musiała o swoją miłość walczyć, to zawsze możesz na mnie liczyć.
Wiem — zaśmiała się ucieszona Zefcia. — Ty na mnie też możesz zawsze liczyć. Już ja się odpowiednio zajmę twoją wybranką serca.
Napolcio i Księżniczka India coraz bardziej zbliżali się do pałacu królewskiego. Frontową część pałacu było widać już jak na dłoni. Napolcio wyraźnie widział na jego murach wiwatujących i machających chusteczkami dworzan. Widział też trzy chusteczki powiewające na wieży. Zdumiał się na chwilę. Bo któż tam na wieży oprócz starego Błażeja mógł być? Po chwili rozpoznał kto to. Otóż na wieży, oprócz starego Błażeja, chusteczką machała Królowa Matka, a także Król Virginus. Napolcio zdumiał się jeszcze bardziej i poprosił Księżniczkę Indię, aby spojrzała na wieżę. Księżniczka India była zachwycona tym widokiem. A zwłaszcza dobrą kondycją swojego ojca. Bo skoro wyszedł na tak wysoką wieżę, to by świadczyło niezbicie, iż pomimo ciężkich przeżyć z tornadem musi być z nim wszystko dobrze.
Rycerze Króla Virginusa i jego dworzanie, zbliżając się kolumną do pałacu, również rozpoznali swojego Króla na wieży. Właściwie pierwszy rozpoznał go Roland, po połyskującej w ostatnich promieniach słonecznych koronie. Huknął wtedy gromkim basem: — „Patrzcie kochani, nasz Król Virginus jest na wieży!” — Wielka radość zapanowała wówczas wśród Virginlandczyków i przeszła falą przez całą kolumnę. Rycerze i dworzanie wznosili okrzyki na cześć swojego Króla i machali w kierunku wieży czym się tylko dało. Mieczy ani szabli nie mieli. Nawet wszystkie damy głośno i radośnie pozdrawiały swojego Króla. Najgłośniej krzyczał jednak pierwszy rycerz Króla Virginusa, Roland. Na widok swojego ukochanego Króla czuł się ze wszech miar szczęśliwy. Nie mógł się opanować i krzyczał jak najęty. W końcu zachrypł z kretesem i piał już tylko niczym stary kur o świcie.
Chiorunka i Zefcię również ucieszył widok Królowej Matki i Króla Virginusa na wieży. Chiorunek puścił cugle i machał do nich dwoma rękoma naraz. Wreszcie zrównał się z Napolciem i Księżniczką Indią, i chichocząc pociesznie, zawołał:
Podoba mi się Król Virginus. Patrzcie, jak się wychyla z wieży i jak zawzięcie macha chusteczką. Tak mnie dzisiaj energia rozpiera, że chyba wdrapię się tam do niego na wieżę i go osobiście na rękach zniosę na dziedziniec.
No, zrób tak… — zaśmiał się serdecznie Napolcio. — Ostatnio masz dobre pomysły. Z powodzeniem pomagasz królom. I skoro pomogłeś już dwóm królom, możesz pomóc i trzeciemu.
A żebyś wiedział, że tak zrobię… Zaraz, a w czym to ja pomogłem? — zdziwił się nagle Chiorunek.
No jak to? Króla Cruxlona ściągnąłeś na ziemię dosłownie i w przenośni i tym samym, dałeś mu do zrozumienia, a właściwie pomogłeś mu zrozumieć, że chciwość i pycha to wady nielicujące z godnością króla. A Królowi Napoleonowi pomogłeś uwierzyć w istnienie prawdziwej miłości braterskiej. Tak, Chiorunek, pomogłeś mi uwierzyć w twoje gorące serce i twoje dobre intencje. Pomogłeś mi popatrzeć na mojego brata, Księcia Melchiora, zupełnie innym okiem. I teraz wiem, że on już nie jest smarkatym młokosem, któremu w głowie tylko psoty i zwykła brawura. Jestem dumny, że mam takiego brata. I wiesz co postanowiłem? Otóż postanowiłem pasować cię na rycerza, i to na naszej uroczystości weselnej. Zasłużyłeś sobie mój brachu na stan rycerski.
A niech mnie dunder popieści! — wrzasnął Chiorunek, przejęty do głębi tą cudowną nowiną. — Napolcio, mówisz poważnie? Nie żartujesz?
Najzupełniej poważnie — odpowiedział Napolcio, rozbawiony reakcją braciszka. — Mało tego, każę zaraz Papkojowi do tej uroczystości wszystko przygotować.
Och, ojcze Jeremiaszu, czy ty to słyszysz? — Chiorunek nie posiadał się z zachwytu. — Zefcia, słyszałaś? Od dziś będę rycerzem! Królowo Matko, ale będziesz ze mnie dumna.
Chiorunek wprost oszalał ze szczęścia. Poderwał swego konia i wraz z Zefcią ruszył galopem, odstawiając Młodą Parę. Popędzał konia coraz bardziej. W uszach świszczał mu wiatr i...

Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona" 


* Publikuję tutaj tę baśń — w 11 częściach — bez zakończenia, ponieważ baśń ta została już wydana. 

sobota, 26 stycznia 2019

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (VIII/XI)



Cruxlandscy rycerze, wiedząc już z kim mają do czynienia, poczuli się zakłopotani tą sytuacją. Ale niedługo. Po chwili ich zakłopotanie przerodziło się w ogromny tryumf. No bo też schwytali nie byle kogo. Schwytali jedynego brata Króla Napoleona. A skoro Król Cruxlon uważa króla Barbedetlandii za odwiecznego wroga, to ten tutaj, też nim być musi. Zadowoleni z siebie, skrępowali Chiorunka jeszcze mocniej i poprowadzili przed oblicze swojego pana i władcy.
Król Cruxlon w międzyczasie został przez pozostałych rycerzy doprowadzony do porządku i znów siedział w swojej lektyce. Całkiem już przytomny, i co tu ukrywać, wściekły, obserwował poczynania swoich rycerzy. Gdy zobaczył, iż udało im się schwytać tego kogoś, kto czyhał na jego życie, z uciechy zacierał ręce. Chciał osobiście ukarać tego nikczemnika. I zanim rycerze doprowadzili go do niego, w głowie zrodził mu się już pomysł, aby ukarać go wrzuceniem do najciemniejszych lochów, w którym musiałby sam zdobywać jedzenie i wodę, a w których oprócz szczurów i wody ściekowej, nie ma nic. Król Cruxlon zawsze uważał, że kara musi być adekwatna do winy. Bo jakże by inaczej? A czyn, którego dopuścił się ten nikczemnik, toż to istna zbrodnia. Odważył się przecie przerwać mu drzemkę. A że Król Cruxlon lubował się w wymierzaniu kary i chętnie karał za byle jakie przewinienia, to w tym przypadku, czuł wręcz ogromną przyjemność. Cały był podniecony. Wreszcie będzie miał okazję wydać srogi wyrok. Cieszył się już na samą myśl, że za chwilę zobaczy zrozpaczoną twarz ukaranego. Tak że kiedy rycerze doprowadzili już Chiorunka i z ogromną satysfakcją rzucili go na kolana przed jego oblicze, od razu otworzył swe królewskie usta, by oznajmić mu swój wyrok. Otworzył, i zaraz zamknął, nie wypowiadając ani jednego słowa. Wpatrywał się tylko z wybałuszonymi oczami na klęczącego, a zwłaszcza na jego hełm. Poznał zrazu, co za herb ma wyryty nad przyłbicą. Jakże miałby go nie poznać? Nienawidził go od zawsze. Przez moment poczuł się jakoś niewyraźnie. No bo co to może oznaczać, że Książę Barbedetlandii porwał się na niego? Czyżby Król Napoleon wysłał go w specjalnej misji, aby nie dopuścił do jego ożenku z Księżniczką Virginislandii? Ale po chwili zastanowienia doszedł jednak do wniosku, że jakkolwiek by nie było, to i tak może tryumfować. Bo oto Książę Barbedetlandii klęczy przed nim związany jak prosię na rzeź, a on, Król Cruxlandii, może się w rzeźnika zabawić, jak przyjdzie mu na to ochota. Ale zaraz przyszło mu też na myśl, że na wszelki wypadek warto by było jednak wiedzieć o zamiarach Króla Napoleona. Rozkazał więc Chiorunkowi mówić natychmiast co robi na terenie jego królestwa i jak śmiał mu przeszkadzać w drzemce. Mając nadzieję, że przy okazji dowie się o poczynaniach swojego wroga i rywala w jednej osobie. I gdy usłyszał od wielce wylęknionego (jak mniemał) Księcia Barbedetlandii jakąś bełkotliwą odpowiedź, poczuł się nad wyraz szczęśliwy. Wprawdzie niewiele z niej zrozumiał (choć język barbedetlandski znał od dziecka), ale to, że król Napoleon czeka w pałacu na przybycie przyszłej żony, zrozumiał doskonale. I to mu wystarczyło, by poczuć się szczęśliwym. Bo przecież o to mu chodziło. — „Co tam książę? — analizował w myślach. — „Toż to tylko niedorostek, smarkaty brat Króla Napoleona. Nie warto nim sobie głowy zawracać… Zaraz, ale chyba warto zawrócić nim głowę Królowi Napoleonowi. Świetna myśl! Oj, świetna. Zażądam pół królestwa w zamian za niego. No, jestem geniuszem. Co za cudowny dzień. Młoda żona mi się dostanie i jeszcze do tego pół Barbedetlandii… Królu Cruxlonie, jesteś szczęściarzem”. — Pod wpływem swoich myśli poczuł się jeszcze bardziej podniecony, ba, poczuł się wręcz przeszczęśliwy. Zrazu popatrzył łaskawszym okiem na skrępowanego Księcia Barbedetlandii, a mając na uwadze swoje przyszłe powodzenie, był gotów mu nawet wybaczyć wszystkie niedogodności, jakie przed chwilą z jego powodu doznał na drodze — do szczęścia. Do podwójnego szczęścia. Bo i w ożenku, a dzięki niemu, i w bogactwie. Popatrzył również na swojego informatora stojącego przed lektyką. I choć nie lubił się uśmiechać do poddanych, uśmiechnął się do niego szeroko. Bo to jemu zawdzięcza, iż w ogóle się teraz znajduje na drodze do szczęścia. Do podwójnego szczęścia. Przecież to on przybiegł do niego z wiadomością, iż Księżniczka Virginislandii czeka na niego z wielkim utęsknieniem. W myślach postanowił wynagrodzić go naprawdę… Ale to tylko w myślach… i później. A na już, zwrócił się do rycerzy i kazał im, ku ich ogromnemu zdziwieniu, podnieść księcia z klęczek, poluzować więzy i tylko jedną liną przywiązać go do jego lektyki. Kazał im też dać mu pić, a potem całą drogę dbać o niego, by mu się nic złego nie stało.
Rycerze z wielce zaskoczonymi minami wykonywali rozkazy Króla. Nie mogli się nadziwić, co go nagle odmieniło, że zrobił się aż tak łaskawy dla swojego wroga.
Informatorem Króla Cruxlona był oczywiście herszt dwudziestoosobowej bandy, który jak sobie zaplanował, tak zrobił. Wprost ze szczytu góry pognał wraz ze swymi kompanami do Króla z wiadomością o Księżniczce Virginislandii, a właściwie z wyssanym z palca obrzydliwym kłamstwem o niej. Ale najpierw, zanim skierował swe kroki do Króla, zrobił z kompanami nagonkę na zdrajcę ze swojej bandy. Szybko udało im się go namierzyć, bo też niedaleko musieli szukać. Dopadli go w lesie, gdy ten czaił się już w pobliżu namiotu Króla Cruxlona. W pośpiechu zrobili z nim porządek, przywiązując go za język do drzewa, a sami, spokojni już, stanęli przed wejściem do namiotu Króla. Do środka wszedł jednak tylko sam herszt bandy. Z uniżeniem (oczywiście na pokaz) pacnął przed obliczem Króla, i nie czekając nawet aż Król da mu przyzwolenie by zaczął mówić, bez żadnej żenady od razu opowiedział z jaką arcywiadomością przyszedł. Nabajdurzył ile wlezie, i ledwie skończył bajdurzyć, zażądał sowitej zapłaty. I o dziwo, też ją otrzymał… Bo wtedy, gdy chodziło o sprawy ożenku, Król Cruxlon sięgał po swą sakiewkę wyjątkowo chętnie.... I tylko wtedy. Herszt bandy uszczęśliwiony, że tak mu łatwo wszystko poszło, złapał za sakiewkę i zmierzał ku wyjściu z namiotu. Miał zamiar natychmiast stracić się Królowi z oczu, i to na zawsze. Ale gdy był już przy samym wyjściu, Król Cruxlon zawołał go z powrotem i zaczął mamić go i kusić dodatkową zapłatą, i to podwójną, jaką mu da, gdy go zaprowadzi do Księżniczki Virginislandii i osobiście dokona jego prezentacji. Cóż było mu robić? Na dukaty łasy był okrutnie. Dał się więc skusić i pozostał. Pierwszą zapłatą podzielił się ze swymi kompanami, i nie przyznając się do niczego, nakazał im natychmiast opuścić Cruxlandię. Sam zaś, zadowolony z przechytrzenia kompanów, postanowił obłowić się w pojedynkę. Zdawał sobie jednak sprawę, iż to obławianie się może być niebezpieczne. Dlatego od razu uknuł w głowie plan, że gdy tylko Króla Cruxlona zaprowadzi do Księżniczki Virginislandii na szczyt góry, to zmusi go do zapłaty najszybciej jak to się tylko da i natychmiast zniknie mu z oczu, uciekając do Barbedetlandii.
Chiorunek, klęcząc pod lektyką Króla Cruxlona, czuł przeogromny lęk. Wiedział, że ten okrutny Król może go zgładzić bez pardonu. Pierwszy raz w życiu dowiedział się jak smakuje strach o swoje życie. I co tu ukrywać, dowiedział się, że wcale nie smakuje. Jest gorzki, dławi w gardle i paraliżuje całe ciało, a nawet duszę. Ale kiedy zauważył, że Król Cruxlon jakoś dziwnie mu się przypatruje, zwłaszcza jego hełmie z wyrytym herbem, nabrał nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone, może jest jeszcze jakaś szansa, iż daruje mu życie. Poczuł się od razu pewniej. Metodą dedukcji doszedł też do wniosku, że w tym akurat przypadku, związanym li tylko z osobą Księżniczki Indii, Król Cruxlon może nieco zmienić swe oblicze i z okrutnego tyrana stać się łagodnym barankiem. Wiadomo, że na krótko, ale może na wystarczająco długo, by on zdążył ujść z życiem. Nie wiedział jeszcze jak tego „ujścia z życiem” dokona i czy uda mu się dokonać tego samemu czy z pomocą Napolcia. Pewnie, że wolałby samemu, ale teraz nie było to dla niego aż takie ważne, że jak ostatnia niedołęga będzie korzystał z pomocy brata. Teraz najważniejsze dla niego było jego życie, nie ambicje. No może nie tak całkiem do końca, ale coś w tym rodzaju. Czuł, że król Cruxlon przypatruje mu się coraz bardziej natarczywie. Nabrał więc prawie że pewności, iż Król Cruxlon nie zamierza pozbawiać go życia. Przynajmniej nie teraz. Klęczał więc już nieco spokojniejszy i wytrwale pochylał głowę. A pochylał ją przede wszystkim dlatego, ponieważ chciał, aby jego herb był widoczny w całej okazałości i żeby Król Cruxlon mógł mu się jeszcze dokładniej przyjrzeć, skoro już tak długo patrzył. — „Może to coś znaczy?” — pomyślał. Ale wreszcie pod wpływem świdrującego spojrzenia Cruxlona sam doznał dziwnego uczucia, bo nagle, ni stąd, ni zowąd, w głowie rozbrzmiały mu słowa motta, którego treść zawarta była w wyrytym na jego hełmie herbie. Motta, o którym właściwie nigdy nie pamiętał. Był bardzo zaskoczony tym odczuciem. Czuł coraz bardziej wyraźnie, że lęk go opuszcza. Wtedy poczuł się od razu sobą. Tak że kiedy Król Cruxlon wreszcie się odezwał i nakazał mu mówić, co robił na terenie jego królestwa, łgał już swoim zwyczajem jak z nut. A łgając, specjalnie bełkotał niewyraźnie i drżącym głosem, by król myślał, że jest strasznie wylękniony. Czuł, że tak będzie lepiej dla niego. Tylko o Napolciu powiedział wyraźnie, aby, co nie daj Bóg, Król Cruxlon ze strachu przed nim, nie zrezygnował z wejścia na szczyt i nie zabrał go z sobą jako jeńca do swojego pałacu. I ażeby potem nie posłużył się nim przed Napolciem jako kartą przetargową do osiągnięcia swego celu, czyli ożenku z Księżniczką Indią. Wyczuł, że jego odpowiedź, wszak w większości bełkotliwa i niewyraźna, zadowoliła Króla Cruxlona. A słysząc jego rozkazy, jakie wydawał swoim rycerzom, uspokoił się już całkowicie i od razu zabrał się za obmyślanie strategii ucieczki. Tak, najwyraźniej doszedł już do siebie, bo znów zaczynał marzyć. A marzył, by jakimś cudem uciec spod lektyki Króla Cruxlona zanim dojdzie do jego spotkania z Napolciem. Marzył, by zdążyć Napolcia powiadomić o nadchodzącym Królu Cruxlonie i jego zamiarach. Bo też znów zaczęło mu się marzyć, aby jednak dowieść swego czynu bohaterskiego. Chociażby już tylko w połowie.
Król Cruxlon, zadowolony z tak wspaniałego dla siebie obrotu sprawy, nakazał ruszyć w dalszą drogę. Był pewien, że oto otwiera się przed nim szczęśliwa przyszłość. Nic i nikt nie mógł mu już przeszkodzić w drodze ku szczęściu. Bo któż by jeszcze miał mu przeszkodzić? Król Napoleon siedzi w swoim pałacu, daleko stąd. Jego jedyny brat, wprawdzie to tylko chłystek, ale też już nie jest mu wstanie zaszkodzić. Któż więc mógłby się jeszcze odważyć? Zresztą, wysłał na zwiady swego bratanka, Księcia Karola wraz z jego giermkiem, a ten już by go z pewnością zawiadomił, gdyby ktoś niepożądany nadciągał. Rozmyślając o tym wszystkim, stawał się coraz bardziej radosny (choć to u niego rzadkość), rozsiadł się wygodnie w lektyce i z uśmiechem na swej starej i groźnej zazwyczaj twarzy patrzył w dal. W dal patrzył również i oczami wyobraźni. I cóż przed sobą widział? Widział przed sobą świetlaną przyszłość, która przybliża się coraz bardziej do Jego Królewskiej Mości. Cóż za rozkosz. Król Cruxlon promieniał ze szczęścia.
Napolcio dowiedziawszy się od Króla Cruxlona o wyczynie swego braciszka najpierw się przeraził, potem zezłościł na swych druhów, a potem na samego Chiorunka. A jeszcze potem, zachciało mu się śmiać, że ten młokos porwał się w pojedynkę na Króla Cruxlandii jak z motyką na księżyc. W głębi serca jednak ogromnie go podziwiał za jego odwagę i oddanie. Bo to, co Chiorunek zrobił, próbując Króla Cruxlona powstrzymać przed wejściem na szczyt góry, to nie była już zwykła jego szczeniacka brawura na pokaz, to był już naprawdę czyn bohaterski. Tak rozmyślając, już naprawdę nie wiedział jak ma potraktować brata. Ale że wrażliwe miał serce i sercem patrzył na wszystko i wszystkich, w końcu dał też sercu za wygrane. Klęknął przy Chiorunku i wyszeptał mu do ucha:
Słuchaj, braciszku, nie wierzę, że ci to powiem, ale ci powiem. Jesteś bohaterem.
Jak to? To nie jesteś na mnie zły? — Chiorunek aż podskoczył z wrażenia. Bo też wszystkiego najgorszego się spodziewał, ale już na pewno nie tego, że Napolcio nazwie go bohaterem.
Nie, nie jestem. Wiem, że zasłużyłeś na naganę za to, że jako mój młodszy brat porwałeś się w pojedynkę na tak niebezpieczny czyn. Wiem to doskonale. Ale wiem też, że całą tę naganę przezwycięża przeogromny podziw, że to właśnie zrobiłeś, narażając swoje życie… Dzisiaj więc wyjątkowo…
Napolcio nie skończył, bo Chiorunek nagle się rozpłakał jak małe dziecko, i wtulając się w jego ramiona, zaczął go całować gdzie popadło. Nawet po jego zbroi. Napolcio wzruszył się zachowaniem swojego ukochanego braciszka. Bo przecież on nigdy nie płakał. Przytulił go mocno do siebie i wtedy poczuł, że i jemu samemu łzy cisną się do oczu.
Chiorunek całował i łkał, łkał i całował. A w przerwach między pocałunkami mówił coś do Napolcia łkającym, przez to i niewyraźnym szeptem. Ale po chwili, jak nie wrzaśnie, głośno i bardzo już wyraźnie:
Królu Napoleonie, jesteś wielki!
Napolcio buchnął gromkim śmiechem. Śmiał się wprawdzie przez łzy, ale był to śmiech bardzo radosny. Chiorunek zaczął mu wtórować. Do ich śmiechu dołączyły też trzy potężne basy: Papkoja, Sławoja i Rolanda. I kiedy Papkoj i Sławoj wiedzieli dlaczego się śmieją, to Roland śmiał się, nie wiedząc dlaczego. Ale śmiał się najgłośniej.
Król Cruxlon był niesamowicie zaskoczony tym nagłym wybuchem wesołości wśród tych, co akurat powinni się trząść ze strachu a nie ze śmiechu. — „Co ich napadło?" — dumał. — „A może to taka ich reakcja na strach…? Histeria… Tak, to jest histeria. Ze strachu popadli w histerię” — i sam zaczął się śmiać, ucieszony, iż ich zachowanie właściwie sobie wytłumaczył.
Rycerze Króla Cruxlona, widząc swojego króla śmiejącego się, i to śmiejącego się razem ze swym największym wrogiem, zbaranieli z kretesem.
Napolcio, śmiejąc się ciągle, wycelował Chiorunkowi siarczystego całusa prosto w nos, po czym odsunął go nieco od siebie, pochylił głowę i przyłożył płonącą pochodnię do liny, którą Chiorunek był przywiązany do lektyki Króla Cruxlona. Zaskwierczało, zadymiło… i Chiorunek był wolny.
Rycerze cruxlandcy, widząc to, natychmiast doskoczyli do Napolcia i Chiorunka i obstąpili ich dookoła. Wtedy Król Cruxlon w momencie przestał się śmiać i krzyknął oburzonym głosem:
Królu Napoleonie, wara ci od mojego jeńca!
Nie, Królu Cruxlonie, mój brat nigdy nie będzie twoim jeńcem. I to za żadne skarby świata! — odfuknął Napolcio.
Nie o skarby świata mi chodzi, tylko o połowę twojej Barbedetlandii. I odsuń się lepiej od niego, bo nie ręczę za moich rycerzy. Chyba sam widzisz, że nie masz żadnych szans. Stoisz przed moim obliczem z trzema tylko rycerzy, nie licząc tego tu smarkacza ani też twego konia, któregoś przyprowadził na szczyt góry nie wiem po co. Tak że pomiarkuj, bo masz przeciwko sobie setkę moich rycerzy… więc jak? Dajesz mi połowę Barbedetlandii i możesz zabierać swojego szurniętego brata… Albo zabieram go do swego pałacu i poczekam aż skruszejesz…
Niedoczekanie twoje, Królu Cruxlonie! — Napolcio wzburzył się okrutnie. Nie pojmował jak można być tak obrzydliwie zachłannym.
Doczekanie, doczekanie… mało tego, mam też zamiar pozbawić cię złudzeń co do ożenku z Księżniczką Virginislandii. Raz, że ona ciebie nie chce, boś gamoń i kiep… i ma rację, sam to teraz widzę, zwłaszcza z tą twoją płonącą pochodnią na głowie w słoneczny dzień… A drugi raz, że ona woli mieć męża statecznego, mądrego i z królewskim doświadczeniem… takiego jak ja. I to ja, Król Cruxlon, zostanę jej mężem. Nie mam zresztą innego wyjścia, bo czeka tam na mnie nieboga z utęsknieniem i gore z miłości do mnie.
A któż ci, Królu Cruxlonie, takich bredni o Księżniczce naopowiadał? — spokojnym głosem spytał Napolcio, puszczając mimo uszu jego obraźliwe słowa.
Napolciowi z jednej strony śmiać się chciało z Króla Cruxlona, ale z drugiej, żal mu go było. Nie potrafił być złym na niego. Jak to Napolcio. Zawsze sercem patrzył na świat i ludzi.
Król Cruxlon zaniemówił. Pytanie Napolcia zaskoczyło go bardzo. Zmarszczył groźnie brwi, i patrząc gdzieś w dal (ponad płonącą pochodnię na głowie Napolcia), zastanawiał się intensywnie co też ma mu odpowiedzieć.
Napolcio zauważył, że swym pytaniem zaskoczył Króla Cruxlona i że tym samym zasiał ziarenko niepewności w jego zimnym i wyrachowanym sercu. I już miał zamiar drugi raz spytać o to samo, by iść za ciosem i tego starego zarozumialca całkowicie zbić z pantałyku, gdy nagle zobaczył, że Roland daje mu znaki i ręką wskazuje na jakąś postać, która cichaczem próbuje się wycofać spod lektyki Króla Cruxlona. Napolcio zrazu się domyślił, co to za postać.
Trzymajcie tego gagatka! Trzymajcie go, to herszt bandy! — zawołał. — Nie pozwólcie mu uciec! Oto jest twój, Królu Cruxlonie, winowajca. To on cię obrzydliwie oszukał i do takich złudzeń doprowadził.
Co ty mi tu mówisz? Jakich złudzeń? Ja mam złudzenia? — Król Cruxlon nic a nic nie rozumiał o co Napolciowi chodzi.
Napolcio, widząc brak zainteresowania ze strony Króla Cruxlona i jego rycerzy uciekającym hersztem bandy, sam rzucił się za nim w pogoń. A za Napolciem ruszył z kopyta jego wierny koń Pegazus. Pegazus, jakby rozumiejąc o co chodzi jego panu, wyprzedził go i pogalopował dalej. Po krótkiej chwili wyprzedził też i uciekającego herszta. I tuż przed samym zejściem na zbocze Barddejów zagrodził mu drogę ucieczki, stając dęba i wierzgając groźnie kopytami. Napolcio ucieszony pomocą Pegazusa w mig doskoczył do przerażonego bandziora. Złapał go za kark i poprowadził z powrotem pod lektykę Króla Cruxlona. A Pegazus ucieszony uciechą swego pana poczłapał za nim.
Kiedy Napolcio pognał za hersztem bandy, Papkoj i Sławoj natychmiast stanęli obok Chiorunka. Chcieli go chronić przed Królem Cruxlonem i jego rycerzami. A i przed nim samym, gdyż nie byli pewni, czy mu znów do głowy co nie strzeli. Dlatego też na wszelki wypadek chwycili go za ręce, i nie odzywając się do niego, mocno go trzymali. Myślami zaś byli z Napolciem. Wprawdzie nie wiedzieli o co tu chodzi z tym uciekającym nieszczęśnikiem, ale wystarczyło im, że Napolcio wie.
Roland natomiast, górując wzrostem wśród stojących obok cruxlandskich rycerzy, obserwował ponad ich łowami oddalającego się Napolcia. Chciał się upewnić, czy Król Napoleon da sobie w pojedynkę radę, czy też będzie potrzebował jego pomocy. Roland aż się palił do pomocy, ale musiałby otrzymać taki rozkaz. A takowego rozkazu niestety nie otrzymał.
Chiorunek nie czuł się najlepiej w towarzystwie Papkoja i Sławoja. Wolał towarzystwo Napolcia. Całkiem to zrozumiałe. W oczach Napolcia był bohaterem. A w oczach tych tu, nie wiadomo kim. Chyba tylko kłamcą. Trzymany przez nich za ręce stał potulnie jak baranek i uśmiechał się do nich milutko. Domyślał się, że oni są wściekli na niego za to, że zrobił ich w balona tym swoim lękiem wysokości. Jednak bardzo chciał, żeby Napolciowi tego nie wypaplali. Obawiał się, że to kłamstwo, choć niewinne jego zdaniem, w oczach Napolcia mogłoby popsuć jego wizerunek bohatera. Koniecznie chciał udobruchać tych dwóch twardzieli. Dlatego zawzięcie słał im uśmiechy. Ale oni nic. Nie raczyli odwzajemnić mu się uśmiechem. Stali tylko jak dwa potężne słupy soli i bez słów wpatrywali się w twarz Rolanda.
Papkoj i Sławoj dlatego tak uparcie wpatrywali się w twarz Rolanda, gdyż z tego miejsca gdzie stali nie mogli widzieć Napolcia. Natomiast Roland mógł. Stał nieco z boku i lektyka Króla Cruxlona nie zasłaniała mu widoku. Swobodnie mógł więc Napolcia przez cały czas obserwować. I właśnie po jego minie Papkoj i Sławoj chcieli poznać czy z Napolciem jest wszystko w porządku. Kiedy więc po niedługiej chwili jego twarz im powiedziała, że Napolcio szczęśliwie powraca, odetchnęli z ulgą i zaczęli się uśmiechać. I tak uśmiechając się, popatrzyli w końcu na Chiorunka.
Chiorunek na widok uśmiechniętych twarzy Papkoja i Sławoja ucieszył się bardzo, bo to by oznaczało… no, przynajmniej dawało mu nadzieję, że może jednak nie wypaplają Napolciowi. Ale po chwili nie tylko się już cieszył. Tryskał wręcz szczęściem. Bo kto jak to, ale sam Papkoj z szerokim uśmiechem ma swej ogorzałej twarzy wyszeptał mu do ucha:
No, gołowąsie, darujemy ci tym razem twoje oszukaństwo. Ale tylko dlatego, że chwila jest wzniosła, że miejsce jest wzniosłe, że twój czyn, choć wariacki, jakby nie patrzeć, też jest wzniosły.
I jak tu nie tryskać szczęściem? Chiorunek mało nie eksplodował ze szczęścia. Z rozjechaną buzią w uśmiechu uścisnął w podziękowaniu ręce druhów Napolcia i dumny jak paw patrzył na ogłupiałą minę Króla Cruxlona.
Chiorunek nie mógł wiedzieć, że Napolcio już wcześniej został przez Papkoja i Sławoja poinformowany o jego lęku wysokości, i o tym, że z tego powodu pozostał u podnóża Barddejów. Nie mógł wiedzieć i też nigdy nie miał się o tym dowiedzieć, gdyż między Napolciem i jego druhami zapanowała zmowa milczenia. Wszyscy trzej postanowili nigdy mu o tym nie mówić, ba, nawet udawać, że nikt nic nie wie. W ten sposób chcieli uhonorować jego nieudany wprawdzie, ale bądź co bądź, odważny wyczyn. Z tym, że od tej pory mieli na niego jeszcze większe wejrzenie. Ale robili to bardzo dyskretnie i taktownie, tak, aby Chiorunek nie zarzucał im nadopiekuńczości.
Napolcio, zadowolony z udanej pogoni za hersztem bandy, podszedł wraz z nim przed oblicze Króla Cruxlona. Zamierzał przejść wreszcie do sedna sprawy.
Królu Cruxlonie, każ mu powiedzieć prawdę o Księżniczce Virginislandii — rzekł spokojnym głosem.
Jakiej znów prawdy?! — obruszył się Król Cruxlon. — Prawda jest jedna i… ja ją znam. Księżniczka czeka na mnie…
Dalej chcesz więc wierzyć w to, co ci ten łotrzyk z chęci zysku naopowiadał? — spytał Napolcio, przerywając Cruxlonowi jego starą śpiewkę. Nie czekając jednak jego odpowiedzi, zwrócił się do herszta bandy: — Słuchaj no, niegodziwcze, albo mi tu zaraz sam głośno wyśpiewasz przed swoim Królem coś nałgał albo zabiorę ci się do skóry!
Ja… ja… ja… — zająknął się przerażony herszt i zamilkł ponownie.
Gadajże, bo mnie zaraz coś trafi i zrobię z tobą porządek! — wysyczał Napolcio, zdenerwowany przedłużającą się niepotrzebnie sytuacją.
Napolcio, mając przed sobą głównego winowajcę tego całego zamieszania, miał prawo żywić nadzieję, że przez to o wiele sprawniej i szybciej uda mu się zawrócić Króla Cruxlona ze szczytu góry. A przede wszystkim, że uda mu się to zrobić bez rozlewu krwi. Dlatego coraz bardziej stawał się nerwowy, gdyż nie wiedział już co ma zrobić, skoro jeden nie chciał prawdy mówić, a drugi nie chciał prawdy słuchać. A przecież śpieszono mu było zakończyć tę głupią grę i biec do ukochanej. Aby się nieco uspokoić, zrobił kilka głębokich oddechów. Pomogło. Wziął się w garść i zaczął myśleć spokojniej. I od razu nasunęła mu się taka myśl, że nie ma innego wyjścia, jak wziąć sprawy w swoje ręce i nie odpuścić ani jednemu ani drugiemu. Po prostu musi ich jakimś sposobem zmusić do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jak pomyślał, tak zaczął robić.
Posłuchaj no ty — odezwał się znów do herszta bandy, ale już szeptem. — Jeżeli natychmiast powiesz prawdę, to obiecuję ci, że cię wykupię od Króla Cruxlona i tym samym ujdziesz z życiem. Jeśli nie powiesz jednak prawdy, wtedy zginiesz. I to zginiesz z ręki swojego Króla, bo chyba zdajesz sobie sprawę, że twój Król i tak prawdy się dowie. Ale wtedy, niech ci nawet na myśl nie przyjdzie liczyć na moją pomoc.
Tak, Miłościwy Królu Napoleonie, już mówię… calusieńką prawdę powiem. Jak na spowiedzi — wyjęczał szeptem wystraszony herszt bandy.
Łotrzyk ten miał tak obrzydliwą naturę, że choć zdawał sobie sprawę, w jaki ambaras się wpakował i że jego życie wisi na włosku, mimo to miał zamiar znów łgać. Ale tym razem bardziej umiejętnie. Tak, by i wilk był syty i owca cała. Już otworzył usta, aby zacząć mówić, kiedy nagle obok Króla Napoleona stanął Roland. Rozpoznał go od razu. Trochę się speszył jego widokiem, ale z zamiaru łgania nie zrezygnował. Nie przyszło mu też na myśl, że Roland mógłby rozumieć cruxlandską mowę.
Roland podszedł do Króla Napoleona, ponieważ wyczuł jego podenerwowanie. A że go już też zaczęła denerwować ta przedłużająca się sytuacja, zamierzał osobiście zmusić herszta bandy do mówienia prawdy. Popatrzył na niego spod oka i odezwał się po cruxlandsku:
Gadaj prawdę, i to już…! Chyba nie masz żadnych wątpliwości, że ją musisz powiedzieć, i to calusieńką, skoro mówię do ciebie po twojemu?
Herszt bandy struchlał. Zrozumiał, że już po nim. Łupnął na kolana, i zwijając się pod nogami Napolcia niczym piskorz, zaczął jęczeć:
Błagam cię, Miłościwy Królu Napoleonie… wykup mnie… Błagam na wszystko co najświętsze… Błagam uniżenie, wykup mnie od Króla Cruxlona, a będę twoim niewolnikiem do końca życia…
Mów wreszcie, inaczej niewiele ci życia zostanie — postraszył go Napolcio.
No i wreszcie prawda wyszła na jaw. I choć ona nic a nic nie podobała się Królowi Cruxolowi i z pewnością wolałby jej nie usłyszeć, to jednak do jej wysłuchania był zmuszony. Nie mogło być inaczej, skoro herszt bandy do jej powiedzenia — właśnie jemu — zmuszonym był również.
Herszt bandy, drżąc na całym ciele i jąkając się, opowiedział wszystko dokładnie. A mówiąc, spoglądał co chwilę spode łba na Króla Cruxlona. I co na niego popatrzył, zaczynał drżeć jeszcze bardziej i jeszcze bardziej się jąkać. Czasami tak się zająknął, że go Roland po plecach musiał aż łupnąć, żeby zaskoczył i mówił dalej. Nieborak widział, że twarz Króla Cruxlona robi się groźna, coraz groźniejsza. Wreszcie kiedy zobaczył, że Król Cruxlon zaczął aż sinieć z gniewu i wściekłości, zamilkł przerażony. Spuścił głowę i czekał najgorszego. Nagle uszu jego dobiegł nieziemski wrzask, a był on tak straszny, iż wydawało mu się, że z piekielnych czeluści się wydobywa.
Ściąć go! Ściąć go…! Ściąć natychmiast! — To Król Cruxlon wrzeszczał, wściekły, jak stu diabłów.
Poczekaj, Królu Cruxlonie! — zawołał Napolcio, zanim jego rycerze zdążyli się ruszyć. — Po co go ścinać? Szkoda na nim nawet miecz brudzić. Pozwól, że ja go zabiorę z sobą i sam zrobię z nim porządek. Mnie w końcu też się naraził… i to jeszcze bardziej, bo splamił dobre imię Księżniczki Virginislandii.
A co tam imię Księżniczki Virginislandii! Moje imię, imię Wielkiego Króla Cruxlandii, wystawił na szwank… oszukując haniebnie! Nie daruję! Nie ma zmiłuj się!... Ściąć łotra! — wrzeszczał dalej Król Cruxlon, trzęsąc się z wściekłości na całym ciele.
Wstrzymaj rycerzy, Królu Cruxlonie! — Napolcio na widok nadchodzących cruxlandskich rycerzy zasłonił herszta własnym ciałem. — Poczekaj z wyrokiem… Dam ci za niego sakiewkę złotych dukatów…
Ściąć, powiedziałem! Natychmiast!... Coś powiedział…? Złote dukaty? Dasz mi sakiewkę złotych dukatów? — Furię Króla Cruxlona przezwyciężyła jego rozpasana zachłanność, i to w momencie, kiedy tylko słowa Napolcia do niego dotarły.
Tak, proszę bardzo, oto i ona! — Napolcio wyciągnął zza pazuchy sakiewkę i podał ją najbliżej stojącemu cruxlandskiemu rycerzowi, by ją zaniósł. Sam nie ruszył się z miejsca, i na wszelki wypadek, dalej sobą zasłaniał na wpół żywego ze strachu herszta bandy. — No, to łotrzyk należy do mnie, tak?
A weź go sobie! — odpowiedział Król Cruxlon po chwili, kiedy już dokładnie sprawdził zawartość sakiewki. — Niech zniknie z moich oczu, raz na zawsze, bo nie ręczę za siebie.
Tak, Królu Cruxlonie, nigdy go więcej nie zobaczysz. Zabieram go do swego pałacu — ucieszył się Napolcio, że choć jedną sprawę ma już załatwioną. Niezwłocznie przystąpił do załatwiania następnych. — A więc, Królu Cruxlonie, sprawa się wyjaśniła. Przykro mi, że musiałeś się tyle natrudzić, by w końcu się dowiedzieć, że zostałeś oszukany… Ale to już przeszłość, a przeszłości nie można zmienić… A teraz, teraz możesz już spokojnie wracać. Musisz odpocząć po tej wspinaczce na Barddeje… to jest… na twoje Cruxleje. A jak już odpoczniesz, postaraj się jak najszybciej zapomnieć o całej tej intrydze. Tak będzie najlepiej… Jednak zanim odejdziesz, chciałbym ci o czymś przypomnieć…
Zaraz, zaraz… to ja ci muszę o czymś przypomnieć! — zawołał Król Cruxlon. — Zapomniałeś, że masz mi dać połowę Barbedetlandii za swojego smarkatego braciszka, który porwał się na moje życie? Hę?! On ciągle jest moim jeńcem. Nie zapominaj!
Przenigdy! — wrzasnął Napolcio, na wskroś oburzony tym, co usłyszał. — Chyba nie wierzysz w to co mówisz? Już ci powiedziałem, że mój brat nigdy nie będzie twoim jeńcem… A tak w ogóle, to jak mogło ci przyjść na myśl, że mógłbym ci dać połowę swojego królestwa? Przecież to jest chore. To jest obłęd, śmiem powiedzieć. Twoje żądze są nienasycone… Okropność! Niestety, nie będziesz ich mógł zaspokoić. Nigdy, przenigdy! Posłuchaj, Królu Cruxlonie, muszę cię jednak usadzić z tymi twoimi przesadnymi zapędami, bo wyobraź sobie, że my pojmaliśmy twojego bratanka, Księcia Karola. I zauważ łaskawie, że ja wcale się tym nie chełpię i na myśl by mi nawet nie przyszło żądać za niego połowy Cruxlandii. Myślę, że to da ci do myślenia i… spuścisz wreszcie z tonu. To nie przystoi być tak zachłannym. Zaraz poślę po Księcia Karola i jego giermka… i możecie wracać.
A po cóż mi Książę Karol?! Możesz go sobie zabrać! — Król Cruxlon nie spuszczał jednak z tonu ani na jotę.
No, Królu Cruxlonie, widzę, żeś pozbawiony wszelkich uczuć. Twoja chciwość cię ich pozbawiła… Toż to twój jedyny następca tronu. Jak możesz być tak samolubny?! Przecież już czas, byś pomyślał o przyszłości twojego królestwa, a nie myślał tylko o swoich żądzach.
A co ty mi tu będziesz dyktował, co ja mam robić. Kim ty jesteś? Wprawdzie jesteś Królem, tak jak ja, ale co z ciebie za Król? Niedorobiony, nieopierzony i… i głupi jak trep. Bo gdybyś był mądry, to takie rzeczy by ci do głowy nie przyszły, że dam ci za wygraną, skoro już tu jestem z moimi walecznymi rycerzami. Rozśmieszasz mnie, choć wcale mi nie do śmiechu. Z czym ty do Króla Cruxlona?!... Rycerze pojmać go i jego marnych trzech rycerzy również! — wrzasnął Król Cruxlon, oburzony do żywego, że ktoś śmiał zwrócić mu uwagę.
Rycerze Króla Cruxlona natychmiast przystąpili do wykonania rozkazu. Przystąpili… i zaraz odstąpili. Zmuszeni byli odstąpić, ponieważ stała się rzecz straszna. Otóż gdy tylko zbliżyli się do Króla Napoleona i jego towarzyszy, Król Napoleon nagle zaczął zionąć ogniem. Przynajmniej tak im się wydawało, że zionie. I to ogniem tak potężnym, że nie w sposób było im ustać. A jakże mieliby też ustać, skoro to — z piekła rodem — ogniste widowisko spotęgowane zostało jeszcze piekielnymi dźwiękami. Wprawdzie to tylko Pegazus głośno i przeciągle rżał, bo w taki właśnie swój koński sposób wyrażał podziw dla swego pana, to jednak spanikowanym rycerzom Króla Cruxlona to jego rżenie brzmiało w uszach nieziemsko i bardzo złowieszczo. Kojarzyło im się z diabelskim chichotem. I to nie jednego diabła lecz setki diabłów... I stało się. Ich waleczność przegrała z wszechogarniającą paniką. Wszyscy, jak jeden mąż, w popłochu, z rozlegającym się zewsząd przeraźliwym krzykiem, zerwali się do ucieczki. I tyle było ich widać.
Niewolnicy Króla Cruxlona spanikowali również. Z hukiem opuścili lektykę ze swoim Panem i Władcą i w odruchu bezwarunkowym padli na ziemię, zakrywając rękami głowy. Król Cruxlon znów spadł na grzbiety swoich niewolników i znów doznał szoku. Ale tym razem podwójnego. Bo i na widok zionącego ogniem Króla Napoleona i na wskutek ponownego upadku. Leżał tak wyłożony niczym naleśnik na patelni i ani drgnął...

ciąg dalszy nastąpi


Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona" 

niedziela, 20 stycznia 2019

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (VII/XI)



Napolcio poczuł, że krew gotuje mu się w żyłach. Bo też stała się rzecz najgorsza. Król Cruxlon ze swoimi po zęby uzbrojonymi rycerzami był już tuż-tuż, a jego rycerze byli ciągle jeszcze u podnóża góry. Wściekłość ogarniała go coraz bardziej. Ale cóż było robić? Nie było wyjścia, musiał stawić czoła sytuacji. W pośpiechu zeskoczył ze skrzyni i w pierwszym odruchu, chciał biec do Księżniczki Indii. Miał nadzieję, że zdąży przynajmniej ją samą sprowadzić w dół. A potem, gdy ją przekaże w ręce troskliwej Zefci, wróci na szczyt Barddejów i osobiście rozprawi się z Królem Cruxlonem.
Biegnący w szaleńczym tempie Sławoj, jakby wyczuł, co jego Król będzie chciał zrobić i jeszcze zanim dobiegł do pierwszego kręgu rycerzy virginislandskich, zaczął krzyczeć:
Nie! Napolciu, nie! Pozostań na miejscu!
Napolcio znieruchomiał. Co też to może oznaczać? Dlaczego ma pozostać na miejscu? Nie wytrzymał tej niepewności i zaczął się przedzierać pomiędzy też już zaniepokojonymi virginislandskimi rycerzami i dworzanami. Roland podążał za nim. Kiedy Napolcio wydostał się na zewnątrz kręgów, Sławoj już dobiegł.
Sławoj, gadaj natychmiast, co się dzieje! — rozkazał.
Zdążyłem zobaczyć jak kilkunastu rycerzy Króla Cruxlona chyłkiem przemknęło po szczycie i pobiegło na zbocze naszej góry — wysapał Sławoj zziajany okrutnie. — Dopóki nasi rycerze nie nadejdą będzie bezpieczniej jak tutaj pozostaniesz wraz z Księżniczką Indią. Nie zdążyłbyś uciec. Zresztą, chyba ze setka rycerzy z Królem Cruxlonem lada moment wejdzie na szczyt. Myślę, że najlepiej będzie nam wszystkim tutaj pozostać, jakby nigdy nic. Nie pokażemy im, że się ich wystraszyliśmy. O nie! Niech sobie nie myślą! Spróbujemy najpierw niby to negocjować z Królem Cruxlonem, a właściwie, to będziemy działać na zwłokę. Będziemy specjalnie przeciągać negocjacje tak długo, aż nasi rycerze staną na szczycie. A potem to my im już pokażemy gdzie raki zimują… Niech sobie nie myślą! Liczebnie będziemy silniejsi. W mig przepędzimy ich z powrotem do ich królestwa. A staremu Królowi Cruxlonowi wybijemy z głowy żeniaczkę raz na zawsze… Co za zepsuty staruch? Jak on w ogóle śmie myśleć, że mógłby Księżniczkę Indię pojąć za żonę? Żeby go nie wiem co…
Cicho już Sławoj, nie żołądkuj się tak! — Napolcio uspakajając przyjaciela, sam siebie chciał uspokoić. — Masz rację, będę negocjował, a ty mi będziesz podpowiadał tematy negocjacji. Roland, ty też wymyślaj, co tylko się da. Bo musisz wiedzieć, że Król Cruxlon jest bezgranicznie zachłanny na wszelakie dobra materialne, więc można mu obiecywać cuda niewidy i różnościami oczy mydlić, a on będzie z rozdziawionymi ustami słuchał i analizował. Mój ojciec, Król Jeremiasz, znał go bardzo dobrze i nieraz mi o nim opowiadał. Stąd wiem, że Król Cruxlon choć należy do bardzo walecznych królów, to jednak jego waleczność przegrywa z przeogromną jego zachłannością. I właśnie w ten jego słaby punkt musimy uderzyć. Na początku sam zacznę wodzić go na pokuszenie, ale gdy zacznie mi brakować konceptu, podpowiadajcie mi… Aha, ale najpierw, Rolandzie, idź do Hrabiny Amoroso i poproś ją w moim imieniu, aby zajęła się Księżniczką Indią, bo ja chyba raczej nie powinienem teraz do niej iść… Nie umiem kłamać, a nie chciałbym ją prawdą przerazić. Najlepiej będzie, kiedy Hrabinę Amoroso zniesiesz do niej do jamy. Z pewnością będzie jej wtedy raźniej. I niech Hrabina użyje swych umiejętności dyplomatyzowania, byleby tylko Księżniczka się nie zorientowała, że coś złego się dzieje i nie myślała, że znów jest w niebezpieczeństwie...
W żadnym niebezpieczeństwie! — wpadł Królowi w słowo Papkoj, który wyrósł nagle przed nim jak spod ziemi. — O żadnym niebezpieczeństwie mowy być nie może. Nasi rycerzy niebawem dotrą na szczyt. Czujki na szczęście znajdowały się na właściwym miejscu i natychmiast zrozumiały twój rozkaz. Potwierdziły to umówionym znakiem. Tak że tylko patrzeć, jak przy twoim boku staną. A wtedy to my pokażemy tym durniom cruxlandskim gdzie jest ich miejsce. A o Królu Cruxlonie, to nawet boję się wspominać, bo mnie zrazu taka furia bierze, żem gotów gnać mu już naprzeciw, by nauczyć starucha siły na zamiary mierzyć. Jak w ogóle temu staremu niedołędze mogło przyjść do głowy, że może pojąć za żonę tak młodą i piękną Księżniczkę? Chyba ta jego wszeteczna zachłanność i bufonada całkiem mu już umysł wyżarły i teraz nie potrafi pojąć, że przecież istnieją jakieś granice przyzwoitości… Co za obleśny bufon!
Już dobrze Papkojciu, uspokój się! — Napolcio poklepał przyjaciela po ramieniu. — Ważne, że moi rycerze niebawem dotrą. Wprawdzie będą mieli na zboczu małą przeprawę z rycerzami Króla Cruxlona, bo tak jak Sławoj mówi, już ich tam kilkunastu jest... Ale co to dla moich rycerzy. Dadzą radę. Z pewnością rozprawią się z nimi odpowiednio i szybko. A potem… potem zobaczymy, co zrobimy z tymi intruzami. Jedno jest pewne, że zrobić musimy, bo nie może być tak, aby byli bezkarni… No, Rolandzie, ruszaj do Hrabiny Amoroso i załatw szybciutko tę delikatną sprawę. A po załatwieniu wracaj tu do nas. We czwórkę wyjdziemy Królowi Cruxlonowi naprzeciw.
Po krótkiej chwili Napolcio ze Sławojem i Papkojem oraz z Rolandem ruszyli na spotkanie z Królem Cruxlonem. Napolcio szedł z głową podniesioną, z uśmiechem na twarzy. Krok miał pewny i dziarski, jak na prawdziwego króla przystało. Och, żeby go tak Księżniczka India mogła teraz widzieć. Wyglądał wspaniale, aż blask bił od niego. Nie tylko przez to, że promyki słońca igrały na jego złotej zbroi i że pochodnia ciągle płonęła cudownym ogniem na jego głowie, nie, nie tylko. Bił od niego jakiś taki wewnętrzny blask. Blask człowieka o dobrym i życzliwym sercu, o wrażliwej i pięknej duszy.
Virginislandcy rycerze i dworzanie oczu oderwać nie mogli od Króla Napoleona. Oczarowani byli jego wspaniałym, dostojnym wyglądem, jego postawą, jakże wzniosłą. Oczarowani byli magiczną aurą, jaką wokół siebie roztaczał. Król Napoleon stał się dla nich ze wszech miar idolem. Wpatrując się w niego, sami poczuli się jakoś tak milej i przyjemniej, ba, poczuli się wręcz uroczyście. Poczuli się potrzebni i ważni. Biorą przecież udział we wspaniałym spektaklu. W spektaklu, w którym są nie tylko widzami, są też poniekąd jego współtwórcami. Jak urzeczeni patrzyli za oddalającym się Królem i jego trzema postawnymi towarzyszami u boku. Patrzyli też za oddalającym się wiernym koniem Króla, który podążał za swym panem w niewielkiej odległości i machał dostojnie swym pięknym, białym ogonem niczym dyrygent batutą. Wspaniały był to widok. Wszyscy patrzyli z zapartym tchem i bezwiednie wyciągali szyje coraz bardziej, byleby jak najdłużej widok ten mieć przed oczami. Nie tylko po to, aby nasycić swe oczy, ale też po to, by wzrokiem odprowadzić swojego idola, który zmierza na spotkanie ze złem, z jakim musi się zmierzyć. I wszyscy też całym sercem i duszą życzyli mu powodzenia.
Napolcio nie pomiarkował nawet, że Pegazus również dotrzymuje mu kroku i że w niewielkim oddaleniu człapie za jego plecami. Rozmyślał o spotkaniu z Królem Cruxlonem. Marzył, aby jak najszybciej mieć to spotkanie za sobą i móc pędzić do Księżniczki Indii i zająć się nią wreszcie z należnym jej szacunkiem. Tak rozmyślając, szedł sprężystym krokiem i nie spostrzegł nawet, że na wschodniej części szczytu zaczynają się już wyłaniać pierwsi rycerze Króla Cruxlona. Dopiero przeciągły syk Sławoja sprawił, że popatrzył w tamtym kierunku.
No, to przywitajmy Króla Cruxlona! — zawołał i zatrzymał się momentalnie. — Tutaj poczekamy na Jaśnie Wielmożnego Króla Cruxlandii. Tyle mu chyba miejsca wystarczy, by się mógł pomieścić wraz ze swą liczebną drużyną rycerzy. Dalej go nie przepuścimy, żeby nie wiem co... Nie może się zbliżyć do Księżniczki Indii.
Niechby tylko spróbował, to mu osobiście gnaty policzę! — ryknął Sławoj.
A ja ci pomogę liczyć — zapewnił Roland.
A nie myślcie, że ja będę stał z boku i tylko liczeniu waszemu się przyglądał — oznajmił stanowczo Papkoj.
Napolcio przypatrywał się wchodzącym na szczyt cruxlandskim rycerzom bez żadnej obawy. Cieszył się nawet, że wnet się skończy ta idiotyczna walka z Królem Cruxlonem, który przez to tylko, że został oszukany przez łotrów z własnego królestwa pokonuje jakże niebezpieczną w jego wieku drogę. I kiedy tak Napolcio wypatrywał Króla Cruxlona pomiędzy głowami jego rycerzy, chwilami w głębi serca żal mu się go robiło. Napolcio taki już był. Miał bardzo dobre i wrażliwe serce. Nawet dla wroga.
Cruxlandscy rycerze w pełnym uzbrojeniu wchodzili na szczyt dwójkami. Wchodzili i wchodzili, i było ich już co najmniej pięćdziesięciu, a Króla Cruxlona ciągle nie było widać. Ale po chwili oczom Napolcia i jego druhów ukazała się lektyka z baldachimem niesiona przez niewolników. Widok ten poraził Napolcia i już nie był pewien, czy mu nadal Króla Cruxlona jest aż tak żal. Pewnym był natomiast, że bardzo mu żal tych biednych niewolników. W jego królestwie niewolnictwo było nie do pomyślenia. Jeszcze jego ojciec, Król Jeremiasz, całkowicie zniósł niewolnictwo.
Napolciu, czy ty to widzisz? Co za bufoniasty bufon z tego Cruxlona! — zawołał zniesmaczony Sławoj. — Nie dość, że się porywa do żeniaczki jak szczerbaty na suchary, to jeszcze popatrz no, jaki wygodny… Hańba! Toż on ciągle jeszcze niewolnictwa nie zniósł. Jego postępowanie woła o pomstę do nieba! Brrr… brzydzę się nim!
Ucisz się już Sławojciu! — rozkazał Napolcio. — Ja też jestem tym zaskoczony, że widzę niewolników. Po jego ostatniej i sromotnie przegranej bitwie z Królem Jeremiaszem, w spisanym Traktacie Pokojowym, zniesienie niewolnictwa było warunkiem zachowania przez niego dawnych granic królestwa. Ojciec mój był pewien, że Cruxlon dotrzymał jego warunków. Widocznie po jego śmierci, Cruxlon uznał, że Traktat Pokojowy nie musi już obowiązywać i na powrót wprowadził niewolnictwo… Zaraz mu odpowiednio przypomnę o jego wytycznych.
W międzyczasie cała już kolumna cruxlandskich rycerzy stanęła na szczycie. Okazało się, że lektykę z Królem Cruxlonem niesiono gdzieś tak w połowie kolumny, gdyż za lektyką szło jeszcze tyle samo prawie rycerzy co i przed. Ta przedziwna kolumna (jak na warunki i otoczenie), zbliżała się coraz bardziej do Napolcia i jego druhów. Rycerze szli wolnym krokiem i najwyraźniej żaden z nich jeszcze nie zauważył, że ktoś nadchodzi z przeciwka. Nawet sam Król Cruxlon nie spostrzegł jeszcze nikogo, choć miał najlepszą możliwość obserwacji. Niesiony ponad głowami swych rycerzy oczy miał o wiele wyżej niż oni. Nie widział jednak nikogo. No cóż, widocznie na starość wzrok już nie ten.
Dopiero po chwili, kiedy kolumna weszła na prosty odcinek szczytu, Napolcio przyuważył na jej przedzie małe poruszenie wśród rycerzy. Wreszcie kolumna zatrzymała się. Prowadzący kolumnę, zapewne pierwszy rycerz Króla Cruxlona, odbił nagle od czoła i pobiegł do tyłu. Biegł, aż zrównał się z lektyką swojego Króla. Przez chwilę nic się nie działo. Rycerze stali nadal bez ruchu… Aż tu nagle, coś się dziać zaczęło. Wprawdzie czoło kolumny i dalsi jej rycerze nadal stali w bezruchu, ale lektyka z Królem Cruxlonem wyraźnie drgnęła i wysunęła się nagle z kolumny. Niesiona powoli przez umordowanych niewolników, najwyraźniej kierowała się w jego stronę. Napolcio poczuł ulgę. — „Wreszcie zbliża się punkt kulminacyjny całej tej bezsensownej zabawy” — pomyślał. — „No, to pobawimy się nieco, drogi mój sąsiedzie, Królu Cruxlandii… A potem szybko, jak najszybciej… do ukochanej mojej polecę. Jak na skrzydłach”. — Napolcio uśmiechnął się do swoich myśli, i nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszał ciche rżenie Pegazusa za swymi plecami. Zaskoczony oglądnął się natychmiast i zawołał:
Patrzcie kochani, mój przyjaciel koń też jest ze mną! On chyba umie czytać w moich myślach… Jestem naprawdę szczęśliwym Królem… — Napolcio musiał nagle przestać się zachwycać, bo gdy znów popatrzył w kierunku zbliżającej się lektyki Króla Cruxlona, to to, co zobaczył przy niej, wprawiło go w przerażenie. — Święty Dygdy! A kogóż oni tam ciągną na linach…?! Ojcze Jeremiaszu, błagam, tylko nie to… Chiooooruuuunek!
Napolcio był tak potwornie przerażony nagłym widokiem swojego braciszka w tym miejscu, a przede wszystkim w takich okolicznościach, iż miał wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi. Nie zważał jednak na siebie tylko puścił się od razu szaleńczym biegiem naprzeciw bratu. Za nim popędził Sławoj i Papkoj. A ci byli jeszcze bardziej przerażeni, gdyż zdali sobie sprawę, iż za ten właśnie okropny widok, który tak bardzo przeraził ich ukochanego Króla oni są odpowiedzialni.
Roland, choć w ogóle nie zrozumiał, co się nagle stało, mimo to ruszył niezwłocznie za Królem Napoleonem i jego druhami.
Pegazus, podobnie jak Roland, też nic nie zrozumiał, ale jak przystało na prawdziwego rumaka Króla, puścił się natychmiast za swoim panem. Galopował na samym końcu. A galopował pięknie, z ogonem podniesionym i z rozwianą grzywą. Tworzył sobą wspaniałe białe tło dla biegnącego w przedzie Króla Napoleona z płonącą pochodnią na głowie i jego rosłych towarzyszy w połyskujących w słońcu zbrojach.
Taki właśnie obraz miał przed oczami Król Cruxlon. I trzeba przyznać, iż obrazem tym był zaskoczony niesamowicie. Nie przez to, że poruszył go jego artyzm, a gdzież tam. Króla Cruxlona nie interesowało piękno ulotne. Nie potrafił go nawet zauważać. Jego interesowało piękno tylko tych rzeczy, które mógł dotknąć, a już najbardziej, które mógł posiąść. Widok biegnących w jego kierunku zaskoczył go dlatego, że wśród nich rozpoznał Króla Barbedetlandii. A takiego widoku się nie spodziewał. Nie podejrzewał, że go tutaj zastanie, ba, został o tym nawet zapewniony. Nie spodobało mu się to. Oj, nie! Ale w końcu zbytnio się tym nie przejął, bo zaraz pomyślał, że ten fircyk nic mu przecież nie może zrobić, mając tylko trzech rycerzy u boku. — „Co najwyżej może mi nachuchać” — śmiał się w duchu. A gdy przypomniał sobie, że ma dla niego niespodziankę, roześmiał się w głos. I tak, śmiejąc się obrzydliwie, z wielkim zadowoleniem patrzył jak dobiega akurat przed jego wielce szanowne oblicze ze swoją marną trójką rycerzy i jednym koniem.
Powitać sąsiada, Wielkiego Króla Barbedetlandii! — zawołał, ciągle rechocząc. — Co za ważne sprawy ciebie, Królu Napoleonie, tutaj sprowadzają? Mam nadzieję, że nie te same co mnie. Bo muszę ci od razu powiedzieć, że nie masz żadnych szans… Ale to żadnych!
To się okaże, Królu Cruxlandii! — Napolcio krzyknął w kierunku lektyki i natychmiast podskoczył do skrępowanego sznurami Chiorunka. — Chiorunek, braciszku mój kochany, co ci jest? Jesteś ranny?
Nic mi nie jest — wyszeptał cicho podwójnie skrępowany Chiorunek. Podwójnie, bo i związany i zawstydzony.
Jak to się stało? Pojmali cię te łotry w naszej grocie? — dociekał łamiącym się głosem i ze łzami w oczach Napolcio.
No wiee… esz… — zająknął się Chiorunek, nie wiedząc, co ma rzec. W końcu zawstydził się jeszcze bardziej i spuścił głowę.
Dobrze, nic nie mów. Musisz odpocząć. Później mi o tym opowiesz… — szepnął Napolcio braciszkowi do ucha. — Wiem, na co tych barbarzyńców stać. I nie bój się już. Włos ci z głowy nie spadnie. Nie pozwolę na to. Dam ja im nauczkę — wreszcie wrzasnął na cały głos: — Już mi te łotry skończone za to zapłacą!
Łotry? Jakie łotry?! Kto jest łotrem?! — równie głośno wrzasnął Król Cruxlon. — Chyba masz swojego braciszka na myśli. Bo gorszego łotra nie ma jak on, który by się poważył podnieść rękę na Króla Cruxlandii, i to jeszcze na terytorium jego królestwa!
Napolcio, słysząc słowa Króla Cruxlona, zaniemówił, bo też nie wiedział, co ma powiedzieć. Tak bardzo był zszokowany tym, co usłyszał. Spojrzał tylko z wyrzutem na Papkoja i Sławoja, a potem popatrzył na Chiorunka. A patrząc na niego, chciał mu dać do zrozumienia, jak bardzo jest na niego zły za jego karygodny wyczyn. Ale w końcu sam już nie był pewien czy mu się to udało, bo nagle straszliwie śmiać mu się zachciało.
Chiorunek milczenie Napolcia przyjął za naganę, a że czuł się może nie tyle winnym, co zawstydzonym, iż jego genialny pomysł znów nie wypalił, spuścił tylko głowę i oczami wiercił dziurę w ziemi.
Otóż okazało się, że Chiorunek całkiem bez winy jednak nie był. Kiedy tylko Sławoj i Papkoj w ślad za Napolciem zniknęli na zachodniej części zbocza, Chiorunek przystąpił do realizowania swojego pomysłu. A pomysł miał nie byle jaki. I też w nie byle jakiej sytuacji zrodził mu się w głowie. Było to wtedy, kiedy Chiorunek zobaczył jak Napolcio w pojedynkę pognał Księżniczce Indii na ratunek. Pozazdrościł mu wówczas bardzo, ale nie bohaterstwa, o nie, bohaterski to Chiorunek był niezgorzej. Pozazdrościł mu możliwości wykazania się bohaterstwem. Dlatego postanowił, że tu i teraz, wszystkim musi wreszcie udowodnić, iż on, Książę Melchior, jest ze wszech miar odważny i stać go na bohaterskie czyny. I właśnie swoją odwagą zamierzał się tu i teraz wykazać. Wręcz musiał się wykazać, gdyż ostatnie jego poczynania w tym względzie, z powodów nie od niego zależnych, spełzły na niczym. Chiorunek ciągle był zły na Papkoja, że mu przeszkodził ruszyć za Napolciem do Boru Barde w poszukiwaniu Księżniczki Indii. Już wtedy pokazałby wszystkim na co go stać. Ale nie, wstrętny Papkoj nie dość, że go nie puścił i zaryglował w komnacie, to jeszcze użył przebiegłego fortelu z gołębiami pocztowymi. Tych gołębi Chiorunek nie mógł mu darować przede wszystkim. Dlatego też szukał cały czas okazji, by w odwecie za te nieszczęsne gołębie utrzeć nosa Papkojowi. No i okazja właśnie się nadarzyła. I to jaka! Że ho, ho! Przy jednym ogniu mógł upiec dwie pieczenie. Z uśmiechem na twarzy utrzeć Papkojowi jego długi kinol i jeszcze do tego wykazać się odwagą godną bohatera. Tak że jak tylko Napolcio odstawił ich na Pegazusie, by jak najszybciej wspiąć się na zbocze Barddejów, Chiorunkowi wpadł do głowy pomysł zamydlenia oczu Papkojowi, iż cierpi na lęk wysokości. Pomysł był prosty, a jakże genialny się okazał. Bo też Papkoj uwierzył Chiorunkowi od razu i Chiorunek, ku swej wielkiej radości (skrupulatnie przed Papkojem skrywanej), mógł zostać sam u podnóża Barddejów. A przecież oto mu chodziło. Chiorunek od razu przystąpił do działania. Wszystkie trzy konie zaprowadził do groty i przywiązał je do wystającego korzenia jakiegoś drzewa. A zanim wyszedł z groty, w pośpiechu odczepił zwój liny z siodła swojego konia, i całując go, wielce szczęśliwy wybiegł z nim na zewnątrz. Bo też to nie był taki sobie zwykły zwój liny. To był bardzo ważny zwój liny. Tak ważny, że Chiorunek jeździł z nim zawsze i wszędzie. Ale o faktycznym powodzie — po co z nim jeździł, nikt nie miał prawa wiedzieć. Chiorunek nigdy nikomu nie chciał się przyznać. A powód był taki: kiedy tylko Chiorunek dowiedział się od swego ojca, Króla Jeremiasza, jak to Cruxlandczycy wspaniałe potrafią posługiwać się arkanem, potajemnie zrobił sobie podobny i w tajemnicy przed wszystkimi ćwiczył rzuty pętlą. Dlatego też zwój liny zabierał ze sobą wszędzie, bo gdy tylko nadarzała się okazja, że mógł gdzieś w lesie albo w górach, choćby na chwilę zostać sam, zawsze ćwiczył. A że ćwiczył już dobre cztery lata, więc się wprawił i już całkiem dobrze trafiał pętlą w cel. Od paru też lat ćwiczył fechtunek szablą i szpadą, ale te ćwiczenia, choć nawet je lubił, to jednak nie dawały mu aż tyle satysfakcji co ćwiczenia arkanem. Z takiej to przyczyny, że fechtunek ćwiczył zawsze z Papkojem i Sławojem, i najpierw pod czujnym okiem ojca, Króla Jeremiasza, a potem, pod jeszcze czujniejszym i wszystko widzącym, sokolim okiem Napolcia. Nic więc w tym dziwnego, że ćwiczenia z arkanem sprawiały mu o wiele więcej przyjemności. Sam dla siebie był i nauczycielem i uczniem. A że potajemnie ćwiczył, dochodził do tego jeszcze dreszczyk emocji, jakiego przy fechtunku nie doświadczał. Chiorunek odczuwał podobny dreszczyk emocji i teraz, kiedy w pojedynkę, w pełnym rynsztunku, stanął u stóp Barddejów. Z uśmiechem na twarzy ścisnął rękojeść wystającej z pochwy szabli przytroczonej do pasa przy lewym boku, poprawił zwój liny, który przymocował do pasa przy prawym boku, wziął głęboki oddech... i ruszył do boju. Zadowolony z siebie, pognał nie na zachodnie zbocze lecz na wschodnie, po to, żeby przypadkiem go Napolcio nie przyuważył, albo co nie daj Bóg, Papkoj albo Sławoj. Wspinając się do góry, miał ogromną nadzieję, że wreszcie zrobi użytek ze swych umiejętności i zadziwi wszystkich. Marzyło mu się też, by pokazać tym wszystkim Cruxlandczykom, łażącym po zboczu, że oto on, Książę Barbedetlandii, Melchior Barbedet, potrafi to samo co i oni. I to jeszcze jak potrafi! Chiorunek, pokonując wschodnie zbocze i pnąc się coraz wyżej, nie wiedział jeszcze jakiego czynu bohaterskiego dokona. W tym akurat momencie najważniejsze dla niego było to, że zrobił Papkoja na szaro i drugą stroną zbocza zmierza na szczyt. A że święcie wierzył, iż tym razem czynu bohaterskiego dokona jak nic, więc się nie martwił tym, co przyjdzie mu zrobić. Wierzył, że czas i okoliczności same mu wskażą jaki czyn to będzie i kiedy ma zacząć czynu tego dokonywać. Na już wystarczyło mu, że był wręcz pewien, iż czyn ten będzie wielki. Dzięki któremu, on sam stanie się wielki w oczach wszystkich, a przede wszystkim w oczach swej przyszłej szwagierki, Księżniczki Indii. Z tymi myślami, w wyśmienitym nastroju i z przyklejonym uśmiechem na twarzy zmierzał ku swej chwale… Ale będąc już gdzieś tak w połowie góry, mina mu niestety zrzedła, bo nagle zobaczył uciekających Cruxlandczyków, a tuż za nimi goniących ich Papkoja i Sławoja. Ledwie zdążył się skryć przed nimi w załomie skalnym. Stał tam w ukryciu i obserwował tę scenę wściekły jak stu diabłów. Bo jakże to tak? Ten wstrętny Papkoj i nie dużo lepszy od niego Sławoj zabierają mu jego robotę. Przecież to on miał zająć się Cruxlandczykami. Ale kiedy tak dłużej przyglądał się uciekającym, doszedł w końcu do wniosku, że to tylko jakieś nieopierzone, a już na pewno nieuzbrojone obdartusy cruxlandskie, więc przed takimi nie ma co pokazywać na co go stać. Szkoda by było jego wysiłku. Postanowił poczekać na lepszą okazję. Postał w ukryciu jeszcze jakiś czas i kiedy zobaczył, że Papkoj i Sławoj wracają tą samą drogą na zachodnią część zbocza, ucieszył się. — „No, to droga wolna. Teraz już spokojnie mogę piąć się w kierunku szczytu, a i zapewne, chwały” — pomyślał i już chciał wyjść z załomu skalnego, kiedy usłyszał nagle jakieś odgłosy. Wyglądnął zza skały, i to co zobaczył, w pierwszej chwili go przeraziło. Ale tylko na moment, bo przecież do tchórzy nie należy. Otóż zobaczył, jak Papkoj i Sławoj oplątują linami dwóch cruxlandskich rycerzy. Najprawdziwszych rycerzy, nie żadnych tam obdartusów. I gdy to przerażenie, które go na tmalutką chwilkę ogarnęło mu przeszło, na to miejsce wnet przyszła zazdrość. Bo jakże to tak? Przecież to on powinien pokazać im jak potrafi posługiwać się arkanem. Wszędzie ten Papkoj i Sławoj! Och, jakże miał ich dość. Na szczęście oni nie zabawiali się długo cruxlandskimi rycerzami, bo skrępowanych linami przywiązali do słupów skalnych i odeszli. Chiorunek odczekał chwileczkę, aż Papkoj i Sławoj znikną już na dobre. I gdy się upewnił, że tak jest, wyskoczył ze swojego ukrycia i pognał do związanych rycerzy. Stanął przed nimi na szeroko rozstawionych nogach i bez żadnego lęku, rozkazał im natychmiast mówić o co tu chodzi i po co wleźli na terytorium Barbedetlandii. Żaden z nich jednak nie chciał nic mówić. Jakby wody nabrali w usta. Wtedy Chiorunek się zeźlił, wyciągnął szablę z pochwy i przyłożył ją jednemu z nich do gardła. Wtedy ten nieszczęśnik, a okazało się, że był nim akurat książę Karol, bratanek Króla Cruxlona, z błaganiem o darowanie mu życia wyśpiewał wszystko (i to nawet w barbedetlanskim języku), bluźniąc przy tym na swego starego stryja za jego spóźnione zapędy do ożenku. Chiorunek był bardzo zszokowany tym co usłyszał. W pierwszej chwili chciał pędzić do Napolcia i ostrzec go przed Królem Cruxlonem, ale po chwili pomyślał, że oto nadarza się wspaniała okazja, by wreszcie wykazał się swoją odwagą. Postanowił więc samemu powstrzymać Króla Cruxlona przed jego niecnym czynem. A żeby go powstrzymać, domyślał się, że musi go też jakoś przetrzymać, i to na tak długo, aż Napolcio sprowadzi Księżniczkę Indię ze szczytu Barddejów. A potem, wziąć nogi za pas i ratować własne życie. Jak postanowił, tak zaczął robić. Ale zanim zaczął, jeszcze raz groźnie popatrzył na dwóch cruxlandskich rycerzy, zamachnął się szablą, i nagle… odskoczył od nich i pobiegł w górę, zostawiając ich, ku ich bezgranicznej uldze — przy życiu. Chiorunek nie miał zamiaru pozbawiać ich życia. Gdzieżby mu takie rzeczy do głowy miały przyjść. Wszystkie inne, ale nie takie.
Chiorunek nie był zdolny do zadawania komukolwiek bólu, a co dopiero do pozbawiania kogoś życia. Zawsze pragnął zostać rycerzem, ale takim, który zło zwalczać będzie dobrem — bez przelewu krwi.
Kiedy bratanek Króla Cruxlona i jego kompan zobaczyli jak Chiorunek znika za krzewami, odetchnęli z przeogromną ulgą, gdyż cały czas truchleli ze strachu, że taki niewyżyty gołowąs będzie się chciał na nich powyżywać. Ale kiedy strach już im minął wraz z odejściem Chiorunka, poczuli nagle ogromną wściekłość. Bo co też ten niby-rycerz sobie myśli, oni zdradzili własnego Króla, a on zostawił ich dalej związanych? Ale w końcu zrozumieli, że nie mogą mieć do niego o to pretensji. Na jego miejscu zrobiliby to samo… albo o wiele gorzej. Zdawali sobie sprawę, że są winni, przebywając bezprawnie na terenie Barbedetlandii. Mieli jednak wielką nadzieję, że wybawienie kiedyś przyjdzie.
Chiorunek dowiedziawszy się o planach Króla Cruxlona, postanowił jak najszybciej dostać się na szczyt góry. Wierzył, że Król Cruxlon tam jeszcze nie dotarł. Miał zamiar do tego też i nie dopuścić. Dlatego wspinał się po zboczu w ogromnym pośpiechu. Wnet stanął na szczycie. Rozglądnął się dookoła. Nikogo nie było widać. Słyszał wprawdzie najpierw rżenie koni, a potem donośny śmiech, ale domyślał się, że te odgłosy docierają do niego od zachodniej części szczytu i że z pewnością pochodzą od orszaku królewskiego Króla Virginusa. Bo przecież nikt normalnie nie wybrałby się z końmi na Barddeje. I jak go rżenie koni na początku trochę przeraziło, to gdy usłyszał gromki i przeciągły śmiech, od razu zrobiło mu się lżej na duszy. Pobiegł wtedy ochoczo nad zbocze góry po stronie Cruxlandii. Chciał sprawdzić czy Król Cruxlon się nie zbliża. Nic tam jednak nie zauważył. Pomyślał, że to i dobrze, bo będzie mógł odsapnąć. Czuł się nieco zmęczy wspinaczką. Będzie miał też czas, aby się porządnie przygotować na przybycie Króla Cruxlona. Usiadł więc sobie na ziemi i odpoczywał. Ale wzroku z cruxlandskiego zbocza nie spuścił. Siedział tak dobrą chwilę. Czuł się już całkowicie wypoczęty, a Cruxlona ciągle ani widu, ani słychu. W końcu to czekanie zaczęło go nudzić. Bo ileż można czekać? Emocje go rozpierały, krew buzowała w żyłach, a tu nic się nie dzieje. Postanowił dłużej nie czekać, tylko tak jak to zrobili Cruxlandczycy, naruszyć granice między królestwami. — „A co tam, im wolno a mnie nie?” — pomyślał. — „Zresztą, ja to zrobię w pojedynkę, nie tak jak oni, całą hałastrą latają po naszym zboczu”. — Chiorunek usprawiedliwił się w myślach i zaczął schodzić po zboczu Cruxlejów. Zszedł gdzieś tak do połowy zbocza, kiedy usłyszał, że ktoś nadchodzi. Natychmiast ukrył się w szczelinie skalnej. Stamtąd też zaczął obserwować niższe partie zbocza. Po niedługiej chwili oczom jego ukazali się pierwsi rycerze Króla Cruxlona. Chiorunek poczuł dreszcz emocji na plecach. Przywarł do skały i zaczął odczepiać od pasa swój arkan. Szło mu to nieco opornie, gdyż ręce mu drżały. Lecz nie ze strachu. Gdzieżby tam ze strachu? Ręce mu drżały z ogromnych emocji, które potęgowały się w nim z minuty na minutę. Bo oto on, Książę Barbedetlandii, Melchior Barbedet, za chwilę weźmie los swojego brata, Króla Napoleona I i jego przyszłej żony, Księżniczki Indii, w swe ręce. Chiorunek był pewien, że tego dokona. Czuł to całym sobą. Czuł, że nikt nie byłby w stanie go teraz powstrzymać. Nawet Papkoj. W pełnym pogotowiu zaczaił się w swojej kryjówce i czekał. Czekał na najodpowiedniejszy moment, w którym będzie mógł zadać cios złym zamiarom Króla Cruxlandii. Moment ten zbliżał się nieuchronnie. Chiorunek zacisnął rękę na arkanie… Lecz co to? Rycerze idą i idą dwójkami, a Króla Cruxlona nie widać. Podenerwowany, wychylił się bardziej i wyglądnął zza skały. Wtedy nieco poniżej zobaczył lektykę. Domyślił się, że król Cruxlon musi w niej siedzieć… Oj, nie spodobało mu się to, bo lektyka była z baldachimem. Zdał więc sobie sprawę, że ciężko mu będzie arkanem celnie rzucić. — „Nic to” — stwierdził po chwili zastanowienia. — „Dam radę. A jak go już ściągnę na ziemię, doskoczę do niego natychmiast i przyłożę mu szablę do jego królewskiego gardziołka. A wszystkim rycerzom każę natychmiast zejść z powrotem w dół, bo jak nie, to postraszę ich, że ich Król straci życie. No a potem poprowadzę Króla Cruxlona jak pieska na sznurku, popędzając go oczywiście szablą, na sam szczyt, i dalej, na nasze zbocze. I jak zobaczę, że Napolcio sprowadził już Księżniczkę Indię wraz z jej orszakiem w dół, wtedy uwolnię niedoszłego męża mojej przyszłej szwagierki. A sam wezmę nogi za pas i popędzę z wieścią o moim bohaterskim czynie do Napolcia i całej reszty… Niech sobie Papkoj nie myśli… Żeby tak dzielnego rycerza gołębiami omamić? No, pomysł wyborny. A teraz do dzieła, dzielny rycerzu”. — Myśli te zagrzały Chiorunka do walki. Nie bał się. No, może troszeczkę. Czuł przede wszystkim ogromne podniecenie. A podniecenie to sprawiało mu nieznaną do dej pory przyjemność. Czuł jak serce mu wali, i niczym dobosz na bębnach, wybija rytm do rozpoczęcia walki. Chiorunek odsunął się od skały. Musiał mieć odpowiednio dużo miejsca, by arkan wprawić w ruch i móc celnie nim rzucić. A że miał dodatkowe utrudnienie ze względu na baldachim, musiał się więc przygotować do rzutu z wielką precyzją. Musiał też uważać, aby go któryś z rycerzy nie przyuważył. Ale kiedy zobaczył, że wszyscy mają głowy pochylone i patrzą tylko pod nogi, by się nie pośliznąć na kamieniach, zadowolony, wyszedł z kryjówki i stanął w szerokim rozkroku, trzymając arkan w pogotowiu. Chiorunek czuł jak mu krew pulsuje w skroniach. Bo oto nadchodzi ta chwila… Chwila jego bohaterskiego czynu… Lektyka z Królem Cruxlonem zbliżała się coraz bardziej. Wreszcie Chiorunek miał ją w zasięgu rzutu arkanem. A wtedy… zaparł się mocno nogami, prawą ręką rozkręcił pętlę arkanu wysoko nad głową i… rzucił nią z precyzją godną mistrza. Pętla arkanu z cichym świstem poszybowała w powietrzu. Poleciała wprost na niczego niespodziewającego się Króla Cruxlona. To, co się stało w następstwie ataku Chiorunka na Jego Królewską Mość Króla Cruxlandii trudno opisać. Pętla arkanu, i owszem, celnie doleciała do celu, z tym że zawadziła leciutko o jeden ze słupków podtrzymujących baldachim, odbiła się od niego i zamiast spaść na Króla, spadła na dwóch z ośmiu niewolników niosących lektykę. Niewolnikami zarzuciło. Lektyka zsunęła im się z ramion, uchwyty za które trzymali wymsknęły im się z rąk i nieszczęśnicy z wrzaskiem padli na ziemię. W wyniku ich upadku, lektyka przechyliła się niebezpiecznie i… Wielmożny Król Cruxlandii wysypał się z niej prosto na leżących niewolników. Popłoch się zrobił niesamowity. Rycerze natychmiast obstąpili leżącego Króla i próbowali go podnieść. Lecz Król Cruxlon był tak zaskoczony tą nagłą zmianą pozycji, że w ogóle nie kontaktował i podnieść się nie dał. Leżał wyłożony na grzbietach niewolników i wytrzeszczonymi oczami patrzył tylko na swych rycerzy, sapiąc przy tym jak miech kowalski. Nic dziwnego. Każdy na jego miejscu byłby zaskoczony. I to jeszcze jak. Zważywszy na to, że Król Cruxlon akurat ucinał sobie drzemkę, chcąc odpocząć po polowaniu i nabrać sił przed tak ważnym dla niego wydarzeniem… A tu z nagła takie przebudzenie. Istny szok!... Rycerze Króla Cruxlona straszliwie byli przerażeni jego wypadkiem. Nie spodziewali się, że coś podobnego może się ich Królowi przytrafić. Jednak jak na rycerzy przystało, zachowali na tyle zimnej krwi, że od razu zorientowali się co się stało. Popatrzyli dokąd prowadzi lina arkanu i zrazu namierzyli stojącego przy szczelinie skalnej Chiorunka. I jak po nici do kłębka, ruszyli hurmem w jego kierunku.
Chiorunek stał z rozdziawioną buzią i nie mógł zrobić kroku. Nogi wrosły mu w ziemię. Patrzył tylko błędnym wzrokiem na zbliżających się rycerzy, i nic. Stał dalej. Bez ruchu, niczym słup soli. Ale kiedy rycerze prawie już do niego dobiegali, przeklinając go okrutnie, nagle oprzytomniał. Dotarło wreszcie do niego co się stało i co go czeka. Z wrażenia aż podskoczył i bez namysłu wziął nogi za pas. Rycerze puścili się za nim. Ale Chiorunek, zwinny jak małpiątko, wskoczył na skały i zaczął się po nich wspinać, odstawiając ich na coraz to większą odległość… I nagle, kiedy był już prawie pewien, że uda mu się uciec, poczuł mocne szarpnięcie. Odgadł od razu, co jest tego powodem. Arkan! Został schwytany na arkan. Momentalnie spadł ze skały. Turlał się chwilę po zboczu i zatrzymał się dopiero pod nogami rozwścieczonych rycerzy. Wtedy mu całe dzieciństwo przed oczami przeleciało. Skulił się w kłębuszek i krzyknął:
Mamo, Królowo Matko, ratuj!
Stojących nad Chiorunkiem rycerzy krzyk jego przyprawił o konfuzję. Natychmiast przestali go przeklinać. Pochylili się nad nim i zaczęli mu się dokładnie przyglądać. Wreszcie jeden z nich zawołał:
Książę Barbedetlandii! — i speszony okrutnie ledwo słyszalnym szeptem dodał: — Widzicie jego hełm?
Otóż zwyczajem ówczesnych czasów, jedynie książęta krwi królewskiej nosili takie hełmy jaki miał Chiorunek. Hełmy w tak kunsztowny sposób zdobione były oznaką godności. A Chiorunek na swym hełmie, tuż nad przyłbicą, miał dodatkowo wyryty jeszcze herb królewski. Herb Dynastii Barbedetów. Główny motyw tego herbu to: serce z okiem po środku otoczone kulą — symbolem wszechświata. Herb ten, to jednocześnie motto Dynastii Barbedetów. Zawarte ono było w herbie od zawsze, od zarania dziejów tej dynastii. Wszyscy królowie z pocztu królów barbedetlandskich miłościwie panowali Barbedetlandią, szczycąc się swoim herbem i przestrzegając słów motta. Słowa ich motta były proste, a jakże wzniosłe w swej wymowie. Mówiły: — „Sercem patrz na wszystko co cię otacza”… — Tylko tyle i aż tyle… Każdy król w dniu swojej koronacji przysięgał na herb Barbedetów, że nigdy go hańbą nie splami i że będzie panował nad królestwem zgodnie ze słowami motta. I jak z wielowiekowej historii Dynastii Barbedetów wynika, żaden z królów, jak dotychczas, nie zbrukał ani swego herbu ani swego motta... 

ciąg dalszy nastąpi


Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona"