Podobno miłość do koni mam w genach — po pradziadku, ułanie. Nie wiem, ile w tym genów, a ile magii, ale wiem jedno: kiedy widzę konia, natychmiast robi mi się jaśniej na duszy. A kiedy koń sam podchodzi się przywitać… jestem cała w kwiatkach.
Konie, obok psów, to moje najukochańsze zwierzęta. Miłość do koni mam chyba zakodowaną w genach — po moim pradziadku, ułanie. Tak sobie myślę, bo zawsze, gdy widzę konia, promienieję i nie mogę oprzeć się pokusie, by się do niego zbliżyć. Nawet jeśli jest daleko.
Tym razem było podobnie. Podczas wycieczki, na skraju lasu, zobaczyłam cztery konie na wybiegu. Niewiele myśląc, skierowałam się w ich stronę. I już po chwili byłam cała w kwiatkach, kiedy podeszły do mnie, żeby się przywitać... Pewnie wyczuły moją miłość do nich.
Mogłabym tak stać i podziwiać bez końca te piękne, dostojne, ogromne zwierzęta. Uwielbiam zwłaszcza konie w galopie. Nie ma chyba piękniejszego widoku… To czysta poezja.
I wtedy zawsze przypominają mi się słowa angielskiego pisarza polskiego pochodzenia, urodzonego w 1857 roku w Berdyczowie — Josepha Conrada: „Nie ma nic piękniejszego niż kobieta w tańcu, statek pod żaglami i koń w galopie”.
Czy można piękniej oddać to, co czujemy, patrząc na konia w galopie?
Na widok koni często podśpiewuję sobie:
„Koniom
wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień,
jeszcze noc,
na wichurze by stać…”
To słowa piosenki Wołodii Wysockiego „Konie”*. Jakoś właśnie ta piosenka najbardziej pasuje mi do tych cudownych zwierząt. Jest w niej coś z ich siły, wolności, nieokiełznania… i z tej niezwykłej więzi, jaka od wieków łączy człowieka z koniem.
A najbardziej lubię ją w wykonaniu Natalii Sikory podczas koncertu w Opolu w 2013 roku. Oto link: s://www.youtube.com/watch?v=xrtPtGtP5Gg
