czwartek, 30 kwietnia 2026

Noc czarownic, poranek wędrowców — czyli jak zaczyna się maj w Niemczech

W Niemczech wszystko ma swój porządek — nawet czarownice. Zgodnie z tradycją, w nocy z 30 kwietnia na 1 maja zlatują się one na górskie szczyty, żeby porządnie się wyszaleć. To właśnie Noc Walpurgii — noc pełna magii, hałasów i (podobno) dość niepokojących imprez.

Kiedy tylko ostatnia czarownica odleci, a duchy wrócą do swoich spraw, Niemcy bez chwili wahania zakładają buty trekkingowe i… ruszają w drogę. Bo przecież 1 maja to oficjalne otwarcie sezonu wędrówkowego!

Kto żyw, ten na szlak — nieważne, czy to góry, las, czy park za rogiem. Liczy się jedno: iść przed siebie, najlepiej od świtu do nocy.



Ale zanim to nastąpi, trzeba stawić czoła skutkom nocnych „atrakcji”. Bo kiedy dorośli próbują przespać sabat czarownic, dzieciaki organizują własny festiwal kreatywności.

Samochody owinięte papierem toaletowym? Są. Szyby wysmarowane pastą do zębów? Oczywiście. Czasem można odnieść wrażenie, że czarownice miały wspólników w wieku szkolnym.

Dzieciaki pękają ze śmiechu, dorośli pękają… trochę mniej, ale nikt nie robi afery. W końcu to tradycja. A z tradycją — jak wiadomo — się nie dyskutuje.

Więc po szybkim ogarnięciu „artystycznych instalacji” na podjeździe, wszyscy zgodnie ruszają na wędrówkę. Bo jak maj, to maj. A jak tradycja, to tradycja!



Taki jest właśnie niemiecki sposób na 1 maja... A więc: z samego rana — po sabacie — gdy czarownice odlecą już: start! — jazda na szlak!

Niemcy ruszają... i ja razem z nimi, wśród polsko-niemieckich wędrowców. Ha, ale jakby tak dobrze pogrzebać, to i ukraińscy i francuscy się znajdą...

Halszka, nie gadaj tyle, maszeruj! 😅😁


***

Jeśli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka


Serce, które potrafi czekać...



Jeszcze przyjdzie miłość... i zostanie na zawsze. Warto w to wierzyć i czekać. Tekst w obrazie.


środa, 29 kwietnia 2026

Niech no tylko zakwitną jabłonie

No i zakwitły — aż serce się raduje...

A żołądek? Cóż — jabłuszek oczekuje.

Rozkwitły hojniej niż przed rokiem. Wtedy przymrozki odebrały im oddech, przygasiły obietnicę owocu. Teraz zima była łagodna — i drzewa, jakby wdzięczne, obsypały się kwieciem bez umiaru.



Taki mam widok z okien — wiosnę w czystej postaci. Zapach unosi się w całym domu, miękki i ciepły. Z nim zasypiam, z nim się budzę — jakby noc i dzień oddychały tym samym snem... I jak tu nie być szczęśliwym?

Trzy jabłonie stoją obok siebie, jak siostry. Ich zapach splata się i gęstnieje w powietrzu. Lubię w nim trwać — bez pośpiechu.

Pszczoły też wiedzą, co dobre. Od świtu krążą niestrudzenie, pracowite i pewne celu. Ich bzyczenie to rytm poranka — cichy hymn na cześć życia.

Będzie miód. Dużo miodu. I dobrze — bo bardzo lubię ten złocisty eliksir bogaty w witaminy, minerały i antyoksydanty.

A może to wszystko — to światło, ten zapach, ten ruch — zawstydzi choć na chwilę wszelkie niepokoje, które co rusz targają naszym światem… Oby.


Mądry vs. głupi...

 


Głupi są potrzebni. Bez nich mądrzy byliby nikim. Tekst w obrazie.


wtorek, 28 kwietnia 2026

W domach armagedon — majówka nadchodzi...

 


Zanim zakwitnie maj, w domach nastaje stan przedmajówkowy, czyli chaos kontrolowany. Trwają wiosenne porządki i przygotowania na majówkę. Wierszyk w obrazie.


Niesforne dzieciństwo? Niekoniecznie...

 


Są chwile w życiu wyjątkowe — uroczyste święte. A jednak dzieciństwo nie uznaje ich granic. Miesza wszystko ze wszystkim i zostawia po sobie śmiech, czasem złość oraz wspomnienia, które zostają na zawsze. Tekst w obrazie.


Choć kroplą deszczu obdarz las, o Panie...

 


Las w udręce trwa i w oczekiwaniu... niech deszcz łagodny spadnie na tę ziemię. Wierszyk w obrazie.


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Offline na wiosnę...

 


Młodzież wie, w czym rzec... Bo kiedy wiosna dookoła to okazja na cyfrowy detoks— i nie ma wymówek.

O inteligentnych słów kilka...

 


Ludzie inteligentni istnieją, by rozumieć. Bez potrzeby porównań. Poza miarą innych. Tekst w obrazie.


Żywe witraże – fotografia owadów widzianych przez szybę

Fotografowanie owadów jest dla mnie prawdziwą przyjemnością. Najbardziej lubię te chwile, gdy przysiadają na szybach moich okien — jakby na moment zatrzymywały się pomiędzy dwoma światami.

To szczególna, być może jedyna okazja, by z tak bliska podziwiać misterną konstrukcję ich ciał, oglądaną od tej mniej oczywistej, wewnętrznej strony.

Mój ogród tętni życiem, więc owady pojawiają się często — cicho, niemal niezauważalnie zajmują swoje miejsca na przezroczystych taflach. Wtedy je dostrzegam. Sięgam po aparat. A one, jakby świadome mojej obecności, trwają przez chwilę nieruchomo, pozwalając się uwiecznić.

Największa magia zaczyna się później, gdy oglądam zdjęcia na ekranie komputera. Za każdym razem budzą mój zachwyt. Ich delikatne skrzydła, prześwietlone światłem, przywodzą mi na myśl witraże — kruche, barwne i pełne tajemnicy.

Na własny użytek nazwałam je „żywymi witrażami” i odtąd tworzę ich cichą kolekcję, zamkniętą w specjalnym albumie pod tą właśnie nazwą.




niedziela, 26 kwietnia 2026

Trudno uwierzyć w „duchowość” duszpasterzy...

 


Czy trudno jest uwierzyć w „duchowość” duszpasterzy? Tak. To, co donoszą o nich media jest porażające... i to nie media są winne. Sami na to zapracowali — i nadal pracują — w wielu przypadkach. Wierszyk w obrazie.


Jakie życie, taka starość — jaka starość, taka śmierć...



Każdy z nas jest odpowiedzialny za własne życie. Kto zdrowo żyje i z uśmiechem patrzy na świat, ten starości nie musi się lękać. Tekst w obrazie.


Wiosna, która woła...

 


Tryb: wiosna... Wiosna na żywo to zielony czas dla nas, by między wiatrem a słońcem oddychać razem z nią. Wiersz w obrazie.


sobota, 25 kwietnia 2026

Krótka rozprawa o dwóch wątrobach...

 


Krótka rozprawa o narzekaniu i wątrobie. Między krukiem a wątrobą. O naturze człowieka i jego wątrobie. O tym, kto ma zdrową wątrobę, a kto problem. Wiersz w obrazie.


Bakcyl zachwytu naturą — dziedzictwo ciekawości

Ciekawość natury noszę w sobie od zawsze – jak cichy szept przekazany przez mamę, zapisany gdzieś głęboko, pod skórą, w spojrzeniu. Z niej wyrasta moja pasja – fotografia. Towarzyszy mi od dziecka.

Pamiętam, jak mając zaledwie osiem lat, trzymałam w dłoniach swój pierwszy aparat – Фед-2. Dostałam go podczas naszej podróży po Podolu, która do dziś powraca we wspomnieniach jak miękkie światło o zmierzchu.

Najdłużej zatrzymaliśmy się w Zbarażu, w mieście mojego ojca – miejscu na Ukrainie, które w historii Polski i literaturze zapisane jest złotymi zgłoskami, głównie dzięki Henrykowi Sienkiewiczowi i jego powieści „Ogniem i mieczem”.

To właśnie tam coś we mnie drgnęło – połknęłam bakcyla fotografii i zaczęłam zatrzymywać w kadrze wszystko, co przyciągało moje spojrzenie, zwłaszcza kruche piękno świata roślin i zwierząt.

Nigdy nie uczyłam się technik fotografowania. Być może to nierozsądne, ale nie chcę, by reguły i zasady ingerowały w moją wrażliwość i wyobraźnię. Wolę, by pozostały nieskażone – wolne, intuicyjne, prawdziwe.

Fotografuję tylko to, co naprawdę mnie porusza – obrazy, które zachwycają oko i dotykają serca.

Wierzę, że osoby o podobnej wrażliwości odnajdą w nich coś dla siebie: drobny zachwyt, chwilę zatrzymania, impuls dla wyobraźni. I właśnie ta wspólnota odczuwania daje mi najwięcej radości.

Z aparatem – choć nawet nie potrafię już zliczyć, ile ich przewinęło się przez moje ręce – nie rozstaję się nigdy. Bo przecież każda chwila może przynieść coś ulotnego, niepowtarzalnego. A ja chcę być gotowa, by to zatrzymać.



piątek, 24 kwietnia 2026

Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część VII — Tym razem będzie o życiu, które toczy się swoim zwyczajnym torem, między świętością, powagą i sylwestrową zabawą dorosłych. A w nim — za ciasne buciki, zazdrość o łóżko, łazienka jak pałac… i pewien warkocz, który nie przetrwał spotkania z pewnym szczeniakiem... Bo dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Nawet wtedy, gdy obowiązuje powaga.


No i proszę bardzo — już i moja siostrzyczka, „święta” Teresa, po I Komunii. Jest dumna jak paw, a ja chyba razem z nią. Ale nie dlatego, że ona nagle taka święta się stała, tylko dlatego, że za rok ja pójdę do takiej samej pierwszej komunii. Stoję więc obok „świętej”, wyprostowana i naciągnięta jak struna od mojej mandoliny. A z drugiej strony nasza kuzynka Cesia. A ona to dopiero za dwa lata będzie „komunistką”.



Hihihi… Widzicie? Terenię buciki cisną, bo staje raz na jednej, raz na drugiej nodze. Super! Na pewno dostanę te jej wspaniałe białe pantofelki. Bo chyba nie będzie tak długo cierpieć? A może będzie? Gdyż po komunii naprawdę stała się jakaś taka… bardziej święta. A święci przecież lubią cierpieć. Cierpienie to ich hobby. O cholewcia! Nie, tak być nie może. Już ja jej wybiję cierpienie z głowy. Przecież szkoda by jej było. Cierpienie boli.

Zaraz po komunii Tereni jest kolejna uroczystość rodzinna — Złote Gody babci Ani i dziadzia Wojtka. Strasznie śmiesznie wyglądają na tym ślubnym kobiercu w kościele, aż ciągle chce mi się śmiać, gdy tylko na nich popatrzę… A niech mnie, znowu mnie na śmiech bierze!

Dobrze, że babcia siedzi z taką poważną miną, dużo poważniejszą niż dziadzio — to mnie trochę zbija z pantałyku i śmiechem nie wybucham. Przecież jestem w kościele… A mamusia mówiła, że to bardzo ważny dzień dla babci i dziadzia, trzeba więc zachować powagę.

Z trudem, bo z trudem, ale jakoś wytrzymuję i tę powagę zachowuję… A niech tam, niech mają ją — ode mnie — w prezencie złotogodowym.

Wiosna minęła, lato minęło i wakacje też. Jestem już w trzeciej klasie. I znów jest grudzień — wspaniały czas obdarowywania prezentami. Jak co roku, w miejskiej świetlicy podstawiają nam jakiegoś przebierańca, który udaje Dziada Mroza. Nie Mikołaja. Bo Mikołaj to z krwi i kości — jest prawdziwy. A ten tutaj, choć twierdzi, że jest prawdziwy, ja zawsze wiem, że nie. No przecież mam oczy — to widzę. Nikt mi tu kitu nie będzie wciskać.



Ale nic, niech im będzie. Ważne, że dostanę papierową torebkę z zawartością. A potem zniknę i, pałaszując słodycze, powiem Lodzi i Tereni, co o takim oszustwie myślę.

No i po drodze do domu im powiedziałam — i o dziwo, od razu się ze mną zgodziły. A to rzadkość, żeby moje starsze siostrzyczki przyznały mi rację.

Tak wielką radość mi to sprawiło, że straciłam kontrolę nad pochłanianiem zawartości torebki. Kiedy dotarłam do domu, rozbolał mnie brzuch. Resztę wieczoru przyszło mi spędzić niezbyt przyjemnie. Na kolację nie mogłam nawet patrzeć.

Poczłapałam więc z kuchni wprost do naszej nowiusieńkiej łazienki. Tam pochlapałam się wodą i, siadając na przepięknej muszli, zastanawiałam się, czy nie zostać na niej przez całą noc.

Nie to, że było mi bardzo niedobrze — no, może trochę też — ale przede wszystkim chciałam w spokoju nocy podziwiać to pomieszczenie, jakiego większość ludzi w naszym miasteczku jeszcze na oczy nie widziała. A ja owszem. Ja mogłam napawać się jego widokiem do woli.

Wcześniej mieliśmy potężną kuchnię — tak wielką, że można by po niej rowerem jeździć. Tatuś zawsze mówił, że to istny hangar — jak na lotnisku Berlin-Tempelhof. No cóż, zamieszkaliśmy w domu poniemieckim, to i ich upodobania do potęgi trzeba było jakoś rozgryźć.

Ale niedawno fachowa brygada z pracy tatusia zrobiła z tego hangaru dużo mniejszą kuchnię, przedpokój i właśnie tę wspaniałą łazienkę.

Zrobili nam też trzeci pokój z dużym oknem na ulicę — dziecięcy. Powstał z połowy przedpokoju naszych sąsiadów, państwa Szeglewskich.

Dobrze, że się zgodzili, bo mogłyśmy wreszcie opuścić sypialnię rodziców. Szkoda tylko, że nie przewidziano tam pieca i zimą było zimno jak na Syberii. Trzeba było grzać pierzynę na piecu w sypialni rodziców i pędzić z nią do łóżka, żeby po drodze nie wystygła.

I to jest jeszcze jeden powód, dla którego wolę siedzieć w łazience — bo tę czynność najczęściej ja muszę wykonywać. Śpię z Terenią w jednym łóżku, a jej nigdy się nie chce. Niech dziś sama sobie postoi przy piecu. A co? Tylko ja mam stać?

A i spać z nią wcale nie jest łatwo. Mamy jakiś stary, poniemiecki materac, straszliwie wyleżany pośrodku, więc muszę spać przyklejona do ściany. Dlaczego? Bo Terenia nie życzy sobie, żebym ją dotykała. Co się muszę namęczyć, żeby się nie sturlać! Jak jeszcze nie śpię, to się pilnuję, ale kiedy zasnę — nawet nie wiem, kiedy się od ściany odklejam. Wtedy Terenia szczypaniem przywołuje mnie do porządku. I potem długo nie mogę zasnąć.

Lodzia ma dobrze — jako najstarsza dostała osobne łóżko i śpi sobie jak hrabianka. A ja, jak zwykle, ten trzeci, niepotrzebny dziurawiec, muszę mieć najgorzej… Kurna chata!




Pod koniec roku odwiedziły nas ciocia Karola ze Zbaraża i ciocia Tosia z Rogoźna. Mamusia i tatuś zaprosili je na zabawę sylwestrową do miejskiej świetlicy.

Pamiętam, że mamusia poszła w pięknej, białej sukni przetykanej srebrną nitką. Och, jak ona mi się podobała! Była bajecznie piękna. Jak suknia Kopciuszka.

Mamusia jednak nie była z niej zadowolona. Mówiła, że jest zbyt sztywna i szorstka i przy tańczeniu czepia się pończoch, rwąc jedne po drugich. A miała tylko trzy pary na zapas.

Ja nie rozumiem, co to za kłopot. Zdjęłabym porwane pończochy i tańczyła z gołymi nogami aż do świtu — i jeszcze dwie pary bym zaoszczędziła. Nie wiem, dlaczego mamusia, choć tyle starsza, na to nie wpadła.

Zabawa sylwestrowa była podobno bardzo udana i wesoła. Mnie też było wesoło — ale dopiero następnego dnia, kiedy z Lodzią i Terenią wygrzebywałyśmy konfetti z ich włosów. A potem się pokłóciłyśmy... O kotyliony.

Kocham moje siostrzyczki, ale czasem jestem na nie tak zła, że aż diabli mnie biorą. Tym razem za to, że nie chciały dać mi żadnego kotyliona... Ze złości byłam gotowa wypaplać naszą tajemnicę.

Ale kiedy tatuś wszedł między nas i nas rozdzielił, bo już brałyśmy się za czuby, a potem wyciągnął z kieszeni marynarki swój pomięty kotylion i dał mi go — powstrzymałam się. I choć nie bardzo mi się taki pomiętolony podobał, to jednak nie wypaplałam. No! Niech znają moje dobre serce, te wstrętne siostrzyce. Bo gdybym dobrego serca nie miała, to by się Tereni — a zwłaszcza Lodzi — za niedopełnienie obowiązków najstarszej siostry zdrowo oberwało.

Bo też Lodzia miała na nas uważać, ale jakoś nie całkiem jej to wyszło. Dlaczego? Ano dlatego, że koniec końców stała się rzecz straszna. Jaka? No dobrze, niech będzie, już melduję! Zaznaczam: melduję, nie donoszę. Bo u mnie tajemnica to rzecz święta. No!

A więc kiedy rodzice wraz z ciociami poszli już na tę zabawę sylwestrową, ja z Lodzią myłam naczynia — to znaczy ona myła, ja wycierałam. Terenia zaś, jak zwykle, ta najbardziej oszczędzana w rodzinie, bo trochę jej się chorowało w wieku niemowlęcym, nie musiała tyle pracować co my.

No ale dobrze, niech jej będzie. Niech sobie poleży na kanapie kuchennej… No więc Terenia leży, a obok niej nasz piesek, mały szczeniak Kazan. Oni leżą i leżą, my przy naczyniach. Ale cały czas gadamy. Terenia gadała najwięcej, bo też — ciągle tak leżąc — gadanie szło jej jak z płatka.

I kiedy tak leżała i gadała, trzymała w ręce koniec swojego lewego warkocza, którego Kazan namiętnie gryzł. Pewnie pomagało mu to uśmierzyć ból dziąseł od nowo wyrastających ząbków.

Nagle my, te przy naczyniach, patrzymy — i widzimy, że koniec warkocza dynda jej w ręce. W kuchni powiało zgrozą. Chwilę tak wiało, jakoby halny, ale już za moment tarzałyśmy się po podłodze ze śmiechu.

No cóż, jak wspominałam, Kazan był jeszcze szczeniakiem i wtedy też na czym się tylko dało, ostrzył sobie ząbki. Tym razem przesadził. A może to Terenia przesadziła ze swoją głupotą?

Tak czy siak, połowa lewego warkocza dyndała jej w ręce. Kiedy naśmiałyśmy się już do woli — a właściwie musiałyśmy przestać, bo brzuchy nas rozbolały — zaczęłyśmy intensywnie myśleć, co by tu z tym włosianym kikutem zrobić.

W strachu przed mamusią najpierw chciałyśmy go jakoś przymocować do reszty warkocza i zatuszować całą sprawę. Ale kiedy za nic nam się to nie udawało, doszłyśmy do wniosku, że lepiej kikuta się pozbyć i udawać, że nic się nie stało — no i mieć nadzieję, że mamusia się nie zorientuje.

Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy — i połowa warkocza Tereni wylądowała w piecu. Hihihi… ale skwierczało, aż miło! Urzeczone tym zjawiskiem wpatrywałyśmy się w palenisko jak sroki w kość.

W końcu skwierczeć przestało i nie było już na co patrzeć. Dowód rzeczowy poszedł z dymem. Lodzia zamknęła drzwiczki pieca i nakazała zachowanie tajemnicy aż po grób.

No to jak tajemnica, to tajemnica. Nabrałyśmy wody w usta i poszłyśmy spać — nawet trochę szybciej, niż planowałyśmy.

Nasze nadzieje, że mamusia się nie kapnie, okazały się jednak płonne, bo kiedy czesała Terenię następnego dnia, od razu zorientowała się, że jej włosy wyglądają nieco dziwnie.

Ale i tak miałyśmy dużo szczęścia, bo mamusia zabrała się za czesanie Tereni dopiero później — była zmęczona po zabawie sylwestrowej. Dłużej mogłyśmy się więc łudzić, że sprawa się nie rypnie.

No ale kiedy się w końcu rypła, to też miałyśmy szczęście. Mamusia, choć zdziwiona była ogromnie i co rusz spoglądała na obydwa warkocze, porównując jeden do drugiego, w ogóle nie krzyczała. W końcu obcięła prawy warkocz do tej samej długości co lewy — i przestała się dziwić.

Musiała być rzeczywiście bardzo, ale to bardzo zmęczona tą zabawą sylwestrową. Na szczęście… Ojej, co ja mówię! Biedna mamusia!


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki: 

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.


1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Póki naszego życia, pamiętajmy...

 


Życie to chwile. Cieszmy się nimi tu i teraz, bo co będzie potem, nikt z nas pewnym być nie może. Tekst w obrazie.


czwartek, 23 kwietnia 2026

Wiara w PiS czyni cuda?...

 


Pisowska ferajna w nieustającej akcji. Kłócą się między sobą jak nigdy, nadają na siebie jak nigdy, ale wciąż wyciągają łapy do swoich wyznawców. Kto jeszcze wierzy w PiS?


Gdy chaos zaczyna szeptać do mnie

Na pierwszy rzut oka — rozsypane. Bez początku. Bez końca. Jak coś, co nigdy nie miało znaczyć nic.

A jednak pod powierzchnią coś drga. Cicho. Uparcie. Jakby kolory wiedziały więcej, niż powinny. Dotykam tego ostrożnie — jakby mogło się rozpaść albo… odpowiedzieć.

Przesuwam. Rozdzielam. Składam, choć nie wiem, czy chcę zobaczyć całość. Chaos nie znika. On tylko uczy się mówić. Najpierw szeptem. Potem obrazem.

Plamy zaczynają przypominać ślady — nie wiadomo czyje. Linie oddychają ciężko, jakby były zmęczone istnieniem.

A przypadek… przestaje być przypadkiem. Między tym, co było, a tym, co dopiero się wydarzy, pojawia się coś trzeciego — coś, czego nie umiem nazwać.

Nie porządkuję. Nie próbuję już nad tym panować. Pozwalam, żeby się stało. I wtedy — nagle — z tej gęstej, lepkiej materii wyłania się coś, co patrzy na mnie zbyt długo. Jak gotowa historia.

Zatrzymuję to. Choć nie jestem pewna, czy to ja zatrzymuję obraz, czy obraz zatrzymuje mnie.



środa, 22 kwietnia 2026

Kolorowy miszmasz i to, co się z niego wyłania

Miszmasz — chaos, nieład, cichy zamęt. Z pozoru coś, co uwiera, co trudno objąć myślą i oswoić spojrzeniem.

A jednak… gdy podejść bliżej, gdy pozwolić mu przemówić kolorem i kształtem, zaczyna układać się w coś własnego. W obraz.

Lubię ten moment, kiedy chaos przestaje być tylko chaosem, a staje się przestrzenią do zabawy — plątaniną, którą można rozsupłać po swojemu, pokolorować, nadać jej rytm i oddech.

Bawię się nim. Oswajam go. Zamieniam w coś, co patrzy na mnie inaczej niż na początku.

I nagle — z tej pozornej przypadkowości wyłaniają się obrazy, które chcę zatrzymać na dłużej. Dwa z nich już wiem — zostaną ze mną.



Bóg a religie…

 


Bóg jest jeden. Ludzi wiele. I wciąż kłócą się o Niego. A pokój? — Bóg jeden wie gdzie... I gdzie tu jest sens? Tekst w obrazie.


Międzynarodowy Dzień Ziemi — jak co roku 22 kwietnia...

 



Jeśli chcemy żyć szczęśliwie na naszej kochanej Planecie — dbajmy o nią nie tylko w tym dniu. Tekst w obrazie.


wtorek, 21 kwietnia 2026

Tulipany kwitną, słońce grzeje coraz śmielej — maj wnet zapuka do drzwi

Wiosna rozgościła się na dobre. Aż chce się żyć. Oddychać pełną piersią. Ciepło otula ramiona, radość przysiada gdzieś obok, a słońce — niespiesznie — wędruje po błękitnym niebie… Przynajmniej u nas.

Nadchodzi maj — najpiękniejszy z miesięcy. A gdy już wiosna buchnie majem, to… no właśnie — co się wydarzy? Ho, ho, ho… coś się zdarzy. Coś dobrego. Na pewno.

W Polsce maj ma swoją własną melodię — rozbrzmiewa śmiechem, odpoczynkiem, długimi dniami i jeszcze dłuższymi wieczorami. Majówka — wielka rzecz. Czas, który pachnie wolnością.

Niech więc będzie dla Was łagodna i dobra — pełna oddechu od codzienności,
od pracy, od obowiązków… a czasem i od sąsiadów — tych barwnych, trochę szalonych, jak z piosenki Czerwonych Tulipanów: https://youtu.be/qh0Ep-e9X3o?t=26

Lubię ten czas. Lubię też czerwone tulipany. Są w nich wspomnienia — ciepłe, jasne, trochę rozmyte, jak obrazy oglądane przez szybę w słoneczny dzień. Przypominają mi moje lata w Polsce, te dobre chwile, które zostają na długo, choć minęły już dawno.

Dlatego co roku, kiedy tylko zakwitają, patrzę na nie uważniej. Jakby mogły coś powiedzieć. Podchodzę do okna.

O, już są — stoją spokojnie w ogrodzie, jeszcze nie w pełni rozkwitłe, jakby czekały na właściwy moment. Ich kielichy powoli się otwierają, łapiąc ciepłe słoneczne promienie. Poczekam chwilę… niech słońce je pogłaszcze, niech rozkwitną w pełni.

I oto są — w całej swojej cichej, wiosennej chwale.



Drzewa wciąż jeszcze nieśmiałe, liści niewiele. Krzewy dopiero budzą się do życia. Może dlatego tulipany wydają się teraz ważniejsze — bardziej obecne.

Patrzę na nie przez chwilę. I myślę, że to wystarczy... Maj nadchodzi.


Chwile życia...

 


Życie składa się z ulotnych momentów. Ciesz się nimi tu i teraz, bo potem... możesz się zdziwić. Tekst w obrazie.


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Niewinna zabawa w skojarzenia? Niekoniecznie

Jedno zdjęcie. Jedno spojrzenie. I nagle zwyczajna chwila zamienia się w coś zupełnie innego. Skojarzenia potrafią być fascynujące — dopóki rzeczywistość nie zacznie ich niepokojąco potwierdzać.


Zabawa w skojarzenia to coś więcej niż tylko łączenie myśli. To subtelna sieć powiązań między wrażeniami, obrazami, dźwiękami i zapachami — niewidzialne nici, które splatają się w naszej świadomości tak, że pojawienie się jednego elementu natychmiast przywołuje kolejne.

Skojarzenia — te ciche impulsy wywoływane przez bodźce — mają ogromną siłę. Na co dzień nawet nie zauważamy, jak wiele informacji przenika do naszego umysłu właśnie tą drogą. A jednak gdzieś się one w nas odkładają, by w najmniej spodziewanym momencie powrócić — nagle, bez zapowiedzi, jakby znikąd.

Każdy z nas doświadcza tego procesu inaczej. Dla jednych świat układa się przede wszystkim w obrazy, dla innych w dźwięki, dotyk czy ruch. A jednak niezależnie od sposobu odczuwania — skojarzenia pozostają jednym z najbardziej naturalnych mechanizmów naszego myślenia.

To także niezastąpiona pomoc w nauce. Dzięki nim łatwiej zapamiętujemy, szybciej łączymy fakty, sprawniej poruszamy się wśród nowych informacji. Umysł, karmiony skojarzeniami, staje się bardziej czujny, elastyczny — i twórczy.

Dla mnie ten świat od zawsze miał przede wszystkim wymiar wizualny. Jestem wzrokowcem — obrazy przychodzą do mnie najłatwiej. Czasem mam wrażenie, że same mnie odnajdują, pojawiają się bez wysiłku, jakby wyłaniały się z półcienia pamięci.

Moja wyobraźnia skojarzeniowa działa szybko, niemal automatycznie. Wystarczy jedno spojrzenie — na fotografię, krajobraz, twarz — by w mojej głowie natychmiast pojawił się ciąg powiązań. I często są one zaskakująco trafne… a przynajmniej prawdopodobne.

Choć trzeba przyznać, że ta sama wyobraźnia, która potrafi zachwycić, bywa też źródłem nieoczekiwanych emocji.

Weźmy taki niewinny przykład.

Dostaję od córki zdjęcie z rodzinnej wyprawy po Skandynawii. Na fotografii moja wnuczka siedzi sobie spokojnie na kamieniu, zanurzonym w wodzie jeziora Glan, gdzieś w okolicach Norrköping. Sielanka. Cisza. Dziecko je jabłko.

I co robi mój umysł?

Oczywiście — żadnej wnuczki nie widzi. Widzi za to Małą Syrenkę. Symbol Kopenhagi. Natychmiast, bez wahania, bez konsultacji.

Logika? Żadna. Płetwy brak. Ogona brak. Jest za to jabłko. Ale kogo to obchodzi — skojarzenie zostało uruchomione i koniec dyskusji.

No dobrze — myślę sobie — sprawdzę. Może jednak coś w tym jest. Może nie zwariowałam do reszty. Z natury jestem osobą dokładną, więc sięgam do Internetu.

I wtedy trafiam na obraz, który sprawia, że cała ta niewinna zabawa w skojarzenia przestaje być taka niewinna.

Pomnik Małej Syrenki — owszem, ten sam, kopenhaski symbol — pokryty barwami rosyjskiej flagi. Zamarłam.

A po chwili ogarnęło mnie oburzenie. Jak to możliwe? Jak można było dopuścić się czegoś takiego? Cóż za bezczelność...

I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Że może największym problemem wcale nie są nasze skojarzenia. Tylko to, że świat coraz częściej zaczyna je wyprzedzać. I niestety — rzadko w dobrą stronę.



Poważne problemy Amorka...

 


Amorki wnet ogłoszą strajk, bo w dzisiejszym świecie ich strzały w serca tak wyglądają: strzał, strzała leci i nagle... „404 Not Found — miłość nie znaleziona”.


niedziela, 19 kwietnia 2026

Walka o godność człowieka — upamiętniona wiosennym kwiatem żonkili... A dzisiaj? Smutek...

 


Pamiętamy Ich walkę o godność człowieka i chylimy czoła... Ale dziś... to nie jest walka o godność człowieka. I to jest bardzo smutne.


Goście z koron drzew

Są takie poranki, kiedy ogród nie budzi się od razu. Najpierw drgnie gdzieś liść, potem cień przesunie się po trawie, a dopiero na końcu pojawia się ona — mała, czujna sylwetka, która zdaje się być częścią tego miejsca od zawsze. Wiewiórka.

To niepozorne zwierzę należy do rodziny wiewiórkowatych i całe jego życie zdaje się być opowieścią pisaną wśród gałęzi. Zamieszkuje lasy iglaste i liściaste, parki oraz wszystkie te przestrzenie, w których drzewa pozwalają jej się ukryć i jednocześnie obserwować świat z góry — także przydomowe ogrody, które traktuje jak własne, dobrze znane królestwo.

Jej domy nie są stałe. Czasem zajmuje opuszczone gniazda ptaków, częściej jednak buduje własne — wysoko, w rozwidleniach gałęzi, gdzie wiatr kołysze konstrukcją z gałązek i traw. Wewnątrz panuje miękkość mchu i cisza, jakby cały świat został tam przytłumiony do szeptu. Jedno wejście wystarcza. Wiewiórka nie potrzebuje więcej.

Niewielka, lekka, niemal ulotna — waży zaledwie 200–300 gramów. Jej ciało mierzy 20–24 centymetry, a ogon, długi i puszysty, kolejne 17–20. Ten ogon nie jest jedynie ozdobą. To narzędzie równowagi, ster i parasol bezpieczeństwa podczas skoków, które wydają się przeczyć grawitacji. Żyje krótko, ale intensywnie — zwykle około pięciu lat, czasem siedem, jeśli los okaże się łaskawy.

Przez większość roku wiewiórka jest samotna. Każda ma swój rytm, swoje drzewa, swoje ścieżki między gałęziami. Ale gdy przychodzi czas rui, las zmienia się w scenę pełną pośpiechu i napięcia. Samce przemierzają korony drzew w poszukiwaniu samic, a wśród liści rozbrzmiewają piski i nagłe zrywy ruchu.

To nie zabawa, choć z dołu może tak wyglądać — to stara, niezmienna opowieść natury. Po około 38 dniach rodzą się młode: nagie, ślepe, całkowicie zależne od ciepła i obecności matki.

Na Jurze Szwabskiej, gdzie mieszkam, wiewiórki są częścią codzienności. Pojawiają się niespodziewanie, jakby wychodziły z samego powietrza między drzewami. Ale jedna z nich… zapamiętałam szczególnie.



Pewnego dnia rzuciłam jej kawałek banana, bo akurat jadłam. Zniknął szybciej, niż zdążyłam się zastanowić, czy to w ogóle dobry pomysł. Od tamtej pory wraca. Rano, zawsze o podobnej porze, pojawia się na jabłoni naprzeciwko mojego okna. Popiskuje cicho, jakby przypominała o umowie, której nigdy nie spisałyśmy.

Najbardziej lubi orzeszki. Sama je odnajduje — w leszczynie, pod drzewami, w miejscach, które tylko ona potrafi zapamiętać. A kiedy dostaje kolejne, znika natychmiast, jakby bała się, że świat mógłby jej je odebrać. Wbiega wtedy na drzewo i tam, wysoko, wśród liści, znika z mojego świata.



Są też wiewiórki mniej ufne, bardziej ostrożne. Ta jedna potrafi podejść naprawdę blisko. Zastyga wtedy w bezruchu i patrzy — nie uciekając od razu, jakby próbowała zrozumieć, czy człowiek to jeszcze część krajobrazu, czy już zagrożenie. Dopiero gdy granica zostaje przekroczona, znika jednym skokiem.

Dziś jednak przyszła inna. Czarna. Niespokojna, jakby coś ją wypchnęło z bezpiecznego rytmu dnia. Przebiegła przez ogród, rozejrzała się i zniknęła, zostawiając po sobie tylko pytanie, które nie doczekało się odpowiedzi.

Czarne wiewiórki są rzadkie, ale istnieją. Te z jaśniejszym, białym brzuszkiem bywają jeszcze bardziej płochliwe — uciekają natychmiast, gdy tylko wyczują obecność człowieka. Mniejsze od rudych, ale bardziej żywiołowe, jakby cały ich świat był nieustannym ruchem.

Czasem trudno powiedzieć, czy obserwuję jedną wiewiórkę, czy wiele różnych.

Może właśnie na tym polega ich urok — że nigdy nie są do końca uchwytne. Jakby zawsze były o krok przede mną, w miejscu, do którego mogę tylko patrzeć, ale nigdy w pełni wejść.


Dbaj o swoją wieczność...



 
Warto być dobrym człowiekiem. Dobroć zawsze wraca. I tu na Ziemi, i w innym wymiarze. Tekst w obrazie.

sobota, 18 kwietnia 2026

Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część VI — Tym razem będzie o zdjęciach, których nie mam, o dziadziu z ogromnymi wąsami i o słowie, którego lepiej nie używać przy tatusiu… Będzie też klasowe ustawianie, czerwonoskóre siostrzyczki i pewien bardzo ważny zakład. No i o tym, że czasem największy wyczyn można zepsuć… jednym drobiazgiem.


Rok szkolny przeleciał. Pierwszą klasę zaliczyłam na piątkę. No bo jakżeby inaczej. Wakacje też już przeleciały i jestem już w drugiej klasie.

Dziwne, że jakoś nikt mnie w tym czasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu. No cóż, widocznie nie było możliwości, choć okazji na pewno było sporo. Pewnie nasz fotograf był zbyt zajęty. A może tylko ja nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu? Może gdzieś są, ale w innych albumach.

Trudno, rozpaczać nie będę, bo czas leci jak szalony i pojawiają się nowe atrakcje. Jedną z nich są odwiedziny naszego dziadzia Jana ze Zbaraża. Pierwszy raz go widzę… Fajny jest, podoba mi się. Zwłaszcza te jego ogromne wąsiska.

Dziadzio jest bardzo poważny, ale i miły. Dziwi mnie jedynie to, że jest jakiś taki… niskiego wzrostu. Wyobrażałam go sobie o wiele wyższego.

Ubawiona swoim spostrzeżeniem palnęłam do tatusia, że nasz dziadzio to taki kurdupel. Oj, pożałowałam tego! Bo najnormalniej w świecie tatuś mnie zbeształ jak święty Michał diabła.

W mig zrzedła mi moja rozbawiona mina i zaczęłam się zastanawiać nad słowem „kurdupel”. Wprawdzie dalej nie mogłam zrozumieć, o co tu chodzi — przecież nie ja je wymyśliłam, gdzieś musiałam je usłyszeć. No i w ogóle, co w nim złego?

Na wszelki wypadek uznałam, że złe być musi, skoro tatusia tak zdenerwowało. W końcu to jego tatuś. Może mu było przykro, że starość go tak skurczyła. A do tego bardzo rzadko go widuje — bo w 1945 roku pożegnał się z rodzicami i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Natomiast oni nie chcieli opuszczać swojego domu w Zbarażu, w starej, przedwojennej Polsce. Trudno mi to zrozumieć, ale muszę to przyjąć — jak jakąś powojenną prawdę.

Cała rodzinka zebrała się u stryjostwa, aby godnie i uroczyście przyjąć dziadzia. Lodzia specjalnie dla dziadzia nawet w stroju krakowianki wystąpiła.

Fotograf był na miejscu i nas uwieczniał. Do wspólnego zdjęcia z dziadziem pozowałam bardzo grzecznie, by już nie drażnić tatusia.



Udawałam nawet wielce rezolutną i pozującym siostrzyczkom — a zwłaszcza dziadziowi — przypominałam o chowaniu palców. Aż pan fotograf puścił do mnie oczko... (Okay, okay, wiem, że mam brudne rajtuzki, ale nic więcej nie powiem, bo przecież w gościach jesteśmy. A wiadomo, że jak się liczne — dziecięce kuzynostwo spotka, wariacjom nie ma końca).

Skąd o tych palcach pamiętałam? Ano trudno nie pamiętać, tym bardziej że zaledwie rok wcześniej, na komunii Wiesi, w tym samym miejscu — czyli u stryjostwa — nasz ksiądz wikary-fotograf robił nam zdjęcia.

Nawet na tym samym tapczanie siedzimy, a i ten sam kilim wisi na ścianie. A co jak co, ale pamięć wzrokową to ja mam, że ho, ho! Fotograficzną — rzekłby nasz zawodowy fotograf, gdybym mu się moją pamięcią pochwaliła.

A może i nawet ksiądz wikary rzekłby to samo? E, chyba nie! Chyba nic by nie powiedział, bo jego najbardziej interesuje Wiesia. Nie wiem czemu.

No dobra, nie będę się rozwodzić nad tym tematem, którego nie rozumiem. Pochwalę się za to zdjęciem mojej drugiej klasy.



Pamiętam nasze ustawianie do tego zdjęcia. Ile było z tym zamieszania! Nasza pani ciągle poprawiała Paździerza i Gwoździa, ustawiając ich odpowiednim profilem do obiektywu, bo wcześniej się pobili i mieli co nieco strzaskane buźki.

Natomiast Jolka zapomniała ubrać spódniczkę, ale koniecznie chciała siedzieć w pierwszym rzędzie. Pani się to jednak niezbyt podobało, bo do tego miała też brudne rajtuzy.

Ja jednak panią przekonałam, że może siedzieć przy mnie… Taka miła i przyjazna jestem, a co! Choć, tak po prawdzie, wcale mi się jej niechlujny wygląd nie podobał. No sami popatrzcie. Ale lubię Jolkę. Nadajemy na tych samych falach.



Moja o rok starsza siostrzyczka Terenia, dziwnym trafem, też siedzi z moją klasą. Dziwnym, bo przecież roku nie powtarzała, a jednak siedzi. Dlaczego?

Ano dlatego, że zbyt długo stroiła się do zdjęcia klasowego w swojej klasie. Tak że kiedy się wreszcie wystroiła, jej klasa była już po sesji zdjęciowej. No i Terenia w bek.

Nasza pani, widząc ją płaczącą, ukoiła ją i pozwoliła pozować do zdjęcia z naszą klasą.

Dlatego Terenia jest taka szczęśliwa. Bo nie dość, że spóźnialstwo zostało jej wybaczone, to jeszcze siedzi sobie obok naszej pani.

Koniec końców jakoś się nam wszystkim udało zamknąć buzie, wstrzymać oddech i jednocześnie wlepić ślepia w obiektyw aparatu… i zdjęcie wyszło całkiem, całkiem.

Nawet nasz pan kierownik szkoły był zadowolony, choć wcześniej nerwy go brały na to całe ustawianie i parę razy wychodził z klasy… i z siebie również. Ale jak widać na załączonym obrazku — opłaciło się trochę pomęczyć i podenerwować.

Nadszedł czas wakacji. Nareszcie. To już moje drugie. Znów piękne lato mamy tego roku. Każdej niedzieli, kiedy tylko jest ładna pogoda, jedziemy na basen i rozkoszujemy się chłodną wodą.

Za każdym razem jest nas bardzo dużo, bo przyjaciele rodziców jeżdżą zawsze z nami. Wszyscy są w swoim żywiole. Rozmawiają, śmieją się, a czasem nawet — na raz, dwa, trzy — wskakują razem do wody, żeby się ochłodzić po godzinach siedzenia w słońcu.



A ja? Hulaj dusza, oczywiście! Tyle zimnej wody naraz. Tyle godzin wspaniałej kąpieli w wodzie i w promieniach słonecznych. To jest uciecha! Też jestem w swoim żywiole.

Moje siostrzyczki, nie wiedzieć czemu, jakoś nie podzielają mojej radości. No, może dlatego, że po trzech zaledwie godzinach spiekły się na raka i skóra je piecze. Zwłaszcza na ramionach.

A i nosy mają czerwone jak pomidory, co je mamy do kanapek. Chyba to je musi boleć? Tak się tylko domyślam, bo sama się jeszcze nigdy nie spiekłam.

Mamusia mówi, że to dlatego, że ja — jako jedyna w rodzinie — mam ciemną karnację. A mam ją dlatego, że kiedy była ze mną w ciąży, jadła dużo orzechów, które dziadzio Jan przysyłał ze swojego ogrodu w Zbarażu.

Tak czy siak, ważne, że się czymś odznaczam od moich siostrzyczek. Bo przecież trzeci dziurawiec nie może być taki sam.

Skoro już nie urodziłam się zdrowym chłopcem, to przynajmniej skórę mam zdrową… Ha! Jestem jednak wyjątkowa.

Siostrzyczki coraz bardziej marudzą, więc mamusia postanawia, że wcześniejszym pociągiem wracamy do domu, bo chce tym czerwonoskórym jak najszybciej zrobić okłady z kwaśnego mleka.

Szkoda! To znaczy — szkoda, że już musimy wracać. Bo z tym kwaśnym mlekiem to niech już tym marudom będzie…

Wszystko z koca już pozbierane i popakowane do dużej torby. Mamusia trzepie ze mną koc i rozgląda się za tatusiem.

Te dwie czerwonoskóre też stoją i — marudząc coraz bardziej — również go wypatrują.

A tatusia jakby wcięło. Nigdzie go nie ma. Nikt go nie widział. Czas nagli. Do pociągu zostało tylko pół godziny, a do dworca kawałek drogi.

Mamusia coraz bardziej się denerwuje, czerwonoskóre też, a tatusia nadal nie ma.

Ja tę całą nerwową sytuację wykorzystuję i włażę choć na chwilę do brodzika. A co tam! Poczekam w chłodnej wodzie, aż się sytuacja wyklaruje. Co będę stała jak jołop, kiedy woda aż mnie woła.

Stoję zadowolona… i nagle, na wprost mojego nosa — poprzez długość basenu dla początkujących i szerokość dla zaawansowanych — widzę tatusia na wysokiej, trzypiętrowej wieży. I to na samym jej szczycie.

— O rany! — wrzeszczę, pokazując palcem.

Mamusia patrzy w tym samym kierunku i krzyczy:
— Tomek, nie!

Ale Tomek nie słyszy. Za daleko i za duża wrzawa na basenie. Nagle widzimy, że tatuś bierze rozbieg i… skacze.

Tak jak stałyśmy, z krzykiem puszczamy się biegiem pod wieżę ratować tatusia. Bo on nigdy nie skakał z wieży i na pewno się teraz topi! Musimy go uratować!

Dobiegamy… i nagle widzimy, że tatuś idzie już w naszym kierunku brzegiem basenu... Tylko nie wiedzieć czemu — w skarpetkach.

Och, jak lekko robi mi się na sercu. Mamusi chyba też. Tylko czemu na niego krzyczy? Dziwny to sposób okazywania radości, ale może lepszy taki niż żaden.

Wreszcie mamusia milknie, a tatuś zaczyna się tłumaczyć, że musiał z wieży skoczyć, bo to był bardzo ważny zakład z panem Adamem. Że wcześniej nawet specjalnie wypił z nim jakąś „specjalną wodę” dla kurażu, żeby tego wyczynu dokonać właśnie dzisiaj. A nie mógł przecież przewidzieć, że nam się zachce wcześniej wracać do domu. A że ta specjalna woda zaczęła akurat teraz działać — musiał ten moment wykorzystać za wszelką cenę. Więc skoczył. I basta.

Dobrze, że skoczył na nogi, a nie na głowę — taka dziwna myśl przeleciała mi wtedy przez głowę.

Wreszcie wyszło na to, że tatuś zamiast triumfować własny sukces, wkurzył się niemożebnie. Bo — jak sam powiedział — zrobił z siebie idiotę, skacząc w skarpetkach.

No tak. Wszystkiemu winien pośpiech. Bo co nagle, to po diable — i przez niego zapomniał je zdjąć.

Biedny tatuś… tyle się namęczył, żeby dokonać wyczynu, a na końcu wyszedł na idiotę… Oj, przepraszam! Ale ja tego słowa nie powiedziałam. Ja je tylko pomyślałam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki: 

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.


1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Wiosenne fantasmagorie...

 


Wiosna działa na każdego. I choć na każdego inaczej, to z pewnością działa miło i inspirująco — pod wieloma względami... Czas na wiosenne fantasmagorie. Tekst w obrazie.


piątek, 17 kwietnia 2026

Gdy ogród zaczyna oddychać wiosną

Ziemia jeszcze pamięta ciszę zimy, ale już zaczyna szeptać o życiu. Wystarczył jeden ciepły dzień, by zaczęła uchylać swoje tajemnice i pozwalać im wyrosnąć na światło dnia...


Najpierw były przebiśniegi — ciche, białe zwiastuny wiosny. Jeszcze są, choć powoli ustępują, jakby szeptem żegnały zimę.

Przez długi czas ogród trwał w ciszy. Ziemia milczała, skrywając swoje sekrety. Aż przyszedł jeden ciepły dzień i miękka, łagodna noc — i coś się zmieniło.

Nagle, niemal niezauważalnie, zaczęły się pojawiać.
Z ziemi, z ciszy, z ukrycia.

Nieśmiałe. Delikatne. Kolorowe.

Jak pierwsze słowa wiosny.