Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część VII — Tym
razem będzie o życiu, które toczy się swoim zwyczajnym torem,
między świętością, powagą i sylwestrową zabawą dorosłych. A
w nim — za ciasne buciki, zazdrość o łóżko, łazienka jak
pałac… i pewien warkocz, który nie przetrwał spotkania z pewnym
szczeniakiem... Bo dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Nawet
wtedy, gdy obowiązuje powaga.
No i
proszę bardzo — już i moja siostrzyczka, „święta” Teresa,
po I Komunii. Jest dumna jak paw, a ja chyba razem z nią. Ale nie
dlatego, że ona nagle taka święta się stała, tylko dlatego, że
za rok ja pójdę do takiej samej pierwszej komunii. Stoję więc
obok „świętej”, wyprostowana i naciągnięta jak struna od
mojej mandoliny. A z drugiej strony nasza kuzynka Cesia. A ona to
dopiero za dwa lata będzie „komunistką”.
Hihihi…
Widzicie? Terenię buciki cisną, bo staje raz na jednej, raz na
drugiej nodze. Super! Na pewno dostanę te jej wspaniałe białe
pantofelki. Bo chyba nie będzie tak długo cierpieć? A może
będzie? Gdyż po komunii naprawdę stała się jakaś taka…
bardziej święta. A święci przecież lubią cierpieć. Cierpienie
to ich hobby. O cholewcia! Nie, tak być nie może. Już ja jej
wybiję cierpienie z głowy. Przecież szkoda by jej było.
Cierpienie boli.
Zaraz po
komunii Tereni jest kolejna uroczystość rodzinna — Złote Gody
babci Ani i dziadzia Wojtka. Strasznie śmiesznie wyglądają na tym
ślubnym kobiercu w kościele, aż ciągle chce mi się śmiać, gdy
tylko na nich popatrzę… A niech mnie, znowu mnie na śmiech
bierze!
Dobrze,
że babcia siedzi z taką poważną miną, dużo poważniejszą niż
dziadzio — to mnie trochę zbija z pantałyku i śmiechem nie
wybucham. Przecież jestem w kościele… A mamusia mówiła, że to
bardzo ważny dzień dla babci i dziadzia, trzeba więc zachować
powagę.
Z trudem,
bo z trudem, ale jakoś wytrzymuję i tę powagę zachowuję… A
niech tam, niech mają ją — ode mnie — w prezencie złotogodowym.
Wiosna
minęła, lato minęło i wakacje też. Jestem już w trzeciej
klasie. I znów jest grudzień — wspaniały czas obdarowywania
prezentami. Jak co roku, w miejskiej świetlicy podstawiają nam
jakiegoś przebierańca, który udaje Dziada Mroza. Nie Mikołaja. Bo
Mikołaj to z krwi i kości — jest prawdziwy. A ten tutaj, choć
twierdzi, że jest prawdziwy, ja zawsze wiem, że nie. No przecież
mam oczy — to widzę. Nikt mi tu kitu nie będzie wciskać.
Ale nic,
niech im będzie. Ważne, że dostanę papierową torebkę z
zawartością. A potem zniknę i, pałaszując słodycze, powiem
Lodzi i Tereni, co o takim oszustwie myślę.
No i po
drodze do domu im powiedziałam — i o dziwo, od razu się ze mną
zgodziły. A to rzadkość, żeby moje starsze siostrzyczki przyznały
mi rację.
Tak
wielką radość mi to sprawiło, że straciłam kontrolę nad
pochłanianiem zawartości torebki. Kiedy dotarłam do domu, rozbolał
mnie brzuch. Resztę wieczoru przyszło mi spędzić niezbyt
przyjemnie. Na kolację nie mogłam nawet patrzeć.
Poczłapałam
więc z kuchni wprost do naszej nowiusieńkiej łazienki. Tam
pochlapałam się wodą i, siadając na przepięknej muszli,
zastanawiałam się, czy nie zostać na niej przez całą noc.
Nie to,
że było mi bardzo niedobrze — no, może trochę też — ale
przede wszystkim chciałam w spokoju nocy podziwiać to
pomieszczenie, jakiego większość ludzi w naszym miasteczku jeszcze
na oczy nie widziała. A ja owszem. Ja mogłam napawać się jego
widokiem do woli.
Wcześniej
mieliśmy potężną kuchnię — tak wielką, że można by po niej
rowerem jeździć. Tatuś zawsze mówił, że to istny hangar — jak
na lotnisku Berlin-Tempelhof. No cóż, zamieszkaliśmy w domu
poniemieckim, to i ich upodobania do potęgi trzeba było jakoś
rozgryźć.
Ale
niedawno fachowa brygada z pracy tatusia zrobiła z tego hangaru dużo
mniejszą kuchnię, przedpokój i właśnie tę wspaniałą łazienkę.
Zrobili
nam też trzeci pokój z dużym oknem na ulicę — dziecięcy.
Powstał z połowy przedpokoju naszych sąsiadów, państwa
Szeglewskich.
Dobrze,
że się zgodzili, bo mogłyśmy wreszcie opuścić sypialnię
rodziców. Szkoda tylko, że nie przewidziano tam pieca i zimą było
zimno jak na Syberii. Trzeba było grzać pierzynę na piecu w
sypialni rodziców i pędzić z nią do łóżka, żeby po drodze nie
wystygła.
I to jest
jeszcze jeden powód, dla którego wolę siedzieć w łazience — bo
tę czynność najczęściej ja muszę wykonywać. Śpię z Terenią
w jednym łóżku, a jej nigdy się nie chce. Niech dziś sama sobie
postoi przy piecu. A co? Tylko ja mam stać?
A i spać
z nią wcale nie jest łatwo. Mamy jakiś stary, poniemiecki materac,
straszliwie wyleżany pośrodku, więc muszę spać przyklejona do
ściany. Dlaczego? Bo Terenia nie życzy sobie, żebym ją
dotykała. Co się muszę namęczyć, żeby się nie sturlać! Jak
jeszcze nie śpię, to się pilnuję, ale kiedy zasnę — nawet nie
wiem, kiedy się od ściany odklejam. Wtedy Terenia szczypaniem
przywołuje mnie do porządku. I potem długo nie mogę zasnąć.
Lodzia ma
dobrze — jako najstarsza dostała osobne łóżko i śpi sobie jak
hrabianka. A ja, jak zwykle, ten trzeci, niepotrzebny dziurawiec,
muszę mieć najgorzej… Kurna chata!
Pod
koniec roku odwiedziły nas ciocia Karola ze Zbaraża i ciocia Tosia
z Rogoźna. Mamusia i tatuś zaprosili je na zabawę sylwestrową do
miejskiej świetlicy.
Pamiętam,
że mamusia poszła w pięknej, białej sukni przetykanej srebrną
nitką. Och, jak ona mi się podobała! Była bajecznie piękna. Jak
suknia Kopciuszka.
Mamusia
jednak nie była z niej zadowolona. Mówiła, że jest zbyt sztywna i
szorstka i przy tańczeniu czepia się pończoch, rwąc jedne po
drugich. A miała tylko trzy pary na zapas.
Ja nie
rozumiem, co to za kłopot. Zdjęłabym porwane pończochy i tańczyła
z gołymi nogami aż do świtu — i jeszcze dwie pary bym
zaoszczędziła. Nie wiem, dlaczego mamusia, choć tyle starsza, na
to nie wpadła.
Zabawa
sylwestrowa była podobno bardzo udana i wesoła. Mnie też było
wesoło — ale dopiero następnego dnia, kiedy z Lodzią i Terenią
wygrzebywałyśmy konfetti z ich włosów. A potem się
pokłóciłyśmy... O kotyliony.
Kocham
moje siostrzyczki, ale czasem jestem na nie tak zła, że aż diabli
mnie biorą. Tym razem za to, że nie chciały dać mi żadnego
kotyliona... Ze złości byłam gotowa wypaplać naszą tajemnicę.
Ale kiedy
tatuś wszedł między nas i nas rozdzielił, bo już brałyśmy się
za czuby, a potem wyciągnął z kieszeni marynarki swój pomięty
kotylion i dał mi go — powstrzymałam się. I choć nie bardzo mi
się taki pomiętolony podobał, to jednak nie wypaplałam. No! Niech
znają moje dobre serce, te wstrętne siostrzyce. Bo gdybym dobrego
serca nie miała, to by się Tereni — a zwłaszcza Lodzi — za
niedopełnienie obowiązków najstarszej siostry zdrowo oberwało.
Bo też
Lodzia miała na nas uważać, ale jakoś nie całkiem jej to wyszło.
Dlaczego? Ano dlatego, że koniec końców stała się rzecz
straszna. Jaka? No dobrze, niech będzie, już melduję! Zaznaczam:
melduję, nie donoszę. Bo u mnie tajemnica to rzecz święta. No!
A więc
kiedy rodzice wraz z ciociami poszli już na tę zabawę sylwestrową,
ja z Lodzią myłam naczynia — to znaczy ona myła, ja wycierałam.
Terenia zaś, jak zwykle, ta najbardziej oszczędzana w rodzinie, bo
trochę jej się chorowało w wieku niemowlęcym, nie musiała tyle
pracować co my.
No ale
dobrze, niech jej będzie. Niech sobie poleży na kanapie kuchennej…
No więc Terenia leży, a obok niej nasz piesek, mały szczeniak
Kazan. Oni leżą i leżą, my przy naczyniach. Ale cały czas
gadamy. Terenia gadała najwięcej, bo też — ciągle tak leżąc —
gadanie szło jej jak z płatka.
I kiedy
tak leżała i gadała, trzymała w ręce koniec swojego lewego
warkocza, którego Kazan namiętnie gryzł. Pewnie pomagało mu to
uśmierzyć ból dziąseł od nowo wyrastających ząbków.
Nagle my,
te przy naczyniach, patrzymy — i widzimy, że koniec warkocza dynda
jej w ręce. W kuchni powiało zgrozą. Chwilę tak wiało, jakoby
halny, ale już za moment tarzałyśmy się po podłodze ze śmiechu.
No cóż,
jak wspominałam, Kazan był jeszcze szczeniakiem i wtedy też na
czym się tylko dało, ostrzył sobie ząbki. Tym razem przesadził.
A może to Terenia przesadziła ze swoją głupotą?
Tak czy
siak, połowa lewego warkocza dyndała jej w ręce. Kiedy naśmiałyśmy
się już do woli — a właściwie musiałyśmy przestać, bo
brzuchy nas rozbolały — zaczęłyśmy intensywnie myśleć, co by
tu z tym włosianym kikutem zrobić.
W strachu
przed mamusią najpierw chciałyśmy go jakoś przymocować do reszty
warkocza i zatuszować całą sprawę. Ale kiedy za nic nam się to
nie udawało, doszłyśmy do wniosku, że lepiej kikuta się pozbyć
i udawać, że nic się nie stało — no i mieć nadzieję, że
mamusia się nie zorientuje.
Jak
postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy — i połowa warkocza Tereni
wylądowała w piecu. Hihihi… ale skwierczało, aż miło!
Urzeczone tym zjawiskiem wpatrywałyśmy się w palenisko jak sroki w
kość.
W końcu
skwierczeć przestało i nie było już na co patrzeć. Dowód
rzeczowy poszedł z dymem. Lodzia zamknęła drzwiczki pieca i
nakazała zachowanie tajemnicy aż po grób.
No to jak
tajemnica, to tajemnica. Nabrałyśmy wody w usta i poszłyśmy spać
— nawet trochę szybciej, niż planowałyśmy.
Nasze
nadzieje, że mamusia się nie kapnie, okazały się jednak płonne,
bo kiedy czesała Terenię następnego dnia, od razu zorientowała
się, że jej włosy wyglądają nieco dziwnie.
Ale i tak
miałyśmy dużo szczęścia, bo mamusia zabrała się za czesanie
Tereni dopiero później — była zmęczona po zabawie sylwestrowej.
Dłużej mogłyśmy się więc łudzić, że sprawa się nie rypnie.
No ale
kiedy się w końcu rypła, to też miałyśmy szczęście. Mamusia,
choć zdziwiona była ogromnie i co rusz spoglądała na obydwa
warkocze, porównując jeden do drugiego, w ogóle nie krzyczała. W
końcu obcięła prawy warkocz do tej samej długości co lewy — i
przestała się dziwić.
Musiała
być rzeczywiście bardzo, ale to bardzo zmęczona tą zabawą
sylwestrową. Na szczęście… Ojej, co ja mówię! Biedna mamusia!
Cykl:
„Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.