Są takie poranki, kiedy ogród nie budzi się od razu. Najpierw drgnie gdzieś liść, potem cień przesunie się po trawie, a dopiero na końcu pojawia się ona — mała, czujna sylwetka, która zdaje się być częścią tego miejsca od zawsze. Wiewiórka.
To niepozorne zwierzę należy do rodziny wiewiórkowatych i całe jego życie zdaje się być opowieścią pisaną wśród gałęzi. Zamieszkuje lasy iglaste i liściaste, parki oraz wszystkie te przestrzenie, w których drzewa pozwalają jej się ukryć i jednocześnie obserwować świat z góry — także przydomowe ogrody, które traktuje jak własne, dobrze znane królestwo.
Jej domy nie są stałe. Czasem zajmuje opuszczone gniazda ptaków, częściej jednak buduje własne — wysoko, w rozwidleniach gałęzi, gdzie wiatr kołysze konstrukcją z gałązek i traw. Wewnątrz panuje miękkość mchu i cisza, jakby cały świat został tam przytłumiony do szeptu. Jedno wejście wystarcza. Wiewiórka nie potrzebuje więcej.
Niewielka, lekka, niemal ulotna — waży zaledwie 200–300 gramów. Jej ciało mierzy 20–24 centymetry, a ogon, długi i puszysty, kolejne 17–20. Ten ogon nie jest jedynie ozdobą. To narzędzie równowagi, ster i parasol bezpieczeństwa podczas skoków, które wydają się przeczyć grawitacji. Żyje krótko, ale intensywnie — zwykle około pięciu lat, czasem siedem, jeśli los okaże się łaskawy.
Przez większość roku wiewiórka jest samotna. Każda ma swój rytm, swoje drzewa, swoje ścieżki między gałęziami. Ale gdy przychodzi czas rui, las zmienia się w scenę pełną pośpiechu i napięcia. Samce przemierzają korony drzew w poszukiwaniu samic, a wśród liści rozbrzmiewają piski i nagłe zrywy ruchu.
To nie zabawa, choć z dołu może tak wyglądać — to stara, niezmienna opowieść natury. Po około 38 dniach rodzą się młode: nagie, ślepe, całkowicie zależne od ciepła i obecności matki.
Na Jurze Szwabskiej, gdzie mieszkam, wiewiórki są częścią codzienności. Pojawiają się niespodziewanie, jakby wychodziły z samego powietrza między drzewami. Ale jedna z nich… zapamiętałam szczególnie.
Pewnego dnia rzuciłam jej kawałek banana, bo akurat jadłam. Zniknął szybciej, niż zdążyłam się zastanowić, czy to w ogóle dobry pomysł. Od tamtej pory wraca. Rano, zawsze o podobnej porze, pojawia się na jabłoni naprzeciwko mojego okna. Popiskuje cicho, jakby przypominała o umowie, której nigdy nie spisałyśmy.
Najbardziej lubi orzeszki. Sama je odnajduje — w leszczynie, pod drzewami, w miejscach, które tylko ona potrafi zapamiętać. A kiedy dostaje kolejne, znika natychmiast, jakby bała się, że świat mógłby jej je odebrać. Wbiega wtedy na drzewo i tam, wysoko, wśród liści, znika z mojego świata.
Są też wiewiórki mniej ufne, bardziej ostrożne. Ta jedna potrafi podejść naprawdę blisko. Zastyga wtedy w bezruchu i patrzy — nie uciekając od razu, jakby próbowała zrozumieć, czy człowiek to jeszcze część krajobrazu, czy już zagrożenie. Dopiero gdy granica zostaje przekroczona, znika jednym skokiem.
Dziś jednak przyszła inna. Czarna. Niespokojna, jakby coś ją wypchnęło z bezpiecznego rytmu dnia. Przebiegła przez ogród, rozejrzała się i zniknęła, zostawiając po sobie tylko pytanie, które nie doczekało się odpowiedzi.
Czarne wiewiórki są rzadkie, ale istnieją. Te z jaśniejszym, białym brzuszkiem bywają jeszcze bardziej płochliwe — uciekają natychmiast, gdy tylko wyczują obecność człowieka. Mniejsze od rudych, ale bardziej żywiołowe, jakby cały ich świat był nieustannym ruchem.
Czasem trudno powiedzieć, czy obserwuję jedną wiewiórkę, czy wiele różnych.
Może właśnie na tym polega ich urok — że nigdy nie są do końca uchwytne. Jakby zawsze były o krok przede mną, w miejscu, do którego mogę tylko patrzeć, ale nigdy w pełni wejść.

