Załoga Artemis II 7 kwietnia o godzinie 1:07 pobiła prawie 56-letni rekord misji Apollo 13 z 15 lipca 1970 roku, osiągając największą odległość od Ziemi, na jaką kiedykolwiek dotarł człowiek — ponad 406 778 kilometrów.
Coś niesamowitego i pięknego zarazem. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Muszę przyznać, że z zapartym tchem od kilku dni śledzę ich w kosmosie. Bo kosmos od zawsze jest częścią mnie — cichy, nieskończony, prawdziwy.
A że najważniejsze godziny ich misji przypadły akurat na 1:07, tym bardziej jestem pod wrażeniem — liczby te są nie tylko częścią daty moich urodzin i urodzin mojego syna, ale też należą do najszczęśliwszych według numerologii i zawsze do mnie wracają.
Księżyc też wraca. Zawsze. To mój przewodnik. Mój zegar astrologiczny, który pomaga mi zarządzać życiem i czynić je bardziej zharmonizowanym z naturą.
Zwykle o tej porze śpię najgłębiej. Ale tej nocy coś mnie obudziło. Dokładnie o 1:07. Jakby ktoś szeptał: „spójrz”. Wyjrzałam przez okno. Wiatr był silny, zdjęcie wyszło niedoskonałe. Ale to nie ma znaczenia.
Sama świadomość, że oni tam, a ja tu — na Ziemi — w tym samym czasie obserwujemy Księżyc z przeciwległych stron, będzie mnie cieszyć już zawsze.
Naprawdę zazdroszczę im, że mogli obserwować ciemną stronę Księżyca, której jeszcze żaden człowiek nie widział... No, może poza Panem Twardowskim.
A na tym zdjęciu tak wyglądał dziś (8 kwietnia) — z mojego okna — o 6:00 rano. Akurat wyszedł zza chmur. Ciekawa jestem, czy Załoga Artemis II w powrotnej drodze na Ziemię też go obserwuje... Albo odsypia teraz wczorajszą nieprzespaną i pełną emocji noc.
A trzeba nam wiedzieć, że noce w kosmosie to pojęcie względne, bo drastycznie różnią się od ziemskich warunków ze względu na brak grawitacji i dużą prędkość orbitalną.

