środa, 8 kwietnia 2026

W nocy z 7 na 8 kwietnia w JSC w Houston nikt nie spał — ja też nie

Załoga Artemis II 7 kwietnia o godzinie 1:07 pobiła prawie 56-letni rekord misji Apollo 13 z 15 lipca 1970 roku, osiągając największą odległość od Ziemi, na jaką kiedykolwiek dotarł człowiek — ponad 406 778 kilometrów.

Coś niesamowitego i pięknego zarazem. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

Muszę przyznać, że z zapartym tchem od kilku dni śledzę ich w kosmosie. Bo kosmos od zawsze jest częścią mnie — cichy, nieskończony, prawdziwy.

A że najważniejsze godziny ich misji przypadły akurat na 1:07, tym bardziej jestem pod wrażeniem — liczby te są nie tylko częścią daty moich urodzin i urodzin mojego syna, ale też należą do najszczęśliwszych według numerologii i zawsze do mnie wracają.

Księżyc też wraca. Zawsze. To mój przewodnik. Mój zegar astrologiczny, który pomaga mi zarządzać życiem i czynić je bardziej zharmonizowanym z naturą.

Zwykle o tej porze śpię najgłębiej. Ale tej nocy coś mnie obudziło. Dokładnie o 1:07. Jakby ktoś szeptał: „spójrz”. Wyjrzałam przez okno. Wiatr był silny, zdjęcie wyszło niedoskonałe. Ale to nie ma znaczenia.

Sama świadomość, że oni tam, a ja tu — na Ziemi — w tym samym czasie obserwujemy Księżyc z przeciwległych stron, będzie mnie cieszyć już zawsze.

Naprawdę zazdroszczę im, że mogli obserwować ciemną stronę Księżyca, której jeszcze żaden człowiek nie widział... No, może poza Panem Twardowskim.





Hmm... to też Księżyc. Na jednym ze zdjęć właśnie taki mi się utrwalił. Dziwnie to wygląda.

A na tym zdjęciu tak wyglądał dziś (8 kwietnia) — z mojego okna — o 6:00 rano. Akurat wyszedł zza chmur. Ciekawa jestem, czy Załoga Artemis II w powrotnej drodze na Ziemię też go obserwuje... Albo odsypia teraz wczorajszą nieprzespaną i pełną emocji noc.

A trzeba nam wiedzieć, że noce w kosmosie to pojęcie względne, bo drastycznie różnią się od ziemskich warunków ze względu na brak grawitacji i dużą prędkość orbitalną.