Błysk. Grzmot. Oddech nieba. Burza oczyszcza powietrze i myśli — tekst w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Wolność słowa nie jest tarczą dla chamstwa. Nie jest też alibi dla wulgarności ani przyzwoleniem na bezkarne opluwanie wszystkiego i wszystkich. A jednak właśnie tak coraz częściej bywa dziś rozumiana w Polsce.
Chamstwo przestało razić — stało się tłem. Wsiąkło w język debaty, w komentarze, w codzienne rozmowy. Już nie oburza. Dla wielu jest normą. Paradoks? Stało się to w samym sercu demokracji, która miała podnosić standardy życia publicznego.
Wulgarność, szczególnie wśród młodych, nie jest już incydentem — jest stylem. Agresja słowna, pogarda, ostentacyjny brak szacunku stały się językiem codzienności. Granice? Zatarte. A może po prostu porzucone.
Odpowiedzialność? Spoczywa na dorosłych. To oni wychowali pokolenie, które nie uznaje zasad — bo sami wcześniej przestali je traktować poważnie. Trudno wymagać szacunku od młodych, gdy starsi od dawna go nie okazują.
Demokracja miała być przestrzenią wolności połączonej z odpowiedzialnością. Dla wielu stała się jednak wygodnym pretekstem: do narzekania, do podważania wszystkiego, do pogardy wobec tego, co wymaga wysiłku, kompetencji czy zwykłej przyzwoitości.
Autorytety? Słowo wyśmiane, podejrzane, niemodne. Zniszczone nie tylko przez źle rozumianą wolność, lecz także przez małość, oportunizm i brak charakteru.
Najbardziej niepokoi jednak coś innego — obojętność. Zanikają wartości. Zanika odpowiedzialność. Zanika wstyd.
A w tym kakofonicznym zgiełku najgłośniej słychać właśnie tych, którzy mają najmniej do powiedzenia.
Straszne? Nie — raczej smutne i niebezpieczne.
Bo jak nie ona, to kto? Gdy trzeba — zrobi wszystko... Instrukcja? A po co?! Niepotrzebna! Nic jej nie jest straszne i zawsze jest gotowa na wszystko — wiersz w obrazie.
To już nie zestaw narzędzi, lecz polityczny dekalog powtarzany w kółko. Mechaniczny, przewidywalny i wciąż używany z uporem — tekst w obrazie.
„Życzliwy w trybie agresywnym” — to ktoś, kto zamiast powiedzieć wprost, że coś mu nie pasuje, owija to w niby-miłe słowa, żarty albo udawaną troskę. Na pierwszy rzut oka brzmi uprzejmie, ale tak naprawdę wbija szpilę albo próbuje kimś manipulować. Często używa sarkazmu i ironii, rzuca „komplementami”, które bardziej są przytykiem niż pochwałą — wiersz satyryczny w obrazie.
Wszechobecna zieleń, miękki błękit nieba, białe obłoki leniwie sunące nad głową i ten trudny do uchwycenia, a przecież tak znajomy zapach lata… Wszystko to koi i buduje, napełnia serce cichą radością. Aż chce się żyć. Ech, lato — kapryśne i zmienne — trwaj, proszę, jak najdłużej.
Dziś wiatr, niczym niestrudzony malarz, przesuwa po niebie kolejne obrazy. Najpierw lekkie, puszyste cumulusy, które w jednej chwili rozprasza, by zaraz przywołać subtelne altocumulusy.
W tym cichym, nieustannym tańcu chmur niebo zdaje się opowiadać własną, tajemniczą historię. Kształty zmieniają się jak w marzeniu — jest co podziwiać… i na czym bujać wyobraźnię.
Lecz oto i one ustępują miejsca potężnym cumulonimbusom — chmurom o ciężkim oddechu burzy. W ich cieniu czai się zapowiedź gwałtowności: ulewy, grzmoty, czasem grad. I choć w tej grozie kryje się majestat natury, serce szepcze cicho: lato, bądź dla nas łaskawe. Trwaj pięknie — lecz nade wszystko bezpiecznie.
Ile dziecięcych krzyków potrzeba, by cisza nieba przestała być wymówką? To pytanie człowieka, który przestaje rozumieć milczenie Boga.
Bo jeśli Bóg milczy, kto odpowie za ich ból?... To jest najdelikatniejsze zdjęcie z wojny, jakie w internecie udało mi się znaleźć.