Miał być „Kaligula”, a wyszedł „Kler”. Cóż, pomyłki repertuarowe bywają bolesne — zwłaszcza gdy widz zna się z bohaterami filmu — limeryk w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Miał być „Kaligula”, a wyszedł „Kler”. Cóż, pomyłki repertuarowe bywają bolesne — zwłaszcza gdy widz zna się z bohaterami filmu — limeryk w obrazie.
Lato powoli ustępuje miejsca jesieni. Kwiaty przekwitają, trawy schną, a las zmienia swoje oblicze. Jednak w naturze nic nie kończy się naprawdę — nawet suche kwiatostany skrywają obietnicę nowego życia — wiersz w obrazie.
Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXI — Tym razem będzie o szalonych wakacjach, podróży autostopem w tajemnicy przed rodzicami, ukochanym wiejskim klimacie, starych rowerach i kuzynach gotowych zapewnić dużo wrażeń i to z nawiązką. Będzie też o pewnej wyjątkowo złośliwej pszczole, spuchniętym oku, Krasuli, która postanowiła posmakować sąsiedzkich buraków, oraz o genialnej radzie Ryśka, której z pewnością nikt by nie chciał przeżyć.
Przeleciał kolejny rok i mam już szesnaście lat. Żadnego zdjęcia z tego okresu jednak nie mam. Nie wiem, czemu. Czyżby nic takiego szczególnego się w tym czasie nie działo, coby warte było uwiecznienia? E tam, działo się, tyle że chyba jakoś nikt nie pomyślał, aby łazić z aparatem fotograficznym.
Ja też nie łaziłam z aparatem, jak zawsze wcześniej. Dlaczego? Z prostej przyczyny — mój kochany braciszek pewnego dnia rozłożył go na czynniki pierwsze. I potem nikt nie umiał go złożyć, jak trzeba. Zawsze zostawały jakieś części, z którymi nie wiadomo było, co zrobić.
Jeszcze przed końcem roku szkolnego postanowiłam, że jak zaczną się wakacje, pójdę na drogę zarobić sobie trochę grosza... Ojej, ależ to głupio zabrzmiało... Pójdę na drogę „czereśniarza”, zrywać czereśnie... i za zarobione pieniądze oddam aparat do naprawy specjaliście. Czyli naszemu od lat znajomemu fotografowi. I tak zrobiłam.
Pan fotograf spojrzał na mojego mocno zdezelowanego Фэд-2 krytycznym wzrokiem i rzekł jakoś tak z francuska:
— Marne szanse! Wygląda tak, jakby czołg po nim przejechał... — i po krótkim namyśle dodał: — No dobra, postaram się coś z nim zrobić, bo cię lubię, ale potrzebuję dużo czasu. Przyjdź po wakacjach.
Szkoda, że dopiero po wakacjach, bo akurat wybieramy się z siostrzyczką Terenią pierwszy raz razem do naszego ukochanego wujostwa, do Pilcza koło Kłodzka, i do trzech fajnych kuzynów.
No i ruszyłyśmy. W pierwszych dniach wakacji. Ale w tajemnicy przed rodzicami — nie pociągiem, a... stopem. Postanowiłyśmy zaoszczędzić pieniądze, które dostałyśmy od nich na bilet PKP, by podwyższyć nasze kieszonkowe.
Jechało nam się w miarę dobrze i nawet miło, gdyż kierowcy ciężarówek chętnie się zatrzymywali i podwozili nas.
Raz tylko było mniej miło, gdyż jednego kierowcę musiałam spamiętać siarczystym policzkiem. Dlaczego? Ano dlatego, że w pewnym momencie trzymał kierownicę tylko jedną ręką, bo drugą zaczął nagle błądzić po moich plecach. Nie oddał mi, ale wkurzony natychmiast się zatrzymał i wyrzucił nas z szoferki... I dobrze! Z chamami nie będziemy jeździć. No!
W końcu udało nam się szczęśliwie dotrzeć na miejsce i potem już nasze wakacje były wspaniałe. A co też ważne, miałyśmy trochę więcej grosza przy duszy. Nikt jednak o naszym autostopie wiedzieć nie mógł.
Moi kuzyni — Rysiek, Zbyszek i Franek — czuli się powołani przez samą Opatrzność do zapewniania mi wrażeń. I zapewniali. Z nawiązką.
Jednak na jedno zdjęcie „ze starszyzną” dałam się namówić, ale po chwili pożałowałam tego. Bo dla mnie ci znajomi Tereni byli starymi facetami.
Wkurzyłam się zwłaszcza na tego za mną, bo... kurczę, co robi jego łapa na moim ramieniu... się pytam?! Później obu facetów ze zdjęcia wycięłam... i nieco mi ulżyło.
Ale potem to już był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam i już pewnie do końca swoich dni wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da.
Były szalone, czasem niebezpieczne, ale przede wszystkim bardzo zabawne, niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutka dziewczyna, która kochała wieś, a tylko w wakacje mogła się nią rozkoszować.
Każdego ranka budziłam się skoro świt i siadałam na parapecie okiennym w swoim pokoju na pierwszym piętrze. Uwielbiałam wdychać to cudownie rześkie powietrze. A też i wsłuchiwać się w szum wartkiej górskiej rzeki Białej Lądeckiej, płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał jedyny ogromny poniemiecki dom wujostwa.
Wielką przyjemność sprawiało mi też dobiegające z podwórza gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Czułam wtedy, że żyję!
Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, rozkoszując się gwarem wsi. Jednak zbyt długo nie było mi dane, bo mój kuzyn Rysiek każdego ranka uparcie przywoływał mnie do porządku, wrzeszcząc z dołu:
— Halszka, no co z tobą, do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!
Muszę przyznać, że pyszne były te wiejskie śniadania. I to w bardzo niezwykłej kuchni, zwanej kuchnią na dni powszednie. Aby do niej wejść, trzeba było przejść przez stajnię, gdzie rezydowały dwie krowy i jeden koń, a dokładniej klacz Kasztanka.
W stajni, jak to w stajni, zapach jest zawsze, no, powiedzmy… taki sam, ale on mi wcale nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, uważam nawet, że miał swój urok. Coś w tym było, bo do dziś dnia pamiętam tę specyficzną woń. Pewnie dlatego, że to woń moich wspaniałych młodzieńczych wakacji.
A śniadanie? Pierwsza klasa! Typowo wiejskie i bardzo zdrowe. Uwielbiałam zwłaszcza cioci domowy chleb z masłem jej wyrobu i do tego pachnący miód z pasieki wujka, składającej się z dziesięciu uli i znajdującej się w ogrodzie tuż przy oknach kuchni.
Po śniadaniu zaś hulaj dusza! Po łąkach, po pastwiskach, po lasach, po dwóch rzekach: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, a potem już tylko po Nysie, bo w Pilczu właśnie Biała wpada do Nysy. Cudowne to miejsce. Czysta, niczym niezmącona natura.
Często też wybywaliśmy z domu z kuzynem, niekiedy i z jego kumplami, starymi, przedwojennymi rowerami. Kuzyn specjalnie dla mnie taki jeden z męską ramą zmontował, dodając części z dwóch zdezelowanych damek. I takimi poniemieckimi wehikułami pędziliśmy przez wieś w poszukiwaniu przygód.
Wszyscy się za nami oglądali, bo nasze rowery strasznie skrzypiały... Ale co tam! Pedałowaliśmy szczęśliwi, jak nie wiem co.
Mieliśmy czas tylko do południa, bo potem, po pysznym obiedzie (najbardziej smakował mi cioci rosół z kaczki opalanej słomą), zawsze musieliśmy wujostwu trochę pomóc na polu, tak że nic dziwnego, że pędziliśmy jak szaleni. Chcieliśmy zdążyć się pobawić i choć trochę wrażeń nachapać.
Pewnego poranka, przed wyruszeniem rowerami, gdzie nas oczy poniosą, w czasie śniadania, kiedy jak co dzień rozkoszowałam się kromką chleba z masłem i przepysznym miodem, do kuchni wpadła jakaś niewyżyta pszczoła i użądliła mnie w brew nad prawym okiem.
Oko mi spuchło w momencie i zupełnie straciłam możliwość widzenia nim, mimo okładów z zimnych noży, które mi ciocia przykładała. Wujek też się starał ulżyć mi w cierpieniu i trzymał mnie za rękę, psiocząc przy tym na swoją głupią pszczołę, a i jej towarzyszki, które całym rojem o świcie uciekły z ula.
Nie powiem, komfortowo się nie czułam z tym moim okiem, no ale z tego też powodu nie zamierzałam siedzieć w domu i rozpaczać. Nie chciałam przede wszystkim przed Ryśkiem wyglądać na mięczaka. Tym bardziej że Rysiek, na widok mojej twarzyczki przybierającej wygląd twarzy Quasimodo, aż tarzał się po podłodze ze śmiechu.
Wprawdzie oberwał od cioci jakąś ścierką po plecach na spamiętanie, ale to niewiele pomogło. Ciągle rechotał się choby głupi.
W końcu z bólem, bo z bólem, ale postanowiłam, ku radości Ryśka, wybrać się z nim na rowerze na pastwisko, aby złapać Krasulę, która, jak ciocia dowiedziała się od listonosza, zerwała się z łańcucha i wlazła w szkodę na przylegające do pastwiska pole sąsiada.
Niezdyscyplinowaną krowę od razu udało nam się złapać, ale co z tego, jak za moment, zanim Rysiek uziemił ją kołkiem, znów podjęła próbę ucieczki i, zadzierając ogon, wyrwała z kopyta ponownie w stronę pola sąsiada, na którym rosły buraki cukrowe. Pewnie bardzo jej posmakowały.
Wkurzyłam się na Krasulę okropnie, bo chciałam jak najszybciej wskoczyć do rzeki, by ochłodzić się nieco, zwłaszcza moją opuchniętą fizjonomię. Dlatego też, nie czekając na Ryśka, pierwsza puściłam się biegiem za tą szkodnicą.
Rysiek z zadowoleniem obserwował moją pogoń i, kiedy zobaczył, że ja już Krasulę doganiam, zaczął wrzeszczeć:
— Za ogon ją! Złap ją za ogon!
No to ja posłusznie, z wyskoku, rzuciłam się na ogon Krasuli i złapałam z całych sił. Krasula jednak nie odpuszczała i dalej pruła do przodu, ciągnąc mnie za sobą jak upierdliwy rzep. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądałam po tym jej sponiewieraniu mojej (przyczepionej) cielesności.
Przeciągnęła mnie i po burakach, i po drodze, i kiedy już łaskawie raczyła skierować swoje kopyta na pastwisko, to i po trawie, a co gorsza, po swoich zapewne i koleżanek z obory... plackach.
Wściekłam się nie na żarty, ale nawet nie tyle na Krasulę, bo to przecież tylko głupie bydlę (choć pewna nie byłam, czy aż takie znów głupie), ile na Ryśka za tę jego idiotyczną poradę.
Tak że kiedy wreszcie Krasula dała za wygraną i stanęła w miejscu, a Rysiek już na fest kołkiem do ziemi ją przyszpilił, poszłam obrażona przez pastwisko w kierunku rzeki. Wtedy to już podwójnie potrzebowałam wody.
Wnet się jednak okazało, że limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca jeszcze został przeze mnie wykorzystany... Ale o tym w następnym odcinku.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.
Przez lata 17 września 1939 roku był datą, o której w Polsce Ludowej należało milczeć. Dla mnie jej znaczenie zaczęło się jednak dużo wcześniej — od pewnej nazwy ulicy w Zbarażu. Dziecięcego pytania i odpowiedzi rodziców, w którą początkowo nie chciałam uwierzyć.
Wczoraj, 17 września, w wielu mediach przypominano szczególnie, co dla Polski oznacza data 17 września 1939 roku — data, o której przez 50 lat nie można było głośno mówić. Szczególnie dziś, gdy nagle Polska znów stoi przed podobnym zagrożeniem.
Już jako mała dziewczynka często zastanawiałam się, co ta data oznacza. A wszystko dlatego, że część naszej rodziny, która po wojnie pozostała w Zbarażu na Ukrainie — mieście znanym z Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza — mieszkała przy ulicy o takiej właśnie nazwie. Dokładnie: 17 сентября 1939 года.
Rodzice często wysyłali do nich listy na ten właśnie adres. Sama data — zamiast imienia jakiegoś bohatera albo czegokolwiek innego? Dziwiło mnie to bardzo, ale wtedy jeszcze nie tak, jak później.
Pytałam. Uporczywie. I w końcu usłyszałam odpowiedź. Ale nie mogłam jej przyjąć.
— Jak to?! To niemożliwe! Przecież Związek Radziecki miał być naszym przyjacielem, wyzwolicielem. To Rosjanie pomogli Polakom pokonać Niemców — tak nas uczono w szkole.
Rodzice spojrzeli po sobie, a potem bardzo poważnie na mnie. Tatuś powiedział:
— Ostrzegamy cię: o tym nie wolno nikomu mówić, bo można mieć duże kłopoty.
Zakaz sprawił, że ciekawość jeszcze bardziej we mnie rosła. Należę do osób, które mają odwagę zadawać pytania — i je zadają. Taka jestem od dziecka.
Kiedy miałam dziesięć lat, pojechaliśmy do Zbaraża. Z rodzicami i siostrą jechaliśmy taksówką z dworca. Wysiadając pod domem rodziny, mój wzrok przykuł ogromny szyld z nazwą ulicy, umieszczony na domu po przeciwległej stronie.
Słońce odbijało się w literach, a ja poczułam dziwne ukłucie — jakby to nie była zwykła tabliczka, lecz milczący świadek czegoś, co wydarzyło się dawno temu. I to bardzo boleśnie.
Przez lata w mojej pamięci ten szyld świecił osobliwym blaskiem. Nie rozumiałam, dlaczego jego nazwa tak mi ciąży. Dopiero po czasie, już jako dorosła, odkryłam, jak działała propaganda.
W książkach i gazetach z epoki PRL-u Związek Radziecki był przedstawiany jako starszy brat, opiekun i wybawiciel. Ale prawda była inna: 17 września 1939 roku nie przyniósł Polsce wyzwolenia, lecz kolejny cios.
Związek Sowiecki, w zmowie z Hitlerem, uderzył w kraj, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej stał się ofiarą niemieckiej napaści. To była druga rana zadana Polsce w tamtym straszliwym wrześniu.
Dopiero po 1989 roku można było mówić o tym otwarcie i głośno. Dopiero wtedy zakazane pytania z dzieciństwa znalazły dosadną odpowiedź.
A 17 września stał się dniem pamięci — Dniem Sybiraka, przypomnieniem o setkach tysięcy polskich rodzin wywiezionych w głąb imperium, które miało być „przyjacielem”.
Ilekroć wspominam tamten szyld w Zbarażu, widzę nie tylko nazwę ulicy. Widzę historię, którą przez lata próbowano wymazać, a która — niczym wyryte w metalu cyfry — oparła się zapomnieniu.
Jeszcze niedawno byli głośni, butni i pewni siebie. Dziś — znacznie ciszej, najlepiej incognito, gdzieś za granicą. Władza przeminęła, a wraz z nią poczucie bezkarności. Została walizka, konto i nerwowe oglądanie się za siebie — wiersz satyryczny obrazie.
Grzybowa ignorantka? Owszem. Grzybowa miłośniczka? Jak najbardziej. Nie wkładam ich do koszyka, za to chętnie wkładam je do mojego fotograficznego albumu.
Grzyby nie należą ani do fauny, ani do flory. Są organizmami cudzożywnymi i należą do królestwa Fungi. Obok roślin i zwierząt stanowią odrębne królestwo organizmów eukariotycznych.
Nie potrafią, tak jak rośliny, same syntetyzować związków organicznych z substancji nieorganicznych. Do swojego rozwoju potrzebują gotowych substancji odżywczych. Pobierają je z materii organicznej wytwarzanej przez rośliny lub zwierzęta.
Grzyby, które widzimy, są tylko częścią organizmu. Są jego owocnikami. Owocniki wyrastają z niewidocznej dla naszego oka grzybni, która z kolei składa się z sieci maleńkich włókien zwanych strzępkami.
Grzybnie są przeważnie schowane w glebie, ale mogą rozwijać się także w drewnie albo w innych źródłach pożywienia. Zajmują różne powierzchnie – od kilku milimetrów po wiele hektarów.
O tym, czy w danym miejscu rozwija się grzybnia, dowiadujemy się zazwyczaj dopiero wtedy, kiedy wytworzy ona owocniki, czyli widoczną dla naszego oka część grzyba.
Odżywiają się poprzez wchłanianie substancji uwalnianych z podłoża, w którym żyją – czyli z gleby, drewna, a także z innych źródeł pożywienia.
Są użyteczne albo nie. Są jadalne albo trujące. Ale wszystkie potrafią zachwycić swoją niezwykłością, barwą, fakturą, kształtem, swoim pięknem. I to bez retuszu.
Powoli kończy się czas na grzyby. W formie grzybobrania, oczywiście. Kto się na nich zna, zbiera je, kto nie – lepiej niech je tylko podziwia. A naprawdę jest co.
Podziwianie ich piękna jest zawsze bezpieczne. Osobiście za czorta się na grzybach nie znam i gdy natknę się na nie w lesie, skupiam się jedynie na ich oglądaniu i ewentualnym uwiecznianiu co piękniejszych okazów.
W Polsce to co innego. W Polsce to się znałam, że ho, ho! I często grzybobranie uskuteczniałam… Ale tylko z moją mamą. Bo ona, jak mało kto, była grzybową ekspertką.
Tu nigdy grzybów nie zbierałam i nie zbieram. Nie tylko z tego powodu, że od czasu katastrofy w Czarnobylu w Niemczech odradza się zbieranie niektórych gatunków grzybów, ale przede wszystkim dlatego, że grzyby są bardzo zwodnicze. Potrafią skutecznie i bardzo niebezpiecznie zmylić każdego niepewnego grzybiarza… Wolę więc nie ryzykować i kupować je na targu, bo… Bo? No właśnie, bo jestem grzybową ignorantką i pewnie taką już pozostanę.
Za to w moim albumie przyrodniczym mam ich całą masę. Różnych. Na pewno te jadalne są wymieszane z tymi niejadalnymi, tworząc istny miszmasz, ale tylko na pierwszy rzut oka, bo co wrażliwsze oko dostrzeże w nich piękny, wielobarwny kalejdoskop typu mix & match.
Bo też co jak co, ale piękna odmówić im nie można. A ja to ich piękno dostrzegam i wszędzie je fotografuję.
Niebo nad polskim piekiełkiem... Paradoks? A może całkiem wygodny układ: na dole polskie piekiełko, a nad nim — kościelna aprobata. W takich warunkach trudno liczyć na jego rychły koniec — wiersz satyryczny w obrazie.