Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVI —
Tym razem będzie o pierwszym zaćwierkoleniu, które miało
być wielkie… a trochę się rozmyło. O Gieni, której nie da się
zapomnieć — nawet gdyby się bardzo chciało. O dorastaniu, które
wcale nie jest takie proste, zwłaszcza kiedy przeszkadzają w nim
sukienki i różne dziwne części garderoby. I o jednym gwizdnięciu,
przez które prawie ruszył nie tylko pociąg, ale i całe nasze
spokojne życie…
Z
początkiem roku 1964 przyjechała do nas w odwiedziny ciocia Karola,
siostra tatusia ze Zbaraża. Fajna jest, lubię ją. Ciągle się
śmieje. Dużo też opowiada o swoim i tatusia życiu tam — w
dawnej Polsce.
Przywiozła
też sporo zdjęć z tamtego okresu. Jedno, z 1938 roku, spodobało
mi się najbardziej… Oto ono:
Widać na
nim ciocię Karolę, starszego brata tatusia — stryjka Władka, no
i oczywiście tatusia.
Uśmiałam
się bardzo z tatusia, bo zabawnie na tym zdjęciu wygląda. Taki
mały i z poważną miną. Opowiadał, że miał wtedy 14 lat i był
już uczniem pierwszej klasy Gimnazjum Kupieckiego.
Na
zdjęciu brakuje najstarszej siostry — cioci Rozalii, bo akurat
wtedy wyjechała do Kanady, gdzie, jak się później okazało,
została już na stałe.
Czas leci
nieubłaganie i z końcem wiosny przyszedł czas na wakacje… Hurra!
Zaraz na ich początku wyjechałam na kolonie do Szczecina-Dąbia.
Że co?
Że dwa lata temu, po tej mojej — dramatycznej — pierwszej
kolonii w Żmigrodzie, zarzekałam się, że już nigdy na żadną
kolonię nie pojadę?
A nie, to
nie całkiem tak było. Ja się zarzekałam, że na żadne kolonie
nie dam się już wysłać, ale na tę kolonię to ja sama —
dobrowolnie i z wielką ochotą — chciałam jechać. A to jest
przecież duża różnica. Bo co innego przymus, a co innego własna,
nieprzymuszona wola… Mam rację? No!
Ale też
i zasłużyłam sobie, bo znów dostałam świadectwo z czerwonym
paskiem. A wiadomo — nikt za darmo takiego świadectwa nie dostaje.
Trzeba było się uczyć.
Tak że
po wyczerpującym roku szkolnym w klasie VI, z wielką ochotą,
przemierzając całą Polskę z południa na północ, „wylądowałam”
prawie że nad morzem... Był też jeszcze jeden powód tej mojej
„ochoty”, ale o nim — sza!
Na tym
zdjęciu jestem wraz ze swoją grupą na jednodniowej wycieczce w
Świnoujściu. Kierownictwo kolonii zorganizowało ją specjalnie po
to, żebyśmy mogły posmakować słonej wody, a nie tylko
zachłystywać się słodką z Jeziora Dąbie.
Pozujemy
więc do pamiątkowego zdjęcia… Wszystkie jesteśmy w tym samym
wieku — 13 lat, oprócz wychowawczyni oczywiście, która stoi
pośrodku w czarnym stroju.
Pięknie
jesteśmy rozwinięte, co nie? Jedne wprawdzie mniej, inne nieco
więcej — jedne już mocno „biuściaste”, innym dopiero coś
tam „kiełkuje”, tak jak mi. Ale piękne jesteśmy wszystkie.
Nieprawdaż?
Dlaczego
ustawiłam się akurat koło „grubaśnej” Gieni? Bo ja Gienię
bardzo lubię. Ma takie specyficzne poczucie humoru…
A może
też dlatego, że podświadomie wyczuwałam, iż przyjdzie mi Genię
zapamiętać na całe życie.
Dlaczego?
Otóż dlatego, że Gienia w pociągu, w drodze powrotnej z kolonii,
zamknęła drzwi ubikacji razem z moim serdecznym palcem prawej ręki,
spłaszczając go całkowicie. Chyba „ku pamięci”. Żebym zawsze
o niej pamiętała… I tak jest istotnie.
Pamiętam
ją bardzo dobrze! Bo ból był niemiłosierny i długo trwający —
łącznie z odpadnięciem paznokcia.
Mój
palec do dziś jest o wiele szerszy od pozostałych. Więc kiedy
tylko spojrzę na swoją rękę — Gienię mam przed oczami. I to na
całym polu widzenia.
No ale z
tym moim dojrzewaniem, jako dziewczynki, wcale aż tak źle nie jest.
Popatrzcie sami. Zaczynam dojrzewać całą parą. Aż taką, że…
Okay,
okay — przyznam się już i to bez bicia, że po raz pierwszy się
„zaćwierkoliłam”. A oto właśnie obiekt mojego zaćwierkolenia
— Franek…
O rany,
zapomniałam, jak ma na nazwisko… Hmm… czyżby to moje
„zaćwierkolenie” było jednak tylko powierzchowne, skoro jego
nazwisko wyleciało mi z głowy? Tak czy inaczej — wtedy czułam,
że było mocne.
Na
zdjęciu widać, jak wracamy stateczkiem wycieczkowym ze Świnoujścia
do Szczecina. Koniecznie musiałam mieć pamiątkowe zdjęcie z
Frankiem, więc poprosiłam pana fotografa o pstryknięcie. On wcale
nie musi wiedzieć, o jaką pamiątkę mi chodzi…
— „Jolka,
kurka wodna, odsuń się trochę od obiektu moich westchnień!” —
w myślach, rozgorączkowana, wściekam się na koleżankę… Ale
jednocześnie jestem rozpromieniona jak anioł w niebie.
Jolka w
końcu dała sobie spokój z podrywaniem mojego „obiektu”. Dobra
z niej koleżanka. Dlatego już po powrocie z kolonii często
przebywałyśmy razem.
„Pozwalam”
jej nawet zrobić sobie zdjęcie razem ze mną… panną w kapeluszu…
A co!
Mintek powoli staje się dziewczyną. Rodzice nie mają już wyjścia
i muszą się z tym faktem pogodzić…
Trzeci
dziurawiec zaczął nabierać dziewczęcych kształtów. I już nijak
nie da się tego procesu zatrzymać.
A ten
kapelusz to mój projekt i wykonanie. Ha, nawet warkoczyki sobie
zaplotłam. Sukienkę mam nieco starszą, ale — na moją wyraźną
i dość dokuczliwą prośbę — została przez mamusię trochę
„podrasowana”.
No bo jak
to tak? Tę sukienkę mamusia uszyła mi, kiedy miałam 11 lat, a
wtedy byłam jeszcze dzieckiem. A teraz przecież jestem już
panienką. Panienką jak się patrzy…
Choć
czasami żałuję, że już tak bardzo nie wypada mi łazić po
drzewach. Nie, przestać nie przestałam, ale w sukience muszę
bardziej uważać, żeby mnie ktoś z dołu nie podglądał.
Chociażby dlatego, że często zdarza mi się — dla własnej
wygody — nie zakładać latem pewnej części garderoby. A to już
dodatkowy stres — tak ciągle uważać i uważać.
Nie wiem
czemu, ale nie lubię ograniczeń. Żadnych. Widocznie już tak mam.
Lubię czuć wolność i swobodę pod każdym względem. Wkurzają
mnie zwłaszcza niektóre części garderoby, które uważam za
zbędne.
Chociaż
— nie wiedzieć czemu — ostatnio zaczęły mnie pociągać
staniki. Niewygodne to-to jak cholera, a jednak!
Jeden
taki podprowadziłam nawet starszej siostrzyczce Lodzi i czasami go
zakładam. Po kryjomu — ma się rozumieć. A kiedy jeszcze wypycham
miseczki watą, to kryję się szczególnie.
No ale
kiedy wybieram się na wcześniej zaplanowaną z chłopakami zabawę
w podchody, to już zawsze jestem ubrana — jak trzeba — i żadnego
stanika, broń Boże, nie zakładam.
Bo jak
już mówiłam, lubię czuć się swobodnie. A żeby się tak czuć,
muszę czuć się tak, jak do tej pory się czułam.
O rany,
ale się „zakałapućkałam” z tym czuciem! No ale myślę, że
można to zrozumieć — bo to przecież proste: żeby się dobrze
czuć, lepiej nie wprowadzać nagle żadnych nowości i nie mieszać
sobie w odczuciach.
Och, już
dobrze — kończę z tym „czuciem” i opowiadam dalej… Zaraz…
a o czym to ja chciałam powiedzieć? Aha — o podchodach.
A więc
jeżeli chodzi o podchody, to najczęściej bawimy się w nie koło
starej parowozowni. Przygotowując się do nich, muszę szczególnie
zwracać uwagę na swój ubiór. Żaden ciuch nie może krępować mi
ruchów, bo tam trzeba być podwójnie szybką — i przed pociągami
czasem zmykać, i przed szukającymi w podchodach.
Chociaż,
szczerze mówiąc, po ostatnim wydarzeniu na torach wolimy się tam
przez jakiś czas nie pokazywać.
Wszystko
przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo żaden z
chłopaków nie umie tak głośno gwizdać jak ja i zawsze wysyłają
mnie na zwiady…
No
dobrze, przyznam szczerze — sama lubię być zwiadowcą, bo bardzo
mnie to kręci.
Tak więc
na ostatnich podchodach, jako zwiadowca, przemykałam po torach i
jednocześnie dawałam znaki chłopakom, żeby powoli podchodzili we
wskazanym przeze mnie kierunku.
Te
lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły, tylko stały sobie w
najlepsze ukryte za murkiem parowozowni.
Wkurzyłam
się nie na żarty i niewiele myśląc, głośnym, przeciągłym
gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca.
Za moment
okazało się jednak, że nie tylko ich ruszyłam, ale również
maszynistę pociągu towarowego stojącego na bocznicy.
O niech
to dunder świśnie! Ale żeśmy zaczęli uciekać, kiedy pociąg
nagle ruszył. Na łeb na szyję! Mało żeśmy nóg nie pogubili.
Wystraszeni
schowaliśmy się w kanale parowozowni i, szczękając zębami ze
strachu, czekaliśmy, aż pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu,
pisku ani łoskotu jednak nie było słychać.
Po chwili
usłyszeliśmy za to potworną kłótnię między maszynistą a
przetokowym. Maszynista wyzywał przetokowego, że gwiżdże jak
idiota, choć zwrotnicy jeszcze nie przestawił, a przetokowy wyzywał
maszynistę, że to w jego pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże…
I takie
tam różne rzeczy sobie przerzucali. W końcu sobie do gardeł
skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni.
A my, z
przerażeniem spoglądając po sobie w tym brudnym i śmierdzącym
kanale, w końcu nie wytrzymaliśmy napięcia.
Kiedy ta
dwójka kolejarzy szamotała się już na dobre, wyrwaliśmy z kanału
jak wystrzeleni z katapulty i czym prędzej opuściliśmy ten nasz
niebezpieczny z nagła plac zabaw.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15.
Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.