wtorek, 10 marca 2026

Nienawistnikowi Czarnkowi ku refleksji... i nie tylko

 


Proszę Państwa — oto profesor katolickiego uniwersytetu. Tak, właśnie tak: profesor. I to KUL-u (sic!).

Paradoks? Owszem, i to nie byle jaki. W powszechnej opinii uchodzi bowiem za jednego z najbardziej jadowitych uczestników polskiego życia publicznego — człowieka, który swoją pozycję wykorzystuje nie tyle do budowania autorytetu, ile do agresywnego i pogardliwego traktowania innych. Szczególnie kobiet oraz osób LGBT.

Powstaje z tego osobliwy dysonans poznawczy. Tytuł profesora kojarzy się przecież — przynajmniej w teorii — z autorytetem, wiedzą, kulturą osobistą i pewną klasą.

Gdy jednak zestawić te wyobrażenia z osobą nieokrzesaną, arogancką, momentami wręcz prymitywną w języku i gestach, pojawia się uczucie trudne do zignorowania: najpierw zdumienie, potem smutek, a czasem zwyczajny gniew.

Bo jakże to tak? Profesor. Katolik. I… takie coś?

Dziś, jako świeżo ogłoszony kandydat PiS na premiera, znajduje się w samym centrum debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni nie przebierają w słowach i często określają go właśnie tak: „cham” i „prostak”. Uzasadniają to prostym argumentem — styl jego wypowiedzi i retoryka zupełnie nie przystają do godności tytułu naukowego.

Muszę przyznać, że trudno mi się z tym nie zgodzić. I mówię to nie od dziś, lecz od momentu, gdy tylko stał się jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy PiS.

A kiedy przypomnę sobie, że ktoś o takim temperamencie i takim języku był ministrem edukacji i nauki — naprawdę zaczynają mnie boleć zęby.


Tabula rasa i pierwsze doświadczenia

Dzieci broją od zawsze. Psocą, śmieją się głośno i czasem – niechcący – psują i przewracają świat do góry nogami. Taka jest ich natura. Ich wyobraźnia kwitnie jak dziki ogród, w którym każdy kamyk, każdy cień i każdy szept staje się przygodą. W głowach rodzą się pomysły dziwne, szalone, niepojęte dla dorosłych – a jednak pełne życia i sensu.

Dorośli nie powinni gasić tego ognia. Ich zadaniem jest raczej delikatnie prowadzić, wyznaczać ramy, które pozwolą odkrywcom wyruszyć bezpiecznie w świat pełen cudów i niespodzianek. Bo każde dziecko jest podróżnikiem, który pragnie dotknąć tego, co nieznane, i nazwać to własnym słowem.

Umysł dziecka – tabula rasa – pozostaje czystą kartą, na której zapisują się pierwsze doświadczenia. Jak pisał XVII-wieczny filozof John Locke, te ślady kształtują człowieka, nadają sens jego drodze. A dorośli są strażnikami tych zapisów – odpowiedzialnymi za to, by były prawdziwe, pełne piękna i mądrości.



Zanim kalendarz ogłosi wiosnę...

 


Delikatne szepty wiosny wzmacniane śpiewem ptaków. Opis w obrazie.


poniedziałek, 9 marca 2026

Zamek nad doliną. Pergine – średniowieczny strażnik Valsugany

Wysoko nad doliną Valsugana, na stromym wzgórzu, stoi zamek w Pergine — średniowieczna warownia, która od wieków spogląda na okolicę z góry. Zbudowany w XIII wieku, powstał — jak twierdzą historycy — w miejscu jeszcze starszego, prymitywnego grodu obronnego. Dziś należy do Fundacji Castel Pergine Onlus. W jego murach działa restauracja, kantyna z degustacją win oraz… jednogwiazdkowy hotel.

My nocowaliśmy gdzie indziej. Naszą bazą był niewielki domek kempingowy w San Cristoforo nad jeziorem Caldonazzo. Skromny, ale całkiem wygodny — zwłaszcza że po całym dniu wędrówek najważniejsze są dobre łóżka.

Aby dotrzeć do zamku, trzeba najpierw zdobyć wzgórze, na którym stoi warownia. Podejście jest strome i momentami męczące, ale widok murów wyłaniających się między drzewami dodaje energii. Szliśmy niespiesznie, podziwiając z oddali baszty i kamienne umocnienia.

Po około półgodzinnym marszu stanęliśmy przed bramą wjazdową. Za nią rozciągał się rozległy, zielony dziedziniec. Dopiero stamtąd widać było prawdziwą skalę zamku. Spacerowaliśmy wokół murów, podziwiając potężne baszty i zaglądając w różne zakamarki.





Podczas naszej wizyty zamek pełnił jeszcze jedną rolę — zamienił się w plan filmowy. Nie pamiętam tytułu produkcji, ale wyglądało to na dramat obyczajowy. Na dziedzińcu kręcono scenę: kobieta ubrana w biel klęczała ze związanymi sznurem rękami, obok niej stał mężczyzna ze zwojem powrozu i brutalnie się nad nią pastwił. Jeszcze jeden aktor, stojący wyżej na murach, wykrzykiwał swoje kwestie dramatycznym tonem.

Scenę powtarzano wielokrotnie. Przez ponad godzinę byliśmy mimowolnymi widzami tego samego fragmentu filmu. W końcu, po którejś próbie, nagrodziliśmy aktorów brawami. Odpowiedzieli nam ukłonami i uśmiechami — bardzo sympatyczny moment.

W końcu przyszła pora wracać do naszej „bazy”. Zbliżał się wieczór i pora kolacji. Rzuciliśmy jeszcze ostatnie spojrzenie na zamek i otaczające go Dolomity, po czym ruszyliśmy stromą drogą w dół — oczywiście per pedes.

Zdjęcia z tej wycieczki nie są najlepszej jakości — robiłam je aparatem mojej wnuczki. Własny aparat zostawiłam w samochodzie na parkingu u podnóża góry. Wracać było za daleko, zwłaszcza że zaczął padać deszcz, a chwilami wręcz lało jak z cebra.

Ale nawet ulewa nie była w stanie popsuć nam humoru. Wróciliśmy mokrzy jak szczury, za to z poczuciem naprawdę udanej wyprawy.


Wizualizacja kolorów...

 


Oddychaj spokojnie. Zamknij oczy, a barwy pokażą ci drogę. Tekst w obrazie.