piątek, 13 lutego 2026

Pieśń strażników zielonego tronu

Tej zimy tutejsze lasy śpiewają ciszej niż zwykle, jakby szeptem przekazywały sobie dawne zaklęcia. Śniegu było niewiele — tylko cienka zasłona bieli, która nie zdołała okryć ich snem.

Zima przyszła i odeszła jak niepewna czarodziejka, zostawiając po sobie chłodny oddech i niedopowiedzianą pieśń.

A jednak las śpiewa. Minorowo, w tonacji ukrytej między korą a korzeniem.

Drzewa stoją jak strażnicy pradawnej tajemnicy — wysmukłe, zamyślone, spowite w szarobure płaszcze. Ich gałęzie splatają się wysoko nad ziemią, jakby snuły opowieść o zielonym królestwie, które dopiero ma się przebudzić.

Czas w lesie zwolnił. Zatrzymał się między jednym uderzeniem serca a drugim.

I tylko wiatr, wędrowny bard, przemyka między pniami, niosąc obietnicę. Że pod chłodną korą drzemie już iskra. Że w ciemnej ziemi pulsuje ciche światło. Że wiosna nadchodzi — nieśmiało, na palcach — z koszem pełnym zielonych cudów.




Dziecko nie uczy słowami, lecz obecnością...




Kochając dziecko uważnie, uczymy się żyć prościej i zdrowiej. Tekst w obrazie.


czwartek, 12 lutego 2026

Między lodem a światłem — było coś jeszcze

Rano wydarzył się upadek. Dosłowny. Spektakularny. Z gatunku tych, które zapisują się w pamięci mięśni na kilka dni.

Chciałam tylko wyjechać autem. Zwyczajna czynność. Zima jak zima — osłona przeciwszronowa przywarła do szyby z uporem godnym lepszej sprawy. Szarpanina, zwycięstwo, triumfalny krok w stronę bagażnika.

I wtedy ziemia — a właściwie lód — postanowił przypomnieć mi o swojej obecności.

Nogi rozjechały się szeroko, bez konsultacji, bez ostrzeżenia. Ruch płynny, niemal baletowy. Tyle że balet bez muzyki i bez widowni. Szpagat? Nie do końca. Ambitna próba? Owszem. Występ solowy na tafli lodu pod własnym domem.

Lata już nie te — ciało pamięta, że kiedyś było giętkie i skłonne do popisów. Teraz reaguje bardziej stanowczo. Człowiek chciał być lekki jak płatek śniegu, a został sprowadzony do parteru jednym ślizgiem.

Świat miejski bywa bezlitosny. Ulice odgarnięte, chodniki posypane. Ale wokół samochodów — królestwo lodu. Surowe, obojętne, chłodne. Luty. „Podkuj buty” — mówi przysłowie. A ja w sportowych, ufnych w dobrą wolę poranka.

Upadek był szybki. Ziemski. Twardy. A potem był las. I to właśnie tam zaczyna się prawdziwa opowieść. Bo:

W lesie najpiękniej o brzasku

Kiedy mgłą osnute jeszcze,
Kiedy słońce nabiera blasku,
Kiedy na wpół uśpione jeszcze…

Tak, w lesie o brzasku wszystko ma inny wymiar. Tam nawet ból cichnie, jakby nie śmiał zakłócać porannej ciszy.

Miasto zrzuca człowieka na lód. Las podnosi go światłem. Promienie słońca przeciskają się między drzewami z łagodnością, której próżno szukać na oblodzonym podjeździe. Śnieg nie jest tu wrogiem — jest tłem. Czystym płótnem dla zieleni igliwia i czerwieni owoców, które jarzą się jak drobne ogniki w chłodnym powietrzu.

Tam, gdzie przed chwilą było rozjechanie i napięcie, tu jest pion. Smukłe pnie wznoszą się ku niebu z pewnością, której można im tylko pozazdrościć. Nic się nie ślizga. Nic nie ucieka spod stóp. Nawet cisza stoi prosto.

Patrzę więc na to poranne misterium i myślę: jak niewiele trzeba, by człowiek stracił równowagę. I jak wiele daje natura, by ją odzyskać.

Las spogląda swoim spokojnym okiem. Jakby mówił:
— Upadłaś? To wstań. Zobacz, świat wciąż jest piękny.



No to ja mu — łyp! zachwyconym okiem. A potem — klik! zimnym okiem obiektywu. I w duchu obietnica: wrócę. Nawet jeśli wcześniej zaliczę kolejny niekontrolowany poślizg. Bo przyroda to mój żywioł. A żywioły, jak wiadomo, są nie do zatrzymania.


Życie jest zbyt krótkie, by karmić się złymi wspomnieniami…

 


Nie noś ciężaru przeszłości. Kieruj swe kroki w stronę blasku. Tekst w obrazie.


środa, 11 lutego 2026

Świt w kolorze niepokoju

Od kilku lat patrzymy w górę jakby częściej. I częściej widzimy, jak niebo płonie. Rozlewa się czerwienią, purpurą, złotem – jakby ktoś niewidzialną ręką rozpalał nad nami ogromne ognisko. Zjawisko piękne, niemal uroczyste. A jednak w tej urodzie kryje się pytanie: dlaczego teraz tak często?

Do ognistych zachodów Słońca przywykliśmy. Są jak teatralny finał dnia – widowiskowe, ciepłe, oswojone. Lecz wschód w płomieniach to już coś innego. To szept o świcie, który widzą tylko nieliczni. Niebo budzi się wcześniej niż my i zanim otworzymy oczy, zdąży już zapłonąć.

Skąd ta czerwień o poranku? Można powiedzieć – z kaprysu Matki Natury, która lubi malować świat szerokim pędzlem. Lecz za poezją kryje się fizyka: wilgoć, pyły, zawieszone w powietrzu drobiny, przez które przebijają się jedynie czerwone fale światła. Naukowe wyjaśnienie brzmi spokojnie. A jednak słowo „pyły” niepokoi.

Dawne przysłowia mówiły, że czerwone niebo o świcie zwiastuje zmianę pogody – wiatr, deszcz, nagłe ochłodzenie. Sprawdziłam prognozy. I rzeczywiście – nadchodzą wiatry, opady, szarość.

Ale czy chodzi tylko o pogodę? Bo kiedy patrzę na ten ogień nad horyzontem, myślę o czymś więcej. O świecie, który płonie naprawdę. O wojnach, których dym wznosi się ku temu samemu niebu. O powietrzu, które niesie w sobie nie tylko wilgoć i kurz, lecz także ślady ludzkiej destrukcji – jakby ktoś rozsypał w nim niemal całą tablicę Mendelejewa.

Może więc niebo niczego nie przepowiada. Może tylko odbija to, co dzieje się na ziemi. A my – zachwyceni barwą – próbujemy nie dostrzegać cienia, który kryje się w tej czerwieni... I tylko świt, cichy świadek wszystkiego, płonie dalej... i zadziwia nas i pewnie też zwierzęta.




-------------------------------------------------------------------------------------------


Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💗 Halszka


Wystarczy poczekać...

 



Oddychaj — życie płynie. Poczekaj — czas wie, co robi. Zaufaj — to, co trudne, z czasem łagodnieje. Tekst w obrazie.


Tak… czy nie?...

 


Jedno słowo. Jedna decyzja. Jedna konsekwencja. Wybierz świadomie. Tekst w obrazie.