Głupi są niezbędni — niech nikt ich nie rusza, to dzięki nim każdy ma szansę zabłysnąć… choćby z przymusu. Fraszki w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Głupi są niezbędni — niech nikt ich nie rusza, to dzięki nim każdy ma szansę zabłysnąć… choćby z przymusu. Fraszki w obrazie.
Nie ma to jak wieczorne „posiedzenie” w ogrodzie. Człowiek siada, łapie oddech, wciąga nosem ten charakterystyczny zapach judaszowca i udaje, że właśnie osiągnął stan głębokiej harmonii ze wszechświatem (podczas gdy w rzeczywistości po prostu chce mieć chwilę spokoju).
Różowe kwiatuszki wyglądają niewinnie, wręcz uroczo — i faktycznie w wielu kulturach symbolizują miłość oraz przyjaźń. Taki botaniczny pozytyw.
A jednak… nazwa drzewa brzmi dość podejrzanie. Według legendy to właśnie na judaszowcu Judasz miał zakończyć swoją ziemską przygodę po niefortunnej zdradzie Jezusa.
Brzmi jak historia, która przykleiła się do drzewa na wieki. Trochę niesprawiedliwie, bo samo drzewo wygląda absolutnie niewinnie. Ba — nawet spektakularnie, kiedy kwitnie.
Siedząc pod jego różowym baldachimem, lepiej nie rozkręcać takich mrocznych myśli. Mogą skutecznie popsuć nastrój, a to już poważne wykroczenie przeciwko wieczornemu chillowi. Zwłaszcza gdy w planie jest jeszcze sałatka z dodatkiem kwiatów judaszowca.
Tak, są jadalne. I na szczęście nie mają w sobie żadnych biblijnych dramatów — tylko lekko orzechowy vibe i ładny kolor na talerzu.
W majowej trawie coś nieustannie się porusza, jakby ziemia oddychała zielonym oddechem. Słychać tam drobne życia – nie hałaśliwe, lecz uparte w swoim istnieniu, rozsiane między źdźbłami, między światłem a cieniem.
Zwierzęta nie biegną już, lecz płyną przez tę przestrzeń jak przez miękki sen wiosny. Każdy ich ruch zdaje się częścią większej ciszy, która nie jest pustką, lecz pełnią.
Rośliny rozchylają się ku słońcu bez pośpiechu, jakby znały jego rytm od zawsze i nie musiały go rozumieć.
Powietrze pachnie wilgocią i światłem, i czymś jeszcze – czymś, co wymyka się nazwom, a jednak zostaje na skórze jak wspomnienie.
Łąka nie kończy się na horyzoncie, tylko przechodzi dalej, w coraz subtelniejsze odcienie zieleni i złota.
A kto wejdzie w nią boso, temu ziemia odpowiada cicho, jakby mówiła językiem starszym niż słowa.
Łąki i polany nie zapraszają głośno. One po prostu są – i cierpliwie czekają, aż ktoś je usłyszy.
Kosmiczne wsparcie. Kosmos wie, komu sprzyjać. Ma swoje ulubione osoby. Na dobrych ludzi działa lepiej. Sprawdź, czy masz zasięg kosmiczny. Ustaw antenę na dobro i na odbiór wszechświata. Nie każdy ma połączenie z kosmosem, ale to nie problem z zasięgiem, lecz z charakterem. Tekst w obrazie.
Wiara często kojarzy się z dobrem, spokojem i moralnością. Ale rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana. Czy naprawdę czyni nas lepszymi — czy tylko daje nam poczucie, że tacy jesteśmy?
Każdy człowiek błądzi. Jedni nazwą to grzechem, inni — zwykłym ludzkim błędem. Ja skłaniam się ku temu drugiemu. Bo błąd jest wpisany w naturę człowieka — tak samo jak zdolność do refleksji.
I może właśnie to jest najważniejsze: nie samo potknięcie, lecz to, co z nim zrobimy. Czy potrafimy wyciągnąć wnioski, czy umiemy spojrzeć na siebie uczciwie — i spróbować jeszcze raz, lepiej.
Bo żeby żyć dobrze, trzeba najpierw nauczyć się jednego: nie wstydzić się samego siebie. Uwierzyć w siebie. Polubić siebie. Dopiero wtedy można naprawdę otworzyć się na drugiego człowieka. Bo tylko ten, kto nie toczy nieustannej wojny z samym sobą, jest zdolny do dobra.
Człowiek nosi w sobie potężne narzędzie — rozum. To on pozwala nam odróżniać prawdę od złudzenia, działanie od bezradności. A jednak tak często z niego nie korzystamy. Zamiast działać, wolimy czekać. Zamiast brać odpowiedzialność — szukać ratunku na zewnątrz.
Tymczasem najprostsza prawda brzmi: najpierw trzeba spróbować samemu. Dopiero wtedy nasze działania mają sens — i wartość.
Nie mam nic przeciwko wierze. Przeciwnie — potrafię ją podziwiać. Ale tylko wtedy, gdy jest cicha. Gdy nie potrzebuje krzyku ani demonstracji. Gdy objawia się w dobroci, a nie w osądzie.
Niestety, taka wiara jest rzadka. Zbyt często ustępuje miejsca hałaśliwej pewności siebie — tej, która w imię Boga potrafi odrzucać, a nawet nienawidzić.
Historia uczy nas rzeczy niewygodnej: granica między wiarą a fanatyzmem jest cienka. Czasem niemal niewidoczna. W jej cieniu działy się rzeczy najgorsze — wojny, prześladowania, pogromy. Dawniej w imię Chrystusa, dziś w imię Allaha — mechanizm pozostaje ten sam. Człowiek, przekonany o swojej racji, przestaje widzieć drugiego człowieka.
A przecież wiara — jeśli ma mieć sens — powinna być cicha. Wewnętrzna. Nienarzucająca się. Noszona jak coś kruchego i osobistego, a nie jak sztandar. Gdyby częściej była przeżywana w ten sposób, świat wyglądałby inaczej. Może spokojniej. Może po prostu — lepiej.
Spójrzmy choćby na Polskę. Kraj, który wciąż określa się jako głęboko religijny. Statystyki nadal to potwierdzają, choć ich ton z roku na rok słabnie. Ale czy liczby mają tu znaczenie? Bo gdzie w codziennym życiu widać tę wiarę? Gdzie jej ślad w relacjach między ludźmi?
Zbyt często pozostaje ona jedynie rytuałem. Przyzwyczajeniem. Albo — co gorsza — maską. Za którą kryje się lęk przed oceną, konformizm, czasem zwykła hipokryzja. Wiara, która nie przekłada się na sposób życia, staje się pustym gestem.
A jednak po drugiej stronie są też ci, którzy nie wierzą. I nie czują potrzeby, by to zmieniać. Nie z lenistwa, lecz z przekonania. I bywa, że to właśnie oni — pozbawieni religijnych deklaracji — żyją uczciwiej, spokojniej, bardziej odpowiedzialnie.
Zdarza się jednak, że człowiek wraca do wiary w chwili kryzysu. Gdy życie się rozpada. Gdy brakuje oparcia. I to jest zrozumiałe. Czasem nawet potrzebne.
Niepokojące jest co innego — gdy to powrócenie nie przynosi równowagi, lecz kolejną skrajność. Gdy zamiast odnaleźć spokój, człowiek wpada w gorliwość tak intensywną, że zaczyna ona zastępować wszystko inne. Wtedy wiara przestaje być drogą — a staje się przymusem.
Fanatyzm nie daje ukojenia. On odbiera wolność — zarówno temu, kto mu ulega, jak i tym, którzy znajdują się obok. W łagodniejszej formie zamienia się w dewocję, w przesadę, w nieustanną potrzebę manifestowania. W ostrzejszej — potrafi ranić.
Dlatego religijność, jeśli ma mieć wartość, powinna pozostać sprawą osobistą. Cichą. Nienarzucającą się. Bo o człowieku nie świadczą słowa ani deklaracje. Świadczy o nim sposób, w jaki żyje.
A dobro — jeśli jest prawdziwe — nie potrzebuje rozgłosu, poklasku czy podziwu. Jest naturalne i szczere. Wyraża się w konkretnych czynach i gestach — we wrażliwości na los drugiego człowieka.
Często się zastanawiam, gdzie kończy się autentyczna wiara, a zaczyna jej zniekształcenie — i dlaczego czasem to, co miało czynić ludzi lepszymi, prowadzi do zupełnie odwrotnych skutków.
Mimo zimnego i deszczowego maja pierwszy pokos trawy się dokonał. Aż dziw bierze, że leśnikom udało się uchwycić krótką chwilę łaski pogody i skosić trawę na leśnych polanach.
Teraz las oddycha innym zapachem — nie jest to jeszcze woń siana, wysuszonego w ciepłych ramionach słońca, lecz świeża, wilgotna nuta zieleni, która cicho łechce nozdrza i koi zmysły.
Tegoroczne sianokosy będą długie, przeciągłe, jakby czas sam zwolnił swój bieg. Trawa, ścięta zbyt wcześnie przez kapryśną aurę, będzie długo dojrzewać do swojej złocistej postaci, zanim ułoży się w stogi i wyruszy w drogę do stodół.
Zajrzałam w przyszłość ukrytą w prognozie pogody… i aż serce zadrżało z niedowierzania — bo oto nadchodzi światło.
Meteorolodzy obiecują słońce. Dużo słońca. Jest więc szansa, że wkrótce będziemy się rozkoszować zapachem siana — skąpanego w promieniach wciąż jeszcze — majowego słońca.
Szybko otrzepmy kurtki i pomachajmy na pożegnanie nielubianym ogrodnikom i Zośce. Wierszyk w obrazie.