wtorek, 9 czerwca 2026

Leśne światło ukryte w kwiatach...




Czerwcowe szepty natury... Między cieniem drzew a miękkim światłem kryją się drobne kwiaty — zatrzymane na chwilę, zanim znikną. Las w czerwcu skrywa więcej, niż widać na pierwszy rzut oka — wystarczy się zatrzymać, by dostrzec jego ciche cuda. Tekst w obrazie.


Ku refleksji dla nienawistnych moralistów...

 


A gdzie znajdziesz najwięcej nienawistnych moralistów?... Wśród pisowskich i konfederackich „katoloków” (sic!). Fraszka w obrazie.


Egzystencjalne spojrzenie na ludzką naturę...

 


To gorzka konstatacja: w obliczu egzystencjalnej niepewności psychika nie domaga się prawdy samej w sobie, lecz sensu, który pozwala unieść ciężar istnienia i przetrwać jego najciemniejsze momenty. Aforyzm w obrazie.


poniedziałek, 8 czerwca 2026

Wieczorna pieśń jeziora...

 


Wielu z nas z pewnością było nad jeziorem Hańcza — nad najgłębszym jeziorem w Polsce — i pamięta te cudowne wieczory. Z pewnością też z zachwytem podziwiało sunące po wodzie białe żagle... Ja byłam i swój zachwyt utrwaliłam — wiersz w obrazie.


Między ciszą a grzmotem

Miała to być zwykła poranna wędrówka. Kilka kilometrów, trochę ciszy i czas na uporządkowanie myśli. Nie spodziewałam się, że tego dnia spotkam coś, co przypomni mi historię sprzed lat — i pokaże burzę z zupełnie innej strony.


Wczoraj z samego rana miałam zaplanowane „kijkowanie”. Nie było więc miejsca na wymówki — plan to plan. Wsiadłam do auta i pojechałam na szczyt tutejszej góry.

Już po kilku minutach, z lekkim uśmiechem, maszerowałam leśnym traktem. Las przywitał mnie ciszą i spokojem, które otulały jak miękki płaszcz.

Myśli same zaczęły krążyć wokół sprawy, która od jakiegoś czasu domagała się uwagi.

Zamknęłam się w nich tak szczelnie, że nie zauważyłam, kiedy niebo nagle przygasło, a powietrze zgęstniało. Dopiero pierwsze krople deszczu wyrwały mnie z zamyślenia.

Nie przeszkadzało mi to jednak. Lubię deszcz — jego zapach, jego rytm, jego obecność. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam kilka zdjęć. Chciałam zatrzymać tę ulotną chwilę.





Wkrótce jednak cisza zaczęła się kruszyć. Do moich uszu dotarły niskie, coraz bardziej natarczywe pomruki nadchodzącej burzy. I nagle — jak echo z przeszłości — przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam… Oto jego fragment:

...Gdy idzie na burzę,
zostań lepiej w domu.
Brawura jest głupia,
nie chroni od gromu...



— No tak — pomyślałam — tylko że ja już jestem poza domem. Nie mając wielkiego wyboru, przyspieszyłam kroku w stronę parkingu.

Nie boję się burz. Wiem, jak się zachować, znam ich naturę. Ale nie widzę sensu w niepotrzebnym wystawianiu się na próbę. Wolę podziwiać je z dystansu — wtedy są najpiękniejsze.

A jednak jest w tej historii coś więcej. W młodości, podczas wakacji u cioci, zostałam porażona piorunem kulistym. Może właśnie dlatego burze fascynują mnie do dziś.

Od tamtej pory zgłębiam ich tajemnice i wiem, że oprócz grozy niosą ze sobą także niezwykłe piękno.

Wyładowania elektryczne oczyszczają powietrze, nasycają je świeżością — jakby po każdej burzy świat zaczynał oddychać głębiej.

Wiem też, jak pomóc tym, którzy mieli mniej szczęścia. Porażenie piorunem najczęściej zatrzymuje oddech i serce. Wtedy liczy się każda sekunda — trzeba działać natychmiast.

Kiedy dotarłam do auta, deszcz lał już strugami, a niebo rozdzierały potężne błyskawice.

Nie odjechałam od razu. Przez kilkanaście minut siedziałam w środku, patrząc na ten niezwykły spektakl natury.

Nie czułam strachu. Samochód stał się moim schronieniem — zamkniętą przestrzenią, która jak klatka Faradaya odcinała mnie od żywiołu.

Wiedziałam, że nawet jeśli piorun uderzy, jego energia rozleje się po zewnętrznej powierzchni, nie naruszając wnętrza.

I tak siedziałam — między ciszą a burzą, między spokojem a potęgą natury — czując, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.


niedziela, 7 czerwca 2026

Wypad do Bregenz

Bregenz — niewielkie, a zarazem niezwykle urokliwe miasto w zachodniej Austrii — spoczywa nad taflą Jeziora Bodeńskiego, u stóp majestatycznej góry Pfänder.

Wciśnięte pomiędzy granice Niemiec i Szwajcarii, żyje rytmem trzech krajów, które łączy wspólna woda i codzienność przenikająca się ponad granicami. Promy suną tu spokojnie po jeziorze, jakby granice nigdy nie istniały.

Na szczyt Pfänder można wznieść się kolejką linową — szybko i niemal bez wysiłku — albo powoli, krok po kroku, pozwalając, by droga stała się częścią doświadczenia.

Na górze czeka nagroda: rozległa panorama Alp i migocząca w słońcu powierzchnia jeziora, która zdaje się nie mieć końca.

Historia tego miejsca sięga odległych czasów, aż około 1500 roku p.n.e. W epoce rzymskiej tętniło tu życie — Brigantion był ważnym portem i punktem strategicznym.

Echo tamtych dni wciąż zdaje się pobrzmiewać w murach miasta, które do dziś zachowało swój militarny charakter — z garnizonem i ważnymi ośrodkami dowodzenia.

A jednak Bregenz to nie tylko historia i struktury. To także sztuka — i to w najbardziej spektakularnym wydaniu.

Na wodach Jeziora Bodeńskiego unosi się największa na świecie pływająca scena, gdzie każdego roku odbywa się słynny festiwal operowy Bregenzer Festspiele.

Monumentalne dekoracje wyrastają wprost z jeziora, tworząc widowiska niemal nierealne, jak ze snu — przyciągające widzów z najdalszych zakątków świata.

Bregenz oferuje niezliczone możliwości — dla miłośników kultury, historii i natury.

Tym razem jednak zamiast sceny i tłumów wybrałam ciszę. Spacer po górze Pfänder. Tam czas płynie wolnej, a widoki są tak wspaniałe, że aż dech zapiera.





Dla tych, którzy upadają

Gdy jest ci potwornie ciężko, gdy serce pęka w ciszy, oddaj swój los czasowi... on więcej widzi i słyszy. Z czasem zrozumiesz drogę, z czasem ucichną burze, z czasem ból zblednie w tobie... i wstaniesz — silniejszy.


Wśród nas jest wielu takich, co sens zgubili nagle, idą przez dni jak przez mgłę, jakby świat gasł im w dłoniach. Bez gruntu pod stopami, bez odpowiedzi — „jak żyć?”, uwięzieni w swoich dramatach, milczą, choć chcieliby krzyczeć.

Lecz trzeba im podać rękę, zapalić maleńkie światło, szepnąć, że noc nie jest wieczna, że jutro wciąż czeka na nich.

Bo świat się jeszcze nie kończy, bo życie wciąż pisze dalej, bo gdzieś, za zakrętem ciszy, czeka coś dobre — wytrwale.

Wystarczy wstać jeszcze raz, otrzeć łzy z drżącej twarzy... i żyć — choćby małymi krokami, choćby na przekór rozpaczy.