Trzeci dziurawiec.
Opowieści Mintka — część XXV — Tym razem będzie o dniu
pełnym wrażeń, który rozpoczął się od szalonego spływu na
dętce, a zakończył dramatyczną walką z żywiołem. Będzie
zsiadłe mleko na spalone plecy, duszna noc i burza, przy której
nawet niebiosa zdają się mieć coś na sumieniu. A kiedy pioruny
zaczną walić jak bomby, nad moim łóżkiem pojawia się tajemnicza
zielona kula! Czy to sen, czy jawa? Dlaczego nagle zaczęłam
wrzeszczeć na cały dom? Jedno jest pewne: takiego poranka nie da
się zapomnieć!
Wytarzane
i rozbawione towarzystwo po chwili pozbierało się do kupy i, raz
koło turlając, raz niosąc, ruszyło brzegiem rzeki w kierunku
domu.
Gdy w
końcu dotarliśmy na miejsce, na szybko zjedliśmy kolację i znów
zbiegliśmy ze wzgórza nad rzekę.
Choć był
już wieczór, duszno było nadal, a chłodne wody Białej sprawiały
nam dużą przyjemność. Trochę w nich pobaraszkowaliśmy,
ochlapując się nawzajem i piszcząc jak „pofyrtani”. W końcu,
zadowoleni z życia, wyszliśmy na brzeg.
Kiedy
usiedliśmy na kocu, nagle okazało się, że Franek ma plecy tak
bardzo spieczone słońcem, że aż wyskoczyły mu bąble.
Wystraszyłam się tym widokiem bardziej niż on sam.
Nie
zastanawiając się długo, pobiegłam do domu i ze spiżarni
„podkradłam” trochę zbawiennego zsiadłego mleka. Pamiętałam,
że mamusia zawsze smarowała nim moje siostrzyczki, kiedy spaliły
się na słońcu.
Zbiegając
już ze wzgórza z dzbankiem pełnym zsiadłego mleka, doszłam do
wniosku, że tak czy owak ponoszę winę za spalone plecy Franka.
Mogłam przecież o tym wszystkim pomyśleć, zanim nasmarowałam go
brudną ropą z traktora, a nawet odradzić mu dłuższe wystawianie
się na słońce. Nie pomyślałam, więc sam ten fakt czynił mnie
winną.
Byłam
zła na siebie. W myślach ochrzaniłam samą siebie za swoją
lekkomyślność i jeszcze szybciej pobiegłam do chłopców.
Chciałam jak najszybciej pomóc Frankowi. Postanowiłam też
obejrzeć plecy Ryśka.
Gdy
stanęłam nad nimi z dzbankiem, zobaczyłam, że Franek ma już
nietęgą minę... Ale kiedy zaczęłam mu bardzo delikatnie smarować
ramiona i plecy, powiedział, że już czuje się dużo lepiej.
Z
godzinkę jeszcze posiedzieliśmy na kocu, rozmawiając o różnych
rzeczach. W końcu opuściliśmy dolinę.
Zapadła
noc. A to był znak, że oto nadeszła pora, by udać się do łóżek.
No to się rozeszliśmy.
Nikt nie
protestował. Wręcz przeciwnie. Każdy z nas z wielką ochotą
ruszał w kierunku swojego pokoju. Bo też każdy był wyjątkowo
zmęczony przygodami mijającego dnia. Choć każdy nieco inaczej, to
jednak nasze zmęczenie miało wspólny mianownik: „potrzeba snu do
kwadratu”. Najbardziej śpiący był Franek. Ale w jego przypadku —
nie ma co się dziwić.
Kiedy już
znalazłam się w łóżku, rozmyślałam o minionym dniu, patrząc
przez na wpół otwarte okno i podziwiając piękne, gwieździste
niebo. Było wręcz usłane gwiazdami. Jednak na horyzoncie zaczynało
się już chmurzyć, a ciemne chmurzyska gromadziły się coraz
gęściej.
Najwyraźniej
zanosiło się na burzę. Było to widać, a nawet czuć. Tym
bardziej że duszno było niemiłosiernie. Z tej duchoty nie mogłam
zasnąć, chociaż bardzo pragnęłam jak najszybciej odpłynąć w
sen.
W końcu
wstałam z łóżka i otworzyłam okno na oścież. Wcale to jednak
nie pomogło i nadal było duszno. Podeszłam więc do drzwi i
otworzyłam je na korytarz. Wystawiłam głowę na zewnątrz i
nastawiłam uszu.
Po
krótkim nasłuchiwaniu stwierdziłam, że wszyscy domownicy już
śpią. W całym domu panowała cisza. Słychać było tylko
pochrapywania o różnej tonacji, dobiegające z ich pokoi.
Wpatrując
się w ciemność, zauważyłam, że okno na korytarzu jest
zamknięte. Podbiegłam do niego na palcach i je również otworzyłam
na oścież. Poczułam wtedy lekki powiew powietrza. Zadowolona z
siebie wróciłam do łóżka. Po chwili spałam już jak suseł.
Rano
obudziły mnie odgłosy nadciągającej burzy. Otworzyłam oczy i
popatrzyłam przez okno. Na dworze było już jasno. Zerknęłam na
zegarek leżący na szafce nocnej. Dochodziła siódma. Do śniadania
było więc jeszcze dużo czasu.
Postanowiłam
poleżeć w łóżku i poprzyglądać się temu wspaniałemu
spektaklowi na niebie.
Błyskawice
przeszywały niebo co chwilę. Wyglądały groźnie. Groźnie, ale i
pięknie. Przybierały przeróżne kształty, pojawiając się raz
tu, raz tam. Towarzyszyły im grzmoty o różnej tonacji i natężeniu.
Od pomruków po potężny huk, porównywalny do eksplozji bomby. Ba,
nawet kilku bomb naraz.
Nie bałam
się burz. Wręcz przeciwnie, uwielbiam je obserwować i podziwiać.
A zwłaszcza tutaj, na wsi. Bo na wsi to są prawdziwe burze! Całe
ich piękno, cała ich moc widoczne są jak na dłoni.
W mieście
burze wiele tracą ze swojej ekspresji i nieziemskiego piękna.
Rozmywają się gdzieś między kamienicami, blokami i fabrykami.
Rozdrabniają się we wszechobecnym betonie i asfalcie.
Tak więc
z wielką przyjemnością wszystkimi zmysłami chłonęłam ten
niezwykły spektakl natury. Dolina Białej jeszcze bardziej
potęgowała jego niezwykłość, gdyż dzięki niej przybierał on
dodatkowe efekty dźwiękowe.
Huk
grzmotów odbijał się od doliny i potężnym echem rozbrzmiewał na
wzgórzu. Cudowne było to widowisko! Byłam zachwycona. Poczułam
się też wspaniale orzeźwiona. No bo wreszcie zaczęło lać jak z
cebra!
Duchota
odeszła, ustępując miejsca rześkiemu powietrzu. Nareszcie było
czym oddychać. Pioruny waliły jednak z coraz większą siłą i
zaciekłością. Momentami wydawało mi się, że cały dom aż drży
od ich potęgi.
Leżałam
i liczyłam sekundy od błysku błyskawicy do jej następstwa
dźwiękowego, czyli grzmotu. Z liczenia wychodziło mi, że burza
dopiero się zbliża. I rzeczywiście tak było.
Po paru
minutach dolina Białej zamieniła się w ogromny, kipiący kocioł,
bombardowany z nieba gigantyczną energią i rażącym ogniem. A po
krótkiej chwili przeobraziła się wręcz w czeluść piekielną. W
otchłań piekła wszystkich piekieł. W otchłań zła i beznadziei.
W piekło, któremu niebiosa wydały ostateczną i rozstrzygającą
walkę.
Wtedy to
już ciarki zaczęły mi przelatywać po całym ciele. Takiej burzy w
swoim życiu jeszcze nie przeżyłam… I nagle, jak nie błyśnie…
jak nie huknie!
Błyskawica
rozświetliła całe niebo, a potężna eksplozja targnęła
powietrzem i… nastała chwilowa cisza.
Byłam
oszołomiona... Nagle oczom moim ukazał się niezwykły widok —
jakaś zielona kula wielkości piłki nożnej.
Najwyraźniej
wleciała przez otwarte okno pokoju... Nagle zawisła nade mną i
znieruchomiała.
Byłam
przerażona. Już nie wiedziałam, czy widzę ją na jawie, czy może
znów usnęłam i widzę ją we śnie. Doszłam jednak do wniosku, że
moje przerażenie jest zbyt silne, żebym mogła je śnić.
— To
się dzieje naprawdę! — wrzasnęło wniebogłosy moje wnętrze.
Ale
powłoka cielesna nadal leżała bez ruchu i ani drgnęła,
sparaliżowana strachem.
Za to
zielona kula drgnęła. I to nagle! W ułamku sekundy wprawiła się
w szybki ruch. Poleciała w kierunku otwartych drzwi pokoju i
zniknęła w korytarzu.
Dopiero
wtedy zdałam sobie sprawę, że coś się faktycznie stało. Coś,
co mnie bardzo, ale to bardzo przeraziło i chyba nawet poparzyło,
gdyż poczułam wnet, że cała moja twarz płonie ogniem.
Zaczęłam
wrzeszczeć jak poparzona... bo i byłam. Najpierw bezgłośnie, ale
już po chwili na całe gardło, na cały dom.
Niestety,
nie mam żadnego zdjęcia z tego dnia pełnego dramatycznych wrażeń.
Ale że mam bujną wyobraźnię, oczami tejże ciągle widzę siebie
z piorunem kulistym wiszącym nade mną... I to w czarno-białym
kolorze — jak przystało na tamte czasy.
Co się
później działo, opowiem w kolejnym odcinku...
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji
22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka
23. Kasztanka most i nocne przygody
24. Dętka, ropa i śmierć w oczach
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.