Jest w
roku taki czas, na który czekamy niemal od pierwszych chłodnych dni
jesieni. Czas, który pachnie słońcem, rozgrzanym powietrzem i
obietnicą odpoczynku. Wakacje.
Nie dla
wszystkich jednak mają one smak dalekich podróży, hotelowych
tarasów i zdjęć robionych na tle egzotycznych krajobrazów.
Niektórzy nie wyjadą nigdzie — ani za granicę, ani nawet w inne
części kraju. Zostaną w swoich domach, w swojej codzienności. A
jednak lato i tak przychodzi do nich — ciepłe, jasne, kojące. I
potrafi przynieść coś dobrego, jeśli tylko pozwolimy mu się
rozgościć. Bo przecież wakacje to nie tylko miejsce. To także
stan ducha.
Wielu z
nas marzy o wyjeździe. O zmianie perspektywy, o oddechu od
obowiązków. I wielu z nas musi te marzenia odłożyć na później
— z powodów finansowych, zdrowotnych czy życiowych. Jedni reagują
na to frustracją, inni przyjmują to spokojniej, próbując odnaleźć
sens i radość w tym, co dostępne tu i teraz.
Myślę
czasem, że wszystko zaczyna się w naszej głowie — w tym
osobistym „centrum dowodzenia”. To tam rodzi się rozczarowanie,
ale i tam może pojawić się zgoda. Jeśli uporządkujemy myśli,
nagle okazuje się, że między obowiązkami da się znaleźć małe
przestrzenie wolności. Że przyjemność nie zawsze wymaga wielkich
pieniędzy. Że lato można „przeżyć”, a nie tylko „zaliczyć”.
Nie twierdzę, że to łatwe. Ale wierzę, że możliwe.
Dorośli
potrafią sobie wiele wytłumaczyć. Dzieci — znacznie mniej. Dla
nich wakacje to często coś, co się po prostu ma… albo nie.
Trudno im zrozumieć, dlaczego jedni wyjeżdżają, a inni zostają.
Zwłaszcza jeśli same należą do tej drugiej grupy. A jednak nawet
w najbliższej okolicy można stworzyć im świat pełen przygód —
trzeba tylko odrobiny wyobraźni i uważności.
Patrzę
na to, jak dziś podróżujemy — tłumnie, intensywnie, często
bardzo daleko. I trudno się temu dziwić. Przez lata było to
przecież niemal nieosiągalne. Dziś świat stoi otworem. Ale wraz z
tą wolnością pojawiło się coś jeszcze — cicha presja.
Bo
wyjazdy przestały być tylko wypoczynkiem. Coraz częściej stają
się komunikatem: „zobacz, gdzie byłem”, „zobacz, jak żyję”.
Dla niektórych — miarą statusu. I tak rodzi się niebezpieczna
pokusa, by dorównać innym za wszelką cenę. Nawet jeśli oznacza
to kredyt, pośpiech, zmęczenie. Byle nie zostać w tyle. Czasem
myślę, że nawet wakacje wciągają ludzi w ten niekończący się
wyścig.
Niedawno
pomagałam córce pakować walizkę. Wśród składanych ubrań i
kosmetyków pojawiły się wspomnienia — nasze dawne wakacje.
Skromne, proste, a jednak pełne życia. Nie było luksusów, nie
było egzotyki. Była za to bliskość, śmiech, czas, który płynął
wolniej. I to dziwne poczucie, że choć wokół bywało szaro, w
środku było jasno.
Może
dlatego tak wielu z nas z sentymentem wraca do minionych dekad. Nie
dlatego, że były łatwiejsze czy lepsze pod każdym względem. Ale
dlatego, że były nasze. Że byliśmy wtedy młodsi. Że świat —
choć uboższy — wydawał się prostszy.
Czy
naprawdę byliśmy wtedy lepsi dla siebie? Trudno powiedzieć
jednoznacznie. Ale mam wrażenie, że było w ludziach więcej
cierpliwości, więcej zwyczajnej życzliwości. Może mniej
porównań. Może mniej pośpiechu.
Dziś
mamy wolność — coś, o co kiedyś trzeba było walczyć. A jednak
nie zawsze umiemy z niej korzystać. Zamiast budować, czasem
dzielimy. Zamiast cieszyć się tym, co mamy, patrzymy na to, czego
nam brakuje.
Może
więc nie chodzi o to, czy wakacje są dla wszystkich w takim samym
sensie. Bo nie są. Ale mogą być dla każdego — na swój sposób.
Może
prawdziwy odpoczynek zaczyna się nie tam, gdzie jedziemy, ale tam,
gdzie przestajemy się porównywać. Gdzie pozwalamy sobie być —
bez pośpiechu, bez udowadniania czegokolwiek... I może
właśnie wtedy lato naprawdę ma sens.