Wysoko nad doliną Valsugana, na stromym wzgórzu, stoi zamek w Pergine — średniowieczna warownia, która od wieków spogląda na okolicę z góry. Zbudowany w XIII wieku, powstał — jak twierdzą historycy — w miejscu jeszcze starszego, prymitywnego grodu obronnego. Dziś należy do Fundacji Castel Pergine Onlus. W jego murach działa restauracja, kantyna z degustacją win oraz… jednogwiazdkowy hotel.
My nocowaliśmy gdzie indziej. Naszą bazą był niewielki domek kempingowy w San Cristoforo nad jeziorem Caldonazzo. Skromny, ale całkiem wygodny — zwłaszcza że po całym dniu wędrówek najważniejsze są dobre łóżka.
Aby dotrzeć do zamku, trzeba najpierw zdobyć wzgórze, na którym stoi warownia. Podejście jest strome i momentami męczące, ale widok murów wyłaniających się między drzewami dodaje energii. Szliśmy niespiesznie, podziwiając z oddali baszty i kamienne umocnienia.
Po około półgodzinnym marszu stanęliśmy przed bramą wjazdową. Za nią rozciągał się rozległy, zielony dziedziniec. Dopiero stamtąd widać było prawdziwą skalę zamku. Spacerowaliśmy wokół murów, podziwiając potężne baszty i zaglądając w różne zakamarki.
Scenę powtarzano wielokrotnie. Przez ponad godzinę byliśmy mimowolnymi widzami tego samego fragmentu filmu. W końcu, po którejś próbie, nagrodziliśmy aktorów brawami. Odpowiedzieli nam ukłonami i uśmiechami — bardzo sympatyczny moment.
W końcu przyszła pora wracać do naszej „bazy”. Zbliżał się wieczór i pora kolacji. Rzuciliśmy jeszcze ostatnie spojrzenie na zamek i otaczające go Dolomity, po czym ruszyliśmy stromą drogą w dół — oczywiście per pedes.
Zdjęcia z tej wycieczki nie są najlepszej jakości — robiłam je aparatem mojej wnuczki. Własny aparat zostawiłam w samochodzie na parkingu u podnóża góry. Wracać było za daleko, zwłaszcza że zaczął padać deszcz, a chwilami wręcz lało jak z cebra.
Ale nawet ulewa nie była w stanie popsuć nam humoru. Wróciliśmy mokrzy jak szczury, za to z poczuciem naprawdę udanej wyprawy.








