Dzień, w którym możesz legalnie oblać sąsiada wodą, a jeszcze za to uśmiechniesz się od ucha do ucha — tak wygląda lany poniedziałek. Czy naprawdę wszystko wolno? Opowiadam o mokrych przygodach, tradycji, chaosie i… zmokłej kurze w roli głównej.
Są takie dni w roku, kiedy człowiek wychodzi z domu i wie, że nic już nie zależy od niego. Lany poniedziałek jest właśnie jednym z nich.
Śmigus-dyngus — starosłowiański zwyczaj, który przetrwał wieki, zmiany ustrojów i rozwój technologii, a nawet smartfony, które, jak wiadomo, z wodą się nie przyjaźnią. A jednak — tradycja trwa. I ma się dobrze. Czasem aż za dobrze.
Dawniej było subtelniej. Witki wierzby, symboliczne muśnięcie, odrobina wody — oczyszczenie, odrodzenie, wiosna, te sprawy. Dziś symbolika została, owszem, ale raczej w ilości wody przypadającej na jedną ofiarę.
Bo współczesny śmigus-dyngus to nie tyle zwyczaj, co zjawisko atmosferyczne. Lokalnie możliwe są intensywne opady, a nawet gwałtowne zalania — szczególnie w okolicach bloków, przystanków i niczego niepodejrzewających kierowców.
Z czasem do śmigusa dołączył dyngus, czyli opcja wykupienia się od lania. System prosty, przejrzysty i — nie ukrywajmy — bardzo cywilizowany. Dziś jednak mało kto pyta o zgodę. Tradycja ewoluowała w kierunku: „najpierw poleję, potem ewentualnie się wytłumaczę”.
Oczywiście, co roku pojawia się to samo pytanie: czy naprawdę wolno oblewać wszystkich? Odpowiedź brzmi: nie. I to nie od wczoraj. Okazuje się, że nawet najbardziej rozrywkowa tradycja kończy się tam, gdzie zaczyna się cudza granica, mokra kurtka i zepsuty telefon.
Policja i straż miejska przypominają, że nadmiar entuzjazmu może kosztować więcej niż butelka wody. I trudno się dziwić — różnica między zabawą a zwykłym chuligaństwem bywa cienka jak strumień z taniej sikawki.
A jednak… mimo wszystko coś nas do tego ciągnie. Może to sentyment, może potrzeba odrobiny kontrolowanego chaosu, a może zwyczajna radość z tego, że przez jeden dzień w roku można się trochę powygłupiać bez większych konsekwencji.
Choć, jak się okazuje, nie zawsze bez konsekwencji.
Pamiętam swój własny, bardzo osobisty kontakt z tradycją. Z Polski oczywiście. Jechałam wtedy spokojnie samochodem — człowiek elegancki, uczesany, zmierzający z wizytą. W oddali: wóz strażacki, chłopaki w ludowych strojach, atmosfera festynu. Pomyślałam: „Jak miło”.
To był moment, w którym powinnam była zawrócić. Zamiast tego jechałam dalej. Autobus przede mną zajechał mi drogę, a reszta potoczyła się już zgodnie z prawami fizyki i tradycji. Drzwi otwarte, sikawka w ruch, ja — w roli głównej.
Efekt? Powiedzmy, że gdybym brała udział w konkursie na najbardziej przekonującą interpretację „zmokłej kury”, miałabym spore szanse na podium.
A jednak, mimo wszystko, nie mam do śmigusa-dyngusa żalu. Bo to jedna z tych tradycji, które — choć absurdalne — przypominają nam, że nie wszystko musi być poważne, przewidywalne i pod kontrolą.
Trzeba tylko pamiętać o jednym: nawet najlepsza zabawa wymaga wyczucia. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi woda, cudze granice i nowy telefon w kieszeni.
Lejmy się więc — na zdrowie, na szczęście i dla śmiechu.... Ale jeśli można, to jednak za zgodą.
Kalejdoskop Śmigusowo-Dyngusowy:









