czwartek, 19 lutego 2026

Było, minęło — i trochę się z tego śmieję

Coroczne wczasy w Polsce na zawsze zajmą w moim sercu miejsce pierwszorzędne. Były wspaniałe. Że za komuny? Cóż — wtedy nikt nie mówił, że jest trudno. Po prostu stało się w kolejkach i jechało na Mazury. A jak człowiek miał dobre nastawienie, to nawet brak cytrusów nie był w stanie popsuć lata.

W albumach trzymam całe stosy czarno-białych fotografii. Technicznie — tragedia. Artystycznie — przypadek. A dla mnie? Arcydzieła. Patrzę na nie i widzę kolory, których żaden aparat wtedy nie potrafił uchwycić: złoto słońca, brąz opalenizny i ten niepowtarzalny odcień wakacyjnego szczęścia.

W 1978 roku pojechaliśmy nad Jeziorak. Mazury były naszym letnim kierunkiem obowiązkowym. Mieszkaliśmy w skromnym domku campingowym należącym do cioci z Chorzowa. Domek może i nieduży, ale śmiechu mieścił w sobie bez liku.

Dzieci miały tam raj. Towarzystwo było międzynarodowe. Najwięcej kolegów z Czechosłowacji. Język? Jaki język! Dzieci dogadywały się bez słów, za to z ogromną ilością gestów, śmiechu i biegania.

Śniadanie często jedliśmy pod presją, bo pod domkiem już czekała delegacja gotowa do wymarszu nad jezioro.



A mój dwuletni synek… Cóż, miał swoje wymagania modowe. Gdy akurat nie taplał się w wodzie, najlepiej czuł się w brązowej spódniczce starszej siostry. Innej nie uznawał. Ta jedna jedyna — i koniec dyskusji. Argument praktyczny był nie do podważenia: w upale wygodniej, zwłaszcza przy siusianiu. Logika prosta i skuteczna.

Trzeba przyznać, że wyglądał w niej rozczulająco. Opalony na czekoladowo, z jasnymi loczkami i miną niewiniątka. Któregoś dnia, nie dawszy się przebrać za żadne skarby świata, wybraliśmy się tak — w pełnej stylizacji — do restauracji.

Przy sąsiednim stoliku siedziały dwie młode pary. Nagle jedna z dziewczyn mówi z zachwytem:
— Popatrzcie, jaka śliczna dziewczynka!

Nie zastanawiając się długo, zawołałam:

Przemek, podnieś spódniczkę.

Podniósł. Bezwstydnie i natychmiast. Śmiech wybuchł tak donośny, że chyba echo poniosło go aż nad jezioro. Dziewczyna śmiała się tak bardzo, że spadła z krzesła. A mój syn patrzył z dumą, jakby właśnie dokonał czegoś naprawdę wielkiego. W sumie — dokonał. Rozbawił pół sali.

On w ogóle miał talent do ludzi. Uśmiechał się, zagadywał, przytulał bez zapowiedzi. Dzięki niemu poznaliśmy starsze małżeństwo z Warszawy — cudownych, pogodnych ludzi, którzy najwyraźniej uznali naszego „przylepę” za dobro narodowe.

Codziennie rano przynosili nam ze stołówki ogromną bańkę owsianki i jeszcze coś „na dokładkę”. Stawali pod domkiem, stukali łyżką w metal i wołali:
— Wstawać, Przemki, śniadanie na stole!



Takiej pobudki nie powstydziłby się żaden hotel. A potem jeszcze przez kilka lat przysyłali dzieciom paczki z zabawkami i słodyczami. Bo tak. Bo można było. Bo się chciało.

Kiedy dziś wracam do tamtych lat, myślę sobie, że ludzie byli wtedy bliżej siebie. Może dlatego, że nie mieli telefonów w rękach, tylko siebie nawzajem. Więcej rozmów twarzą w twarz, mniej komentarzy pisanych w złości.

Oczywiście świat się zmienił. Postęp technologiczny bywa wspaniały — sama z niego korzystam i bardzo sobie chwalę. Ale czasem tęsknię za tym, że największą atrakcją dnia było wspólne śniadanie i czyjaś życzliwość zapukana łyżką w metalową bańkę.

Bo to, co najważniejsze, nigdy nie było w kolorze zdjęć. Było w ludziach.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Rusz się, uwolnij złość i poczuj prawdziwą radość życia...

 


Żyj bez agresji i nienawiści. Pozbądź się złych emocji, daj sobie przyjemność i pozwól endorfinom buzować w żyłach. Tekst w obrazie.


środa, 18 lutego 2026

Dwie postacie szczęścia...

 



Korzenie i skrzydła. Między śmiechem a wspomnieniem. W świetle babcinych dłoni. W babcinej pieczy miłość spowalnia czas. Wierszyk w obrazie.


Pod śpiewem przebiśniegów

Zima przyszła i odeszła — tylko na chwilę. Jej prawdziwe oblicze pokazało się na krótko, w pierwszych tygodniach stycznia. Teraz pojawia się jak cień: lekka mżawka, sypiący się śnieg, który w ciągu dnia cicho topnieje, jakby nigdy go nie było.

W powietrzu czuć już wiosnę. Nie tylko w zapachu ziemi, nie tylko w odgłosie ptaków, które odważnie wypełniają ciszę śpiewem. Wiosnę widać też w ogrodzie, wśród pierwszych, nieśmiałych kwiatów.

Przebiśniegi. Małe latarnie światła przebijające przez szarość. Kilka dni temu zakwitły w ziemi jeszcze twardej od mrozu. Dziś nocna zmarzlina ścisnęła ich płatki, a zamarzająca mżawka skropliła ich delikatne główki. Ale one przetrwają — jak co roku. Ciche, nieugięte, wierne rytmowi przyrody.

Nadchodząca wiosna jest nie do powstrzymania. Ptaki wyćwierkały mi jej pewność, a ziemia odpowiada pierwszym zielonym pąkom. I choć zima jeszcze od czasu do czasu podnosi głowę, jej podrygi są już tylko wspomnieniem.



wtorek, 17 lutego 2026

Pęknięcie w obrazie świata

Są pytania, które wracają do nas uporczywie, nawet jeśli próbujemy je zagłuszyć. Jedno z nich brzmi: czy naprawdę chcemy wiedzieć więcej, niż pozwala nam codzienna wygoda myślenia?

Być może nadchodzi czas, by poszerzyć swój światopogląd — a może nawet „wszechświatopogląd”. Przywykliśmy do określonych wersji rzeczywistości: tych szkolnych, religijnych, naukowych, kulturowych. Tworzą one konstrukcję, w której czujemy się bezpiecznie. Ale każda konstrukcja, jeśli jest zamknięta, staje się również ograniczeniem. Zamykanie oczu i zatykanie uszu daje chwilowy komfort. Na dłuższą metę jednak nie zmienia tego, co istnieje poza naszym przyzwoleniem.

Co, jeśli obraz świata, który przyjęliśmy, jest jedynie fragmentem większej całości? Co, jeśli to, co dzieje się w Kosmosie, ma bezpośredni wpływ na to, co rozgrywa się na Ziemi? Być może rozsądniej jest próbować zrozumieć wcześniej, niż zostać nagle skonfrontowanym z czymś, co przekroczy nasze dotychczasowe wyobrażenia.



Myśl o Przybyszach z innych światów budzi śmiech albo lęk. Czasem fascynację. Czasem drwinę. A jednak od wieków powraca w mitach, wizjach i szeptanych świadectwach — jak echo, które nie chce wygasnąć.

I nagle to echo przenika do przestrzeni oficjalnej. Do sal przesłuchań. Do mikrofonów. Do nagrań.

Emerytowany major Sił Powietrznych USA i były oficer wywiadu, David Grusch, składa pod przysięgą zeznania o programach badających niezidentyfikowane obiekty i o technologiach, które — jeśli wierzyć jego słowom — nie należą do naszego świata.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, w rozmowie publicznej przyznaje, że istnieją zjawiska powietrzne, których natura pozostaje niewyjaśniona nawet na najwyższych szczeblach wiedzy państwowej. Oświadczył też, że na podstawie swojej „prezydenckiej” wiedzy kosmici istnieją.

Czy są to sygnały przełomu? Czy jedynie dowód na to, że ludzka wiedza — nawet ta najbardziej uprzywilejowana — ma swoje granice?

Żyjemy w czasach napięcia. Kryzys klimatyczny, widmo konfliktów nuklearnych, decyzje podejmowane przez nielicznych, które mogą zaważyć na losie milionów. W takim kontekście pytanie o obecność „innych” nabiera dodatkowego wymiaru.

Czy byliby obserwatorami? Strażnikami? A może jedynie świadkami naszej drogi — tak jak my bywamy świadkami procesów, których nie zamierzamy zatrzymywać?

Ostatecznie jednak pytanie nie dotyczy wyłącznie kosmitów. Dotyczy naszej postawy wobec nieznanego.

Czy wolimy stabilność znanego świata, nawet jeśli jest niepełny, czy ryzyko poszerzenia świadomości? Wiedza nie zawsze przynosi spokój. Czasem odbiera złudzenia. Czasem zmusza do redefinicji siebie.

A jednak to właśnie zdolność przekraczania własnych ograniczeń poznawczych stanowi o rozwoju człowieka.

Lepiej więc wiedzieć czy nie wiedzieć? Być może odpowiedź nie brzmi ani „tak”, ani „nie”. Być może brzmi: „być gotowym”.

***

Dla tych, którzy chcą samodzielnie zagłębić się w temat, istnieją przestrzenie i osoby od lat go eksplorujące. W Polsce od ponad trzech dekad zajmuje się nim Robert Bernatowicz, twórca kanału „Rozmowy na Krawędzi Wszechświata”. Na świecie jednym z najbardziej znanych badaczy zjawiska UFO pozostaje Jacques Vallée — informatyk, astronom i astrofizyk, którego wywiady i publikacje są szeroko dostępne.

Reszta — jak zawsze — pozostaje w gestii ciekawości.


Z cyklu: "Chcesz — wierz. Nie chcesz — twoja sprawa"


Pozory mylą...

 



Pozory to fałszywe wyobrażenie o czymś, zewnętrzny wygląd nieoddający istoty rzeczy. Pozory mylą, ponieważ nasz mózg dąży do uproszczeń. Tekst w obrazie.


poniedziałek, 16 lutego 2026

Tam, gdzie rzeka budziła dzień

Są takie wakacje, które nie kończą się nigdy. Zostają pod powiekami, w zapachu powietrza, w szumie rzeki, który brzmi w pamięci nawet po latach.

W dzieciństwie i wczesnej młodości niemal każdego roku wyjeżdżałam do wujostwa na wieś. Ich ogromny, przedwojenny dom stał na wzgórzu jak strażnik krajobrazu — trochę dumny, trochę milczący, a dla mnie najbezpieczniejszy na świecie. To tam uczyłam się smaku lata.

Budziłam się skoro świt. W ciszy, która nigdy nie była zupełną ciszą. Siadałam na parapecie w pokoju na pierwszym piętrze i wdychałam rześkie powietrze pachnące trawą i wodą.

U podnóża wzgórza płynęła Biała Lądecka — wartka, chłodna, nieustannie opowiadająca swoją historię. Jej szum był pierwszą muzyką dnia.

Z podwórza dobiegało życie: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Ten wielogłos nie był hałasem. Był rytmem. Dowodem, że świat oddycha. Czułam wtedy intensywnie i prosto: że jestem, że żyję.



Śniadania miały smak prawdziwości. Do kuchni „na dni powszednie” przechodziło się przez stajnię, gdzie mieszkały dwie krowy i klacz Kasztanka. Zapach był tam niezmienny, ciężki i swojski — ale dla mnie miał w sobie coś kojącego. Dziś wiem, że to nie była tylko woń siana i zwierząt. To był zapach bezpieczeństwa.

Na stole czekał chleb, mleko jeszcze ciepłe, jajka od szczęśliwych kur i miód z pasieki wujka — pachnący kwieciem, słońcem i cierpliwą pracą pszczół. Dziesięć uli stało w ogrodzie tuż przy oknach kuchni, a brzęczenie mieszało się z rozmowami dorosłych.

A potem zaczynał się dzień bez granic. Łąki, pastwiska, lasy. Biała Lądecka i Nysa Kłodzka, które spotykały się w Pilczu jak dwie siostry. Woda chłodziła rozgrzaną skórę, trawa łaskotała łydki, a czas — jakby przestawał istnieć. Natura była czysta, nieskalana, ogromna. A ja byłam jej cząstką.

Po latach wracałam tam już jako matka. Chciałam, by moje dzieci zobaczyły świat, który mnie ukształtował — żeby usłyszały tę samą rzekę, poczuły zapach stajni i spróbowały miodu, który smakował latem. Jeździliśmy do wujostwa aż do chwili, gdy odeszli — jak wierzę — do innego wymiaru, zostawiając po sobie dom pełen wspomnień i krajobraz, który wciąż tam trwa. Bo są miejsca, które nigdy nie znikają. Nawet jeśli czas zabiera ludzi.