Trzeci dziurawiec.
Opowieści Mintka — część XXII — Tym razem będzie o tym,
jak jeden dzień wakacji może dostarczyć atrakcji za kilka
kolejnych. Będzie o roju wściekłych pszczół, panicznej ucieczce
do cysterny, kąpieli w rzece, zakazanych jabłkach z sadu księdza i
o genialnym spisku Ryśka i Franka, który miał mi dostarczyć
jeszcze więcej adrenaliny. Będzie też o tym, jak można wylądować
po pas w gnojowniku, a potem uznać, że właściwie… było całkiem
zabawnie. No, może dopiero po czasie!
Rzeczywiście,
limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca był
jeszcze przeze mnie wykorzystany. Przekonałam się o tym za moment,
ale też i w nocy.
Idąc
brudna i śmierdząca krowimi plackami w stronę rzeki, chciałam jak
najszybciej pozbyć się tego wszystkiego ze swojej cielesności. A
zwłaszcza chciałam ochłodzić w wodzie swoje sponiewierane emocje.
Tak byłam
wściekła na Ryśka, że więcej się do niego nie odezwałam.
Zostawiłam go z krowami samego.
Kiedy tak
szłam obrażona przez pastwisko, fukając pod nosem na tego czorta
za swój wygląd, nagle usłyszałam za sobą przybierające na sile
brzęczenie.
Oglądnęłam
się natychmiast i na tle błękitnego nieba zobaczyłam ciemną
plamę. W momencie przypomniały mi się słowa wujka przy śniadaniu,
jak skarżył się na swoje niesforne pszczoły, które całym rojem
uciekły z ula i nie wiadomo, gdzie są.
Przeraziłam
się okropnie i z kopyta rzuciłam się do ucieczki. Do szaleńczej
ucieczki.
Brzęczenie
coraz bardziej się wzmagało. Biegłam co sił przez pastwisko, ale
już nie w kierunku rzeki, a w kierunku domu. Tak jakbym podświadomie
czuła, że jedynie wujek może mnie od tych niebezpiecznych pszczół
uratować.
Jak już
dobiegałam do końca pastwiska, graniczącego z ogrodem przed domem
wujostwa, stwierdziłam ze zgrozą, że rój jest już prawie nad
moją głową. Widziałam śmierć w oczach.
No, może
tylko w jednym oku, bo drugie ciągle nic nie widziało po użądleniu
przez wściekłą pszczołę w czasie śniadania, która bez pardonu
wpadła sobie do kuchni przez otwarte okno.
Na
szczęście to zdrowe oko zobaczyło coś jeszcze. Otóż zobaczyło
ogromną cysternę przy płocie ogrodu. Długo się nie
zastanawiałam. Rzuciłam się na nią jak na ostatnią deskę
ratunku, podniosłam klapę włazu i wskoczyłam do środka, czym
prędzej zamykając za sobą właz.
W momencie
poczułam przeogromną ulgę. Niedługo jednak dane mi było się nią
rozkoszować, gdyż wnet zrobiło mi się strasznie gorąco. Okazało
się, że na dnie cysterny było trochę wody, która od gorących
promieni słonecznych okropnie się nagrzała.
Myślałam,
że się tam żywcem ugotuję. Nie wiedziałam, co mam robić. Wyleźć
na zewnątrz przecież nie mogłam, bo tam też czekała mnie śmierć,
tyle że innego rodzaju. To było pewne, wszak brzęczenie pszczół
słyszałam jeszcze głośniej, i to z pogłosem. Co świadczyło
dobitnie, że te małe krwiożercze potwory siedzą na cysternie.
Byłam
załamana. W końcu nie wytrzymałam tego przemożnego skwaru i
narastających emocji i zaczęłam walić z całych sił w ścianki
cysterny.
Nie wiem,
jak długo tak waliłam, ale najważniejsze, że kiedy byłam już u
kresu sił, klapa włazu się nagle podniosła i zobaczyłam w nim
głowę mojego najukochańszego, najmądrzejszego, najdzielniejszego
na świecie wujka... Byłam uratowana!
Później,
po całej tej akcji, a właściwie dwóch, chłodziłam swoje emocje
i obolałe ciało w zimnym nurcie rzeki Białej.
Wskoczyłam
do niej, tak jak stałam, w sukience. I tak była mokra od potu i
cysternowego ukropu.
Spokorniały
i lekko wystraszony Rysiek długo mnie musiał prosić, żebym
wreszcie z wody wylazła. No to w końcu wylazłam, ale dopiero
wtedy, jak mnie trzy razy przeprosił.
Niestety,
w nocy znów byłam wkurzona na Ryśka i chociaż mu w końcu
wybaczyłam, to i tak nie zapomnę mu już nigdy tej nocy u księdza
na jabłkach. Zalazł mi za skórę, że ho, ho! W jednym dniu tyle
atrakcji?!
Fakt, że
to głupie kraść u księdza jabłka, kiedy u wujostwa w sadzie
jabłek od groma, ale trzeba mi było tego dnia jeszcze coś
mocniejszego przeżyć, by ruszyć rozleniwioną popołudniową pracą
w polu adrenalinę.
Po
powrocie do domu i kolacji zamarzyły mi się pieczone w ognisku
jabłka. A zakazane owoce przecież lepiej smakują. Już nam nasza
prarodzicielka Ewa dała tego przykład, co nie?
No dobra,
nie będę owijać w bawełnę i przyznam się bez bicia, że to ja
namówiłam kuzyna Ryśka na tę akcję z zakazanymi jabłkami w tle.
I wszystko byłoby super, gdyby nie idiotyczny wyskok Ryśka i jego
kumpla Franka.
Wprawdzie,
gdy zapadła noc, wleźli do sadu księdza, a ja stałam na czatach,
by w razie niebezpieczeństwa gwizdem dać im znać, ale co z tego,
jak Rysiek sam sprowokował niebezpieczeństwo.
Siedząc
na jabłoni, zaczął rzucać jabłkami w moim kierunku, a ja, nie
mając pojęcia, że to jego robota, pomyślałam, że to ktoś rzuca
we mnie kamieniami. Chciałam sprawdzić, kto to i skąd rzuca.
W prawie
zupełnych ciemnościach poleciałam w kierunku pobliskiej drogi, by
w przydrożnym rowie zaczaić się na delikwenta i w razie potrzeby
spłoszyć go, udając warczenie psa.
Niestety,
ani jedno, ani drugie nie doszło do skutku, bo nagle zza krzewów
wyłoniła się jakaś postać z psem. Wpadłam w panikę, bo
pomyślałam, że to z pewnością jest ksiądz.
Niewiele
myśląc, padłam na ziemię i, czołgając się, zawróciłam z
powrotem pod sad, by jakoś ostrzec chłopaków. Gwizdać przecież
nie mogłam.
Kiedy
zbliżałam się do celu, zauważyłam nagle, jak chłopcy kawałek
dalej przeskakują ogrodzenie i biegną w tym kierunku, akurat tam,
gdzie widziałam rzekomego księdza z psem.
Spanikowałam
jeszcze bardziej, bo nie wiedziałam, co to ma znaczyć i przed kim
oni w ogóle uciekają. Zerwałam się na równe nogi i chyłkiem
pobiegłam za nimi.
Niestety,
chłopcy, jak gdyby rozpłynęli się w powietrzu, i nigdzie ich nie
było już widać.
Gdy już
dobiegłam do drogi, zobaczyłam w oddali, na tle wiejskich latarni,
iż ta postać z psem idzie dalej w kierunku wsi. Uspokoiłam się
nieco, bo to by oznaczało, że to jednak nie był ksiądz.
Przez
moment się zastanawiałam, co mam dalej począć. Chłopców ani
widu, ani słychu, a ja sama pośród ciemności. Odczekałam jeszcze
chwilkę i wreszcie głośnym i przeciągłym gwizdem na czterech
palcach dałam wyraz swojej dezaprobacie.
Jakie
było moje przerażenie, kiedy nagle usłyszałam przytłumiony krzyk
Ryśka:
— Halszka,
uciekaj!
Jak
piorunem rażona zerwałam się natychmiast do ucieczki. Na łeb, na
szyję gnałam przed siebie, nie wiedząc zupełnie, gdzie gnam. A że
w gnanie włożyłam całą swoją energię, to też gnałam jak
szalona.
Zaczęłam
się kierować w stronę pierwszych zabudowań gospodarskich.
Myślałam, że tam poczuję się bezpieczniej. I kiedy biegłam już
opłotkami i coraz bardziej się uspokajałam, nagle, w pewnym
momencie, ziemia uciekła mi spod nóg i… wylądowałam po pas w
jakiejś wodzie.
Z
przerażenia krew mi się zmroziła w żyłach. Z zimnej wody zapewne
też. A gdy po chwili do moich nozdrzy doleciała woń tej wody,
myślałam, że jak nic, z obrzydzenia zaraz padnę tam trupem.
Okazało
się, że wpadłam do najnormalniejszego w świecie gnojownika. A co
gorsza, nie mogłam się z niego wydostać, bo dno było muliste i
strasznie śliskie.
Szamotałam
się tam jak szalona i już myślałam, że przyjdzie mi tam
rzeczywiście pozostać na wieki, kiedy nagle nad głową zobaczyłam
dwie postacie.
— Rysiek,
Franek, tu jestem! — krzyknęłam przytłumionym głosem.
Ależ
mnie uszczęśliwił ich widok. Kiedy mnie chłopcy wyciągnęli z
tego cuchnącego gnojownika, zaczęli się nagle tarzać ze śmiechu
po ziemi.
Wpadłam
w konsternację... Bo jakże to tak, ja tu mało się nie utopiłam w
gnojówce, a oni się śmieją? W końcu wydukałam:
— No,
teraz można się śmiać, ale było gorąco — i puściłam się
biegiem w kierunku rzeki Białej, by zmyć z siebie to
śmierdzielstwo... drugie tego dnia.
Chłopcy
ze śmiechem ruszyli za mną. Biegnąc za moimi plecami, Rysiek,
ciągle rechocząc, wysapał:
— Chciałaś
adrenaliny, to ją masz, i to wszystko dzięki nam.
Okazało
się, że to Rysiek już wcześniej cichaczem zaaranżował cały ten
spektakl i kiedy wlazł wraz z Frankiem do sadu, bez przerwy mieli
mnie na oku. A potem razem udali ucieczkę przed „niebezpieczeństwem”
i z ukrycia obserwowali moje poczynania.
No nie,
trzymajcie mnie, ludziska! Żeby mnie aż tak zrobić w bambuko?!
Ależ byłam wściekła na nich, kiedy mi to ubawieni po pachy
zakomunikowali.
Pół
nocy przesiedziałam w rzece i z wściekłości nie odzywałam się
do nich. Ale kiedy mnie w końcu zaczęli przepraszać i przyznawać,
że to jednak był rzeczywiście idiotyczny żart z ich strony, moja
wściekłość zaczęła mnie powoli opuszczać. Tym bardziej że
było mi coraz zimniej.
No a
kiedy Rysiek przyniósł mi z domu mój płaszcz kąpielowy i
sukienkę, powoli zaczęłam już nawet draniom wybaczać. A o świcie
wybaczyłam całkowicie, kiedy siedziałam już na brzegu, otulona
moim cieplunim płaszczem, i rzucałam w nurt rzeki wszystkie moje
zapaskudzone ciuchy.
Wtedy już
też zaczęłam się głośno śmiać, bo w końcu musiałam Ryśkowi
przyznać rację. Rzeczywiście, tej nocy adrenalina buzowała mi we
krwi jak szalona… A że była też i trochę zbrukana i śmierdząca,
to nic! Szkoda mi było jedynie mojego ulubionego dresu płynącego
do morza.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli
początek szalonych wakacji
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.