Trzeci dziurawiec.
Opowieści Mintka — część XXVI — Tym razem będzie o zielonej
kuli, która postawiła cały dom na nogi, listonoszu trafionym
spadającym głośnikiem i o tym, że za nic w świecie nie
zamierzałam skracać wakacji z powodu jakiegoś tam pioruna
kulistego! Będzie szpitalna sielanka we dwoje, kuzyn Zbyszek
rechoczący choby głupi i wierszyk, który na zawsze przykleił mi
diabelską łatkę. A na deser — garść rozważań o tajemniczym
zjawisku, które omal nie przyprawiło mnie o zawał serca. Czyżbym
rzeczywiście była w czepku urodzona? A może po prostu mam
konszachty z samym diabłem?
Mój
przeraźliwy wrzask postawił domowników na równe nogi. Wszyscy, z
wystraszonymi minami, natychmiast zjawili się w moim pokoju.
Najbardziej
wystraszona była ciocia. Pochyliła się nade mną, przytuliła mnie
do piersi i łamiącym się głosem spytała:
— Dziecko,
co się stało? Jesteś cała czerwona na twarzy!
W
ramionach cioci od razu poczułam wielką ulgę i po chwili, już
wesołym głosem, opowiedziałam całej czwórce domowników —
patrzących na mnie z rozdziawionymi ustami — co mi się
przytrafiło.
Jak się
później dowiedziałam, w czasie tej potwornej burzy w domu wujostwa
schronił się miejscowy listonosz. Siedział wraz z nimi w kuchni i
czekał, aż burza minie, by móc kontynuować swoją pracę.
Ciocia
paliła gromnicę w oknie, a listonosz rozmawiał z wujkiem. Rysiek i
Zbyszek — jeszcze w piżamach — siedzieli naprzeciwko
rozmawiających i przysłuchiwali się ich rozmowie.
I wtedy,
kiedy uderzył najpotężniejszy piorun, stała się rzecz dziwna.
Piorun wprawdzie uderzył w wysoką topolę rosnącą tuż przy domu,
ale jego siła była tak ogromna, że najprawdopodobniej poraził
cały dom.
No bo jak
wytłumaczyć fakt, że siedzący przy ścianie listonosz dostał w
głowę iskrzącym się głośnikiem, który do tej pory normalnie
wisiał sobie na ścianie, tuż nad jego głową?
Głośnik,
odbijając się od głowy listonosza, przyozdobił ją pokaźnym
guzem, a następnie, iskrząc niczym fajerwerek, upadł na podłogę,
gdzie w końcu spłonął doszczętnie.
Listonosz
był tak wystraszony, że niewiele brakowało, a dostałby zawału
serca. I gdyby nie mój wrzask z góry, to z pewnością wujostwo
musiałoby wezwać do niego karetkę pogotowia. A tak listonosz
musiał jakoś sam pozbierać się do kupy, gdyż oni natychmiast
zajęli się mną.
Później
było mi już mniej wesoło, bo okazało się, że wujek w
międzyczasie zadzwonił po karetkę pogotowia, żeby lekarz mnie
zbadał.
Gdy
karetka przyjechała, lekarz przebadał również listonosza.
Szczęściem w nieszczęściu oprócz potężnego guza na głowie i
ciężkiego przestraszenia niczego więcej u niego nie stwierdził.
Tak że po burzy listonosz całkiem normalnie wrócił do pracy.
Tylko ja,
jak niepyszna, musiałam przeżyć ciąg dalszy tego „pioruńskiego”
ataku z niebios, bo zostałam zabrana do szpitala.
Na
szczęście poparzenie mojej twarzyczki okazało się nie takie
groźne, ale mimo to lekarze chcieli poobserwować mnie w warunkach
szpitalnych.
Ciocia
jednak nadal była przerażona i tak bardzo bała się o mnie, że,
nie mówiąc mi nawet o niczym, zatelefonowała do moich rodziców i
ściągnęła ich natychmiast do Pilcza.
A
rodzice, jak to rodzice, gdy przyjechali, chcieli mnie natychmiast
zabrać prosto ze szpitala do domu. Ale ja się nie dałam. Do końca
wakacji pozostały jeszcze dwa tygodnie. To jakże to tak? Z powodu
głupiego pioruna kulistego miałam darować sobie aż tyle dni
wakacji w Pilczu?
To było
dla mnie wręcz nie do pomyślenia! Błagałam rodziców, żeby mnie
zostawili. Przekonywałam ich, że nic mi nie jest, a nawet lekarze
mówili, że miałam dużo szczęścia, gdyż ten cholerny piorun nie
zrobił mi większej krzywdy.
Błagałam
i skomlałam. Skomlałam i błagałam. Aż w końcu ubłagałam.
Rodzice się zgodzili. Ale najpierw chcieli zasięgnąć porady
lekarza.
Z sercem
na ramieniu czekałam na nich pod drzwiami gabinetu lekarskiego.
Kiedy wyszli na korytarz uśmiechnięci, w towarzystwie lekarza,
myślałam, że pęknę ze szczęścia. Bo to oznaczało, że mogłam
zostać do końca wakacji!
Ależ
byłam szczęśliwa! Rodzice natomiast, skoro już byli w Pilczu,
zostali u wujostwa do rana. A ja, niestety, musiałam zostać w
szpitalu jeszcze jeden dzień.
Wprawdzie
twarz przestawała już piec i czułam się naprawdę dobrze, ale
lekarze uparli się i kazali mi jeszcze pozostać na obserwacji.
Nie byłam
jednak zła z tego powodu. Z prostej przyczyny: za ścianą mojej
sali leżał Franek. Bo za sprawą swoich rodziców trafił do
szpitala już wcześniej — w nocy. Dostał bowiem wysokiej gorączki
po tej „ropnej” opaleniźnie.
Prawie
cały dzień spędzaliśmy razem. Byłam wreszcie spokojna i pozbyłam
się wyrzutów sumienia związanych z Frankiem. A to dlatego, że już
na samym początku mnie uspokoił, i to z własnej inicjatywy.
Powiedział,
że nie mam prawa się obwiniać, bo i nie mam za co, gdyż sprawiłam
mu wielką przyjemność swoją troskliwą opieką tam, nad brzegiem
rzeki. A teraz jest nawet szczęśliwy, że… jak to się on
wyraził?... Aha! Że może być tu, w szpitalu, razem ze mną i
wreszcie mieć mnie tylko dla siebie.
Czego
więc więcej można było chcieć? Spokój ducha był. Cierpień
fizycznych tyle, co kot napłakał. Opieka i obsługa wspaniała.
Rozrywek całe multum!
Było nam
tam tak dobrze, że nawet fakt, iż był to szpital, zbytnio nam nie
przeszkadzał. Tym bardziej że wszyscy nas odwiedzili i byli dla nas
bardzo mili. O wiele bardziej niż w normalnych warunkach. A już
zwłaszcza Rysiek i Zbyszek.
Co prawda
Franek miał wyjść do domu już wieczorem, ale skubany zaczął
nagle symulować zawroty głowy, byleby tylko móc zostać ze mną do
następnego dnia. No i się udało!
Następnego
dnia po południu wyszliśmy razem ze szpitala. A właściwie odebrał
nas kuzyn Zbyszek.
Kiedy
znaleźliśmy się już w samochodzie, ze wszystkimi papierami od
lekarzy, Zbyszek, rechocząc choby głupi, powiedział:
— Mintek,
ja zawsze ciebie podejrzewałem o konszachty z diabłem, a teraz
jestem tego wręcz pewien. Tak samo jak tego, że specjalnie
ściągnąłeś na siebie tę piłeczkę piorunową. Ale na drugi raz
musisz bardziej uważać i nie myśleć tylko o sobie, bo przez tę
twoją piekielną kombinację mało naszego listonosza życia nie
pozbawiłeś…
No i od
tamtych wakacji dla starszego kuzyna już na zawsze zostałam
Mintkiem z piekła rodem. Ciągle się ze mnie nabijał i grzmiał:
— Mintek
to czort z piekła rodem, który diabelskie sztuczki zrobił swym
zawodem. Z ludźmi niewiele rozmawia, a tylko piorunami się zabawia.
Mało
tego! Napisał nawet dowcipny wierszyk na mój temat i przywiózł mi
go do szpitala. Do dziś mam go w pamięci... Poczekajcie, jak to
było? Nie wiem, czy uda mi się go dokładnie powtórzyć, ale
spróbuję:
W naszej wsi
się zjawił smarkaty Mintek,
co piorunami kichał, gdy dręczył
go smutek.
Razu pewnego, kichając przy oknie,
własną
twarzyczkę poparzył okropnie.
Lecz on to
zrobił jednak z rozmysłem —
znaleźć się w szpitalu było
jego zamysłem.
Tam kumpel Franek na niego czekał,
a on chciał
być przy nim, toteż nie zwlekał.
Tym razem
jednak zdrowo przesadził,
bo o listonosza piorunem
zawadził...
Listonosz głośnikiem padł porażony
i legł na
podłodze do cna przerażony.
Mintek i
Franek w szpitalnej rozkoszy…
A zgroza na wsi ciągle się
panoszy.
Listonosz
wszak rozniósł wraz z pocztą wiadomość,
iż w Pilczu na
wzgórzu jest dziwny jegomość,
który wnet będzie srogo ukarany
—
za to, że go zranił swoimi piorunami.
No czyż
nie poeta? A przede wszystkim dowcipniś! Lubię ludzi z poczuciem
humoru, bo też mi samej go nie brakuje. Z czego cieszę się bardzo.
Bo ciocia zawsze powtarza, że z własnego doświadczenia wie, iż
takim ludziom żyje się o wiele łatwiej i przyjemniej.
A
wracając do pioruna kulistego, to jest on prawdziwym fenomenem wśród
wyładowań atmosferycznych. Nie miałam zielonego pojęcia o czymś
takim. Dlatego na początku okropnie się wystraszyłam. Ale wówczas,
jak już wspominałam, nie tylko strach mną powodował, lecz także
dość osobliwe pieczenie twarzy.
Trudno mi
było pojąć, co to za dziwoląg. Nigdy wcześniej nie słyszałam o
takowym prezencie niebios.
Tak że
ten „mój piorunek” wydał mi się w końcu tak dziwny, ale to
tak dziwny… że aż normalny. Dlatego starałam się więcej nie
myśleć o tym, co mi się przytrafiło z nim w głównej roli, i
szybko zapomniałam o całej tej historii... przynajmniej do końca
wakacji.
Dopiero
kiedy wróciłam do domu, temat pioruna kulistego niespodziewanie do
mnie powrócił. Pewnego dnia wpadło mi bowiem w ręce jakieś
czasopismo, w którym przeczytałam o podobnych przypadkach.
Stało w
nim jak byk, że ognista kula wleciała kiedyś — nie pamiętam już
gdzie — do samolotu pasażerskiego. Mimo że samolot działa jak
klatka Faradaya, kula przeleciała bezgłośnie ponad głowami
przerażonych pasażerów i wyleciała z drugiej strony samolotu.
Prawdopodobnie przez klimatyzację.
Gdzie
indziej zaś odnotowano przypadek przemieszczania się pioruna
kulistego wewnątrz namiotu. Kula kilkakrotnie ocierała się o ludzi
leżących w śpiworach. Zdarzało się, że dotykała bezpośrednio
ciała człowieka. Na ogół pozostawiała ślady w postaci poparzeń,
lecz czasem nie czyniła żadnych szkód.
Piorun
kulisty zachowuje się jednak nieobliczalnie i tak do końca nie
można przewidzieć, jakie będą skutki jego pojawienia się. Nawet
jego wygląd może być całkiem różny.
Tworzy go
świecąca kula o różnej wielkości — od piłki tenisowej po
piłkę futbolową — która emituje jasne światło w kolorze
czerwonym, pomarańczowym, żółtym lub białym, a nawet zielonym...
Tak było w moim przypadku.
Porusza
się w bardzo dziwny sposób. Przy gruncie i w pobliżu zamkniętych
pomieszczeń przemieszcza się względnie wolno. Nagle zmienia
kierunek, a zdarza się nawet, że na krótko nieruchomieje. Tak było
też w moim przypadku. Przedostaje się do mieszkań przez otwarte
okna i drzwi. Bywa, że wchodzi przewodem kominowym i tą samą drogą
opuszcza pomieszczenie, nie wyrządzając większych szkód.
W moim
przypadku piorun kulisty wleciał przez okno mojego pokoju i wyleciał
przez okno na korytarzu. Całe szczęście, że przed snem otworzyłam
je na oścież.
Nieraz
się nad tym zastanawiam: czy to był czysty przypadek, czy może
moja Opatrzność czuwała nade mną i kazała mi otworzyć to okno?
Tak czy
inaczej, miałam naprawdę wielkie szczęście. Bo chociaż piorun
kulisty uważa się za mniej niebezpieczny dla człowieka niż
pozostałe rodzaje piorunów, to bywa i tak, że kontakt z nim kończy
się tragicznie. Potrafi też eksplodować w pomieszczeniu, niszcząc
je zupełnie.
A skąd
się w ogóle biorą takie „fikuśne” akurat pioruny? Naukowcy
już od ponad stu lat próbują wyjaśnić to niecodzienne zjawisko
atmosferyczne.
Najczęściej
przyjmuje się, że piorun kulisty jest kulą rozżarzonego gazu
znajdującego się w ruchu obrotowym, która powstaje w przestrzeni
między dwiema błyskawicami biegnącymi blisko siebie w przeciwnych
kierunkach. Tak powstała świecąca kula gazowa pozostaje niegroźna
dopóty, dopóki do jej środka nie przeniknie powietrze z zewnątrz.
Gdy to jednak nastąpi, piorun kulisty rozpada się z hukiem.
A więc,
mając to na uwadze, można domniemywać, że w moim przypadku
najwyraźniej tak szczęśliwie się stało, iż powietrze nie
przeniknęło do środka kuli.
Tak że
faktycznie mogę mówić o wielkim szczęściu. Wygląda na to, że
jestem w czepku urodzona. Wprawdzie tego do końca nie wiem, ale
jedno wiem na pewno... żem w niedzielę urodzoną.
Mintek
z Frankiem po powrocie ze szpitala.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji
22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka
23. Kasztanka most i nocne przygody
24. Dętka, ropa i śmierć w oczach
25. Zielona kula nad łóżkiem, czyli spotkanie z piorunem kulistym
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.