Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część IX — Tym razem będzie o kubku mleka, który zniszczył wszystko, co miało być piękne. O Paździerzu, który powinien był mieć się na baczności. O plamie, która wyglądała jak mapa Polski. O kąpielach w cukrowni, lepszych niż wszystkie domowe luksusy. O bieganiu nago z syfonem i zabawie na sto dwa. I o weselu, na którym Pan Młody gdzieś się zapodział, a dorośli pili „wodę na rozgrzewkę”… Bo życie — jak zwykle — potrafi rozkrochmalić nawet najlepsze plany.
Wakacje przeleciały jak z bicza strzelił — i zaczął się nowy rok szkolny. Jestem już w III klasie… Tadam! A oto i ona:
Siedzimy potulni jak baranki. Ale to tylko tak do zdjęcia, bo nasza pani bardzo długo nas o to prosiła. Więc siedzimy.
Ja też siedzę, choć aż mnie diabli biorą — taka jestem zła. Tak bardzo chciałam ładnie wyjść na tym zapowiadanym zdjęciu i tyle starań w domu dołożyłam: świeżo wyprany fartuszek, wykrochmalony biały kołnierzyk i mankiety… No i co? Psińco!
Na zdjęciu widać, że siedzę jak ta podwiędła leluja — bo jednak bez moich białych, ulubionych dodatków.
Dlaczego? Ano dlatego, że ten truteń Paździerz przed sesją zdjęciową tak machał swoimi gałązkami w naszej szkolnej kuchni, gdzie codziennie pijemy mleko, że wytrącił mi kubek z ręki.
Nie muszę chyba dodawać, jak wyglądałam po tym jego machaniu… Kurka wodna! W każdym razie moje świeżo przez mamusię wykrochmalone dodatki musiałam zdjąć, bo choć mleko też białe i koloru nie zmieniło, to jednak krochmal puścił — wszak mleko jest też bardzo mokre.
Widać wyraźnie, że uśmiecham się powściągliwie, byle tylko nie wpaść w furię przez ten mój „rozkrochmalony” wygląd. Krysia i Irka mają przynajmniej białe kołnierzyki. A ja? Ja zostałam ogołocona nawet z kołnierzyka przez tego wstrętnego Paździerza.
Wprawdzie Teresa, siedząca obok mnie, też nie ma, ale to dla mnie żadne pocieszenie — bo ona nigdy nie ma.
O właśnie! Ciągle robię dobrą minę do złej gry. No nie… pogrywać sobie ze mnie nikomu nie pozwolę. Już ja temu Paździerzowi po sesji zdjęciowej pokażę, gdzie raki zimują. Wszak rakiem jestem, no nie?!
No
zobaczcie sami! Plamy na fartuszku, jakby mnie ptaszki „obrobiły”.
Jedne większe, drugie mniejsze. A za tę pośrodku Paździerz
szczególnie zapłaci.
Toż ona jest tak ogromna, że wygląda
jak mapa Polski w naszym nowym atlasie. Nu, pagadi, Paździerz! Ależ
byłam wściekła.
Wściekłość jednak szybko mi minęła, bo przypomniałam sobie, że pod wieczór idę zażywać kąpieli w cukrowni. Dlaczego w cukrowni, a nie w naszej „luksusowej” łazience? Ano dlatego, że łazienka — choć wciąż wygląda wspaniale — kąpać się w niej nie daje. Piecyk gazowy albo nie chce się zapalić, albo gdy już się zapali, to po chwili mało nie eksploduje — tak w nim coś huczy i strzela. A woda i tak niewiele cieplejsza.
Mamusia psioczy na tę cukrowniczą brygadę remontową, a tatuś obiecuje sprowadzić ją raz jeszcze. Też ciągle.
Ja jednak
nie narzekam, bo bardziej podoba mi się „kąpańsko” w cukrowni.
Tam jest superowa łaźnia z prysznicami. Ogromniasta! A w niej aż
sześć kabin do wyboru.
Są też inne pomieszczenia — z
wannami, przebieralniami, różnymi schowkami… No i my,
siostrzyczki — same.
Portier bez problemu zawsze daje nam klucze. Wystarczy powiedzieć, że jesteśmy córkami pana Tomasza — i klucz natychmiast ląduje w okienku portierni.
Ale dziś zabieram koleżanki z sąsiedztwa: Baśkę i Jolkę, bo ciągle wiercą mi dziurę w brzuchu, żeby je wziąć ze sobą. Tak im się tam podoba. Tym bardziej że one w domu żadnej łazienki nie mają. No to je biorę.
Z nimi też jest fajnie. Lepiej niż z siostrzyczkami, bo możemy się powygłupiać do woli. Latamy z piskiem po całej łaźni i nikt nas nie upomina.
A odkąd
odkryłyśmy, że na parterze przy schodach jest syfoniarnia —
czyli miejsce, gdzie nabijają syfony dla pracowników — to dopiero
mamy radochę!
Latamy gołe z tymi ogromnymi butlami, gdzie się
tylko da: po schodach w dół, do góry, po korytarzach, po
przebieralniach — i sikamy na siebie gazowaną wodą jak strażacy
z sikawek. To jest zabawa! Na sto dwa!
A potem, czyściutkie jak trzy aniołki i bardzo radosne, wracamy do domu z myślą, że za tydzień znów się wykąpiemy w cukrowniczej łaźni.
W połowie jesieni całą rodziną byliśmy na weselu cioci Stasi i wujka Ryśka w Niemodlinie. O rany, ale to był spęd rodzinny!
Zanim pomaszerowaliśmy całym orszakiem do kościoła, długo szukano Pana Młodego, bo ten — dziwnym trafem — gdzieś się zapodział.
Fajnie
było, bo wszyscy dorośli zajęci byli szukaniem, więc my,
dzieciaki, mogliśmy poszaleć po drzewach w sadzie. Nikt na nas nie
zwracał uwagi.
Tylko mamusia krzyknęła do mnie, wiszącej na
drzewie, żebym uważała i nie porwała spódniczki — i tyle. Sama
też poszła szukać Pana Młodego.
No to ja… hulaj dusza! W końcu jednak musiałam zleźć z drzewa, bo Pana Młodego odnaleziono i zaprowadzono do ołtarza.
Czy pod przymusem — tego nie jestem pewna. Może chodziło o jakąś jego chwilową niedyspozycję?
W każdym razie postawiono go do pionu i pomaszerował z ciocią pod rękę do kościoła.
A potem było już huczne weselisko w bardzo dużej i zimnej świetlicy, gdzie dorośli co rusz pili jakąś wodę na rozgrzewkę.
Ja też chciałam się napić, ale mamusia powiedziała, że jestem ciepło ubrana, więc nie potrzebuję.
Nie byłam zadowolona. Ba — byłam wręcz obrażona. Ale kiedy dostałam słodziutką oranżadkę, w końcu się udobruchałam.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
(wszystkie odcinki)
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.









