poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Jak śmigus-dyngus, to śmigus-dyngus. Narodowy test poczucia humoru

Dzień, w którym możesz legalnie oblać sąsiada wodą, a jeszcze za to uśmiechniesz się od ucha do ucha — tak wygląda lany poniedziałek. Czy naprawdę wszystko wolno? Opowiadam o mokrych przygodach, tradycji, chaosie i… zmokłej kurze w roli głównej.


Są takie dni w roku, kiedy człowiek wychodzi z domu i wie, że nic już nie zależy od niego. Lany poniedziałek jest właśnie jednym z nich.

Śmigus-dyngus — starosłowiański zwyczaj, który przetrwał wieki, zmiany ustrojów i rozwój technologii, a nawet smartfony, które, jak wiadomo, z wodą się nie przyjaźnią. A jednak — tradycja trwa. I ma się dobrze. Czasem aż za dobrze.

Dawniej było subtelniej. Witki wierzby, symboliczne muśnięcie, odrobina wody — oczyszczenie, odrodzenie, wiosna, te sprawy. Dziś symbolika została, owszem, ale raczej w ilości wody przypadającej na jedną ofiarę.

Bo współczesny śmigus-dyngus to nie tyle zwyczaj, co zjawisko atmosferyczne. Lokalnie możliwe są intensywne opady, a nawet gwałtowne zalania — szczególnie w okolicach bloków, przystanków i niczego niepodejrzewających kierowców.

Z czasem do śmigusa dołączył dyngus, czyli opcja wykupienia się od lania. System prosty, przejrzysty i — nie ukrywajmy — bardzo cywilizowany. Dziś jednak mało kto pyta o zgodę. Tradycja ewoluowała w kierunku: „najpierw poleję, potem ewentualnie się wytłumaczę”.

Oczywiście, co roku pojawia się to samo pytanie: czy naprawdę wolno oblewać wszystkich? Odpowiedź brzmi: nie. I to nie od wczoraj. Okazuje się, że nawet najbardziej rozrywkowa tradycja kończy się tam, gdzie zaczyna się cudza granica, mokra kurtka i zepsuty telefon.

Policja i straż miejska przypominają, że nadmiar entuzjazmu może kosztować więcej niż butelka wody. I trudno się dziwić — różnica między zabawą a zwykłym chuligaństwem bywa cienka jak strumień z taniej sikawki.

A jednak… mimo wszystko coś nas do tego ciągnie. Może to sentyment, może potrzeba odrobiny kontrolowanego chaosu, a może zwyczajna radość z tego, że przez jeden dzień w roku można się trochę powygłupiać bez większych konsekwencji.

Choć, jak się okazuje, nie zawsze bez konsekwencji.

Pamiętam swój własny, bardzo osobisty kontakt z tradycją. Z Polski oczywiście. Jechałam wtedy spokojnie samochodem — człowiek elegancki, uczesany, zmierzający z wizytą. W oddali: wóz strażacki, chłopaki w ludowych strojach, atmosfera festynu. Pomyślałam: „Jak miło”.

To był moment, w którym powinnam była zawrócić. Zamiast tego jechałam dalej. Autobus przede mną zajechał mi drogę, a reszta potoczyła się już zgodnie z prawami fizyki i tradycji. Drzwi otwarte, sikawka w ruch, ja — w roli głównej.

Efekt? Powiedzmy, że gdybym brała udział w konkursie na najbardziej przekonującą interpretację „zmokłej kury”, miałabym spore szanse na podium.

A jednak, mimo wszystko, nie mam do śmigusa-dyngusa żalu. Bo to jedna z tych tradycji, które — choć absurdalne — przypominają nam, że nie wszystko musi być poważne, przewidywalne i pod kontrolą.

Trzeba tylko pamiętać o jednym: nawet najlepsza zabawa wymaga wyczucia. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi woda, cudze granice i nowy telefon w kieszeni.

Lejmy się więc — na zdrowie, na szczęście i dla śmiechu.... Ale jeśli można, to jednak za zgodą.


Kalejdoskop Śmigusowo-Dyngusowy:





niedziela, 5 kwietnia 2026

piątek, 3 kwietnia 2026

Wiosna wróciła. Krety odpalają tryb „kop i nie pytaj”

Wystarczył jeden dzień z plusową (wreszcie!) temperaturą i proszę — wiosna wraca, jakby nigdy nic, z tym swoim niewinnym uśmieszkiem. No cóż… trochę nas ostatnio wystawiła do wiatru tym nagłym zaśnieżeniem przyrody, ale dobra — nie będziemy się długo gniewać.

Bo jak tu się nie cieszyć? Cieszymy się my, ludzie… i najwyraźniej też zwierzęta.

Na przykład krety. Te to dopiero urządziły powitalną imprezę! W trybie ekspresowym ozdobiły polany całymi kolekcjami kopczyków. I to nie byle jakimi — świeżutkie, równiutkie, jak spod igły.

Mało tego — nadal pracowały! Bo kiedy rano wybrałam się na kijki, niektóre kopczyki wciąż się ruszały. Normalnie krecia robota na żywo.

Widać, że kreciki wzięły sprawy w swoje łapki i nadrabiają zaległości po zimowo-wiosennych zawirowaniach. Tempo mają takie, jakby ktoś im zamontował turbo doładowanie. Kopią, sypią, działają bez przerwy!

Efekt? Polana w okamgnieniu zamieniła się w galerię kopczyków. I to jaką!

Jeden krecik to już w ogóle poszedł o krok dalej i stworzył prawdziwe dzieło sztuki. Sami popatrzcie, w jakim anturażu ustawił swój kopczyk.



No powiedzcie — czy to nie ma klimatu? Zastanawiam się, czy to był przypadek, czy jednak pełna, krecio-artystyczna koncepcja.

A może to instalacja na cześć powrotu wiosny? Taki performance dla wtajemniczonych?

Tak czy inaczej — jestem zachwycona. Kopczykiem, rzecz jasna, bo sam artysta nie raczył się pokazać… Mimo że naprawdę uprzejmie do niego zagadywałam.

Za to kopczyk… jakby się speszył — i przestał się ruszać ?


Wizyta intruza…

 


Intruz to intruz — pojawia się bez zaproszenia. Nie może więc być mile widziany. Tekst w obrazie.


czwartek, 2 kwietnia 2026

Między pamięcią a nadzieją

Dorastałam w zbombardowanym mieście. W tamtym czasie trudno było o inne uczucia niż lęk i niechęć wobec Niemców. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że los zwiąże mnie z tym krajem na długie lata, nie uwierzyłabym. A jednak tak się stało.

Od 37 lat mieszkam w Niemczech. To tu toczy się moje codzienne życie. A jednak w moim sercu Polska nieustannie zajmuje ważne miejsce — i stąd bierze się potrzeba pisania.

Z tej perspektywy widzę więcej. Widzę ludzi, codzienność, zwyczajne gesty życzliwości. I mogę powiedzieć, że jako Polka nie doświadczyłam tu krzywdy. To doświadczenie zmienia sposób patrzenia — nie tylko na innych, ale i na siebie.

Często porównujemy się z innymi narodami, szukając odpowiedzi, dlaczego jedni radzą sobie lepiej, a inni wciąż się uczą. Być może chodzi o coś więcej niż historia — o codzienną odpowiedzialność, o sposób budowania wspólnoty.

Myślę też o Polsce. O kraju, który tak wiele przeszedł, a jednocześnie wciąż się kształtuje. O społeczeństwie pełnym sprzeczności — wrażliwym i gwałtownym zarazem, dumnym, ale czasem zagubionym.

Moja rodzina doświadczyła wojny z wielu stron. Te wspomnienia uczą pokory wobec historii i ostrożności w ocenach. Przypominają, jak łatwo świat może się zmienić i jak ważne jest to, co robimy z własną pamięcią.

Dziś żyjemy w czasach niepokoju, ale też możliwości. I choć nie wszystko napawa optymizmem, pozostaje coś, co pozwala iść dalej — cicha, uparta nadzieja.

Dopóki oddycham, mam nadzieję. Dum spiro, spero*... Jeszcze będzie normalnie.




* Dum spiro, spero (cyt. z Cycerona)