sobota, 18 kwietnia 2026

Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część VI — Tym razem będzie o zdjęciach, których nie mam, o dziadziu z ogromnymi wąsami i o słowie, którego lepiej nie używać przy tatusiu… Będzie też klasowe ustawianie, czerwonoskóre siostrzyczki i pewien bardzo ważny zakład. No i o tym, że czasem największy wyczyn można zepsuć… jednym drobiazgiem.


Rok szkolny przeleciał. Pierwszą klasę zaliczyłam na piątkę. No bo jakżeby inaczej. Wakacje też już przeleciały i jestem już w drugiej klasie.

Dziwne, że jakoś nikt mnie w tym czasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu. No cóż, widocznie nie było możliwości, choć okazji na pewno było sporo. Pewnie nasz fotograf był zbyt zajęty. A może tylko ja nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu? Może gdzieś są, ale w innych albumach.

Trudno, rozpaczać nie będę, bo czas leci jak szalony i pojawiają się nowe atrakcje. Jedną z nich są odwiedziny naszego dziadzia Jana ze Zbaraża. Pierwszy raz go widzę… Fajny jest, podoba mi się. Zwłaszcza te jego ogromne wąsiska.

Dziadzio jest bardzo poważny, ale i miły. Dziwi mnie jedynie to, że jest jakiś taki… niskiego wzrostu. Wyobrażałam go sobie o wiele wyższego.

Ubawiona swoim spostrzeżeniem palnęłam do tatusia, że nasz dziadzio to taki kurdupel. Oj, pożałowałam tego! Bo najnormalniej w świecie tatuś mnie zbeształ jak święty Michał diabła.

W mig zrzedła mi moja rozbawiona mina i zaczęłam się zastanawiać nad słowem „kurdupel”. Wprawdzie dalej nie mogłam zrozumieć, o co tu chodzi — przecież nie ja je wymyśliłam, gdzieś musiałam je usłyszeć. No i w ogóle, co w nim złego?

Na wszelki wypadek uznałam, że złe być musi, skoro tatusia tak zdenerwowało. W końcu to jego tatuś. Może mu było przykro, że starość go tak skurczyła. A do tego bardzo rzadko go widuje — bo w 1945 roku pożegnał się z rodzicami i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Natomiast oni nie chcieli opuszczać swojego domu w Zbarażu, w starej, przedwojennej Polsce. Trudno mi to zrozumieć, ale muszę to przyjąć — jak jakąś powojenną prawdę.

Cała rodzinka zebrała się u stryjostwa, aby godnie i uroczyście przyjąć dziadzia. Lodzia specjalnie dla dziadzia nawet w stroju krakowianki wystąpiła.

Fotograf był na miejscu i nas uwieczniał. Do wspólnego zdjęcia z dziadziem pozowałam bardzo grzecznie, by już nie drażnić tatusia.



Udawałam nawet wielce rezolutną i pozującym siostrzyczkom — a zwłaszcza dziadziowi — przypominałam o chowaniu palców. Aż pan fotograf puścił do mnie oczko... (Okay, okay, wiem, że mam brudne rajtuzki, ale nic więcej nie powiem, bo przecież w gościach jesteśmy. A wiadomo, że jak się liczne — dziecięce kuzynostwo spotka, wariacjom nie ma końca).

Skąd o tych palcach pamiętałam? Ano trudno nie pamiętać, tym bardziej że zaledwie rok wcześniej, na komunii Wiesi, w tym samym miejscu — czyli u stryjostwa — nasz ksiądz wikary-fotograf robił nam zdjęcia.

Nawet na tym samym tapczanie siedzimy, a i ten sam kilim wisi na ścianie. A co jak co, ale pamięć wzrokową to ja mam, że ho, ho! Fotograficzną — rzekłby nasz zawodowy fotograf, gdybym mu się moją pamięcią pochwaliła.

A może i nawet ksiądz wikary rzekłby to samo? E, chyba nie! Chyba nic by nie powiedział, bo jego najbardziej interesuje Wiesia. Nie wiem czemu.

No dobra, nie będę się rozwodzić nad tym tematem, którego nie rozumiem. Pochwalę się za to zdjęciem mojej drugiej klasy.



Pamiętam nasze ustawianie do tego zdjęcia. Ile było z tym zamieszania! Nasza pani ciągle poprawiała Paździerza i Gwoździa, ustawiając ich odpowiednim profilem do obiektywu, bo wcześniej się pobili i mieli co nieco strzaskane buźki.

Natomiast Jolka zapomniała ubrać spódniczkę, ale koniecznie chciała siedzieć w pierwszym rzędzie. Pani się to jednak niezbyt podobało, bo do tego miała też brudne rajtuzy.

Ja jednak panią przekonałam, że może siedzieć przy mnie… Taka miła i przyjazna jestem, a co! Choć, tak po prawdzie, wcale mi się jej niechlujny wygląd nie podobał. No sami popatrzcie. Ale lubię Jolkę. Nadajemy na tych samych falach.



Moja o rok starsza siostrzyczka Terenia, dziwnym trafem, też siedzi z moją klasą. Dziwnym, bo przecież roku nie powtarzała, a jednak siedzi. Dlaczego?

Ano dlatego, że zbyt długo stroiła się do zdjęcia klasowego w swojej klasie. Tak że kiedy się wreszcie wystroiła, jej klasa była już po sesji zdjęciowej. No i Terenia w bek.

Nasza pani, widząc ją płaczącą, ukoiła ją i pozwoliła pozować do zdjęcia z naszą klasą.

Dlatego Terenia jest taka szczęśliwa. Bo nie dość, że spóźnialstwo zostało jej wybaczone, to jeszcze siedzi sobie obok naszej pani.

Koniec końców jakoś się nam wszystkim udało zamknąć buzie, wstrzymać oddech i jednocześnie wlepić ślepia w obiektyw aparatu… i zdjęcie wyszło całkiem, całkiem.

Nawet nasz pan kierownik szkoły był zadowolony, choć wcześniej nerwy go brały na to całe ustawianie i parę razy wychodził z klasy… i z siebie również. Ale jak widać na załączonym obrazku — opłaciło się trochę pomęczyć i podenerwować.

Nadszedł czas wakacji. Nareszcie. To już moje drugie. Znów piękne lato mamy tego roku. Każdej niedzieli, kiedy tylko jest ładna pogoda, jedziemy na basen i rozkoszujemy się chłodną wodą.

Za każdym razem jest nas bardzo dużo, bo przyjaciele rodziców jeżdżą zawsze z nami. Wszyscy są w swoim żywiole. Rozmawiają, śmieją się, a czasem nawet — na raz, dwa, trzy — wskakują razem do wody, żeby się ochłodzić po godzinach siedzenia w słońcu.



A ja? Hulaj dusza, oczywiście! Tyle zimnej wody naraz. Tyle godzin wspaniałej kąpieli w wodzie i w promieniach słonecznych. To jest uciecha! Też jestem w swoim żywiole.

Moje siostrzyczki, nie wiedzieć czemu, jakoś nie podzielają mojej radości. No, może dlatego, że po trzech zaledwie godzinach spiekły się na raka i skóra je piecze. Zwłaszcza na ramionach.

A i nosy mają czerwone jak pomidory, co je mamy do kanapek. Chyba to je musi boleć? Tak się tylko domyślam, bo sama się jeszcze nigdy nie spiekłam.

Mamusia mówi, że to dlatego, że ja — jako jedyna w rodzinie — mam ciemną karnację. A mam ją dlatego, że kiedy była ze mną w ciąży, jadła dużo orzechów, które dziadzio Jan przysyłał ze swojego ogrodu w Zbarażu.

Tak czy siak, ważne, że się czymś odznaczam od moich siostrzyczek. Bo przecież trzeci dziurawiec nie może być taki sam.

Skoro już nie urodziłam się zdrowym chłopcem, to przynajmniej skórę mam zdrową… Ha! Jestem jednak wyjątkowa.

Siostrzyczki coraz bardziej marudzą, więc mamusia postanawia, że wcześniejszym pociągiem wracamy do domu, bo chce tym czerwonoskórym jak najszybciej zrobić okłady z kwaśnego mleka.

Szkoda! To znaczy — szkoda, że już musimy wracać. Bo z tym kwaśnym mlekiem to niech już tym marudom będzie…

Wszystko z koca już pozbierane i popakowane do dużej torby. Mamusia trzepie ze mną koc i rozgląda się za tatusiem.

Te dwie czerwonoskóre też stoją i — marudząc coraz bardziej — również go wypatrują.

A tatusia jakby wcięło. Nigdzie go nie ma. Nikt go nie widział. Czas nagli. Do pociągu zostało tylko pół godziny, a do dworca kawałek drogi.

Mamusia coraz bardziej się denerwuje, czerwonoskóre też, a tatusia nadal nie ma.

Ja tę całą nerwową sytuację wykorzystuję i włażę choć na chwilę do brodzika. A co tam! Poczekam w chłodnej wodzie, aż się sytuacja wyklaruje. Co będę stała jak jołop, kiedy woda aż mnie woła.

Stoję zadowolona… i nagle, na wprost mojego nosa — poprzez długość basenu dla początkujących i szerokość dla zaawansowanych — widzę tatusia na wysokiej, trzypiętrowej wieży. I to na samym jej szczycie.

— O rany! — wrzeszczę, pokazując palcem.

Mamusia patrzy w tym samym kierunku i krzyczy:
— Tomek, nie!

Ale Tomek nie słyszy. Za daleko i za duża wrzawa na basenie. Nagle widzimy, że tatuś bierze rozbieg i… skacze.

Tak jak stałyśmy, z krzykiem puszczamy się biegiem pod wieżę ratować tatusia. Bo on nigdy nie skakał z wieży i na pewno się teraz topi! Musimy go uratować!

Dobiegamy… i nagle widzimy, że tatuś idzie już w naszym kierunku brzegiem basenu... Tylko nie wiedzieć czemu — w skarpetkach.

Och, jak lekko robi mi się na sercu. Mamusi chyba też. Tylko czemu na niego krzyczy? Dziwny to sposób okazywania radości, ale może lepszy taki niż żaden.

Wreszcie mamusia milknie, a tatuś zaczyna się tłumaczyć, że musiał z wieży skoczyć, bo to był bardzo ważny zakład z panem Adamem. Że wcześniej nawet specjalnie wypił z nim jakąś „specjalną wodę” dla kurażu, żeby tego wyczynu dokonać właśnie dzisiaj. A nie mógł przecież przewidzieć, że nam się zachce wcześniej wracać do domu. A że ta specjalna woda zaczęła akurat teraz działać — musiał ten moment wykorzystać za wszelką cenę. Więc skoczył. I basta.

Dobrze, że skoczył na nogi, a nie na głowę — taka dziwna myśl przeleciała mi wtedy przez głowę.

Wreszcie wyszło na to, że tatuś zamiast triumfować własny sukces, wkurzył się niemożebnie. Bo — jak sam powiedział — zrobił z siebie idiotę, skacząc w skarpetkach.

No tak. Wszystkiemu winien pośpiech. Bo co nagle, to po diable — i przez niego zapomniał je zdjąć.

Biedny tatuś… tyle się namęczył, żeby dokonać wyczynu, a na końcu wyszedł na idiotę… Oj, przepraszam! Ale ja tego słowa nie powiedziałam. Ja je tylko pomyślałam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”

(wszystkie odcinki)


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Wiosenne fantasmagorie...

 


Wiosna działa na każdego. I choć na każdego inaczej, to z pewnością działa miło i inspirująco — pod wieloma względami... Czas na wiosenne fantasmagorie. Tekst w obrazie.


piątek, 17 kwietnia 2026

Gdy ogród zaczyna oddychać wiosną

Ziemia jeszcze pamięta ciszę zimy, ale już zaczyna szeptać o życiu. Wystarczył jeden ciepły dzień, by zaczęła uchylać swoje tajemnice i pozwalać im wyrosnąć na światło dnia...


Najpierw były przebiśniegi — ciche, białe zwiastuny wiosny. Jeszcze są, choć powoli ustępują, jakby szeptem żegnały zimę.

Przez długi czas ogród trwał w ciszy. Ziemia milczała, skrywając swoje sekrety. Aż przyszedł jeden ciepły dzień i miękka, łagodna noc — i coś się zmieniło.

Nagle, niemal niezauważalnie, zaczęły się pojawiać.
Z ziemi, z ciszy, z ukrycia.

Nieśmiałe. Delikatne. Kolorowe.

Jak pierwsze słowa wiosny.



Mama kazała się dzielić…

 


Lekcja na całe życie. Nauka, która wraca i się rozprzestrzenia. Dom uczy świata. Dziś kształtuje jutro. Tekst w obrazie.


czwartek, 16 kwietnia 2026

Nietoperze w jaskini – co oznacza ich dziwne zachowanie?

Nietoperze nie tracą orientacji w ciemności. Więc co sprawia, że nagle wpadają w panikę?


„Jaskinia zadrżała, jakby coś obudziło się w jej kamiennym wnętrzu. Powietrze zgęstniało — ciężkie od kurzu i wilgoci — a ciszę rozdarł nagły, przenikliwy pisk. Nietoperze.

Wyrwane ze snu, wpadły w chaos. Ich skrzydła cięły powietrze, jakby uciekały przed czymś, czego nie dało się zobaczyć.

A przecież w normalnych warunkach nietoperze w jaskini poruszają się z niezwykłą precyzją. Dzięki echolokacji bezbłędnie odnajdują drogę nawet w absolutnej ciemności. Ich zachowanie rzadko bywa przypadkowe. Więc co poszło nie tak?”

To fragment mojej powieści fantasy „K-X ląduje”, w którym bohaterowie doświadczają zawału w jaskini i stają twarzą w twarz z czymś, co zakłóca naturalne zachowanie nietoperzy (link).

Ta scena nie wzięła się wyłącznie z wyobraźni. W dzieciństwie sama przeżyłam spotkanie z nietoperzami w jaskini — w Jaskini Radochowskiej, niedaleko Lądka-Zdroju. Pamiętam chłód, ciemność i moment, w którym cisza nagle zamieniła się w trzepot skrzydeł.

To doświadczenie wracało do mnie przez lata. Z czasem zaczęłam patrzeć na nietoperze inaczej. Nie tylko jak na stworzenia nocy, ale jako niezwykle precyzyjne, wrażliwe zwierzęta.

Ich zachowanie w jaskini nie jest chaotyczne — przeciwnie, opiera się na doskonałym systemie orientacji, jakim jest echolokacja. Dlatego każdy nagły niepokój w ich ruchach coś oznacza.

Po latach udało mi się zrobić zdjęcia nietoperzy z bliska — w ogrodzie zoologicznym Wilhelma w Stuttgarcie. Jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć.

Nietoperz patrzył prosto na mnie. Jego spojrzenie było intensywne, skupione — niemal ludzkie. Przez chwilę miałam wrażenie, że próbuje coś przekazać. Jakby wiedział więcej, niż powinien.



Nie odczuwałam strachu. A przecież wiem, że w kulturze zachodniej — zwłaszcza tej zakorzenionej w chrześcijaństwie — nietoperze od dawna obarczone są mroczną symboliką. Kojarzone z nocą, śmiercią, demonami, budzą raczej niepokój niż zachwyt.

Ja jednak wybieram inną opowieść. Tę, która przychodzi z Chin, gdzie nietoperz staje się znakiem szczęścia, bogactwa i długowieczności. Symbol, który zamiast lęku niesie pomyślność. I ta interpretacja jest mi zdecydowanie bliższa.

Choć gdzieś głęboko pozostaje jeszcze cień dawnego respektu — jest on już tylko lekkim drżeniem, wspomnieniem.

Może to właśnie tamto spojrzenie, uchwycone na zdjęciu, oswoiło we mnie ten lęk. A może po prostu nauczyłam się patrzeć uważniej.


Myśli i Wszechświat. Krąg Cudów...

 


Myśli są iskrami Wszechświata, kiedy biją w zgodzie z sercem, rodzą cuda. Tylko dobro w nich zawarte może przemienić świat. Tekst w obrazie.


środa, 15 kwietnia 2026

Czas złocistych krzewów

Forsycja rozkwita nagle — jakby ktoś rozsypał światło na jeszcze chłodnej ziemi. Jej kwiaty są jednymi z pierwszych znaków wiosny, a przy tym pojawiają się z niezwykłą śmiałością: zanim rozwiną się liście, krzew już płonie złotem. Każdy pąk przypomina drobny odprysk słońca, na które tak długo czekaliśmy.

Ten intensywny, ciepły żółty kolor niesie w sobie obietnicę — dni dłuższych, jaśniejszych, łagodniejszych. Nic więc dziwnego, że forsycję nazywa się złotym deszczem. Jej uroda nie jest jednak jedyną wartością, jaką skrywa.

W jej delikatnych kwiatach kryje się bowiem coś więcej niż tylko piękno. Zawarte w nich substancje — rutyna i witamina C — od dawna wykorzystywane są dla wzmocnienia naczyń krwionośnych.

Napary i wyciągi z forsycji przypisuje się także działanie wspierające organizm: pomagają regulować poziom cukru, wspomagają pracę wątroby i nerek, a nawet — jak się sądzi — mogą mieć znaczenie w profilaktyce poważniejszych chorób.

Również w świecie kosmetyki forsycja odnajduje swoje miejsce. Subtelnie pielęgnuje skórę, przywracając jej sprężystość i spowalniając ślady upływającego czasu — jakby chciała zatrzymać w niej odrobinę wiosny.

A jednak najpiękniej doświadcza się jej blisko — zrywając kwiaty w cichy, suchy poranek, zanim słońce stanie wysoko. Rozsypane później na jasnej tkaninie, na chwilę ożywają jeszcze ruchem drobnych istnień, które skrywały się w ich wnętrzu. To moment uważności, niemal rytuał.

Można potem zamknąć tę wiosnę w filiżance naparu, w lekkiej sałatce, a nawet zachować ją na chłodniejsze dni, susząc kwiaty na zapas.

Bo czas forsycji jest krótki — kończy się wraz z początkiem maja. Tym bardziej warto się zatrzymać i zanurzyć w tym złotym, ulotnym blasku.