Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część VI — Tym razem będzie o
zdjęciach, których nie mam, o dziadziu z ogromnymi wąsami i o
słowie, którego lepiej nie używać przy tatusiu… Będzie też
klasowe ustawianie, czerwonoskóre siostrzyczki i pewien bardzo ważny
zakład. No i o tym, że czasem największy wyczyn można zepsuć…
jednym drobiazgiem.
Rok
szkolny przeleciał. Pierwszą klasę zaliczyłam na piątkę. No bo
jakżeby inaczej. Wakacje też już przeleciały i jestem już w
drugiej klasie.
Dziwne,
że jakoś nikt mnie w tym czasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu.
No cóż, widocznie nie było możliwości, choć okazji na pewno
było sporo. Pewnie nasz fotograf był zbyt zajęty. A może tylko ja
nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu? Może gdzieś są, ale w
innych albumach.
Trudno,
rozpaczać nie będę, bo czas leci jak szalony i pojawiają się
nowe atrakcje. Jedną z nich są odwiedziny naszego dziadzia Jana ze
Zbaraża. Pierwszy raz go widzę… Fajny jest, podoba mi się.
Zwłaszcza te jego ogromne wąsiska.
Dziadzio
jest bardzo poważny, ale i miły. Dziwi mnie jedynie to, że jest
jakiś taki… niskiego wzrostu. Wyobrażałam go sobie o wiele
wyższego.
Ubawiona
swoim spostrzeżeniem palnęłam do tatusia, że nasz dziadzio to
taki kurdupel. Oj, pożałowałam tego! Bo najnormalniej w świecie
tatuś mnie zbeształ jak święty Michał diabła.
W mig
zrzedła mi moja rozbawiona mina i zaczęłam się zastanawiać nad
słowem „kurdupel”. Wprawdzie dalej nie mogłam zrozumieć, o co
tu chodzi — przecież nie ja je wymyśliłam, gdzieś musiałam je
usłyszeć. No i w ogóle, co w nim złego?
Na
wszelki wypadek uznałam, że złe być musi, skoro tatusia tak
zdenerwowało. W końcu to jego tatuś. Może mu było przykro, że
starość go tak skurczyła. A do tego bardzo rzadko go widuje — bo
w 1945 roku pożegnał się z rodzicami i wyjechał na Ziemie
Odzyskane. Natomiast oni nie chcieli opuszczać swojego domu w
Zbarażu, w starej, przedwojennej Polsce. Trudno mi to zrozumieć,
ale muszę to przyjąć — jak jakąś powojenną prawdę.
Cała
rodzinka zebrała się u stryjostwa, aby godnie i uroczyście przyjąć
dziadzia. Lodzia specjalnie dla dziadzia nawet w stroju krakowianki
wystąpiła.
Fotograf
był na miejscu i nas uwieczniał. Do wspólnego zdjęcia z dziadziem
pozowałam bardzo grzecznie, by już nie drażnić tatusia.
Udawałam
nawet wielce rezolutną i pozującym siostrzyczkom — a zwłaszcza
dziadziowi — przypominałam o chowaniu palców. Aż pan fotograf
puścił do mnie oczko... (Okay, okay, wiem, że mam brudne rajtuzki,
ale nic więcej nie powiem, bo przecież w gościach jesteśmy. A
wiadomo, że jak się liczne — dziecięce kuzynostwo spotka,
wariacjom nie ma końca).
Skąd o
tych palcach pamiętałam? Ano trudno nie pamiętać, tym bardziej że
zaledwie rok wcześniej, na komunii Wiesi, w tym samym miejscu —
czyli u stryjostwa — nasz ksiądz wikary-fotograf robił nam
zdjęcia.
Nawet na
tym samym tapczanie siedzimy, a i ten sam kilim wisi na ścianie. A
co jak co, ale pamięć wzrokową to ja mam, że ho, ho!
Fotograficzną — rzekłby nasz zawodowy fotograf, gdybym mu się
moją pamięcią pochwaliła.
A może i
nawet ksiądz wikary rzekłby to samo? E, chyba nie! Chyba nic by nie
powiedział, bo jego najbardziej interesuje Wiesia. Nie wiem czemu.
No dobra,
nie będę się rozwodzić nad tym tematem, którego nie rozumiem.
Pochwalę się za to zdjęciem mojej drugiej klasy.
Pamiętam
nasze ustawianie do tego zdjęcia. Ile było z tym zamieszania! Nasza
pani ciągle poprawiała Paździerza i Gwoździa, ustawiając ich
odpowiednim profilem do obiektywu, bo wcześniej się pobili i mieli
co nieco strzaskane buźki.
Natomiast
Jolka zapomniała ubrać spódniczkę, ale koniecznie chciała
siedzieć w pierwszym rzędzie. Pani się to jednak niezbyt podobało,
bo do tego miała też brudne rajtuzy.
Ja jednak
panią przekonałam, że może siedzieć przy mnie… Taka miła i
przyjazna jestem, a co! Choć, tak po prawdzie, wcale mi się jej
niechlujny wygląd nie podobał. No sami popatrzcie. Ale lubię
Jolkę. Nadajemy na tych samych falach.
Moja o rok starsza siostrzyczka Terenia, dziwnym trafem, też siedzi z moją klasą.
Dziwnym, bo przecież roku nie powtarzała, a jednak siedzi.
Dlaczego?
Ano
dlatego, że zbyt długo stroiła się do zdjęcia klasowego w swojej
klasie. Tak że kiedy się wreszcie wystroiła, jej klasa była już
po sesji zdjęciowej. No i Terenia w bek.
Nasza
pani, widząc ją płaczącą, ukoiła ją i pozwoliła pozować do
zdjęcia z naszą klasą.
Dlatego
Terenia jest taka szczęśliwa. Bo nie dość, że spóźnialstwo
zostało jej wybaczone, to jeszcze siedzi sobie obok naszej pani.
Koniec
końców jakoś się nam wszystkim udało zamknąć buzie, wstrzymać
oddech i jednocześnie wlepić ślepia w obiektyw aparatu… i
zdjęcie wyszło całkiem, całkiem.
Nawet
nasz pan kierownik szkoły był zadowolony, choć wcześniej nerwy go
brały na to całe ustawianie i parę razy wychodził z klasy… i z
siebie również. Ale jak widać na załączonym obrazku — opłaciło
się trochę pomęczyć i podenerwować.
Nadszedł
czas wakacji. Nareszcie. To już moje drugie. Znów piękne lato mamy
tego roku. Każdej niedzieli, kiedy tylko jest ładna pogoda,
jedziemy na basen i rozkoszujemy się chłodną wodą.
Za każdym
razem jest nas bardzo dużo, bo przyjaciele rodziców jeżdżą
zawsze z nami. Wszyscy są w swoim żywiole. Rozmawiają, śmieją
się, a czasem nawet — na raz, dwa, trzy — wskakują razem do
wody, żeby się ochłodzić po godzinach siedzenia w słońcu.
A ja?
Hulaj dusza, oczywiście! Tyle zimnej wody naraz. Tyle godzin
wspaniałej kąpieli w wodzie i w promieniach słonecznych. To jest
uciecha! Też jestem w swoim żywiole.
Moje
siostrzyczki, nie wiedzieć czemu, jakoś nie podzielają mojej
radości. No, może dlatego, że po trzech zaledwie godzinach spiekły
się na raka i skóra je piecze. Zwłaszcza na ramionach.
A i nosy
mają czerwone jak pomidory, co je mamy do kanapek. Chyba to je musi
boleć? Tak się tylko domyślam, bo sama się jeszcze nigdy nie
spiekłam.
Mamusia
mówi, że to dlatego, że ja — jako jedyna w rodzinie — mam
ciemną karnację. A mam ją dlatego, że kiedy była ze mną w
ciąży, jadła dużo orzechów, które dziadzio Jan przysyłał ze
swojego ogrodu w Zbarażu.
Tak czy
siak, ważne, że się czymś odznaczam od moich siostrzyczek. Bo
przecież trzeci dziurawiec nie może być taki sam.
Skoro już
nie urodziłam się zdrowym chłopcem, to przynajmniej skórę mam
zdrową… Ha! Jestem jednak wyjątkowa.
Siostrzyczki
coraz bardziej marudzą, więc mamusia postanawia, że wcześniejszym
pociągiem wracamy do domu, bo chce tym czerwonoskórym jak
najszybciej zrobić okłady z kwaśnego mleka.
Szkoda!
To znaczy — szkoda, że już musimy wracać. Bo z tym kwaśnym
mlekiem to niech już tym marudom będzie…
Wszystko
z koca już pozbierane i popakowane do dużej torby. Mamusia trzepie
ze mną koc i rozgląda się za tatusiem.
Te dwie
czerwonoskóre też stoją i — marudząc coraz bardziej — również
go wypatrują.
A tatusia
jakby wcięło. Nigdzie go nie ma. Nikt go nie widział. Czas nagli.
Do pociągu zostało tylko pół godziny, a do dworca kawałek drogi.
Mamusia
coraz bardziej się denerwuje, czerwonoskóre też, a tatusia nadal
nie ma.
Ja tę
całą nerwową sytuację wykorzystuję i włażę choć na chwilę
do brodzika. A co tam! Poczekam w chłodnej wodzie, aż się sytuacja
wyklaruje. Co będę stała jak jołop, kiedy woda aż mnie woła.
Stoję
zadowolona… i nagle, na wprost mojego nosa — poprzez długość
basenu dla początkujących i szerokość dla zaawansowanych —
widzę tatusia na wysokiej, trzypiętrowej wieży. I to na samym jej
szczycie.
— O
rany! — wrzeszczę, pokazując palcem.
Mamusia patrzy w tym
samym kierunku i krzyczy:
— Tomek, nie!
Ale Tomek
nie słyszy. Za daleko i za duża wrzawa na basenie. Nagle widzimy,
że tatuś bierze rozbieg i… skacze.
Tak jak
stałyśmy, z krzykiem puszczamy się biegiem pod wieżę ratować
tatusia. Bo on nigdy nie skakał z wieży i na pewno się teraz topi!
Musimy go uratować!
Dobiegamy…
i nagle widzimy, że tatuś idzie już w naszym kierunku brzegiem
basenu... Tylko nie wiedzieć czemu — w skarpetkach.
Och, jak
lekko robi mi się na sercu. Mamusi chyba też. Tylko czemu na niego
krzyczy? Dziwny to sposób okazywania radości, ale może lepszy taki
niż żaden.
Wreszcie
mamusia milknie, a tatuś zaczyna się tłumaczyć, że musiał z
wieży skoczyć, bo to był bardzo ważny zakład z panem Adamem. Że
wcześniej nawet specjalnie wypił z nim jakąś „specjalną wodę”
dla kurażu, żeby tego wyczynu dokonać właśnie dzisiaj. A nie
mógł przecież przewidzieć, że nam się zachce wcześniej wracać
do domu. A że ta specjalna woda zaczęła akurat teraz działać —
musiał ten moment wykorzystać za wszelką cenę. Więc skoczył. I
basta.
Dobrze,
że skoczył na nogi, a nie na głowę — taka dziwna myśl
przeleciała mi wtedy przez głowę.
Wreszcie
wyszło na to, że tatuś zamiast triumfować własny sukces, wkurzył
się niemożebnie. Bo — jak sam powiedział — zrobił z siebie
idiotę, skacząc w skarpetkach.
No tak.
Wszystkiemu winien pośpiech. Bo co nagle, to po diable — i przez
niego zapomniał je zdjąć.
Biedny
tatuś… tyle się namęczył, żeby dokonać wyczynu, a na końcu
wyszedł na idiotę… Oj, przepraszam! Ale ja tego słowa nie
powiedziałam. Ja je tylko pomyślałam.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
(wszystkie odcinki)
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.