Trzeci dziurawiec.
Opowieści Mintka — część XIII — Tym razem będzie o…
braciszku, który rośnie szybciej niż się da zauważyć, o radiu,
które nie wytrzymało napięcia, i o hałdach rzepaku, które
okazały się najlepszym placem zabaw świata. O tym, że czasem
wystarczy chwila, żeby zwykły dzień zamienił się w małą
katastrofę — i jeszcze większą przygodę.
Fajnego
mam braciszka, co nie? Rośnie nam jak na drożdżach i już ma pół
roczku. Nawet kuzynka Cesia przyszła do nas, żeby zobaczyć, ile
już urósł.
Mówi, że dużo i że jest kochany. Terenia też
go kocha… Zaraz, a gdzie Tereni warkocze? Aha, z początkiem
wakacji wreszcie się ich pozbyła.
(zdjęcia
— znów byle jakie. Hihi… ale wiadomo, to tatuś —
fotograficzny antytalent je robił. Pokazuję je jednak, bo chcę się
pochwalić pięknymi sukieneczkami, które nam wszystkim mamusia
własnoręcznie uszyła. Na drugim zdjęciu również. Prawda, że
zdolna jest?)
Nasz
osobisty fryzjer, pan Idziak, ściął jej te nieszczęsne długie
włosiska. I to mamusia sama ją do niego zaprowadziła. Na
odczepnego, jak mówiła, bo Terenia długo jej dziurę w brzuchu o
to wierciła. Prosiła, przekonywała i tłumaczyła na wszystkie
możliwe sposoby.
Sypała
też argumentami jak z rękawa: że ja mam od zawsze krótkie włosy,
że Lodzia już od trzech lat takie ma, że tylko ona nie wiadomo po
co nosi te warkocze i same kłopoty z nimi, że wpadają do zupy, że
gnidy znów może z kolonii przywieźć jak w zeszłym roku… I tak
w kółko, aż mamusia nie mogła już tego słuchać, więc w końcu
zaprowadziła ją do fryzjera.
Och, jaka
Terenia była szczęśliwa! Tak się cieszyła ze swojej nowej
fryzury (podobnej do mojej zresztą), że w drodze powrotnej
wypaplała mamusi naszą tajemnicę sprzed dwóch lat. No, o tej jej
połówce warkocza odgryzionego przez Kazana.
Mamusia, o dziwo,
wcale się nie zdenerwowała, tylko się śmiała. Ha, a to ci numer!
A ja się tak długo męczyłam z trzymaniem tego w tajemnicy. No czy
nie jestem głupia? Skoro mamusię to rozbawiło, to mogłam ją już
dawno rozśmieszyć. Zawsze Terenia musi być lepsza… Kurka wodna!
Ale ja za
to jestem lepszą niańką dla naszego malutkiego braciszka. Bo to ja
jeżdżę z nim na spacery, bawię się z nim i usypiam go, kiedy
mamusia musi wyjść z domu.
Raz
jednak Wojtuś nie chciał zasnąć, a mnie śpieszno było wyjść z
Baśką z sąsiedztwa na podwórko, więc końce koca przywiązałam
do dwóch krzeseł i zrobiłam mu całkiem szykowny hamak.
Baśka
siedziała na jednym krześle, ja na drugim i kołysałyśmy go…
Radio, które widać na zdjęciu (tatuś mówił, że było bardzo
drogie, bo miało jakąś węglową obudowę), grało cicho, aż
nagle zaczęło trzeszczeć.
Wojtuś w
ryk — więc podskoczyłam do niego i próbowałam go jakoś
ustawić. Nie chciało przestać, więc walnęłam pięścią w
pokrętło. Przestało… ale pokrętło wyleciało razem z szybką.
Wystraszona,
natychmiast włożyłam pokrętło — jak trzeba — na miejsce,
radio znów zaczęło grać i… trzeszczeć. Tak że wszystko
wróciło do normy. Tylko szybki niestety nie udało mi się do stanu
poprzedniego doprowadzić.
Wprawdzie
udało mi się wybitym kawałkiem dziurę zakryć, lecz nie do końca.
Byłam wściekła na to głupie radio. Nabluzgałam mu pod nosem, ile
wlezie. Ale w końcu dałam sobie spokój i z naprawą, i z
bluzganiem, gdyż zauważyłam, że Wojtuś w międzyczasie usnął.
Szybciutko
przeniosłam go więc do łóżeczka i pognałam z Baśką na
podwórko, zapominając o całej tej radiowej sprawie.
Dopiero
tatuś mi o niej wieczorem przypomniał, bo dostałam burę jakich
mało. Nie powiem, trochę się tą burą przejęłam, ale że akurat
wróciłam do domu po wspaniałej zabawie i byłam od środka ciągle
jeszcze rozbawiona, to jakoś szybko mi przeszło.
A byłam
właśnie z Baśką i Jolką w cukrowni pozjeżdżać sobie z hałdy
rzepaku... Że co? Że coś mi się pokręciło? Akurat! Nic mi się
nie pokręciło i wiem, co mówię. Bo też nie pierwszy raz
zjeżdżałam po hałdzie rzepaku w cukrowni.
Od paru
już lat w czasie wakacji w cukrowni suszony jest rzepak. Ludzie
muszą przecież mieć robotę cały czas, a nie tylko w czasie
kampanii cukrowej. No!
Do
cukrowni zwożą więc rzepak z każdej strony. I rolnicy furmankami
albo traktorami — co bogatsi, i kierowcy dużymi autami, i
kolejarze koleją. Tak że w czasie wakacji rzepaku jest w cukrowni
od groma. W suszarni jest suszony, a potem zsypywany w ogromnej hali
na dwie hałdy.
A hałdy
te są ogromniaste. Wysokie po sam sufit hali. Pięknie wyglądają.
Są czarne jak smoła i cieplutkie jak… jak… jak dach naszej
małej obórki po Muńce.
No, no,
tylko się nie śmiać! Wiem, co mówię, bo tysiące razy się na
nim opalałam. Dach pokryty jest papą, która w upalny dzień
nagrzewa się niesamowicie i bardzo długo jest ciepła. Nawet po
zachodzie słońca jest jeszcze ciepła.
Przekonałam się o tym wiele razy, bo w tej obórce po
Muńce urządziłam sobie wspaniały dzienny pokoik.
Rzepak w suszarni jest podobnie ciepły. Oj,
przyjemniutko ciepły. No i jak tu takiego dobra nie wykorzystać,
kiedy już wszyscy pracownicy cukrowni są w domach?
Grzechem by było, gdyby się nie wykorzystało. A ja
grzeszyć nie lubię, więc wykorzystywałam. A ze mną Baśka i
Jolka.
Zresztą tylko ja miałam takie szczęście, że mogłam
wchodzić do cukrowni, kiedy chciałam. Portierzy na brzmienie mojego
nazwiska od razu otwierali drzwi i wszystkie zabudowania stały
przede mną otworem. Nie zastanawiałam się dlaczego — po prostu
tak było. Więc i to trzeba było wykorzystywać, ile się da. A
dawało się bardzo dużo.
W czasie kampanii cukrowej tyle się działo, tyle było
do zwiedzania, tyle było do zjedzenia. I to nie tylko cukru w każdej
postaci, czy melasy, ale różnych też pysznych różności, gdyż
ludzie tam pracujący, chętnie mnie częstowali tym, co mieli do
zjedzenia.
Teraz jest lato, kampanii nie ma i buraków cukrowych
jeszcze nie zwożą, ale jest za to rzepak. Hałdy rzepaku. Czy ktoś
wie, jaka to świetna zabawa może być na takiej hałdzie rzepaku?
Ja wiem, bo sama tę zabawę wymyśliłam. I sama też nauczyłam
moje koleżanki zjeżdżać ze szczytu hałdy.
A zjeżdżać można na wiele sposobów: na plecach, na
pupie, na brzuchu, na nogach, przodem, tyłem, bokiem… Raz nawet
chciałam na głowie zjechać, ale mało się nie udusiłam, bo głowa
mi ugrzęzła w sypkim rzepaku po samą szyję, to dałam sobie
spokój z takim akurat sposobem zjeżdżania. No ale spróbować
trzeba było przecież. Bo kto nie próbuje, to nie wie, co można, a
czego nie.
Jak już się ubawiłam po same pachy, zwijałam wtedy
koleżanki z hałdy i przystępowałyśmy do wzajemnego otrzepywania
się z rzepaku. Bo też rzepak miałyśmy wszędzie. We włosach, w
ubraniach, w butach, i… we wszystkich dziurkach. Nawet nie będę
ich wymieniać, zwłaszcza tej jednej, bo znów mi się przypomni,
żem dziurawiec.
Najgorzej nam było wytrzepać rzepak z listew
spódniczek. No bo też trudno się było do niego dostać, bez
sprucia choćby kawałka listwy. A tego robić nie chciałyśmy, bo
potem mogłybyśmy w domu oberwać… Zresztą i tak obrywałyśmy.
Za co? Jak to za co? Za darmo!
No i może za tych „parę” ziarenek rzepaku, które
w pralce — przy praniu naszych spódniczek — pływały potem na
powierzchni wody, tworząc zawiesiste, tłuste plamy... Ale i to się
jakoś przeżyło!
Cykl:
„Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie
odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To
cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych
historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej
dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda
opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym
fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść
o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.