Wystarczy wjechać
rowerem do pewnej podmiejskiej zagrody, żeby natychmiast wzbudzić
zainteresowanie jej pierzastych mieszkańców. Emu chce dziobnąć
aparat, kogut drepcze krok w krok, gęsi zachowują dystans, a
gołębie bacznie obserwują przybysza. Największym powodzeniem
cieszy się jednak… rower. Szczególnie jego opony. Czy udało mi
się wyjechać z zagrody w jednym kawałku?
W
ogromnej podmiejskiej zagrodzie na szczycie tutejszej góry można
każdego dnia podziwiać całe mnóstwo ptasiego towarzystwa –
zarówno tego, które fruwa, jak i tego, które woli twardo stąpać
po ziemi. Jest ich mnóstwo. Lubię tam być. Wśród tych zwierzaków
czuję się jak za dawnych lat u cioci na wsi.
Niedawno
znów tam byłam. Kiedy tylko wjechałam rowerem do zagrody, wśród
pierzastych zrobiło się wielkie poruszenie. Każde od razu się mną
zainteresowało i podchodziło do mnie tak blisko, jak tylko się
dało.
Emu,
nazywany zwyczajnym, nie był znów taki zwyczajny. Był jakiś taki
podekscytowany i ruchliwy, że nie mogłam mu nawet spokojnie zrobić
zdjęcia. Za każdym razem, kiedy tylko nastawiałam aparat do
pstryknięcia, chciał dziobnąć obiektyw. A robił to z bardzo
dużym impetem — z wyrzutu swojej długiej szyi. W końcu, po
którymś tam już z moich uników, udało mu się i z całej siły
dziobnął obiektyw. Ślad jego ataku pozostanie na nim już na
zawsze.
Musiałam
bardzo uważać, żeby mi aparatu całkiem nie zniszczył. Albo nawet
nie porwał. Strasznie był szybki. A ta jego mała główka kręciła
mu się na wszystkie strony niczym peryskop.
Drugi zaś
emu jaja chyba wysiadywał, bo w ogóle się z miejsca nie ruszał i
nie reagował na moje nawoływania. Tylko mnie czujnie obserwował.
Kur i
kurek w zagrodzie jest mnóstwo. Chodzą sobie wszędzie i w ogóle
się ludzi nie boją. Jeden kogut chodził za mną krok w krok. Coś
ode mnie chciał? A może tylko za stróża zagrody robił?
Jedynie
gęsi były jakoś mniej towarzyskie. Podchodziły do mnie na krótko
i zaraz odchodziły dostojnym krokiem.
Podobnie
zachowywał się czarny indor i co rusz odwracał się do mnie tyłem.
A tak bardzo chciałam sfotografować jego piękne, czerwone korale.
I nie udało się.
Wszystkie
ptaki żyją ze sobą w dobrej komitywie. W wielu miejscach można
było spotkać ich mieszane towarzystwo, które miało sobie dużo do
wygęgania, wykwakania i wykokania.
Niektóre
gąski były chyba świeżo po skubaniu, bo jakoś tak skrzydła im
opadły. Ale było widać, że niewiele sobie z tego robiły.
Gołębi
w zagrodzie też jest mnóstwo. Co rusz jakiś podfruwał do mnie i
bacznie mnie obserwował, gruchając cichutko.
Zainteresowanie
ptactwa moim rowerem było duże. Czasami musiałam całe towarzystwo
wręcz od roweru odpędzać. Ich szczególne zainteresowanie oponami
stawało się momentami niebezpieczne. Dla mojego roweru oczywiście.
Ale w sumie dla mnie też. No bo jak bym do domu wróciła?
Bliski
kontakt z naszymi braćmi mniejszymi daje dużo radości i odprężenia
od trosk dnia codziennego. Kto nie wierzy, niech spróbuje choć na
chwilę pobyć w ich towarzystwie — gdziekolwiek tylko one są. Sam
się wtedy przekona, że to szczera prawda.