niedziela, 24 maja 2026

Wszyscy widzą problem rządu, nikt nie wymusza zmiany

O złej komunikacji rządu mówi się od miesięcy, jakby była to oczywistość, nad którą nie trzeba się już pochylać. Wszyscy ją widzą, wszyscy ją komentują — i na tym się kończy. A przecież to nie jest tylko problem „przekazu”, ale realna polityczna słabość, która wpływa na nastroje społeczne i decyzje wyborcze. Najbardziej uderza jednak coś innego: że ci, którzy tę słabość najgłośniej opisują, nie robią nic, by ją zatrzymać. I udają, że to nie ich gra.



Nie rozumiem jednej rzeczy, która wraca w dyskusjach jak bumerang. Wszyscy „świadomi” dziennikarze mówią o fatalnej komunikacji rządu, o nieumiejętności przedstawiania własnych działań i o tym, że społeczeństwo — rzekomo mało uważne i nastawione wyłącznie na konsumpcję — nie dostrzega sukcesów władzy.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby na diagnozie się nie kończyło. Bo na tym właśnie się kończy.

Dużo słów, komentarzy, analiz, a w praktyce brak jakiejkolwiek realnej presji czy zorganizowanego działania, które mogłoby wymusić zmianę tej komunikacyjnej nieporadności. Jakby temat był jedynie intelektualnym ćwiczeniem, a nie kwestią, która realnie wpływa na przyszłość całego kraju.

A przecież ta przyszłość dotyczy również środowisk medialnych. To nie jest obserwacja z zewnątrz, tylko gra, w której stawką jest także ich własna pozycja i bezpieczeństwo. 

Udawanie, że wynik wyborów ich nie dotyczy, jest albo naiwnością, albo wygodnym dystansem, który łatwo utrzymać, dopóki nie przyjdą konsekwencje.

Nie chciałabym być w ich sytuacji, jeśli PiS ponownie wróci do władzy. Bo wtedy refleksje — jeśli w ogóle się pojawią — będą już spóźnione.

Dlatego to moment, który wymaga czegoś więcej niż komentarzy. Jeśli ta bierność się utrzyma, skutki nie będą abstrakcyjne. Będą bardzo konkretne.


Wyrok bez winy — w imieniu tych, którzy nie mówią...

 


Tam, gdzie kończy się wolność — zwierzęta milkną. Bo życie w klatce to powolne znikanie — pamiętajmy te słowa: to nie jest życie, to tylko trwanie. Wolność nie ma gatunku. Wierszyk w obrazie.


sobota, 23 maja 2026

Na Wschód — z duszą na ramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część X I — Tym razem będzie o podróży, która miała być tylko wyjazdem do rodziny, a okazała się wyprawą pełną nerwów, strachu i dziwnych przygód. O mamusi, która sama poprawia zdjęcia w paszporcie — i prawie zostaje szpiegiem. O tatusiu, który znika w kluczowym momencie i wraca… jakby trochę innym językiem mówił. O szerokich torach, złotych zębach i cerkwi, w której trudno powstrzymać śmiech. I o tym, że nie wszystkie depesze mówią prawdę — ale niektóre niestety tak. Bo życie — jak zwykle — toczy się dalej swoim trybem.


No i stało się — jedziemy z ciężarną mamusią za granicę, do „Wielkiego Brata”, jak mówił tatuś, czyli do ZSRR, a dokładniej na Ukrainę. Ha! Bardzo się cieszę, bo to moja pierwsza tak daleka podróż.

Jedziemy w czwórkę, czyli mamusia, tatuś, Terenia, no i ja. Nie licząc oczywiście (mam wielką nadzieję) braciszka w maminym brzuszku. Lodzia tym razem nie jedzie, bo ona już była z tatusiem dwa lata wcześniej.

Rodzice bardzo długo starali się o paszporty na wyjazd. Koniecznie chcieli nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój majątek, jaki tam zostawili… Eee tam, „zostawili” — Sowieci im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie Odzyskane.

W końcu udało się — ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę o treści:
— „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie natychmiast”.

Depeszę tę przysłała tatusia starsza siostra, która jako jedyna z jego rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza pomogła. Dostaliśmy w końcu te upragnione paszporty… no i ruszyliśmy w podróż.

Jest koniec sierpnia. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy. Raz — że czeka mnie tak daleka i długa podróż, a dwa — co było jeszcze większym powodem do radości — że we wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie trochę na mnie poczeka… Hurra!

Przez całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas nie mógł wiedzieć, ile jest prawdy w tej depeszy. Natomiast na granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty.

Służba graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano dlatego, że mamusia sama sobie wymieniła zdjęcie w paszporcie (poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe — ładniejsze według niej — przyklejając.

Przetrzymywano nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin. Sowieccy żołnierze brali już mamusię za szpiega.

Nerwów zjedliśmy co niemiara. Mamusię aż brzuch straszliwie rozbolał. A tam — no, w tym jej brzuchu — wiadomo, był przecież dzidziuś.

Tatuś wnerwił się wtedy jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć, czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną.

Fakt faktem — wnerwił się okrutnie i, zostawiając nas same, zniknął na dłuższą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w naszym wspólnym paszporcie.

O, właśnie to, na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a bezprawną zamianę zdjęcia w dokumencie wielkiej wagi, jakim jest jej osobisty paszport, wybaczono.



No i dzięki Bogu — a właściwie tatusiowi, który, jak później wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce) — przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej.

Mamusia odetchnęła z ulgą — aż ją dzidziuś przestał boleć… to znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też.

Dziwiła mnie tylko jedna rzecz — dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną tak go zmęczyły?

Ale to, oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było tylko to, że mogliśmy jechać dalej.

Jednak zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali, stukali, walili.

Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi. Tatuś nie od razu mi odpowiedział — najwyraźniej już usypiał, umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie prosto do jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać szerokimi torami i że kolejarze dopasowują rozstaw osi pociągu do rozmiarów torów.

No coś takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył, pobiegłam do ostatniego wagonu, by przez oszklone drzwi lepiej widzieć te dziwacznie szerokie tory… no i zagraniczne krajobrazy oczywiście.

Na szerokich torach dojechaliśmy do Lwowa. We Lwowie mieliśmy przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu — do Zbaraża.

Mimo że podróż trwała grubo ponad dobę i usłana była wieloma trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie czułam żadnego zmęczenia.

Na dworcu w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do domu dziadzia. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo opowiadał po drodze, jak niektórzy jego rodacy podszywają się za taksówkarzy i polują na gości z Polski. Potem wywożą ich do lasu, gdzie czekają już pomagierzy — i tam mordują. Po czym zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze wszystkimi bagażami.

O rany, ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że nie musieliśmy zbyt długo jechać taksówką i przez żaden las, bo nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły.

Na szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.

Dziwnie było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas — inne domy, inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną złota… to jest — złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali jak jakieś cyborgi. Nie podobali mi się.

Codziennie chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas przyjmowano. Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy nas na niego nie wypuścili.

Dlatego staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny.

Byliśmy też na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele, tylko w cerkwi. Z polskiego kościoła po wojnie Sowieci zrobili jakiś magazyn.

Śmiesznie było w tej cerkwi. Wszyscy żegnali się jakoś tak dziwnie — po trzy razy. A ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj — tyle że czarną.

I zanim się pojawił przy czymś podobnym do ołtarza, najpierw kilka bram mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń.

Śmiać mi się chciało okropnie, ale że mamusia co chwilę piorunowała mnie wzrokiem, to jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to wcale nie było — tak się hamować.

Parę razy chodziłam też z dziadziem Janem na cmentarz w innym celu. Otóż zbieraliśmy czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego. Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze robi mu na zdrowie.

Z chęcią więc z nim chodziłam i w pośpiechu zbierałam to czerwone paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył i nas w Polsce odwiedził.

Bo — jak się okazało, na szczęście — ta depesza z umierającym dziadziem była tylko ściemą dla urzędu paszportowego.

Byliśmy też na zamku w Zbarażu. Chcieliśmy zobaczyć, gdzie przebywali niektórzy bohaterowie z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Ja szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc.

Zamek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo zniszczony. No ale cóż — Polaków w Zbarażu bardzo mało po wojnie zostało i nie ma komu się tym zająć.

Ale słyszałam, jak ciocia mówiła tatusiowi, że kiedyś mają jednak zacząć remont. Fajnie by było. Zbaraż to w sumie piękne miasto. Szkoda, że nie należy już do Polski.

W oddalonych o jakieś dziesięć kilometrów od Zbaraża Dobrywodach, w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie.

Kiedy tam przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała, bo od wojny była tam po raz pierwszy.

Bała się zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych lat — Marusią. Bo, jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako rodowita Ukrainka, należała do banderowców i po wojnie zesłano ją za to na Sybir.

Mamusia miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała, skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrywód do Zbaraża.

No i kiedy szliśmy przez wieś, cały czas nerwowo nas upominała, żebyśmy mówili szeptem, bo gdy ktoś usłyszy, że mówimy po polsku, może nam zrobić krzywdę.

Tatuś śmiał się z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Po chwili i tak okazało się, że to, czy mówimy głośno, czy nie — nie ma już znaczenia, ponieważ cała chmara dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to tylko po ubiorze.

Tak że kiedy doszliśmy do ulicy mamusi i jej dawnego domu, z gromadą rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się zupełnie zbyteczny — Marusia czekała już na nas przed domem. Widać, że na wsi wieści szybko się rozchodzą.

Spotkanie dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko.

A potem było już tylko miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze później zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze (należące już do jej znajomych Ukraińców z tamtych lat), a nawet ogromne kamieniołomy, z których — jak mówiła Marusia — po wojnie wybudowano połowę Tarnopola.

Bardzo spodobały mi się te kamieniołomy. Byłoby gdzie poszaleć. Oj, byłoby! No ale że zostały skradzione rodzicom mamusi i należały już do Sojuza — lepiej było nie ryzykować, bo a nuż wywiozą mnie na Sybir…

Czas szybko zleciał, jak z bicza strzelił, i trzeba nam było wracać do domu. Było już po połowie września. Rok szkolny dawno się zaczął.

Do domu wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł telegram, że tym razem dziadzio Wojtek jest bardzo chory. Ten telegram akurat — niestety — okazał się prawdziwy.

Kiedy wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary. Miał dopiero 74 lata.

No ale cóż było robić… Wojna i tęsknota za domem rodzinnym — skradzionym przez Sowietów — zrobiły swoje.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Ślimaki ruszyły w drogę

A gdy już wyruszyły, trzeba mieć oczy dookoła głowy, by nie przerwać ich cichej wędrówki jednym nieuważnym krokiem. By nie strącić ich z kruchej gałązki czy delikatnej rośliny, po której suną z niewzruszoną cierpliwością.

Niektórzy odwracają wzrok z niechęcią, omijają je szerokim łukiem, jakby były czymś niepożądanym.



A przecież niesłusznie. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, pochylić bliżej, by dostrzec w nich ukryte piękno — subtelne, ciche, lecz prawdziwe.

I tę niezwykłą budowę ciała, która budzi podziw, jeśli tylko pozwolimy sobie naprawdę ją zobaczyć.



piątek, 22 maja 2026

Opętanie czy mózg? Narracja egzorcystów kontra nauka

Czy „opętanie” to naprawdę walka z demonem — czy raczej dramat rozgrywający się w ludzkim mózgu? To, co od wieków interpretujemy jako ingerencję sił nadprzyrodzonych, może mieć znacznie bardziej przyziemne, choć nie mniej niepokojące źródło.


To nie były demony. To nie był cud. To był twój mózg w trybie przetrwania. Brzmi niewygodnie? Właśnie dlatego tak rzadko mówi się o tym wprost.

Znacznie łatwiej uwierzyć w siły nadprzyrodzone niż zmierzyć się z myślą, że najbardziej przerażające doświadczenia mogą powstawać w naszej własnej głowie. Bo jeśli to prawda, to znaczy, że granica między „normalnością” a utratą kontroli jest znacznie cieńsza, niż chcielibyśmy wierzyć.

Kiedy człowiek doświadcza skrajnego stresu, traumy lub przeciążenia psychicznego, mózg nie „psuje się” w prosty sposób. On się adaptuje. Uruchamia mechanizmy przetrwania: dysocjację, odcięcie emocji, zniekształcenie percepcji. Czasem pojawiają się głosy. Czasem poczucie obcej obecności. Czasem wrażenie, że „to już nie ja”.

W innym kontekście nazwalibyśmy to objawami. W określonej kulturze nazywa się to opętaniem. I właśnie tutaj zaczyna się problem narracji.

Bo jeśli uznamy, że to mózg — a nie demon — stoi za tymi doświadczeniami, zmienia się wszystko. Znika potrzeba walki z „zewnętrznym złem”, a pojawia się konieczność zrozumienia wewnętrznych procesów. To trudniejsze. Mniej spektakularne. I nie daje prostych odpowiedzi.

Dlatego narracja o opętaniu jest tak trwała. Porządkuje chaos. Nadaje sens cierpieniu. Tworzy wyraźny podział: jest ofiara, jest zło, jest ktoś, kto to zło pokona.

Egzorcysta staje się wtedy nie tylko uczestnikiem wydarzeń, ale ich centralną postacią — kimś, kto przywraca porządek w świecie, który wymknął się spod kontroli.

Tyle że ta historia ma swoją cenę. Bo kiedy wszystko tłumaczymy demonem, przestajemy szukać rzeczywistych przyczyn. Pomijamy rolę psychiki, doświadczeń, środowiska. Ryzykujemy, że zamiast pomóc — utrwalamy problem. A czasem nawet go pogłębiamy.

Nie oznacza to, że ludzie „udają” albo że ich doświadczenia są mniej realne. Wręcz przeciwnie — są jak najbardziej realne. Strach, utrata kontroli, poczucie obcości wobec samego siebie — to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle że źródło tych przeżyć nie musi być nadprzyrodzone.

I może właśnie to jest najtrudniejsze do zaakceptowania. Że nie zawsze potrzebujemy walki z demonami. Czasem wystarczy zrozumieć własny mózg.



Czy owady znają przyjaźń?

 


Nawet owady zdają się rozumieć, czym jest przyjaźń. Człowiek — istota myśląca — niekoniecznie. Ich mały owadzi świat jest wielką lekcją przyjaźni dla nas. Tekst w obrazie.


O kalinie, która wraca każdej wiosny

Choć u nas deszcz padał niemal bez wytchnienia aż do zeszłego tygodnia, kalina w moim ogrodzie rozkwitła jakby wbrew pogodzie — obrodziła śnieżnymi kulami, lekkimi jak cisza poranka.

Jej krzewy spotyka się w wielu przydomowych ogrodach i trudno się temu dziwić, bo mają w sobie coś niezwykle dekoracyjnego. Także jej liście jesienią potrafią oczarować — wtedy płoną szkarłatną purpurą, jakby dogasało w nich letnie światło.

Kalina nie owocuje w sposób, w jaki zwykliśmy myśleć o owocach, ale nie potrzebuje tego, by istnieć pełnią uroku. Jest mrozoodporna i każdej wiosny powraca, rodząc swoje bajecznie piękne kwiaty.

Lubię kalinę. Ma wiele odmian, lecz najbardziej urzeka mnie kalina koralowa — ta o białych, puszystych kwiatostanach przypominających małe, świetliste pompony.



Każdej wiosny wpatruję się w jej ogromny krzew, czekając na moment, w którym nagle się odmienia. I za każdym razem dzieje się to tak samo: jeszcze wczoraj nie było nic, a dziś już są one — jakby majowa noc dotknęła gałązek i obudziła w nich biel.



Gdzieś czytałam, że w niektórych regionach Polski sadzono ją na grobach młodych ludzi. Nie wolno było jej wąchać, bo miało to grozić utratą węchu. Zniszczenie jej krzewu uważano za czyn niemal świętokradczy.

Kalina zajmuje szczególne miejsce w tradycji Słowian. Obok róży jest jednym z najczęściej powracających kwiatów w literaturze i muzyce — jakby od wieków domagała się, by ją opowiadać i śpiewać. A może raczej sama to robi, tylko przez ludzi.

Bo „kalinka” („Калинка, калинка, калинка моя! В саду ягода малинка, малинка моя!”) dawno już przestała być tylko pieśnią jednego narodu. Wędruje po świecie, tańczy i rozbrzmiewa w różnych językach i rytmach.

Jedną z takich odsłon znalazłam na YouTube: Kalinka – YouTube