To nie ludzie — to siła. To nie tłum — to bunt. To nie cisza — to krzyk. To nie demonstracja — to przełom. To nie protest — to początek... Wiersz w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
To nie ludzie — to siła. To nie tłum — to bunt. To nie cisza — to krzyk. To nie demonstracja — to przełom. To nie protest — to początek... Wiersz w obrazie.
Czy można odwracać wzrok od tragedii, która codziennie wyświetla się na ekranach naszych urządzeń? Od obrazów wojny, które przestają szokować, bo stają się codziennością?
Wojna nie jest pojęciem abstrakcyjnym. To zniszczone miasta, spalone domy, rozdzielone rodziny. To cywile ginący w bombardowaniach, zasypani gruzami, umierający z głodu i braku pomocy. Wśród nich są dzieci — najbardziej bezbronne ofiary konfliktów, których nie wybrały.
Trudno nie zapytać: jak to możliwe, że w świecie deklarującym przywiązanie do wartości humanistycznych i religijnych wciąż dochodzi do takiego cierpienia? I gdzie w tym wszystkim jest Bóg, o którym mówi się jako o dobru, miłości i sprawiedliwości?
W efekcie to nie brak wiary, lecz człowiek — niezależnie od niej — pozostaje najczęściej źródłem największego cierpienia.
Wobec nadmiaru obrazów wojny wielu ludzi reaguje podobnie: najpierw poruszeniem, potem bezsilnością, a w końcu emocjonalnym odcięciem. To mechanizm obronny, ale też ryzyko zobojętnienia.
Mimo to nie znika pytanie o reakcję. Pomoc — nawet najmniejsza — pozostaje sprzeciwem wobec obojętności. Nie zatrzyma wojny, ale nie pozwala całkowicie milczeć sumieniu.
Najbardziej poruszający pozostaje obraz ludzi klęczących w ruinach. Modlą się, błagają, wołają o cud, a Bóg milczy.
Czerwcowe szepty natury... Między cieniem drzew a miękkim światłem kryją się drobne kwiaty — zatrzymane na chwilę, zanim znikną. Las w czerwcu skrywa więcej, niż widać na pierwszy rzut oka — wystarczy się zatrzymać, by dostrzec jego ciche cuda. Tekst w obrazie.
A gdzie znajdziesz najwięcej nienawistnych moralistów?... Wśród pisowskich i konfederackich „katoloków” (sic!). Fraszka w obrazie.
To gorzka konstatacja: w obliczu egzystencjalnej niepewności psychika nie domaga się prawdy samej w sobie, lecz sensu, który pozwala unieść ciężar istnienia i przetrwać jego najciemniejsze momenty. Aforyzm w obrazie.
Wielu z nas z pewnością było nad jeziorem Hańcza — nad najgłębszym jeziorem w Polsce — i pamięta te cudowne wieczory. Z pewnością też z zachwytem podziwiało sunące po wodzie białe żagle... Ja byłam i swój zachwyt utrwaliłam — wiersz w obrazie.
Miała to być zwykła poranna wędrówka. Kilka kilometrów, trochę ciszy i czas na uporządkowanie myśli. Nie spodziewałam się, że tego dnia spotkam coś, co przypomni mi historię sprzed lat — i pokaże burzę z zupełnie innej strony.
Wczoraj z samego rana miałam zaplanowane „kijkowanie”. Nie było więc miejsca na wymówki — plan to plan. Wsiadłam do auta i pojechałam na szczyt tutejszej góry.
Już po kilku minutach, z lekkim uśmiechem, maszerowałam leśnym traktem. Las przywitał mnie ciszą i spokojem, które otulały jak miękki płaszcz.
Myśli same zaczęły krążyć wokół sprawy, która od jakiegoś czasu domagała się uwagi.
Zamknęłam się w nich tak szczelnie, że nie zauważyłam, kiedy niebo nagle przygasło, a powietrze zgęstniało. Dopiero pierwsze krople deszczu wyrwały mnie z zamyślenia.
Nie przeszkadzało mi to jednak. Lubię deszcz — jego zapach, jego rytm, jego obecność. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam kilka zdjęć. Chciałam zatrzymać tę ulotną chwilę.
Wkrótce jednak cisza zaczęła się kruszyć. Do moich uszu dotarły niskie, coraz bardziej natarczywe pomruki nadchodzącej burzy. I nagle — jak echo z przeszłości — przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam… Oto jego fragment:
...Gdy idzie
na burzę,
zostań lepiej w domu.
Brawura jest głupia,
nie
chroni od gromu...
— No tak — pomyślałam — tylko że ja już jestem poza domem. Nie mając wielkiego wyboru, przyspieszyłam kroku w stronę parkingu.
Nie boję się burz. Wiem, jak się zachować, znam ich naturę. Ale nie widzę sensu w niepotrzebnym wystawianiu się na próbę. Wolę podziwiać je z dystansu — wtedy są najpiękniejsze.
A jednak jest w tej historii coś więcej. W młodości, podczas wakacji u cioci, zostałam porażona piorunem kulistym. Może właśnie dlatego burze fascynują mnie do dziś.
Od tamtej pory zgłębiam ich tajemnice i wiem, że oprócz grozy niosą ze sobą także niezwykłe piękno.
Wyładowania elektryczne oczyszczają powietrze, nasycają je świeżością — jakby po każdej burzy świat zaczynał oddychać głębiej.
Wiem też, jak pomóc tym, którzy mieli mniej szczęścia. Porażenie piorunem najczęściej zatrzymuje oddech i serce. Wtedy liczy się każda sekunda — trzeba działać natychmiast.
Kiedy dotarłam do auta, deszcz lał już strugami, a niebo rozdzierały potężne błyskawice.
Nie odjechałam od razu. Przez kilkanaście minut siedziałam w środku, patrząc na ten niezwykły spektakl natury.
Nie czułam strachu. Samochód stał się moim schronieniem — zamkniętą przestrzenią, która jak klatka Faradaya odcinała mnie od żywiołu.
Wiedziałam, że nawet jeśli piorun uderzy, jego energia rozleje się po zewnętrznej powierzchni, nie naruszając wnętrza.
I tak siedziałam — między ciszą a burzą, między spokojem a potęgą natury — czując, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.