Jeśli
pasterze wszystkie „owieczki”
jedną —
„Bożą” — miarą odmierzają,
jak mamy
wierzyć w ich czyste słowa,
że sami w
prawdzie niezłomnie trwają?
Niełatwo
przecież patrzeć bez drżenia
na obraz,
który obiega świat cały:
papież błogosławi parę dewiantów,
których
czyny sumienia kalały.
Fotografia
powstała w 1993 roku. Utrwalił ją papieski fotograf Arturo Mari
podczas jednej z prywatnych audiencji w Watykanie.
Na
zdjęciu widzimy Jana Pawła II na spotkaniu z Jeffreyem Epsteinem
oraz jego partnerką, Ghislaine Maxwell. Dziś obraz ten powraca w
mediach na całym świecie — jak echo, które nie chce ucichnąć.
Kim byli
ci goście?
Jeffrey
Epstein — finansista, człowiek wpływów i znajomości. W 2008
roku skazany na Florydzie za nakłanianie nieletniej do prostytucji.
W 2019 roku ponownie aresztowany pod zarzutem handlu nieletnimi w
celach seksualnych. Zmarł w areszcie jeszcze przed rozpoczęciem
procesu federalnego, pozostawiając po sobie więcej pytań niż
odpowiedzi.
Ghislaine
Maxwell — jego wieloletnia towarzyszka i współpracowniczka. W
2021 roku uznana w Stanach Zjednoczonych za winną współudziału w
werbowaniu i wykorzystywaniu nieletnich dziewcząt. Rok później
skazana na dwadzieścia lat więzienia.
Jak można
spojrzeć na ten kadr bez wstrząsu? Czy Jan Paweł II i jego
sekretarz, Stanisław Dziwisz, naprawdę nie wiedzieli, kogo mają
przed sobą? A może wiedzieli — i rytuał audiencji stał się
maską, za którą ukrywało się przyzwolenie na kontakty z
wpływowymi grzesznikami? Nie ma tu prostych odpowiedzi. Jest wstyd.
Jest pytanie o moralność i priorytety instytucji, która głosi
światło, a czasem okazuje się ślepą na własne założenia.
Nie
tłumaczmy tego tylko kontekstem czasu. To, że w 1993 roku nie
ciążyły na nich wyroki, nie oznacza niewinności w ocenie sumienia
świata. To zdjęcie nie dokumentuje czułego gestu — dokumentuje
kompromitację autorytetu moralnego, który w imię etykiety przyjął
ludzi, których historia potępia.
I jeszcze
jedna gorzka myśl: fotografia ta nie powstała w laboratorium teorii
spiskowych. To autentyczny, niepodważalny kadr, który pokazuje, jak
cienka jest granica między „uprzejmością” a aprobatą. Jak
łatwo instytucja może zatracić czujność wobec ludzi, którzy
przekraczają wszelkie granice moralne.
Nie można
już patrzeć na ten obraz z obojętnością. Nie można zaklinać
rzeczywistości: każdy, kto zobaczył ten kadr, widzi paradoks —
papieża błogosławiącego ludzi, których czyny wstrząsnęły
światem. I nie ma na to prostego wytłumaczenia.