sobota, 28 marca 2026

Błysk, dym i rak z charakterem

(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część IV — Tym razem będzie o piekielnej sesji fotograficznej, magnezji, dymie… i o tym, dlaczego rak to nie mięczak).


Mam już sześć lat i znów przyszło mi przeżyć coś dziwnego. Otóż mamy w domu pierwszą „komunistkę”. A właściwie dwie. Bo i moja najstarsza siostrzyczka Lodzia, i kuzynka Helcia razem przystąpiły do Pierwszej Komunii. Z tej okazji u nas w domu niemożebny spęd rodzinny.



Nas samych, proszę bardzo — aż dziewięć dziewczątek. Właściwie to dziesięć, ale tej najmłodszej, czyli Czesi, nie ma na zdjęciu z nami, bo scykorała się przed tą iście piekielną sesją fotograficzną i uciekła.

Nic dziwnego — wszystkie siedzimy z rozdziawionymi buziami. Mnie to aż buzia rozbolała od tego nieustannego rozdziawiania. A pupa z kretesem zdrętwiała, bo do tego wszystkiego każą jeszcze siedzieć. Jakbym mogła sobie postać, to może nie musiałabym tak szkaradnie buzi rozdziawiać. Na stojąco emocje szybciej się rozchodzą. A tak siedzę jak ta jełopa i aż jęzor wylazł mi z przejęcia. Sam.

Ale że siedzę przy naszej klęczącej najstarszej kuzynce Stasi, którą to całe uwiecznianie nas na kliszy wręcz bawi, to trochę raźniej mi na duszy.

Wprawdzie już parę razy brałam udział w takiej piekielnej sesji, jednak za każdym razem każda następna jest dla mnie takim samym wielkim przeżyciem. Bo też widok, jaki mam przed oczami, za każdym razem jest niesamowity.

Pan fotograf, zanim zrobi zdjęcie, wyczynia coś, coś odczynia, coś sypie, coś przesypuje, coś miesza, coś leje, coś przelewa… aż wreszcie, po takich dość długawych czarach-marach, zaczepia na długim sztylu od miotły wacik nasączony jakimś śmierdzącym świństwem. Mówi, że to jakaś magnezja czy coś.

Potem wręcza tatusiowi ten sztyl, a komuś innemu każe zrobić tę najważniejszą rzecz — na trzy. Tym razem kazał wujkowi Staszkowi. Wujek się śmieje, bo to dla niego nic a nic strasznego — wszak walczył na wojnie wśród wybuchów i ognia.

O rety, emocje rosną… aż mi oczęta wyszły z orbit! Ale nic — wlepiam te moje wybałuszone oczka w wujka jeszcze bardziej.

Wujek bierze do ręki jakąś śmiesznie długą zapałkę i zapala ją, pocierając o coś szorstkiego.

O mamuńciu kochana… teraz będzie się działo!

Pan fotograf woła: raz, dwa, trzy!

Wujek przykłada palącą się zapałkę do wacika… i nagle — świst, błysk! Aż mi w oczach pociemniało…

No i po zdjęciu. Tylko dym i smród pozostał.

Pan fotograf woła ucieszony, że bać się tego dymu i zapachu nie należy, bo tak działa flesz w postaci magnezji — i basta!

Coś takiego… Przecież ja się wcale a wcale nie boję.

Nie rozumiem tylko, czemu mi się kolana pod stolikiem tak telepią?



To moje ulubione zdjęcie… Tak „trzeci dziurawiec” uczy się opanować jeszcze jeden żywioł w swoim życiu — wodę.

Zaczęłam wcześnie, jak na owe czasy, wszak mam dopiero sześć lat. A ten nasz basen, zniszczony całkowicie przez zawieruchę wojenną, dopiero co oddali do użytku — po gruntownym remoncie.

Każdą więc ciepłą niedzielę z całą rodzinką spędzamy na basenie. Uwielbiam to, bo kocham wodę i chlapanie się w niej. To nic, że pełno tu ludzi. Mnie to nie przeszkadza.

A niech ludziska też mają przyjemność… i niech widzą, jaka ja odważna (zwłaszcza jak mamusia jest przy mnie — ale o tym sza!).



No dobrze, spuszczam już powietrze z mojej dumy… Ale niech mi nikt nie mówi, że ze mnie mięczak. Bo rakiem jestem. I to od urodzenia.

Najstarsza siostra Lodzia też jest rakiem, ale to ja — pierwsza z siostrzyczek — najszybciej nauczyłam się wchodzić do głębokiej wody. No!

Uparta to ja jestem od zawsze i ani krzty swoim słabościom nie popuszczam. Morduję się czasem okrutnie, by nie być mięczakiem — choć to też miłe stworzonko. Ale przecież nijak do mnie nie pasuje.

Bom ja rak. Więc uważaj — jak uszczypnę, będzie znak! No!

I niech mnie nikt nigdy nawet nie próbuje mięczakiem nazwać.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”

(wszystkie odcinki)


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Wiosna robi nas w bambuko?

Piękna pogoda
jest dziś na dworze,
ale — co przykre —
w białym kolorze.




Czy można zatem
wygrzać swe kości
z radością w sercu
bez cienia złości?


No nie. Tak całkiem bez złości się nie da. Bo jak to tak — końcówka marca, człowiek już mentalnie w jajkach i mazurkach, a tu nagle… zonk! Zima wraca jak niezapowiedziany gość, który „tylko na chwilę”, a zostaje na tydzień.

Wiosna przecież już flirtowała z zielenią, rozbudzała pąki, szeptała ciepłym wiaterkiem do ucha… A tu nagle: biały wir, lodowaty policzek i „żart się skończył”.

Owszem, „w marcu jak w garncu” — wszyscy znamy, wszyscy powtarzamy, wszyscy cierpimy. Ale czy ten garnek naprawdę musi być aż tak zmrożony?

U nas od kilku dni sypie śniegiem, jest zimno jak w lodówce, a mróz trzyma się dzielnie, jakby walczył o medal.

I co to za wiosna, ja się pytam, skoro bez zimowych ciuchów nosa na dwór wyściubić nie można?

Ale… chwila. A może to wszystko ma sens? Może wiosna tylko udaje nieogarniętą, a tak naprawdę prowadzi sprytną akcję biologiczną?

No bo spójrzmy prawdzie w oczy — kleszcze. Te małe, bezczelne potworki już od miesiąca czają się na nas jak paparazzi na celebrytów. Roztaczają swoją mikroapokalipsę, roznosząc choroby i psując ludziom humor skuteczniej niż brak kawy rano.

Ludzkość lata w kosmos, tworzy sztuczną inteligencję, a z takim maleństwem nadal nie potrafi się rozprawić. Trochę wstyd.

Więc może ten nagły powrót zimy to nie przypadek, tylko dobrze zaplanowana akcja: „Operacja Kleszcz”? Trochę przymrozić, trochę przesiać, zrobić porządek w terenie.

Nie bez powodu taka myśl przyszła mi do głowy. Kilkanaście lat temu sama padłam ofiarą jednego z tych mikro-wampirów. I powiem tylko tyle: nie polecam.

Dobra, dobra — nie będę już tak psioczyć. Bo, uczciwie mówiąc, wiosna i tak robi swoje. Widać to… a właściwie słychać.

Ptaki od świtu do zmierzchu drą dzioby wniebogłosy… to znaczy — przepraszam — koncertują. Chóralnie, solowo, czasem wręcz eksperymentalnie.

Więc może jednak coś w tej wiośnie jest. Nawet jeśli chwilowo występuje w wersji demonstracyjnej. Z błędami. I bez gwarancji.


piątek, 27 marca 2026

Spirala snu. Jak zimują ślimaki winniczki

Śpią długo, jakby czas nie miał do nich dostępu. Ich sny zaczynają się jesienią — tam, gdzie ściółka miękko zapada się pod ciężarem liści, a świat powoli cichnie. Już w październiku znikają z powierzchni dnia, wybierając ukrycie pod zeschłą roślinnością, wśród tego, co opadłe, kruche i zapomniane.

Zagrzebują się głęboko, z wylotem muszli skierowanym ku górze — jakby zostawiały sobie ostatnie okno na świat. Wejście zamykają cienką warstwą śluzu, pozostawiając jedynie drobny otwór, przez który przepływa ledwie wyczuwalny oddech. Potem cofają się jeszcze dalej — w głąb własnego schronienia, w spiralę, która staje się ich zimowym światem.

Tam, warstwa po warstwie, budują kruche wieczko — z zastygającego śluzu, z czasu, z ciszy. I tak trwają, nieruchome, zawieszone między snem a czuwaniem, przez długie, chłodne miesiące.

Aż przychodzi wiosna. I wtedy, jakby po dobrze przespanej nocy, odrzucają swoje zamknięcie i powoli wracają do świata.





***

Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka


Bufon — człowiek w cieniu własnych kompleksów...

 


Bufon — nieszczęście w pysznej oprawie. Człowiek o dwóch postaciach. Pierwsza: dumna i zarozumiała. Druga: zawstydzona i nieśmiała. Tekst w obrazie.


czwartek, 26 marca 2026

Sposób na wściekłość...

 


Rachu-ciachu! Bum! Ha! I spokój powoli wraca. Nie warto zbyt długo nosić w sobie złość. Jest na to metoda. Tekst w obrazie.

Zima nocą przypuściła biały szturm na wiosnę

No pięknie! Człowiek się kładzie spać w wiośnie, a budzi… w Narnii.

O czwartej rano mój świat wyglądał tak, jakby ktoś nacisnął przycisk „cofnij do stycznia”.

Serio — czy ktoś tam na górze pomylił piloty?! „Wiosna 2026” — klik — „Zamieć deluxe, pakiet premium”.

Chyba ktoś się zainspirował ziemskimi agresorami i stwierdził:

A co, dorzucę im jeszcze śnieżną ofensywę!”

No ale spokojnie — my się tak łatwo nie poddajemy.

Kochamy pokój, kochamy wiosnę…

i mamy kurtki „na wszelki wypadek”.

Wytrzymamy. A wiosna i tak wróci — i to bez zaproszenia!



środa, 25 marca 2026

Tam, gdzie ziemia oddycha

Są takie działania, które nie potrzebują rozgłosu. Dzieją się cicho, niemal niezauważalnie, a jednak mają w sobie głęboką troskę o świat. Jednym z nich jest ściółkowanie — proste gesty, w których człowiek uczy się naśladować naturę.

W Niemczech od lat można zobaczyć, jak łąki, ogrody i przestrzenie pod drzewami przykrywane są warstwą opadłych liści. To powrót do tego, co oczywiste, a jednocześnie tak często pomijane — do rytmu, w którym nic się nie marnuje.

Liście, które jesienią opadają z drzew, nie kończą swojego życia. Przeciwnie — zaczynają nowy rozdział. Układają się w miękką, oddychającą warstwę, która chroni ziemię przed wysychaniem, zatrzymuje wilgoć i daje wytchnienie glebie zmęczonej słońcem. W czasach, gdy wiosenne susze stają się coraz bardziej dotkliwe, ta naturalna osłona nabiera szczególnego znaczenia.

Z czasem liście rozpadają się powoli, cierpliwie, oddając ziemi to, co same w sobie zgromadziły. Stają się pokarmem — dla gleby, dla roślin, dla całego niewidzialnego świata, który żyje tuż pod naszymi stopami.

Chronią także — niczym ciepłe futro — delikatne korzenie i drobne organizmy przed nagłymi powrotami chłodu. A pomiędzy nimi, w tej pozornie zwyczajnej warstwie, toczy się życie: kryją się jeże, chrząszcze i niezliczone owady, sprzymierzeńcy równowagi, którzy bez rozgłosu dbają o zdrowie ekosystemu.

Kilka dni temu po raz pierwszy zobaczyłam, jak ściółkowana jest pobliska polana w naszym lesie. Biegam tędy od ponad trzydziestu lat — znam każdy zakręt ścieżki, każde drzewo. A jednak dopiero teraz pojawił się ten znak zmiany.

Może to właśnie doświadczenie ostatnich lat — suszy, gorąca, zmęczonej ziemi — skłoniło ludzi do uważniejszego wsłuchania się w naturę. Do przypomnienia sobie, że czasem najprostsze rozwiązania są tymi najmądrzejszymi.

Bo ściółkowanie to nie tylko zabieg. To gest szacunku — wobec ziemi, która daje, i wobec życia, które w niej trwa.

I może właśnie dlatego skłania do zadumy fakt, że w Polsce wciąż zdarza się coś zupełnie odwrotnego — zamiast chronić glebę, wielu rolników, mimo wysokich kar, nadal wypala zeschłą trawę na łąkach, niszcząc to, co mogłoby stać się początkiem nowego życia.



Z cyklu: Opowiadania o relacji człowieka z naturą


***

Jeżeli podoba Ci się to, co tworzę, postaw symboliczną kawę:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Dziękuję 💓Halszka