Któż z
nas nie zna biedronek? Tych małych, czerwonych kuleczek, które od
pokoleń budzą sympatię i czułość. Nazywamy je pieszczotliwie
bożymi krówkami i nosimy w pamięci jak okruchy dzieciństwa —
razem z bajkami, w których odgrywały swoje maleńkie, lecz ważne
role. Sama próbowałam uchwycić ten świat w kilku opowieściach —
„Turkućlandia” jest jedną z nich.
A
przecież wystarczy przypomnieć sobie tamten moment: dłoń
wyciągnięta ku niebu, drobne nóżki łaskoczące skórę i
dziecięcy głos powtarzający zaklęcie: „Biedroneczko, leć do
nieba, przynieś mi kawałek chleba…”. Ile w tym było wiary, ile
nadziei — i ile prostego zachwytu nad światem.
Biedronki
od dawna mieszkają nie tylko na liściach i łodygach, lecz także w
naszej kulturze. Przemykają przez wiersze, piosenki i wspomnienia.
Choćby ta znana melodia, którą śpiewała Kasia Sobczyk —
„Biedroneczki są w kropeczki” — brzmi w uszach jak echo
beztroskich lat.
I nagle
coś się zmienia. Jakby ktoś dopisał do tej niewinnej historii
nieco mniej pogodny rozdział. Biedronki — czy raczej niektóre z
nich — zaczynają „fruwać na cenzurowanym”. Nie nasza swojska
siedmiokropka, lecz przybysz z daleka — Harmonia axyridis,
biedronka azjatycka.
Zanim
jednak padnie osąd, warto przyjrzeć się obu bohaterkom tej
opowieści. Biedronka — niewielka, mierząca zaledwie kilka
milimetrów — zdaje się być klejnotem natury. Jej czerwone lub
pomarańczowe pokrywy skrzydeł, rozsiane czarnymi kropkami,
przyciągają wzrok jak misternie zdobiona biżuteria. A przy tym
jest sprzymierzeńcem człowieka — cierpliwie i skutecznie
rozprawia się z mszycami i innymi szkodnikami roślin. Nic dziwnego,
że ogrodnicy witają ją jak dobrego ducha swoich ogrodów.
Żyje
tam, gdzie toczy się cicha walka o liście i pędy — na łąkach,
w sadach, ogrodach i parkach. Rozmnaża się szybko, niemal
niezauważalnie zwiększając swoją liczebność. A gdy nadchodzi
zima, szuka schronienia — czasem pod korą drzew, czasem bliżej
człowieka, w szczelinach budynków. Wtedy zbiera się w skupiska tak
liczne, jakby natura sama chciała ochronić ją przed chłodem.
Najbardziej
znana z nich — siedmiokropka — zdaje się być wzorem tego, czym
biedronka „powinna” być. Siedem kropek, symetria i harmonia —
niemal symbol porządku wpisanego w przyrodę.
Lecz
świat nie stoi w miejscu. Około 2006 roku pojawił się ktoś nowy
— przybysz z Azji. Harmonia axyridis. Piękna, zmienna,
nieprzewidywalna. Jej barwy mogą przybierać różne odcienie, a
liczba kropek wymyka się schematom. Rozpoznać ją można po
charakterystycznym znaku w kształcie litery „M” nad oczami —
jakby natura zostawiła na niej podpis.
Przybyła
z daleka — od surowych terenów Ałtaju po wilgotne wybrzeża
Pacyfiku. Sprowadzona przez człowieka jako sprzymierzeniec w walce z
mszycami, szybko pokazała, że niełatwo daje się kontrolować.
Tam, gdzie miała pomagać, zaczęła dominować. Rozprzestrzeniła
się po kontynentach, przekraczając granice szybciej niż
przewidywano. I oto pojawia się problem.
W
ostatnich latach coraz częściej słyszymy o „pladze” biedronek
azjatyckich. Wdzierają się do domów, szukając schronienia przed
zimnem. Są wszędzie — na ścianach, w oknach, w zakamarkach
mieszkań. Ich obecność przestaje być uroczym wspomnieniem, a
zaczyna być uciążliwością.
Co
więcej, mogą wywoływać reakcje alergiczne — od łagodnych
podrażnień po poważniejsze dolegliwości. A gdy czują się
zagrożone, wydzielają żółtą substancję, która pozostawia
ślady — jakby chciały zaznaczyć swoją obecność na dobre.
A jednak…
nie wszędzie ich inwazja jest tak odczuwalna. Tam, gdzie mieszkam,
pojawiają się rzadko — pojedynczo, niemal nieśmiało. I wtedy
znów przypominają te dawne, znajome biedronki z dzieciństwa.
Może
więc pytanie, czy „biedroneczki są w kropeczki”, nie jest wcale
takie proste. Bo choć wszystkie należą do jednego świata, nie
każda opowiada tę samą historię.