niedziela, 10 maja 2026

Pół żartem, pół serio — z naciskiem na serio...

 


O zdrowym dystansie do zaszczytów, czyli o tych, co nie chcą być „wybrańcami”. Mądry człowiek nie kandyduje, bo mandat nie mieści się w jego sumieniu. Wiersz satyryczny w obrazie.


Parole, parole, prezesie Kaczyński...

 


Słowa tej „reszty”: Patriotyzm i miłość do kraju nosisz — i owszem — ale tylko na pokaz. O dobro dbasz, ale nie Polaków a własne. Haki? A gdzież tam! Ty — nigdy ich nie zbierasz — same się zbierają. A LGBT w pewnym (ukrytym) sensie rzeczywiście szanujesz — na tyle, na ile Ci akurat pasuje. Słowa prezesa w obrazie.


Trzeba się zatrzymać, żeby zobaczyć więcej

W codziennym pośpiechu łatwo przeoczyć to, co najpiękniejsze. Czasem wystarczy chwila zatrzymania, by świat znów zachwycił — zapachem deszczu, światłem i ciszą.


Wokół rozlewa się maj — ciepły, pachnący, pełen światła. Powietrze drży od zieleni, a serce rośnie, jakby chciało objąć cały ten cud.

Czasem spadnie deszcz — cichy, wiosenny, kojący — i wtedy świat oddycha głębiej. Nie tylko rośliny piją tę chwilę. My także. Bo zapach mokrej ziemi i liści, świeży i miękki, otula zmysły, łechce nozdrza i na krótką chwilę odurza — jak najpiękniejszy sen, który dzieje się naprawdę.

I nagle wszystko staje się bardziej… prawdziwe. bliższe. Piękniejsze. Ale to piękno nie narzuca się — ono czeka. Trzeba się zatrzymać. Zamilknąć na moment. Rozejrzeć się naprawdę, nie tylko przelotnie.

Wtedy zaczynamy widzieć więcej — to, co wcześniej umykało gdzieś między pośpiechem a myślami.

A gdy już raz zobaczymy, będziemy chcieli więcej. Jeszcze i jeszcze. Bo pragnienia są po to, by je spełniać, a zmysły — by budzić je do życia.



sobota, 9 maja 2026

Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część IX — Tym razem będzie o kubku mleka, który zniszczył wszystko, co miało być piękne. O Paździerzu, który powinien był mieć się na baczności. O plamie, która wyglądała jak mapa Polski. O kąpielach w cukrowni, lepszych niż wszystkie domowe luksusy. O bieganiu nago z syfonem i zabawie na sto dwa. I o weselu, na którym Pan Młody gdzieś się zapodział, a dorośli pili „wodę na rozgrzewkę”… Bo życie — jak zwykle — potrafi rozkrochmalić nawet najlepsze plany.


Wakacje przeleciały jak z bicza strzelił — i zaczął się nowy rok szkolny. Jestem już w III klasie… Tadam! A oto i ona:



Siedzimy potulni jak baranki. Ale to tylko tak do zdjęcia, bo nasza pani bardzo długo nas o to prosiła. Więc siedzimy.

Ja też siedzę, choć aż mnie diabli biorą — taka jestem zła. Tak bardzo chciałam ładnie wyjść na tym zapowiadanym zdjęciu i tyle starań w domu dołożyłam: świeżo wyprany fartuszek, wykrochmalony biały kołnierzyk i mankiety… No i co? Psińco!

Na zdjęciu widać, że siedzę jak ta podwiędła leluja — bo jednak bez moich białych, ulubionych dodatków.

Dlaczego? Ano dlatego, że ten truteń Paździerz przed sesją zdjęciową tak machał swoimi gałązkami w naszej szkolnej kuchni, gdzie codziennie pijemy mleko, że wytrącił mi kubek z ręki.

Nie muszę chyba dodawać, jak wyglądałam po tym jego machaniu… Kurka wodna! W każdym razie moje świeżo przez mamusię wykrochmalone dodatki musiałam zdjąć, bo choć mleko też białe i koloru nie zmieniło, to jednak krochmal puścił — wszak mleko jest też bardzo mokre.



Widać wyraźnie, że uśmiecham się powściągliwie, byle tylko nie wpaść w furię przez ten mój „rozkrochmalony” wygląd. Krysia i Irka mają przynajmniej białe kołnierzyki. A ja? Ja zostałam ogołocona nawet z kołnierzyka przez tego wstrętnego Paździerza.

Wprawdzie Teresa, siedząca obok mnie, też nie ma, ale to dla mnie żadne pocieszenie — bo ona nigdy nie ma.



O właśnie! Ciągle robię dobrą minę do złej gry. No nie… pogrywać sobie ze mnie nikomu nie pozwolę. Już ja temu Paździerzowi po sesji zdjęciowej pokażę, gdzie raki zimują. Wszak rakiem jestem, no nie?!

No zobaczcie sami! Plamy na fartuszku, jakby mnie ptaszki „obrobiły”. Jedne większe, drugie mniejsze. A za tę pośrodku Paździerz szczególnie zapłaci.
Toż ona jest tak ogromna, że wygląda jak mapa Polski w naszym nowym atlasie. Nu, pagadi, Paździerz! Ależ byłam wściekła.

Wściekłość jednak szybko mi minęła, bo przypomniałam sobie, że pod wieczór idę zażywać kąpieli w cukrowni. Dlaczego w cukrowni, a nie w naszej „luksusowej” łazience? Ano dlatego, że łazienka — choć wciąż wygląda wspaniale — kąpać się w niej nie daje. Piecyk gazowy albo nie chce się zapalić, albo gdy już się zapali, to po chwili mało nie eksploduje — tak w nim coś huczy i strzela. A woda i tak niewiele cieplejsza.

Mamusia psioczy na tę cukrowniczą brygadę remontową, a tatuś obiecuje sprowadzić ją raz jeszcze. Też ciągle.

Ja jednak nie narzekam, bo bardziej podoba mi się „kąpańsko” w cukrowni. Tam jest superowa łaźnia z prysznicami. Ogromniasta! A w niej aż sześć kabin do wyboru.
Są też inne pomieszczenia — z wannami, przebieralniami, różnymi schowkami… No i my, siostrzyczki — same.

Portier bez problemu zawsze daje nam klucze. Wystarczy powiedzieć, że jesteśmy córkami pana Tomasza — i klucz natychmiast ląduje w okienku portierni.

Ale dziś zabieram koleżanki z sąsiedztwa: Baśkę i Jolkę, bo ciągle wiercą mi dziurę w brzuchu, żeby je wziąć ze sobą. Tak im się tam podoba. Tym bardziej że one w domu żadnej łazienki nie mają. No to je biorę.

Z nimi też jest fajnie. Lepiej niż z siostrzyczkami, bo możemy się powygłupiać do woli. Latamy z piskiem po całej łaźni i nikt nas nie upomina.

A odkąd odkryłyśmy, że na parterze przy schodach jest syfoniarnia — czyli miejsce, gdzie nabijają syfony dla pracowników — to dopiero mamy radochę!
Latamy gołe z tymi ogromnymi butlami, gdzie się tylko da: po schodach w dół, do góry, po korytarzach, po przebieralniach — i sikamy na siebie gazowaną wodą jak strażacy z sikawek. To jest zabawa! Na sto dwa!

A potem, czyściutkie jak trzy aniołki i bardzo radosne, wracamy do domu z myślą, że za tydzień znów się wykąpiemy w cukrowniczej łaźni.

W połowie jesieni całą rodziną byliśmy na weselu cioci Stasi i wujka Ryśka w Niemodlinie. O rany, ale to był spęd rodzinny!

Zanim pomaszerowaliśmy całym orszakiem do kościoła, długo szukano Pana Młodego, bo ten — dziwnym trafem — gdzieś się zapodział.

Fajnie było, bo wszyscy dorośli zajęci byli szukaniem, więc my, dzieciaki, mogliśmy poszaleć po drzewach w sadzie. Nikt na nas nie zwracał uwagi.
Tylko mamusia krzyknęła do mnie, wiszącej na drzewie, żebym uważała i nie porwała spódniczki — i tyle. Sama też poszła szukać Pana Młodego.

No to ja… hulaj dusza! W końcu jednak musiałam zleźć z drzewa, bo Pana Młodego odnaleziono i zaprowadzono do ołtarza.

Czy pod przymusem — tego nie jestem pewna. Może chodziło o jakąś jego chwilową niedyspozycję?

W każdym razie postawiono go do pionu i pomaszerował z ciocią pod rękę do kościoła.

A potem było już huczne weselisko w bardzo dużej i zimnej świetlicy, gdzie dorośli co rusz pili jakąś wodę na rozgrzewkę.

Ja też chciałam się napić, ale mamusia powiedziała, że jestem ciepło ubrana, więc nie potrzebuję.

Nie byłam zadowolona. Ba — byłam wręcz obrażona. Ale kiedy dostałam słodziutką oranżadkę, w końcu się udobruchałam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki: 

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.


1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak zcharakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Piękna pogoda jest dziś na dworze...

 


Wiosna ma w sobie ogromną moc. Dłuższe dni i więcej promieni słonecznych sprawiają, że przyroda z dnia na dzień nabiera coraz piękniejszych rumieńców, a my razem z nią. Wierszyk w obrazie.


piątek, 8 maja 2026

Słuchaj, dziewczyno!... Ona nie słucha?...

 


Dziewczyna w oknie nie zawsze oznacza to, co myślą mężczyźni — chęć nawiązania relacji. To coś więcej niż zaproszenie czy obiekt pożądania. Dziewczyna w oknie najczęściej jest po prostu obserwatorką: patrzy na świat, analizuje, marzy albo planuje. Wiersz w obrazie.


A gdy wiosna buchnie majem

No i buchnęła — nagle, pełnią barw i zapachów. To znak, że nadszedł czas zapylania. Rośliny owadopylne, chcąc wydać nasiona i zapewnić sobie trwanie w kolejnym roku, wzywają na pomoc skrzydlatych sprzymierzeńców. Wabią ich bogactwem kolorów, słodyczą nektaru, subtelną lub intensywną wonią unoszącą się w powietrzu.

Kto lubi miód, ten wie — bez tego cichego porozumienia kwiatów i owadów nic by z niego nie było. Pszczoły zdają się rozumieć to najlepiej. Z radosnym bzykiem krążą od kwiatu do kwiatu, jakby ta praca była ich wiosenną pieśnią.

Żywią się nie tylko nektarem, lecz także pyłkiem, który niczym złoty kurz osiada na ich delikatnie owłosionych ciałach.



Z każdym kolejnym przystankiem na kwietnej drodze część tego pyłku zostaje na słupkach kwiatów — i tak rodzi się nowe życie. Resztę pszczoły starannie zbierają odnóżami, formując małe zapasy i układając je w koszyczkach na tylnych nogach, by zanieść je do ula — do serca swojego świata.



Trzmiele, cięższe i bardziej nieporadne w locie, a jednak zadziwiająco skuteczne, również oddają się tej pracy. Ich głośne brzęczenie niesie się nad łąką jak niska nuta wiosennej symfonii.

W ciągu jednego dnia potrafią odwiedzić tysiące kwiatów. Niełatwo uchwycić je w obiektywie — są czujne i płochliwe. W obecności człowieka najczęściej ustępują mu miejsca, nie szukając zwady.

A przecież — jak głosi anegdota — według dawnych obliczeń trzmiele nie powinny wcale unosić się w powietrzu. Ich skrzydła wydają się zbyt małe, by podźwignąć ciężar ciała. One jednak nic sobie z tego nie robią. Nie znają tych wyliczeń. I może właśnie dlatego — po prostu latają. Z kwiatka na kwiatek.