niedziela, 6 września 2026

Kiedy argumentów brak, pozostaje szczekanie

Niecodzienny występ Dominiki Chorosińskiej w Sejmie szybko przyciągnął uwagę. Posłanka, korzystając zapewne ze swoich aktorskich umiejętności, postanowiła przemówić… językiem psów. Intencję trudno odgadnąć, ale pewne stare powiedzenie aż prosi się o przypomnienie.


Do niecodziennej sytuacji podczas piątkowych obrad Sejmu przyczyniła się posłanka Dominika Chorosińska — aktorka z wykształcenia, która tym razem przyjęła rolę naczelnego sejmowego błazna.

Pamiętacie tę osóbkę? Była dwutygodniową minister kultury w legendarnym rządzie Mateusza Morawieckiego.

Otóż, eksponując wszem wobec swój talent aktorski, nagle zaczęła szczekać. Dlaczego? Myślę, że jednak nikt nie odgadł jej „szczekającej intencji”.

Mnie, widząc i słysząc jej kunszt aktorski, nasunęło się skojarzenie, że szczekała nie bez kozery, lecz z pewnym przesłaniem: „Psy szczekają, a karawana jedzie dalej”.

I tu bym się z nią zgodziła. Owszem, karawana jedzie dalej, ale niektórzy z niej… wprost „do pierdla”.

(Foto: CrowdMedia)


Religijność na pokaz — oblicze hipokryzji

Nie każdy, kto głośno mówi o Bogu, moralności i miłości bliźniego, sam żyje zgodnie z tymi wartościami. Hipokryzja religijna zaczyna się tam, gdzie słowa stają się jedynie zasłoną dla prawdziwych intencji, a pobożność — narzędziem zdobywania uznania, wpływów i przede wszystkim władzy. Dlatego tak chętnie pokazują swoją religijność... Tylko czemu społeczeństwo tak łatwo daje się zwieść pozorom?


Hipokryci religijni głośno głoszą wartości i zasady moralne, ale w życiu sami ich nie przestrzegają. Ich słowa nie pokrywają się z czynami.

Udają pobożnych i prawych, aby zdobyć szacunek, władzę lub korzyści materialne, ale ich nieszczerość jest oczywista.

Głoszą miłość bliźniego, a jednocześnie okazują nienawiść wobec innych. Moralizują i pouczają, podczas gdy sami prowadzą niemoralne życie.

Dla własnych celów tak nachalnie eksponują swoją religijność, że w końcu osiągają zamierzony cel.

Duża część społeczeństwa zaczyna patrzeć na nich jak na święte obrazki, podczas gdy większość reaguje z dezaprobatą, a często wręcz z obrzydzeniem.

Ten tekst jest refleksją nad rozdźwiękiem między słowami a czynami, który pojawia się nie tylko w religii, ale w każdej sferze życia publicznego.

To próba nazwania zjawiska hipokryzji, która rani i dzieli ludzi. Piszę o tym, bo uczciwość i empatia są dla mnie ważniejsze niż deklaracje. 



sobota, 5 września 2026

Niebezpieczny zapach brunatnej Polski

To już nie są pojedyncze incydenty ani polityczny folklor. Zmienia się język debaty publicznej, rośnie przyzwolenie na pogardę i agresję, a radykalizm coraz wyraźniej staje się częścią politycznego mainstreamu.


Kto do tego doprowadził? Oczywiście pierwszy nienawistnik Polski — Jarosław Kaczyński i jego podłe PiS, przy wsparciu zakłamanej propagandy, momentami wręcz ocierającej się o faszyzm.

Ostatnio mocno wtóruje mu Konfederacja, na czele z Braunem, wykorzystując do swoich celów frustratów, nieuków, prostaków, kiboli — zwykłe tałatajstwo, którego niestety w Polsce nie brakuje.

W kraju zaczyna się tworzyć atmosfera przypominająca tę sprzed 1939 roku. Czy którykolwiek z tych ludzi, wykrzykujących skrzekliwym głosem haniebne hasła podczas swoich demonstracji — i nie tylko — w ogóle wie, co oznaczał dla Polski ten rok?

Nawet sam prezydent, historyk z wykształcenia (sic!), często sprawia wrażenie, jakby wyleciało mu to z głowy. Czyżby te „szlachetne walki”, które tak uwielbia (jak sam mówi), coś mu w tej części jego cielesności poprzestawiały?

Tylko czekać, aż wydarzy się coś tragicznego. A stanie się na pewno, bo ten coraz bardziej nabrzmiewający wrzód na tkance Polski musi w końcu pęknąć.



Co też tym ślimakom przychodzi do głowy?

Susza daje się przyrodzie we znaki, ale niektóre stworzenia najwyraźniej nic sobie z tego nie robią. Winniczki maszerują po leśnych ścieżkach, wspinają się na pieńki, drzewa, a nawet na ściany domu. Tylko dokąd one właściwie tak zmierzają?


Zanim las zmieni już całkowicie swą barwę z zielonej na różne odcienie żółci i czerwieni, obserwuję, co się w nim dzieje.

No i widzę, że zmiany już co najmniej od trzech tygodni zachodzą — z powodu suszy — stanowczo i nieodwracalnie.

Zwierzęta i roślinność swoim sposobem zaczynają się już przygotowywać na chłodne i słotne jesienne dni.

Tym razem zwróciłam uwagę przede wszystkim na ślimaki winniczki, bo wszędzie było ich pełno. Wędrowały wytrwale po dróżkach, po ścieżynkach i w ogóle się mną nie przejmowały... Bo:


Ślimaczki winniczki lubią wędrować...
Noszą domek z sobą, by w nim się chować:
w razie zagrożenia czy zwykłej senności,
lub przed nieproszonymi i natrętnymi gośćmi.



Jest jeszcze coś, co w ich zachowaniu zwróciło moją uwagę szczególnie, i to już dużo wcześniej. A mianowicie to, że, nie wiedzieć czemu, zaczęły się wspinać. Po drzewach i po pieńkach. Nawet na elewacji mojego domu od strony ogrodu przyuważyłam takiego jednego wędrowca, wytrwale podążającego ku górze.



Czy jest jakieś wytłumaczenie tych ich alpinistycznych podróży? Odpowiedzi szukałam w Internecie, ale nie znalazłam. Znalazłam jedynie stwierdzenie, że mają takie skłonności.

Dlaczego więc ślimaczki winniczki się wspinają?


Ślimaczki winniczki z lubością się wspinają,
bo chcą być bliżej nieba, co wręcz uwielbiają...

No i wytłumaczyłam.

czwartek, 3 września 2026

Jak córka załatwiła mnie na cacy... kijkami

Nie lubię mieć zajętych rąk. Zwłaszcza w lesie, gdzie na każdym kroku czai się coś, co aż prosi się o sfotografowanie. Dlatego długo nie mogłam zrozumieć, po co komu kijki. Dziś wiem, że można maszerować z nimi, fotografować, podziwiać las, a nawet świetnie się przy tym bawić. 


Nordic Walking to jedna z najlepszych form ruchu, którą mogą uprawiać osoby w każdym wieku i na każdym poziomie sprawności. Jestem o tym przekonana, bo z kijkami od piętnastu lat maszeruję po lesie raźnym krokiem...

Tutejsi leśnicy z tego mnie znają
i gdy mnie zobaczą — ręką machają.
A ja z uśmiechem im odpowiadam
i się do marszu bardziej przykładam.


A przecież wcześniej nawet nie myślałam o tym, żeby sprawić sobie kijki. Nie to, żebym była leniwa albo mało wysportowana. Wręcz przeciwnie. W swoim życiu uprawiałam wiele różnych sportów i zawsze lubiłam być w ruchu: bieganie, pływanie, rower, czasem badminton, a nawet piłka nożna z wnukami.

Do kijków jednak podchodziłam jak pies do jeża. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek dam się na nie skusić i będę z nimi maszerować, czyli — mówiąc fachowo — uprawiać Nordic Walking.

Dlaczego? Ano dlatego, że po prostu nie lubię mieć zajętych rąk. Zwłaszcza w lesie.

A ja przecież uwielbiam fotografować. W lesie co rusz znajduje się jakiś wdzięczny obiekt do obfotografowania: kwiatek, grzybek, ptaszek, ciekawie powyginane drzewo czy jakiś inny leśny cud. No to jak tu mieć zajęte ręce?

Moja córka często namawiała mnie na kupno kijków. Sama już wtedy od ponad pięciu lat uprawiała Nordic Walking. Lecz ja, uparciuch niemożebny, nie dawałam się namówić.

Że co? Kijki? Nigdy w życiu! — za każdym razem odpowiadałam.

W końcu załatwiła mnie na cacy. Jak? Ano tak, że po prostu kupiła mi kijki w prezencie.

Przyznam szczerze, że byłam bardzo niezadowolona z tego jej prezentu. Kurczę... No nie lubię, jak mnie ktoś do czegoś zmusza. Nawet własne dzieci!

Ale córka dobrze mnie zna i wie, że nie lubię też, kiedy jakieś rzeczy „zużywają się moralnie”, bo wtedy, chcąc nie chcąc, sama zaczynam je zużywać fizycznie.

Tak też stało się z kijkami. I znów potwierdziło się stare powiedzonko: „Nigdy nie mów nigdy”. Bo kijki jednak wzięłam do ręki. Ba! Biorę je nadal. I to już przeszło piętnaście lat.

Z ręką na sercu przyznaję, że bardzo polubiłam ten rodzaj aktywności. A teraz ciągnie mnie do lasu jak przysłowiowego wilka.

A co ze zdjęciami? Ha! A zdjęcia i z kijkami nauczyłam się robić. Kijki mają takie specjalne zapięcie, dzięki któremu można szybko wyswobodzić z niego dłoń wraz z paskiem. Wtedy wystarczy odstawić kijki, zrobić zdjęcia i równie szybko ponownie przymocować dłoń. Wystarczy zawieszkę paska włożyć do odpowiedniego miejsca przy kijku, przycisnąć, klik... i gotowe! Można dalej zamaszyście maszerować.

W końcu tak się wyszkoliłam, że robię zdjęcia nawet z kijkami przymocowanymi do dłoni. W ogóle ich nie ściągam... O, przepraszam! W jednym przypadku muszę. W czasie przerwy na... no, wiadomo.

Dlaczego warto maszerować z kijkami? Nordic Walking to aktywność, która angażuje do pracy wiele grup mięśniowych, a jednocześnie może być łagodniejsza dla stawów niż niektóre inne formy ruchu.

Kijki pomagają również utrzymać prawidłową postawę i nadają marszowi dodatkową dynamikę.

Są wyposażone w antypoślizgowe uchwyty oraz specjalne paski i zapięcia. Mają też wymienne końcówki — gumowe, przeznaczone przede wszystkim do chodzenia po twardym podłożu, oraz ostre, zakończone grotem, przydatne na miękkim i naturalnym podłożu.

Można kupić kijki teleskopowe, czyli z regulowaną długością, albo jednoczęściowe, dobierane odpowiednio do wzrostu.

Regularne uprawianie Nordic Walking może korzystnie wpływać na kondycję i ogólną sprawność organizmu. Technika nie jest skomplikowana i można ją dość szybko opanować. W Internecie znajdziemy wiele porad i instruktaży.

Trzeba przede wszystkim pamiętać o właściwym dopasowaniu długości kijków. A podczas marszu nie należy się na nich opierać, lecz aktywnie odpychać się nimi od podłoża, prowadząc ruch pod odpowiednim kątem.

Kijkowanie uprawiam o każdej porze roku. Oczywiście na różne pory roku i warunki dobieram odpowiedni sprzęt, ale kijki towarzyszą mi niezależnie od pogody. I muszę przyznać, że naprawdę czuję się świetnie.

Najczęściej jadę do swojego ulubionego lasu na szczycie tutejszej góry, pod lasem parkuję auto, przyczepiam kijki i maszeruję dróżkami i ścieżynkami, czasem bardziej znanymi, a czasem takimi, na które akurat mam ochotę skręcić.

A że lasów mamy tutaj bez liku, dróżek leśnych jeszcze więcej, to tylko wybierać… i maszerować.