sobota, 30 maja 2026

List otwarty do Premiera Donalda Tuska — „Robimy, nie gadamy”? To za mało

Panie Premierze, mam do Pana wielki szacunek. Uważam, że jest Pan jednym z najsprawniejszych polityków, jakich miała Polska. Doceniam to, co zrobił Pan dla kraju — i co robi Pan dziś.

Ale właśnie dlatego piszę wprost: Pańskie hasło „robimy, nie gadamy” — w obecnych realiach — po prostu nie działa.

Nie działa, bo trafia tylko do części społeczeństwa. Do tych, którzy i tak rozumieją więcej, śledzą politykę, potrafią łączyć fakty. Ale Polska to nie tylko oni. To także miliony ludzi, którzy nie analizują, nie śledzą, nie wnikają — tylko patrzą i słuchają. A oni nie widzą. Bo im się tego nie pokazuje.

Ci ludzie potrzebują konkretu. Obrazu. Powtarzanego przekazu. Codziennie. Bez wstydu i bez udawania, że „wyniki obronią się same”. Nie obronią się.

Polityka to nie tylko działanie. To także opowieść o działaniu. I dziś tę opowieść przegrywacie.

Pańscy przeciwnicy to rozumieli doskonale. Mówili — nieustannie, agresywnie, często bezczelnie. Nierzadko mijali się z prawdą, ale robili jedno skutecznie: docierali. Budowali emocję. Utrwalali przekaz. I dlatego wygrywali.

Dziś widzimy skutki: radykalizację, agresję, pogardę w przestrzeni publicznej. Media takie jak Telewizja Republika napędzają spiralę chaosu. Ludzie pokroju Bąkiewicza rosną w siłę, bo ktoś zostawił pole komunikacyjne puste.

A w polityce próżnia nie istnieje — zawsze ktoś ją wypełni. Dlatego apeluję jasno: Zacznijcie mówić. Dużo. Codziennie. Konsekwentnie.

Pokazujcie, co robicie. Tłumaczcie, co robicie. Powtarzajcie to, aż stanie się oczywiste. Bo jeśli tego nie zrobicie, przegracie — i to nie dlatego, że nic nie zrobiliście. Przegracie, bo nikt tego nie usłyszy.

W 2027 roku to może nie wystarczyć. I wtedy będzie już za późno na refleksję.

A wyborcy — ci, którzy dziś jeszcze dają Wam kredyt zaufania — mogą tego nie wybaczyć.



Między chwilą a jutrem...

 


Refleksyjna podróż przez wspomnienia, myśli i wdzięczność za to, co było i co jeszcze przed nami. Wiersz w obrazie. 


piątek, 29 maja 2026

Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XII — Tym razem będzie o… pożegnaniu z dziadziem, które przyszło za szybko, i o smutku, który trudno było pomieścić w dziecięcej głowie. O pierwszych „lufach” w szkole i wstydzie, który potrafi zaboleć bardziej niż jedynka. Ale będzie też o czymś zupełnie odwrotnym — o wielkiej radości, bo na świecie pojawia się Wojtuś i nagle wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Między łzami a śmiechem, między trumną a kołyską, uczę się, że życie nie stoi w miejscu — nawet wtedy, gdy bardzo by się chciało. A przy okazji… zjadam za dużo andrutów, włażę na drzewa i odkrywam, że nawet chrabąszcze mogą mieć coś wspólnego z koglem-moglem.


Po powrocie do Polski od razu pobiegliśmy do dziadzia. Zdążyliśmy się z nim pożegnać — mówił, że specjalnie na nas czekał. Następnego dnia już nie żył. Smutno mi. Przez wiele godzin stałam przy jego trumnie i w myślach z nim rozmawiałam.



Szkoda mi bardzo dziadzia. Był taki dobry i wesoły. Zawsze, kiedy w niedzielę wracał z sumy z kościoła, wstępował do nas i — czekając, aż mamusia poda obiad — leżał sobie na kanapie i opowiadał mi różne fajne rzeczy. Hihi!… I gryzł mnie delikatnie po palcach, kiedy ciągnęłam go za wąsy.

Po pogrzebie dziadzia nie wiodło mi się dobrze także w szkole. Rok szkolny trwał już ponad trzy tygodnie. Nie miałam kłopotów z nadrobieniem materiału — wszak głupia nie jestem. Jedynie z geografią, która zaczyna się właśnie w IV klasie, miałam problemy.

A właściwie z nową panią od geografii — panią Ditchen, bo ona za nic nie chciała dać mi taryfy ulgowej za moją nieobecność, tylko gnębiła mnie przez cały czas jakimiś długościami i szerokościami geograficznymi, których za czorta kudłatego pojąć nie mogłam.

Uczyłam się dużo, ale nic z tego nie rozumiałam. Nawet mojego kolegę z sąsiedztwa, Kazika, poprosiłam, żeby mi wytłumaczył — bo on był już w siódmej klasie. No i wydawało mi się, że dobrze mi to wytłumaczył. Byłam pewna, że poprawię te dwie lufy, jakie mi „niesprawiedliwa” pani Ditchen do dziennika wrąbała.

Mnie — która do tej pory miała same piątki na świadectwach! Jaka byłam zrozpaczona, kiedy się okazało, że pani Ditchen zweryfikowała moją wiedzę na temat szerokości i długości geograficznych i… postawiła jeszcze jedną lufę — i to na okres.

Mnie — jednej z czwórki najlepszych uczniów w klasie. Ta porażka tak bardzo dała mi się we znaki, że od tamtej pory już nigdy nie pozwoliłam na to, żeby mnie tak potraktowano. Uczyłam się jak wściekła — byle tylko nie musieć tego jeszcze raz przeżywać.

Opłaciło się. Na koniec IV klasy wprawdzie nie dostałam świadectwa z paskiem (jak do tej pory), bo miałam jedną czwórkę — oczywiście z geografii — ale pani Ditchen w końcu bardzo mnie polubiła.

Mówiła, że na moim przykładzie przekonała się, iż ocena niedostateczna może zmotywować ucznia do nauki i przynieść pozytywny skutek.

Chyba przyznam jej rację. Motywacja była ogromna. A zwłaszcza wstyd… A ja bardzo, ale to bardzo nie lubię się wstydzić.

Czas leciał. Zbliżał się luty i mamusia przygotowywała się do porodu, bo właśnie na ten miesiąc lekarz wyznaczył termin.

Czasem z boku obserwowałam tatusia i zastanawiałam się, czy jest szczęśliwy, że zostanie po raz czwarty ojcem. Nie dowiedziałam się jednak, bo ze mną na ten temat nie chciał rozmawiać.

Może na wszelki wypadek woli nabrać wody w usta, bo boi się, że zapeszy całą sprawę i czwarty „dziurawiec” głośnym wrzaskiem obwieści swoje przybycie.

Całkiem możliwe, bo nieraz narzeka na to swoje „dziurawe wojsko”. Na pewno marzy mu się mieć wreszcie w rodzinie jakiegoś „niedziurawego żołnierza” — a zarazem przedłużacza rodu.

Bo my, „dziurawce”, jak tatuś mówi, to nawet jego wspaniałego nazwiska nie ponosimy zbyt długo… A niechby już miał tego swojego syneczka.

Kiedy nadszedł dzień 1 lutego, nasze życie rodzinne bardzo się zmieniło. Przywitaliśmy na świecie nowego członka rodziny…

Hurra! Mamusia urodziła chłopczyka! Posłuchała mojej prośby i się postarała. Jednym słowem — moje marzenie zostało spełnione!

Dumna jak paw osobiście odbierałam mojego braciszka ze szpitala. Pojechałam tam z tatusiem samochodem.

Kiedy go zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że jest taki malutki. Dotknęłam jego rączki, a on mocno chwycił mnie za palec. Cóż to za cudowne uczucie…

Mój kochany braciszek dostał na imię Wojtuś — na cześć zmarłego pół roku wcześniej dziadzia Wojtka.

Wreszcie mamusia i tatuś mają swojego chłopczyka. Ja też się bardzo cieszę, bo odkąd Wojtuś jest z nami, to jakoś wszyscy zapomnieli, że jestem „trzeci dziurawiec”.

Pokochałam bardzo mojego braciszka. Takie to malutkie i pachnące mleczkiem. Lubię go nosić na rękach i chodzić z nim na spacerki.

A jak wyrośnie, będę z nim łazić po drzewach i dachach. Wreszcie będę miała kumpla do chłopięcych zabaw… Ojej — a może będę już za duża? Eee tam. Do tego nigdy nie będę za duża. Tak myślę.

Mamusia karmiła Wojtusia piersią, ale po jakimś czasie odechciało mu się ssać. Nie wiem czemu. I wtedy mamusia dostała zapalenia piersi.

Bardzo cierpiała, bo w piersiach zostawało dużo mleka i się psuło. W końcu prawa pierś zrobiła się aż granatowa.

Musiała ściągać mleko specjalnym gumowym ściągaczem, ale to okropnie bolało.

Tatuś nie mógł już patrzeć na jej cierpienie i pojechał po położną. A ona powiedziała, że skoro „leniwiec” Wojtuś nie chce ssać, to najlepiej będzie, jeśli ja z Terenią będziemy to robić…

O rany — byłyśmy bardzo przestraszone. Ale trzeba było mamusi pomóc. Terenia spróbowała raz i uciekła. No to ja zaczęłam — podwójnie wystraszona. Zamknęłam oczy i zabrałam się za ssanie.

Łoo matko! Myślałam, że zwymiotuję, ale pani położna za każdym moim pociągnięciem podstawiała mi szklankę pod buzię, żebym mogła to mleko wypluwać.

Jakoś to przeżyłam. Na szczęście po paru dniach zapalenie minęło. Byłam szczęśliwa, że miałam w tym swój mały… „ssący” udział.

Minęły cztery miesiące i mamy kolejną komunistkę w rodzinie — tym razem Cesia, moja młodsza o rok kuzynka, miała swoją komunię.

Oczywiście cała rodzina się zjechała. Ale było nas o jednego członka rodziny więcej, bo doszedł Wojtuś. Chociaż nie — tyle samo, bo przecież dziadzio Wojtek zmarł pół roku temu, a na jego miejsce 1 lutego urodził się Wojtuś.

Ciągle mi bardzo szkoda dziadzia Wojtka. Nawet swojego wnuka Wojtusia nie zdążył zobaczyć. Biedny. Dobrze, że chociaż w Zbarażu dziadzio Jan nadal żyje.

Ale mamusia mówi, że mam się nie martwić o dziadzia Wojtka, bo on nas widzi z nieba i cieszy się razem z nami, że Wojtuś się urodził i że wszyscy jesteśmy razem na komunii Cesi.


To zdjęcie i pozostałe — to oczywiście dzieła tatusia... Widać, że ciągle lichy z niego fotograf. 

Nie mogę się już doczekać, kiedy da mi wreszcie ten zakupiony 
w Zbarażu Фэд-2 w moje wyłączne władanie. 


Przyjęcie komunijne było wspaniałe. Było gdzie polatać i poszaleć, bo wujostwo ma duże gospodarstwo.

Nie wiem, co jest, ale zawsze ciągnie mnie na drzewo. Czy to coś znaczy? Bo reszta dziecięcej ferajny jest raczej przyziemna, tylko mnie nosi po gałęziach. Nawet pies Rex chyba dziwi się moim ciągotkom i co rusz wyłupia na mnie swoje pomarańczowe ślepia. Cóż począć? Już tak mam.



Mamusia co jakiś czas sprawdzała, czy zbytnio nie szalejemy. Przynosiła mi też resztki krupczatki na mleku i koperkowej herbaty Wojtusia, bo wie, że bardzo je lubię.

Nawet zeszłam z drzewa, żeby tym razem napić się herbatki — skoro Wojtusiowi pomaga na wzdęty brzuszek, to może i mnie pomoże… Bo coś mi się wydaje, że brzuch zaczyna mi pęcznieć po tych andrutach roboty wujenki Maryni, na które natknęłam się w spiżarni i których zjadłam po kryjomu ponad miarę.

Zresztą skąd mam wiedzieć, jaka ta miara powinna być, skoro jem i jem, i ciągle nie mam dość? Dopiero opustoszała patera przemówiła mi do rozsądku — kiedy zobaczyłam jej kolorowe dno, wtedy, chcąc nie chcąc, przestałam pochłaniać te pyszności… Ale tylko na chwilę, bo zaraz wpadła mi w oko druga patera, stojąca na kredensie, jak na pokuszenie, z pięknie ułożonymi w piramidkę andrutami.

Z niej jednak zjadłam już tylko dwa, żeby nie wyjść na zachłannego łasucha. A muszę przyznać, że chałwa, kogel-mogel i andruty to moje największe przysmaki. Ciągnie mnie do nich jak magnes.



Potem, po wypiciu herbatki, kiedy zaczęła już działać na mój wzdęty brzuch, pobiegliśmy z Cesią i Józiem nad rzeczkę, bo tam na drzewach siedzi dużo chrabąszczy. Chcieliśmy nazbierać ich dla kur.

Podsłuchałam, jak wujek Staszek mówił, że kury po chrabąszczach znoszą lepsze jajka — żółtka są bardziej żółte. Nie rozumiem czemu, i tak po prawdzie trochę było mi tych chrabąszczy żal…

Ale skoro wujek tak mówi, a ja uwielbiam kogel-mogel, przestałam się zastanawiać, bo nowa myśl zaświtała mi w głowie: może za duży zbiór chrabąszczy dostanę od wujenki w nagrodę kilka takich jaj?

Musiałam tylko przekonać Rexa, żeby się łaskawie odsunął i nie podkradał nam tych strząśniętych z drzew, bo myśl o kolejnym przysmaku pachniała mi już coraz bardziej.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Koty w kadrze, chaos w sercu psiary

Jestem psiarą — z krwi, kości i przekonania. Do kotów podchodzę z rezerwą, żeby nie powiedzieć: z lekkim dystansem emocjonalnym. Przyznaję to bez bicia. Toleruję je jednak, a gdy sytuacja tego wymaga — niosę pomoc, niczym nieetatowa straż pożarna od spraw futrzastych.

Bo ile ja już kotów, wrzeszczących wniebogłosy niczym operowe divy w kryzysie egzystencjalnym, pozdejmowałam z drzew — tego nie zliczy nikt. Nawet ja. A próbowałam.



Nie mam pojęcia, co mnie dziś na koty naszło. Kalendarz milczy — Dzień Kota minął już dawno, bez echa i bez mojego udziału. A jednak los postanowił zadrwić.

Spotkałam go na polanie. W samym środku lasu, tam, gdzie nawet rozsądek mówi „zawróć”.

Z daleka wyglądał jak lis — zresztą całkiem niedawno widziałam tam jednego. Już prawie cieszyłam się na powtórkę z leśnej egzotyki, już ustawiałam kadr, już w myślach podpisywałam zdjęcie… a tu proszę. Kot.



Kot, który najwyraźniej miał własne plany, własne ścieżki i zupełnie inne pojęcie o tym, gdzie powinien być.

Co robił tak daleko od domu? Tego nie wie nikt. I być może lepiej nie wiedzieć. W końcu mówimy o kotach — istotach, które od wieków robią rzeczy bez powodu, bez planu i bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.

I chyba właśnie za to… trochę je szanuję.




czwartek, 28 maja 2026

Dmuchawce czekają na wiatr

Gdy patrzymy na dmuchawce — te delikatne, puchowe kule z nasionami, które pojawiają się po przekwitnięciu mniszka czy podbiału — trudno nie zachwycić się mądrością natury. W ich pozornej kruchości kryje się niezwykła precyzja i doskonała organizacja.

Wystarczy chwila uważności, spacer po łące czy parku, by dostrzec, jak wiele takich małych cudów dzieje się wokół nas każdego dnia. Dmuchawce są jednym z najpiękniejszych przykładów tej harmonii.

Każde nasionko, lekkie jak piórko, cierpliwie czeka na swój moment. Wystarczy podmuch wiatru, by uniosło się w powietrze i wyruszyło w podróż — często daleką i nieprzewidywalną. To właśnie dzięki temu prostemu mechanizmowi roślina może dać początek nowemu życiu gdzieś indziej.

Może warto czasem zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na dmuchawce nie tylko jak na wspomnienie dzieciństwa, ale jak na małe przypomnienie o sile natury, cierpliwości i zaufaniu do tego, co przynosi wiatr.



Królewicz zaklęty w tulipanie?

Mój piękny panie, a któż cię uwięził w tulipanie?… Czy to czarownica, zazdrosna o twoje oczy, o twoją ciszę i łagodność, zamknęła cię wśród aksamitnych płatków, byś należał tylko do niej — i może… trochę także do mnie?

Od dziecka pochylałam się nad kwiatami z bijącym sercem, jakbym miała za chwilę odkryć czyjąś tajemnicę. W każdym tulipanie widziałam ciebie — zamyślonego, kruchego, pięknego jak sen, który łatwo spłoszyć. Byłeś tam, blisko, a jednak nieosiągalny, jakby oddzielony ode mnie cienką, niewidzialną granicą.

Czasem miałam wrażenie, że gdybym tylko wyszeptała twoje imię — to jedno, jedyne — drgnąłbyś lekko, otworzył oczy i spojrzał na mnie tak, jak czekałam od zawsze. Że wystarczyłby moment odwagi, by cię ocalić… albo może, by samą siebie oddać tej chwili na zawsze.

Dziś uśmiecham się do tamtych wyobrażeń, lecz nie potrafię się ich wyrzec. Bo kiedy znów nachylam się nad tulipanem i zaglądam w jego ciche wnętrze, wciąż odnajduję twój ślad — delikatny, ukryty, jakbyś nadal tam był, czekając.

I może właśnie dlatego wciąż wierzę, że niektóre zaklęcia nie chcą zostać złamane… bo są zbyt piękne, by mogły się skończyć.