poniedziałek, 16 lutego 2026

Tam, gdzie rzeka budziła dzień

Są takie wakacje, które nie kończą się nigdy. Zostają pod powiekami, w zapachu powietrza, w szumie rzeki, który brzmi w pamięci nawet po latach.

W dzieciństwie i wczesnej młodości niemal każdego roku wyjeżdżałam do wujostwa na wieś. Ich ogromny, przedwojenny dom stał na wzgórzu jak strażnik krajobrazu — trochę dumny, trochę milczący, a dla mnie najbezpieczniejszy na świecie. To tam uczyłam się smaku lata.

Budziłam się skoro świt. W ciszy, która nigdy nie była zupełną ciszą. Siadałam na parapecie w pokoju na pierwszym piętrze i wdychałam rześkie powietrze pachnące trawą i wodą.

U podnóża wzgórza płynęła Biała Lądecka — wartka, chłodna, nieustannie opowiadająca swoją historię. Jej szum był pierwszą muzyką dnia.

Z podwórza dobiegało życie: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Ten wielogłos nie był hałasem. Był rytmem. Dowodem, że świat oddycha. Czułam wtedy intensywnie i prosto: że jestem, że żyję.



Śniadania miały smak prawdziwości. Do kuchni „na dni powszednie” przechodziło się przez stajnię, gdzie mieszkały dwie krowy i klacz Kasztanka. Zapach był tam niezmienny, ciężki i swojski — ale dla mnie miał w sobie coś kojącego. Dziś wiem, że to nie była tylko woń siana i zwierząt. To był zapach bezpieczeństwa.

Na stole czekał chleb, mleko jeszcze ciepłe, jajka od szczęśliwych kur i miód z pasieki wujka — pachnący kwieciem, słońcem i cierpliwą pracą pszczół. Dziesięć uli stało w ogrodzie tuż przy oknach kuchni, a brzęczenie mieszało się z rozmowami dorosłych.

A potem zaczynał się dzień bez granic. Łąki, pastwiska, lasy. Biała Lądecka i Nysa Kłodzka, które spotykały się w Pilczu jak dwie siostry. Woda chłodziła rozgrzaną skórę, trawa łaskotała łydki, a czas — jakby przestawał istnieć. Natura była czysta, nieskalana, ogromna. A ja byłam jej cząstką.

Po latach wracałam tam już jako matka. Chciałam, by moje dzieci zobaczyły świat, który mnie ukształtował — żeby usłyszały tę samą rzekę, poczuły zapach stajni i spróbowały miodu, który smakował latem. Jeździliśmy do wujostwa aż do chwili, gdy odeszli — jak wierzę — do innego wymiaru, zostawiając po sobie dom pełen wspomnień i krajobraz, który wciąż tam trwa. Bo są miejsca, które nigdy nie znikają. Nawet jeśli czas zabiera ludzi.


Róża — symbol piękna i tajemnicy...

 



Różaszept natury, poezja zaklęta w płatkach. Jej piękno porusza. Jest delikatna i silna zarazem. Tekst w obrazie.


niedziela, 15 lutego 2026

Podrasowany do tragedii

Z początkiem wiosny, jak co roku, na drogi ruszają różnej maści motocykliści — i ich maszyny. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy.

Ich ryk słychać już z daleka. Śniegu u nas od dawna nie ma, więc jeżdżą. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka. Zwłaszcza tych ciężkich. W młodości przejechałam tysiące kilometrów na swoim motorze. Dlatego zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek go usłyszę.

Dziś też zareagowałam, choć byłam w domu, nie na ulicy. Siedziałam przy komputerze, przy uchylonych drzwiach do ogrodu, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk skutera.

Skąd wiedziałam, że to skuter? Po prostu wiedziałam. Od najmłodszych lat potrafię rozpoznać rodzaj motoru po jego silniku. Jednak dochodzący do mnie odgłos wydawał się zbyt donośny i zbyt piskliwy… Aż nagle rozległ się głośny łoskot i krzyk:
— „Scheisseee!”… i zapadła cisza.

Wystraszyłam się. Najbardziej tej ciszy. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę… O rany! Widok, jaki zastałam, zmroził mnie.

Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody chłopiec, może 16-letni. Metr dalej leżał jego skuter, a obok stało auto ze strzaskanym lewym bokiem.

Chłopiec miał całą zakrwawioną twarz. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka.

Po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie pięciu minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko — może jakieś pięćset metrów w dół ulicy. Po kolejnych kilku minutach przyjechał policyjny radiowóz.

Bardzo żałowałam tego chłopca. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam wielu gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie, i wróciłam do domu.

W domu doszłam do siebie, ale nie mogłam znaleźć miejsca. Widok tego biednego chłopca ciągle miałam przed oczami.

Wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy nie zostało uszkodzone.

Na ulicy spotkałam mojego wszystkowidzącego sąsiada.
— Pani sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał. — Już sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o nie, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.

Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.

Biedny?! Jaki biedny…?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.

To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi go — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.

Policja stwierdziła. Chłopak po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę… i się już najeździł!

A gdzie byli jego rodzice, kiedy on to robił? Nie widzieli, co ich syn wyprawia? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.

Widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet pomagał.

Tym bardziej mi go żal — powiedziałam ciszej, bo poczułam napływające do oczu łzy.

Wracając do siebie, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia krwi na drogach. Bardzo to chwalebne.

W domu nie mogłam się skupić na pisaniu. Przypomniało mi się, że mój syn, jako nastolatek, też miał skuter i próbował podrasować silnik. Przyłapałam go na tym.
— O nie! Co to, to nie, synu! — ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam. Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego przyrzeczenia, i tak często sprawdzałam… Tak na wszelki wypadek. W myśl dobrze znanej nam wtedy — w czasie komunizmu — leninowskiej zasady: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Pod niebem mojego domu...

 


Między górami a lasem znajduje się zakątek mojego świata. Tu bije moje serce. Tekst w obrazie.


sobota, 14 lutego 2026

Czułość ukryta w kroplach

Deszcz. Dla jednych tylko opad — chłodne krople spadające z ciężkich chmur. Dla innych — cichy spektakl natury.

Dla tych, którzy potrafią patrzeć sercem, deszcz jest bajecznie pięknym zjawiskiem. Orzeźwia powietrze, koi rozgrzaną ziemię i otula świat migotliwą zasłoną kropel. Na liściach, trawach i płatkach kwiatów lśnią maleńkie brylanciki, jakby przyroda przystroiła się w najsubtelniejszą biżuterię.

Ma w sobie urok, którego nie sposób podrobić — delikatny szmer, zapach mokrej ziemi, miękkie światło odbite w kroplach. Jego piękno można podziwiać wiosną, latem i jesienią, a ostatnio — czasem nawet zimą, gdy świat na chwilę zapomina o mrozie.

Przyroda jest artystą doskonałym. Maluje bez pośpiechu, z czułością i rozmachem zarazem. Trzeba tylko zatrzymać się na moment, spojrzeć uważniej, pozwolić oczom i sercu dostrzec to, co zwykle umyka. Choćby na zdjęciach — gdy za oknem wciąż jeszcze trwa zima.



W kroplach deszczu świat pięknieje

i radością promienieje...
Czułe oko magii ulega,
moc brylantów w nich dostrzega.

To, co zasiane...

 


Złożone w człowieku. Tylko ziarno dobrego czynu i słowa wydaje dorodny owoc. Tekst w obrazie.


piątek, 13 lutego 2026

Pieśń strażników zielonego tronu

Tej zimy tutejsze lasy śpiewają ciszej niż zwykle, jakby szeptem przekazywały sobie dawne zaklęcia. Śniegu było niewiele — tylko cienka zasłona bieli, która nie zdołała okryć ich snem.

Zima przyszła i odeszła jak niepewna czarodziejka, zostawiając po sobie chłodny oddech i niedopowiedzianą pieśń.

A jednak las śpiewa. Minorowo, w tonacji ukrytej między korą a korzeniem.

Drzewa stoją jak strażnicy pradawnej tajemnicy — wysmukłe, zamyślone, spowite w szarobure płaszcze. Ich gałęzie splatają się wysoko nad ziemią, jakby snuły opowieść o zielonym królestwie, które dopiero ma się przebudzić.

Czas w lesie zwolnił. Zatrzymał się między jednym uderzeniem serca a drugim.

I tylko wiatr, wędrowny bard, przemyka między pniami, niosąc obietnicę. Że pod chłodną korą drzemie już iskra. Że w ciemnej ziemi pulsuje ciche światło. Że wiosna nadchodzi — nieśmiało, na palcach — z koszem pełnym zielonych cudów.