czwartek, 17 września 2026

Królestwo, którego nie zbieram

Grzybowa ignorantka? Owszem. Grzybowa miłośniczka? Jak najbardziej. Nie wkładam ich do koszyka, za to chętnie wkładam je do mojego fotograficznego albumu.


Grzyby nie należą ani do fauny, ani do flory. Są organizmami cudzożywnymi i należą do królestwa Fungi. Obok roślin i zwierząt stanowią odrębne królestwo organizmów eukariotycznych.

Nie potrafią, tak jak rośliny, same syntetyzować związków organicznych z substancji nieorganicznych. Do swojego rozwoju potrzebują gotowych substancji odżywczych. Pobierają je z materii organicznej wytwarzanej przez rośliny lub zwierzęta.

Grzyby, które widzimy, są tylko częścią organizmu. Są jego owocnikami. Owocniki wyrastają z niewidocznej dla naszego oka grzybni, która z kolei składa się z sieci maleńkich włókien zwanych strzępkami.

Grzybnie są przeważnie schowane w glebie, ale mogą rozwijać się także w drewnie albo w innych źródłach pożywienia. Zajmują różne powierzchnie – od kilku milimetrów po wiele hektarów.

O tym, czy w danym miejscu rozwija się grzybnia, dowiadujemy się zazwyczaj dopiero wtedy, kiedy wytworzy ona owocniki, czyli widoczną dla naszego oka część grzyba.

Odżywiają się poprzez wchłanianie substancji uwalnianych z podłoża, w którym żyją – czyli z gleby, drewna, a także z innych źródeł pożywienia.

Są użyteczne albo nie. Są jadalne albo trujące. Ale wszystkie potrafią zachwycić swoją niezwykłością, barwą, fakturą, kształtem, swoim pięknem. I to bez retuszu.

Powoli kończy się czas na grzyby. W formie grzybobrania, oczywiście. Kto się na nich zna, zbiera je, kto nie – lepiej niech je tylko podziwia. A naprawdę jest co.

Podziwianie ich piękna jest zawsze bezpieczne. Osobiście za czorta się na grzybach nie znam i gdy natknę się na nie w lesie, skupiam się jedynie na ich oglądaniu i ewentualnym uwiecznianiu co piękniejszych okazów.

W Polsce to co innego. W Polsce to się znałam, że ho, ho! I często grzybobranie uskuteczniałam… Ale tylko z moją mamą. Bo ona, jak mało kto, była grzybową ekspertką.

Tu nigdy grzybów nie zbierałam i nie zbieram. Nie tylko z tego powodu, że od czasu katastrofy w Czarnobylu w Niemczech odradza się zbieranie niektórych gatunków grzybów, ale przede wszystkim dlatego, że grzyby są bardzo zwodnicze. Potrafią skutecznie i bardzo niebezpiecznie zmylić każdego niepewnego grzybiarza… Wolę więc nie ryzykować i kupować je na targu, bo… Bo? No właśnie, bo jestem grzybową ignorantką i pewnie taką już pozostanę.

Za to w moim albumie przyrodniczym mam ich całą masę. Różnych. Na pewno te jadalne są wymieszane z tymi niejadalnymi, tworząc istny miszmasz, ale tylko na pierwszy rzut oka, bo co wrażliwsze oko dostrzeże w nich piękny, wielobarwny kalejdoskop typu mix & match.

Bo też co jak co, ale piękna odmówić im nie można. A ja to ich piękno dostrzegam i wszędzie je fotografuję.



Niebo nad polskim piekiełkiem...

 



Niebo nad polskim piekiełkiem... Paradoks? A może całkiem wygodny układ: na dole polskie piekiełko, a nad nim — kościelna aprobata. W takich warunkach trudno liczyć na jego rychły koniec — wiersz satyryczny w obrazie.


środa, 16 września 2026

Mam chyba konie w genach

Podobno miłość do koni mam w genach — po pradziadku, ułanie. Nie wiem, ile w tym genów, a ile magii, ale wiem jedno: kiedy widzę konia, natychmiast robi mi się jaśniej na duszy. A kiedy koń sam podchodzi się przywitać… jestem cała w kwiatkach.


Konie, obok psów, to moje najukochańsze zwierzęta. Miłość do koni mam chyba zakodowaną w genach — po moim pradziadku, ułanie. Tak sobie myślę, bo zawsze, gdy widzę konia, promienieję i nie mogę oprzeć się pokusie, by się do niego zbliżyć. Nawet jeśli jest daleko.

Tym razem było podobnie. Podczas wycieczki, na skraju lasu, zobaczyłam cztery konie na wybiegu. Niewiele myśląc, skierowałam się w ich stronę. I już po chwili byłam cała w kwiatkach, kiedy podeszły do mnie, żeby się przywitać... Pewnie wyczuły moją miłość do nich.



Mogłabym tak stać i podziwiać bez końca te piękne, dostojne, ogromne zwierzęta. Uwielbiam zwłaszcza konie w galopie. Nie ma chyba piękniejszego widoku… To czysta poezja.

I wtedy zawsze przypominają mi się słowa angielskiego pisarza polskiego pochodzenia, urodzonego w 1857 roku w Berdyczowie — Josepha Conrada: „Nie ma nic piękniejszego niż kobieta w tańcu, statek pod żaglami i koń w galopie”.

Czy można piękniej oddać to, co czujemy, patrząc na konia w galopie?

Na widok koni często podśpiewuję sobie:

Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc,
na wichurze by stać…”

To słowa piosenki Wołodii Wysockiego „Konie”*. Jakoś właśnie ta piosenka najbardziej pasuje mi do tych cudownych zwierząt. Jest w niej coś z ich siły, wolności, nieokiełznania… i z tej niezwykłej więzi, jaka od wieków łączy człowieka z koniem.

A najbardziej lubię ją w wykonaniu Natalii Sikory podczas koncertu w Opolu w 2013 roku. Oto link: s://www.youtube.com/watch?v=xrtPtGtP5Gg


Czy w Polsce jest więcej prostaków, czy ludzi szlachetnych?...



* Prostak — nie mylić z człowiekiem prostym. Człowiek prosty to człowiek z zasadami i honorem, budzący szacunek. Prostak natomiast to zadufany w sobie cwaniak i cham.


Czasem wybory są czymś więcej niż wyborem partii. Są sprawdzianem naszych wartości, rozsądku i tego, jakiego państwa naprawdę chcemy — wiersz w obrazie.


wtorek, 15 września 2026

I tak się nie wywiniesz, psuju polskiego prawa i sprawiedliwości...

 



Można uciekać przed odpowiedzialnością, można liczyć na czas i polityczne zawirowania. Tylko przed konsekwencjami własnych czynów uciec znacznie trudniej. Zwłaszcza gdy wcześniej samemu grało się va banque — wiersz satyryczny w obrazie.


Dębowa terapia...

 


Dąb nie tylko daje cień. Potrafi też naładować człowieka energią… i kto wie, czym jeszcze. Każdy sam musi się przekonać — wierszyk w obrazie.


poniedziałek, 14 września 2026

Uparciuch spod żaluzji

Myślałam, że po kilku próbach da sobie spokój. On chyba pomyślał dokładnie to samo o mnie.


I tak codziennie od nowa, w tym samym miejscu. A miejsce to nie byle jakie — zewnętrzna część drzwi ogrodowych, tuż pod żaluzją. Uparł się i nie ma na niego rady. Ja niszczyłam mu tę misternie utkaną sieć, a on po jakimś czasie tkał ją od nowa. Nie niszczyłam mu jej oczywiście celowo. Gdzież tam! Niechcący.

Do dewastacji jego dzieła dochodziło wtedy, kiedy siedząc przy biurku, spuszczałam żaluzję, żeby uchronić się przed niemiłosiernie grzejącym słońcem. No i za każdym razem sieć pająka szła się... Biedulka!




Na czwarty dzień tej kołomyi zrobiło mi się już naprawdę żal uparciucha. Nie spuściłam więc żaluzji. Postanowiłam zaciągać tylko kotary.

Nowej sieci jednak nie było. Pomyślałam, że pająk pewnie był już tak zmęczony, że nie miał siły na kolejną taką syzyfową pracę.

Tego dnia już z samego rana, zanim jeszcze nastał upał, pojechałam do lasu na kijki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po powrocie do domu znów zobaczyłam sieć!

Oczywiście — w tym samym miejscu, tej samej wielkości i o tej samej fakturze. A nawet sam tkacz wciąż na niej był.

Na mój widok pracuś jednak szybko „spinkolił”. Po chwili znalazłam go w baseniku ogrodowym. Tym razem już nie uciekał.

Kiedy robiłam mu sesję zdjęciową, spokojnie ją znosił. Od czasu do czasu tylko się poruszał, ale trwał w tym samym miejscu, wlepiając we mnie swoje malutkie, czarne oczka.

Patrzyliśmy więc na siebie — ja na niego, on na mnie. On zapewne zastanawiał się, czego jeszcze może się po mnie spodziewać, a ja podziwiałam jego upór i pracowitość.

Dodam tylko, że krzyżak ogrodowy jest dla człowieka niegroźny. Swoim jadem poraża wyłącznie drobne owady zaplątane w jego sieci. W końcu musi się czymś odżywiać...

A sieć? Jeśli człowiek jej nie zniszczy, będzie wisiała spokojnie pod żaluzją. Przynajmniej do następnego spuszczania.