Pierwszy dzień wiosny postanowiłam uczcić godnie — czyli w lesie i w towarzystwie mojej najmłodszej wnuczki. Przy okazji chciałam ją uświadomić kulturowo i opowiedzieć, jak to dzieci w Polsce witają wiosnę. No bo przecież nie może dorastać w takiej niewiedzy.
Ruszyłyśmy zaraz po śniadaniu. Najpierw elegancko — dróżkami i ścieżkami. Ale jak wiadomo, prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się ścieżka, więc szybko przeszłyśmy na tryb „na przełaj”.
Drzewa sprawdzone — pierwsze pączki są. Wiosna działa. Można uznać za oficjalnie rozpoczętą.
Po drodze opowiadałam wnuczce o wiosennych zwyczajach w Polsce — o Marzannie, o Dniu Wagarowicza. Słuchała z zaciekawieniem, a pytań miała tyle, że nie sposób było zostawić któregokolwiek bez odpowiedzi. Szczególnie ta druga tradycja przypadła jej do gustu… dziwne, prawda?
No to w skrócie opowiedziałam jej jeszcze o zabawnych przygodach bohaterów mojej książki pt. „Wagarowicze mimo woli”*, którą napisałam wiele lat temu.
W końcu zaschło mi w ustach od tej edukacji, postanowiłam więc wyjść na skraj lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (studzienka panienki, rocznik 1909).
Plan był prosty: napić się wody, zapalić tradycyjnie świeczki na skałkach i wrócić do domu jako porządne, kulturalne osoby. Z wykonaniem, jak się okazało, wyszło nieco gorzej.
Miałyśmy dwie świeczki. Jedna… postanowiła zamieszkać w studzience, wypadając wnuczce z ręki. Oczywiście przypadkiem. Wnuczka posmutniała, więc babcia — bohaterka — ruszyła na ratunek.
Nachylam się, oceniam sytuację, wszystko pod kontrolą… i nagle: chlup!
Pomiar głębokości wykonany. Ręką. Po samą pachę. Bo zostałam delikatnie (bardzo delikatnie!) potrącona. Oczywiście niechcący. Jak zawsze.
Wnuczka się wystraszyła i w końcu się rozpłakała. Mnie też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera.
Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i zajęłam się uspokajaniem wnuczki. Powiedziałam, że nic mi się nie stało i że świeczkę i tak muszę wyciągnąć, żeby nikt sobie nie pomyślał, że zaśmiecamy studzienkę.
No i skoro głębokość studzienki (niespodziewanie) już poznałam, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam. Sukces!
Efekt uboczny: rękaw mokry, ręka zmarznięta, ogólne poczucie, że jednak wiosna jeszcze się z nami nie do końca zgadza.
— Biegiem do auta! — zarządziłam strategicznie.
I tak oto, śmiejąc się po drodze (głównie wnuczka), zakończyłyśmy powitanie wiosny w stylu: edukacja + przygoda + morsowanie w wersji light.
A żeby tradycji stało się zadość, opowiedziałam jej jeszcze historię z mojego dzieciństwa o pewnej niespodziewanej kąpieli*… choć w wersji nieco ocenzurowanej. W końcu babcia też musi mieć autorytet.
* Zabawnym przygodom wagarowiczy mimo woli nie było końca, ale były też i dramatyczne: "Wagarowicze mimo woli".
* Rzeczywiście niespodziewana to kąpiel była. Oj, bardzo: „Niespodziewana kąpiel”.







