Wczoraj, jadąc w kierunku szczytu tutejszej góry, niemal wpadłam w zakręt, gdy nagle przede mną wyrósł… młody drwal. Serio. Stanęłam jak wryta. Otworzyłam okno, żeby zapytać, o co chodzi, ale on nie czekał, tylko od razu zadał swoje pytanie:
— Musi pani koniecznie tędy jechać?
Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, próbując brzmieć spokojnie:
— No muszę, bo innej drogi na szczyt nie ma. A teraz jest mój czas na „kijkowanie” w lesie.
Chłopak spojrzał poważnie, jakby mierzył mnie wzrokiem:
— To będzie musiała pani poczekać… dwadzieścia minut, aż się uporamy z pierwszym drzewem, a potem kolejne dwadzieścia, aż się uporamy z drugim drzewem, wyżej, za zakrętem.
— Ojej… tak długo? A czemu nie postawiliście znaku ostrzegawczego przy wjeździe? — rzuciłam logicznie.
— Bo nie zdążyliśmy.
— Okay. Zawracam. Podjadę kawałek wyżej, tam łatwiej mi będzie skręcić.
I tak zrobiłam. Chwilę jednak tam postałam, obserwując ich pracę. Drwale machali piłami, śmiech, tupot… W międzyczasie drugi facet w pośpiechu postawił czerwone światło. Pewnie nie wierzył, że naprawdę zawrócę.
W końcu pokiwałam im ręką, oni odwzajemnili i ruszyłam w drogę powrotną. Myślami byłam już w lesie, bo „kijkowania” odpuścić nie mogłam. Deszcz padał coraz mocniej, ale co tam — lubię deszcz. Nigdy mi nie przeszkadza.
Wybrałam las po drugiej stronie kotliny. I bingo! Dawno tam nie byłam, a widok na miasto powalał. Krople deszczu tańczyły na suchych liściach, mgła oplatała drzewa, a ja… uwieczniłam to wszystko zdjęciami, żeby pamiętać, jak pięknie potrafi padać w górach.
Czasem drobne przeszkody — zwalone drzewa, czerwone światło i młody drwal — okazują się najlepszą częścią przygody.
***
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka





