Ważki od
zawsze wydawały mi się istotami z pogranicza światów — jakby
należały bardziej do snu niż do rzeczywistości. Podziwiam je za
każdym razem, gdy jestem nad wodą, lecz nigdy nie potrafiłam
zatrzymać ich w kadrze. Zawsze wymykały się w ostatniej chwili,
jak marzenie, które rozpływa się, zanim zdążymy je nazwać.
Aż do dziś. Dziś to
marzenie samo mnie odnalazło. Wyjeżdżałam właśnie od dentysty,
gdy kątem oka dostrzegłam ruch. Na bocznej szybie mojego auta
przysiadła ważka. Bez pośpiechu, bez lęku — jakby przyleciała
tu z zamiarem spotkania, nie przypadkiem.
Zamarłam.
Bałam się drgnąć, by nie spłoszyć tej chwili. Patrzyłam w jej
ogromne, przejrzyste oczy, a ona — miałam wrażenie —
odwzajemniała spojrzenie. Jakby między nami nawiązała się cicha,
krucha nić porozumienia.
Powoli,
niemal nie oddychając, sięgnęłam po telefon. Jeden ruch, jedno
zdjęcie. Delikatne drżenie skrzydeł. I znów spokój. Została.
Nie
próbowałam już zatrzymywać jej na kolejnych fotografiach. Byłyby
tylko cieniem tego, co działo się naprawdę. Wolałam patrzeć.
Trwać w tej niezwykłej obecności, której nie sposób zmierzyć
ani opisać.
Nie wiem,
ile czasu minęło. W końcu musiałam wracać. Z lekkim żalem
uruchomiłam silnik i ruszyłam powoli przed siebie. A ona wciąż
tam była — niewzruszona, jakby zdecydowała się towarzyszyć mi
jeszcze przez chwilę.
Rozbawiło
mnie to i wzruszyło jednocześnie. Taka mała, a tak odważna.
Jechała ze mną jak cichy pasażer na gapę — aż do momentu, gdy
wjechałam na główną ulicę.
Wtedy,
bez pożegnania, odleciała. Zniknęła tak nagle, jak się pojawiła.
Zostało tylko wspomnienie. I to dziwne, ciepłe uczucie, że przez
krótką chwilę byłam częścią czegoś delikatnego i prawdziwego
zarazem.
Bo ważki…
mają w sobie coś z bajki. I coś z tęsknoty. Z ulotnego piękna,
które nie potrzebuje słów.
A może
naprawdę mnie polubiła? Może rozpoznała we mnie tę samą czułość
— dla rzeczy kruchych, milczących i przemijających.