Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVII —
Tym razem będzie o nosie, który czerwienieje w najmniej
odpowiednich momentach i zdradza więcej, niż bym chciała. O tym,
że pierwsze zauroczenia potrafią się ciągnąć dłużej, niż
powinny. O procesjach, w których nie wszystko jest takie święte,
jak wygląda. I o decyzjach, które niby są nasze… a jednak nie do
końca.
Mam już
trzynaście i pół roku. A to moje zdjęcie z ostatniej legitymacji
szkolnej w podstawówce.
No dobra,
dobra — proszę się nie śmiać! Wiem, że grzywkę mam taką,
jakby mi ją koń obgryzł. Ale to Danka, moja koleżanka z
sąsiedztwa, tak szkaradnie ją „opitoliła”.
Do
zdjęcia bardzo się stroiłam, ale co z tego, skoro wyszłam na nim
jak ostatnia leluja. Nie dość, że grzywka wygląda okropnie, to
jeszcze widać na nim mój czerwony nos.
Niby to
nic dziwnego, bo jest zima, więc na dworze zimno, a kiedy szłam do
fotografa, zmarzłam okrutnie. U fotografa niestety się nie
zagrzałam, bo i w jego pracowni było prawie tak samo zimno jak na
dworze.
Niby nic
dziwnego? A jednak — bo mój nos czerwienieje nie tylko z zimna.
Och, jak ja nie cierpię tego swojego kinola… czerwonego kinola.
Że co,
kiedy jeszcze nos może czerwienieć? Wiem, wiem — z gorąca na
przykład. A muszę przyznać, że z gorąca mój wstrętny nos
czerwienieje jeszcze „piękniej”. Kiedy się zgrzeję albo jem
coś gorącego, na przykład rosół.
Mało
tego — kiedy się zdenerwuję albo czegoś boję, też. Tak że
świadectwo mojego stanu psychicznego również maluje się na nosie…
na czerwono oczywiście. I od razu czuję w tym miejscu gorąco, a
wtedy robi mi się wstyd, że wszyscy to widzą — i nos
czerwienieje jeszcze bardziej.
O kurczę
pieczone, jak ja się wstydzę tego mojego nosa. Kiedyś, po
zjedzeniu pysznego niedzielnego rosołu, spojrzałam w lustro i aż
się wystraszyłam.
Jak
myślicie, dlaczego? Ano dlatego, że mój kinol wyglądał jak
pomidor! Byłam załamana, bo jeśli tak ma wyglądać dojrzewanie,
to ja wolę zostać dzieckiem na zawsze.
Ale że
nie leży to w mojej naturze, żeby dłużej niż trzy dni tkwić w
takim stanie, postanowiłam działać. Natychmiast złapałam
mamusiną „Przyjaciółkę” i napisałam do kącika porad z
prośbą o pomoc w tej mojej wstydliwej, nosowej sprawie.
Jaka
byłam szczęśliwa, kiedy po paru tygodniach znalazłam w
czasopiśmie odpowiedź laryngologa, który radził mi unikać
ciepłych potraw i codziennie przed snem smarować nos maścią
ichtiolową.
Chyba ze
sto razy czytałam ten „przyjaciółkowy” kącik porad i czułam,
jak rozpiera mnie duma, że rubryka pt. „Lekarz radzi” dotyczyła
właśnie mnie i mojego problemu.
Jak
uskrzydlona pobiegłam do apteki po maść. A zasuwałam, że ho, ho
— jakbym co najmniej biegła za siedem gór i rzek po zaczarowany
eliksir.
Wcierałam
to świństwo — o, przepraszam — ten zaczarowany eliksir w mój
narząd powonienia codziennie, i to przez parę miesięcy.
Niestety,
eliksir okazał się tylko śmierdzącym świństwem, bo z moim nosem
nic się nie zmieniło. Jak był czerwony w tych szczególnych
okolicznościach — tak został. O kurza twarz, jak ja nie cierpię
tego mojego nochala!
Dobrze,
że przyszła już wiosna — to przynajmniej jeden powód jego
czerwienienia odpadnie.
Jest
akurat oktawa po Bożym Ciele i codzienne procesje wokół kościoła.
Kiedy byłam mała, sypałam kwiatki, ale teraz wiekowo awansowałam
i — jako jedna z szóstki dziewcząt — mogę nosić figurę Matki
Boskiej.
Tyle że
oczywiście znów zaczęła się rywalizacja między dziewczynami o
to, której pierwszej uda się „zagarnąć” figurę dla siebie. I
ta głupia rywalizacja też mi się na początku udzieliła.
Może to
przez to ciągłe jeszcze „zaćwierkolenie” we Franku — bo on
jest bardzo ważnym ministrantem i do tego bardzo ładnie śpiewa. A
w procesji idzie zaraz za proboszczem i jego śpiew cały czas się
słyszy.
Jeśli to
prawda z tym przedłużonym działaniem „zaćwierkolenia”, to
muszę przyznać, że to uczucie jest gorsze niż zaraza… Bo już
dawno powinnam o Franku zapomnieć — dwulicowości nie cierpię od
zawsze, a Franek właśnie taki jest. W kościele gra aż nazbyt
pobożnego, a poza nim czasami diabeł z niego wyłazi.
W końcu
jednak odpuściłam, bo doszłam do wniosku, że Matka Boska nie
zasłużyła sobie na takie przepychanie pod swoją figurą… I
przez ostatnie dni w ogóle na procesje nie chodziłam.
Za co
oczywiście dostawałam burę od mamusi, ale wolałam to niż takie
zachowanie przed każdą procesją.
Był
jeszcze jeden powód, dla którego odechciało mi się procesji. Otóż
niezbyt miło szło mi się za naszym — w ozłoconym stroju, z
hostią w ręku, pod baldachimem świętości — ordynarnym i
wiecznie zapijaczonym proboszczem.
A tak
swoją drogą, nieustannie zadziwia mnie to, że w naszym miasteczku
życie toczy się wokół kościoła. Gdyby przez to ludzie stawali
się lepsi, to bym to zrozumiała, ale zauważam, że wcale tak nie
jest.
Bo ci,
którzy na co dzień nie są mili, po wyjściu z kościoła pozostają
tacy sami. Mimo że w środku pchają się zawsze najbliżej ołtarza.
Taki na
przykład jeden pan z sąsiedniej ulicy — zawsze nas, dziewczynki,
brzydko zaczepia słownie, kiedy tylko nas zobaczy. Na szczęście
tylko tak, bo nie ręczę za siebie, w co bym go kopnęła, gdyby
wystartował do nas z łapami…
A w
kościele, przy wszystkich świątecznych okazjach, zawsze kroczy
przy księdzu jako jego najważniejsza „obsługa”… obłudnik
jeden!
Wnet
skończę czternaście lat. Czuję się już prawie dorosła. Wiem,
wiem — że „prawie” robi dużą różnicę, ale jakoś tak
poważniej zaczęłam patrzeć na wszystko, co mnie otacza. Może też
przez to, że w maju zdałam egzamin do Technikum Ekonomicznego.
Moim
małym braciszkiem również chętnie się zajmuję — i już tak
bardziej odpowiedzialnie. Chodzę z nim na długie spacery do parku
albo nad rzekę, kiedy jest ciepło. A Wojtuś bardzo to lubi. Ma już
trzy latka i pięknie nam rośnie — mądry i radosny z niego
chłopczyk.
A jeśli
chodzi o sam egzamin do technikum, to choć zaliczyłam go celująco
i bez problemu — z czego jestem dumna do dziś — wcale nie był
taki łatwy. Oj, nie! Bo skoro byłam aż tak wystraszona i niewiele
zapamiętałam z jego przebiegu, to znaczy, że łatwy być nie mógł.
Utrwaliły
mi się tylko dwa epizody. Ale za to bardzo dokładnie. Pamiętam
panią od języka polskiego, profesor Piasecką — jak siedzi bokiem
przy biurku, z nogą założoną na nogę, i opiera łokieć o blat.
Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu i w końcu, podrzucając nogą,
każe mi napisać na tablicy (śmiesznie zielonej, nie czarnej), jak
się odmienia słowo „postać”.
Jak dziś
pamiętam, że ku jej zadowoleniu — a mojemu szczególnie —
napisałam poprawnie: „postaci”, a nie „postacie”, jak
większość wtedy mówiła. Choć później, o dziwo, obie formy
stały się poprawne.
Drugi
epizod związany był z geografią. Profesor Przybysławski, z bardzo
groźną miną, kazał mi na mapie świata wskazać Wietnam i jego
stolicę.
Wskazałam
— i to poprawnie. Mina profesorowi nieco złagodniała, a nawet
lekko się uśmiechnął.
Ot i cały
egzamin. To znaczy — nie cały, ale tylko tyle z niego
zapamiętałam. Widocznie stres był tak silny, że wszystko inne z
głowy mi wywiało. Ale najważniejsze, że zdałam i dostałam się
do technikum.
Choć
potem, kiedy tatuś się dowiedział, okazało się, że mogłam w
ogóle nie zdawać egzaminu — bo miałam świadectwo „z góry na
dół bardzo dobre”. Zabrakło tylko czerwonego paska, co — jak
się później okazało — było niedopatrzeniem kierownika szkoły.
Dobrze,
że dowiedziałam się o tym dopiero po egzaminie, a nie przed, bo
byłabym wściekła jak sto diabłów.
Tym
bardziej że zdawałam do tego technikum nie z własnej woli, tylko z
przymusu.
Bo tak
naprawdę przez całą siódmą klasę wybierałam się do Technikum
Chemicznego, bo chemia bardzo mi się spodobała.
Ale kiedy
przed złożeniem papierów byłam z mamusią na obowiązkowych
badaniach psychotechnicznych, lekarz stwierdził u mnie wrodzoną
wadę serca (czego później żaden inny lekarz nie potwierdził) i
kategorycznie odradził posyłanie mnie do szkoły chemicznej.
Dlatego
ostatecznie — z wielkim bólem serca — złożyłam papiery do
Technikum Ekonomicznego. I to wcale nie z powodu jakiejś tam wady
serca. Tylko żalu w sercu.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.