piątek, 22 maja 2026

Opętanie czy mózg? Narracja egzorcystów kontra nauka

Czy „opętanie” to naprawdę walka z demonem — czy raczej dramat rozgrywający się w ludzkim mózgu? To, co od wieków interpretujemy jako ingerencję sił nadprzyrodzonych, może mieć znacznie bardziej przyziemne, choć nie mniej niepokojące źródło.


To nie były demony. To nie był cud. To był twój mózg w trybie przetrwania. Brzmi niewygodnie? Właśnie dlatego tak rzadko mówi się o tym wprost.

Znacznie łatwiej uwierzyć w siły nadprzyrodzone niż zmierzyć się z myślą, że najbardziej przerażające doświadczenia mogą powstawać w naszej własnej głowie. Bo jeśli to prawda, to znaczy, że granica między „normalnością” a utratą kontroli jest znacznie cieńsza, niż chcielibyśmy wierzyć.

Kiedy człowiek doświadcza skrajnego stresu, traumy lub przeciążenia psychicznego, mózg nie „psuje się” w prosty sposób. On się adaptuje. Uruchamia mechanizmy przetrwania: dysocjację, odcięcie emocji, zniekształcenie percepcji. Czasem pojawiają się głosy. Czasem poczucie obcej obecności. Czasem wrażenie, że „to już nie ja”.

W innym kontekście nazwalibyśmy to objawami. W określonej kulturze nazywa się to opętaniem. I właśnie tutaj zaczyna się problem narracji.

Bo jeśli uznamy, że to mózg — a nie demon — stoi za tymi doświadczeniami, zmienia się wszystko. Znika potrzeba walki z „zewnętrznym złem”, a pojawia się konieczność zrozumienia wewnętrznych procesów. To trudniejsze. Mniej spektakularne. I nie daje prostych odpowiedzi.

Dlatego narracja o opętaniu jest tak trwała. Porządkuje chaos. Nadaje sens cierpieniu. Tworzy wyraźny podział: jest ofiara, jest zło, jest ktoś, kto to zło pokona.

Egzorcysta staje się wtedy nie tylko uczestnikiem wydarzeń, ale ich centralną postacią — kimś, kto przywraca porządek w świecie, który wymknął się spod kontroli.

Tyle że ta historia ma swoją cenę. Bo kiedy wszystko tłumaczymy demonem, przestajemy szukać rzeczywistych przyczyn. Pomijamy rolę psychiki, doświadczeń, środowiska. Ryzykujemy, że zamiast pomóc — utrwalamy problem. A czasem nawet go pogłębiamy.

Nie oznacza to, że ludzie „udają” albo że ich doświadczenia są mniej realne. Wręcz przeciwnie — są jak najbardziej realne. Strach, utrata kontroli, poczucie obcości wobec samego siebie — to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle że źródło tych przeżyć nie musi być nadprzyrodzone.

I może właśnie to jest najtrudniejsze do zaakceptowania. Że nie zawsze potrzebujemy walki z demonami. Czasem wystarczy zrozumieć własny mózg.



Czy owady znają przyjaźń?

 


Nawet owady zdają się rozumieć, czym jest przyjaźń. Człowiek — istota myśląca — niekoniecznie. Ich mały owadzi świat jest wielką lekcją przyjaźni dla nas. Tekst w obrazie.


O kalinie, która wraca każdej wiosny

Choć u nas deszcz padał niemal bez wytchnienia aż do zeszłego tygodnia, kalina w moim ogrodzie rozkwitła jakby wbrew pogodzie — obrodziła śnieżnymi kulami, lekkimi jak cisza poranka.

Jej krzewy spotyka się w wielu przydomowych ogrodach i trudno się temu dziwić, bo mają w sobie coś niezwykle dekoracyjnego. Także jej liście jesienią potrafią oczarować — wtedy płoną szkarłatną purpurą, jakby dogasało w nich letnie światło.

Kalina nie owocuje w sposób, w jaki zwykliśmy myśleć o owocach, ale nie potrzebuje tego, by istnieć pełnią uroku. Jest mrozoodporna i każdej wiosny powraca, rodząc swoje bajecznie piękne kwiaty.

Lubię kalinę. Ma wiele odmian, lecz najbardziej urzeka mnie kalina koralowa — ta o białych, puszystych kwiatostanach przypominających małe, świetliste pompony.



Każdej wiosny wpatruję się w jej ogromny krzew, czekając na moment, w którym nagle się odmienia. I za każdym razem dzieje się to tak samo: jeszcze wczoraj nie było nic, a dziś już są one — jakby majowa noc dotknęła gałązek i obudziła w nich biel.



Gdzieś czytałam, że w niektórych regionach Polski sadzono ją na grobach młodych ludzi. Nie wolno było jej wąchać, bo miało to grozić utratą węchu. Zniszczenie jej krzewu uważano za czyn niemal świętokradczy.

Kalina zajmuje szczególne miejsce w tradycji Słowian. Obok róży jest jednym z najczęściej powracających kwiatów w literaturze i muzyce — jakby od wieków domagała się, by ją opowiadać i śpiewać. A może raczej sama to robi, tylko przez ludzi.

Bo „kalinka” („Калинка, калинка, калинка моя! В саду ягода малинка, малинка моя!”) dawno już przestała być tylko pieśnią jednego narodu. Wędruje po świecie, tańczy i rozbrzmiewa w różnych językach i rytmach.

Jedną z takich odsłon znalazłam na YouTube: Kalinka – YouTube


czwartek, 21 maja 2026

Międzynarodowy Dzień Kosmosu – Czy prawda o Wszechświecie jest przed nami ukrywana?

Dzisiaj — 21 maja, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kosmosu – dzień, który w teorii ma popularyzować wiedzę o Wszechświecie, ale w praktyce coraz częściej prowokuje znacznie trudniejsze pytania. Pytania, które wykraczają poza podręcznikową astronomię.

Bo im więcej wiemy o Kosmosie, tym bardziej uderza nas jedno: jak niewiele naprawdę rozumiemy.

Oficjalna nauka krok po kroku odkrywa kolejne fragmenty kosmicznej układanki – egzoplanety, czarne dziury, fale grawitacyjne. Ale równocześnie istnieje cały równoległy świat relacji, obserwacji i teorii, które nie mieszczą się w akademickich modelach.

Od dekad na całym świecie pojawiają się doniesienia o niewyjaśnionych zjawiskach na niebie. Jedni nazywają je błędami percepcji lub tajemnicami natury, inni mówią wprost: to ślady obecności czegoś więcej, niż chcielibyśmy przyznać.

Czy to tylko zbiór przypadkowych historii? A może fragment większej rzeczywistości, której nauka jeszcze nie potrafi – lub nie chce – opisać?

Najbardziej kontrowersyjne pytanie pozostaje bez odpowiedzi:

— Czy naprawdę jesteśmy sami, czy tylko tak nam się wydaje?

Jedno jest pewne – im głębiej patrzymy w Kosmos, tym bardziej kruszy się pewność tego, co „wiemy”.



Joy — dziewczynka od radości...

 


Efekt Joy. Imię, które niesie radość. Trudno się z tym nie zgodzić — w końcu nomen omen. Wierszyk w obrazie.


Biedroneczki są w kropeczki? Niekoniecznie

Któż z nas nie zna biedronek? Tych małych, czerwonych kuleczek, które od pokoleń budzą sympatię i czułość. Nazywamy je pieszczotliwie bożymi krówkami i nosimy w pamięci jak okruchy dzieciństwa — razem z bajkami, w których odgrywały swoje maleńkie, lecz ważne role. Sama próbowałam uchwycić ten świat w kilku opowieściach — „Turkućlandia” jest jedną z nich.

A przecież wystarczy przypomnieć sobie tamten moment: dłoń wyciągnięta ku niebu, drobne nóżki łaskoczące skórę i dziecięcy głos powtarzający zaklęcie: „Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba…”. Ile w tym było wiary, ile nadziei — i ile prostego zachwytu nad światem.

Biedronki od dawna mieszkają nie tylko na liściach i łodygach, lecz także w naszej kulturze. Przemykają przez wiersze, piosenki i wspomnienia. Choćby ta znana melodia, którą śpiewała Kasia Sobczyk — „Biedroneczki są w kropeczki” — brzmi w uszach jak echo beztroskich lat.

I nagle coś się zmienia. Jakby ktoś dopisał do tej niewinnej historii nieco mniej pogodny rozdział. Biedronki — czy raczej niektóre z nich — zaczynają „fruwać na cenzurowanym”. Nie nasza swojska siedmiokropka, lecz przybysz z daleka — Harmonia axyridis, biedronka azjatycka.



Zanim jednak padnie osąd, warto przyjrzeć się obu bohaterkom tej opowieści. Biedronka — niewielka, mierząca zaledwie kilka milimetrów — zdaje się być klejnotem natury. Jej czerwone lub pomarańczowe pokrywy skrzydeł, rozsiane czarnymi kropkami, przyciągają wzrok jak misternie zdobiona biżuteria. A przy tym jest sprzymierzeńcem człowieka — cierpliwie i skutecznie rozprawia się z mszycami i innymi szkodnikami roślin. Nic dziwnego, że ogrodnicy witają ją jak dobrego ducha swoich ogrodów.

Żyje tam, gdzie toczy się cicha walka o liście i pędy — na łąkach, w sadach, ogrodach i parkach. Rozmnaża się szybko, niemal niezauważalnie zwiększając swoją liczebność. A gdy nadchodzi zima, szuka schronienia — czasem pod korą drzew, czasem bliżej człowieka, w szczelinach budynków. Wtedy zbiera się w skupiska tak liczne, jakby natura sama chciała ochronić ją przed chłodem.

Najbardziej znana z nich — siedmiokropka — zdaje się być wzorem tego, czym biedronka „powinna” być. Siedem kropek, symetria i harmonia — niemal symbol porządku wpisanego w przyrodę.

Lecz świat nie stoi w miejscu. Około 2006 roku pojawił się ktoś nowy — przybysz z Azji. Harmonia axyridis. Piękna, zmienna, nieprzewidywalna. Jej barwy mogą przybierać różne odcienie, a liczba kropek wymyka się schematom. Rozpoznać ją można po charakterystycznym znaku w kształcie litery „M” nad oczami — jakby natura zostawiła na niej podpis.



Przybyła z daleka — od surowych terenów Ałtaju po wilgotne wybrzeża Pacyfiku. Sprowadzona przez człowieka jako sprzymierzeniec w walce z mszycami, szybko pokazała, że niełatwo daje się kontrolować. Tam, gdzie miała pomagać, zaczęła dominować. Rozprzestrzeniła się po kontynentach, przekraczając granice szybciej niż przewidywano. I oto pojawia się problem.

W ostatnich latach coraz częściej słyszymy o „pladze” biedronek azjatyckich. Wdzierają się do domów, szukając schronienia przed zimnem. Są wszędzie — na ścianach, w oknach, w zakamarkach mieszkań. Ich obecność przestaje być uroczym wspomnieniem, a zaczyna być uciążliwością.

Co więcej, mogą wywoływać reakcje alergiczne — od łagodnych podrażnień po poważniejsze dolegliwości. A gdy czują się zagrożone, wydzielają żółtą substancję, która pozostawia ślady — jakby chciały zaznaczyć swoją obecność na dobre.

A jednak… nie wszędzie ich inwazja jest tak odczuwalna. Tam, gdzie mieszkam, pojawiają się rzadko — pojedynczo, niemal nieśmiało. I wtedy znów przypominają te dawne, znajome biedronki z dzieciństwa.

Może więc pytanie, czy „biedroneczki są w kropeczki”, nie jest wcale takie proste. Bo choć wszystkie należą do jednego świata, nie każda opowiada tę samą historię.


O kwitnieniu jabłoni, które przeminęło zbyt szybko

Tegoroczna wiosna obeszła się z jabłoniami zaskakująco surowo. Ich kwitnienie było krótkie, niemal przelotne — jakby natura tylko na chwilę uchyliła drzwi do swojego najpiękniejszego spektaklu, by zaraz je zamknąć. Szkoda…

Bo przecież w sprzyjających latach jabłonie rozkwitają z rozmachem, okrywając się delikatnymi płatkami niczym lekką, pachnącą kurtyną. Przez długie tygodnie trwają wtedy w swoim cichym zachwycie, rozświetlając ogród i przyciągając spojrzenia.

Tym razem jednak wiosna nie była łaskawa. Powracające mrozy i nagłe śnieżyce, niesione porywistym wiatrem, strąciły kruche kwiaty niemal natychmiast, jakby ktoś przerwał ich opowieść w połowie zdania.

Patrzyłam na to z żalem. Mam w ogrodzie cztery jabłonie i każdej wiosny czekam na ich rozkwit jak na coś szczególnego, niemal osobistego. Lubię zatrzymać się przy nich na chwilę, w ciszy, i chłonąć ich ulotne piękno.

W tym roku nie było mi to dane. Jedynie jedna z nich, ta rosnąca nieco wyżej, na wzgórzu, osłonięta nieco dużymi drzewami leszczyny, zdołała na krótko oprzeć się kaprysom pogody — jakby chciała ocalić choć odrobinę tej wiosennej magii.