Jedno zdjęcie. Jedno
spojrzenie. I nagle zwyczajna chwila zamienia się w coś zupełnie
innego. Skojarzenia potrafią być fascynujące — dopóki
rzeczywistość nie zacznie ich niepokojąco potwierdzać.
Zabawa w
skojarzenia to coś więcej niż tylko łączenie myśli. To subtelna
sieć powiązań między wrażeniami, obrazami, dźwiękami i
zapachami — niewidzialne nici, które splatają się w naszej
świadomości tak, że pojawienie się jednego elementu natychmiast
przywołuje kolejne.
Skojarzenia
— te ciche impulsy wywoływane przez bodźce — mają ogromną
siłę. Na co dzień nawet nie zauważamy, jak wiele informacji
przenika do naszego umysłu właśnie tą drogą. A jednak gdzieś
się one w nas odkładają, by w najmniej spodziewanym momencie
powrócić — nagle, bez zapowiedzi, jakby znikąd.
Każdy z
nas doświadcza tego procesu inaczej. Dla jednych świat układa się
przede wszystkim w obrazy, dla innych w dźwięki, dotyk czy ruch. A
jednak niezależnie od sposobu odczuwania — skojarzenia pozostają
jednym z najbardziej naturalnych mechanizmów naszego myślenia.
To także
niezastąpiona pomoc w nauce. Dzięki nim łatwiej zapamiętujemy,
szybciej łączymy fakty, sprawniej poruszamy się wśród nowych
informacji. Umysł, karmiony skojarzeniami, staje się bardziej
czujny, elastyczny — i twórczy.
Dla mnie
ten świat od zawsze miał przede wszystkim wymiar wizualny. Jestem
wzrokowcem — obrazy przychodzą do mnie najłatwiej. Czasem mam
wrażenie, że same mnie odnajdują, pojawiają się bez wysiłku,
jakby wyłaniały się z półcienia pamięci.
Moja
wyobraźnia skojarzeniowa działa szybko, niemal automatycznie.
Wystarczy jedno spojrzenie — na fotografię, krajobraz, twarz —
by w mojej głowie natychmiast pojawił się ciąg powiązań. I
często są one zaskakująco trafne… a przynajmniej prawdopodobne.
Choć
trzeba przyznać, że ta sama wyobraźnia, która potrafi zachwycić,
bywa też źródłem nieoczekiwanych emocji.
Weźmy
taki niewinny przykład.
Dostaję
od córki zdjęcie z rodzinnej wyprawy po Skandynawii. Na fotografii
moja wnuczka siedzi sobie spokojnie na kamieniu, zanurzonym w wodzie
jeziora Glan, gdzieś w okolicach Norrköping. Sielanka. Cisza.
Dziecko je jabłko.
I co robi
mój umysł?
Oczywiście
— żadnej wnuczki nie widzi. Widzi za to Małą Syrenkę. Symbol
Kopenhagi. Natychmiast, bez wahania, bez konsultacji.
Logika?
Żadna. Płetwy brak. Ogona brak. Jest za to jabłko. Ale kogo to
obchodzi — skojarzenie zostało uruchomione i koniec dyskusji.
No dobrze
— myślę sobie — sprawdzę. Może jednak coś w tym jest. Może
nie zwariowałam do reszty. Z natury jestem osobą dokładną, więc
sięgam do Internetu.
I wtedy
trafiam na obraz, który sprawia, że cała ta niewinna zabawa w
skojarzenia przestaje być taka niewinna.
Pomnik
Małej Syrenki — owszem, ten sam, kopenhaski symbol — pokryty
barwami rosyjskiej flagi. Zamarłam.
A po chwili
ogarnęło mnie oburzenie. Jak to możliwe? Jak można było dopuścić
się czegoś takiego? Cóż za bezczelność...
I wtedy
dotarło do mnie coś jeszcze. Że może największym problemem wcale
nie są nasze skojarzenia. Tylko to, że świat coraz częściej
zaczyna je wyprzedzać. I niestety — rzadko w dobrą stronę.