Jeszcze niedawno wydawało się, że wszystko wraca na właściwe tory. Nadzieja była realna, zmiana — namacalna. Minęły niespełna dwa lata i znów pojawia się to samo pytanie: czy naprawdę czegoś się nauczyliśmy? Gdyż coraz wyraźniej widać stary scenariusz — z tymi samymi błędami i ryzykiem tego samego finału.
13 grudnia 2023 roku miał być początkiem nowej Polski. Cieszyłam się, witałam ją z nadzieją — jak Feniksa, który wreszcie podniósł się z popiołów i wraca do świata normalności.
Jeszcze przez niemal dwa miesiące trzymano ją w pisowskim „inkubatorze”, pod kontrolą starego układu, ale w końcu wyszła — uśmiechnięta, pełna energii, gotowa na demokrację i szacunek wobec własnych obywateli.
I to była zasługa ludzi. Polaków dobrej woli, którzy powiedzieli „dość” i doprowadzili do tej zmiany.
A potem przyszło zderzenie z rzeczywistością.
Minęły niespełna dwa lata — i co? PiS, z Kaczyńskim na czele, dalej idzie jak taran, nie oglądając się na nic. Krok po kroku odzyskuje wpływy, aż w końcu obsadza Pałac Namiestnikowski swoim człowiekiem.
Rok jego prezydentury wystarczył, by zobaczyć, dokąd to prowadzi — i trudno już mówić o „kontrowersjach”. To polityka zwyczajnie szkodliwa dla państwa.
A z drugiej strony? KO wciąż nie potrafi przebić się do ludzi ze swoim przekazem, mimo realnych osiągnięć. Jakby ktoś mówił półgłosem, podczas gdy przeciwnik krzyczy przez megafon.
Efekt? Coraz bardziej realny scenariusz: wybory w 2027 roku wygrywa skrajna prawica.
I co wtedy?
Nic nowego. Powtórka z rozrywki.
Polacy dobrej woli znów zostaną z ręką w nocniku.








