Coroczne
wczasy w Polsce na zawsze zajmą w moim sercu miejsce pierwszorzędne.
Były wspaniałe. Że za komuny? Cóż — wtedy nikt nie mówił, że
jest trudno. Po prostu stało się w kolejkach i jechało na Mazury.
A jak człowiek miał dobre nastawienie, to nawet brak cytrusów nie
był w stanie popsuć lata.
W
albumach trzymam całe stosy czarno-białych fotografii. Technicznie
— tragedia. Artystycznie — przypadek. A dla mnie? Arcydzieła.
Patrzę na nie i widzę kolory, których żaden aparat wtedy nie
potrafił uchwycić: złoto słońca, brąz opalenizny i ten
niepowtarzalny odcień wakacyjnego szczęścia.
W 1978
roku pojechaliśmy nad Jeziorak. Mazury były naszym letnim
kierunkiem obowiązkowym. Mieszkaliśmy w skromnym domku campingowym
należącym do cioci z Chorzowa. Domek może i nieduży, ale śmiechu
mieścił w sobie bez liku.
Dzieci
miały tam raj. Towarzystwo było międzynarodowe. Najwięcej kolegów
z Czechosłowacji. Język? Jaki język! Dzieci dogadywały się bez
słów, za to z ogromną ilością gestów, śmiechu i biegania.
Śniadanie
często jedliśmy pod presją, bo pod domkiem już czekała delegacja
gotowa do wymarszu nad jezioro.
A mój
dwuletni synek… Cóż, miał swoje wymagania modowe. Gdy akurat nie
taplał się w wodzie, najlepiej czuł się w brązowej spódniczce
starszej siostry. Innej nie uznawał. Ta jedna jedyna — i koniec
dyskusji. Argument praktyczny był nie do podważenia: w upale
wygodniej, zwłaszcza przy siusianiu. Logika prosta i skuteczna.
Trzeba
przyznać, że wyglądał w niej rozczulająco. Opalony na
czekoladowo, z jasnymi loczkami i miną niewiniątka. Któregoś
dnia, nie dawszy się przebrać za żadne skarby świata, wybraliśmy
się tak — w pełnej stylizacji — do restauracji.
Przy
sąsiednim stoliku siedziały dwie młode pary. Nagle jedna z
dziewczyn mówi z zachwytem:
— Popatrzcie, jaka śliczna
dziewczynka!
Nie
zastanawiając się długo, zawołałam:
— Przemek,
podnieś spódniczkę.
Podniósł.
Bezwstydnie i natychmiast. Śmiech wybuchł tak donośny, że chyba
echo poniosło go aż nad jezioro. Dziewczyna śmiała się tak
bardzo, że spadła z krzesła. A mój syn patrzył z dumą, jakby
właśnie dokonał czegoś naprawdę wielkiego. W sumie — dokonał.
Rozbawił pół sali.
On w
ogóle miał talent do ludzi. Uśmiechał się, zagadywał, przytulał
bez zapowiedzi. Dzięki niemu poznaliśmy starsze małżeństwo z
Warszawy — cudownych, pogodnych ludzi, którzy najwyraźniej uznali
naszego „przylepę” za dobro narodowe.
Codziennie
rano przynosili nam ze stołówki ogromną bańkę owsianki i jeszcze
coś „na dokładkę”. Stawali pod domkiem, stukali łyżką w
metal i wołali:
— Wstawać, Przemki, śniadanie na stole!
Takiej
pobudki nie powstydziłby się żaden hotel. A potem jeszcze przez
kilka lat przysyłali dzieciom paczki z zabawkami i słodyczami. Bo
tak. Bo można było. Bo się chciało.
Kiedy
dziś wracam do tamtych lat, myślę sobie, że ludzie byli wtedy
bliżej siebie. Może dlatego, że nie mieli telefonów w rękach,
tylko siebie nawzajem. Więcej rozmów twarzą w twarz, mniej
komentarzy pisanych w złości.
Oczywiście
świat się zmienił. Postęp technologiczny bywa wspaniały — sama
z niego korzystam i bardzo sobie chwalę. Ale czasem tęsknię za
tym, że największą atrakcją dnia było wspólne śniadanie i
czyjaś życzliwość zapukana łyżką w metalową bańkę.
Bo to, co
najważniejsze, nigdy nie było w kolorze zdjęć. Było w ludziach.
***
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka