Czasami
wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim
momencie, żeby uratować czyjeś życie. Tym razem na mojej drodze
stanęła… a właściwie leżała, i to na grzbiecie, owca. Nie
wiedziałam wtedy jeszcze, że ta niepozorna sytuacja nauczy mnie
czegoś ważnego — i że wiedza może przyjść z najbardziej
nieoczekiwanej strony.
A ponieważ dziś jest
Światowy Dzień Zwierząt, tę historię dedykuję wszystkim
zwierzętom — szczególnie tym, które czasami potrzebują po
prostu, żeby ktoś je zauważył. Ta owca miała szczęście, że
znalazłam się tamtego dnia właśnie tam. A ja miałam szczęście,
że to właśnie ona stanęła na mojej drodze.
Po prawie
dwóch godzinach kijkowania przechodziłam akurat obok ogromnej
polany, która kilka razy w roku zamienia się w pastwisko dla owiec.
Pasło się tam wielkie stado owiec i kóz. I wtedy ją zobaczyłam.
Pod
krzewem, na grzbiecie, z nogami skierowanymi do góry, leżała
czarno-brązowa owca. Ledwo ruszała głową.
Od razu
zauważyłam jej ogromny brzuch i pomyślałam, że albo jest w
zaawansowanej ciąży, albo ma potężne wzdęcia. Widok był
naprawdę przerażający.
A że
często bywam na łonie natury i niejednokrotnie zdarzało mi się
wyciągać z opresji różne zwierzęta — zwłaszcza ptaki i owady,
takie jak motyle czy pasikoniki — tym razem również nie mogłam
przejść obojętnie. Tyle że tym razem kaliber był nieco większy.
Niewiele
myśląc, zadzwoniłam pod 112. Stamtąd przekierowano mnie do
policji w naszym mieście. Opowiedziałam, co mam przed oczami, i
poprosiłam, żeby zareagowali oraz znaleźli adres hodowcy tego
stada. Owca potrzebowała natychmiastowej pomocy.
Trochę
to moje opowiadanie trwało, bo policjantka miała wiele pytań i
dwukrotnie pytała o to samo. Domyśliłam się, że pewnie chce mnie
sprawdzić i celowo przeciąga rozmowę, żeby zdążyć namierzyć
mój telefon.
Kiedy
zaczęłam jej tłumaczyć, gdzie dokładnie się znajduję, po
chwili odpowiedziała:
— Okej,
już widzę, gdzie pani jest. Zaraz zajmiemy się tą sprawą.
Strasznie
żal mi było tej owieczki. Na początku stało koło niej prawie
całe stado i z politowaniem patrzyło na leżącą pobratymczynię.
Kiedy jednak usłyszały naszą dość głośną rozmowę — miałam
włączone nagłośnienie — nieco się odsunęły.
Ja jednak
nie zamierzałam spokojnie wracać do domu. Kiedy ktoś potrzebuje
pomocy, muszę działać. Taka już jestem.
A widząc
tę biedną owcę, wiedziałam, że nie zostawię jej na pastwę
losu, zanim policja zadziała.
Z drugiej
strony pastwiska zauważyłam jakąś przyczepę należącą do
hodowcy. Postanowiłam tam dotrzeć, bo miałam nadzieję, że znajdę
na niej jego adres albo numer telefonu.
Nie było
to jednak takie proste. Pastwisko było ogrodzone siatką z
elektrycznymi pastuchami podłączonymi do generatora, więc musiałam
iść okrężną drogą.
Kiedy
wreszcie dotarłam do przyczepy, znalazłam tylko numer telefonu do
jej serwisu. I tak zadzwoniłam tam parokrotnie. Nikt się nie
zgłaszał.
Podjęłam
więc dość desperacką decyzję: trzeba będzie „staranować”
ogrodzenie i spróbować jednak podejść do owcy.
Jeszcze
raz rozejrzałam się po lesie, licząc na to, że zauważę kogoś,
kto mógłby mi pomóc. Nikogo.
A
przecież często spotykam tu jakichś kijkarzy, rowerzystów czy
zwykłych spacerowiczów. Tym razem jakby wszystkich wcięło. Nie
było żywej duszy.
Wróciłam
na miejsce, odstawiłam kijki i przystąpiłam do sforsowania
ogrodzenia. Wyrwałam z ziemi trzy słupki, siatka nieco opadła… i
przeszłam po niej. Trochę mnie potrzepało, ale na szczęście nic
strasznego się nie stało.
Powolnym
krokiem podeszłam do leżącej owcy. Pewnie się mnie przestraszyła,
bo gwałtownie poruszyła nogami. Całe stado natychmiast odsunęło
się na pewną odległość i z daleka bacznie mnie obserwowało.
Zaczęłam
uspokajającym głosem przemawiać do owcy. Najpierw po polsku, ale
zaraz także po niemiecku. Tak na wszelki wypadek.
Owca
przestała się ruszać. Wyłupiała tylko na mnie swoje ogromne
oczy.
Zaczęłam
masować jej ogromny brzuch i wtedy byłam już prawie pewna, że to
zaawansowana ciąża, a nie wzdęcia. Było widać, że mój masaż
sprawia jej ulgę. Co rusz puszczała głośne bąki, ale leżała
już całkiem spokojnie, poddając się masażowi.
Dwa razy
próbowałam ją podnieść, ale nie dałam rady. Była po prostu
zbyt ciężka. Masowałam
więc dalej — jeszcze prawie przez godzinę — i cały czas do
niej przemawiałam. W końcu
zaczęły mnie boleć ręce. I właśnie wtedy zauważyłam, że ona
chyba będzie rodzić.
O rany!
Przestraszyłam się, bo przecież zupełnie nie znam się na owcach.
W młodości miałam wprawdzie do czynienia chyba ze wszystkimi
zwierzętami hodowlanymi u mojego wujostwa na wsi. Raz nawet razem z
wujkiem odbierałam poród u krowy. Ale owiec wujostwo nie mieli.
Mimo to
nie miałam zamiaru „zdezerterować” i serwować się ucieczką.
Na szybko
zrobiłam owcy kilka zdjęć, żeby — jakby co — udokumentować,
że nie mogłam jej przecież bez pomocy zostawić.
Po chwili
wszystko się jednak uspokoiło. Poród nie nastąpił. Znów
zaczęłam rozglądać się po lesie, ale nadal nic się nie działo.
Ani człowieka, ani roweru, ani żadnego znaku, że ktoś w ogóle
zamierza się pojawić.
Dopiero
po kolejnych kilkunastu minutach, po przeciwległej stronie
pastwiska, zauważyłam kobietę z psem. Ucieszyłam się jak dziecko
i zaczęłam do niej machać.
Po chwili
mnie zauważyła. Po piętnastu minutach dotarła do miejsca, w
którym wcześniej staranowałam ogrodzenie, i zawołała:
— Potrzebuje
pani pomocy?
— Tak,
i to bardzo — odpowiedziałam.
— Zaraz
do pani przyjdę, tylko przywiążę mojego psa do drzewa.
Za
moment, przechodząc po utorowanym przeze mnie przejściu, stanęła
przy mnie i owcy.
Była to
młoda dziewczyna, którą już nieraz spotykałam w lesie.
Zrelacjonowałam jej całą sytuację i obie zaczęłyśmy się
zastanawiać, co robić dalej.
— Sądząc
po ilości jej odchodów, można przypuszczać, że długo już tu
leży — powiedziała po chwili.
— Też
tak od razu pomyślałam — odpowiedziałam. — Ale co robimy?
Dziewczyna
podrapała się po głowie i zaczęła opowiadać mi o pewnym filmiku
na YouTubie, który zupełnie przez przypadek kiedyś oglądała.
W filmiku
pewien hodowca owiec mówił, że kiedy owca niechcący się
przewróci i leży na grzbiecie, trzeba ją natychmiast podnieść,
bo grozi jej to śmiercią. Stan ten w języku angielskim nazywa się
cast sheep lub rolled sheep i może doprowadzić do uduszenia
zwierzęcia.
Wynika to
z anatomii owcy i jej złożonego układu pokarmowego. Gazy
gromadzące się w żołądku nie mogą wtedy uchodzić, co prowadzi
do wzdęcia. Powiększony żołądek zaczyna z kolei uciskać płuca,
utrudniając oddychanie. Szczególnie narażone są ciężarne owce,
zwłaszcza te blisko terminu porodu.
Słuchałam
jej i nagle pomyślałam o swoim prawie godzinnym masażu.
— To
wychodzi przynajmniej na to, że intuicyjnie choć trochę jej
pomogłam, masując brzuch, bo gazy z niej odchodziły, aż furczało!
— zaśmiałam się. — No to podnosimy biedulkę. Na raz, dwa,
trzy!
Obydwie
zaparłyśmy się nogami.
— Raz!
— Dwa!
— Trzy!
I
podniosłyśmy owieczkę.
Gdy już
pewnie stała na nogach, popatrzyła na nas, jakby chciała nam
podziękować, po czym nagle ruszyła biegiem w stronę swoich
współpobratymców.
I po chwili
wszystko — na szczęście — wróciło do normy.
A my,
ucieszone z dobrze spełnionego uczynku, posprzątałyśmy po sobie
cały ten bajzel, łącznie z elektrycznymi pastuchami, i po chwili,
rozmawiając wesoło, ruszyłyśmy w kierunku parkingu, gdzie stały
nasze auta.
Dopiero
będąc w domu, kiedy emocje nieco opadły, zaczęłam w myślach
analizować wszystkie momenty tej nietypowej akcji ratunkowej.
I wtedy
doszłam do wniosku, że czasami jest tak, iż dorośli również
mogą się czegoś mądrego i pożytecznego nauczyć od młodych.
I
nieważne, czy swoją wiedzę zdobyli przez świadomą naukę, czy
przez czysty przypadek. Bo czasami wystarczy jeden filmik na
YouTubie, jedna młoda dziewczyna i jedna owca leżąca do góry
nogami, żeby człowiek nauczył się czegoś, czego wcześniej przez
całe życie nie wiedział.