poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Niewinna zabawa w skojarzenia? Niekoniecznie

Jedno zdjęcie. Jedno spojrzenie. I nagle zwyczajna chwila zamienia się w coś zupełnie innego. Skojarzenia potrafią być fascynujące — dopóki rzeczywistość nie zacznie ich niepokojąco potwierdzać.


Zabawa w skojarzenia to coś więcej niż tylko łączenie myśli. To subtelna sieć powiązań między wrażeniami, obrazami, dźwiękami i zapachami — niewidzialne nici, które splatają się w naszej świadomości tak, że pojawienie się jednego elementu natychmiast przywołuje kolejne.

Skojarzenia — te ciche impulsy wywoływane przez bodźce — mają ogromną siłę. Na co dzień nawet nie zauważamy, jak wiele informacji przenika do naszego umysłu właśnie tą drogą. A jednak gdzieś się one w nas odkładają, by w najmniej spodziewanym momencie powrócić — nagle, bez zapowiedzi, jakby znikąd.

Każdy z nas doświadcza tego procesu inaczej. Dla jednych świat układa się przede wszystkim w obrazy, dla innych w dźwięki, dotyk czy ruch. A jednak niezależnie od sposobu odczuwania — skojarzenia pozostają jednym z najbardziej naturalnych mechanizmów naszego myślenia.

To także niezastąpiona pomoc w nauce. Dzięki nim łatwiej zapamiętujemy, szybciej łączymy fakty, sprawniej poruszamy się wśród nowych informacji. Umysł, karmiony skojarzeniami, staje się bardziej czujny, elastyczny — i twórczy.

Dla mnie ten świat od zawsze miał przede wszystkim wymiar wizualny. Jestem wzrokowcem — obrazy przychodzą do mnie najłatwiej. Czasem mam wrażenie, że same mnie odnajdują, pojawiają się bez wysiłku, jakby wyłaniały się z półcienia pamięci.

Moja wyobraźnia skojarzeniowa działa szybko, niemal automatycznie. Wystarczy jedno spojrzenie — na fotografię, krajobraz, twarz — by w mojej głowie natychmiast pojawił się ciąg powiązań. I często są one zaskakująco trafne… a przynajmniej prawdopodobne.

Choć trzeba przyznać, że ta sama wyobraźnia, która potrafi zachwycić, bywa też źródłem nieoczekiwanych emocji.

Weźmy taki niewinny przykład.

Dostaję od córki zdjęcie z rodzinnej wyprawy po Skandynawii. Na fotografii moja wnuczka siedzi sobie spokojnie na kamieniu, zanurzonym w wodzie jeziora Glan, gdzieś w okolicach Norrköping. Sielanka. Cisza. Dziecko je jabłko.

I co robi mój umysł?

Oczywiście — żadnej wnuczki nie widzi. Widzi za to Małą Syrenkę. Symbol Kopenhagi. Natychmiast, bez wahania, bez konsultacji.

Logika? Żadna. Płetwy brak. Ogona brak. Jest za to jabłko. Ale kogo to obchodzi — skojarzenie zostało uruchomione i koniec dyskusji.

No dobrze — myślę sobie — sprawdzę. Może jednak coś w tym jest. Może nie zwariowałam do reszty. Z natury jestem osobą dokładną, więc sięgam do Internetu.

I wtedy trafiam na obraz, który sprawia, że cała ta niewinna zabawa w skojarzenia przestaje być taka niewinna.

Pomnik Małej Syrenki — owszem, ten sam, kopenhaski symbol — pokryty barwami rosyjskiej flagi. Zamarłam.

A po chwili ogarnęło mnie oburzenie. Jak to możliwe? Jak można było dopuścić się czegoś takiego? Cóż za bezczelność...

I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Że może największym problemem wcale nie są nasze skojarzenia. Tylko to, że świat coraz częściej zaczyna je wyprzedzać. I niestety — rzadko w dobrą stronę.



Poważne problemy Amorka...

 


Amorki wnet ogłoszą strajk, bo w dzisiejszym świecie ich strzały w serca tak wyglądają: strzał, strzała leci i nagle... „404 Not Found — miłość nie znaleziona”.


niedziela, 19 kwietnia 2026

Walka o godność człowieka — upamiętniona wiosennym kwiatem żonkili... A dzisiaj? Smutek...

 


Pamiętamy Ich walkę o godność człowieka i chylimy czoła... Ale dziś... to nie jest walka o godność człowieka. I to jest bardzo smutne.


Goście z koron drzew

Są takie poranki, kiedy ogród nie budzi się od razu. Najpierw drgnie gdzieś liść, potem cień przesunie się po trawie, a dopiero na końcu pojawia się ona — mała, czujna sylwetka, która zdaje się być częścią tego miejsca od zawsze. Wiewiórka.

To niepozorne zwierzę należy do rodziny wiewiórkowatych i całe jego życie zdaje się być opowieścią pisaną wśród gałęzi. Zamieszkuje lasy iglaste i liściaste, parki oraz wszystkie te przestrzenie, w których drzewa pozwalają jej się ukryć i jednocześnie obserwować świat z góry — także przydomowe ogrody, które traktuje jak własne, dobrze znane królestwo.

Jej domy nie są stałe. Czasem zajmuje opuszczone gniazda ptaków, częściej jednak buduje własne — wysoko, w rozwidleniach gałęzi, gdzie wiatr kołysze konstrukcją z gałązek i traw. Wewnątrz panuje miękkość mchu i cisza, jakby cały świat został tam przytłumiony do szeptu. Jedno wejście wystarcza. Wiewiórka nie potrzebuje więcej.

Niewielka, lekka, niemal ulotna — waży zaledwie 200–300 gramów. Jej ciało mierzy 20–24 centymetry, a ogon, długi i puszysty, kolejne 17–20. Ten ogon nie jest jedynie ozdobą. To narzędzie równowagi, ster i parasol bezpieczeństwa podczas skoków, które wydają się przeczyć grawitacji. Żyje krótko, ale intensywnie — zwykle około pięciu lat, czasem siedem, jeśli los okaże się łaskawy.

Przez większość roku wiewiórka jest samotna. Każda ma swój rytm, swoje drzewa, swoje ścieżki między gałęziami. Ale gdy przychodzi czas rui, las zmienia się w scenę pełną pośpiechu i napięcia. Samce przemierzają korony drzew w poszukiwaniu samic, a wśród liści rozbrzmiewają piski i nagłe zrywy ruchu.

To nie zabawa, choć z dołu może tak wyglądać — to stara, niezmienna opowieść natury. Po około 38 dniach rodzą się młode: nagie, ślepe, całkowicie zależne od ciepła i obecności matki.

Na Jurze Szwabskiej, gdzie mieszkam, wiewiórki są częścią codzienności. Pojawiają się niespodziewanie, jakby wychodziły z samego powietrza między drzewami. Ale jedna z nich… zapamiętałam szczególnie.



Pewnego dnia rzuciłam jej kawałek banana, bo akurat jadłam. Zniknął szybciej, niż zdążyłam się zastanowić, czy to w ogóle dobry pomysł. Od tamtej pory wraca. Rano, zawsze o podobnej porze, pojawia się na jabłoni naprzeciwko mojego okna. Popiskuje cicho, jakby przypominała o umowie, której nigdy nie spisałyśmy.

Najbardziej lubi orzeszki. Sama je odnajduje — w leszczynie, pod drzewami, w miejscach, które tylko ona potrafi zapamiętać. A kiedy dostaje kolejne, znika natychmiast, jakby bała się, że świat mógłby jej je odebrać. Wbiega wtedy na drzewo i tam, wysoko, wśród liści, znika z mojego świata.



Są też wiewiórki mniej ufne, bardziej ostrożne. Ta jedna potrafi podejść naprawdę blisko. Zastyga wtedy w bezruchu i patrzy — nie uciekając od razu, jakby próbowała zrozumieć, czy człowiek to jeszcze część krajobrazu, czy już zagrożenie. Dopiero gdy granica zostaje przekroczona, znika jednym skokiem.

Dziś jednak przyszła inna. Czarna. Niespokojna, jakby coś ją wypchnęło z bezpiecznego rytmu dnia. Przebiegła przez ogród, rozejrzała się i zniknęła, zostawiając po sobie tylko pytanie, które nie doczekało się odpowiedzi.

Czarne wiewiórki są rzadkie, ale istnieją. Te z jaśniejszym, białym brzuszkiem bywają jeszcze bardziej płochliwe — uciekają natychmiast, gdy tylko wyczują obecność człowieka. Mniejsze od rudych, ale bardziej żywiołowe, jakby cały ich świat był nieustannym ruchem.

Czasem trudno powiedzieć, czy obserwuję jedną wiewiórkę, czy wiele różnych.

Może właśnie na tym polega ich urok — że nigdy nie są do końca uchwytne. Jakby zawsze były o krok przede mną, w miejscu, do którego mogę tylko patrzeć, ale nigdy w pełni wejść.


Dbaj o swoją wieczność...



 
Warto być dobrym człowiekiem. Dobroć zawsze wraca. I tu na Ziemi, i w innym wymiarze. Tekst w obrazie.

sobota, 18 kwietnia 2026

Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część VI — Tym razem będzie o zdjęciach, których nie mam, o dziadziu z ogromnymi wąsami i o słowie, którego lepiej nie używać przy tatusiu… Będzie też klasowe ustawianie, czerwonoskóre siostrzyczki i pewien bardzo ważny zakład. No i o tym, że czasem największy wyczyn można zepsuć… jednym drobiazgiem.


Rok szkolny przeleciał. Pierwszą klasę zaliczyłam na piątkę. No bo jakżeby inaczej. Wakacje też już przeleciały i jestem już w drugiej klasie.

Dziwne, że jakoś nikt mnie w tym czasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu. No cóż, widocznie nie było możliwości, choć okazji na pewno było sporo. Pewnie nasz fotograf był zbyt zajęty. A może tylko ja nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu? Może gdzieś są, ale w innych albumach.

Trudno, rozpaczać nie będę, bo czas leci jak szalony i pojawiają się nowe atrakcje. Jedną z nich są odwiedziny naszego dziadzia Jana ze Zbaraża. Pierwszy raz go widzę… Fajny jest, podoba mi się. Zwłaszcza te jego ogromne wąsiska.

Dziadzio jest bardzo poważny, ale i miły. Dziwi mnie jedynie to, że jest jakiś taki… niskiego wzrostu. Wyobrażałam go sobie o wiele wyższego.

Ubawiona swoim spostrzeżeniem palnęłam do tatusia, że nasz dziadzio to taki kurdupel. Oj, pożałowałam tego! Bo najnormalniej w świecie tatuś mnie zbeształ jak święty Michał diabła.

W mig zrzedła mi moja rozbawiona mina i zaczęłam się zastanawiać nad słowem „kurdupel”. Wprawdzie dalej nie mogłam zrozumieć, o co tu chodzi — przecież nie ja je wymyśliłam, gdzieś musiałam je usłyszeć. No i w ogóle, co w nim złego?

Na wszelki wypadek uznałam, że złe być musi, skoro tatusia tak zdenerwowało. W końcu to jego tatuś. Może mu było przykro, że starość go tak skurczyła. A do tego bardzo rzadko go widuje — bo w 1945 roku pożegnał się z rodzicami i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Natomiast oni nie chcieli opuszczać swojego domu w Zbarażu, w starej, przedwojennej Polsce. Trudno mi to zrozumieć, ale muszę to przyjąć — jak jakąś powojenną prawdę.

Cała rodzinka zebrała się u stryjostwa, aby godnie i uroczyście przyjąć dziadzia. Lodzia specjalnie dla dziadzia nawet w stroju krakowianki wystąpiła.

Fotograf był na miejscu i nas uwieczniał. Do wspólnego zdjęcia z dziadziem pozowałam bardzo grzecznie, by już nie drażnić tatusia.



Udawałam nawet wielce rezolutną i pozującym siostrzyczkom — a zwłaszcza dziadziowi — przypominałam o chowaniu palców. Aż pan fotograf puścił do mnie oczko... (Okay, okay, wiem, że mam brudne rajtuzki, ale nic więcej nie powiem, bo przecież w gościach jesteśmy. A wiadomo, że jak się liczne — dziecięce kuzynostwo spotka, wariacjom nie ma końca).

Skąd o tych palcach pamiętałam? Ano trudno nie pamiętać, tym bardziej że zaledwie rok wcześniej, na komunii Wiesi, w tym samym miejscu — czyli u stryjostwa — nasz ksiądz wikary-fotograf robił nam zdjęcia.

Nawet na tym samym tapczanie siedzimy, a i ten sam kilim wisi na ścianie. A co jak co, ale pamięć wzrokową to ja mam, że ho, ho! Fotograficzną — rzekłby nasz zawodowy fotograf, gdybym mu się moją pamięcią pochwaliła.

A może i nawet ksiądz wikary rzekłby to samo? E, chyba nie! Chyba nic by nie powiedział, bo jego najbardziej interesuje Wiesia. Nie wiem czemu.

No dobra, nie będę się rozwodzić nad tym tematem, którego nie rozumiem. Pochwalę się za to zdjęciem mojej drugiej klasy.



Pamiętam nasze ustawianie do tego zdjęcia. Ile było z tym zamieszania! Nasza pani ciągle poprawiała Paździerza i Gwoździa, ustawiając ich odpowiednim profilem do obiektywu, bo wcześniej się pobili i mieli co nieco strzaskane buźki.

Natomiast Jolka zapomniała ubrać spódniczkę, ale koniecznie chciała siedzieć w pierwszym rzędzie. Pani się to jednak niezbyt podobało, bo do tego miała też brudne rajtuzy.

Ja jednak panią przekonałam, że może siedzieć przy mnie… Taka miła i przyjazna jestem, a co! Choć, tak po prawdzie, wcale mi się jej niechlujny wygląd nie podobał. No sami popatrzcie. Ale lubię Jolkę. Nadajemy na tych samych falach.



Moja o rok starsza siostrzyczka Terenia, dziwnym trafem, też siedzi z moją klasą. Dziwnym, bo przecież roku nie powtarzała, a jednak siedzi. Dlaczego?

Ano dlatego, że zbyt długo stroiła się do zdjęcia klasowego w swojej klasie. Tak że kiedy się wreszcie wystroiła, jej klasa była już po sesji zdjęciowej. No i Terenia w bek.

Nasza pani, widząc ją płaczącą, ukoiła ją i pozwoliła pozować do zdjęcia z naszą klasą.

Dlatego Terenia jest taka szczęśliwa. Bo nie dość, że spóźnialstwo zostało jej wybaczone, to jeszcze siedzi sobie obok naszej pani.

Koniec końców jakoś się nam wszystkim udało zamknąć buzie, wstrzymać oddech i jednocześnie wlepić ślepia w obiektyw aparatu… i zdjęcie wyszło całkiem, całkiem.

Nawet nasz pan kierownik szkoły był zadowolony, choć wcześniej nerwy go brały na to całe ustawianie i parę razy wychodził z klasy… i z siebie również. Ale jak widać na załączonym obrazku — opłaciło się trochę pomęczyć i podenerwować.

Nadszedł czas wakacji. Nareszcie. To już moje drugie. Znów piękne lato mamy tego roku. Każdej niedzieli, kiedy tylko jest ładna pogoda, jedziemy na basen i rozkoszujemy się chłodną wodą.

Za każdym razem jest nas bardzo dużo, bo przyjaciele rodziców jeżdżą zawsze z nami. Wszyscy są w swoim żywiole. Rozmawiają, śmieją się, a czasem nawet — na raz, dwa, trzy — wskakują razem do wody, żeby się ochłodzić po godzinach siedzenia w słońcu.



A ja? Hulaj dusza, oczywiście! Tyle zimnej wody naraz. Tyle godzin wspaniałej kąpieli w wodzie i w promieniach słonecznych. To jest uciecha! Też jestem w swoim żywiole.

Moje siostrzyczki, nie wiedzieć czemu, jakoś nie podzielają mojej radości. No, może dlatego, że po trzech zaledwie godzinach spiekły się na raka i skóra je piecze. Zwłaszcza na ramionach.

A i nosy mają czerwone jak pomidory, co je mamy do kanapek. Chyba to je musi boleć? Tak się tylko domyślam, bo sama się jeszcze nigdy nie spiekłam.

Mamusia mówi, że to dlatego, że ja — jako jedyna w rodzinie — mam ciemną karnację. A mam ją dlatego, że kiedy była ze mną w ciąży, jadła dużo orzechów, które dziadzio Jan przysyłał ze swojego ogrodu w Zbarażu.

Tak czy siak, ważne, że się czymś odznaczam od moich siostrzyczek. Bo przecież trzeci dziurawiec nie może być taki sam.

Skoro już nie urodziłam się zdrowym chłopcem, to przynajmniej skórę mam zdrową… Ha! Jestem jednak wyjątkowa.

Siostrzyczki coraz bardziej marudzą, więc mamusia postanawia, że wcześniejszym pociągiem wracamy do domu, bo chce tym czerwonoskórym jak najszybciej zrobić okłady z kwaśnego mleka.

Szkoda! To znaczy — szkoda, że już musimy wracać. Bo z tym kwaśnym mlekiem to niech już tym marudom będzie…

Wszystko z koca już pozbierane i popakowane do dużej torby. Mamusia trzepie ze mną koc i rozgląda się za tatusiem.

Te dwie czerwonoskóre też stoją i — marudząc coraz bardziej — również go wypatrują.

A tatusia jakby wcięło. Nigdzie go nie ma. Nikt go nie widział. Czas nagli. Do pociągu zostało tylko pół godziny, a do dworca kawałek drogi.

Mamusia coraz bardziej się denerwuje, czerwonoskóre też, a tatusia nadal nie ma.

Ja tę całą nerwową sytuację wykorzystuję i włażę choć na chwilę do brodzika. A co tam! Poczekam w chłodnej wodzie, aż się sytuacja wyklaruje. Co będę stała jak jołop, kiedy woda aż mnie woła.

Stoję zadowolona… i nagle, na wprost mojego nosa — poprzez długość basenu dla początkujących i szerokość dla zaawansowanych — widzę tatusia na wysokiej, trzypiętrowej wieży. I to na samym jej szczycie.

— O rany! — wrzeszczę, pokazując palcem.

Mamusia patrzy w tym samym kierunku i krzyczy:
— Tomek, nie!

Ale Tomek nie słyszy. Za daleko i za duża wrzawa na basenie. Nagle widzimy, że tatuś bierze rozbieg i… skacze.

Tak jak stałyśmy, z krzykiem puszczamy się biegiem pod wieżę ratować tatusia. Bo on nigdy nie skakał z wieży i na pewno się teraz topi! Musimy go uratować!

Dobiegamy… i nagle widzimy, że tatuś idzie już w naszym kierunku brzegiem basenu... Tylko nie wiedzieć czemu — w skarpetkach.

Och, jak lekko robi mi się na sercu. Mamusi chyba też. Tylko czemu na niego krzyczy? Dziwny to sposób okazywania radości, ale może lepszy taki niż żaden.

Wreszcie mamusia milknie, a tatuś zaczyna się tłumaczyć, że musiał z wieży skoczyć, bo to był bardzo ważny zakład z panem Adamem. Że wcześniej nawet specjalnie wypił z nim jakąś „specjalną wodę” dla kurażu, żeby tego wyczynu dokonać właśnie dzisiaj. A nie mógł przecież przewidzieć, że nam się zachce wcześniej wracać do domu. A że ta specjalna woda zaczęła akurat teraz działać — musiał ten moment wykorzystać za wszelką cenę. Więc skoczył. I basta.

Dobrze, że skoczył na nogi, a nie na głowę — taka dziwna myśl przeleciała mi wtedy przez głowę.

Wreszcie wyszło na to, że tatuś zamiast triumfować własny sukces, wkurzył się niemożebnie. Bo — jak sam powiedział — zrobił z siebie idiotę, skacząc w skarpetkach.

No tak. Wszystkiemu winien pośpiech. Bo co nagle, to po diable — i przez niego zapomniał je zdjąć.

Biedny tatuś… tyle się namęczył, żeby dokonać wyczynu, a na końcu wyszedł na idiotę… Oj, przepraszam! Ale ja tego słowa nie powiedziałam. Ja je tylko pomyślałam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”

(wszystkie odcinki)


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Wiosenne fantasmagorie...

 


Wiosna działa na każdego. I choć na każdego inaczej, to z pewnością działa miło i inspirująco — pod wieloma względami... Czas na wiosenne fantasmagorie. Tekst w obrazie.