Proszę Państwa — oto profesor katolickiego uniwersytetu. Tak, właśnie tak: profesor. I to KUL-u (sic!).
Paradoks? Owszem, i to nie byle jaki. W powszechnej opinii uchodzi bowiem za jednego z najbardziej jadowitych uczestników polskiego życia publicznego — człowieka, który swoją pozycję wykorzystuje nie tyle do budowania autorytetu, ile do agresywnego i pogardliwego traktowania innych. Szczególnie kobiet oraz osób LGBT.
Powstaje z tego osobliwy dysonans poznawczy. Tytuł profesora kojarzy się przecież — przynajmniej w teorii — z autorytetem, wiedzą, kulturą osobistą i pewną klasą.
Gdy jednak zestawić te wyobrażenia z osobą nieokrzesaną, arogancką, momentami wręcz prymitywną w języku i gestach, pojawia się uczucie trudne do zignorowania: najpierw zdumienie, potem smutek, a czasem zwyczajny gniew.
Bo jakże to tak? Profesor. Katolik. I… takie coś?
Dziś, jako świeżo ogłoszony kandydat PiS na premiera, znajduje się w samym centrum debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni nie przebierają w słowach i często określają go właśnie tak: „cham” i „prostak”. Uzasadniają to prostym argumentem — styl jego wypowiedzi i retoryka zupełnie nie przystają do godności tytułu naukowego.
Muszę przyznać, że trudno mi się z tym nie zgodzić. I mówię to nie od dziś, lecz od momentu, gdy tylko stał się jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy PiS.
A kiedy przypomnę sobie, że ktoś o takim temperamencie i takim języku był ministrem edukacji i nauki — naprawdę zaczynają mnie boleć zęby.






