No i
buchnęła — nagle, pełnią barw i zapachów. To znak, że
nadszedł czas zapylania. Rośliny owadopylne, chcąc wydać nasiona
i zapewnić sobie trwanie w kolejnym roku, wzywają na pomoc
skrzydlatych sprzymierzeńców. Wabią ich bogactwem kolorów,
słodyczą nektaru, subtelną lub intensywną wonią unoszącą się
w powietrzu.
Kto lubi
miód, ten wie — bez tego cichego porozumienia kwiatów i owadów
nic by z niego nie było. Pszczoły zdają się rozumieć to
najlepiej. Z radosnym bzykiem krążą od kwiatu do kwiatu, jakby ta
praca była ich wiosenną pieśnią.
Żywią
się nie tylko nektarem, lecz także pyłkiem, który niczym złoty
kurz osiada na ich delikatnie owłosionych ciałach.
Z każdym
kolejnym przystankiem na kwietnej drodze część tego pyłku zostaje
na słupkach kwiatów — i tak rodzi się nowe życie. Resztę
pszczoły starannie zbierają odnóżami, formując małe zapasy i
układając je w koszyczkach na tylnych nogach, by zanieść je do
ula — do serca swojego świata.
Trzmiele,
cięższe i bardziej nieporadne w locie, a jednak zadziwiająco
skuteczne, również oddają się tej pracy. Ich głośne brzęczenie
niesie się nad łąką jak niska nuta wiosennej symfonii.
W ciągu
jednego dnia potrafią odwiedzić tysiące kwiatów. Niełatwo
uchwycić je w obiektywie — są czujne i płochliwe. W obecności
człowieka najczęściej ustępują mu miejsca, nie szukając zwady.
A
przecież — jak głosi anegdota — według dawnych obliczeń
trzmiele nie powinny wcale unosić się w powietrzu. Ich skrzydła
wydają się zbyt małe, by podźwignąć ciężar ciała. One jednak
nic sobie z tego nie robią. Nie znają tych wyliczeń. I może
właśnie dlatego — po prostu latają. Z kwiatka na kwiatek.