Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część X I — Tym razem będzie o
podróży, która miała być tylko wyjazdem do rodziny, a okazała
się wyprawą pełną nerwów, strachu i dziwnych przygód. O
mamusi, która sama poprawia zdjęcia w paszporcie — i prawie
zostaje szpiegiem. O tatusiu, który znika w kluczowym momencie i
wraca… jakby trochę innym językiem mówił. O szerokich torach,
złotych zębach i cerkwi, w której trudno powstrzymać śmiech. I o
tym, że nie wszystkie depesze mówią prawdę — ale niektóre
niestety tak. Bo życie — jak
zwykle — toczy się dalej swoim trybem.
No i
stało się — jedziemy z ciężarną mamusią za granicę, do
„Wielkiego Brata”, jak mówił tatuś, czyli do ZSRR, a
dokładniej na Ukrainę. Ha! Bardzo się cieszę, bo to moja pierwsza
tak daleka podróż.
Jedziemy
w czwórkę, czyli mamusia, tatuś, Terenia, no i ja. Nie licząc
oczywiście (mam wielką nadzieję) braciszka w maminym brzuszku.
Lodzia tym razem nie jedzie, bo ona już była z tatusiem dwa lata
wcześniej.
Rodzice
bardzo długo starali się o paszporty na wyjazd. Koniecznie chcieli
nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój
majątek, jaki tam zostawili… Eee tam, „zostawili” — Sowieci
im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie
Odzyskane.
W końcu
udało się — ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę
o treści:
— „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie
natychmiast”.
Depeszę
tę przysłała tatusia starsza siostra, która jako jedyna z jego
rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza
pomogła. Dostaliśmy w końcu te upragnione paszporty… no i
ruszyliśmy w podróż.
Jest
koniec sierpnia. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego
stanu rzeczy. Raz — że czeka mnie tak daleka i długa podróż, a
dwa — co było jeszcze większym powodem do radości — że we
wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie
trochę na mnie poczeka… Hurra!
Przez
całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas
nie mógł wiedzieć, ile jest prawdy w tej depeszy. Natomiast na
granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty.
Służba
graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano
dlatego, że mamusia sama sobie wymieniła zdjęcie w paszporcie
(poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe —
ładniejsze według niej — przyklejając.
Przetrzymywano
nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin.
Sowieccy żołnierze brali już mamusię za szpiega.
Nerwów
zjedliśmy co niemiara. Mamusię aż brzuch straszliwie rozbolał. A
tam — no, w tym jej brzuchu — wiadomo, był przecież dzidziuś.
Tatuś
wnerwił się wtedy jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć,
czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną.
Fakt
faktem — wnerwił się okrutnie i, zostawiając nas same, zniknął
na dłuższą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej
niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się
nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w
naszym wspólnym paszporcie.
O,
właśnie to, na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a
bezprawną zamianę zdjęcia w dokumencie wielkiej wagi, jakim jest
jej osobisty paszport, wybaczono.
No i
dzięki Bogu — a właściwie tatusiowi, który, jak później
wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce) —
przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej.
Mamusia
odetchnęła z ulgą — aż ją dzidziuś przestał boleć… to
znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też.
Dziwiła
mnie tylko jedna rzecz — dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle
język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną
tak go zmęczyły?
Ale to,
oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było
tylko to, że mogliśmy jechać dalej.
Jednak
zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego
zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali
koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali,
stukali, walili.
Wreszcie
nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi.
Tatuś nie od razu mi odpowiedział — najwyraźniej już usypiał,
umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie prosto do
jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać
szerokimi torami i że kolejarze dopasowują rozstaw osi pociągu do
rozmiarów torów.
No coś
takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w
wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył,
pobiegłam do ostatniego wagonu, by przez oszklone drzwi lepiej
widzieć te dziwacznie szerokie tory… no i zagraniczne krajobrazy
oczywiście.
Na
szerokich torach dojechaliśmy do Lwowa. We Lwowie mieliśmy
przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu — do Zbaraża.
Mimo że
podróż trwała grubo ponad dobę i usłana była wieloma
trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie
czułam żadnego zmęczenia.
Na dworcu
w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do
domu dziadzia. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo
opowiadał po drodze, jak niektórzy jego rodacy podszywają się za
taksówkarzy i polują na gości z Polski. Potem wywożą ich do
lasu, gdzie czekają już pomagierzy — i tam mordują. Po czym
zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze
wszystkimi bagażami.
O rany,
ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że
nie musieliśmy zbyt długo jechać taksówką i przez żaden las, bo
nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły.
Na
szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum
Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.
Dziwnie
było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas — inne domy,
inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej
zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną złota…
to jest — złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali
jak jakieś cyborgi. Nie podobali mi się.
Codziennie
chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas
przyjmowano. Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób
babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej
pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy nas
na niego nie wypuścili.
Dlatego
staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić
świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim
cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny.
Byliśmy
też na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele,
tylko w cerkwi. Z polskiego kościoła po wojnie Sowieci zrobili
jakiś magazyn.
Śmiesznie
było w tej cerkwi. Wszyscy żegnali się jakoś tak dziwnie — po
trzy razy. A ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie
ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj — tyle że
czarną.
I zanim
się pojawił przy czymś podobnym do ołtarza, najpierw kilka bram
mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i
zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń.
Śmiać
mi się chciało okropnie, ale że mamusia co chwilę piorunowała
mnie wzrokiem, to jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to
wcale nie było — tak się hamować.
Parę
razy chodziłam też z dziadziem Janem na cmentarz w innym celu. Otóż
zbieraliśmy czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego.
Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze robi mu na zdrowie.
Z chęcią
więc z nim chodziłam i w pośpiechu zbierałam to czerwone
paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył
i nas w Polsce odwiedził.
Bo —
jak się okazało, na szczęście — ta depesza z umierającym
dziadziem była tylko ściemą dla urzędu paszportowego.
Byliśmy
też na zamku w Zbarażu. Chcieliśmy zobaczyć, gdzie przebywali
niektórzy bohaterowie z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Ja
szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie
wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc.
Zamek
zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo
zniszczony. No ale cóż — Polaków w Zbarażu bardzo mało po
wojnie zostało i nie ma komu się tym zająć.
Ale
słyszałam, jak ciocia mówiła tatusiowi, że kiedyś mają jednak
zacząć remont. Fajnie by było. Zbaraż to w sumie piękne miasto.
Szkoda, że nie należy już do Polski.
W
oddalonych o jakieś dziesięć kilometrów od Zbaraża Dobrywodach,
w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie.
Kiedy tam
przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała,
bo od wojny była tam po raz pierwszy.
Bała się
zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych
lat — Marusią. Bo, jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako
rodowita Ukrainka, należała do banderowców i po wojnie zesłano ją
za to na Sybir.
Mamusia
miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała,
skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrywód do
Zbaraża.
No i
kiedy szliśmy przez wieś, cały czas nerwowo nas upominała,
żebyśmy mówili szeptem, bo gdy ktoś usłyszy, że mówimy po
polsku, może nam zrobić krzywdę.
Tatuś
śmiał się z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas
skrzywdzić. Po chwili i tak okazało się, że to, czy mówimy
głośno, czy nie — nie ma już znaczenia, ponieważ cała chmara
dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to
tylko po ubiorze.
Tak że
kiedy doszliśmy do ulicy mamusi i jej dawnego domu, z gromadą
rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się zupełnie
zbyteczny — Marusia czekała już na nas przed domem. Widać, że
na wsi wieści szybko się rozchodzą.
Spotkanie
dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie
rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko.
A potem
było już tylko miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze później
zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze (należące
już do jej znajomych Ukraińców z tamtych lat), a nawet ogromne kamieniołomy,
z których — jak mówiła Marusia — po wojnie wybudowano połowę
Tarnopola.
Bardzo
spodobały mi się te kamieniołomy. Byłoby gdzie poszaleć. Oj,
byłoby! No ale że zostały skradzione rodzicom mamusi i należały
już do Sojuza — lepiej było nie ryzykować, bo a nuż wywiozą
mnie na Sybir…
Czas
szybko zleciał, jak z bicza strzelił, i trzeba nam było wracać do
domu. Było już po połowie września. Rok szkolny dawno się
zaczął.
Do domu
wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł
telegram, że tym razem dziadzio Wojtek jest bardzo chory. Ten
telegram akurat — niestety — okazał się prawdziwy.
Kiedy
wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była
straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary.
Miał dopiero 74 lata.
No ale
cóż było robić… Wojna i tęsknota za domem rodzinnym —
skradzionym przez Sowietów — zrobiły swoje.
Cykl:
„Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie
odcinki:
Prolog:
Gdzie
diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez
życie
To
cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych
historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej
dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda
opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym
fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść
o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10.
Muńka
telewizor i sprawa „dziurawca”
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.