sobota, 20 czerwca 2026

Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVTym razem będzie o tym, że braciszek zawdzięcza życie właśnie mnie — i proszę tego nie podważać. O lataniu na linie dzwonu, które dla niektórych jest „niebezpieczne”, a dla mnie — zwyczajnie świetne. O księdzu proboszczu, który niby groził, a jednak jakoś specjalnie się nie odważył. Będzie też o harcerstwie, w którym wszyscy wyglądają poważnie, nawet jeśli wcale tacy nie są. No i o Dziadzie Mrozie, który okazał się zwykłym Zbyszkiem z podwórka — czyli o największym rozczarowaniu sezonu. A na koniec o tym, że człowiek niby jeszcze dziecko… a już coraz trudniej dać się nabrać.


Proszę bardzo, patrzcie, patrzcie — mój kochany braciszek Wojtuś ma już roczek. A ja, jego najlepsza niania, przyniosłam go z kościoła do domu. Ciężki już jest bardzo, ale co tam — daję radę, wszak silna jestem jak… tur.

Niech Wojtuś wie, że go kocham. On na pewno też mnie kocha, bo wie, że to dzięki mnie jest na świecie. Dlaczego dzięki mnie? No jak to? Przecież to jasne. Bo gdybym ja się jednak chłopcem urodziła, to rodzice już by się o niego nie starali. Jasne, nie?



Często bawię się z Wojtusiem. Szczęśliwy Halinek-Mintek dzisiaj przebrał go za lalę, a lalę Mintka za dziecko. Fajnie wyglądamy, nie?



Wprawdzie zdjęcie jest mało wyraźne — nie będę już nawet wspominać, kto je zrobił — ale coś tam jednak widać. Szkoda, że tylko tyle, bo chciałam się pochwalić swoimi zębami. Ponoć mam bardzo ładne. Podsłuchałam, jak pani Siódmakowa, koleżanka mamusi, mówiła to dzisiaj do niej.

Cholewcia, aż żal, że w lepszym wydaniu nie zostały uwiecznione. Bo też nie wiadomo, jak długo jeszcze je będę miała.

Skąd mi takie myśli przychodzą do głowy? Ano stąd, że ostatnio nasz ksiądz proboszcz powiedział mi, że jak dalej będę tak szaleć, to niebawem je stracę.

No, naprawdę tak powiedział. A tylko dlatego, że przyłapał mnie, jak wylatywałam na linie dzwonu przez otwór okienny na wieży dzwonnicy.

O rany, ale byłam wkurzona na niego. Raz, że mnie przyłapał, a drugi raz, że miał takie mniemanie o mnie.

Co on sobie myśli — że z melepetą ma do czynienia? Co to dla mnie takie tam fruwanie na wysokościach. Przecież na drzewach i dachach jestem wyćwiczona.

Jednak po zastanowieniu musiałam proboszczowi wybaczyć i jedno, i drugie, bo też szczerze przyznać musiałam, że i tak potraktował mnie ulgowo.

Raz — że mnie, jako jedynej dziewczynie, pozwolił wraz z chłopakami co godzinę wdrapywać się na wieżę kościelną i bić w dzwony na cześć zmarłego papieża Jana XXIII (zm. 3.06.1963 roku), a drugi raz — że oprócz tej przestrogi, że stracę zęby, ani na mnie nie nakrzyczał, ani „ściętaka” w moją szlachetną główkę nie wymierzył.

Chłopcom natomiast za to samo oberwało się, że ho, ho! Zbeształ ich jak święty Michał diabła i po parę solidnych „ściętaków” wykonał na ich głowach. Aż świstało.

Trudno mi pojąć, dlaczego mnie tak ulgowo potraktował. Ale coś mi się tak wydaje — bo tyle to już pomiarkowałam — iż nasz wielebny ksiądz proboszcz ma respekt przed osobami zajmującymi jakieś tam wyższe pozycje w naszej małomiasteczkowej społeczności. No i nie cykor? Cykor jak nic!

Ale za to ja i chłopaki cykorami nie byliśmy, bo gdy tylko proboszcz się oddalił, znów zrobiliśmy sobie zawody, kto bardziej się na linie największego dzwonu rozhuśta i dalej wyleci przez otwór okienny — raz z jednej strony dzwonnicy, raz z drugiej.

Mnie się wprawdzie nie udało tak mocno rozhuśtać jak Frankowi, ale najgorsza też nie byłam. Ależ to była frajda — tak fruwać na wysokościach! Całe miasto było widać, i to z każdej strony.

No ale przy okazji tego naszego fruwania wszystkie trzy dzwony waliły jak oszalałe. Bo gdy jedno z nas fruwało na linie największego dzwonu, wprawiając w ruch jego serce, oczekujący na swoją kolejkę nerwowo kołysali sercami dwóch mniejszych dzwonów.

Tak że papież Jan XXIII gdzieś tam na wysokościach na pewno był z nas zadowolony. A my dopiero!…

A jeśli chodzi o moje zęby, to ksiądz proboszcz nie miał racji. Te same mam do dziś.

Muszę się jeszcze pochwalić, jaką wzorową harcerką byłam. Proszę bardzo: poczet sztandarowy — wystąp! No co, harcerka ze mnie jak się patrzy, nie?

Mam już ponad dwanaście lat, jestem w V klasie i na mojej lewej (przyszłej) piersi pyszni się brązowy sznur… A może to ja się bardziej pysznię? Nieważne. Tak czy siak — jestem harcerką jak się patrzy!



Ojej, powtarzam się. No dobrze, to mówię już o tej ważnej okazji, w której mogę się zaprezentować w pełnej harcerskiej krasie.

Otóż jest to uroczystość nadania sztandaru naszemu ZHP — ufundowanego przez zakłady pracy w naszym mieście.

Stoję sobie w poczcie sztandarowym razem z Martinem i Bogusią, a z tyłu przypatruje nam się wielu ważnych panów z tych różnych zakładów pracy. Chwała im za to… A zwłaszcza za to, że możemy sobie tak postać w pełnym rynsztunku i w pełnej gali.

A niech nas podziwiają i na nas się napatrzą. Wszak harcerze z nas jak się patrzy…

Że co? Że już to mówiłam? Aha! No dobra, to niech będzie: „jak z obrazka”.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego nikt z nas — kompletnie nikt — się nie uśmiecha. Dlaczego wszyscy mamy takie wyraźnie smętne miny. Powaga chwili czy może jednak coś innego?

Ale to nic! Sama siebie podziwiam na zdjęciu i napatrzeć się nie mogę. Bo też wiele miesięcy minie od tego zdjęcia i — nie wiedzieć czemu — nikt mnie w międzyczasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu. Szkoda.

Kiedy piękny czas wakacji i lata minął i nastała zima, pod koniec grudnia znów dzieciaki powędrowały do miejskiej świetlicy celem odebrania tego, co im się należało — jak co roku zresztą — czyli „przydziałowej” paczki ze słodyczami.

Zaraz, ale co to za Dziad Mróz w tym roku, ja się pytam? Najgorsze jego — jak do tej pory — wydanie. Małe to jakieś i takie niepozorne. Byłam zawiedziona.

A jak już mnie i Terenię wywołano na scenę (Lodzię nie, bo była już za duża na paczki), to myślałam, że padnę trupem na widok tego Dziada Mroza z bliska.

Toż to istna paranoja! No nie, przecież to Zbyszek Piasecki w przebraniu — mój dwa lata starszy kolega! I to jeszcze z rózgami w ręku. Taki obciach! Organizatorzy tego „spektaklu” tym razem w ogóle się nie postarali.

Ale niech tam — ważne, że jest paczka i zdjęcie z tej całej komedii. A może już jesteśmy za duże, aby tak bezkrytycznie podchodzić do Dziada Mroza? Być może.

Postanowiłam, że po raz ostatni osobiście zjawiam się po odbiór paczki, chociaż powinnam jeszcze dwa razy, gdyż przysługują dzieciom do czternastego roku życia.

Nie, nie podaruję ich nikomu. Tatuś sam może je odebrać w pracy. Bo ja akurat w tych dniach „będę” chora.

Wracając z paczką na miejsce, wyszeptałam Tereni o swoim postanowieniu, a ona — o dziwo — się z nim zgodziła i powiedziała, że po odbiór tej ostatniej (bo będzie miała już czternaście lat) też już nie przyjdzie, bo czuje się za duża.

Trudno się z nią nie zgodzić, że „za duża”, bo popatrzcie sami — nawet jej płaszcz świadczy o tym, że tak jest… A może w praniu się tak skurczył?



Na zdjęciu widać wyraźnie, że z tego wstrząsu — na widok Dziada Mroza — jakowaś pomroczność jasna na mnie spłynęła.

Dobrze, że chociaż ruszać się mogłam normalnie. Czułam nawet, że jakbym więcej energii dostała i niczym z turbo doładowaniem szybkim krokiem oddaliłam się ze sceny.

Mało swoich okropnych śniegowców — z komunistycznego przydziału — nie zgubiłam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


W objęciach lata...

 



Nastało lato 2026 — niech każdy więc korzysta z letnich dni, jak umie — najlepiej w naturze, nie w zgiełku i nie w tłumie — wiersz w obrazie.


Pod czerwcowym niebem drzew

W czerwcu drzewa są najpiękniejsze — świeże, zdrowe, zanurzone w zieleni, w soczystym oddechu lata. Nawet te najstarsze, zmęczone czasem, w tej zielonej pełni stają się młodsze.

Lubię chodzić wśród nich bez pośpiechu, wsłuchiwać się w szept liści, gdy wiatr cicho gra na ich gałęziach i pytać w myślach — o czym opowiadają?

Może o wszystkim, co niesie człowiek: o doli i niedoli, o czułości i ciężarze serca. A czasem — choć niechętnie — o krzywdzie i ludzkiej ciemności… bo i takie historie wiatr im przynosi.




Szumią o pięknie całego świata… 
Los ludźmi przecież po Ziemi miota,
a potem ludzie pod drzewem siadają
i o cudach świata opowiadają.

Szumią o wielkiej potędze miłości,

o oczarowaniu, a nawet zazdrości.
Wszystko od ludzi to usłyszały,
bo jak spowiednik przez wieki stały.

Dzieciom zaś baśnie opowiadają...

Mnóstwo ich w dziuplach schowanych mają.
Zbierały je wszystkie przez wiele lat,
a układał je skrzętnie zielony skrzat.

piątek, 19 czerwca 2026

Kocia powaga vs. ludzka słabość...

 


Manifest poranny wkurzonego kota:

Serio jeszcze śpicie? To jest skandal! Kto tu rządzi? Nie po to was mam. Weźcie się ogarnijcie... Ile mam czekać? To wcale nie jest śmieszne. Nie testujcie mojej cierpliwości. Otwierajcie natychmiast!... Koniec żartów. Zaczynm larum: miauuu + skomlenie deluxe.

Tak wygląda egzekucja praw podstawowych kota z sąsiedztwa — wierszyk w obrazie.


Zanim niebo pęknie...

 


Natura czasem mówi więcej niż nasze myśli. Trzeba tylko na chwilę się zatrzymać — nawet jeśli nadchodzi burza. Tekst w obrazie.


czwartek, 18 czerwca 2026

Kto żyw, wypełnia Bozi przykazanie


Na łonie natury
wszyscy się kochają,
Pan Bóg tak przykazał —
więc się rozmnażają.

Winniczki biorą to przykazanie wyjątkowo serio — i robią to z rozmachem (choć w swoim tempie). Zanim jednak dojdzie do sedna sprawy, czeka je długie, nawet dwugodzinne „randkowanie”. Jest dotykanie czułków, są zaloty, jest atmosfera — słowem: pełen romantyzm.



A potem… bach! Każdy z partnerów wbija drugiemu tzw. strzałkę miłosną. I nie jest to metafora — to całkiem realna, wapienna igiełka, sięgająca nawet jednej piątej długości ślimaczej stopy. Amor by się nie powstydził.



Gdy już emocje opadną, sama wymiana spermy trwa stosunkowo krótko — zaledwie kilka minut. Potem życie toczy się dalej: w czerwcu lub lipcu winniczki składają białe jaja (wielkości grochu) do starannie wykopanej jamki w ziemi.

Po trzech–czterech tygodniach na świat przychodzą młode ślimaki, które… no cóż, na swoją wielką miłość muszą jeszcze trochę poczekać. Dojrzałość płciową osiągają dopiero w czwartym roku życia — czyli w ślimaczym świecie: po solidnym „ogarnięciu się w życiu”.


Ład to najcichsza forma chaosu...

 



Zgoda usypia, chaos budzi. Jedno daje poczucie kontroli, drugie odbiera złudzenia. Każdy wybór między nimi jest w istocie wyborem między wygodą a prawdą.