Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XX —
Tym razem
będzie o tym, że można prawie wypaść z własnego życia — i w
ostatniej chwili się go złapać. O nerwach, które nie słuchały
nikogo, o szkole, która dawała w kość, i o jednej decyzji, która
zmienia wszystko. A potem… o górach, motorach, o brawurowej
ucieczce przed milicją i o tym, że jednak nie tak łatwo mnie
złamać.
Minął rok. Połowa maja. Nasza klasa wybyła na
trzydniową wycieczkę w Sudety. Już ponad osiem miesięcy jestem
uczennicą drugiej klasy TE.
Jaki to był dla mnie czas? Powiem krótko — bardzo ciężki. Zwłaszcza pierwsze
półrocze pierwszej klasy. Wspominałam już o tym wcześniej i
mówiłam, że może kiedyś o tym opowiem. Teraz postanowiłam
zrobić to pokrótce, bo przecież to też jest część mojego
życia.
Wtedy
przekonałam się, że kiedy kończy się beztroskie dzieciństwo,
trzeba się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu.
Otóż zupełnie nie potrafiłam zaaklimatyzować się w
tej szkole i przeżywałam ogromny stres związany z nową sytuacją.
Tak bardzo chciałam być dalej bardzo dobrą uczennicą, jak w
podstawówce, ale braki, jakie wyniosłam z małomiasteczkowej
szkoły, ciągle dawały o sobie znać.
Byłam załamana. Moje załamanie w końcu przerodziło
się w nerwicę i mamusia zaprowadziła mnie do neurologa. A on
„faszerował” mnie różnymi tabletkami na uspokojenie, które
nie tylko nie pomagały, ale wręcz szkodziły.
Miałam koszmarne sny. Zdarzało się, że w nocy
biegłam do łóżka rodziców, bo śniło mi się, że chodzą po
mnie myszy.
Mamusia była przerażona moim stanem. Przyjeżdżała
nawet do szkoły, żeby w czasie długiej przerwy zabrać mnie do
baru mlecznego i „napoić” słodką śmietaną, która — jak
twierdzono — miała dobrze działać na nerwy.
Ja jednak wiedziałam, że przyczyna leży gdzie
indziej. W szkole przeżywałam rzeczy, które mnie przerastały. Nie
tylko dlatego, że w klasie były same dziewczyny i niektóre bardzo
bezczelne, ale też dlatego, że na lekcjach nie umiałam się
odnaleźć.
Choćby lekcja chemii — przedmiotu, który przecież
lubiłam. Profesor kazał nam zrobić w domu model atomu chloru. Niby
nic wielkiego. Bardzo się starałam, nawet Lodzia mi pomagała, ale
efekt nie był taki, jak chciałam. Dostałam tróję z minusem.
Potem była geografia. I sytuacja, która teoretycznie
powinna mnie ucieszyć, bo dostałam piątkę z wykrzyknikiem. Ale
nie cieszyła gdyż spokoju nie dawała mi okoliczność, w jakiej tę
ocenę dostałam.
A dostałam ją dzięki temu, że sama się zgłosiłam
do odpowiedzi, po „zalufieniu” przez jedyną moją koleżankę ze
szkoły podstawowej, Tereskę, która jako pierwsza była odpytywana
z trójkątowania ziemi, czyli triangulacji.
Chyba dlatego do dziś dnia pamiętam tę geodezyjną
metodę obliczania powierzchni ziemi przez trójkątowanie z wież
triangulacyjnych, gdyż do dziś dnia mam wyrzuty sumienia, że to
właśnie po Tereski sromotnym blamażu przy tablicy, na pytanie
profesora:
— „Kto się nauczył i umie triangulację
wytłumaczyć?” — zgłosiłam się do odpowiedzi.
Bo jak to tak, co Tereska mogła sobie o mnie pomyśleć?
Na pewno czuła do mnie żal, że to właśnie akurat ja zabłysnęłam
swoją wiedzą na tle jej zupełnej niewiedzy. Nigdy mi tego nie
powiedziała, ale ja i tak z tego powodu czułam się źle i
jedynie, co zapamiętałam z tej oceny, to sam wykrzyknik, który dla
mnie znaczył coś zupełnie innego. Tereska i tak później odpadła
z naszej klasy, ale to niczego nie zmieniło.
I też do dziś pamiętam tę nieszczęsną
triangulację. Gdyby mnie ktoś obudził w środku nocy i postawił
na wieży triangulacyjnej — obliczyłabym wszystko w tri miga.
Po kilku miesiącach walki o przetrwanie w technikum
lekarz stwierdził, że powinnam na rok zostać w domu i potem
spróbować jeszcze raz.
Mamusia była załamana. Ja jeszcze bardziej. Nie
chciałam się poddać. Wtedy lekarz zaproponował jeszcze jedno
leczenie — ostateczność.
Miałam dostać zastrzyki wywołujące menstruację. Ale
zanim do tego doszło, wydarzyło się coś, co pamiętam do dziś.
Pewnego dnia zobaczyłam krew na bieliźnie. Najpierw
się przeraziłam… a potem wybiegłam z łazienki z krzykiem
radości i pobiegłam do mamusi.
Od tego momentu coś się we mnie zmieniło. Stałam się
silniejsza — i psychicznie, i fizycznie.
Nie chciałam już słyszeć o rezygnacji ze szkoły.
Obudził się we mnie dawny, silny i odważny Mintek i powiedział:
— Dasz sobie radę. Bo kto, jak nie ty?
I rzeczywiście — zaczęłam sobie radzić. A wraz z
nadejściem wiosny poczułam się jak nowo narodzona. Do życia. Do
nowego życia.
Dodam tylko, że z czasem nauka zaczęła mi iść coraz
lepiej — a z chemii miałam już same piątki.
Wycieczka w Sudety była… taka sobie. Pogoda fatalna —
ciągle padało, chodziłyśmy przemoczone, a atmosfera w grupie też
nie była najlepsza. Dziewczyny jak zwykle miały różne zdania na
każdy temat.
Dla mnie jednak był to dobry czas. Od dziecka kocham
góry i dziką przyrodę. Gdzie tylko mogłam, odłączałam się od
grupy i szukałam ciszy. Najwyraźniej wciąż jej potrzebowałam,
żeby dojść do siebie.
Z samej wycieczki pamiętam niewiele. Za to doskonale
pamiętam to, co było przed nią. Na przykład to, że przez dwie
noce prawie nie spałam, bo kończyłam album z geografii, który
koniecznie chciałam oddać przed wyjazdem.
A potem — w zatłoczonym „piętrusie” — zasnęłam
na stojąco, przyciśnięta do drzwi. Obudziłam się brutalnie —
uderzając głową o metalową futrynę, kiedy pociąg szarpnął.
Guz był porządny. Może dlatego to akurat pamiętam najlepiej.
Reszta… chyba się rozmyła, bo mój organizm zajęty
był wtedy czymś ważniejszym — regeneracją. Odbudową sił. I
mojej skołatanej duszy.
Wystarczy spojrzeć na nasze miny — radości niewiele.
Ja próbuję coś rozkręcić pacynką kupioną dla mojego małego
braciszka Wojtusia… ale średnio wychodzi.
Tu już trochę lepiej. Pacynka „śpiewa”,
dziewczyny się uśmiechają. Nawet nasza wychowawczyni, pani
Żółcińska.
Jesteśmy w Kłodzku, na twierdzy. Byłam tu już kilka
razy z rodziną z Krosnowic, więc czuję się prawie jak u siebie.
Znam przejścia, korytarze, nawet lochy.
Dziewczyny jednak nie są zachwycone. Zimno, mokro…
wyglądamy jak stadko zmokłych kur.
Ale ja już się tym nie przejmuję. Oddycham górskim
powietrzem i myślę o wakacjach. Bo te zapowiadają się świetnie.
Z Jankiem i Staszkiem planujemy szaleństwa na naszych
„Komarach”. Mamy nawet specjalne stroje — koszule w kwiaty i
spodnie na wzór dżinsów, uszyte przez moją krawcową, panią
Radwańską według mojego projektu oczywiście. Już testowaliśmy —
frajda niesamowita.
Pewnego razu, jak szaleni gnaliśmy we trójkę drogą
asfaltową aż do pierwszej wsi za miastem. Wprawdzie chcieliśmy
jechać jeszcze dalej, ale że Janek „wysypał się” na swoim
komarku na ostrym zakręcie, musieliśmy zawrócić, bo koło mu się
scentrowało.
Wracaliśmy jednak nie szosą, tylko polnymi drogami,
gdyż nie chcieliśmy się napatoczyć na tutejszą milicję. Bo po
ostatnim Staszka wyczynie — mają nas na oku. Postanowiliśmy
więc, że lepiej będzie się nie narażać. A nuż jeszcze co
innego wynajdą przeciwko nam? To, co już mieli, wystarczy, bo też
było co.
A to wszystko przez Staszka, bo w jedną z kwietniowych
sobót zachciało mu się „podprowadzić” ojcu jego starą
SHL-kę. Przyjechał nią pod mój dom i że ja akurat wyglądałam
przez okno, zaproponował mi małą przejażdżkę.
Nie powiem, miałam chwilowe opory, bo przecież Staszek
nie miał prawa jazdy na motocykl, ale że uwielbiam szybkość, pęd
powietrza i ten cudowny świst w uszach, opory szybko mnie opuściły
i po chwili byłam już na dole.
Wskoczyłam na tylne siedzenie i Staszek ruszył z
kopyta ulicą Moniuszki. Och, jak wspaniale się jechało! Staszek
dodawał gazu i pruliśmy jak szaleni bocznymi ulicami za miasto.
Na dziurach w asfalcie podskakiwaliśmy jak na
trampolinie, ale to nic — taka jazda po dziurach też ma swój
urok.
Gorzej było ze Staszka spodniami i moją spódniczką,
bo co dziura, to chlup — i nasze dolne części ubioru były mokre
od… benzyny.
Jak to możliwe? A tak, że Staszek „podprowadził”
ojcu motocykl bez zakrętki do baku. Uznał ją za zbyteczną w tak
nagle nadarzającej się okazji, kiedy to jego ojciec wyjechał na
dwa dni z domu.
W czasie naszej wspaniałej jazdy nie zwracaliśmy nawet
uwagi, że jest nam trochę mokro. Ten cudowny świst w uszach
zagłuszał wszelkie inne odczucia. Pruliśmy szczęśliwi — jakby
nam skrzydła urosły.
I kiedy wyjechaliśmy już z miasta, pech chciał, że
tuż przy lesie napatoczyliśmy się na powiatowych lotniarzy, którzy
kontrolowali akurat jakiegoś traktorzystę. Ale oni od razu nas
przyuważyli i, zostawiając traktorzystę, puścili się na swoim
junaku za nami.
Staszek dodał gazu i pognaliśmy w stronę pierwszej
wsi. Lotniarze za nami. Na terenie wsi Staszek wjechał na podwórko
kółka rolniczego i, wrzeszcząc do mnie, kazał mi zeskoczyć z
motoru i się ukryć.
Nie chciałam się zgodzić, ale on wrzeszczał dalej,
że tak będzie lepiej i że on też się ukryje, tylko w innym
miejscu. W końcu, kiedy Staszek zwolnił, zeskoczyłam i schowałam
się za transformatorem, a Staszek zniknął za zabudowaniami kółka
rolniczego.
Po chwili na podwórze wpadli też lotniarze na swoim
junaku. Zatrzymali się nieopodal transformatora, gdzie stała grupka
małych chłopaczków. Zaglądałam zza muru i widziałam, że
rozmawiają z nimi, a potem jeden z chłopaczków pokazał palcem
transformator, a drugi — kierunek ucieczki Staszka.
Ależ byłam na nich zła, bo wystawili nas jak kaczki
do odstrzału. Po chwili było już po wszystkim. Lotniarze mieli nas
oboje.
No i nasza wspaniała jazda zakończyła się tak, że z
powrotem do miasta musieliśmy pchać motor — i to polną drogą —
bo zabrali Staszkowi kluczyk i powiedzieli, że nie chcą nas więcej
widzieć.
Postraszyli też, że sprawę zameldują na komisariacie
w naszym mieście i od tej pory nasza milicja będzie miała na nas
baczenie oraz to ona zadecyduje, czy o tej naszej wariackiej jeździe
— bez kasków i bez zakrętki do baku — powiadomi naszych
rodziców. I że, jak tylko dopchamy motor do miasta, mamy się
zgłosić na komisariat.
Do dziś nie mogę pojąć, dlaczego nie wspomnieli o
prawie jazdy. Może nie wydało im się aż tak ważne? Tak czy siak,
musieliśmy od tej pory zacząć bardziej na siebie uważać.
Och, jak ja się cieszę, że po powrocie z wycieczki
znów sobie na naszych komarkach poszalejemy — to znaczy,
pojeździmy po mieście i okolicach.
Czy uda nam się już więcej nie podpaść naszej
milicji, nie wiem. Ale na pewno mocno będziemy się starać,
chociażby dlatego, że mamy wobec niej dług wdzięczności.
Bo okazało się, że nasi milicjanci jednak nie
donieśli rodzicom o naszym wyczynie i nawet oddali Staszkowi kluczyk
od motoru.
Kiedy zgłosiliśmy się na komisariacie, milicjant
siedzący w dyżurce, oddając kluczyk, pogroził nam tylko palcem i
ze śmiechem powiedział:
— Żeby to był pierwszy i ostatni raz, smarkacze!...
No, uciekajcie już!
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.