wtorek, 21 kwietnia 2026

Tulipany kwitną, słońce grzeje coraz śmielej — maj wnet zapuka do drzwi

Wiosna rozgościła się na dobre. Aż chce się żyć. Oddychać pełną piersią. Ciepło otula ramiona, radość przysiada gdzieś obok, a słońce — niespiesznie — wędruje po błękitnym niebie… Przynajmniej u nas.

Nadchodzi maj — najpiękniejszy z miesięcy. A gdy już wiosna buchnie majem, to… no właśnie — co się wydarzy? Ho, ho, ho… coś się zdarzy. Coś dobrego. Na pewno.

W Polsce maj ma swoją własną melodię — rozbrzmiewa śmiechem, odpoczynkiem, długimi dniami i jeszcze dłuższymi wieczorami. Majówka — wielka rzecz. Czas, który pachnie wolnością.

Niech więc będzie dla Was łagodna i dobra — pełna oddechu od codzienności,
od pracy, od obowiązków… a czasem i od sąsiadów — tych barwnych, trochę szalonych, jak z piosenki Czerwonych Tulipanów: https://youtu.be/qh0Ep-e9X3o?t=26

Lubię ten czas. Lubię też czerwone tulipany. Są w nich wspomnienia — ciepłe, jasne, trochę rozmyte, jak obrazy oglądane przez szybę w słoneczny dzień. Przypominają mi moje lata w Polsce, te dobre chwile, które zostają na długo, choć minęły już dawno.

Dlatego co roku, kiedy tylko zakwitają, patrzę na nie uważniej. Jakby mogły coś powiedzieć. Podchodzę do okna.

O, już są — stoją spokojnie w ogrodzie, jeszcze nie w pełni rozkwitłe, jakby czekały na właściwy moment. Ich kielichy powoli się otwierają, łapiąc ciepłe słoneczne promienie. Poczekam chwilę… niech słońce je pogłaszcze, niech rozkwitną w pełni.

I oto są — w całej swojej cichej, wiosennej chwale.



Drzewa wciąż jeszcze nieśmiałe, liści niewiele. Krzewy dopiero budzą się do życia. Może dlatego tulipany wydają się teraz ważniejsze — bardziej obecne.

Patrzę na nie przez chwilę. I myślę, że to wystarczy... Maj nadchodzi.


Chwile życia...

 


Życie składa się z ulotnych momentów. Ciesz się nimi tu i teraz, bo potem... możesz się zdziwić. Tekst w obrazie.


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Niewinna zabawa w skojarzenia? Niekoniecznie

Jedno zdjęcie. Jedno spojrzenie. I nagle zwyczajna chwila zamienia się w coś zupełnie innego. Skojarzenia potrafią być fascynujące — dopóki rzeczywistość nie zacznie ich niepokojąco potwierdzać.


Zabawa w skojarzenia to coś więcej niż tylko łączenie myśli. To subtelna sieć powiązań między wrażeniami, obrazami, dźwiękami i zapachami — niewidzialne nici, które splatają się w naszej świadomości tak, że pojawienie się jednego elementu natychmiast przywołuje kolejne.

Skojarzenia — te ciche impulsy wywoływane przez bodźce — mają ogromną siłę. Na co dzień nawet nie zauważamy, jak wiele informacji przenika do naszego umysłu właśnie tą drogą. A jednak gdzieś się one w nas odkładają, by w najmniej spodziewanym momencie powrócić — nagle, bez zapowiedzi, jakby znikąd.

Każdy z nas doświadcza tego procesu inaczej. Dla jednych świat układa się przede wszystkim w obrazy, dla innych w dźwięki, dotyk czy ruch. A jednak niezależnie od sposobu odczuwania — skojarzenia pozostają jednym z najbardziej naturalnych mechanizmów naszego myślenia.

To także niezastąpiona pomoc w nauce. Dzięki nim łatwiej zapamiętujemy, szybciej łączymy fakty, sprawniej poruszamy się wśród nowych informacji. Umysł, karmiony skojarzeniami, staje się bardziej czujny, elastyczny — i twórczy.

Dla mnie ten świat od zawsze miał przede wszystkim wymiar wizualny. Jestem wzrokowcem — obrazy przychodzą do mnie najłatwiej. Czasem mam wrażenie, że same mnie odnajdują, pojawiają się bez wysiłku, jakby wyłaniały się z półcienia pamięci.

Moja wyobraźnia skojarzeniowa działa szybko, niemal automatycznie. Wystarczy jedno spojrzenie — na fotografię, krajobraz, twarz — by w mojej głowie natychmiast pojawił się ciąg powiązań. I często są one zaskakująco trafne… a przynajmniej prawdopodobne.

Choć trzeba przyznać, że ta sama wyobraźnia, która potrafi zachwycić, bywa też źródłem nieoczekiwanych emocji.

Weźmy taki niewinny przykład.

Dostaję od córki zdjęcie z rodzinnej wyprawy po Skandynawii. Na fotografii moja wnuczka siedzi sobie spokojnie na kamieniu, zanurzonym w wodzie jeziora Glan, gdzieś w okolicach Norrköping. Sielanka. Cisza. Dziecko je jabłko.

I co robi mój umysł?

Oczywiście — żadnej wnuczki nie widzi. Widzi za to Małą Syrenkę. Symbol Kopenhagi. Natychmiast, bez wahania, bez konsultacji.

Logika? Żadna. Płetwy brak. Ogona brak. Jest za to jabłko. Ale kogo to obchodzi — skojarzenie zostało uruchomione i koniec dyskusji.

No dobrze — myślę sobie — sprawdzę. Może jednak coś w tym jest. Może nie zwariowałam do reszty. Z natury jestem osobą dokładną, więc sięgam do Internetu.

I wtedy trafiam na obraz, który sprawia, że cała ta niewinna zabawa w skojarzenia przestaje być taka niewinna.

Pomnik Małej Syrenki — owszem, ten sam, kopenhaski symbol — pokryty barwami rosyjskiej flagi. Zamarłam.

A po chwili ogarnęło mnie oburzenie. Jak to możliwe? Jak można było dopuścić się czegoś takiego? Cóż za bezczelność...

I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Że może największym problemem wcale nie są nasze skojarzenia. Tylko to, że świat coraz częściej zaczyna je wyprzedzać. I niestety — rzadko w dobrą stronę.



Poważne problemy Amorka...

 


Amorki wnet ogłoszą strajk, bo w dzisiejszym świecie ich strzały w serca tak wyglądają: strzał, strzała leci i nagle... „404 Not Found — miłość nie znaleziona”.


niedziela, 19 kwietnia 2026

Walka o godność człowieka — upamiętniona wiosennym kwiatem żonkili... A dzisiaj? Smutek...

 


Pamiętamy Ich walkę o godność człowieka i chylimy czoła... Ale dziś... to nie jest walka o godność człowieka. I to jest bardzo smutne.


Goście z koron drzew

Są takie poranki, kiedy ogród nie budzi się od razu. Najpierw drgnie gdzieś liść, potem cień przesunie się po trawie, a dopiero na końcu pojawia się ona — mała, czujna sylwetka, która zdaje się być częścią tego miejsca od zawsze. Wiewiórka.

To niepozorne zwierzę należy do rodziny wiewiórkowatych i całe jego życie zdaje się być opowieścią pisaną wśród gałęzi. Zamieszkuje lasy iglaste i liściaste, parki oraz wszystkie te przestrzenie, w których drzewa pozwalają jej się ukryć i jednocześnie obserwować świat z góry — także przydomowe ogrody, które traktuje jak własne, dobrze znane królestwo.

Jej domy nie są stałe. Czasem zajmuje opuszczone gniazda ptaków, częściej jednak buduje własne — wysoko, w rozwidleniach gałęzi, gdzie wiatr kołysze konstrukcją z gałązek i traw. Wewnątrz panuje miękkość mchu i cisza, jakby cały świat został tam przytłumiony do szeptu. Jedno wejście wystarcza. Wiewiórka nie potrzebuje więcej.

Niewielka, lekka, niemal ulotna — waży zaledwie 200–300 gramów. Jej ciało mierzy 20–24 centymetry, a ogon, długi i puszysty, kolejne 17–20. Ten ogon nie jest jedynie ozdobą. To narzędzie równowagi, ster i parasol bezpieczeństwa podczas skoków, które wydają się przeczyć grawitacji. Żyje krótko, ale intensywnie — zwykle około pięciu lat, czasem siedem, jeśli los okaże się łaskawy.

Przez większość roku wiewiórka jest samotna. Każda ma swój rytm, swoje drzewa, swoje ścieżki między gałęziami. Ale gdy przychodzi czas rui, las zmienia się w scenę pełną pośpiechu i napięcia. Samce przemierzają korony drzew w poszukiwaniu samic, a wśród liści rozbrzmiewają piski i nagłe zrywy ruchu.

To nie zabawa, choć z dołu może tak wyglądać — to stara, niezmienna opowieść natury. Po około 38 dniach rodzą się młode: nagie, ślepe, całkowicie zależne od ciepła i obecności matki.

Na Jurze Szwabskiej, gdzie mieszkam, wiewiórki są częścią codzienności. Pojawiają się niespodziewanie, jakby wychodziły z samego powietrza między drzewami. Ale jedna z nich… zapamiętałam szczególnie.



Pewnego dnia rzuciłam jej kawałek banana, bo akurat jadłam. Zniknął szybciej, niż zdążyłam się zastanowić, czy to w ogóle dobry pomysł. Od tamtej pory wraca. Rano, zawsze o podobnej porze, pojawia się na jabłoni naprzeciwko mojego okna. Popiskuje cicho, jakby przypominała o umowie, której nigdy nie spisałyśmy.

Najbardziej lubi orzeszki. Sama je odnajduje — w leszczynie, pod drzewami, w miejscach, które tylko ona potrafi zapamiętać. A kiedy dostaje kolejne, znika natychmiast, jakby bała się, że świat mógłby jej je odebrać. Wbiega wtedy na drzewo i tam, wysoko, wśród liści, znika z mojego świata.



Są też wiewiórki mniej ufne, bardziej ostrożne. Ta jedna potrafi podejść naprawdę blisko. Zastyga wtedy w bezruchu i patrzy — nie uciekając od razu, jakby próbowała zrozumieć, czy człowiek to jeszcze część krajobrazu, czy już zagrożenie. Dopiero gdy granica zostaje przekroczona, znika jednym skokiem.

Dziś jednak przyszła inna. Czarna. Niespokojna, jakby coś ją wypchnęło z bezpiecznego rytmu dnia. Przebiegła przez ogród, rozejrzała się i zniknęła, zostawiając po sobie tylko pytanie, które nie doczekało się odpowiedzi.

Czarne wiewiórki są rzadkie, ale istnieją. Te z jaśniejszym, białym brzuszkiem bywają jeszcze bardziej płochliwe — uciekają natychmiast, gdy tylko wyczują obecność człowieka. Mniejsze od rudych, ale bardziej żywiołowe, jakby cały ich świat był nieustannym ruchem.

Czasem trudno powiedzieć, czy obserwuję jedną wiewiórkę, czy wiele różnych.

Może właśnie na tym polega ich urok — że nigdy nie są do końca uchwytne. Jakby zawsze były o krok przede mną, w miejscu, do którego mogę tylko patrzeć, ale nigdy w pełni wejść.


Dbaj o swoją wieczność...



 
Warto być dobrym człowiekiem. Dobroć zawsze wraca. I tu na Ziemi, i w innym wymiarze. Tekst w obrazie.