poniedziałek, 20 lipca 2026

Spałam, kiedy ratowali świat

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XIX — Tym razem będzie o tym, że można przespać największą aferę na całym polu campingowym. O nocnej akcji z siekierą, która podobno była dramatyczna — ale nie dla mnie. O ludziach, z którymi śmiech przychodzi łatwiej niż myślenie. I o tym, że takie wakacje zdarzają się tylko raz.


Wracam do naszych wczasów w Międzybrodziu...
Prawie codziennie robimy wypady w góry. Na zdjęciu siedzę sobie z Wieśkiem na szczycie góry Żar. Piękne stąd widoki i można pooglądać startujące szybowce. Uwielbiam przyrodę i przestrzeń. Zwłaszcza bladym świtem.



Mało kto chce mi towarzyszyć w takich porannych wędrówkach, więc łażę sama, ale nie zapuszczam się zbyt daleko, bo samej, na obcym terenie, to jakoś nie tak. Ale kiedy ferajna mojego koleżeństwa wytoczy się wreszcie z wyra i z domku campingowego, łapiemy za plecaki, wrzucamy do nich, co się da, i ruszamy w drogę — ku naszej wielkiej radości i ku nadziei rodziców na chwilę spokoju.



Całe nasze towarzystwo jest na szczycie góry, ale nie wszystkim chce się ustawiać do zdjęć. Jasiu chciał, bo bardzo mnie lubi. Przecież chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce.

Jasiu to wielki humanista, a przy tym romantyczna dusza. Raz, podczas wieczornej wędrówki po zboczu góry, kiedy gwiazdy zaczynały połyskiwać na niebie, powiedział do mnie:

Moja ty najmilejsza.

Fajnie, nie? I jak romantycznie… Od razu o Franku zapomniałam. Jasiu też umie wspaniale śpiewać. A przede wszystkim jest mądrzejszy, bardziej oczytany i — co dla mnie ważne — nie jest ministrantem ani nie pałęta się za naszym starym, zapijaczonym proboszczem.

Bo ja, w miarę dojrzewania i nabierania mądrości, coraz bardziej go nie znoszę. Coraz lepiej rozumiem, jakie idiotyzmy wygłasza z ambony… Właściwie to nie wygłasza — on wrzeszczy, plując przy tym na wszystkie strony.

Biedni ci parafianie, którzy siedzą pod amboną. Szkoda, że w kościele nie można siedzieć z otwartym parasolem — człowiek mógłby się osłonić od niektórych momentów… albo i widoków.

Zwłaszcza od widoków co niektórych pseudowiernych. A tych w kościele jest najwięcej. Jedni chodzą tam, żeby pochwalić się nowymi ciuchami i poparadować wśród ludzi, inni — ze strachu o własne cztery litery… no dobrze, o własne „ja”.

A jeszcze inni, bo mają zbyt nieczyste sumienie i wiele krzywd wyrządzili bliźnim, więc tak na wszelki wypadek (gdyby Bóg jednak istniał) pędzą pod ołtarz, żeby się oczyścić… i móc dalej krzywdy wyrządzać. Tych naprawdę wierzących i dobrych można policzyć na palcach jednej ręki.

Czasami i starszyzna do nas dołącza. Nie wiem, czy chcą nas sprawdzać, co my tam na tym Żarze robimy, czy po prostu rozruszać kości po codziennym biesiadowaniu.

Tak czy inaczej, nam jest miło, że możemy z nimi chwilę luźno pogadać. Bo, o dziwo, nawet im po wspinaczce dopisują humory.



Pani Lusia jest wprawdzie, jak zwykle, powściągliwie uśmiechnięta, ale po jej oczach widać (jak zdejmie okulary), że radość nie jest jej obca — tylko taka bardziej wewnętrzna.

Natomiast pani Urszula zawsze tryska dobrym humorem i energią. Założyła mi nawet swój słomkowy kapelusz, żeby było śmieszniej, a Piotrka — swojego siostrzeńca — ustawiła trochę z tyłu, żeby robił za dodatkowe tło dla pięknych dziewczyn na tle doliny międzybrodzkiej. I to mi się podoba. Dobrze zrobiła.



I taka to ze mnie śmieszka. Ale tym razem naprawdę mam się z czego śmiać, bo opowiadamy sobie wydarzenia minionej nocy. A cóż się takiego wydarzyło?

Ano to, że moi rodzice wraz z przyjaciółmi wybrali się do „Okrąglaka”, czyli do międzybrodzkiej restauracji na dansing, zostawiając mnie i Wojtusia śpiących w domku campingowym.

Tereni już z nami nie było — wróciła wcześniej do domu, bo wybierała się gdzieś z koleżankami.

I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie to, że rodzice zapomnieli zabrać ze sobą kluczy.

Może to jeszcze nic wielkiego… ale kiedy dodam, że po powrocie nie mogli się dostać do domku i liczyli na to, że ja im otworzę — a ja spałam przy samych drzwiach — i że bardzo się przeliczyli… to robi się już ciekawie.

Bo choć tłukli do drzwi jak najęci, ja się nie obudziłam. W końcu mamusia spanikowała i narobiła takiego larum, że postawiła na nogi całe pole campingowe.

A że głos ma nie od parady — po chwili wszyscy byli już na nogach. Jedni tłukli do drzwi, inni do okna, jeszcze inni próbowali nawet potrząsnąć domkiem.

Wreszcie gospodarz — w akcie desperacji — chwycił za siekierę i zaczął wyrąbywać zamek.

Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, wszyscy wparowali do środka. Mamusia rzuciła się na mnie, wyrwała mnie z betów i postawiła do pionu:
— Halinka, co się stało?!

A ja (ponoć zupełnie spokojnie):

Nic się nie stało, bo bym widziała i słyszała… Przecież nie śpię. Po czym… położyłam się i zasnęłam w sekundę.

Gdy mi to następnego dnia opowiadali, nie mogłam uwierzyć. Że Wojtuś się nie obudził — to zrozumiałe, był jeszcze malutki. Po całodziennych emocjach i wysiłku przy zabawach wieczorem usypiał prawie na stojąco.

Ale ja? Dlaczego ja się nie dałam obudzić? Trudno mi powiedzieć. Naprawdę nic nie słyszałam. Tak że nic innego mi nie pozostało, jak tylko śmiać się z tego wydarzenia.

Każdy ze śmiechem opowiadał mi o swoich wrażeniach w ratowaniu mnie i Wojtusia oraz o mojej minie, jaką miałam po obudzeniu przez mamusię.

A ja śmiałam się z nich, gdyż oczami wyobraźni widziałam ich wszystkich, jak w rozchełstanych piżamach biegają po nocy po polu campingowym, szybko i chaotycznie, niczym bakterie pod mikroskopem. I jak po otwarciu drzwi przez gospodarza wciskają się hurmem do środka — z wytrzeszczem oczu i rozdziawionymi buziami.

Że też ten domek campingowy to wytrzymał i się nie zawalił — do dziś się dziwię. O rany, to musiał być widok! Myślałam, że pęknę ze śmiechu.

Żałowałam, że tylko oczami wyobraźni mogłam widzieć tę ich całą nocną akcję, a nie w rzeczywistości. No cóż, było to niemożliwe, gdyż w dwóch postaciach wystąpić nie mogłam. Musiała mi wystarczyć moja wyobraźnia. A że mam ją bujną, śmiałam się co rusz.

Nasze mamy też lubią posiedzieć nad wodą. Co prawda to tylko górski potok — Żarnówka — ale zawsze to trochę chłodu.



Chcą, jak mówią, opalić swoje bladości tu i tam. I dobrze — niech się zarumienią. Będą miały z czego potem blednąć przy domowych obowiązkach.



Na tym zdjęciu widać część naszych urlopowiczów. Humory dopisują wszystkim… poza moją mamusią. Wygląda na zamyśloną. Może martwi się o tatusia? Bo tatuś już rano zniknął z innymi panami… chyba mieli jakieś swoje sprawy.



Po międzybrodzkich lasach też wędrujemy. Najbardziej lubię chodzić z Elką — jest tak fajnie szurnięta, oczywiście w dobrym sensie.

Papla bez przerwy, wszystkiego się boi i robi wokół siebie zamieszanie. A ja lubię pomagać — więc pomagam jej z przyjemnością.

Baśka za to ciągle chce pokazać, jaka jest odważna, i śmieje się z Elki. Ale kiedy przychodzi co do czego, sama trzęsie portkami. I też trzeba jej pomagać. A potem znowu udaje najmądrzejszą.

Czasem mnie to wkurza, ale w kaszę sobie napluć nie daję. W końcu umiem już trochę oceniać ludzi i ich zachowania.

Terenia też lubi wędrować — widać ją na zdjęciu, zrobionym jeszcze przed jej powrotem do domu.



Pomijając nasze młodzieńcze przypadłości, było nam razem naprawdę dobrze. Jak się później okaże — były to nasze pierwsze i zarazem ostatnie wczasy w tak licznym gronie.

Od następnego roku nasze drogi zaczną się powoli rozchodzić… aż w końcu rozejdą się zupełnie. Każdy pójdzie swoją drogą. Szkoda. Ale takie jest życie.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Niełatwe jest życie męża?...

 


Niełatwe jest życie męża? Ale czy tylko?... Gdy w domu atmosfera gęstnieje jak kisiel, dochodzi do domowych turbulencji — to istny małżeński survival. Krótki poradnik przetrwania dla męża — w obrazie.


niedziela, 19 lipca 2026

Lato — trwaj nam jak najdłużej boś piękne...

 


Zachwyt latem, emocja, która wzmacnia radość życia i pozwala odnaleźć magię w codzienności — wiersz w obrazie.


Najnowsze wieści z Nowogrodzkiej

Jeszcze wczoraj wódz tonął w tłumie potulnych wykonawców swojej woli — bez szemrania, bez sprzeciwu, bez krzty odwagi. Każdy skinieniem głowy gotów był potwierdzić, że czarne jest białe, a cisza to najwyższa forma entuzjazmu.

Dziś jednak coś się zacięło w tej perfekcyjnej maszynie posłuszeństwa. Podwładni, ku jego wyraźnemu zdumieniu, zaczynają podnosić głowy. Niektórzy nawet — o zgrozo — zaczynają myśleć... i odwracać się plecami.

Wódz odkrywa coś, czego panicznie się obawia: że jego „potęga” była tylko wydmuszką, a wysoka pozycja zbudowana na cudzym milczeniu wali się szybciej, niż zdąży wydać kolejny rozkaz. Zostaje po niej tylko gruz i echo własnych złudzeń.

Bo nawet najtwardsza ręka nie utrzyma w nieskończoność systemu, który od dawna stoi już tylko na strachu i iluzji. A gdy strach pęka — jak bańka mydlana — nie zostaje nic prócz gniewu.

Historia nie ma litości dla tych, którzy mylą strach z lojalnością — i prędzej czy później wystawia im rachunek.



piątek, 17 lipca 2026

Не думай, не думай, все равно царем не будешь.*



To skojarzenie przychodzi natychmiast (i to — jakże trafnie — по-русски), gdy patrzy się, jak rzeczony „władca” coraz wyraźniej traci grunt pod nogami.

Jeszcze niedawno jego „poddani”, trzymani twardą ręką w żelaznym uścisku, zachowywali się jak posłuszne popychadła. Dziś — ku jego wyraźnemu zdziwieniu — zaczynają mówić własnym głosem. A nawet… stawiać opór.

Bo władza, która opiera się wyłącznie na strachu, prędzej czy później zaczyna się kruszyć. Najpierw po cichu, od środka. Potem — już całkiem głośno.


* Не думай, не думай, всё равно царём не будешь — w dosłownym tłumaczeniu: „Nie myśl, nie myśl — carem i tak nie będziesz”. To znane rosyjskie powiedzenie, używane wobec tych, którzy mierzą zdecydowanie wyżej, niż pozwala im rzeczywistość.