poniedziałek, 11 maja 2026

Bóg, przemoc i sumienie: między Biblią a pacyfizmem

Biblia bywa nazywana Słowem Bożym — „instrukcją obsługi życia”, która ma prowadzić człowieka ku dobru, ku Bogu, ku życiu zgodnemu z Jego wolą. A jednak już przy uważnej lekturze pojawia się niepokój. Na jej kartach nie brakuje przemocy: wojen, kar, gniewu, konfliktów. Obrazów, które trudno pogodzić z ideą Boga miłosiernego.

Jedna z najbardziej wstrząsających scen pochodzi z Księgi Rodzaju: zniszczenie miast ogniem i siarką. W tej opowieści jest moment szczególnie przejmujący — gdy żona Lota, oglądając się za siebie, zamienia się w słup soli. To nie tylko historia o karze. To także obraz, który zostaje w wyobraźni — i budzi pytania.

Dla wrażliwości pacyfistycznej takie fragmenty są szczególnie trudne. Już jako dziecko nie potrafiłam uwierzyć w Boga, który działa w tak brutalny sposób. I nie jest to odczucie odosobnione. Wielu ludzi — także wierzących — doświadcza podobnego napięcia, zwłaszcza w konfrontacji ze Starym Testamentem. Z jednej strony pragnienie dobra i pokoju, z drugiej — teksty, które zdają się temu przeczyć.

Jedną z odpowiedzi jest odwołanie się do kontekstu historycznego. Biblia powstawała w świecie, w którym przemoc była codziennością, a wojna — czymś niemal naturalnym. W tym sensie jej opisy mogą odzwierciedlać nie tyle naturę Boga, ile sposób, w jaki był On rozumiany przez ludzi tamtej epoki.

Ale czy to rzeczywiście rozwiązuje problem? Czy fakt, że coś było normą, czyni to mniej trudnym do przyjęcia?

Współczesna teologia nie unika tych pytań. Przeciwnie — wielu myślicieli traktuje Biblię nie jako jednolity, dosłowny zapis woli Boga, lecz jako zapis ludzkiego zmagania się z jej zrozumieniem. W tym ujęciu teksty biblijne stają się świadectwem drogi — pełnej napięć, sprzeczności i prób uchwycenia tego, co ostateczne. Rodzi się jednak kolejne pytanie: gdzie w tym wszystkim przebiega granica między wiarą a interpretacją?

Sprzeciw wobec przemocy bywa punktem wyjścia do głębszej refleksji. Nie tylko nad religią, lecz także nad samą naturą Boga. Jeśli Bóg jest dobry i miłosierny, jak pogodzić to z historią świata — z nieustającymi konfliktami, cierpieniem, wojnami, często prowadzonymi w imię religii? Czy coś się zmieniło? A może zmienia się jedynie sposób, w jaki o tym mówimy?

Niektórzy widzą w Biblii dialog — napięcie między przemocą a próbą jej przezwyciężenia. Inni dostrzegają w niej raczej potwierdzenie ludzkiej skłonności do uzasadniania przemocy nawet tym, co święte. I być może dlatego tak łatwo dojść do wniosku, że „na dwoje babka wróżyła” — każdy pozostaje przy swojej interpretacji.

Z tej perspektywy pojawia się jeszcze jedna refleksja: czy wiara jest wyborem, czy raczej predyspozycją? Można ją porównać — metaforycznie — do „genu”. Niektórzy zdają się rodzić z naturalną skłonnością do wiary, inni jej nie odczuwają i nie potrzebują. Dla jednych Bóg jest oczywistością, dla innych — zbędnym założeniem.

Oczywiście taki „gen wiary” to jedynie uproszczenie. Na religijność wpływa wiele czynników: wychowanie, kultura, doświadczenia, spotkania, a czasem także zranienia. Są ludzie, którzy odnajdują wiarę, choć wcześniej jej nie mieli. I tacy, którzy ją tracą.

Z punktu widzenia religii wiara pozostaje jednak czymś innym — darem, łaską, czymś, co przekracza biologiczne czy społeczne uwarunkowania. A jednak codzienna obserwacja pokazuje wyraźnie, że ludzie różnią się w swojej „gotowości” do wierzenia.

W tym kontekście pacyfizm nie musi mieć religijnych podstaw. Można budować głęboki system wartości na empatii, na rozumieniu cierpienia innych, na refleksji nad światem. Można odrzucać przemoc bez odwoływania się do Boga — i czynić to w sposób spójny i konsekwentny.

Ostatecznie więc pozostajemy z pewnym napięciem, którego nie da się łatwo rozwiązać. Są ludzie, dla których wiara jest naturalna i konieczna, i tacy, dla których pozostaje nieprzekonująca. Po obu stronach można znaleźć wrażliwość, moralność i refleksję — ale też, niestety, ich brak.

A jednak najbardziej intrygujący wydaje się inny przypadek: ci, którzy — mimo sprzeciwu wobec przemocy — pozostają w religii. Czy decyduje o tym tradycja? Przywiązanie? A może obawa przed opinią społeczną?

Być może właśnie w tym napięciu — między sprzeciwem a trwaniem — kryje się najbardziej ludzki wymiar wiary.




Biedroneczko, leć do nieba! — wołają dzieci...

Czy znasz biedronkę? Taką małą, czerwoną kuleczkę z czarnymi kropeczkami? Biedronki są bardzo lubiane. Nazywamy je też bożymi krówkami. Często pojawiają się w bajkach, wierszykach i piosenkach. Może i Ty kiedyś powiedziałeś: „Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba!”

A kiedy biedronka spaceruje po Twojej dłoni, aż chce się uśmiechnąć, prawda? 

Biedronki są nie tylko ładne, ale też bardzo pożyteczne. Lubią zjadać mszyce — takie małe robaczki, które niszczą rośliny. Dzięki temu pomagają kwiatom, drzewom i warzywom rosnąć zdrowo i pięknie. Ogrodnicy bardzo się cieszą, gdy widzą biedronki w swoich ogrodach.

Najbardziej znana jest biedronka siedmiokropka. Ma siedem czarnych kropek i czerwony płaszczyk. Wygląda dokładnie tak, jak biedronka z dziecięcych rysunków...

Oto i ona. Prawda, że piękna?



niedziela, 10 maja 2026

Pół żartem, pół serio — z naciskiem na serio...

 


O zdrowym dystansie do zaszczytów, czyli o tych, co nie chcą być „wybrańcami”. Mądry człowiek nie kandyduje, bo mandat nie mieści się w jego sumieniu. Wiersz satyryczny w obrazie.


Parole, parole, prezesie Kaczyński...

 


Słowa tej „reszty”: Patriotyzm i miłość do kraju nosisz — i owszem — ale tylko na pokaz. O dobro dbasz, ale nie Polaków a własne. Haki? A gdzież tam! Ty — nigdy ich nie zbierasz — same się zbierają. A LGBT w pewnym (ukrytym) sensie rzeczywiście szanujesz — na tyle, na ile Ci akurat pasuje. Słowa prezesa w obrazie.


Trzeba się zatrzymać, żeby zobaczyć więcej

W codziennym pośpiechu łatwo przeoczyć to, co najpiękniejsze. Czasem wystarczy chwila zatrzymania, by świat znów zachwycił — zapachem deszczu, światłem i ciszą.


Wokół rozlewa się maj — ciepły, pachnący, pełen światła. Powietrze drży od zieleni, a serce rośnie, jakby chciało objąć cały ten cud.

Czasem spadnie deszcz — cichy, wiosenny, kojący — i wtedy świat oddycha głębiej. Nie tylko rośliny piją tę chwilę. My także. Bo zapach mokrej ziemi i liści, świeży i miękki, otula zmysły, łechce nozdrza i na krótką chwilę odurza — jak najpiękniejszy sen, który dzieje się naprawdę.

I nagle wszystko staje się bardziej… prawdziwe. bliższe. Piękniejsze. Ale to piękno nie narzuca się — ono czeka. Trzeba się zatrzymać. Zamilknąć na moment. Rozejrzeć się naprawdę, nie tylko przelotnie.

Wtedy zaczynamy widzieć więcej — to, co wcześniej umykało gdzieś między pośpiechem a myślami.

A gdy już raz zobaczymy, będziemy chcieli więcej. Jeszcze i jeszcze. Bo pragnienia są po to, by je spełniać, a zmysły — by budzić je do życia.



sobota, 9 maja 2026

Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część IX — Tym razem będzie o kubku mleka, który zniszczył wszystko, co miało być piękne. O Paździerzu, który powinien był mieć się na baczności. O plamie, która wyglądała jak mapa Polski. O kąpielach w cukrowni, lepszych niż wszystkie domowe luksusy. O bieganiu nago z syfonem i zabawie na sto dwa. I o weselu, na którym Pan Młody gdzieś się zapodział, a dorośli pili „wodę na rozgrzewkę”… Bo życie — jak zwykle — potrafi rozkrochmalić nawet najlepsze plany.


Wakacje przeleciały jak z bicza strzelił — i zaczął się nowy rok szkolny. Jestem już w III klasie… Tadam! A oto i ona:



Siedzimy potulni jak baranki. Ale to tylko tak do zdjęcia, bo nasza pani bardzo długo nas o to prosiła. Więc siedzimy.

Ja też siedzę, choć aż mnie diabli biorą — taka jestem zła. Tak bardzo chciałam ładnie wyjść na tym zapowiadanym zdjęciu i tyle starań w domu dołożyłam: świeżo wyprany fartuszek, wykrochmalony biały kołnierzyk i mankiety… No i co? Psińco!

Na zdjęciu widać, że siedzę jak ta podwiędła leluja — bo jednak bez moich białych, ulubionych dodatków.

Dlaczego? Ano dlatego, że ten truteń Paździerz przed sesją zdjęciową tak machał swoimi gałązkami w naszej szkolnej kuchni, gdzie codziennie pijemy mleko, że wytrącił mi kubek z ręki.

Nie muszę chyba dodawać, jak wyglądałam po tym jego machaniu… Kurka wodna! W każdym razie moje świeżo przez mamusię wykrochmalone dodatki musiałam zdjąć, bo choć mleko też białe i koloru nie zmieniło, to jednak krochmal puścił — wszak mleko jest też bardzo mokre.



Widać wyraźnie, że uśmiecham się powściągliwie, byle tylko nie wpaść w furię przez ten mój „rozkrochmalony” wygląd. Krysia i Irka mają przynajmniej białe kołnierzyki. A ja? Ja zostałam ogołocona nawet z kołnierzyka przez tego wstrętnego Paździerza.

Wprawdzie Teresa, siedząca obok mnie, też nie ma, ale to dla mnie żadne pocieszenie — bo ona nigdy nie ma.



O właśnie! Ciągle robię dobrą minę do złej gry. No nie… pogrywać sobie ze mnie nikomu nie pozwolę. Już ja temu Paździerzowi po sesji zdjęciowej pokażę, gdzie raki zimują. Wszak rakiem jestem, no nie?!

No zobaczcie sami! Plamy na fartuszku, jakby mnie ptaszki „obrobiły”. Jedne większe, drugie mniejsze. A za tę pośrodku Paździerz szczególnie zapłaci.
Toż ona jest tak ogromna, że wygląda jak mapa Polski w naszym nowym atlasie. Nu, pagadi, Paździerz! Ależ byłam wściekła.

Wściekłość jednak szybko mi minęła, bo przypomniałam sobie, że pod wieczór idę zażywać kąpieli w cukrowni. Dlaczego w cukrowni, a nie w naszej „luksusowej” łazience? Ano dlatego, że łazienka — choć wciąż wygląda wspaniale — kąpać się w niej nie daje. Piecyk gazowy albo nie chce się zapalić, albo gdy już się zapali, to po chwili mało nie eksploduje — tak w nim coś huczy i strzela. A woda i tak niewiele cieplejsza.

Mamusia psioczy na tę cukrowniczą brygadę remontową, a tatuś obiecuje sprowadzić ją raz jeszcze. Też ciągle.

Ja jednak nie narzekam, bo bardziej podoba mi się „kąpańsko” w cukrowni. Tam jest superowa łaźnia z prysznicami. Ogromniasta! A w niej aż sześć kabin do wyboru.
Są też inne pomieszczenia — z wannami, przebieralniami, różnymi schowkami… No i my, siostrzyczki — same.

Portier bez problemu zawsze daje nam klucze. Wystarczy powiedzieć, że jesteśmy córkami pana Tomasza — i klucz natychmiast ląduje w okienku portierni.

Ale dziś zabieram koleżanki z sąsiedztwa: Baśkę i Jolkę, bo ciągle wiercą mi dziurę w brzuchu, żeby je wziąć ze sobą. Tak im się tam podoba. Tym bardziej że one w domu żadnej łazienki nie mają. No to je biorę.

Z nimi też jest fajnie. Lepiej niż z siostrzyczkami, bo możemy się powygłupiać do woli. Latamy z piskiem po całej łaźni i nikt nas nie upomina.

A odkąd odkryłyśmy, że na parterze przy schodach jest syfoniarnia — czyli miejsce, gdzie nabijają syfony dla pracowników — to dopiero mamy radochę!
Latamy gołe z tymi ogromnymi butlami, gdzie się tylko da: po schodach w dół, do góry, po korytarzach, po przebieralniach — i sikamy na siebie gazowaną wodą jak strażacy z sikawek. To jest zabawa! Na sto dwa!

A potem, czyściutkie jak trzy aniołki i bardzo radosne, wracamy do domu z myślą, że za tydzień znów się wykąpiemy w cukrowniczej łaźni.

W połowie jesieni całą rodziną byliśmy na weselu cioci Stasi i wujka Ryśka w Niemodlinie. O rany, ale to był spęd rodzinny!

Zanim pomaszerowaliśmy całym orszakiem do kościoła, długo szukano Pana Młodego, bo ten — dziwnym trafem — gdzieś się zapodział.

Fajnie było, bo wszyscy dorośli zajęci byli szukaniem, więc my, dzieciaki, mogliśmy poszaleć po drzewach w sadzie. Nikt na nas nie zwracał uwagi.
Tylko mamusia krzyknęła do mnie, wiszącej na drzewie, żebym uważała i nie porwała spódniczki — i tyle. Sama też poszła szukać Pana Młodego.

No to ja… hulaj dusza! W końcu jednak musiałam zleźć z drzewa, bo Pana Młodego odnaleziono i zaprowadzono do ołtarza.

Czy pod przymusem — tego nie jestem pewna. Może chodziło o jakąś jego chwilową niedyspozycję?

W każdym razie postawiono go do pionu i pomaszerował z ciocią pod rękę do kościoła.

A potem było już huczne weselisko w bardzo dużej i zimnej świetlicy, gdzie dorośli co rusz pili jakąś wodę na rozgrzewkę.

Ja też chciałam się napić, ale mamusia powiedziała, że jestem ciepło ubrana, więc nie potrzebuję.

Nie byłam zadowolona. Ba — byłam wręcz obrażona. Ale kiedy dostałam słodziutką oranżadkę, w końcu się udobruchałam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki: 

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.


1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak zcharakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Piękna pogoda jest dziś na dworze...

 


Wiosna ma w sobie ogromną moc. Dłuższe dni i więcej promieni słonecznych sprawiają, że przyroda z dnia na dzień nabiera coraz piękniejszych rumieńców, a my razem z nią. Wierszyk w obrazie.