Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XII —
Tym razem będzie o… pożegnaniu z dziadziem, które przyszło za
szybko, i o smutku, który trudno było pomieścić w dziecięcej
głowie. O pierwszych „lufach” w szkole i wstydzie, który
potrafi zaboleć bardziej niż jedynka. Ale będzie też o czymś
zupełnie odwrotnym — o wielkiej radości, bo na świecie pojawia
się Wojtuś i nagle wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Między
łzami a śmiechem, między trumną a kołyską, uczę się, że
życie nie stoi w miejscu — nawet wtedy, gdy bardzo by się
chciało. A przy okazji… zjadam za dużo andrutów, włażę na
drzewa i odkrywam, że nawet chrabąszcze mogą mieć coś wspólnego
z koglem-moglem.
Po
powrocie do Polski od razu pobiegliśmy do dziadzia. Zdążyliśmy
się z nim pożegnać — mówił, że specjalnie na nas czekał.
Następnego dnia już nie żył. Smutno mi. Przez wiele godzin stałam
przy jego trumnie i w myślach z nim rozmawiałam.
Szkoda mi
bardzo dziadzia. Był taki dobry i wesoły. Zawsze, kiedy w niedzielę
wracał z sumy z kościoła, wstępował do nas i — czekając, aż
mamusia poda obiad — leżał sobie na kanapie i opowiadał mi różne
fajne rzeczy. Hihi!… I gryzł mnie delikatnie po palcach, kiedy
ciągnęłam go za wąsy.
Po
pogrzebie dziadzia nie wiodło mi się dobrze także w szkole. Rok
szkolny trwał już ponad trzy tygodnie. Nie miałam kłopotów z
nadrobieniem materiału — wszak głupia nie jestem. Jedynie z
geografią, która zaczyna się właśnie w IV klasie, miałam
problemy.
A
właściwie z nową panią od geografii — panią Ditchen, bo ona za
nic nie chciała dać mi taryfy ulgowej za moją nieobecność, tylko
gnębiła mnie przez cały czas jakimiś długościami i
szerokościami geograficznymi, których za czorta kudłatego pojąć
nie mogłam.
Uczyłam
się dużo, ale nic z tego nie rozumiałam. Nawet mojego kolegę z
sąsiedztwa, Kazika, poprosiłam, żeby mi wytłumaczył — bo on
był już w siódmej klasie. No i wydawało mi się, że dobrze mi to
wytłumaczył. Byłam pewna, że poprawię te dwie lufy, jakie mi
„niesprawiedliwa” pani Ditchen do dziennika wrąbała.
Mnie —
która do tej pory miała same piątki na świadectwach! Jaka byłam
zrozpaczona, kiedy się okazało, że pani Ditchen zweryfikowała
moją wiedzę na temat szerokości i długości geograficznych i…
postawiła jeszcze jedną lufę — i to na okres.
Mnie —
jednej z czwórki najlepszych uczniów w klasie. Ta porażka tak
bardzo dała mi się we znaki, że od tamtej pory już nigdy nie
pozwoliłam na to, żeby mnie tak potraktowano. Uczyłam się jak
wściekła — byle tylko nie musieć tego jeszcze raz przeżywać.
Opłaciło
się. Na koniec IV klasy wprawdzie nie dostałam świadectwa z
paskiem (jak do tej pory), bo miałam jedną czwórkę — oczywiście
z geografii — ale pani Ditchen w końcu bardzo mnie polubiła.
Mówiła,
że na moim przykładzie przekonała się, iż ocena niedostateczna
może zmotywować ucznia do nauki i przynieść pozytywny skutek.
Chyba
przyznam jej rację. Motywacja była ogromna. A zwłaszcza wstyd… A
ja bardzo, ale to bardzo nie lubię się wstydzić.
Czas
leciał. Zbliżał się luty i mamusia przygotowywała się do
porodu, bo właśnie na ten miesiąc lekarz wyznaczył termin.
Czasem z
boku obserwowałam tatusia i zastanawiałam się, czy jest
szczęśliwy, że zostanie po raz czwarty ojcem. Nie dowiedziałam
się jednak, bo ze mną na ten temat nie chciał rozmawiać.
Może na
wszelki wypadek woli nabrać wody w usta, bo boi się, że zapeszy
całą sprawę i czwarty „dziurawiec” głośnym wrzaskiem
obwieści swoje przybycie.
Całkiem
możliwe, bo nieraz narzeka na to swoje „dziurawe wojsko”. Na
pewno marzy mu się mieć wreszcie w rodzinie jakiegoś
„niedziurawego żołnierza” — a zarazem przedłużacza rodu.
Bo my,
„dziurawce”, jak tatuś mówi, to nawet jego wspaniałego
nazwiska nie ponosimy zbyt długo… A niechby już miał tego
swojego syneczka.
Kiedy
nadszedł dzień 1 lutego, nasze życie rodzinne bardzo się
zmieniło. Przywitaliśmy na świecie nowego członka rodziny…
Hurra!
Mamusia urodziła chłopczyka! Posłuchała mojej prośby i się
postarała. Jednym słowem — moje marzenie zostało spełnione!
Dumna jak
paw osobiście odbierałam mojego braciszka ze szpitala. Pojechałam
tam z tatusiem samochodem.
Kiedy go
zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że jest taki malutki. Dotknęłam
jego rączki, a on mocno chwycił mnie za palec. Cóż to za cudowne
uczucie…
Mój
kochany braciszek dostał na imię Wojtuś — na cześć zmarłego
pół roku wcześniej dziadzia Wojtka.
Wreszcie
mamusia i tatuś mają swojego chłopczyka. Ja też się bardzo
cieszę, bo odkąd Wojtuś jest z nami, to jakoś wszyscy zapomnieli,
że jestem „trzeci dziurawiec”.
Pokochałam
bardzo mojego braciszka. Takie to malutkie i pachnące mleczkiem.
Lubię go nosić na rękach i chodzić z nim na spacerki.
A jak
wyrośnie, będę z nim łazić po drzewach i dachach. Wreszcie będę
miała kumpla do chłopięcych zabaw… Ojej — a może będę już
za duża? Eee tam. Do tego nigdy nie będę za duża. Tak myślę.
Mamusia
karmiła Wojtusia piersią, ale po jakimś czasie odechciało mu się
ssać. Nie wiem czemu. I wtedy mamusia dostała zapalenia piersi.
Bardzo
cierpiała, bo w piersiach zostawało dużo mleka i się psuło. W
końcu prawa pierś zrobiła się aż granatowa.
Musiała
ściągać mleko specjalnym gumowym ściągaczem, ale to okropnie
bolało.
Tatuś nie
mógł już patrzeć na jej cierpienie i pojechał po położną. A
ona powiedziała, że skoro „leniwiec” Wojtuś nie chce ssać, to
najlepiej będzie, jeśli ja z Terenią będziemy to robić…
O rany —
byłyśmy bardzo przestraszone. Ale trzeba było mamusi pomóc. Terenia
spróbowała raz i uciekła. No to ja zaczęłam — podwójnie
wystraszona. Zamknęłam
oczy i zabrałam się za ssanie.
Łoo
matko! Myślałam, że zwymiotuję, ale pani położna za każdym
moim pociągnięciem podstawiała mi szklankę pod buzię, żebym
mogła to mleko wypluwać.
Jakoś to
przeżyłam. Na szczęście po paru dniach zapalenie minęło. Byłam
szczęśliwa, że miałam w tym swój mały… „ssący” udział.
Minęły
cztery miesiące i mamy kolejną komunistkę w rodzinie — tym razem
Cesia, moja młodsza o rok kuzynka, miała swoją komunię.
Oczywiście cała
rodzina się zjechała. Ale było nas o jednego członka rodziny
więcej, bo doszedł Wojtuś. Chociaż nie — tyle samo, bo przecież
dziadzio Wojtek zmarł pół roku temu, a na jego miejsce 1 lutego
urodził się Wojtuś.
Ciągle mi bardzo
szkoda dziadzia Wojtka. Nawet swojego wnuka Wojtusia nie zdążył
zobaczyć. Biedny. Dobrze, że chociaż w Zbarażu dziadzio Jan nadal
żyje.
Ale
mamusia mówi, że mam się nie martwić o dziadzia Wojtka, bo on nas
widzi z nieba i cieszy się razem z nami, że Wojtuś się urodził i
że wszyscy jesteśmy razem na komunii Cesi.
To zdjęcie i pozostałe — to oczywiście dzieła tatusia... Widać, że ciągle lichy z niego fotograf.
Nie
mogę się już doczekać, kiedy da mi wreszcie ten zakupiony
w
Zbarażu Фэд-2 w moje wyłączne władanie.
Przyjęcie
komunijne było wspaniałe. Było gdzie polatać i poszaleć, bo
wujostwo ma duże gospodarstwo.
Nie wiem,
co jest, ale zawsze ciągnie mnie na drzewo. Czy to coś znaczy? Bo
reszta dziecięcej ferajny jest raczej przyziemna, tylko mnie nosi po
gałęziach. Nawet pies Rex chyba dziwi się moim ciągotkom i co
rusz wyłupia na mnie swoje pomarańczowe ślepia. Cóż począć?
Już tak mam.
Mamusia
co jakiś czas sprawdzała, czy zbytnio nie szalejemy. Przynosiła mi
też resztki krupczatki na mleku i koperkowej herbaty Wojtusia, bo
wie, że bardzo je lubię.
Nawet
zeszłam z drzewa, żeby tym razem napić się herbatki — skoro
Wojtusiowi pomaga na wzdęty brzuszek, to może i mnie pomoże… Bo
coś mi się wydaje, że brzuch zaczyna mi pęcznieć po tych
andrutach roboty wujenki Maryni, na które natknęłam się w
spiżarni i których zjadłam po kryjomu ponad miarę.
Zresztą
skąd mam wiedzieć, jaka ta miara powinna być, skoro jem i jem, i
ciągle nie mam dość? Dopiero opustoszała patera przemówiła mi
do rozsądku — kiedy zobaczyłam jej kolorowe dno, wtedy, chcąc
nie chcąc, przestałam pochłaniać te pyszności… Ale tylko na
chwilę, bo zaraz wpadła mi w oko druga patera, stojąca na
kredensie, jak na pokuszenie, z pięknie ułożonymi w piramidkę
andrutami.
Z niej
jednak zjadłam już tylko dwa, żeby nie wyjść na zachłannego
łasucha. A muszę przyznać, że chałwa, kogel-mogel i andruty to
moje największe przysmaki. Ciągnie mnie do nich jak magnes.
Potem, po
wypiciu herbatki, kiedy zaczęła już działać na mój wzdęty
brzuch, pobiegliśmy z Cesią i Józiem nad rzeczkę, bo tam na
drzewach siedzi dużo chrabąszczy. Chcieliśmy nazbierać ich dla
kur.
Podsłuchałam,
jak wujek Staszek mówił, że kury po chrabąszczach znoszą lepsze
jajka — żółtka są bardziej żółte. Nie rozumiem czemu, i tak
po prawdzie trochę było mi tych chrabąszczy żal…
Ale skoro
wujek tak mówi, a ja uwielbiam kogel-mogel, przestałam się
zastanawiać, bo nowa myśl zaświtała mi w głowie: może za duży
zbiór chrabąszczy dostanę od wujenki w nagrodę kilka takich jaj?
Musiałam
tylko przekonać Rexa, żeby się łaskawie odsunął i nie podkradał
nam tych strząśniętych z drzew, bo myśl o kolejnym przysmaku
pachniała mi już coraz bardziej.
Cykl:
„Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie
odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To
cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych
historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej
dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda
opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym
fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść
o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”
11.
Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.