(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część III)
Mam już aż pięć latek i w kaszę nadmuchać sobie nie daję… Oj nie! Widać to po moim spojrzeniu. A co? Niech se nie myślą. Ja im dam „trzeciego dziurawca”!
No ale nic. Siedzę grzecznie na kolanach mamusi i wypatruję tego ptaszka, który tym razem już na pewno ma wyskoczyć z obiektywu aparatu fotograficznego wujka Staszka… Też mi! Żadnego ptaszka nie widać. Wujek tak samo robi nas w balona.
Ha! Zaraz sobie sama ptaszka znajdę. Gdzie? Ano na drzewie. Po zrobieniu zdjęcia chwilę musimy jeszcze postać przy mamusi, bo mamusia robi paternoster mojej średniej siostrzyczce Tereni, że znów się umorusała jak nieboskie stworzenie. A ja z najstarszą siostrzyczką Lodzią też musimy tego paternostra wysłuchać. Profilaktycznie. Tak na wszelki wypadek, gdyby i nam się zachciało umorusać.
A dzisiaj niedziela — nie przystoi być brudnym. Ja przecież o tym wiem i brudna nie jestem. Bo też nie znoszę być brudna. Nigdy. Nawet w poniedziałek.
I mamusia też o tym wie, bo zawsze się dziwi, że ja po drzewach i po dachach ciągle się wspinam, a umorusana wcale nie jestem.
No, może czasami tylko porwana, kiedy zdarzy mi się zawisnąć na jakiejś głupiej gałęzi albo gdzieś na gwoździu. Jednak brudna albo umorusana — jak woli mamusia — co to, to nie!
Ale cóż… stoimy grzecznie i słuchamy, co rodzicielka ma do powiedzenia, choć wiem, że to i tak nic nie pomoże. No bo jak ma pomóc, skoro Tereni brud się szczególnie ima? Mało tego — ona z brudem najwyraźniej żyje w całkowitej symbiozie. Po prostu lubi być brudna i nie ma na to rady…
Ale stoimy i słuchamy. A gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje.
Muszę jednak przyznać, że trochę rozumiem mamusię, że tak nas pilnuje, żebyśmy wyglądały schludnie, bo wszystkie ubranka sama nam szyje. Od bielizny i piżamek po sukieneczki, spódniczki, bluzeczki i płaszczyki.
Taka zdolna jest ta nasza mamcia. Specjalnie zrobiła nawet Kurs Kroju i Szycia, żeby wszystko, co nam szyje, wyglądało profesjonalnie i pięknie. Sobie też różne ubrania szyje, zwłaszcza sukienki. Tatusiowi nieco mniej, bo — jak ze śmiechem mówi — na kursie szycia męskich ubrań nie uczono.
Kurs Kroju i Szycia — 1956 rok. Mamusia stoi jako trzecia z lewej strony.
To jednak nieprawda, bo i tatusiowi coś tam ciągle szyje. Nawet koszule. Sama widziałam. Mamusia zawsze mówi, że w sklepach niczego dobrego do ubrania nie można kupić, więc sama musi nas obszywać.
Dlatego stojąca w kuchni ogromna poniemiecka maszyna do szycia często turkocze. A mamusia potrafi z różnych materiałów stworzyć coś oryginalnego, niepowtarzalnego. Nikt takich ubrań nie ma.
O, chociażby ta suknia, którą sobie z japońskiego jedwabiu uszyła specjalnie na zabawę karnawałową. Czyż nie jest piękna? Piękna i bardzo przyjemna w dotyku. Wiem, bo nieraz się w nią ubierałam, kiedy mamusi nie było w domu.
Wspaniale prezentuje się też nasza rodzinka na tym profesjonalnym zdjęciu. Wszystko, w co jesteśmy ubrani, mamusia sama uszyła i wyhaftowała. Tatusiowi marynarkę też uszyła, tylko niczego na niej nie wyhaftowała. Nie wiem dlaczego.
Przed zaprowadzeniem nas do fotografa siostrzyczka Terenia znów zdążyła się zdrowo wybrudzić. Widać to po jej rajtuzkach, które wcześniej były nieskazitelnie białe.
I chociaż znów dostała burę od mamusi, ustawianie do zdjęcia odbyło się bez większych zgrzytów. A to dlatego, że nasz znajomy fotograf obiecał zdjęcie wyretuszować i ten brud z jej rajtuz choć trochę usunąć.
Moich posiniaczonych kolan retuszować nie musiał, bo zakryłam je, mocno obciągając sukieneczkę.
Obietnica pana fotografa sprawiła, że od razu spokojniej się zrobiło. Jednak mnie dalej coś wkurzało…
Nie, nie mogę narzekać — na kolanach mamusi było całkiem wygodnie. Tylko po kiego licha pan fotograf kazał nam palce u rąk schować? Dobrze, że jeszcze nóg nie kazał schować, żeby z lenistwa uniknąć retuszowania brudnych rajtuz Tereni.
A to by była dopiero niepowetowana szkoda! Wszak nóżki mamy bardzo ładne i zgrabne. Szkoda byłoby ich nie sfotografować.
Och, biedny tatuś… Ma się z tymi dziurawcami. Jakoś nagle i tatusia zrobiło mi się szkoda. Czemu? Nie wiem. Co to jest, że tak szybko zmieniają mi się myśli, a jeszcze szybciej odczucia? Mętlik w głowie? Niespokojna dusza? A może jestem chora?
Eee tam, chora! Wcale się choro nie czuję. Mamusia zawsze mówi, że jestem najzdrowsza ze wszystkich.
Coś w tym jest. Bo pamiętam, że kiedy moje siostrzyczki chorowały na różyczkę i leżały cierpiące w łóżkach, mamusia profilaktycznie i mnie kazała leżeć. Chociaż ja wcale się od nich nie zaraziłam. Czułam się zupełnie zdrowo.
I pewnie trochę im przeszkadzałam w tym ich chorowaniu. Chyba tak musiało być, bo w końcu wyrzuciły mnie z pokoju, meldując mamusi, że za bardzo szaleję.
Szaleję? Ja? No coś takiego! Ja wcale nie szalałam. Ja się tylko bawiłam.
No ale i dobrze, że mnie wyrzuciły, bo za mocno wyproszoną zgodą mamusi mogłam wreszcie pójść do ogrodu i po swojemu spokojnie bawić się dalej.
Spokojnie — bo nikt mi nad uszami tam nie brzęczał. Oprócz pszczółek oczywiście. A pszczółki to ja kocham, bo bardzo mi smakuje ich miodek.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.










