poniedziałek, 4 maja 2026

Komunia, kot i brak świętej Haliny

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część VIII — Tym razem będzie o świętości, która może nawet przez chwilę była. O proboszczu, którego lepiej omijać. O denerwującej księżniczce Soraji, która zajmuje najlepsze miejsce na kanapie. O pomysłach, które kończą się daleko za miastem. I o tym, że świat wcale nie robi się lepszy tylko dlatego, że założyło się białą albę… Bo życie — jak zwykle — toczy się dalej.


Ha, i w końcu ja stałam się „komunistką”. Nawet nadymałam się nieco, by choć trochę napompować swoją świętość do uwiecznienia na zdjęciu. Sami zobaczcie — czy nie znajdziecie we mnie choć jej odrobiny? Prawda, że ją widać?



A tak po prawdzie, muszę przyznać, że dziwi mnie to, że jakaś taka szczególna świętość na mnie nie spłynęła, bo przecież jestem taka sama jak i przed. No, może tylko bardziej uczesana i porozbijanych kolan i łokci nie widać, bo alba — którą oczywiście mamusia własnoręcznie mi uszyła i wyhaftowała — elegancko zakrywa te wszystkie moje skórne defekty.



A że to jest moja pierwsza komunia, a nie siostrzyczki Tereni, też dokładnie widać. Że też ona wszędzie musi się wepchnąć z tą swoją świętością! Nawet jej wystające spod alby pęciny świadczą o tym, że jest zeszłoroczną komunistką. Bo moja — jak się patrzy — do samej ziemi.

Ale nie — tego to ona nie przyjmuje do wiadomości, tylko pcha się ze mną pod ołtarz do zdjęcia. Dwa razy chce pokazywać swoją świętość. A ja to co…?! Ja święta nie jestem?

A niech tam, niech jej będzie. Mam dobre serce i nie protestuję. Bo przecież kocham tę moją siostrzyczkę. Tak tylko przez chwilkę sobie pomyślałam. Zresztą nie jestem pewna, czy mamusia właśnie tego naszego wspólnego zdjęcia sobie nie życzyła.

Z tą świętością jednak nadal mam problem… Że też nie ma świętej Haliny wśród grona szacownych świętych. Ale czy to moja wina?

No tak, może i nie moja… ale gdybym się przynajmniej urodziła tak, jak wszyscy sobie życzyli — czyli chłopcem — tobym może była jakimś świętym Józefem albo świętym Janem, albo jakimś jeszcze innym świętym facetem.

A tak — mam za swoje! Nie dość, że się urodziłam dziurawcem, to jeszcze w tak głupim dniu — na Haliny.

A takiej świętej tam na górze niestety nie ma… Zaraz, a może to ja swoją świętością wprowadzę świętą Halinę do niebios?

Mamusia mówi, że powinnam teraz być bardziej grzeczna i bardziej miła, bo przyjęłam Bozię do serduszka. No coś takiego?! Przecież ja grzeczna i miła jestem zawsze… tylko czasami mniej.

No może ostatnio właśnie trochę mniej… No ale jak mam być miła, skoro moja kochana siostrzyczka Terenia tak mnie wkurza swoim kotem — a właściwie kotką Sorają?

Łazi całymi dniami z tą czarną czorcicą o zielonych ślepiach i zawsze zajmuje najwygodniejsze miejsca w domu. I nie daj Boziu, żeby mi się zachciało usiąść obok niej.

O nie! Ona zaraz krzyczy, że to miejsce jest dla księżniczki Soraji. Kurczę pieczone, jak ja nie cierpię tej czarnej diablicy! A i ona — ten czarny stwór — tak się już nauczyła, że pcha się na kanapę albo fotel, czy Terenia w domu jest, czy jej nie ma.

Raz już nie wytrzymałam i, gdy Tereni nie było, ściągnęłam to wstrętne kocisko z kanapy za jej szanowny ogon. A ta — w pisk niemiłosierny! Ale na pewno nie z bólu, tylko ze złości, bo wcale mocno jej nie ciągnęłam.

Pech chciał, że akurat Terenia weszła do domu… No i awantura gotowa. O rany, jak ja nie cierpię kotów! I tak mi już zostało do dziś. Psiarą jestem.

Nawet się cieszę, że całą tę komunię mam już za sobą, bo nie muszę naszego proboszcza tak często oglądać. Nie lubię go. Jest ordynarny i brutalny. Za byle głupstwo bije dzieci kluczem od zakrystii albo nawet Biblią. Nieraz i za darmo można od niego oberwać, jak mu się — wściekłemu — pod rękę nawinie. Ciągle wrzeszczy. Mało kiedy mówi spokojnie.

Raz pobił Janka, jednego z moich najlepszych kolegów z klasy, choć ten niczemu nie był winien.

Myślałam wtedy, że mu „nakopię”. Biedny Jasiu, tak płakał. Przecież nic nie zrobił. To Paździerz i Gwóźdź za jego plecami rozrabiali. Jasiu tylko czytał pod ławką książkę o Tomku Sawyerze… Wstrętny proboszcz!

Na szczęście mamy piękną wiosnę. Cieszę się bardzo. Co rusz bawimy się w ogrodzie albo w parku. Dzisiaj niedziela, więc i dorośli są tam z nami.

Mają dobre humory i nawet pozwalają mi i Tereni pospacerować z naszym malutkim kuzynem Jasiem. Śmieszne to takie i jakieś krzywe — te jego nóżki rozchodzą się w przeciwnych kierunkach. Bez przerwy też paple, i to tak jakoś ni do ładu, ni do składu. Ale słodki jest, bo tak mocno trzyma nasze ręce.



Bardzo się też cieszę, że zima w tym roku szybko się skończyła, bo nade wszystko kocham wiosnę. Nie, nie mogę powiedzieć, że zimy nie lubię — lubię. Można pośmigać na sankach z górki w szachcie przy cegielni albo na łyżwach.

Chociaż po ostatnim upadku przestałam lubić zjeżdżanie na łyżwach. W połowie górki tak wyrżnęłam plecami o zlodowaciałe zbocze, że aż dech straciłam.

Moje koleżanki — Baśka i Jolka — myślały, że umieram, bo ponoć cała twarz mi posiniała, a oczy wyszły z orbit.

Później uwierzyłam im na słowo, bo sama czułam się tak, jakbym naprawdę miała umrzeć.

Dlatego następnym razem, kiedy wybierałyśmy się do szachty, brałyśmy już tylko sanki. Na łyżwach jeździłyśmy na cukrowniczym stawie.

Czasami też, kiedy drogi były zasypane śniegiem, czaiłyśmy się z łyżwami na nogach na sanie zaprzężone w konie. Rolnicy wywozili z cukrowni wysłodki dla bydła.

Czepiałyśmy się sań i — jeśli nas nie pogoniono — jechałyśmy tak nieraz daleko za miasto, aż do pobliskich wsi. Ależ to była frajda!

Zwłaszcza ja z Jolką, bo Baśka tchórzyła i odczepiała się jeszcze w mieście. A my — byle dalej, byle szybciej — prułyśmy, aż w uszach gwizdało.

I choć radość była ogromna, to miny szybko nam rzedły, gdy trzeba było wracać. Piechotą. Bo łyżwy najczęściej nadawały się już tylko do niesienia — oblepione zlodowaciałym śniegiem, ciężkie, spadały z butów i nie dawały się ponownie założyć.

Ale co tam — radziłyśmy sobie. Wracałyśmy na skróty polnymi drogami, które na szczęście były przetarte przez kuligi.

A taka wędrówka pośród zaśnieżonych pól też miała swój urok — śmiałyśmy się, opowiadałyśmy sobie różne historie i śpiewałyśmy na całe gardło, przedrzeźniając echo.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”

(wszystkie odcinki)


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Jutro rodzi się z wczoraj…




W chwilach zamkniętych w kadrze wciąż słyszę dziecięcy śmiech i czuję, jak tamta miłość prowadzi mnie przez każdy dzień. Tekst w obrazie.


Matura — zaczątek dorosłości...

* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.



Trzymaj się Maturzysto! Matura nie boli... Żadnego stresu — wszystko będzie dobrze.  Wierszyk w obrazie.


niedziela, 3 maja 2026

Głupota bywa użyteczna — zwłaszcza cudza...

 


Pokłosie kolacji po 22:00 nadal działa i ma wyjątkowo dobrą pamięć. Bo czasem jedna kolacja mówi więcej niż sto konferencji prasowych. Tekst w obrazie.


Wyznawco PiS — wierz, syp i nie pytaj*...



* Wyznawca PiS — to najbardziej wierny, często bezkrytyczny sympatyk Jarosława Kaczyńskiego i PiS, dla którego poparcie partii ma charakter emocjonalny i niemal tożsamościowy.


Tulipany w zatrzymanym czasie...

 


Nie tylko natura. Tulipanowa opowieść o cichym pięknie tulipanów. Tekst w obrazie.