niedziela, 27 września 2026

Jesienna instrukcja obsługi

Jesień potrafi skutecznie popsuć humor. Krótsze dni, chłód, deszcz i coraz mniej słońca nie sprzyjają dobremu nastrojowi. Ale czy naprawdę musimy oddać jej walkowerem nasze samopoczucie?


Lato odeszło nieubłaganie, a jesień zaczęła już czynić spustoszenie w przyrodzie… I co robić?! Przyjąć ten fakt na klatę, znaleźć jakiś sposób na tę dołującą porę roku i na siebie.

Pierwsza rada: — UŚMIECHNIJ SIĘ!
Uśmiech wyzwala pozytywne emocje, rozładowuje napięcia i działa prozdrowotnie na cały organizm.

Druga rada: — RUSZAJ SIĘ!
Zadbaj o odpowiednią dawkę ruchu na świeżym powietrzu. Aktywność fizyczna działa znakomicie. Z pewnością lepiej aniżeli gnicie pod kocem i wgapianie się w telewizor.

Trzecia rada: — UPRZĄTNIJ SWOJĄ PRZESTRZEŃ ŻYCIOWĄ!
Chłodne i długie wieczory to doskonała okazja ku temu. Pozbędziesz się niepotrzebnych rzeczy, w domu będzie luźniej, a i czas odpoczynku będzie przyjemniejszy.

No to jeszcze raz:



Kiedy rusałka pokrzywnik bawi się w chowanego

Niewielki ruch skrzydeł i już go nie ma. Rusałka pokrzywnik potrafi nieźle wyprowadzić fotografa w pole. Mnie udało się uwiecznić tylko jednego – i to wcale nie tak, jak sobie wymarzyłam.


Mówi się, że rusałka pokrzywnik jest jednym z najbardziej pospolitych motyli... No, nie wiem. Tu, gdzie mieszkam, wcale nie spotyka się ich dużo. I pewnie dlatego, jak to było w moim przypadku, trudno mi było choć jednego dorwać w taki sposób, aby spokojnie dał się sfotografować. To bardzo płochliwe motyle.

Jak już miałam okazję jakiegoś wypatrzyć, to musiałam się zdrowo za nim nałazić, aby łaskawie bodaj na moment usiadł gdzieś na źdźble trawy czy też na jakimś kwiatku.

Ale co z tego, kiedy w końcu się doczekałam i ustawiłam do pstryknięcia, skoro i tak w całej okazałości uwiecznić się nie dał. Bo nagle, bez pardonu, złożył skrzydła, a po chwili odfrunął, rozmazując swój wygląd na kolejnych zdjęciach. Tak że tylko takie jego zdjęcie mam.




Może jeszcze mi się uda innego upolować, bo pogoda ciągle sprzyja ich lotom. Jeśli już, można je spotkać najczęściej na nasłonecznionych leśnych polanach, łąkach czy też w ogrodach. Ponoć widuje się je nawet w centrach miast. Trudno mi to potwierdzić, bo nie mieszkam w dużym mieście.

Są dość dużymi motylami. Rozpiętość ich skrzydeł u niektórych osobników przekracza nawet pięć centymetrów.

Jeśli pogoda na to pozwala, można je zobaczyć fruwające już nawet w marcu. Bo też zimują w postaci dorosłej. A żyją około dziesięciu miesięcy.

Trudno je jednak nazwać zwiastunami wiosny, bo często zdarza się tak, że gdy odwilż minie i znów zima daje o sobie znać, chowają się w odpowiednich dla siebie miejscach i tam czekają na cieplejsze dni.


Oto rusałka pokrzywnik w pełnej krasie... Trudno uwiecznić ją na zdjęciu, łatwiej na obrazie.


sobota, 26 września 2026

Zaufanie, którego nie wolno zdradzić

Koń ufa człowiekowi bezwarunkowo. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego ręka, która powinna głaskać, zadaje ból. Dlatego każdy przypadek krzywdy wyrządzonej koniowi boli szczególnie — bo za tym bólem stoi zdradzone zaufanie.


Konie od zawsze mają w moim sercu szczególne miejsce. Może dlatego tak bardzo boli mnie widok człowieka, który zamiast dawać im opiekę i bezpieczeństwo, zadaje im cierpienie.

Ostatnio w Internecie wielokrotnie pojawiał się film, na którym pewna wieloletnia sędzia zawodów jeździeckich znęcała się nad koniem w stajni znajomej — podczas jej nieobecności. Biła go i kopała, choć ten bezbronny zwierzak ufał człowiekowi.

Za swój czyn poniosła zasłużoną karę. Nie czuję jednak z tego powodu satysfakcji. Kara nie wymaże tego, co zobaczyłam. Nie sprawi też, że zapomnę widok konia, który zamiast ochrony i troski otrzymał ból od człowieka, któremu powinien móc zaufać.

Ten obraz na długo pozostanie w mojej pamięci... Bo koń jest naiwny. Nadal ufa człowiekowi. Nawet wtedy, gdy człowiek na to zaufanie nie zasługuje.




Nastała jesień. Leśnicy szykują pomoc dla zwierząt

Jesień najlepiej widać w lesie. Wśród kolorowych liści i coraz chłodniejszych dni trwają także przygotowania do zimy. Leśnicy gromadzą pokarm i bacznie obserwują swoich leśnych podopiecznych, wiedząc, że kiedy nadejdą naprawdę trudne dni, ich pomoc może okazać się potrzebna.


Wędrując leśnymi ścieżkami, można zauważyć, że leśnicy już od dwóch tygodni przygotowują się na nadejście wczesnej zimy. Zwożą specjalne beczki z pokarmem dla dzikich zwierząt.




Nie zaskoczy ich więc żadna tego typu sytuacja. Kiedy zajdzie potrzeba dokarmiania zwierząt, paszę będą mieli na podorędziu. Dzięki temu bez najmniejszej zwłoki będą mogli przystąpić do ich dokarmiania i ratowania przed śmiercią głodową.

Wprawdzie zwierzęta leśne posiadają naturalny instynkt, który podpowiada im, jak przetrwać zimę bez ingerencji człowieka, jednak podczas bardzo mroźnych dni, zwłaszcza przy obfitych opadach śniegu, same mogą sobie nie poradzić i cierpieć głód. Człowiek powinien im wtedy pomóc i je dokarmiać.

Leśnicy znają zwierzęta najlepiej i wiedzą, że aby nie wyrządzić im krzywdy, powinno się je dokarmiać mądrze — tylko sporadycznie, w razie potrzeby, kiedy warunki pogodowe utrudniają im dostęp do pokarmu i wody.

Jest wielu prawdziwych przyjaciół zwierząt, którzy bardzo chętnie włączają się w akcje ich dokarmiania. Jednak leśnicy apelują, by nie robić tego na własną rękę. Po pierwsze, aby nie zaszkodzić zwierzętom, karmiąc je nieodpowiednim pokarmem. Po drugie, aby nie narazić się na niebezpieczeństwo.

Należy zawsze pamiętać, że wszystkie zwierzęta leśne są dzikie, a przez to mogą być dla człowieka niebezpieczne. Nie należy więc pomagać im na siłę, lecz zawsze robić to w porozumieniu ze służbami leśnymi i pod ich okiem.

Przy dokarmianiu zwierząt istotne jest także to, aby wiedzieć, co i w jakich ilościach one jedzą. W przeciwnym razie można im naprawdę bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

Należy także pamiętać, że dokarmianie zwierząt powinno odbywać się wyłącznie w okresie zimowym. Gdybyśmy bowiem przyzwyczaili je do całorocznego dokarmiania, chcąc nie chcąc, zmniejszylibyśmy ich samodzielność i osłabili ich instynkt samozachowawczy. Mogłoby to mieć dla nich katastrofalne skutki, ponieważ w razie nagłego pogorszenia się warunków pogodowych zmniejszyłyby się ich szanse na samodzielne zdobycie pokarmu i przetrwanie.

Tu, gdzie mieszkam, leśnicy montują zamaskowane kamery naprzeciwko miejsc dokarmiania, aby móc dokładnie obserwować zwierzęta i oceniać ich potrzeby.


piątek, 25 września 2026

Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXII — Tym razem będzie o tym, jak jeden dzień wakacji może dostarczyć atrakcji za kilka kolejnych. Będzie o roju wściekłych pszczół, panicznej ucieczce do cysterny, kąpieli w rzece, zakazanych jabłkach z sadu księdza i o genialnym spisku Ryśka i Franka, który miał mi dostarczyć jeszcze więcej adrenaliny. Będzie też o tym, jak można wylądować po pas w gnojowniku, a potem uznać, że właściwie… było całkiem zabawnie. No, może dopiero po czasie!


Rzeczywiście, limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca był jeszcze przeze mnie wykorzystany. Przekonałam się o tym za moment, ale też i w nocy.

Idąc brudna i śmierdząca krowimi plackami w stronę rzeki, chciałam jak najszybciej pozbyć się tego wszystkiego ze swojej cielesności. A zwłaszcza chciałam ochłodzić w wodzie swoje sponiewierane emocje.

Tak byłam wściekła na Ryśka, że więcej się do niego nie odezwałam. Zostawiłam go z krowami samego.

Kiedy tak szłam obrażona przez pastwisko, fukając pod nosem na tego czorta za swój wygląd, nagle usłyszałam za sobą przybierające na sile brzęczenie.

Oglądnęłam się natychmiast i na tle błękitnego nieba zobaczyłam ciemną plamę. W momencie przypomniały mi się słowa wujka przy śniadaniu, jak skarżył się na swoje niesforne pszczoły, które całym rojem uciekły z ula i nie wiadomo, gdzie są.

Przeraziłam się okropnie i z kopyta rzuciłam się do ucieczki. Do szaleńczej ucieczki.

Brzęczenie coraz bardziej się wzmagało. Biegłam co sił przez pastwisko, ale już nie w kierunku rzeki, a w kierunku domu. Tak jakbym podświadomie czuła, że jedynie wujek może mnie od tych niebezpiecznych pszczół uratować.

Jak już dobiegałam do końca pastwiska, graniczącego z ogrodem przed domem wujostwa, stwierdziłam ze zgrozą, że rój jest już prawie nad moją głową. Widziałam śmierć w oczach.

No, może tylko w jednym oku, bo drugie ciągle nic nie widziało po użądleniu przez wściekłą pszczołę w czasie śniadania, która bez pardonu wpadła sobie do kuchni przez otwarte okno.

Na szczęście to zdrowe oko zobaczyło coś jeszcze. Otóż zobaczyło ogromną cysternę przy płocie ogrodu. Długo się nie zastanawiałam. Rzuciłam się na nią jak na ostatnią deskę ratunku, podniosłam klapę włazu i wskoczyłam do środka, czym prędzej zamykając za sobą właz.

W momencie poczułam przeogromną ulgę. Niedługo jednak dane mi było się nią rozkoszować, gdyż wnet zrobiło mi się strasznie gorąco. Okazało się, że na dnie cysterny było trochę wody, która od gorących promieni słonecznych okropnie się nagrzała.

Myślałam, że się tam żywcem ugotuję. Nie wiedziałam, co mam robić. Wyleźć na zewnątrz przecież nie mogłam, bo tam też czekała mnie śmierć, tyle że innego rodzaju. To było pewne, wszak brzęczenie pszczół słyszałam jeszcze głośniej, i to z pogłosem. Co świadczyło dobitnie, że te małe krwiożercze potwory siedzą na cysternie.

Byłam załamana. W końcu nie wytrzymałam tego przemożnego skwaru i narastających emocji i zaczęłam walić z całych sił w ścianki cysterny.

Nie wiem, jak długo tak waliłam, ale najważniejsze, że kiedy byłam już u kresu sił, klapa włazu się nagle podniosła i zobaczyłam w nim głowę mojego najukochańszego, najmądrzejszego, najdzielniejszego na świecie wujka... Byłam uratowana!

Później, po całej tej akcji, a właściwie dwóch, chłodziłam swoje emocje i obolałe ciało w zimnym nurcie rzeki Białej.

Wskoczyłam do niej, tak jak stałam, w sukience. I tak była mokra od potu i cysternowego ukropu.




Spokorniały i lekko wystraszony Rysiek długo mnie musiał prosić, żebym wreszcie z wody wylazła. No to w końcu wylazłam, ale dopiero wtedy, jak mnie trzy razy przeprosił.

Niestety, w nocy znów byłam wkurzona na Ryśka i chociaż mu w końcu wybaczyłam, to i tak nie zapomnę mu już nigdy tej nocy u księdza na jabłkach. Zalazł mi za skórę, że ho, ho! W jednym dniu tyle atrakcji?!

Fakt, że to głupie kraść u księdza jabłka, kiedy u wujostwa w sadzie jabłek od groma, ale trzeba mi było tego dnia jeszcze coś mocniejszego przeżyć, by ruszyć rozleniwioną popołudniową pracą w polu adrenalinę.

Po powrocie do domu i kolacji zamarzyły mi się pieczone w ognisku jabłka. A zakazane owoce przecież lepiej smakują. Już nam nasza prarodzicielka Ewa dała tego przykład, co nie?

No dobra, nie będę owijać w bawełnę i przyznam się bez bicia, że to ja namówiłam kuzyna Ryśka na tę akcję z zakazanymi jabłkami w tle. I wszystko byłoby super, gdyby nie idiotyczny wyskok Ryśka i jego kumpla Franka.

Wprawdzie, gdy zapadła noc, wleźli do sadu księdza, a ja stałam na czatach, by w razie niebezpieczeństwa gwizdem dać im znać, ale co z tego, jak Rysiek sam sprowokował niebezpieczeństwo.

Siedząc na jabłoni, zaczął rzucać jabłkami w moim kierunku, a ja, nie mając pojęcia, że to jego robota, pomyślałam, że to ktoś rzuca we mnie kamieniami. Chciałam sprawdzić, kto to i skąd rzuca.

W prawie zupełnych ciemnościach poleciałam w kierunku pobliskiej drogi, by w przydrożnym rowie zaczaić się na delikwenta i w razie potrzeby spłoszyć go, udając warczenie psa.

Niestety, ani jedno, ani drugie nie doszło do skutku, bo nagle zza krzewów wyłoniła się jakaś postać z psem. Wpadłam w panikę, bo pomyślałam, że to z pewnością jest ksiądz.

Niewiele myśląc, padłam na ziemię i, czołgając się, zawróciłam z powrotem pod sad, by jakoś ostrzec chłopaków. Gwizdać przecież nie mogłam.

Kiedy zbliżałam się do celu, zauważyłam nagle, jak chłopcy kawałek dalej przeskakują ogrodzenie i biegną w tym kierunku, akurat tam, gdzie widziałam rzekomego księdza z psem.

Spanikowałam jeszcze bardziej, bo nie wiedziałam, co to ma znaczyć i przed kim oni w ogóle uciekają. Zerwałam się na równe nogi i chyłkiem pobiegłam za nimi.

Niestety, chłopcy, jak gdyby rozpłynęli się w powietrzu, i nigdzie ich nie było już widać.

Gdy już dobiegłam do drogi, zobaczyłam w oddali, na tle wiejskich latarni, iż ta postać z psem idzie dalej w kierunku wsi. Uspokoiłam się nieco, bo to by oznaczało, że to jednak nie był ksiądz.

Przez moment się zastanawiałam, co mam dalej począć. Chłopców ani widu, ani słychu, a ja sama pośród ciemności. Odczekałam jeszcze chwilkę i wreszcie głośnym i przeciągłym gwizdem na czterech palcach dałam wyraz swojej dezaprobacie.

Jakie było moje przerażenie, kiedy nagle usłyszałam przytłumiony krzyk Ryśka:

— Halszka, uciekaj!

Jak piorunem rażona zerwałam się natychmiast do ucieczki. Na łeb, na szyję gnałam przed siebie, nie wiedząc zupełnie, gdzie gnam. A że w gnanie włożyłam całą swoją energię, to też gnałam jak szalona.

Zaczęłam się kierować w stronę pierwszych zabudowań gospodarskich. Myślałam, że tam poczuję się bezpieczniej. I kiedy biegłam już opłotkami i coraz bardziej się uspokajałam, nagle, w pewnym momencie, ziemia uciekła mi spod nóg i… wylądowałam po pas w jakiejś wodzie.

Z przerażenia krew mi się zmroziła w żyłach. Z zimnej wody zapewne też. A gdy po chwili do moich nozdrzy doleciała woń tej wody, myślałam, że jak nic, z obrzydzenia zaraz padnę tam trupem.

Okazało się, że wpadłam do najnormalniejszego w świecie gnojownika. A co gorsza, nie mogłam się z niego wydostać, bo dno było muliste i strasznie śliskie.

Szamotałam się tam jak szalona i już myślałam, że przyjdzie mi tam rzeczywiście pozostać na wieki, kiedy nagle nad głową zobaczyłam dwie postacie.

— Rysiek, Franek, tu jestem! — krzyknęłam przytłumionym głosem.

Ależ mnie uszczęśliwił ich widok. Kiedy mnie chłopcy wyciągnęli z tego cuchnącego gnojownika, zaczęli się nagle tarzać ze śmiechu po ziemi.

Wpadłam w konsternację... Bo jakże to tak, ja tu mało się nie utopiłam w gnojówce, a oni się śmieją? W końcu wydukałam:

— No, teraz można się śmiać, ale było gorąco — i puściłam się biegiem w kierunku rzeki Białej, by zmyć z siebie to śmierdzielstwo... drugie tego dnia.

Chłopcy ze śmiechem ruszyli za mną. Biegnąc za moimi plecami, Rysiek, ciągle rechocząc, wysapał:

— Chciałaś adrenaliny, to ją masz, i to wszystko dzięki nam.

Okazało się, że to Rysiek już wcześniej cichaczem zaaranżował cały ten spektakl i kiedy wlazł wraz z Frankiem do sadu, bez przerwy mieli mnie na oku. A potem razem udali ucieczkę przed „niebezpieczeństwem” i z ukrycia obserwowali moje poczynania.

No nie, trzymajcie mnie, ludziska! Żeby mnie aż tak zrobić w bambuko?! Ależ byłam wściekła na nich, kiedy mi to ubawieni po pachy zakomunikowali.

Pół nocy przesiedziałam w rzece i z wściekłości nie odzywałam się do nich. Ale kiedy mnie w końcu zaczęli przepraszać i przyznawać, że to jednak był rzeczywiście idiotyczny żart z ich strony, moja wściekłość zaczęła mnie powoli opuszczać. Tym bardziej że było mi coraz zimniej.




No a kiedy Rysiek przyniósł mi z domu mój płaszcz kąpielowy i sukienkę, powoli zaczęłam już nawet draniom wybaczać. A o świcie wybaczyłam całkowicie, kiedy siedziałam już na brzegu, otulona moim cieplunim płaszczem, i rzucałam w nurt rzeki wszystkie moje zapaskudzone ciuchy.

Wtedy już też zaczęłam się głośno śmiać, bo w końcu musiałam Ryśkowi przyznać rację. Rzeczywiście, tej nocy adrenalina buzowała mi we krwi jak szalona… A że była też i trochę zbrukana i śmierdząca, to nic! Szkoda mi było jedynie mojego ulubionego dresu płynącego do morza.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat

20. Rok, w którym prawie się poddałam

21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Nawrocki i kult Trumpa... Ale numer!...

Dziś Facebook przypomniał mi ten oto wiersz satyryczny o Nawrockim, który opublikowałam dokładnie rok temu — 25 września 2025 roku.

Aż buchnęłam śmiechem, bo okazało się, że wypisz, wymaluj pasuje również do obecnej sytuacji. Wizyta w ONZ, spotkanie z Trumpem i — o dziwo — znów „fundacja” w tle... No coś takiego!

Jedyne, co się zmieniło, to fakt, że obaj są o rok starsi, a Trump zdążył już „zakończyć” kolejną wojnę — według własnych deklaracji jest ich teraz osiem.

A tak na poważnie — nie mogę wybaczyć Nawrockiemu, że w swoim wystąpieniu podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ nie znalazł ani słowa o walczącej Ukrainie. Ani słowa o kraju, który od lat broni się przed rosyjską agresją.

Dlaczego? Domysły nasuwają się same.

A skoro rzeczywistość tak zgrabnie dopisała ciąg dalszy do ubiegłorocznego wiersza, przypominam go dziś ponownie:



Jesienne suszki, jesienne nastroje...

 



Jesień ma swoje rytuały. Jednym z nich jest pojawienie się suszek — wdzięcznych, fotogenicznych i inspirujących do dalszej twórczości. A skoro są suszki, to wiadomo: jesień już się zaczyna! — wiersz w obrazie.

***
Uwielbiam suszki, są bardzo inspirujące... To jeszcze dwie. 😁