Pogarda zamiast dialogu, polityczna agresja
zamiast odpowiedzialności, radykalizm zamiast rozsądku. Polska
znalazła się na niebezpiecznym kursie, a konsekwencje wieloletniego
antagonizowania społeczeństwa mogą okazać się znacznie
poważniejsze, niż wielu z nas przypuszcza. Tym bardziej że na
politycznym horyzoncie rośnie w siłę skrajna prawica. Czy wybory w
2027 roku staną się momentem, w którym przekroczymy kolejną
niebezpieczną granicę?
Od lat
żyjemy w przestrzeni publicznej skażonej konfliktem. Pogarda,
agresja i nieustanne dzielenie obywateli na „lepszych” i
„gorszych” stały się elementem codziennej debaty. Nie jest to
proces spontaniczny, lecz rezultat długotrwałej polityki opartej na
antagonizowaniu społeczeństwa.
Jarosław
Kaczyński – jedna z najbardziej wpływowych postaci polskiej
polityki ostatnich dekad – odegrał w tym procesie kluczową rolę.
Język, który wprowadził do debaty publicznej, znacząco obniżył
jej standardy. Retoryka oparta na strachu, podejrzliwości i poczuciu
moralnej wyższości stała się narzędziem politycznej mobilizacji,
a nie sposobem budowania wspólnoty.
Szczególnie
widoczny jest rozdźwięk między deklarowanym przywiązaniem do
wartości chrześcijańskich a praktyką polityczną. Religijna
symbolika bywa wykorzystywana jako element politycznej narracji,
podczas gdy jej etyczne przesłanie – odpowiedzialność, empatia i
umiar – pozostaje na dalszym planie. Trudno nie dostrzec tej
sprzeczności.
Istotnym
elementem tej strategii są wydarzenia o charakterze rytualnym, takie
jak miesięcznice smoleńskie. Zamiast sprzyjać refleksji i
pojednaniu, często stają się one narzędziem utrwalania emocji i
pogłębiania podziałów. Polityka pamięci zostaje podporządkowana
bieżącej walce politycznej, a społeczne emocje są konsekwentnie
podsycane.
W tej
sytuacji nie wystarczą już apele o dialog. Potrzebne jest
otrzeźwienie i zrozumienie, że państwo nie może funkcjonować w
warunkach permanentnego konfliktu, że wspólnota nie powstaje na
gruncie podejrzeń i wzajemnych oskarżeń. Dalsze przyzwolenie na
taką formę uprawiania polityki prowadzi bowiem jedynie do erozji
zaufania społecznego i instytucjonalnego.
Coraz
większy niepokój budzi również postawa obecnego lokatora Pałacu
Namiestnikowskiego, którego prezydentura często odbierana jest jako
bierna wobec procesów niszczących debatę publiczną. Co więcej,
sam prezydent namiętnie dolewa oliwy do ognia. Kolejnym tego
przykładem były jego „gościnne” występy w Trybunale
Konstytucyjnym. Zachowywał się tam jak prawdziwy kibol,
jednocześnie domagając się dla siebie szacunku i torowania mu
drogi, wykrzykując do sędziów: „Prezydent idzie!”. Ręce
opadają!
Równolegle
obserwujemy wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych, zwłaszcza
środowisk skupionych wokół Grzegorza Brauna i jego ugrupowania –
Konfederacji Korony Polskiej. To zjawisko, które jeszcze niedawno
wydawało się należeć do politycznego marginesu, dziś staje się
coraz poważniejszym wyzwaniem.
Warto
więc zadać kilka zasadniczych pytań: dokąd zmierza polska debata
publiczna? Kto realnie korzysta na utrzymywaniu trwałego konfliktu?
I czy jako społeczeństwo jesteśmy gotowi ponieść koszty dalszego
brnięcia tą drogą?
A co
stanie się z Polską, jeśli skrajna, niebezpieczna prawica wygra
wybory parlamentarne w 2027 roku? Jakie będą tego konsekwencje dla
demokracji, praworządności i przyszłości naszego kraju?... Aż strach
pomyśleć!