Od kilku lat patrzymy w górę jakby częściej. I częściej widzimy, jak niebo płonie. Rozlewa się czerwienią, purpurą, złotem – jakby ktoś niewidzialną ręką rozpalał nad nami ogromne ognisko. Zjawisko piękne, niemal uroczyste. A jednak w tej urodzie kryje się pytanie: dlaczego teraz tak często?
Do ognistych zachodów Słońca przywykliśmy. Są jak teatralny finał dnia – widowiskowe, ciepłe, oswojone. Lecz wschód w płomieniach to już coś innego. To szept o świcie, który widzą tylko nieliczni. Niebo budzi się wcześniej niż my i zanim otworzymy oczy, zdąży już zapłonąć.
Skąd ta czerwień o poranku? Można powiedzieć – z kaprysu Matki Natury, która lubi malować świat szerokim pędzlem. Lecz za poezją kryje się fizyka: wilgoć, pyły, zawieszone w powietrzu drobiny, przez które przebijają się jedynie czerwone fale światła. Naukowe wyjaśnienie brzmi spokojnie. A jednak słowo „pyły” niepokoi.
Dawne przysłowia mówiły, że czerwone niebo o świcie zwiastuje zmianę pogody – wiatr, deszcz, nagłe ochłodzenie. Sprawdziłam prognozy. I rzeczywiście – nadchodzą wiatry, opady, szarość.
Ale czy chodzi tylko o pogodę? Bo kiedy patrzę na ten ogień nad horyzontem, myślę o czymś więcej. O świecie, który płonie naprawdę. O wojnach, których dym wznosi się ku temu samemu niebu. O powietrzu, które niesie w sobie nie tylko wilgoć i kurz, lecz także ślady ludzkiej destrukcji – jakby ktoś rozsypał w nim niemal całą tablicę Mendelejewa.
Może więc niebo niczego nie przepowiada. Może tylko odbija to, co dzieje się na ziemi. A my – zachwyceni barwą – próbujemy nie dostrzegać cienia, który kryje się w tej czerwieni... I tylko świt, cichy świadek wszystkiego, płonie dalej... i zadziwia nas i pewnie też zwierzęta.
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💗 Halszka





