sobota, 13 czerwca 2026

Czarna owca i kolonie grozy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XIVTym razem będzie o czarnej owcy u progu Pana i o świętości, która jakoś nie chciała się przykleić. O kolonii, która zamiast wakacji okazała się horrorem, o dziewczynach, które potrafią być okrutne, i o dorosłych, którym nie zawsze można wierzyć. Będzie też o ucieczce na dworzec, wielkiej rozpaczy i jeszcze większym buncie… A na końcu — o miejscu, gdzie wreszcie można było odetchnąć i być sobą.


(zdjęcie — znów nieudane. Hihi… ale wiadomo, to tatuś — fotograficzny antytalent — je zrobił. Czekam wytrwale, aż mu się znudzi grać rolę kronikarza rodzinnego i wreszcie ФЭД-2 mi przekaże, jak wcześniej obiecał, w moje wyłączne władanie)


A oto już moje bierzmowanie. Fajnie wyglądam, nie? Hihi, jak czarna owca u progu Pana. Ale tak chciałam wystąpić, bo bardzo lubię ten mundurek marynarski, który mi mamusia uszyła… i nie było zmiłuj! Zresztą mojej sukni z komunii już i tak nie miałam. Mamusia podarowała ją — za moją zgodą — kuzynce Cesi, która miała komunię miesiąc temu.

Na początku to nawet trochę głupio się czułam, że tak inaczej wyglądam niż reszta dziewczyn, bo wielu rozmodlonych wierzących” jakoś tak dziwnie na mnie patrzyło, ale w końcu uznałam, że to i dobrze. Wszak nie jestem taka sama jak wszystkie owieczki… to jest, dziewczyny. Wręcz przeciwnie. Jestem Halinek-Mintek, który jako dziewczyna urodził się na Haliny. No! Jestem więc inna, czy nie? No jestem!


No i co? Prawda, że piękny jest mój mundurek marynarski? Tylko ja taki mam i jestem z niego bardzo dumna.


A na bierzmowaniu dałam sobie na imię Barbara, tak, by choć trochę jakaś świętość na mnie spłynęła — od świętej Barbary. Bo jak się okazało, na drugie imię mam Danuta, a przecież świętej Danuty też nie ma.

Nie pojmuję, dlaczego mnie rodzice tak świecko nazwali. Ze złości, że się chłopczykiem nie urodziłam, czy co?

Bo chociażby Terenia — ta to już aż promienieje świętością, gdyż nazywa się Teresa, Anna, Maria. Ale kiedy pomyślę o Lodzi, to się uspokajam, ponieważ ona, podobnie jak ja — mało święta. Nazywa się Leokadia, Karolina, Bernadeta… Ufff! Ma nawet gorzej niż ja.

No ale to wszystko można było jakoś znieść. Gorsze rzeczy musiałam przeżyć na kolonii dzieci cukrowników w Żmigrodzie koło Wrocławia, gdzie mnie rodzice po raz pierwszy wysłali razem z Terenią.

Na początku to nawet się cieszyłam, ale kiedy już byłam na kolonii, to niestety od razu przestało mi się tam podobać.

Dzieci były okropne, a kierowniczka kolonii, pani Klara, nie pozwoliła mi być z Terenią w tej samej grupie, chociaż to tatusiowi obiecała. Wiem, bo byłam przy tym. A była to tatusia znajoma z pracy.

Dała mnie do młodszej grupy, w której wychowawczynią była pani Krysia. Ona była strasznie gruba i miała też strasznie gruby warkocz, aż do samej pupy.

Nie polubiłam jej, gdyż ciągle wrzeszczała na dzieci i wszystkiego zabraniała. Chciałam natychmiast wracać do domu. Pisałam codziennie rozpaczliwe listy do mamusi. Wreszcie się rozchorowałam. Chociaż nie bardzo wiem, na co.

Fakt faktem, że nie miałam siły wstać z łóżka i ciągle zbierało mi się na wymioty. Pani Krysia oddała mnie do izolatki. W izolatce leżała już Urszula — moja starsza koleżanka z tej samej ulicy.

Znałam ją dobrze, ale jakoś przy niej w izolatce wcale się lepiej nie poczułam. Dlaczego? Ano dlatego, że Urszula, leżąc na łóżku, robiła sobie naszyjnik… z much.

Akurat jak weszłam do izolatki, ona nanizywała na igłę z nitką wcześniej już złapane muchy. Widok był okropny, bo ten jej niby naszyjnik cały się ruszał, gdyż niektóre muchy jeszcze żyły. Znów mnie wzięło na wymioty. A Urszula tylko się śmiała.

Pod wieczór kierowniczka Klara, widząc, że izolatka w ogóle mi nie pomogła, wspaniałomyślnie pozwoliła mi spać z Terenią w jej sali starszaków. Ucieszyłam się, bo jakoś lepiej się czułam przy Tereni. Jak nigdy dotąd.

Ale w końcu i przy niej nie zaznałam ulgi, bo niektóre dziewczyny z jej grupy ciągle się ze mnie naśmiewały i w nocy straszyły duchami. Terenia krzyczała na nie, ale one jej nie słuchały.

Kiedy późno w nocy wreszcie przestały mnie straszyć, bo usnęły zmęczone, ja mogłam też usnąć. Niestety, kiedy się rano obudziłam, znów zwymiotowałam. Bo gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam przy łóżku olbrzymi słój wypełniony małżami. Niektóre małże akurat wyłaziły z muszli. Okropne obrzydzenie wtedy poczułam i siłą rzeczy musiałam puścić pawia.

Dziewczyny znów miały ubaw. One specjalnie ten słój koło mnie postawiły. Słyszały, że ja się brzydzę małż, a że dzień wcześniej były z grupą nad rzeką Barycz, nazbierały tego świństwa pełno, aby mi potem je wetknąć pod nos i czekać na reakcję. Okropne były te dziewczyny z grupy Tereni.

Po tygodniu na kolonię przyjechała pani Grochowska, nasza sąsiadka, a Baśki mama. Zdziwiona byłam, bo Baśki na kolonii ze mną nie było.

Potem się okazało, że to mamusia ją do mnie wysłała, gdyż po przeczytaniu moich rozpaczliwych listów martwiła się o mnie. Sama nie mogła, bo Wojtuś był jeszcze malutki.

Na widok pani Grochowskiej poczułam się od razu lepiej. Uczepiłam się jej i natychmiast chciałam wracać z nią do domu. Na początku ona mi obiecywała, że tak będzie, ale na drugi dzień rano powiedziała, że ja jednak muszę zostać na kolonii do końca, bo tak będzie lepiej dla mnie.

Rozpłakałam się okropnie i, czepiając się jej spódnicy, na siłę chciałam iść z nią na dworzec.

Wtedy między nas wkroczyła pani Klara i powiedziała, że jeżeli się uspokoję i zostanę, to ona przeniesie mnie za to do grupy Tereni i pozwoli mi jechać z nią do wrocławskiego ZOO, bo akurat jej grupa się ustawiała do wyjazdu. Moja grupa była dzień wcześniej, ale ja nie byłam z nimi, bo byłam w izolatce.

Po jakimś czasie uspokoiłam się i zgodziłam — z bólem serca — pozostać na kolonii.

Kiedy pani Grochowska już poszła na dworzec, ja stanęłam obok Tereni i chwyciłam ją mocno za rękę. Byłam pewna, że będzie tak, jak kierowniczka mówiła.

Niestety, moje nadzieje wnet okazały się płonne, gdyż pani Klara po chwili podeszła do mnie i powiedziała, że nie mogę jechać, gdyż zabrakło biletów do ZOO.

Myślałam, że mi się zaraz coś stanie z rozpaczy. Bardzo szybko moja rozpacz zamieniła się jednak w bezgraniczną wściekłość. Nazwałam panią Klarę wstrętną oszustką i z krzykiem puściłam się biegiem na dworzec za panią Grochowską.

Nikt nie mógł mnie dogonić, a moja pani, pani Krysia, to już w ogóle. No ale pani Grochowskiej już na dworcu niestety nie było widać. Do dziś nie wiem, czy pociąg już odjechał, czy się przede mną schowała.

Musiałam wrócić na kolonię. Pani Krysia złapała mnie za rękę i nie chciała puścić. Puściła dopiero wtedy, kiedy grupa Tereni odjechała do Wrocławia. Ale wtedy zaś nie odstępowała mnie ani na krok. Czułam się osaczona.

A ona nagle do mnie mówi:

— „Zaśpiewaj nam jakąś piosenkę. Słyszałam, że umiesz ładnie śpiewać”.

A ja jej na to ze łzami w oczach:

— „Mnie się żyć nie chce, a co dopiero śpiewać” — i łzy pociekły mi ciurkiem.

Pani Krysia wtedy głośno zawołała:

— „Hej, dziewczynki, widzicie, jaka z niej beksa?!” — i zaczęła śpiewać:
— „Beksa lala pojechała do szpitala…!” — a za nią wszystkie dziewczynki…

Tak że te kolonie w Żmigrodzie — to był dla mnie istny horror. Nie mam nawet żadnego z nich zdjęcia. Ale to i dobrze, bo przypominałyby mi o tym strasznym czasie.

Po powrocie do domu poprzysięgłam sobie, że już nigdy na żadne kolonie nie dam się wysłać.

Całe podwórko mi współczuło, wszyscy sąsiedzi. Okazało się, że mamusia na podwórku czytała moje rozpaczliwe listy. Pan Tabisz, najstarszy z sąsiadów, miał wtedy ponoć powiedzieć:

— „Zobaczycie, że z naszej Halinki będzie kiedyś pisarka”.

Nie wiem, czemu nie nadawałam się na kolonie. Może dlatego, że nie chodziłam do przedszkola?

Chociaż nie — gdy miałam pięć lat, chodziłam. Ale tylko trzy dni. Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, kiedy mamusia kupiła mi taką malutką, z grubej tektury, torebkę na długim pasku. Taką specjalną, jaką wszystkie przedszkolaki wtedy nosiły. A że Terenia chodziła już do przedszkola, więc ja też z radością poszłam.

Torebka bardzo mi się podobała. Jednak przedszkole już mniej. A po pierwszym dniu — wcale.

Pamiętam teatrzyk, jaki pani przedszkolanka z kasztanowych ludzików nam urządziła. Był okropny i dużo w nim było przemocy. Zbuntowałam się i z rykiem oświadczyłam, że do przedszkola chodzić nie będę. Że z niego ucieknę do lasu i zostanę tam na zawsze.

Mamusia jednak jeszcze raz, trzeci raz, zaprowadziła mnie do przedszkola, a właściwie zaciągnęła tam na siłę. Ale kiedy tylko poszła do domu, uciekłam przez dziurę w płocie i cały dzień przesiedziałam w parku w piaskownicy. No to od tej pory już mnie mamusia więcej nie prowadziła.

Od kiedy pamiętam, nie mogłam znieść bezczelności, chamstwa i głupoty. A że w większości są to cechy dzieci, to chyba dlatego źle się czułam w ich dużym towarzystwie.

Nie znosiłam też niezrozumiałych, głupich nakazów i zakazów dorosłych. Zawsze próbowałam im się przeciwstawić. A i zbuntować się potrafiłam niekiedy, że ho, ho!

To może właśnie też i przez to nie nadawałam się do żadnego typu dużych zbiorowisk ludzkich.

Jak sięgnę pamięcią, zawsze byłam indywidualistką i tylko wśród swoich czułam się dobrze.

Po tej nieszczęsnej kolonii tatuś zawiózł mnie w moje ukochane miejsce na Ziemi — do Krosnowic koło Kłodzka. Do cioci Rózi i kuzynów: Ryśka i Zbyszka. No, tam to się zawsze czułam wspaniale. Wieś, góry, lasy, rzeka — a właściwie dwie rzeki, bo i Biała Lądecka, i Nysa. Tam zawsze miałam cudowne wakacje.

I kiedy jechałam do Krosnowic cukrowniczą Warszawą — bo tatuś przy okazji jechał też służbowo do cukrowni w Jaworze — z nami w delegację jechał też pan magister Hermanowicz. I on w czasie naszej podróży, która trwała ponad pięć godzin, cały czas ze mną rozmawiał i wypytywał o różne rzeczy.

Zrobił mi też taki mały test z wiedzy o roślinach uprawnych. Wskazywał na pola, które mijaliśmy samochodem, i pytał mnie, co na nich rośnie.

Pan Hermanowicz był mną zachwycony, bo wszystkie rośliny odgadywałam bezbłędnie.

A ja byłam zachwycona panem Hermanowiczem, bo mało kto poświęcał mi tyle uwagi.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


To minie — nawet jeśli dziś w to nie wierzysz...

 


Kiedy wszystko gaśnie, zanim znów zaświeci światło — po prostu żyj. To minie — nawet jeśli dziś w to nie wierzysz. Świat się jeszcze nie kończy. Tam, gdzie kończy się siła, zaczyna się nadzieja. Na przekór temu, co boli — tekst w obrazie. 


piątek, 12 czerwca 2026

Wróżba białego obłoku...

 


Pod znakiem obłoku... Czy to biała przepowiednia, dwojaka wróżba, a może dwie drogi twoich myśli? — wiersz w obrazie.


Sagrada Familia w Barcelonie — arcydzieło, które wciąż powstaje

144 lata budowy i końca wciąż nie widać. Sagrada Familia to jeden z najbardziej niezwykłych projektów w historii świata — świątynia, która od pokoleń powstaje na oczach ludzi. Dlaczego właśnie ona budzi tak ogromne emocje?


W ostatnich dniach znów zrobiło się głośno (choć może nie wszędzie) o Bazylice Sagrada Familia w Barcelonie. I trudno się dziwić — ta niezwykła świątynia od ponad 144 lat pozostaje jednym z najbardziej fascynujących placów budowy na świecie.

Przy okazji medialnego szumu wróciło też moje własne wspomnienie sprzed lat, gdy miałam okazję zobaczyć ją na własne oczy, podczas podróży po Hiszpanii.

Pierwsze wrażenie? Przytłaczające — w najlepszym znaczeniu tego słowa. Sagrada Familia sprawia wrażenie gigantycznej „Biblii wyrytej w kamieniu”. To nie jest tylko budowla — to opowieść. Każdy detal, od strzelistych wież i bogato zdobionych fasad po organiczną geometrię wnętrza, zdaje się czerpać inspirację wprost z natury. Gaudí nie tyle projektował — on „hodował” architekturę, pozwalając jej wyrastać z tych samych zasad, które rządzą światem przyrody.


(Niestety, nie mam lepszego zdjęcia — dookoła stało wysokie ogrodzenie — wiadomo, plac budowy)


Tym razem powodem zainteresowania była wizyta papieża Leona XIV, który 10 czerwca 2026 roku, w drugim dniu pobytu w Barcelonie, odprawił mszę właśnie w Sagradzie Familii.

Data nie była przypadkowa — liturgia odbyła się dokładnie w setną rocznicę śmierci Antoniego Gaudíego, twórcy tej niezwykłej świątyni.

Gaudí, kataloński architekt i jeden z najwybitniejszych przedstawicieli secesji, przez lata konsekwentnie realizował swoją wizję, nie oglądając się na konwencje epoki.

Zmarł tragicznie 10 czerwca 1926 roku, kilka dni po tym, jak został potrącony przez tramwaj w Barcelonie. Pozostawił po sobie dzieło niedokończone — ale być może właśnie w tym tkwi jego wyjątkowość.

Od 1992 roku trwa proces beatyfikacyjny Gaudíego. Zgromadzono liczne świadectwa jego głębokiej wiary i duchowości — nie bez powodu zaczęto nazywać go „Bożym Architektem”. A jednak proces ten wciąż pozostaje otwarty.

Dlaczego tak długo? Czy to kwestia kościelnych procedur, czy może — przewrotnie — echo hiszpańskiego „hasta mañana”? A może po prostu wszystko, co związane z Gaudím, musi dojrzewać w swoim własnym tempie — tak jak jego największe dzieło, które od ponad wieku wciąż powstaje.


czwartek, 11 czerwca 2026

Polskie być albo nie być...

 


Od wielu lat patrzę na Polskę z zagranicy. Z dystansu widać czasem więcej, a na pewno inaczej. I właśnie ten dystans sprawia, że to, co dziś dzieje się w polskiej polityce, nie wygląda dla mnie jak zwykły spór czy kolejna wyborcza przepychanka. Coraz bardziej przypomina proces, który może mieć swój punkt graniczny. Mam wrażenie, że rok 2027 może być właśnie tym momentem... I to nie będą zwykłe wybory. To będzie wybór ustroju — tekst w obrazie.


To, co nazywasz ładem, jest jedynie oswojonym chaosem…




Zgoda uspokaja sumienie, chaos je rozdziera. A ty i tak musisz wybrać, w czym chcesz żyć — tekst w obrazie.


środa, 10 czerwca 2026

Wystąpienie Premiera Donalda Tuska — z dedykacją



Brawo, Panie Premierze! Polska jest Panu wdzięczna. Jest Pan mądrym politykiem, prawdziwym patriotą i — przede wszystkim — człowiekiem z klasą.

To wystąpienie dedykuję tym, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, a najmniej mają z nim wspólnego — pisowcom i konfederatom. Pseudopatriotom i pseudokatolikom, którzy pod hasłami wartości szerzą jedynie podziały i nienawiść. Może w końcu coś do nich dotrze.


Proszę klinkąć w link:

Wystąpienie Premiera Donalda Tuska