Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XV
— Tym razem będzie o tym, że braciszek
zawdzięcza życie właśnie mnie — i proszę tego nie podważać.
O lataniu na linie dzwonu, które dla niektórych jest
„niebezpieczne”, a dla mnie — zwyczajnie świetne. O księdzu
proboszczu, który niby groził, a jednak jakoś specjalnie się nie
odważył. Będzie też o harcerstwie, w którym wszyscy wyglądają
poważnie, nawet jeśli wcale tacy nie są. No i o Dziadzie Mrozie,
który okazał się zwykłym Zbyszkiem z podwórka — czyli o
największym rozczarowaniu sezonu. A na koniec o tym, że człowiek
niby jeszcze dziecko… a już coraz trudniej dać się nabrać.
Proszę
bardzo, patrzcie, patrzcie — mój kochany braciszek Wojtuś ma już
roczek. A ja, jego najlepsza niania, przyniosłam go z kościoła do
domu. Ciężki już jest bardzo, ale co tam — daję radę, wszak
silna jestem jak… tur.
Niech
Wojtuś wie, że go kocham. On na pewno też mnie kocha, bo wie, że
to dzięki mnie jest na świecie. Dlaczego dzięki mnie? No jak to?
Przecież to jasne. Bo gdybym ja się jednak chłopcem urodziła, to
rodzice już by się o niego nie starali. Jasne, nie?
Często
bawię się z Wojtusiem. Szczęśliwy Halinek-Mintek dzisiaj przebrał
go za lalę, a lalę Mintka za dziecko. Fajnie wyglądamy, nie?
Wprawdzie
zdjęcie jest mało wyraźne — nie będę już nawet wspominać,
kto je zrobił — ale coś tam jednak widać. Szkoda, że tylko
tyle, bo chciałam się pochwalić swoimi zębami. Ponoć mam bardzo
ładne. Podsłuchałam, jak pani Siódmakowa, koleżanka mamusi,
mówiła to dzisiaj do niej.
Cholewcia,
aż żal, że w lepszym wydaniu nie zostały uwiecznione. Bo też nie
wiadomo, jak długo jeszcze je będę miała.
Skąd mi
takie myśli przychodzą do głowy? Ano stąd, że ostatnio nasz
ksiądz proboszcz powiedział mi, że jak dalej będę tak szaleć,
to niebawem je stracę.
No,
naprawdę tak powiedział. A tylko dlatego, że przyłapał mnie, jak
wylatywałam na linie dzwonu przez otwór okienny na wieży
dzwonnicy.
O rany,
ale byłam wkurzona na niego. Raz, że mnie przyłapał, a drugi raz,
że miał takie mniemanie o mnie.
Co on
sobie myśli — że z melepetą ma do czynienia? Co to dla mnie
takie tam fruwanie na wysokościach. Przecież na drzewach i dachach
jestem wyćwiczona.
Jednak po
zastanowieniu musiałam proboszczowi wybaczyć i jedno, i drugie, bo
też szczerze przyznać musiałam, że i tak potraktował mnie
ulgowo.
Raz —
że mnie, jako jedynej dziewczynie, pozwolił wraz z chłopakami co
godzinę wdrapywać się na wieżę kościelną i bić w dzwony na
cześć zmarłego papieża Jana XXIII (zm. 3.06.1963 roku), a drugi
raz — że oprócz tej przestrogi, że stracę zęby, ani na mnie
nie nakrzyczał, ani „ściętaka” w moją szlachetną główkę
nie wymierzył.
Chłopcom
natomiast za to samo oberwało się, że ho, ho! Zbeształ ich jak
święty Michał diabła i po parę solidnych „ściętaków”
wykonał na ich głowach. Aż świstało.
Trudno mi
pojąć, dlaczego mnie tak ulgowo potraktował. Ale coś mi się tak
wydaje — bo tyle to już pomiarkowałam — iż nasz wielebny
ksiądz proboszcz ma respekt przed osobami zajmującymi jakieś tam
wyższe pozycje w naszej małomiasteczkowej społeczności. No i nie
cykor? Cykor jak nic!
Ale za to
ja i chłopaki cykorami nie byliśmy, bo gdy tylko proboszcz się
oddalił, znów zrobiliśmy sobie zawody, kto bardziej się na linie
największego dzwonu rozhuśta i dalej wyleci przez otwór okienny —
raz z jednej strony dzwonnicy, raz z drugiej.
Mnie się
wprawdzie nie udało tak mocno rozhuśtać jak Frankowi, ale
najgorsza też nie byłam. Ależ to była frajda — tak fruwać na
wysokościach! Całe miasto było widać, i to z każdej strony.
No ale
przy okazji tego naszego fruwania wszystkie trzy dzwony waliły jak
oszalałe. Bo gdy jedno z nas fruwało na linie największego dzwonu,
wprawiając w ruch jego serce, oczekujący na swoją kolejkę nerwowo
kołysali sercami dwóch mniejszych dzwonów.
Tak że
papież Jan XXIII gdzieś tam na wysokościach na pewno był z nas
zadowolony. A my dopiero!…
A jeśli
chodzi o moje zęby, to ksiądz proboszcz nie miał racji. Te same
mam do dziś.
Muszę
się jeszcze pochwalić, jaką wzorową harcerką byłam. Proszę
bardzo: poczet sztandarowy — wystąp! No co, harcerka ze mnie jak
się patrzy, nie?
Mam już
ponad dwanaście lat, jestem w V klasie i na mojej lewej (przyszłej)
piersi pyszni się brązowy sznur… A może to ja się bardziej
pysznię? Nieważne. Tak czy siak — jestem harcerką jak się
patrzy!
Ojej,
powtarzam się. No dobrze, to mówię już o tej ważnej okazji, w
której mogę się zaprezentować w pełnej harcerskiej krasie.
Otóż
jest to uroczystość nadania sztandaru naszemu ZHP — ufundowanego
przez zakłady pracy w naszym mieście.
Stoję
sobie w poczcie sztandarowym razem z Martinem i Bogusią, a z tyłu
przypatruje nam się wielu ważnych panów z tych różnych zakładów
pracy. Chwała im za to… A zwłaszcza za to, że możemy sobie tak
postać w pełnym rynsztunku i w pełnej gali.
A niech
nas podziwiają i na nas się napatrzą. Wszak harcerze z nas jak się
patrzy…
Że co? Że
już to mówiłam? Aha! No dobra, to niech będzie: „jak z
obrazka”.
Zastanawia
mnie tylko, dlaczego nikt z nas — kompletnie nikt — się nie
uśmiecha. Dlaczego wszyscy mamy takie wyraźnie smętne miny. Powaga
chwili czy może jednak coś innego?
Ale to
nic! Sama siebie podziwiam na zdjęciu i napatrzeć się nie mogę.
Bo też wiele miesięcy minie od tego zdjęcia i — nie wiedzieć
czemu — nikt mnie w międzyczasie nie uwiecznił na żadnym
zdjęciu. Szkoda.
Kiedy
piękny czas wakacji i lata minął i nastała zima, pod koniec
grudnia znów dzieciaki powędrowały do miejskiej świetlicy celem
odebrania tego, co im się należało — jak co roku zresztą —
czyli „przydziałowej” paczki ze słodyczami.
Zaraz,
ale co to za Dziad Mróz w tym roku, ja się pytam? Najgorsze jego —
jak do tej pory — wydanie. Małe to jakieś i takie niepozorne.
Byłam zawiedziona.
A jak już
mnie i Terenię wywołano na scenę (Lodzię nie, bo była już za
duża na paczki), to myślałam, że padnę trupem na widok tego
Dziada Mroza z bliska.
Toż to
istna paranoja! No nie, przecież to Zbyszek Piasecki w przebraniu —
mój dwa lata starszy kolega! I to jeszcze z rózgami w ręku. Taki
obciach! Organizatorzy tego „spektaklu” tym razem w ogóle się
nie postarali.
Ale niech
tam — ważne, że jest paczka i zdjęcie z tej całej komedii. A
może już jesteśmy za duże, aby tak bezkrytycznie podchodzić do
Dziada Mroza? Być może.
Postanowiłam,
że po raz ostatni osobiście zjawiam się po odbiór paczki, chociaż
powinnam jeszcze dwa razy, gdyż przysługują dzieciom do
czternastego roku życia.
Nie, nie
podaruję ich nikomu. Tatuś sam może je odebrać w pracy. Bo ja
akurat w tych dniach „będę” chora.
Wracając
z paczką na miejsce, wyszeptałam Tereni o swoim postanowieniu, a
ona — o dziwo — się z nim zgodziła i powiedziała, że po
odbiór tej ostatniej (bo będzie miała już czternaście lat) też
już nie przyjdzie, bo czuje się za duża.
Trudno
się z nią nie zgodzić, że „za duża”, bo popatrzcie sami —
nawet jej płaszcz świadczy o tym, że tak jest… A może w praniu
się tak skurczył?

Na
zdjęciu widać wyraźnie, że z tego wstrząsu — na widok Dziada
Mroza — jakowaś pomroczność jasna na mnie spłynęła.
Dobrze,
że chociaż ruszać się mogłam normalnie. Czułam nawet, że
jakbym więcej energii dostała i niczym z turbo doładowaniem
szybkim krokiem oddaliłam się ze sceny.
Mało
swoich okropnych śniegowców — z komunistycznego przydziału —
nie zgubiłam.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.