Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część X — Tym
razem będzie o pierwszej prawdziwej lali i o tym, że nawet
chłopczur może ją mieć. O pięknych piosenkach, przy których
aż kręcą się łzy. O Muńce, której już z nami nie ma — i
o telewizorze, który pojawił się zamiast niej. O gościach, którzy
hurmem przychodzili oglądać cud techniki. I o tym, że czasem
trudno zdecydować, czy bardziej się cieszyć, czy bardziej tęsknić…
Bo życie — jak zwykle — potrafi wszystko pomieszać.
A to ja,
Hala, i moja pierwsza prawdziwa lala. Celowo nazwałam siebie Halą,
żeby nie było, że chłopczur Mintek bawi się lalkami. Mintkiem
nazwałam za to swoją lalę.
Tak dla sprawiedliwości i na cześć
tatusia, skoro nazywa mnie zawsze Halintkiem-Mintkiem albo po prostu
Mintkiem.
Wiadomo —
nie może odżałować, że urodziłam się dziewczynką. Ale ja też
swoim zachowaniem solidnie na to miano pracuję.
Mówię
serio, bo jakoś dziwnie bardziej pociągają mnie chłopięce
zabawy. Dziewczęce są jakieś takie nijakie i zbyt tchórzliwe jak
dla mnie…
No i co z
tego, że niby chłopczurem jestem i mam prawie dziesięć lat, a z
taką ogromną lalą paraduję? I że co jeszcze? Aha — że w
Świętego Mikołaja przestałam wierzyć?
Wielkie rzeczy!
Ważne, że ten święty (na niby) ostatniego swojego święta
łaskawie mi tę lalę przyniósł. Wcześniej takich nie było w
żadnym sklepie.
A że
dziś bardzo ważny dzień w naszej rodzince, to też popozuję sobie
z lalą Mintkiem do zdjęć. No! Nikt mi nie zabroni… Niechby
spróbował!
O właśnie
— to ten ważny dzień. Moi rodzice obchodzą piętnastolecie
pożycia małżeńskiego. Jakieś tam gody… Zapomniałam jakie.
E tam,
ważne, że gości od groma, można się pobawić i najeść różnych
smakołyków. Mamusia już o to zadbała.
A i
pięknych, sentymentalnych piosenek można posłuchać. Bo wujek
Staszek, brat mamusi, na każdym przyjęciu zawsze śpiewa.
A kiedy
do jego śpiewu dołącza jeszcze mamusi koleżanka z harcerstwa,
pani Irena, i śpiewają na dwa głosy — czuję się jak w siódmym
niebie.
Tak
cudownie brzmi ich śpiew. Uwielbiam ich słuchać. Jak tylko
zaczynają, od razu odchodzę nawet od najfajniejszych zabaw, siadam
przy nich w pokoju stołowym i nastawiam uszu.
Najczęściej
śpiewają piosenki o miłości. Piękne, tkliwe — aż do płaczu.
A czasem też o wojnie.
No to
wtedy prawie zawsze łzy kręcą mi się w oczach. A czasami kręcą
się tak bardzo, że same wypływają na policzki.
Nie
jestem beksą — a gdzie tam! — ale te piosenki są takie smutne.
A w wykonaniu wujka brzmią jeszcze smutniej… Tak bardzo mi go żal.
Kiedyś
podsłuchałam rozmowę starszych i wiem, że wujek w Powstaniu
Warszawskim został ciężko ranny i przez dwadzieścia dwa dni leżał
pod Mostem Poniatowskiego, czekając na pomoc.
Niedawno,
przed swoim świętem, mamusia z tatusiem kupili nowe meble do pokoju
stołowego. Wtedy też się popłakałam. Nie z powodu mebli —
zupełnie z innego.
Wiedziałam,
skąd wzięli na nie pieniądze. Cholewcia… sprzedali jedyne nasze
zwierzę — naszą Munię! Jakby nigdy nic. Tatuś zapędził ją na
spęd.
A tyle
przecież dawała nam mleka i mamusia zawsze mówiła, że Munia to
nasza mamka. A teraz już jej nie ma. Zostało tylko drewniane,
bezduszne wspomnienie po niej.
Ile żeśmy
się napłakały razem z mamusią, siedząc na parapecie w kuchni i
patrząc, jak tatuś pod oknem pędzi naszą kochaną Munię w jej
ostatnią drogę…
Mamusia,
choć płakała razem z nami, tłumaczyła przez łzy, że tak trzeba
— że Munia jest już stara, a my wystarczająco duże, żeby pić
mleko ze sklepu… I takie tam rzeczy. Ale ja wiedziałam swoje —
żal mi było Muńki. I już!
Ale kiedy
tatuś do tych nieszczęsnych, meblowych wspomnień po Muni dokupił
jeszcze telewizor — pierwszy na całej naszej ulicy i, jak mówił,
czwarty w naszym miasteczku — to jakoś szybko o niej zapomniałam.
Czasami
tylko mi się przypominała, kiedy w pokoju stołowym połowa ulicy
siedziała, gdzie popadło, i przejść się nie dało.
Dlaczego?
No jak to dlaczego?! Przecież nikt u nas takiego cudu techniki
jeszcze nie widział, więc wszystkie gapie — przepraszam,
telewidzowie — ciurkiem wieczorami u nas przesiadywali. Spokoju nie
było. Kurka flinta… biedna Muńka!
Dobrze,
że tym razem mamusia i tatuś stoją do zdjęcia — zasłonili sobą
tę część moich, a zapewne i swoich wyrzutów sumienia. Innych
części na szczęście nie widać.
To chyba
po tej „wodzie rozmownej” rozjaśniło im się w głowach i
zaczęli myśleć rozsądniej. No i w rezultacie uznali, że wyrzutów
sumienia lepiej nie uwieczniać na kliszy fotograficznej.
Po chwili
zrobiło się weselej w pokoju stołowym. I dobrze, bo co rusz
przypominała mi się nasza Muńka.
Ale kiedy
mamusia przykryła telewizor własnoręcznie wyhaftowaną serwetą,
żeby ktoś go nie uszkodził, na chwilę o niej zapomniałam.
O, jak
fajnie — wujek Staszek i pani Irena znów śpiewają na głosy. No
proszę, i mamusia do nich dołączyła. Posłucham ich sobie… może
już o Muńce zapomnę. Biedny telewizor… ojej, chciałam
powiedzieć: Muńka.
Kiedy
tylko zrobiło się ciepło, znów ciągnęło nas do parku. Był
niedaleko domu, na naszej ulicy, więc gdy znudziło się podwórko i
ogród, szliśmy właśnie tam.
W
niedziele często odwiedzali nas przyjaciele rodziców — pani Irena
z mężem i dziećmi — i po obiedzie wszyscy razem szliśmy do
parku.
Powiedziałam:
„z dziećmi”? Dokładniej będzie: z trzema córkami — Urszulą,
Anią i Kasią.
Hihi! Oni
też mają trzy dziurawce, ale nie słyszałam, żeby tak o sobie
mówiły… Może są jeszcze za małe i nie wiedzą, w czym rzecz.
Chyba
polubiłam te maluchy, bo teraz i Kasia trzyma mnie mocno za rękę…
Że co? Czy to znaczy, że chciałabym jeszcze mieć braciszka albo
siostrzyczkę?
O rany! Nie wiem! Przecież tyle lat byłam
najmłodszym dzieckiem, że teraz naprawdę nie wiem, czy to w ogóle
możliwe. Że co? Że jest? Nie wierzę!
W końcu
uwierzyłam — zostałam do tego brutalnie zmuszona. Przez kogo?
Przez moją kochaną siostrzyczkę Lodzię. Bo Lodzia to już taka
panienka i zna się na rzeczy… I na potwierdzenie swoich słów
wyciągnęła ukryte przez mamusię, gdzieś z tyłu komody, ciuszki
dla niemowlaka.
Myślałam,
że padnę na tę komodę (spadek po Muni) jak długa. No ale co było
robić — uwierzyć w końcu musiałam. Tym bardziej że brzuszek
mamusi był już wyraźnie widoczny.
W końcu
mamusia sama powiedziała nam prawdę. Wcześniej wygadała się przy
nas, mówiąc do cioci Józi, że jedziemy do Zbaraża odwiedzić
rodziców tatusia, bo od przyszłego roku, kiedy dziecko się urodzi,
długo nie będzie to możliwe.
No i masz
ci babo placek! Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy nie. W końcu
zaczęłam się jednak cieszyć.
Ale na
wszelki wypadek wyszeptałam mamusi do ucha, żeby bardzo się
postarała i urodziła chłopczyka… Niech ja już będę ostatnim
dziurawcem.
A tak z
drugiej strony… no dobra, przyznam się bez bicia… byłam bardzo
ciekawa, jak wygląda dziecko — „niedziurawiec”.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie
odcinki:
Prolog:
Gdzie
diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez
życie
To
cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych
historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej
dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda
opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym
fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść
o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.