Czy można
odwracać wzrok od tragedii, która codziennie wyświetla się na
ekranach naszych urządzeń? Od obrazów wojny, które przestają
szokować, bo stają się codziennością?
Wojna nie
jest pojęciem abstrakcyjnym. To zniszczone miasta, spalone domy,
rozdzielone rodziny. To cywile ginący w bombardowaniach, zasypani
gruzami, umierający z głodu i braku pomocy. Wśród nich są dzieci
— najbardziej bezbronne ofiary konfliktów, których nie wybrały.
Trudno
nie zapytać: jak to możliwe, że w świecie deklarującym
przywiązanie do wartości humanistycznych i religijnych wciąż
dochodzi do takiego cierpienia? I gdzie w tym wszystkim jest Bóg, o
którym mówi się jako o dobru, miłości i sprawiedliwości?
Największe
religie świata głoszą pokój i miłosierdzie. Historia jednak
pokazuje, że człowiek wielokrotnie potrafił odwrócić te wartości
i użyć ich jako uzasadnienia przemocy.
W efekcie
to nie brak wiary, lecz człowiek — niezależnie od niej —
pozostaje najczęściej źródłem największego cierpienia.
Wobec
nadmiaru obrazów wojny wielu ludzi reaguje podobnie: najpierw
poruszeniem, potem bezsilnością, a w końcu emocjonalnym odcięciem.
To mechanizm obronny, ale też ryzyko zobojętnienia.
Mimo to
nie znika pytanie o reakcję. Pomoc — nawet najmniejsza —
pozostaje sprzeciwem wobec obojętności. Nie zatrzyma wojny, ale nie
pozwala całkowicie milczeć sumieniu.
Najbardziej
poruszający pozostaje obraz ludzi klęczących w ruinach. Modlą
się, błagają, wołają o cud, a Bóg milczy.