sobota, 16 maja 2026

Muńka, telewizor i sprawa „dziurawca”

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część X — Tym razem będzie o pierwszej prawdziwej lali i o tym, że nawet chłopczur może ją mieć. O pięknych piosenkach, przy których aż kręcą się łzy. O Muńce, której już z nami nie ma — i o telewizorze, który pojawił się zamiast niej. O gościach, którzy hurmem przychodzili oglądać cud techniki. I o tym, że czasem trudno zdecydować, czy bardziej się cieszyć, czy bardziej tęsknić… Bo życie — jak zwykle — potrafi wszystko pomieszać.


A to ja, Hala, i moja pierwsza prawdziwa lala. Celowo nazwałam siebie Halą, żeby nie było, że chłopczur Mintek bawi się lalkami. Mintkiem nazwałam za to swoją lalę.
Tak dla sprawiedliwości i na cześć tatusia, skoro nazywa mnie zawsze Halintkiem-Mintkiem albo po prostu Mintkiem.



Wiadomo — nie może odżałować, że urodziłam się dziewczynką. Ale ja też swoim zachowaniem solidnie na to miano pracuję.

Mówię serio, bo jakoś dziwnie bardziej pociągają mnie chłopięce zabawy. Dziewczęce są jakieś takie nijakie i zbyt tchórzliwe jak dla mnie…

No i co z tego, że niby chłopczurem jestem i mam prawie dziesięć lat, a z taką ogromną lalą paraduję? I że co jeszcze? Aha — że w Świętego Mikołaja przestałam wierzyć?
Wielkie rzeczy! Ważne, że ten święty (na niby) ostatniego swojego święta łaskawie mi tę lalę przyniósł. Wcześniej takich nie było w żadnym sklepie.

A że dziś bardzo ważny dzień w naszej rodzince, to też popozuję sobie z lalą Mintkiem do zdjęć. No! Nikt mi nie zabroni… Niechby spróbował!



O właśnie — to ten ważny dzień. Moi rodzice obchodzą piętnastolecie pożycia małżeńskiego. Jakieś tam gody… Zapomniałam jakie.

E tam, ważne, że gości od groma, można się pobawić i najeść różnych smakołyków. Mamusia już o to zadbała.

A i pięknych, sentymentalnych piosenek można posłuchać. Bo wujek Staszek, brat mamusi, na każdym przyjęciu zawsze śpiewa.

A kiedy do jego śpiewu dołącza jeszcze mamusi koleżanka z harcerstwa, pani Irena, i śpiewają na dwa głosy — czuję się jak w siódmym niebie.

Tak cudownie brzmi ich śpiew. Uwielbiam ich słuchać. Jak tylko zaczynają, od razu odchodzę nawet od najfajniejszych zabaw, siadam przy nich w pokoju stołowym i nastawiam uszu.

Najczęściej śpiewają piosenki o miłości. Piękne, tkliwe — aż do płaczu. A czasem też o wojnie.

No to wtedy prawie zawsze łzy kręcą mi się w oczach. A czasami kręcą się tak bardzo, że same wypływają na policzki.

Nie jestem beksą — a gdzie tam! — ale te piosenki są takie smutne. A w wykonaniu wujka brzmią jeszcze smutniej… Tak bardzo mi go żal.

Kiedyś podsłuchałam rozmowę starszych i wiem, że wujek w Powstaniu Warszawskim został ciężko ranny i przez dwadzieścia dwa dni leżał pod Mostem Poniatowskiego, czekając na pomoc.

Niedawno, przed swoim świętem, mamusia z tatusiem kupili nowe meble do pokoju stołowego. Wtedy też się popłakałam. Nie z powodu mebli — zupełnie z innego.

Wiedziałam, skąd wzięli na nie pieniądze. Cholewcia… sprzedali jedyne nasze zwierzę — naszą Munię! Jakby nigdy nic. Tatuś zapędził ją na spęd.

A tyle przecież dawała nam mleka i mamusia zawsze mówiła, że Munia to nasza mamka. A teraz już jej nie ma. Zostało tylko drewniane, bezduszne wspomnienie po niej.

Ile żeśmy się napłakały razem z mamusią, siedząc na parapecie w kuchni i patrząc, jak tatuś pod oknem pędzi naszą kochaną Munię w jej ostatnią drogę…

Mamusia, choć płakała razem z nami, tłumaczyła przez łzy, że tak trzeba — że Munia jest już stara, a my wystarczająco duże, żeby pić mleko ze sklepu… I takie tam rzeczy. Ale ja wiedziałam swoje — żal mi było Muńki. I już!

Ale kiedy tatuś do tych nieszczęsnych, meblowych wspomnień po Muni dokupił jeszcze telewizor — pierwszy na całej naszej ulicy i, jak mówił, czwarty w naszym miasteczku — to jakoś szybko o niej zapomniałam.

Czasami tylko mi się przypominała, kiedy w pokoju stołowym połowa ulicy siedziała, gdzie popadło, i przejść się nie dało.

Dlaczego? No jak to dlaczego?! Przecież nikt u nas takiego cudu techniki jeszcze nie widział, więc wszystkie gapie — przepraszam, telewidzowie — ciurkiem wieczorami u nas przesiadywali. Spokoju nie było. Kurka flinta… biedna Muńka!



Dobrze, że tym razem mamusia i tatuś stoją do zdjęcia — zasłonili sobą tę część moich, a zapewne i swoich wyrzutów sumienia. Innych części na szczęście nie widać.

To chyba po tej „wodzie rozmownej” rozjaśniło im się w głowach i zaczęli myśleć rozsądniej. No i w rezultacie uznali, że wyrzutów sumienia lepiej nie uwieczniać na kliszy fotograficznej.

Po chwili zrobiło się weselej w pokoju stołowym. I dobrze, bo co rusz przypominała mi się nasza Muńka.

Ale kiedy mamusia przykryła telewizor własnoręcznie wyhaftowaną serwetą, żeby ktoś go nie uszkodził, na chwilę o niej zapomniałam.

O, jak fajnie — wujek Staszek i pani Irena znów śpiewają na głosy. No proszę, i mamusia do nich dołączyła. Posłucham ich sobie… może już o Muńce zapomnę. Biedny telewizor… ojej, chciałam powiedzieć: Muńka.

Kiedy tylko zrobiło się ciepło, znów ciągnęło nas do parku. Był niedaleko domu, na naszej ulicy, więc gdy znudziło się podwórko i ogród, szliśmy właśnie tam.

W niedziele często odwiedzali nas przyjaciele rodziców — pani Irena z mężem i dziećmi — i po obiedzie wszyscy razem szliśmy do parku.

Powiedziałam: „z dziećmi”? Dokładniej będzie: z trzema córkami — Urszulą, Anią i Kasią.

Hihi! Oni też mają trzy dziurawce, ale nie słyszałam, żeby tak o sobie mówiły… Może są jeszcze za małe i nie wiedzą, w czym rzecz.



Chyba polubiłam te maluchy, bo teraz i Kasia trzyma mnie mocno za rękę… Że co? Czy to znaczy, że chciałabym jeszcze mieć braciszka albo siostrzyczkę?

O rany! Nie wiem! Przecież tyle lat byłam najmłodszym dzieckiem, że teraz naprawdę nie wiem, czy to w ogóle możliwe. Że co? Że jest? Nie wierzę!

W końcu uwierzyłam — zostałam do tego brutalnie zmuszona. Przez kogo? Przez moją kochaną siostrzyczkę Lodzię. Bo Lodzia to już taka panienka i zna się na rzeczy… I na potwierdzenie swoich słów wyciągnęła ukryte przez mamusię, gdzieś z tyłu komody, ciuszki dla niemowlaka.

Myślałam, że padnę na tę komodę (spadek po Muni) jak długa. No ale co było robić — uwierzyć w końcu musiałam. Tym bardziej że brzuszek mamusi był już wyraźnie widoczny.

W końcu mamusia sama powiedziała nam prawdę. Wcześniej wygadała się przy nas, mówiąc do cioci Józi, że jedziemy do Zbaraża odwiedzić rodziców tatusia, bo od przyszłego roku, kiedy dziecko się urodzi, długo nie będzie to możliwe.

No i masz ci babo placek! Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy nie. W końcu zaczęłam się jednak cieszyć.

Ale na wszelki wypadek wyszeptałam mamusi do ucha, żeby bardzo się postarała i urodziła chłopczyka… Niech ja już będę ostatnim dziurawcem.

A tak z drugiej strony… no dobra, przyznam się bez bicia… byłam bardzo ciekawa, jak wygląda dziecko — „niedziurawiec”.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.


1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Metoda na doła...



Gdy dopadnie cię smutek i zwątpisz w każdy sens, posłuchaj mojej rady, a złe myśli — jak obłoki — odpłyną hen. Wiersz w obrazie.


piątek, 15 maja 2026

Od narkotyków do wiary — i dalej w skrajność

Między uzależnieniem a wiarą łatwo się zgubić. Myślisz, że uratował cię Bóg? A jeśli to była twoja własna psychika — zraniona, ale wciąż walcząca o przetrwanie? To nie jest łatwy tekst. To list do kogoś, kto przeszedł przez piekło uzależnienia — i być może wpadł w kolejną skrajność.


Kiedy czytam Twoje słowa, uderza mnie przede wszystkim jedno — jak bardzo jesteś jeszcze młoda i jak wiele już zdążyłaś unieść. To zdumiewa. I smuci.

Twoje życie — choć dopiero się zaczyna — nosi już ślady doświadczeń, które dla wielu przychodzą znacznie później, a niekiedy nie przychodzą wcale. Przeszłaś przez ciemność, która potrafi odebrać człowiekowi grunt pod nogami. I być może właśnie dlatego tak nagle, tak żarliwie zwróciłaś się ku światłu. Rozumiem to.

A jednak mam wrażenie, że Twoja droga wiedzie od jednego krańca do drugiego — jakbyś wciąż szukała miejsca, w którym można bezpiecznie stanąć, nie chwiejąc się między skrajnościami.

Przed Tobą jeszcze wiele chwil, w których przyjdzie Ci sprawdzać własne przekonania, zmieniać je, porzucać i odnajdywać na nowo. To naturalne. Ale jest coś, o czym — mam nadzieję — nie zapomnisz: najważniejsze źródło siły nie znajduje się poza Tobą. Jest w Tobie.

Twoja psychika — krucha i jednocześnie niezwykle odporna — jest przestrzenią, od której zależy wszystko inne: sposób, w jaki widzisz świat, ludzi, samą siebie. Jeśli chcesz kiedyś poczuć się naprawdę kochana — zacznij od tego, by nauczyć się być blisko siebie.

Czytając Twoje słowa o egzorcyzmach, poczułam niepokój. Nie dlatego, że lekceważę Twoje doświadczenia — przeciwnie. Właśnie dlatego, że traktuję je poważnie.

Bo człowiek, zwłaszcza zraniony, potrafi stworzyć w sobie światy, które wydają się bardziej realne niż rzeczywistość. Lęk przybiera wtedy kształty, które łatwo nazwać „czymś z zewnątrz”. A przecież bardzo często są one echem tego, co wydarzyło się wewnątrz.

Nie neguję Twojej wiary. Myślę jednak, że to, co uznałaś za ingerencję siły wyższej, mogło być także czymś innym — Twoim własnym, rozpaczliwym i jednocześnie potężnym pragnieniem, by przestać się bać.

Czasem wystarczy, że człowiek uwierzy, iż ktoś nad nim czuwa — że nie jest sam — aby jego umysł zaczął powoli odzyskiwać równowagę. To niezwykła zdolność: leczyć się dzięki nadziei.

Twój mózg, Twoja wrażliwość, Twoja potrzeba ocalenia — mogły wspólnie dokonać tego, co dziś przypisujesz czemuś poza sobą.

A jednak świat nie jest sprawiedliwy w taki sposób, w jaki chcielibyśmy wierzyć.

Były czasy (i niestety są), gdy miliony ludzi wołało o pomoc — i odpowiedź nie nadchodziła. Są miejsca, w których dzieci modlą się równie gorąco — i nikt ich nie ratuje. Dlaczego więc Bóg miałby uratować akurat ciebie — a nie tysiące innych dzieci? Wiem, to trudne pytania, które nie mają prostych odpowiedzi.

Dlatego warto być ostrożnym w przekonaniu, że zostało się wybranym, wysłuchanym w sposób szczególny.

Wiara może być siłą — ale tylko wtedy, gdy nie zamyka oczu na cierpienie innych i nie prowadzi do przekonania o własnej wyjątkowości.

Masz prawo wierzyć. Masz prawo szukać sensu tam, gdzie go odnajdujesz. Ale kiedy dzielisz się tym publicznie, Twoje słowa stają się częścią większej rozmowy — i nie każdy odnajdzie w nich to, co Ty.

Może więc warto, by Twoja wiara była bardziej cicha. Głębsza. Mniej pewna, a bardziej uważna... Bo mądra wiara nie krzyczy. Jest obecna.

Jeśli wierzysz w Boga — wierz tak, by Twoja wiara nie odbierała Ci wolności, lecz pomagała ją rozumieć.

Nie musisz nakładać na siebie surowych reguł, by stać się lepszą. Znacznie więcej daje cierpliwa praca nad sobą — uczenie się swoich emocji, budowanie relacji z ludźmi, którzy nie ranią, lecz wspierają.

Pomaganie innym, nawet w najdrobniejszych sprawach, potrafi przywrócić poczucie sensu. A z niego rodzi się siła.

I wtedy — powoli, niemal niezauważalnie — życie przestaje być walką, a zaczyna być drogą. Tego właśnie Ci życzę.




O drodze na własne Kilimandżaro...

Kilimandżaro to nie tylko symbol, to sztuka zdobywania siebie. A szczyty są w nas i nieustanna wspinaczka przez życie.


Każdy z nas niesie w sobie marzenia, plany, tęsknoty — swoje własne Kilimandżaro, ukryte w codzienności. Lecz tylko ci naprawdę spełnieni potrafią z porażek cichych i trudnych budować kolejne stopnie zwycięstwa.

I nie ustają w drodze, choć szczyty wciąż się zmieniają — bo zawsze przed nimi nowe góry do zdobycia.





czwartek, 14 maja 2026

Dmuchawce — nie dmuchaj… jeśli chcesz być poważny

Dmuchawce mają jakąś dziwną moc przyciągania. Serio. Wystarczy jeden na horyzoncie i już człowiek czuje nieodpartą potrzebę, żeby podejść, zerwać i… dmuchnąć. Tego się chyba nie da oduczyć — to siedzi w nas od dzieciństwa.

No właśnie, dzieciństwo! Kto nie pamięta tych epickich prób zdmuchnięcia całego puchu za jednym razem? Nabierasz powietrza, skupienie jak przed startem w olimpiadzie i… dmuch! A potem oczywiście połowa nasion zostaje, więc poprawka musi być.



A ten biały puch? Oczywiście lądował wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. Włosy? Są. Ubrania? Pełno. Nos? Czemu nie. Buzi też się czasem dostało — gratis do zabawy. Ale kto by się tym przejmował, skoro śmiechu było więcej niż sprzątania.

I najlepsze jest to, że nic się nie zmieniło. Dziś niby jesteśmy dorośli, poważni, odpowiedzialni… a wystarczy dmuchawiec i cały ten wizerunek bierze w łeb.

Teraz tylko oficjalnie robimy to „dla dzieci” albo „dla wnuków”. Jasne. Prawda jest taka, że sami mamy z tego tyle samo frajdy — tylko trochę lepiej się maskujemy.


Amorek nad aplikacjami randkowymi...

 


Prawdziwą miłość w dzisiejszym świecie trudno znaleźć? Trzeba jednak próbować. A nuż się uda. Tekst w obrazie.


środa, 13 maja 2026

Nagły wysyp wiewiórek w ogrodzie – o co w tym chodzi?

Wiewiórki w ogrodzie urządziły prawdziwe show! Zobacz, co oznaczają ich gonitwy i czy to tylko zabawa, czy coś więcej.


Nie wiem, co się wydarzyło, ale mój ogród najwyraźniej trafił na listę „najlepszych miejsc do życia dla wiewiórek”, bo nagle pojawiło się ich tyle, że liczenie straciło sens.

Najpierw urządziły sobie zawody w ganianego na wysokiej sośnie, potem bez zapowiedzi przeszły do chowanego w trawie, by za chwilę znów pędzić po drzewach jak małe, puszyste torpedy. I tak w kółko — jakby ktoś włączył im tryb „powtórz wszystko”.

Radosnym popiskiwaniom nie było końca. A ja? Cóż, stałam jak zaczarowana i kibicowałam tej ogrodowej olimpiadzie, mając z tego więcej frajdy, niż się spodziewałam.

Zdjęcia wyszły, delikatnie mówiąc, artystyczne. Robione przez szybę w drzwiach ogrodowych, więc ostrość bywa… umowna. Ale spróbujcie sami zrobić zdjęcie stworzeniu, które w jednej sekundzie jest na trawie, w drugiej na drzewie, a w trzeciej już gdzieś poza kadrem.



Wiewiórki są nie tylko płochliwe, ale przede wszystkim niesamowicie ruchliwe — uchwycenie ich to prawdziwa sztuka (i trochę loteria).

A tak się teraz zastanawiam… czy to na pewno była zwykła zabawa? A może jakieś wiewiórcze zaloty na pełnych obrotach? Jeśli tak, to kto wie — być może już niedługo mój ogród zamieni się w przedszkole dla małych, rudych akrobatów…