Tego dnia
znów trzymałam za guzik. Kominiarz pojawia się u mnie co roku o
tej samej porze, więc i tym razem sięgnęłam po guzik niemal
odruchowo. Choć nie — właściwie było to nieco wcześniej niż
zwykle. Prawdopodobnie nawet bym tego nie zauważyła, gdyby nie sam
kominiarz, który już w progu poinformował mnie z wyraźnym
naciskiem, że zjawił się o trzy tygodnie przed terminem.
Za dwa
dni wyjeżdżał na urlop. Chciał zamknąć wszystkie zlecenia przed
wyjazdem, by na wczasach mieć spokojną głowę i prawdziwie
wypocząć. W tym roku urlop przypadł mu wyjątkowo właśnie teraz
— jak wyjaśnił — ponieważ przez ostatnie dwa miesiące
mieszkała u nich jego teściowa.
Wszystko
to wypowiedział jednym tchem, po czym natychmiast zabrał się do
czyszczenia i sprawdzania stanu technicznego przewodów kominowych
mojego pieca centralnego ogrzewania. Ja tymczasem poszłam do kuchni
zaparzyć kawę.
Gdy
wróciłam z dwiema filiżankami, na mój widok uśmiechnął się z
ulgą.
— Wielkie dzięki, kawa bardzo mi się przyda —
powiedział. — Jeszcze tylko jeden dom i mogę zacząć pakować
się na wczasy. Trzy tygodnie wykupiłem, żeby zapomnieć o tym
koszmarze z teściową w tle… choć właściwie nie w tle, a na
pierwszym planie. Wykończyła mnie doszczętnie.
— Aż
tak niedobra? — zapytałam ze współczuciem.
— Niedobra?
— powtórzył z naciskiem. — To zbyt łagodne słowo. To alte
Hexe*, nie teściowa. Przez te dwa miesiące zjadła mi pół
zdrowia. Żonie również.
— To
pańska żona nie mogła jakoś wpłynąć na swoją matkę?
— Skądże
— machnął ręką. — Na nią nikt wpływu nie ma. Ona zawsze
jest najlepsza, najmądrzejsza, najinteligentniejsza,
najzaradniejsza… naj, naj i jeszcze raz naj. Tak o sobie mówi. I
nikt nie może jej dorównać.
— No to
faktycznie, zarozumiałość przez nią przemawia — skwitowałam.
— I to
jaka — przytaknął. — Ale to wciąż nie najgorsze. Najgorsze
jest to, że jeśli zwróci się jej uwagę choćby jednym,
najmniejszym słówkiem, człowiek ma cały dzień stracony. Potrafi
chodzić krok w krok i mówić bez przerwy, jak zepsute radio —
skrzeczące, trzeszczące, wiercące w uszach. Jak żyję, nie
spotkałem takiego babsztyla.
— A wie
pan, kiedyś, już dawno temu, napisałam wiersz satyryczny o
podobnej teściowej i opatrzyłam go stosowną ilustracją — zachichotałam.
— Doskonały
temat — ożywił się. — Czy mogłaby mi pani go przeczytać?
Zanim
skończył pracę, nasłuchałam się jeszcze wielu historii.
Niektóre były tak barwne, że nie sposób było się nie śmiać.
Sama
jestem teściową — i to podwójną. A jednak z moją synową i
zięciem żyję w serdecznej, przyjacielskiej zgodzie. Szanujemy się
i lubimy. Jesteśmy w stałym kontakcie, mieszkamy blisko siebie,
dosłownie rzut beretem. Na wczasy także często jeździmy razem,
przy czym to właśnie zięć najczęściej nalega, bym do nich
dołączyła. Czuję się w tych relacjach szczęśliwa — i, sądząc
po wszystkim, oni również.
Dlatego
trudno mi pojąć, dlaczego niektóre teściowe, zamiast być cichym,
życzliwym wsparciem dla młodych małżeństw, świecą agresywnym
światłem arogancji, zawiści, a czasem wręcz nienawiści. Czy tak
postępują prawdziwe matki? Czy nie prościej — i nie mądrzej —
żyć w zgodzie i wzajemnym szacunku?
Kiedy
kominiarz zbierał się już do wyjścia, podziękował mi, że mógł
się przede mną wygadać i sobie ulżyć. A ja mu na pożegnanie
przeczytałam (czyt. przetłumaczyłam na język niemiecki) mój
wiersz satyryczny:
Jestem
teściową i czasem mnie trafia,
Że w wicach
wyglądamy gorzej niż mafia. Bo
ta, choć groźna, ma poważanie.
A
kim my jesteśmy, miłe panie?
Zewsząd
słychać, nawet w eterze:
„Teściowo,
ty stary rowerze!”
Tak
nam dziękują za naszą krwawicę
I
wciąż wymyślają durniejsze wice.
Ja
na ten przykład, miłe panie,
Z
wielką pasją spełniam swe zadanie.
Mój
zięć szanowny mi nie podskoczy,
Gdyż
go kontroluję w dzień i w nocy.
Czy
dba o czystość, czy drżą mu ręce.
Czy
nie ma ciągot do zezwierzęceń.
Czy
się przypadkiem czymś nie zaraził.
Co
mu przy ludziach z butów wyłazi.
Czy
córce pomaga, czy zmywa talerze.
Jakoś
blado wygląda — może coś bierze?
Jak
z wiarą u niego, może niewierzący?
Podglądnę
czasem przez dziurkę od klucza,
Czy
w sypialni spełnia rolę, czy robi za buca.
Jaka
jest jego gestów wymowa...
Czy
czegoś nie tuszuje albo nie chowa.
Czy córce
pomaga, czy zmywa talerze.
Jakoś blado wygląda — może coś
bierze?
Jak z wiarą u niego, może niewierzący?
Czeka go
wtedy schab z kwasem żrącym.
Podglądnę
czasem przez dziurkę od klucza,
Czy
w sypialni spełnia rolę, czy robi za buca.
Jaka
jest jego gestów wymowa...
Czy
czegoś nie tuszuje albo nie chowa.
Czy
darzy córkę miłością bez granic,
Czy
może biedulkę już miewa za nic.
Co
on bełkocze, o czym jest mowa —
Wszystko
rozszyfruję, bom jego teściowa!
Kominiarz
słuchał w absolutnej ciszy, po czym spojrzał jeszcze na ilustrację
do wiersza i wybuchnął głośnym śmiechem.
— Proszę
pani — powiedział po chwili — teściowa z pani wiersza, w
porównaniu z moją, to prawdziwy skarb. Es ist mein Ernst!”
*
Alte Hexe — (niem.) stara wiedźma.
**
Es ist
mein Ernest — (niem.) mówię poważnie.