Próba podrywu. Dziewczyna słyszy, ale nie słucha. Lekcja dla chłoptasia. Dziewczyna z dystansem. Sztuka ignorowania. Wiersz w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Próba podrywu. Dziewczyna słyszy, ale nie słucha. Lekcja dla chłoptasia. Dziewczyna z dystansem. Sztuka ignorowania. Wiersz w obrazie.
Gdy milczenie przestaje być możliwe. Czas sprzeciwu. Dość tyranii. Nie milczmy. Głos ulicy. Wiersz w obrazie.
„Tylko ci, którzy mają odwagę pójść zbyt daleko, mogą odkryć, jak daleko naprawdę można dojść”. — T. S. Eliot.*
Wychowanie to sztuka pomagania dziecku odkrywać własną drogę i odważnie podążać ku marzeniom.
Każdy rodzic nosi w sercu ciche pragnienie, aby jego dzieci wyrosły na ludzi odważnych, ambitnych i spełnionych – takich, którzy w dorosłym życiu potrafią sięgać po swoje marzenia i z wytrwałością realizować wyznaczone cele.
Uczmy je więc „zdobywać góry”. Niech nie lękają się wysiłku ani wysokości, lecz z nadzieją i determinacją wspinają się ku temu, co dziś wydaje się jeszcze odległe.
Właśnie w takich chwilach rodzi się siła charakteru, która prowadzi człowieka przez całe życie.
Niech ambicja, wsparta mądrymi autorytetami i dobrym przykładem dorosłych, stanie się dla młodych serc drogowskazem. To ona pomaga odnaleźć właściwą drogę, dodaje odwagi w chwilach zwątpienia i prowadzi ku przyszłości.
Bo w życiu każdego człowieka jest jakiś szczyt, który czeka, by go zdobyć.
* „Tylko ci, którzy mają odwagę pójść zbyt daleko, mogą odkryć, jak daleko naprawdę można dojść”. Oryginalny cytat: „Only those who will risk going too far can possibly find out how far one can go”. — T.S. Eliot amerykańsko-brytyjski poeta,laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.
(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część I)
No proszę — jakie ładne zdjęcie. A mnie na nim nie ma. Chyba rzeczywiście rodzice nie byli zbyt uradowani moim przyjściem na świat, skoro mnie do rodzinnego zdjęcia nie wzięli.
Kiedy po latach pytałam mamusię, dlaczego mnie razem ze sobą nie uwiecznili, odpowiadała, że już nie pamięta… I tyle! Och, ja nieszczęsna!… A może dopiero rosłam w maminym brzuszku, a mamusi po prostu wyleciało to z głowy? Kto wie…
Po kolejnych latach metodą dedukcji doszłam do wniosku, że faktycznie tak musiało być. Skoro moja najstarsza siostrzyczka jest cztery lata starsza ode mnie, a średnia o trzynaście miesięcy, to sądząc po jej bobasowym wyglądzie, ja musiałam wtedy dopiero nabierać ciałka u mamusi pod sercem. O — i ta myśl mnie uspokoiła.
Bo to by oznaczało, że zdjęcie zostało zrobione wczesną wiosną 1951 roku. Siłą rzeczy więc mnie na nim nie widać. Ale zapewne już jestem i, kręcąc się w ciasnocie maminego brzuszka, rosnę na przekór wszystkim i wszystkiemu.
Dlaczego na przekór? Ano dlatego, że chyba nikomu wielkiej radości nie sprawiało moje „pchanie się” na świat. To były ciężkie czasy — zaledwie pięć lat po wojnie, moje obydwie siostrzyczki jeszcze malutkie… A tu już trzecie dziecko? Czy można się było cieszyć?
Mnie to jednak chyba niewiele obchodziło. Wyrzutów sumienia nie miałam, bo trzymałam się mocno… i rosłam.
Bo jakżeby inaczej? Nie prosiłam się na ten dziwny świat — to jakoś tak samo wyszło. Jednak na wszelki wypadek poprzez pępowinę chłonęłam jak najwięcej testosteronu, ponieważ podsłuchałam, że rodzice bardzo liczą na syneczka.
No i proszę — stało się.
1 lipca 1951 roku pojawiłam się na świecie, oznajmiając swoje przybycie wrzaskiem tak donośnym, że zapewne pół położniczego oddziału postawiłam na nogi.
Niestety — zamiast wyczekiwanego chłopczyka pojawił się trzeci dziurawiec, jak z rozbrajającą szczerością mawiał później tatuś.
No ale cóż… stało się. Jestem. I już. Ku chwale swojej i swojej rodzinki. Takie postanowienie podjęłam jeszcze w maminym brzuszku… i trzymam się go do dziś.
Zdjęcie niezbyt wyraźne, ale dla mnie ma wielką wartość. A tak swoją drogą, to musiało mi być gorąco w tym pierzastym beciku. Przecież to lato. Ale w proteście pewnie nie wrzeszczałam. Mamusia zawsze mówiła, że byłam spokojnym niemowlakiem.
Hmm… Pewnie dlatego, że od narodzin miałam zakodowane, iż lepiej mamusi nie denerwować swoją nieoczekiwaną osóbką. A nuż zechce się mnie pozbyć… Albo co?
Podskórnie czułam jednak, że muszę jakoś odkupić swoje dziewczęce wtargnięcie na świat i zasłużyć sobie na dobre imię — w ogólności, bo imię do nazwiska dostałam od razu. A właściwie samo się do mnie przykleiło.
Rodzice, jako że czekali na chłopczyka, mieli przygotowane tylko męskie imię. Niewiele się więc zastanawiając, zapisali mnie w USC z takim imieniem, jakie akurat widniało w kalendarzu 1 lipca.
Z tego też powodu w późniejszych latach w dniu swoich urodzin byłam na rodziców trochę wkurzona, że moje siostrzyczki obchodzą swoje święta dwa razy w roku, a ja tylko raz.
Przecież to takie niesprawiedliwe! No niech mi kto powie, że tak nie jest! To… to… to się z nim nie zgodzę.
No dobrze. Już jestem i rosnę nad wyraz zdrowo. Czas leci szybko i już jest wiosna. Piękna pora. Wszystko budzi się do życia i kwitnie. To ja też.
Mam już dziesięć miesięcy i potrafię nawet sama stawać na nóżki. Robię to często, bo wszystko dookoła mnie bardzo interesuje.
Chyba fajny jest ten świat! A pewnie, że tak. Coraz bardziej się cieszę, że już na nim jestem.
To nic, że czasami słyszę te niezbyt miłe słowa: „trzeci dziurawiec”. Ważniejsze jest to, że na mnie nie krzyczą. Spać dają. Jeść dają.
Zwłaszcza to mleczko z cycuszków mamusi bardzo mi smakuje. A i rosnę po nim jak na drożdżach.
Lubię też być zabierana na dwór. Wszystko mnie ciekawi. Rozglądam się zawsze dookoła, aż nieraz szyjka boli mnie od tego kręcenia główką.
Na zdjęciu widać, że jesteśmy akurat na spacerku. Ja — wiadomo — na mamusi rękach, a moja o rok starsza siostrzyczka na rękach tatusia. Najstarszej siostrzyczki nie ma. Nie wiem, gdzie ją wcięło.
Jest też z nami mamusi koleżanka z harcerstwa — pani Grekowa — ze swoim syneczkiem, a moim o miesiąc starszym kolegą.
Lata pędzą jak szalone i nie sposób ich zatrzymać. Mam już trzy latka i bardzo lubię bawić się w ogrodzie. Kwiatki sięgają mi do kolan. Uwielbiam je zrywać i przystrajać nimi moją lalę.
Wszystkie trzy dziewczynki — albo jak kto woli dziurawce — miałyśmy naprawdę radosne dzieciństwo. Rosłyśmy zdrowo i zawsze byłyśmy pięknie wystrojone przez mamusię. Wszystkie nasze ubranka mamusia szyła sama. Ba — nawet dla siebie i tatusia.
Pamiętam, że maszyna do szycia często wieczorami turkotała. Miała kogo obszywać. Siedziałyśmy wtedy gdzieś obok, bawiąc się na podłodze albo przysypiając ze zmęczenia, a mamusia pochylona nad materiałem przesuwała go cierpliwie pod igłą.
Po wojnie trudno było cokolwiek kupić, a co dopiero ładne ubranka. Dlatego nasze stroje powstawały właśnie przy tym wieczornym turkotaniu maszyny.
Czasami, kiedy mamusia była zajęta, opiekowała się nami ciocia Józia — kuzynka tatusia. Bardzo ją lubiłam. W niej też spora dawka testosteronu buzowała. I nigdy — co było dla mnie bardzo ważne — nie wypominała mi mojego psocenia.
Powoli wszyscy zaczęli zapominać, że jestem trzecim dziurawcem. Zresztą ja też im w tym zapominaniu intensywnie pomagałam.
Nie na darmo w mamusinym brzuszku z całych sił chłonęłam testosteron. Z roku na rok coraz bardziej stawałam się chłopczycą. Czasami tak dawałam rodzicom psoceniem popalić, że wystarczałam im za dwóch synów.
Tak przynajmniej zgodnie mówili. W końcu wszyscy zaczęli wołać na mnie Mintek. To tatuś wymyślił mi takie imię. Zapewne nie bez kozery. A dlaczego akurat takie?
To proste. Bo tak mu wyszło po zamianie mojego imienia na formę męską: Halintek — Mintek.
I powiem szczerze — bardzo byłam dumna z tego imienia. Też nie bez kozery... Ha, i nadal jestem, bo moje kochane siostrzyczki do dziś mnie tak nieraz nazywają.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.
***
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
Jeśli więc czasem zajrzy tu Mintek — nie zdziwcie się.
On
po prostu ma jeszcze sporo do opowiedzenia.
***
Śmiałym szczęście sprzyja. Tak twierdził już Terencjusz (195–159 p.n.e.), zapisując słowa: „Fortes fortuna adiuvat”.
Nasze rodzime powiedzenie „Do odważnych świat należy” jest właściwie tylko inną wersją tej samej myśli.
I jedno, i drugie sprawdza się w życiu. Ludzie odważni mają w nim znacznie łatwiej. Nie zamartwiają się na zapas, nie trwonią sił na niepotrzebne lęki. Gdy los okazuje się nieprzychylny, przyjmują jego ciosy na klatę i — nie zwlekając zbyt długo z decyzją — po prostu działają. A potem żyją. Naprawdę — pełnią życia.
Wiem o tym coś, bo sama należę raczej do osób odważnych. Moja mama już w dzieciństwie powtarzała, że „odwaga” to moje drugie imię.
Ukłuła nawet powiedzenie: „Gdzie diabeł nie może, tam Mintka pośle”.
Mintek —
tak mnie w domu nazywano. Od Halintek–Mintek. Rodzice marzyli o
synu, a ja — trzecia córka — potrafiłam dać im popalić jak
kilku chłopczurów naraz.
I tak zostałam Mintekiem. Męska
końcówka w przezwisku pasowała więc do mnie jak ulał.
Coś w tym powiedzeniu chyba jest, bo nieraz w życiu byłam właśnie tak „posyłana”. I muszę przyznać, że zawsze to lubiłam. Ba — lubię do dziś. Za każdym razem staram się stawać na wysokości zadania.
A co najważniejsze — szczęście mi sprzyja. Przynajmniej jak dotąd. Zwłaszcza to szczególne szczęście, które pojawia się wtedy, gdy los próbuje nas doświadczyć. To ono pozwala wstać, otrzepać kurz i iść przed siebie.
I może właśnie na tym polega prawdziwe szczęście odważnych. W końcu — jak zauważył dawno temu Terencjusz — śmiałym szczęście sprzyja: „Fortes fortuna adiuvat”.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.