piątek, 6 marca 2026

Bąbelki, fotel i kierownica

Rada Halszka, że się śmieli,*
wjechać autem do kąpieli…

Łee tam! Od zawsze wjeżdżam, więc śmielić się* specjalnie nie muszę. Tym razem jednak wjeżdżałam nowym autem i przyznam, że na moment się zawahałam, bo nie wiedziałam, czy taka intensywna kąpiel mu się spodoba. Taśmociąg jednak nie pozwolił mi w takim stanie zbyt długo trwać, bo nagle szarpnął nami i wciągnął do środka tunelu.

Widoki z wnętrza mojego kochanego autka — w trakcie kąpieli! — były tak nieziemskie, że prawie zapomniałam, że jestem w myjni, a nie w galerii sztuki… czy może raczej w muzeum dla śmiałków.



Rozsiadłam się w fotelu niczym królowa na tronie, rozglądałam, podziwiałam, fotografowałam każdy szczegół, bo w każdym kącie kąpieli dostrzegałam tyle artyzmu, że spokojnie mogłabym nim wyłożyć całą ulicę. Auto chlapnęło kilka bąbelków na moje nogi, a ja robiłam zdjęcia jak szalona kuratorka własnej, absolutnie niecodziennej wystawy.



Nie powiem, że wjeżdżanie autem do kąpieli jest codziennością. Ale jak już, to trzeba to robić z wdziękiem, stylem i odrobiną cyrkowego talentu. Bo kto powiedział, że odwaga i bąbelki nie idą w parze? Zdjęcia stanowią dokumentację tej jakże epickiej, kąpielowej ekspedycji.


* śmieli, śmielić się — nabiera odwagi; nabrać odwagi; ośmielać się.


Między celem a drogą. Geometria wyboru...

 


W rytmie niespiesznych chwil. Czas nie lubi pośpiechu. W stronę celu czy w stronę sensu. Tekst w obrazie.


czwartek, 5 marca 2026

Wychowanie w rytmie natury

Na skraju tutejszego lasu, tam gdzie drzewa zaczynają szeptać własne historie, włodarze miasta postawili w zeszłym roku niezwykłe Leśne Przedszkole — w całości drewniane, jakby wyrosło wprost z ziemi. Nie dominuje nad przyrodą, lecz stapia się z nią spokojnie i naturalnie. To nie tylko budynek. To inny sposób myślenia o dzieciństwie i edukacji.

Dzieci spędzają tu większość dnia pod gołym niebem — w słońcu, w deszczu, wśród szumu liści i zapachu wilgotnej ściółki. Uczą się, że pogoda nie jest przeszkodą, lecz częścią świata, który warto poznawać wszystkimi zmysłami.

Celem tego miejsca jest coś więcej niż przekazywanie wiedzy. To wychowanie w bliskości z naturą, budowanie samodzielności i odporności, a także rozbudzanie wyobraźni. Patyki stają się różdżkami, szyszki — skarbami, a żołędzie i kasztany zamieniają się w małe dzieła sztuki. Widać je potem wszędzie — zawieszone na gałęziach, ukryte w mchu, wplecione w krajobraz niczym sekrety zostawione przez dziecięce dłonie.

Często spaceruję tym lasem i czasem zatrzymuję się, by zamienić z nimi kilka słów. Dziś znów je spotkałam. Z wielkim skupieniem rozwieszały kolorowe wstążki i karteczki z mądrymi, budującymi sentencjami. Las na chwilę stał się galerią małych myśli o wielkich sprawach.



Ta inicjatywa bardzo mnie porusza. W tutejszym landzie coraz wyraźniej widać, że edukacja może wyglądać inaczej — łagodniej, bliżej człowieka i natury. Dotyczy to nie tylko przedszkoli, lecz także szkół.

Moja najmłodsza wnuczka uczęszcza do prywatnej szkoły o podobnym duchu. Tam nauka również wyrasta z kontaktu z przyrodą i rozwijania ludzkiej wrażliwości. To edukacja całościowa — obejmująca rozwój intelektualny, artystyczny i praktyczny.

Wnętrza wypełniają naturalne materiały, ciepło drewna i brak pośpiechu. Nie ma plastiku ani telefonów komórkowych — jest za to przestrzeń na uważność i relacje.

Po uśmiechniętych twarzach dzieci widać, że są szczęśliwe. Miałam okazję przekonać się o tym wielokrotnie, uczestnicząc w organizowanych przez nich koncertach, wystawach czy zawodach sportowych. Jest w tych wydarzeniach autentyczność i radość, której nie da się wyreżyserować.

A co szczególnie budujące — rodzice są tu naprawdę obecni. Angażują się, wspierają, pełnią dyżury i dbają o porządek w budynkach oraz wokół nich. Ta szkoła to nie tylko miejsce nauki. To wspólnota.


Nie możesz spać? Spójrz przez okno...

 


Gdy serce bije zbyt szybko, spójrz na tarczę księżyca. Wierszyk w obrazie.


środa, 4 marca 2026

Zdjęcie, które gorszy świat

 

Jeśli pasterze wszystkie „owieczki”
jedną — „Bożą” — miarą odmierzają,
jak mamy wierzyć w ich czyste słowa, 
że sami w prawdzie niezłomnie trwają?

Niełatwo przecież patrzeć bez drżenia 

na obraz, który obiega świat cały:
papież błogosławi parę dewiantów, 
których czyny sumienia kalały.



Fotografia powstała w 1993 roku. Utrwalił ją papieski fotograf Arturo Mari podczas jednej z prywatnych audiencji w Watykanie.

Na zdjęciu widzimy Jana Pawła II na spotkaniu z Jeffreyem Epsteinem oraz jego partnerką, Ghislaine Maxwell. Dziś obraz ten powraca w mediach na całym świecie — jak echo, które nie chce ucichnąć.

Kim byli ci goście?

Jeffrey Epstein — finansista, człowiek wpływów i znajomości. W 2008 roku skazany na Florydzie za nakłanianie nieletniej do prostytucji. W 2019 roku ponownie aresztowany pod zarzutem handlu nieletnimi w celach seksualnych. Zmarł w areszcie jeszcze przed rozpoczęciem procesu federalnego, pozostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Ghislaine Maxwell — jego wieloletnia towarzyszka i współpracowniczka. W 2021 roku uznana w Stanach Zjednoczonych za winną współudziału w werbowaniu i wykorzystywaniu nieletnich dziewcząt. Rok później skazana na dwadzieścia lat więzienia.

Jak można spojrzeć na ten kadr bez wstrząsu? Czy Jan Paweł II i jego sekretarz, Stanisław Dziwisz, naprawdę nie wiedzieli, kogo mają przed sobą? A może wiedzieli — i rytuał audiencji stał się maską, za którą ukrywało się przyzwolenie na kontakty z wpływowymi grzesznikami? Nie ma tu prostych odpowiedzi. Jest wstyd. Jest pytanie o moralność i priorytety instytucji, która głosi światło, a czasem okazuje się ślepą na własne założenia.

Nie tłumaczmy tego tylko kontekstem czasu. To, że w 1993 roku nie ciążyły na nich wyroki, nie oznacza niewinności w ocenie sumienia świata. To zdjęcie nie dokumentuje czułego gestu — dokumentuje kompromitację autorytetu moralnego, który w imię etykiety przyjął ludzi, których historia potępia.

I jeszcze jedna gorzka myśl: fotografia ta nie powstała w laboratorium teorii spiskowych. To autentyczny, niepodważalny kadr, który pokazuje, jak cienka jest granica między „uprzejmością” a aprobatą. Jak łatwo instytucja może zatracić czujność wobec ludzi, którzy przekraczają wszelkie granice moralne.

Nie można już patrzeć na ten obraz z obojętnością. Nie można zaklinać rzeczywistości: każdy, kto zobaczył ten kadr, widzi paradoks — papieża błogosławiącego ludzi, których czyny wstrząsnęły światem. I nie ma na to prostego wytłumaczenia.


Gniazdo z moich włosów

To dopiero trzeci dzień meteorologicznej wiosny, a jednak w moim ogrodzie pora roku już zdążyła się rozgościć. Sikorki — wierne, całoroczne bywalczynie — ogłaszają ją z przekonaniem, jakby nie potrzebowały kalendarza. Ich ruchliwość i dźwięczne trele są pewniejsze niż jakakolwiek data w kalendarzu. Nie czekają już na moją pomoc. Same znajdują to, co potrzebne do życia.

Obserwuję je przez szybę drzwi prowadzących do ogrodu. Moje biurko stoi tuż obok, więc mimowolnie uczestniczę w ich codzienności. Przysiadają przy schodach, podrywają się nagle do lotu, po czym znów wracają, jakby chciały upewnić się, że nadal patrzę. Ich śpiew wypełnia przestrzeń między domem a ogrodem i rozjaśnia dzień — może także w geście wdzięczności za zimowe dokarmianie.

Obok schodów rosną trzy dorodne tuje. Posadziłam je ponad ćwierć wieku temu, jeszcze wtedy nie wiedząc, że staną się czyimś domem. Na jednej z nich sikorki uwiły gniazdo. Wracają do niego co roku z zadziwiającą wiernością. Jest w nim coś jeszcze — coś mojego. Wśród źdźbeł i mchu wplecione są moje włosy.

Pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy to zauważyłam. Samczyk, z czarną, lśniącą czapeczką i wyraźnym „krawatem” na piersi, trzymał w dziobie cały pęk noich jasnych włosów, a mimo to z uporem zbierał ze schodów kolejne, pojedyncze.

Zrozumiałam wtedy, że uczestniczę — nieświadomie — w budowie czyjegoś ciepłego schronienia. Jak na troskliwego samca przystało.

Skąd wiem, że to on? Z obserwacji. Samce są wyraźniejsze w barwach, jakby natura chciała podkreślić ich rolę w tym wiosennym spektaklu.

A moje włosy? Rozczesuję je na schodach od lat, jakby instynktownie czując, że to, co naturalne, powinno wrócić do natury. Nie przypuszczałam jednak, że staną się częścią czyjegoś gniazda, że wplotą się w kruche ściany małego świata.

I tak, zanim kalendarz zdąży się rozpędzić, wiosna już dzieje się naprawdę — w śpiewie, w ruchu skrzydeł, w cichym splataniu życia z życiem.



wtorek, 3 marca 2026

Trwaj tylko w słońcu

Słońce od zawsze było dla człowieka czymś więcej niż zjawiskiem astronomicznym. W kulturach pierwotnych czczone jak bóstwo, w poezji opiewane jako źródło nadziei, w codzienności — tak oczywiste, że niemal przezroczyste. A przecież to ono wyznacza rytm naszego istnienia. Bez jego światła nie byłoby wzrostu, ciepła ani życia. Bez niego świat trwałby w bezruchu. My również.

Słońce jest symbolem — jasności myśli, odwagi serca, wyboru dobra. Kierować się ku słońcu to znaczy wybierać to, co buduje, a nie to, co niszczy. To świadomie szukać przestrzeni, w których możemy wzrastać. Bo nic pięknego nie dojrzewa w ciemności — ani roślina, ani relacja, ani człowiek.

A jednak ciemność jest częścią naszego doświadczenia. Ołowiane chmury, chwile zwątpienia, dni, w których trudno dostrzec sens. Wtedy łatwo zapomnieć, że słońce nie znika — ono tylko bywa przesłonięte. Ta świadomość ma w sobie coś kojącego. Uczy cierpliwości. Przypomina, że światło jest stałe, nawet jeśli nie zawsze widzialne.

Dziś, w drugim dniu meteorologicznej wiosny, stanęłam na szczycie tutejszej góry i zobaczyłam je w kształcie serca

Przez moment pomyślałam, że natura nie daje znaków przypadkowo. Może to tylko gra światła i wyobraźni. A może subtelne przypomnienie, że wybór światła jest zawsze wyborem życia.

Trwać w słońcu to nie znaczy unikać cienia. To znaczy pamiętać, dokąd się zwrócić, gdy cień staje się zbyt długi.




***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka