piątek, 26 czerwca 2026

Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVITym razem będzie o pierwszym zaćwierkoleniu, które miało być wielkie… a trochę się rozmyło. O Gieni, której nie da się zapomnieć — nawet gdyby się bardzo chciało. O dorastaniu, które wcale nie jest takie proste, zwłaszcza kiedy przeszkadzają w nim sukienki i różne dziwne części garderoby. I o jednym gwizdnięciu, przez które prawie ruszył nie tylko pociąg, ale i całe nasze spokojne życie…


Z początkiem roku 1964 przyjechała do nas w odwiedziny ciocia Karola, siostra tatusia ze Zbaraża. Fajna jest, lubię ją. Ciągle się śmieje. Dużo też opowiada o swoim i tatusia życiu tam — w dawnej Polsce.

Przywiozła też sporo zdjęć z tamtego okresu. Jedno, z 1938 roku, spodobało mi się najbardziej… Oto ono:



Widać na nim ciocię Karolę, starszego brata tatusia — stryjka Władka, no i oczywiście tatusia.

Uśmiałam się bardzo z tatusia, bo zabawnie na tym zdjęciu wygląda. Taki mały i z poważną miną. Opowiadał, że miał wtedy 14 lat i był już uczniem pierwszej klasy Gimnazjum Kupieckiego.

Na zdjęciu brakuje najstarszej siostry — cioci Rozalii, bo akurat wtedy wyjechała do Kanady, gdzie, jak się później okazało, została już na stałe.

Czas leci nieubłaganie i z końcem wiosny przyszedł czas na wakacje… Hurra! Zaraz na ich początku wyjechałam na kolonie do Szczecina-Dąbia.

Że co? Że dwa lata temu, po tej mojej — dramatycznej — pierwszej kolonii w Żmigrodzie, zarzekałam się, że już nigdy na żadną kolonię nie pojadę?

A nie, to nie całkiem tak było. Ja się zarzekałam, że na żadne kolonie nie dam się już wysłać, ale na tę kolonię to ja sama — dobrowolnie i z wielką ochotą — chciałam jechać. A to jest przecież duża różnica. Bo co innego przymus, a co innego własna, nieprzymuszona wola… Mam rację? No!

Ale też i zasłużyłam sobie, bo znów dostałam świadectwo z czerwonym paskiem. A wiadomo — nikt za darmo takiego świadectwa nie dostaje. Trzeba było się uczyć.

Tak że po wyczerpującym roku szkolnym w klasie VI, z wielką ochotą, przemierzając całą Polskę z południa na północ, „wylądowałam” prawie że nad morzem... Był też jeszcze jeden powód tej mojej „ochoty”, ale o nim — sza!



Na tym zdjęciu jestem wraz ze swoją grupą na jednodniowej wycieczce w Świnoujściu. Kierownictwo kolonii zorganizowało ją specjalnie po to, żebyśmy mogły posmakować słonej wody, a nie tylko zachłystywać się słodką z Jeziora Dąbie.

Pozujemy więc do pamiątkowego zdjęcia… Wszystkie jesteśmy w tym samym wieku — 13 lat, oprócz wychowawczyni oczywiście, która stoi pośrodku w czarnym stroju.

Pięknie jesteśmy rozwinięte, co nie? Jedne wprawdzie mniej, inne nieco więcej — jedne już mocno „biuściaste”, innym dopiero coś tam „kiełkuje”, tak jak mi. Ale piękne jesteśmy wszystkie. Nieprawdaż?

Dlaczego ustawiłam się akurat koło „grubaśnej” Gieni? Bo ja Gienię bardzo lubię. Ma takie specyficzne poczucie humoru…

A może też dlatego, że podświadomie wyczuwałam, iż przyjdzie mi Genię zapamiętać na całe życie.

Dlaczego? Otóż dlatego, że Gienia w pociągu, w drodze powrotnej z kolonii, zamknęła drzwi ubikacji razem z moim serdecznym palcem prawej ręki, spłaszczając go całkowicie. Chyba „ku pamięci”. Żebym zawsze o niej pamiętała… I tak jest istotnie.

Pamiętam ją bardzo dobrze! Bo ból był niemiłosierny i długo trwający — łącznie z odpadnięciem paznokcia.

Mój palec do dziś jest o wiele szerszy od pozostałych. Więc kiedy tylko spojrzę na swoją rękę — Gienię mam przed oczami. I to na całym polu widzenia.

No ale z tym moim dojrzewaniem, jako dziewczynki, wcale aż tak źle nie jest. Popatrzcie sami. Zaczynam dojrzewać całą parą. Aż taką, że…

Okay, okay — przyznam się już i to bez bicia, że po raz pierwszy się „zaćwierkoliłam”. A oto właśnie obiekt mojego zaćwierkolenia — Franek…



O rany, zapomniałam, jak ma na nazwisko… Hmm… czyżby to moje „zaćwierkolenie” było jednak tylko powierzchowne, skoro jego nazwisko wyleciało mi z głowy? Tak czy inaczej — wtedy czułam, że było mocne.

Na zdjęciu widać, jak wracamy stateczkiem wycieczkowym ze Świnoujścia do Szczecina. Koniecznie musiałam mieć pamiątkowe zdjęcie z Frankiem, więc poprosiłam pana fotografa o pstryknięcie. On wcale nie musi wiedzieć, o jaką pamiątkę mi chodzi…

— „Jolka, kurka wodna, odsuń się trochę od obiektu moich westchnień!” — w myślach, rozgorączkowana, wściekam się na koleżankę… Ale jednocześnie jestem rozpromieniona jak anioł w niebie.

Jolka w końcu dała sobie spokój z podrywaniem mojego „obiektu”. Dobra z niej koleżanka. Dlatego już po powrocie z kolonii często przebywałyśmy razem.

Pozwalam” jej nawet zrobić sobie zdjęcie razem ze mną… panną w kapeluszu…



A co! Mintek powoli staje się dziewczyną. Rodzice nie mają już wyjścia i muszą się z tym faktem pogodzić…

Trzeci dziurawiec zaczął nabierać dziewczęcych kształtów. I już nijak nie da się tego procesu zatrzymać.

A ten kapelusz to mój projekt i wykonanie. Ha, nawet warkoczyki sobie zaplotłam. Sukienkę mam nieco starszą, ale — na moją wyraźną i dość dokuczliwą prośbę — została przez mamusię trochę „podrasowana”.

No bo jak to tak? Tę sukienkę mamusia uszyła mi, kiedy miałam 11 lat, a wtedy byłam jeszcze dzieckiem. A teraz przecież jestem już panienką. Panienką jak się patrzy…

Choć czasami żałuję, że już tak bardzo nie wypada mi łazić po drzewach. Nie, przestać nie przestałam, ale w sukience muszę bardziej uważać, żeby mnie ktoś z dołu nie podglądał. Chociażby dlatego, że często zdarza mi się — dla własnej wygody — nie zakładać latem pewnej części garderoby. A to już dodatkowy stres — tak ciągle uważać i uważać.

Nie wiem czemu, ale nie lubię ograniczeń. Żadnych. Widocznie już tak mam. Lubię czuć wolność i swobodę pod każdym względem. Wkurzają mnie zwłaszcza niektóre części garderoby, które uważam za zbędne.

Chociaż — nie wiedzieć czemu — ostatnio zaczęły mnie pociągać staniki. Niewygodne to-to jak cholera, a jednak!

Jeden taki podprowadziłam nawet starszej siostrzyczce Lodzi i czasami go zakładam. Po kryjomu — ma się rozumieć. A kiedy jeszcze wypycham miseczki watą, to kryję się szczególnie.

No ale kiedy wybieram się na wcześniej zaplanowaną z chłopakami zabawę w podchody, to już zawsze jestem ubrana — jak trzeba — i żadnego stanika, broń Boże, nie zakładam.

Bo jak już mówiłam, lubię czuć się swobodnie. A żeby się tak czuć, muszę czuć się tak, jak do tej pory się czułam.

O rany, ale się „zakałapućkałam” z tym czuciem! No ale myślę, że można to zrozumieć — bo to przecież proste: żeby się dobrze czuć, lepiej nie wprowadzać nagle żadnych nowości i nie mieszać sobie w odczuciach.

Och, już dobrze — kończę z tym „czuciem” i opowiadam dalej… Zaraz… a o czym to ja chciałam powiedzieć? Aha — o podchodach.

A więc jeżeli chodzi o podchody, to najczęściej bawimy się w nie koło starej parowozowni. Przygotowując się do nich, muszę szczególnie zwracać uwagę na swój ubiór. Żaden ciuch nie może krępować mi ruchów, bo tam trzeba być podwójnie szybką — i przed pociągami czasem zmykać, i przed szukającymi w podchodach.

Chociaż, szczerze mówiąc, po ostatnim wydarzeniu na torach wolimy się tam przez jakiś czas nie pokazywać.

Wszystko przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo żaden z chłopaków nie umie tak głośno gwizdać jak ja i zawsze wysyłają mnie na zwiady…

No dobrze, przyznam szczerze — sama lubię być zwiadowcą, bo bardzo mnie to kręci.

Tak więc na ostatnich podchodach, jako zwiadowca, przemykałam po torach i jednocześnie dawałam znaki chłopakom, żeby powoli podchodzili we wskazanym przeze mnie kierunku.

Te lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły, tylko stały sobie w najlepsze ukryte za murkiem parowozowni.

Wkurzyłam się nie na żarty i niewiele myśląc, głośnym, przeciągłym gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca.

Za moment okazało się jednak, że nie tylko ich ruszyłam, ale również maszynistę pociągu towarowego stojącego na bocznicy.

O niech to dunder świśnie! Ale żeśmy zaczęli uciekać, kiedy pociąg nagle ruszył. Na łeb na szyję! Mało żeśmy nóg nie pogubili.

Wystraszeni schowaliśmy się w kanale parowozowni i, szczękając zębami ze strachu, czekaliśmy, aż pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu, pisku ani łoskotu jednak nie było słychać.

Po chwili usłyszeliśmy za to potworną kłótnię między maszynistą a przetokowym. Maszynista wyzywał przetokowego, że gwiżdże jak idiota, choć zwrotnicy jeszcze nie przestawił, a przetokowy wyzywał maszynistę, że to w jego pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże…

I takie tam różne rzeczy sobie przerzucali. W końcu sobie do gardeł skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni.

A my, z przerażeniem spoglądając po sobie w tym brudnym i śmierdzącym kanale, w końcu nie wytrzymaliśmy napięcia.

Kiedy ta dwójka kolejarzy szamotała się już na dobre, wyrwaliśmy z kanału jak wystrzeleni z katapulty i czym prędzej opuściliśmy ten nasz niebezpieczny z nagła plac zabaw.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.



Niech żyją wakacje!...

 


Gdy zakwitają akacje — zaczynają się wakacje... Hurra! — już zakwitły. A skoro tak, wołajmy: Hej, hej – wakacje już są! Dzwonek milknie, lato gra. Zaczynamy wakacyjną przygodę — wiersz w obrazie.


czwartek, 25 czerwca 2026

Śladami sztuki i pamięci — wystawa Ewy Kuryluk w oczach mojej wnuczki

Od 15 kwietnia do 30 czerwca w Warszawie, w przestrzeniach Teatru Wielkiego — Opery Narodowej oraz w Oknie na Kulturę, prezentowana jest wyjątkowa wystawa prac Ewy Kuryluk — artystki o międzynarodowej renomie, jednej z najważniejszych postaci polskiej sztuki współczesnej.

Piszę o tej wystawie nie tylko z potrzeby podzielenia się jej artystyczną rangą, lecz także z powodów bardziej osobistych. Nieraz już wspominałam o Ewie — zawsze z dumą. Łączą nas bowiem rodzinne więzi: nasi ojcowie byli kuzynami pierwszego stopnia, a nazwisko Kuryluk nosiła również moja babcia. Te subtelne nici pokrewieństwa sprawiają, że każda informacja o Jej twórczości wybrzmiewa we mnie szczególnie.

Kilka dni temu wystawę tę odwiedziła moja wnuczka. Jej spojrzenie — świeże, uważne i pełne wrażliwości — stało się dla mnie wielkim przeżyciem.

Z przejęciem opowiadała o kolejnych salach, o obrazach, które zatrzymują czas, o atmosferze miejsca, w którym sztuka zdaje się mówić własnym, cichym językiem.

Na bieżąco przesyłała mi fotografie i krótkie wiadomości, jakby nie chciała utracić ani jednej chwili tego spotkania.

Wieczorem doszło do wydarzenia, które nadało temu dniu wymiar jeszcze bardziej osobisty — spotkały się u Ewy, w jej warszawskim domu. Artystka na co dzień mieszka w Paryżu, lecz w Warszawie wciąż obecny jest jej dom rodzinny — przestrzeń pamięci, zakorzenienia i powrotów.

To właśnie tam rozmowa mogła wyjść poza ramy wystawy, stając się spotkaniem dwóch wrażliwości — dojrzałej i dopiero kształtującej się.

Potem był wspólny spacer i kolacja w centrum Warszawy — chwile proste, a zarazem znaczące, kiedy sztuka przestaje być tylko oglądana, a zaczyna być przeżywana.

Moja wnuczka wróciła do Niemiec głęboko poruszona. W jej słowach pobrzmiewał nie tylko zachwyt, lecz także coś więcej — rodzaj wewnętrznego przebudzenia.

Powiedziała, że Ewa stała się jej idolką na całe życie. Może tym mocniej, że sama również maluje i w tej sztuce zaczyna odnajdywać własny głos.

I myślę, że właśnie w tym — w takim cichym przekazywaniu wrażliwości, w spotkaniu pokoleń poprzez sztukę — kryje się najgłębszy sens tej wystawy.


Zachęcam do bliższego spotkania z twórczością Ewy Kuryluk, opisaną krótkim zarysem na stronie e-teatr.pl:

https://e-teatr.pl/warszawa-wystawa-prac-ewy-kuryluk-w-galerii-opera-68086


Oto kilka zdjęć z wystawy Ewy w wykonaniu wnuczki:







A temu obrazowi Ewy, wnuczka — wysyłając do mnie — nadała tytuł: „Queen”.


Zrozum, zanim osądzisz...



To jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających cytatów dotyczących empatii. Idealnie oddaje istotę zrozumienia drugiego człowieka i przypomina, jak zgubne bywają pochopne, powierzchowne osądy — tekst w obrazie.


środa, 24 czerwca 2026

Gigant wiary czy pomnik próżności?

Pod Toruniem, w niewielkiej wsi Konotopie (zaledwie 120 mieszkańców), powstaje największy w Europie pomnik Matki Boskiej. Ma mieć aż 55 metrów wysokości — czyli więcej niż słynny Chrystus w Rio de Janeiro (38 m) czy ten w Świebodzinie (36 m).

Budowa ruszyła jesienią 2024 roku, a uroczyste odsłonięcie zaplanowano na 15 sierpnia. Koszt? Bagatela — od 70 do 80 milionów złotych.

Całość finansuje prywatnie polski miliarder Roman Karkosik wraz z żoną. Pomnik ma być wotum wdzięczności. I tu pojawia się pytanie, które nie daje mi spokoju: wdzięczności za co? Za ogromny majątek? Za życiowe powodzenie?

Nie ukrywam — ta skala robi na mnie raczej wrażenie groteskowe niż wzniosłe. Bo czy naprawdę ktoś wierzy, że im większy pomnik, tym więcej dobra pojawi się w ludziach? Że wierni staną się lepsi, a niewierni nagle się nawrócą? Szczerze mówiąc — wątpię.

Gdyby istniał choć cień szansy, że takie inwestycje realnie zmieniają ludzi na lepsze, byłabym pierwsza do ich popierania. Naprawdę.

Ale historia pokazuje coś zupełnie innego. Ludzie nie stają się lepsi od wielkich symboli. A patrząc na to, co dzieje się dziś na świecie — mam wrażenie, że bywa wręcz odwrotnie.

Rozumiem natomiast samą motywację fundatorów. Chęć pozostawienia po sobie śladu, czegoś trwałego, co przetrwa pokolenia — jest przecież bardzo ludzka. Mając takie środki, można rzeczywiście „zapisać się” w historii. Może nawet kiedyś — kto wie — w legendzie.

Tylko czy taki pomnik realnie pomoże komukolwiek, kto zmaga się z codziennymi problemami? Czy przyniesie ulgę ludziom biednym, zagubionym, wykluczonym? Tu również mam swoje wątpliwości.

I może właśnie o to chodzi w całej tej historii — nie o wysokość pomnika, ale o pytanie, co naprawdę czyni świat choć odrobinę lepszym miejscem.

Bo może problem nie leży w tym, jak wielkie pomniki budujemy, ale w tym, jak mało zmieniamy się sami.


(fot. Justyna Wojciechowska-Narloch)


A Wy jak uważacie — czy takie monumentalne symbole naprawdę mają moc zmieniania ludzi, czy to tylko efektowna iluzja?


Lustro bez odbicia...



Refleksje nad życiem i zarazem próba generalna istnienia... Człowiek jest tym, co odważy się uznać za sens — tekst w obrazie.