niedziela, 5 lipca 2026

Cisza ponad krzykiem

Ile dziecięcych krzyków potrzeba, by cisza nieba przestała być wymówką? To pytanie człowieka, który przestaje rozumieć milczenie Boga.


Boże, jeśli jesteś —
gdzieś ponad chmurami,
ponad krzykiem świata —
i patrzysz na nas z wysokości milczenia,
powiedz: dlaczego?
Dlaczego dzieci płaczą,
zanim nauczą się śmiać?
Dlaczego ich dłonie, tak małe,
muszą zasłaniać twarze przed ciosem?
Czy ich nie kochasz?
Czy ich głos do Ciebie nie dociera?
A może milczysz —
bo łatwiej milczeć niż odpowiedzieć?
Bo przecież widzisz —
widzisz, jak gasną w ciemnych domach,
jak ich ufność rozrywana jest na strzępy,
jak modlitwy, szeptane nocą,
opadają bez echa.
Widzisz, jak uciekają —
przed ogniem, przed strachem, przed ludźmi,
którzy zapomnieli, czym jest serce.
Jak tracą wszystko,
zanim zdążą cokolwiek mieć.
Widzisz, jak świat odbiera im dzieciństwo,
dzień po dniu, oddech po oddechu.
Jak zostają same —
wśród ruin, wśród ciszy, wśród dymu.
A jednak pozwalasz,
by ci, którzy krzywdzą, wciąż oddychali —
gdy one już nie mogą.
Więc pytam Cię, Boże —
nie jako buntownik,
nie jako sędzia —
lecz jako człowiek, który nie rozumie:
dlaczego?



Bo jeśli Bóg milczy, kto odpowie za ich ból?... To jest najdelikatniejsze zdjęcie z wojny, jakie w internecie udało mi się znaleźć.


Zapach lipca zamknięty w kubku

Są takie chwile, które chce się zatrzymać na dłużej. Kwiat lipy, ciepłe powietrze i cisza letniego popołudnia. Można je zabrać ze sobą – wystarczy odrobina uważności.


Lipiec przychodzi cicho. Z ciepłem na skórze, dłuższym światłem i zapachem, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym...To zapach lipy.

Unosi się w powietrzu miękko, jakby bez wysiłku. Wystarczy zwolnić krok, zatrzymać się na chwilę pod drzewem, zamknąć oczy. Wtedy czuć go najlepiej – słodki, kojący, trochę jak wspomnienie czegoś dobrego.

Może właśnie dlatego od lipy pochodzi nazwa tego miesiąca. Lipiec jednak nie trwa długo. Przemija tak, jak wszystko, co najpiękniejsze – trochę za szybko. Dlatego warto być uważnym. Zauważyć moment, w którym lipa kwitnie. I zabrać jego cząstkę ze sobą na później.

Zbieranie kwiatów lipy to mały rytuał. Najlepiej w suchy, ciepły dzień. Bez pośpiechu. Z myślą o zimie, która kiedyś przyjdzie.

Potem suszenie. Cisza. Papierowe torebki. Proste gesty, które mają w sobie coś uspokajającego.

A zimą – kubek ciepłego naparu. Zapach lata zamknięty w dłoniach. Chwila dla siebie.

Lipa daje więcej, niż się wydaje. Wspiera ciało, kiedy przychodzi przeziębienie. Rozgrzewa, pomaga się wyciszyć, otula od środka. Ale daje też coś trudniejszego do nazwania – poczucie spokoju.

Może dlatego tak dobrze ją pamiętam z dzieciństwa. Parzoną przez mamę, kiedy byliśmy chorzy. Obecną gdzieś w tle codzienności. Naturalną, oczywistą.

Dziś jej zapach wydaje się delikatniejszy. A może to my rzadziej się zatrzymujemy?

Herbata z własnoręcznie zebranych kwiatów smakuje inaczej. Pełniej. Prawdziwiej. Jakby było w niej coś więcej niż tylko roślina.

Może właśnie dlatego warto co roku wracać pod lipę. I przypominać sobie, że nie wszystko musi być szybkie.

Na koniec zostają słowa, które wciąż brzmią tak samo dobrze: „Dobrodziejstwa herbaty z lipy – to nie lipa”.



sobota, 4 lipca 2026

Czerwony nos i poważne sprawy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVII Tym razem będzie o nosie, który czerwienieje w najmniej odpowiednich momentach i zdradza więcej, niż bym chciała. O tym, że pierwsze zauroczenia potrafią się ciągnąć dłużej, niż powinny. O procesjach, w których nie wszystko jest takie święte, jak wygląda. I o decyzjach, które niby są nasze… a jednak nie do końca.


Mam już trzynaście i pół roku. A to moje zdjęcie z ostatniej legitymacji szkolnej w podstawówce.



No dobra, dobra — proszę się nie śmiać! Wiem, że grzywkę mam taką, jakby mi ją koń obgryzł. Ale to Danka, moja koleżanka z sąsiedztwa, tak szkaradnie ją „opitoliła”.

Do zdjęcia bardzo się stroiłam, ale co z tego, skoro wyszłam na nim jak ostatnia leluja. Nie dość, że grzywka wygląda okropnie, to jeszcze widać na nim mój czerwony nos.

Niby to nic dziwnego, bo jest zima, więc na dworze zimno, a kiedy szłam do fotografa, zmarzłam okrutnie. U fotografa niestety się nie zagrzałam, bo i w jego pracowni było prawie tak samo zimno jak na dworze.

Niby nic dziwnego? A jednak — bo mój nos czerwienieje nie tylko z zimna. Och, jak ja nie cierpię tego swojego kinola… czerwonego kinola.

Że co, kiedy jeszcze nos może czerwienieć? Wiem, wiem — z gorąca na przykład. A muszę przyznać, że z gorąca mój wstrętny nos czerwienieje jeszcze „piękniej”. Kiedy się zgrzeję albo jem coś gorącego, na przykład rosół.

Mało tego — kiedy się zdenerwuję albo czegoś boję, też. Tak że świadectwo mojego stanu psychicznego również maluje się na nosie… na czerwono oczywiście. I od razu czuję w tym miejscu gorąco, a wtedy robi mi się wstyd, że wszyscy to widzą — i nos czerwienieje jeszcze bardziej.

O kurczę pieczone, jak ja się wstydzę tego mojego nosa. Kiedyś, po zjedzeniu pysznego niedzielnego rosołu, spojrzałam w lustro i aż się wystraszyłam.

Jak myślicie, dlaczego? Ano dlatego, że mój kinol wyglądał jak pomidor! Byłam załamana, bo jeśli tak ma wyglądać dojrzewanie, to ja wolę zostać dzieckiem na zawsze.

Ale że nie leży to w mojej naturze, żeby dłużej niż trzy dni tkwić w takim stanie, postanowiłam działać. Natychmiast złapałam mamusiną „Przyjaciółkę” i napisałam do kącika porad z prośbą o pomoc w tej mojej wstydliwej, nosowej sprawie.

Jaka byłam szczęśliwa, kiedy po paru tygodniach znalazłam w czasopiśmie odpowiedź laryngologa, który radził mi unikać ciepłych potraw i codziennie przed snem smarować nos maścią ichtiolową.

Chyba ze sto razy czytałam ten „przyjaciółkowy” kącik porad i czułam, jak rozpiera mnie duma, że rubryka pt. „Lekarz radzi” dotyczyła właśnie mnie i mojego problemu.

Jak uskrzydlona pobiegłam do apteki po maść. A zasuwałam, że ho, ho — jakbym co najmniej biegła za siedem gór i rzek po zaczarowany eliksir.

Wcierałam to świństwo — o, przepraszam — ten zaczarowany eliksir w mój narząd powonienia codziennie, i to przez parę miesięcy.

Niestety, eliksir okazał się tylko śmierdzącym świństwem, bo z moim nosem nic się nie zmieniło. Jak był czerwony w tych szczególnych okolicznościach — tak został. O kurza twarz, jak ja nie cierpię tego mojego nochala!

Dobrze, że przyszła już wiosna — to przynajmniej jeden powód jego czerwienienia odpadnie.

Jest akurat oktawa po Bożym Ciele i codzienne procesje wokół kościoła. Kiedy byłam mała, sypałam kwiatki, ale teraz wiekowo awansowałam i — jako jedna z szóstki dziewcząt — mogę nosić figurę Matki Boskiej.



Tyle że oczywiście znów zaczęła się rywalizacja między dziewczynami o to, której pierwszej uda się „zagarnąć” figurę dla siebie. I ta głupia rywalizacja też mi się na początku udzieliła.

Może to przez to ciągłe jeszcze „zaćwierkolenie” we Franku — bo on jest bardzo ważnym ministrantem i do tego bardzo ładnie śpiewa. A w procesji idzie zaraz za proboszczem i jego śpiew cały czas się słyszy.

Jeśli to prawda z tym przedłużonym działaniem „zaćwierkolenia”, to muszę przyznać, że to uczucie jest gorsze niż zaraza… Bo już dawno powinnam o Franku zapomnieć — dwulicowości nie cierpię od zawsze, a Franek właśnie taki jest. W kościele gra aż nazbyt pobożnego, a poza nim czasami diabeł z niego wyłazi.

W końcu jednak odpuściłam, bo doszłam do wniosku, że Matka Boska nie zasłużyła sobie na takie przepychanie pod swoją figurą… I przez ostatnie dni w ogóle na procesje nie chodziłam.

Za co oczywiście dostawałam burę od mamusi, ale wolałam to niż takie zachowanie przed każdą procesją.

Był jeszcze jeden powód, dla którego odechciało mi się procesji. Otóż niezbyt miło szło mi się za naszym — w ozłoconym stroju, z hostią w ręku, pod baldachimem świętości — ordynarnym i wiecznie zapijaczonym proboszczem.

A tak swoją drogą, nieustannie zadziwia mnie to, że w naszym miasteczku życie toczy się wokół kościoła. Gdyby przez to ludzie stawali się lepsi, to bym to zrozumiała, ale zauważam, że wcale tak nie jest.

Bo ci, którzy na co dzień nie są mili, po wyjściu z kościoła pozostają tacy sami. Mimo że w środku pchają się zawsze najbliżej ołtarza.

Taki na przykład jeden pan z sąsiedniej ulicy — zawsze nas, dziewczynki, brzydko zaczepia słownie, kiedy tylko nas zobaczy. Na szczęście tylko tak, bo nie ręczę za siebie, w co bym go kopnęła, gdyby wystartował do nas z łapami…

A w kościele, przy wszystkich świątecznych okazjach, zawsze kroczy przy księdzu jako jego najważniejsza „obsługa”… obłudnik jeden!

Wnet skończę czternaście lat. Czuję się już prawie dorosła. Wiem, wiem — że „prawie” robi dużą różnicę, ale jakoś tak poważniej zaczęłam patrzeć na wszystko, co mnie otacza. Może też przez to, że w maju zdałam egzamin do Technikum Ekonomicznego.

Moim małym braciszkiem również chętnie się zajmuję — i już tak bardziej odpowiedzialnie. Chodzę z nim na długie spacery do parku albo nad rzekę, kiedy jest ciepło. A Wojtuś bardzo to lubi. Ma już trzy latka i pięknie nam rośnie — mądry i radosny z niego chłopczyk.



A jeśli chodzi o sam egzamin do technikum, to choć zaliczyłam go celująco i bez problemu — z czego jestem dumna do dziś — wcale nie był taki łatwy. Oj, nie! Bo skoro byłam aż tak wystraszona i niewiele zapamiętałam z jego przebiegu, to znaczy, że łatwy być nie mógł.

Utrwaliły mi się tylko dwa epizody. Ale za to bardzo dokładnie. Pamiętam panią od języka polskiego, profesor Piasecką — jak siedzi bokiem przy biurku, z nogą założoną na nogę, i opiera łokieć o blat. Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu i w końcu, podrzucając nogą, każe mi napisać na tablicy (śmiesznie zielonej, nie czarnej), jak się odmienia słowo „postać”.

Jak dziś pamiętam, że ku jej zadowoleniu — a mojemu szczególnie — napisałam poprawnie: „postaci”, a nie „postacie”, jak większość wtedy mówiła. Choć później, o dziwo, obie formy stały się poprawne.

Drugi epizod związany był z geografią. Profesor Przybysławski, z bardzo groźną miną, kazał mi na mapie świata wskazać Wietnam i jego stolicę.

Wskazałam — i to poprawnie. Mina profesorowi nieco złagodniała, a nawet lekko się uśmiechnął.

Ot i cały egzamin. To znaczy — nie cały, ale tylko tyle z niego zapamiętałam. Widocznie stres był tak silny, że wszystko inne z głowy mi wywiało. Ale najważniejsze, że zdałam i dostałam się do technikum.

Choć potem, kiedy tatuś się dowiedział, okazało się, że mogłam w ogóle nie zdawać egzaminu — bo miałam świadectwo „z góry na dół bardzo dobre”. Zabrakło tylko czerwonego paska, co — jak się później okazało — było niedopatrzeniem kierownika szkoły.

Dobrze, że dowiedziałam się o tym dopiero po egzaminie, a nie przed, bo byłabym wściekła jak sto diabłów.

Tym bardziej że zdawałam do tego technikum nie z własnej woli, tylko z przymusu.

Bo tak naprawdę przez całą siódmą klasę wybierałam się do Technikum Chemicznego, bo chemia bardzo mi się spodobała.

Ale kiedy przed złożeniem papierów byłam z mamusią na obowiązkowych badaniach psychotechnicznych, lekarz stwierdził u mnie wrodzoną wadę serca (czego później żaden inny lekarz nie potwierdził) i kategorycznie odradził posyłanie mnie do szkoły chemicznej.

Dlatego ostatecznie — z wielkim bólem serca — złożyłam papiery do Technikum Ekonomicznego. I to wcale nie z powodu jakiejś tam wady serca. Tylko żalu w sercu.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Magia jeziora…

 



Jezioro, plusk fal, szelest liści na drzewach — spokój. Myśli krążą po bezkresie nieba... Jest błogo — tekst w obrazie.


piątek, 3 lipca 2026

Pisowscy katolicy lubują się w moralizowaniu... Rzecz o hipokryzji...



* Rzecz o hipokryzji, czyli o postawie charakteryzującej się jaskrawą rozbieżnością między głoszonymi wartościami a własnym postępowaniem. Polega na publicznym wymaganiu od innych przestrzegania zasad moralnych, których samemu się nie stosuje — wiersz satyryczny w obrazie.

A co do tego „odwiecznego kawalera” — broń Boże nic nie sugeruję. Po prostu słucham, czytam, oglądam… a skojarzenia same się nasuwają ;) Nieważne jakie — ważna jest hipokryzja „rzeczonych”, którą zamiast się oburzać, lepiej obśmiać... I to zdrowo! ;)


Mikrokosmos życia

Tuż obok nas istnieje świat, którego na co dzień nie dostrzegamy — pełen ruchu, zależności i ukrytego piękna. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, by zobaczyć, jak wiele życia mieści się w najmniejszej skali.


Przyroda jest główną bohaterką moich zdjęć. Jej piękno nieustannie mnie zachwyca — jest dla mnie niewyczerpanym źródłem zdumienia, inspiracji i radości życia.

Patrząc przez obiektyw, zatrzymuję w kadrze rośliny i drobne istoty, których misterną budowę trudno dostrzec gołym okiem.

Najbardziej lubię ten moment ciszy i napięcia, kiedy podłączam aparat do komputera i po raz pierwszy oglądam wykonane zdjęcia. To chwila odkrycia — jakby nagle odsłaniał się przede mną świat dotąd ukryty. Bywa, że dopiero na ekranie dostrzegam owady tak maleńkie, że wcześniej pozostawały niewidzialne.

Od wieków człowiek toczy z owadami cichą, bezrefleksyjną walkę. Niszczy je często bez zastanowienia — jakby ich istnienie było jedynie przeszkodą. Rzadko pojawia się pytanie: czy przynoszą więcej dobra, czy szkody? Jeszcze rzadziej — czy potrafią cierpieć.

Tymczasem badania pokazują, że te niewielkie stworzenia posiadają zadziwiająco rozwinięty układ nerwowy. W ich mikroskopijnych ciałach kryje się ogromna złożoność, która przez tysiąclecia pozwoliła im przetrwać i opanować niemal każdy zakątek Ziemi.

Ich różnorodność zdumiewa. Kształty, kolory, struktury — czasem tak niezwykłe, że przywodzą na myśl istoty z innych światów. A jednak są tu, tuż obok nas, wpisane w codzienność, której często nie zauważamy.

W ich świecie najważniejszym językiem są zapachy. Feromony — niewidzialne, ulotne sygnały — prowadzą je, ostrzegają, przyciągają. To dzięki nim orientują się w przestrzeni i odnajdują siebie nawzajem, pozostawiając ślady, które dla innych pozostają tajemnicą.

Owady odgrywają w przyrodzie rolę nie do przecenienia. Wśród nich są zarówno sprzymierzeńcy człowieka, jak i jego przeciwnicy. Ich liczebność i zdolność rozmnażania sprawiają, że wpływają na świat w sposób potężny, choć często niedostrzegalny. Jedne budują, inne niszczą — wszystkie jednak są częścią tej samej równowagi.

Wiele z nich odnajduje swoje miejsce w kwiatach. Tam pracują — choć z naszej perspektywy wygląda to jak beztroskie przebywanie wśród barw i zapachów. Zapylając rośliny, współtworzą ciągłość życia.

Mijamy je codziennie. Rzadko zatrzymujemy wzrok na dłużej. Często budzą w nas niechęć, czasem lęk. Ale czy naprawdę jest się czego bać? Odpowiedź tkwi nie tyle w nich, ile w nas samych.

Bo świat roślin i owadów od dawna trwa w cichej współpracy — w symbiozie, która jest jednym z najpiękniejszych przejawów harmonii natury.



czwartek, 2 lipca 2026

Czy naprawdę jesteśmy sami? Dzień UFO to dobry moment, by zadać to pytanie

Od Roswell po współczesne relacje — temat UFO od lat budzi emocje, ciekawość i niedowierzanie. Może jednak jest w nim coś więcej, niż chcemy przyznać?


Dzisiaj — 2 lipca — obchodzimy Międzynarodowy Dzień UFO. To jedno z tych nietypowych świąt, które brzmią jak science fiction… ale wcale nim nie są.

Zostało ono zainicjowane w 2001 roku przez tureckiego badacza Hakana Akdoga, aby upamiętnić rocznicę słynnej i do dziś niewyjaśnionej katastrofy w Roswell, do której miało dojść na początku lipca 1947 roku w Nowym Meksyku.

To jednak nie tylko ciekawostka z kalendarza. To także świetny pretekst, żeby na chwilę zatrzymać się i pomyśleć o tajemnicach wszechświata. Bo może naprawdę nadszedł już czas, by poszerzyć swój światopogląd — a nawet „wszechświatopogląd”.

Zamykanie oczu i zatykanie uszu na dłuższą metę niewiele daje. Prędzej czy później może się okazać, że nie wszystko, czego uczono nas w szkole i co wpajały nam religie, było pełne i jednoznaczne.

Może więc lepiej spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co dzieje się w kosmosie — i, być może, ma wpływ na życie na Ziemi — zanim zostaniemy zaskoczeni nagłym „ujawnieniem”.

Bo przecież istnieje teoria, że istoty pozaziemskie odwiedzają naszą planetę od wieków, tylko z różnych powodów pozostają w ukryciu.

Trudno się temu dziwić — ich nagłe pojawienie się mogłoby przecież wywrócić do góry nogami cały porządek, jaki znamy.

Według niektórych relacji kontakt jednak już się zdarza — choć w bardzo subtelnej i tajemniczej formie. Mówi się nawet o zagadkowych znakach pojawiających się na ciele, które znikają samoistnie po kilkunastu dniach.

Co ciekawe, badacze UFO twierdzą, że w ostatnich latach takich przypadków jest coraz więcej. Przypadek? A może znak czasów? Zwłaszcza że nasza planeta mierzy się dziś z poważnymi zagrożeniami — od zmian klimatycznych po widmo konfliktów nuklearnych.

Może więc to dobry moment, by zamiast odrzucać niewygodne pytania, po prostu… zacząć je zadawać.