sobota, 6 czerwca 2026

Braciszek, radio i rzepakowe szaleństwo

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XIII — Tym razem będzie o… braciszku, który rośnie szybciej niż się da zauważyć, o radiu, które nie wytrzymało napięcia, i o hałdach rzepaku, które okazały się najlepszym placem zabaw świata. O tym, że czasem wystarczy chwila, żeby zwykły dzień zamienił się w małą katastrofę — i jeszcze większą przygodę.


Fajnego mam braciszka, co nie? Rośnie nam jak na drożdżach i już ma pół roczku. Nawet kuzynka Cesia przyszła do nas, żeby zobaczyć, ile już urósł.
Mówi, że dużo i że jest kochany. Terenia też go kocha… Zaraz, a gdzie Tereni warkocze? Aha, z początkiem wakacji wreszcie się ich pozbyła.


(zdjęcia — znów byle jakie. Hihi… ale wiadomo, to tatuś — fotograficzny antytalent je robił. Pokazuję je jednak, bo chcę się pochwalić pięknymi sukieneczkami, które nam wszystkim mamusia własnoręcznie uszyła. Na drugim zdjęciu również. Prawda, że zdolna jest?)


Nasz osobisty fryzjer, pan Idziak, ściął jej te nieszczęsne długie włosiska. I to mamusia sama ją do niego zaprowadziła. Na odczepnego, jak mówiła, bo Terenia długo jej dziurę w brzuchu o to wierciła. Prosiła, przekonywała i tłumaczyła na wszystkie możliwe sposoby.

Sypała też argumentami jak z rękawa: że ja mam od zawsze krótkie włosy, że Lodzia już od trzech lat takie ma, że tylko ona nie wiadomo po co nosi te warkocze i same kłopoty z nimi, że wpadają do zupy, że gnidy znów może z kolonii przywieźć jak w zeszłym roku… I tak w kółko, aż mamusia nie mogła już tego słuchać, więc w końcu zaprowadziła ją do fryzjera.

Och, jaka Terenia była szczęśliwa! Tak się cieszyła ze swojej nowej fryzury (podobnej do mojej zresztą), że w drodze powrotnej wypaplała mamusi naszą tajemnicę sprzed dwóch lat. No, o tej jej połówce warkocza odgryzionego przez Kazana.
Mamusia, o dziwo, wcale się nie zdenerwowała, tylko się śmiała. Ha, a to ci numer! A ja się tak długo męczyłam z trzymaniem tego w tajemnicy. No czy nie jestem głupia? Skoro mamusię to rozbawiło, to mogłam ją już dawno rozśmieszyć. Zawsze Terenia musi być lepsza… Kurka wodna!

Ale ja za to jestem lepszą niańką dla naszego malutkiego braciszka. Bo to ja jeżdżę z nim na spacery, bawię się z nim i usypiam go, kiedy mamusia musi wyjść z domu.



Raz jednak Wojtuś nie chciał zasnąć, a mnie śpieszno było wyjść z Baśką z sąsiedztwa na podwórko, więc końce koca przywiązałam do dwóch krzeseł i zrobiłam mu całkiem szykowny hamak.

Baśka siedziała na jednym krześle, ja na drugim i kołysałyśmy go… Radio, które widać na zdjęciu (tatuś mówił, że było bardzo drogie, bo miało jakąś węglową obudowę), grało cicho, aż nagle zaczęło trzeszczeć.

Wojtuś w ryk — więc podskoczyłam do niego i próbowałam go jakoś ustawić. Nie chciało przestać, więc walnęłam pięścią w pokrętło. Przestało… ale pokrętło wyleciało razem z szybką.

Wystraszona, natychmiast włożyłam pokrętło — jak trzeba — na miejsce, radio znów zaczęło grać i… trzeszczeć. Tak że wszystko wróciło do normy. Tylko szybki niestety nie udało mi się do stanu poprzedniego doprowadzić.

Wprawdzie udało mi się wybitym kawałkiem dziurę zakryć, lecz nie do końca. Byłam wściekła na to głupie radio. Nabluzgałam mu pod nosem, ile wlezie. Ale w końcu dałam sobie spokój i z naprawą, i z bluzganiem, gdyż zauważyłam, że Wojtuś w międzyczasie usnął.

Szybciutko przeniosłam go więc do łóżeczka i pognałam z Baśką na podwórko, zapominając o całej tej radiowej sprawie.

Dopiero tatuś mi o niej wieczorem przypomniał, bo dostałam burę jakich mało. Nie powiem, trochę się tą burą przejęłam, ale że akurat wróciłam do domu po wspaniałej zabawie i byłam od środka ciągle jeszcze rozbawiona, to jakoś szybko mi przeszło.

A byłam właśnie z Baśką i Jolką w cukrowni pozjeżdżać sobie z hałdy rzepaku... Że co? Że coś mi się pokręciło? Akurat! Nic mi się nie pokręciło i wiem, co mówię. Bo też nie pierwszy raz zjeżdżałam po hałdzie rzepaku w cukrowni.

Od paru już lat w czasie wakacji w cukrowni suszony jest rzepak. Ludzie muszą przecież mieć robotę cały czas, a nie tylko w czasie kampanii cukrowej. No!

Do cukrowni zwożą więc rzepak z każdej strony. I rolnicy furmankami albo traktorami — co bogatsi, i kierowcy dużymi autami, i kolejarze koleją. Tak że w czasie wakacji rzepaku jest w cukrowni od groma. W suszarni jest suszony, a potem zsypywany w ogromnej hali na dwie hałdy.

A hałdy te są ogromniaste. Wysokie po sam sufit hali. Pięknie wyglądają. Są czarne jak smoła i cieplutkie jak… jak… jak dach naszej małej obórki po Muńce.

No, no, tylko się nie śmiać! Wiem, co mówię, bo tysiące razy się na nim opalałam. Dach pokryty jest papą, która w upalny dzień nagrzewa się niesamowicie i bardzo długo jest ciepła. Nawet po zachodzie słońca jest jeszcze ciepła.

Przekonałam się o tym wiele razy, bo w tej obórce po Muńce urządziłam sobie wspaniały dzienny pokoik.

Rzepak w suszarni jest podobnie ciepły. Oj, przyjemniutko ciepły. No i jak tu takiego dobra nie wykorzystać, kiedy już wszyscy pracownicy cukrowni są w domach?

Grzechem by było, gdyby się nie wykorzystało. A ja grzeszyć nie lubię, więc wykorzystywałam. A ze mną Baśka i Jolka.

Zresztą tylko ja miałam takie szczęście, że mogłam wchodzić do cukrowni, kiedy chciałam. Portierzy na brzmienie mojego nazwiska od razu otwierali drzwi i wszystkie zabudowania stały przede mną otworem. Nie zastanawiałam się dlaczego — po prostu tak było. Więc i to trzeba było wykorzystywać, ile się da. A dawało się bardzo dużo.

W czasie kampanii cukrowej tyle się działo, tyle było do zwiedzania, tyle było do zjedzenia. I to nie tylko cukru w każdej postaci, czy melasy, ale różnych też pysznych różności, gdyż ludzie tam pracujący, chętnie mnie częstowali tym, co mieli do zjedzenia.

Teraz jest lato, kampanii nie ma i buraków cukrowych jeszcze nie zwożą, ale jest za to rzepak. Hałdy rzepaku. Czy ktoś wie, jaka to świetna zabawa może być na takiej hałdzie rzepaku? Ja wiem, bo sama tę zabawę wymyśliłam. I sama też nauczyłam moje koleżanki zjeżdżać ze szczytu hałdy.

A zjeżdżać można na wiele sposobów: na plecach, na pupie, na brzuchu, na nogach, przodem, tyłem, bokiem… Raz nawet chciałam na głowie zjechać, ale mało się nie udusiłam, bo głowa mi ugrzęzła w sypkim rzepaku po samą szyję, to dałam sobie spokój z takim akurat sposobem zjeżdżania. No ale spróbować trzeba było przecież. Bo kto nie próbuje, to nie wie, co można, a czego nie.

Jak już się ubawiłam po same pachy, zwijałam wtedy koleżanki z hałdy i przystępowałyśmy do wzajemnego otrzepywania się z rzepaku. Bo też rzepak miałyśmy wszędzie. We włosach, w ubraniach, w butach, i… we wszystkich dziurkach. Nawet nie będę ich wymieniać, zwłaszcza tej jednej, bo znów mi się przypomni, żem dziurawiec.

Najgorzej nam było wytrzepać rzepak z listew spódniczek. No bo też trudno się było do niego dostać, bez sprucia choćby kawałka listwy. A tego robić nie chciałyśmy, bo potem mogłybyśmy w domu oberwać… Zresztą i tak obrywałyśmy. Za co? Jak to za co? Za darmo!

No i może za tych „parę” ziarenek rzepaku, które w pralce — przy praniu naszych spódniczek — pływały potem na powierzchni wody, tworząc zawiesiste, tłuste plamy... Ale i to się jakoś przeżyło!


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


O naturze bycia...

 


To be is not to undersant, but not to cease to ask... Refleksja nad tym, co to znaczy istnieć. Bycie to nieustanny proces, w którym świadomość pozwala nam obserwować rzeczywistość, zadawać pytania i nadawać sens własnemu życiu.


piątek, 5 czerwca 2026

Dla tych, którym dziś najtrudniej żyć...

 


Żyje wśród nas wiele osób, dla których życie nagle straciło sens. Żyją z dnia na dzień, nie czując gruntu pod nogami, nie wiedząc, jak żyć. Żyją jak w malignie, zniewoleni problemami, dramatami, tragediami. Porażeni, sparaliżowani, zdruzgotani. Nieważne, z jakiego powodu — ważne, że trzeba im pomóc się odnaleźć i przekonać: że świat się jeszcze nie kończy, że jest po co żyć, że warto żyć, że każdego czeka jeszcze wiele dobrego. Musi tylko wstać, otrzeć łzy... i żyć! wiersz w obrazie.


Poczucie humoru czyni życie lżejszym

Czasem warto spojrzeć na życie z przymrużeniem oka. Wtedy staje się ono lżejsze, jakby mniej uparte w swoim ciężarze, a codzienność — odrobinę bardziej przyjazna.

Ludzie obdarzeni poczuciem humoru wiedzą o tym najlepiej. Potrafią w każdej sytuacji dostrzec coś nieoczywistego — cień absurdu, drobny szczegół, który wywołuje uśmiech. I tym właśnie karmią swój nastrój, nadając mu jasność.

Czy jednak potrafią rozbawić innych? To już zależy — od tych innych, rzecz jasna. Ci, którzy również noszą w sobie lekkość spojrzenia, podejmą tę grę bez trudu.

Uśmiech stanie się pomostem, a żart — wspólnym językiem. Niejeden dorzuci coś od siebie, jakby rozmowa była swobodną improwizacją.

Są jednak i tacy, do których żart nie trafia. Jakby omijał ich szerokim łukiem. Patrzą na świat poważnie, z twarzą nieruchomą, zamkniętą w surowym wyrazie. Dla nich wszystko zdaje się mieć tylko jeden wymiar — dosłowny, ciężki, niepodlegający grze.

A jednak nawet oni nie pozostają zupełnie poza zasięgiem humoru. Bo choć się nie śmieją, mogą się zatrzymać. Zastanowić. Może nawet dostrzec to, co dla innych jest źródłem żartu — i choć na chwilę spojrzeć na świat z innej perspektywy. Bo poczucie humoru nie zmienia życia. Ale bardzo zmienia to, jak się je przeżywa.



czwartek, 4 czerwca 2026

Wolność słowa… czy wolność chamstwa?

Coraz częściej mam wrażenie, że wolność słowa zaczyna znaczyć coś zupełnie innego, niż powinna. Zamiast rozmowy — krzyk. Zamiast argumentów — pogarda. Czy naprawdę o to chodziło?


Podobno żyjemy w czasach wolności słowa. Brzmi dumnie, prawda? Szkoda tylko, że coraz częściej ta wolność mylona jest z czymś znacznie prymitywniejszym — z prawem do bezkarnego chamstwa.

Bo czy naprawdę o to chodziło? Czy wolność słowa miała oznaczać nieustanne opluwanie wszystkich i wszystkiego, byle głośniej, byle dosadniej, byle bardziej wulgarnie? Patrząc na to, co dzieje się w przestrzeni publicznej — można mieć poważne wątpliwości.

Chamstwo przestało być wstydliwe. Dziś jest obecne wszędzie — w języku debaty, w internecie, na ulicy. Rozgościło się na dobre i, co gorsza, wielu uznało je za przejaw szczerości. Bo przecież „mówię, jak jest”. Problem w tym, że to „jak jest” coraz częściej oznacza po prostu brak elementarnej kultury.

Szczególnie wyraźnie widać to wśród młodych. Wulgarność, bezczelność, pogarda — nie jako wyjątek, lecz jako codzienny sposób komunikacji. Oczywiście najłatwiej byłoby wzruszyć ramionami i powiedzieć: „takie czasy”. Tylko że czasy nie biorą się znikąd. Za każdym pokoleniem stoi poprzednie.

To dorośli stworzyli świat, w którym granice się rozmyły, a wymagania zastąpiono pobłażliwością. To oni nauczyli — często nie słowem, lecz przykładem — że wszystko wolno, a konsekwencje są sprawą drugorzędną.

Demokracja miała być fundamentem wolności. I jest — ale wolność bez odpowiedzialności szybko zamienia się w karykaturę samej siebie. W wygodne alibi dla krytykowania wszystkiego i wszystkich, bez potrzeby refleksji, bez próby zrozumienia.

A autorytety? Kiedyś były punktem odniesienia. Dziś coraz częściej są obiektem drwin albo — co gorsza — obojętności. Znikają nie tylko dlatego, że bywają zawodne, lecz także dlatego, że przestaliśmy ich potrzebować. Łatwiej żyć bez punktów odniesienia — choć trudniej wtedy mówić o jakichkolwiek wartościach.

Bo wartości również gdzieś po drodze się rozmyły. Nie zniknęły nagle — raczej powoli się starły, jak moneta przechodząca z rąk do rąk, aż w końcu przestała być czytelna.

I tak dochodzimy do miejsca, w którym wszystko wolno powiedzieć, ale coraz rzadziej ma się coś naprawdę sensownego do powiedzenia.

To już nie jest tylko kwestia stylu. To kwestia kierunku... Quo vadis, Polacy?



Lustro nie kłamie...

 


Nie uciekaj przed sobą. Spójrz w lustro raz jeszcze. Znasz prawdę i wiesz, że jesteś winny. Masz sumienie — wiersz w obrazie.


środa, 3 czerwca 2026