Gdy przywódca sam ogłasza się geniuszem, pokój staje się jego osobistą zasługą, a krytyka — niemal aktem zdrady. Satyryczny obraz polityki, w której kult jednostki próbuje zastąpić zdrowy rozsądek — wiersz satyryczny w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Gdy przywódca sam ogłasza się geniuszem, pokój staje się jego osobistą zasługą, a krytyka — niemal aktem zdrady. Satyryczny obraz polityki, w której kult jednostki próbuje zastąpić zdrowy rozsądek — wiersz satyryczny w obrazie.
Wystarczy spojrzeć w górę, by zwykłe chmury zamieniły się w niezwykłe obrazy. Nie trzeba znać ich fachowych nazw ani rozumieć wszystkich tajemnic meteorologii. Wystarczy odrobina fantazji, chwila spokoju i chęć, by pobujać w obłokach.
Chmury są niezwykle malowniczym zjawiskiem atmosferycznym. Tworzą je zagęszczone i zawieszone w atmosferze kropelki wody lub kryształki lodu albo ich mieszanina, powstająca w wyniku kondensacji pary wodnej. Dzieje się tak, kiedy ciepłe powietrze unosi się i jednocześnie ulega ochłodzeniu. Wtedy tworzą się obłoki o różnych kształtach i rozmiarach: kłębowiska, chmury, chmurzyska, z których spadają nam na głowy opady atmosferyczne… Albo i nie.
Istnieje wiele rodzajów chmur. Nazwy niektórych pamiętamy jeszcze ze szkoły, o innych możemy sobie przypomnieć, zaglądając do Internetu.
Chmury można podzielić na wiele sposobów, na przykład ze względu na wysokość występowania, kształt, budowę wewnętrzną czy też okoliczności powstania.
Jednak wiedza o nich jest bardziej potrzebna meteorologom niż nam, zwykłym obserwatorom nieba.
Z pewnością wielu z nas lubi namiętnie spoglądać na chmury. A już szczególnie romantycy. Ja też do nich należę… I co wtedy widzimy?
Widzimy chmury jasne lub ciemne, deszczowe lub burzowe, zwiastujące dobrą albo złą pogodę… Jednak najbardziej interesują nas zapewne obłoki o rozmaitych kształtach, bo zawsze znajdujemy w nich coś szczególnego dla siebie.
A one, za to, że się nimi interesujemy, odwdzięczają się nam, a z czasem po prostu wyparowują, nie przynosząc żadnych opadów.
Szczęśliwi jesteśmy, kiedy możemy sobie posiedzieć w ogrodzie, na tarasie albo balkonie. A jeszcze przyjemniej jest poleżeć na łące i chłonąć wzrokiem obłoki płynące po niebie.
Kiedy doszukujemy się w nich podobieństw do różnych zjawisk, zdarzeń czy rzeczy, mało kto z nas zastanawia się, które to cumulusy, które cumulonimbusy, a które cirrusy, cirrocumulusy, stratocumulusy, stratusy, altocumulusy czy jeszcze inne.
Bo i po co? Niech tym zajmują się specjaliści. My, romantycy, spoglądając w niebo, chcemy spokojnie pobujać sobie w obłokach… I tyle!
Miesięcznica smoleńska i kolejny występ Antoniego Macierewicza. Wieńce, marker i demonstranci — oto patriotyzm w osobliwym wydaniu, w którym powaga miesza się z groteską, a polityczny spektakl staje się pośmiewiskiem — wiersz satyryczny w obrazie.
Z otyłością ludzkość boryka się od wieków. Dawniej była postrzegana jako odzwierciedlenie dobrobytu, bogactwa i wysokiego stanu społecznego. Jednak z upływem lat, wraz z postępem i rozwojem cywilizacji, otyłość stała się coraz bardziej krytykowana. Wszak to poważny problem ekonomiczny, zdrowotny i psychiczny. Przyczyny jej upatruje się w genetyce, ale przede wszystkim w sposobie życia, czyli w małej aktywności fizycznej i po prostu... w obżarstwie.
Jesień potrafi być piękna, choć świat nie zawsze daje powody do optymizmu. W październikowym lesie można odnaleźć chwilę wytchnienia, zachwycić się przyrodą i zebrać myśli, które w codziennym zgiełku trudno uporządkować.
Październikowy las zachwyca kolorami, spokojem i ostatnimi przebłyskami zieleni. Warto wybrać się na spacer, odetchnąć pełną piersią i choć na chwilę oderwać myśli od niepokojącej rzeczywistości.
Piękna jesień trwa. Najlepiej widać to w lesie, o każdej porze dnia. Możemy tam podziwiać niezwykłe obrazki, które zmieniają się nie tylko w zależności od pory dnia, ale także od aury.
Jak niezwykłe? Każdy może przekonać się sam. Jesienny las zaprasza na spacer — ku przyjemności, zdrowiu… i refleksji.
W lasach wciąż jest jeszcze trochę zieleni. Niektóre rośliny zazieleniły się po raz drugi pod koniec lata, kiedy wreszcie skończyły się upały. I pewnie dlatego tak wytrwale trwają, by nadrobić stracony czas.
Myślę, że warto korzystać z każdego pięknego dnia październikowej jesieni i spędzać czas na łonie natury, zanim nadejdą zawieruchy i słotne dni… A przede wszystkim po to, by się rozluźnić i choć na chwilę przestać myśleć o potwornych zawieruchach dziejowych, które za sprawą głupich i złych ludzi* mają obecnie miejsce na świecie.
Proszę spojrzeć na ten kolaż... Widzicie? Nawet Aniołek od lata w tym pięknym leśnym anturażu zdążył się rozmnożyć... To z pewnością żaden przypadek, bo tak naprawdę przypadków nie ma, są tylko znaki!
* Głupi i źli ludzie — „Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta” (G. B. Shaw). Często powtarzam ten cytat, ponieważ od wielu lat się z nim utożsamiam.
Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXV — Tym razem będzie o dniu pełnym wrażeń, który rozpoczął się od szalonego spływu na dętce, a zakończył dramatyczną walką z żywiołem. Będzie zsiadłe mleko na spalone plecy, duszna noc i burza, przy której nawet niebiosa zdają się mieć coś na sumieniu. A kiedy pioruny zaczną walić jak bomby, nad moim łóżkiem pojawia się tajemnicza zielona kula! Czy to sen, czy jawa? Dlaczego nagle zaczęłam wrzeszczeć na cały dom? Jedno jest pewne: takiego poranka nie da się zapomnieć!
Wytarzane i rozbawione towarzystwo po chwili pozbierało się do kupy i, raz koło turlając, raz niosąc, ruszyło brzegiem rzeki w kierunku domu.
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, na szybko zjedliśmy kolację i znów zbiegliśmy ze wzgórza nad rzekę.
Choć był już wieczór, duszno było nadal, a chłodne wody Białej sprawiały nam dużą przyjemność. Trochę w nich pobaraszkowaliśmy, ochlapując się nawzajem i piszcząc jak „pofyrtani”. W końcu, zadowoleni z życia, wyszliśmy na brzeg.
Kiedy usiedliśmy na kocu, nagle okazało się, że Franek ma plecy tak bardzo spieczone słońcem, że aż wyskoczyły mu bąble. Wystraszyłam się tym widokiem bardziej niż on sam.
Nie zastanawiając się długo, pobiegłam do domu i ze spiżarni „podkradłam” trochę zbawiennego zsiadłego mleka. Pamiętałam, że mamusia zawsze smarowała nim moje siostrzyczki, kiedy spaliły się na słońcu.
Zbiegając już ze wzgórza z dzbankiem pełnym zsiadłego mleka, doszłam do wniosku, że tak czy owak ponoszę winę za spalone plecy Franka. Mogłam przecież o tym wszystkim pomyśleć, zanim nasmarowałam go brudną ropą z traktora, a nawet odradzić mu dłuższe wystawianie się na słońce. Nie pomyślałam, więc sam ten fakt czynił mnie winną.
Byłam zła na siebie. W myślach ochrzaniłam samą siebie za swoją lekkomyślność i jeszcze szybciej pobiegłam do chłopców. Chciałam jak najszybciej pomóc Frankowi. Postanowiłam też obejrzeć plecy Ryśka.
Gdy stanęłam nad nimi z dzbankiem, zobaczyłam, że Franek ma już nietęgą minę... Ale kiedy zaczęłam mu bardzo delikatnie smarować ramiona i plecy, powiedział, że już czuje się dużo lepiej.
Z godzinkę jeszcze posiedzieliśmy na kocu, rozmawiając o różnych rzeczach. W końcu opuściliśmy dolinę.
Zapadła noc. A to był znak, że oto nadeszła pora, by udać się do łóżek. No to się rozeszliśmy.
Nikt nie protestował. Wręcz przeciwnie. Każdy z nas z wielką ochotą ruszał w kierunku swojego pokoju. Bo też każdy był wyjątkowo zmęczony przygodami mijającego dnia. Choć każdy nieco inaczej, to jednak nasze zmęczenie miało wspólny mianownik: „potrzeba snu do kwadratu”. Najbardziej śpiący był Franek. Ale w jego przypadku — nie ma co się dziwić.
Kiedy już znalazłam się w łóżku, rozmyślałam o minionym dniu, patrząc przez na wpół otwarte okno i podziwiając piękne, gwieździste niebo. Było wręcz usłane gwiazdami. Jednak na horyzoncie zaczynało się już chmurzyć, a ciemne chmurzyska gromadziły się coraz gęściej.
Najwyraźniej zanosiło się na burzę. Było to widać, a nawet czuć. Tym bardziej że duszno było niemiłosiernie. Z tej duchoty nie mogłam zasnąć, chociaż bardzo pragnęłam jak najszybciej odpłynąć w sen.
W końcu wstałam z łóżka i otworzyłam okno na oścież. Wcale to jednak nie pomogło i nadal było duszno. Podeszłam więc do drzwi i otworzyłam je na korytarz. Wystawiłam głowę na zewnątrz i nastawiłam uszu.
Po krótkim nasłuchiwaniu stwierdziłam, że wszyscy domownicy już śpią. W całym domu panowała cisza. Słychać było tylko pochrapywania o różnej tonacji, dobiegające z ich pokoi.
Wpatrując się w ciemność, zauważyłam, że okno na korytarzu jest zamknięte. Podbiegłam do niego na palcach i je również otworzyłam na oścież. Poczułam wtedy lekki powiew powietrza. Zadowolona z siebie wróciłam do łóżka. Po chwili spałam już jak suseł.
Rano obudziły mnie odgłosy nadciągającej burzy. Otworzyłam oczy i popatrzyłam przez okno. Na dworze było już jasno. Zerknęłam na zegarek leżący na szafce nocnej. Dochodziła siódma. Do śniadania było więc jeszcze dużo czasu.
Postanowiłam poleżeć w łóżku i poprzyglądać się temu wspaniałemu spektaklowi na niebie.
Błyskawice przeszywały niebo co chwilę. Wyglądały groźnie. Groźnie, ale i pięknie. Przybierały przeróżne kształty, pojawiając się raz tu, raz tam. Towarzyszyły im grzmoty o różnej tonacji i natężeniu. Od pomruków po potężny huk, porównywalny do eksplozji bomby. Ba, nawet kilku bomb naraz.
Nie bałam się burz. Wręcz przeciwnie, uwielbiam je obserwować i podziwiać. A zwłaszcza tutaj, na wsi. Bo na wsi to są prawdziwe burze! Całe ich piękno, cała ich moc widoczne są jak na dłoni.
W mieście burze wiele tracą ze swojej ekspresji i nieziemskiego piękna. Rozmywają się gdzieś między kamienicami, blokami i fabrykami. Rozdrabniają się we wszechobecnym betonie i asfalcie.
Tak więc z wielką przyjemnością wszystkimi zmysłami chłonęłam ten niezwykły spektakl natury. Dolina Białej jeszcze bardziej potęgowała jego niezwykłość, gdyż dzięki niej przybierał on dodatkowe efekty dźwiękowe.
Huk grzmotów odbijał się od doliny i potężnym echem rozbrzmiewał na wzgórzu. Cudowne było to widowisko! Byłam zachwycona. Poczułam się też wspaniale orzeźwiona. No bo wreszcie zaczęło lać jak z cebra!
Duchota odeszła, ustępując miejsca rześkiemu powietrzu. Nareszcie było czym oddychać. Pioruny waliły jednak z coraz większą siłą i zaciekłością. Momentami wydawało mi się, że cały dom aż drży od ich potęgi.
Leżałam i liczyłam sekundy od błysku błyskawicy do jej następstwa dźwiękowego, czyli grzmotu. Z liczenia wychodziło mi, że burza dopiero się zbliża. I rzeczywiście tak było.
Po paru minutach dolina Białej zamieniła się w ogromny, kipiący kocioł, bombardowany z nieba gigantyczną energią i rażącym ogniem. A po krótkiej chwili przeobraziła się wręcz w czeluść piekielną. W otchłań piekła wszystkich piekieł. W otchłań zła i beznadziei. W piekło, któremu niebiosa wydały ostateczną i rozstrzygającą walkę.
Wtedy to już ciarki zaczęły mi przelatywać po całym ciele. Takiej burzy w swoim życiu jeszcze nie przeżyłam… I nagle, jak nie błyśnie… jak nie huknie!
Błyskawica rozświetliła całe niebo, a potężna eksplozja targnęła powietrzem i… nastała chwilowa cisza.
Byłam oszołomiona... Nagle oczom moim ukazał się niezwykły widok — jakaś zielona kula wielkości piłki nożnej.
Najwyraźniej wleciała przez otwarte okno pokoju... Nagle zawisła nade mną i znieruchomiała.
Byłam przerażona. Już nie wiedziałam, czy widzę ją na jawie, czy może znów usnęłam i widzę ją we śnie. Doszłam jednak do wniosku, że moje przerażenie jest zbyt silne, żebym mogła je śnić.
— To się dzieje naprawdę! — wrzasnęło wniebogłosy moje wnętrze.
Ale powłoka cielesna nadal leżała bez ruchu i ani drgnęła, sparaliżowana strachem.
Za to zielona kula drgnęła. I to nagle! W ułamku sekundy wprawiła się w szybki ruch. Poleciała w kierunku otwartych drzwi pokoju i zniknęła w korytarzu.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że coś się faktycznie stało. Coś, co mnie bardzo, ale to bardzo przeraziło i chyba nawet poparzyło, gdyż poczułam wnet, że cała moja twarz płonie ogniem.
Zaczęłam wrzeszczeć jak poparzona... bo i byłam. Najpierw bezgłośnie, ale już po chwili na całe gardło, na cały dom.
Niestety, nie mam żadnego zdjęcia z tego dnia pełnego dramatycznych wrażeń. Ale że mam bujną wyobraźnię, oczami tejże ciągle widzę siebie z piorunem kulistym wiszącym nade mną... I to w czarno-białym kolorze — jak przystało na tamte czasy.
Co się później działo, opowiem w kolejnym odcinku...
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji
22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka
23. Kasztanka most i nocne przygody
24. Dętka, ropa i śmierć w oczach
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.