poniedziałek, 5 października 2026

niedziela, 4 października 2026

Nietypowa akcja ratunkowa, czyli ja, owca i elektryczny pastuch

Czasami wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim momencie, żeby uratować czyjeś życie. Tym razem na mojej drodze stanęła… a właściwie leżała, i to na grzbiecie, owca. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że ta niepozorna sytuacja nauczy mnie czegoś ważnego — i że wiedza może przyjść z najbardziej nieoczekiwanej strony.

A ponieważ dziś jest Światowy Dzień Zwierząt, tę historię dedykuję wszystkim zwierzętom — szczególnie tym, które czasami potrzebują po prostu, żeby ktoś je zauważył. Ta owca miała szczęście, że znalazłam się tamtego dnia właśnie tam. A ja miałam szczęście, że to właśnie ona stanęła na mojej drodze.


Po prawie dwóch godzinach kijkowania przechodziłam akurat obok ogromnej polany, która kilka razy w roku zamienia się w pastwisko dla owiec. Pasło się tam wielkie stado owiec i kóz. I wtedy ją zobaczyłam.

Pod krzewem, na grzbiecie, z nogami skierowanymi do góry, leżała czarno-brązowa owca. Ledwo ruszała głową.



Od razu zauważyłam jej ogromny brzuch i pomyślałam, że albo jest w zaawansowanej ciąży, albo ma potężne wzdęcia. Widok był naprawdę przerażający.

A że często bywam na łonie natury i niejednokrotnie zdarzało mi się wyciągać z opresji różne zwierzęta — zwłaszcza ptaki i owady, takie jak motyle czy pasikoniki — tym razem również nie mogłam przejść obojętnie. Tyle że tym razem kaliber był nieco większy.

Niewiele myśląc, zadzwoniłam pod 112. Stamtąd przekierowano mnie do policji w naszym mieście. Opowiedziałam, co mam przed oczami, i poprosiłam, żeby zareagowali oraz znaleźli adres hodowcy tego stada. Owca potrzebowała natychmiastowej pomocy.

Trochę to moje opowiadanie trwało, bo policjantka miała wiele pytań i dwukrotnie pytała o to samo. Domyśliłam się, że pewnie chce mnie sprawdzić i celowo przeciąga rozmowę, żeby zdążyć namierzyć mój telefon.

Kiedy zaczęłam jej tłumaczyć, gdzie dokładnie się znajduję, po chwili odpowiedziała:

— Okej, już widzę, gdzie pani jest. Zaraz zajmiemy się tą sprawą.

Strasznie żal mi było tej owieczki. Na początku stało koło niej prawie całe stado i z politowaniem patrzyło na leżącą pobratymczynię. Kiedy jednak usłyszały naszą dość głośną rozmowę — miałam włączone nagłośnienie — nieco się odsunęły.

Ja jednak nie zamierzałam spokojnie wracać do domu. Kiedy ktoś potrzebuje pomocy, muszę działać. Taka już jestem.

A widząc tę biedną owcę, wiedziałam, że nie zostawię jej na pastwę losu, zanim policja zadziała.

Z drugiej strony pastwiska zauważyłam jakąś przyczepę należącą do hodowcy. Postanowiłam tam dotrzeć, bo miałam nadzieję, że znajdę na niej jego adres albo numer telefonu.

Nie było to jednak takie proste. Pastwisko było ogrodzone siatką z elektrycznymi pastuchami podłączonymi do generatora, więc musiałam iść okrężną drogą.

Kiedy wreszcie dotarłam do przyczepy, znalazłam tylko numer telefonu do jej serwisu. I tak zadzwoniłam tam parokrotnie. Nikt się nie zgłaszał.

Podjęłam więc dość desperacką decyzję: trzeba będzie „staranować” ogrodzenie i spróbować jednak podejść do owcy.

Jeszcze raz rozejrzałam się po lesie, licząc na to, że zauważę kogoś, kto mógłby mi pomóc. Nikogo.

A przecież często spotykam tu jakichś kijkarzy, rowerzystów czy zwykłych spacerowiczów. Tym razem jakby wszystkich wcięło. Nie było żywej duszy.

Wróciłam na miejsce, odstawiłam kijki i przystąpiłam do sforsowania ogrodzenia. Wyrwałam z ziemi trzy słupki, siatka nieco opadła… i przeszłam po niej. Trochę mnie potrzepało, ale na szczęście nic strasznego się nie stało.

Powolnym krokiem podeszłam do leżącej owcy. Pewnie się mnie przestraszyła, bo gwałtownie poruszyła nogami. Całe stado natychmiast odsunęło się na pewną odległość i z daleka bacznie mnie obserwowało.

Zaczęłam uspokajającym głosem przemawiać do owcy. Najpierw po polsku, ale zaraz także po niemiecku. Tak na wszelki wypadek.

Owca przestała się ruszać. Wyłupiała tylko na mnie swoje ogromne oczy.



Zaczęłam masować jej ogromny brzuch i wtedy byłam już prawie pewna, że to zaawansowana ciąża, a nie wzdęcia. Było widać, że mój masaż sprawia jej ulgę. Co rusz puszczała głośne bąki, ale leżała już całkiem spokojnie, poddając się masażowi.

Dwa razy próbowałam ją podnieść, ale nie dałam rady. Była po prostu zbyt ciężka. Masowałam więc dalej — jeszcze prawie przez godzinę — i cały czas do niej przemawiałam. W końcu zaczęły mnie boleć ręce. I właśnie wtedy zauważyłam, że ona chyba będzie rodzić.



O rany! Przestraszyłam się, bo przecież zupełnie nie znam się na owcach. W młodości miałam wprawdzie do czynienia chyba ze wszystkimi zwierzętami hodowlanymi u mojego wujostwa na wsi. Raz nawet razem z wujkiem odbierałam poród u krowy. Ale owiec wujostwo nie mieli.

Mimo to nie miałam zamiaru „zdezerterować” i serwować się ucieczką.

Na szybko zrobiłam owcy kilka zdjęć, żeby — jakby co — udokumentować, że nie mogłam jej przecież bez pomocy zostawić.

Po chwili wszystko się jednak uspokoiło. Poród nie nastąpił. Znów zaczęłam rozglądać się po lesie, ale nadal nic się nie działo. Ani człowieka, ani roweru, ani żadnego znaku, że ktoś w ogóle zamierza się pojawić.

Dopiero po kolejnych kilkunastu minutach, po przeciwległej stronie pastwiska, zauważyłam kobietę z psem. Ucieszyłam się jak dziecko i zaczęłam do niej machać.

Po chwili mnie zauważyła. Po piętnastu minutach dotarła do miejsca, w którym wcześniej staranowałam ogrodzenie, i zawołała:

— Potrzebuje pani pomocy?

— Tak, i to bardzo — odpowiedziałam.

— Zaraz do pani przyjdę, tylko przywiążę mojego psa do drzewa.

Za moment, przechodząc po utorowanym przeze mnie przejściu, stanęła przy mnie i owcy.

Była to młoda dziewczyna, którą już nieraz spotykałam w lesie. Zrelacjonowałam jej całą sytuację i obie zaczęłyśmy się zastanawiać, co robić dalej.

— Sądząc po ilości jej odchodów, można przypuszczać, że długo już tu leży — powiedziała po chwili.

— Też tak od razu pomyślałam — odpowiedziałam. — Ale co robimy?

Dziewczyna podrapała się po głowie i zaczęła opowiadać mi o pewnym filmiku na YouTubie, który zupełnie przez przypadek kiedyś oglądała.

W filmiku pewien hodowca owiec mówił, że kiedy owca niechcący się przewróci i leży na grzbiecie, trzeba ją natychmiast podnieść, bo grozi jej to śmiercią. Stan ten w języku angielskim nazywa się cast sheep lub rolled sheep i może doprowadzić do uduszenia zwierzęcia.

Wynika to z anatomii owcy i jej złożonego układu pokarmowego. Gazy gromadzące się w żołądku nie mogą wtedy uchodzić, co prowadzi do wzdęcia. Powiększony żołądek zaczyna z kolei uciskać płuca, utrudniając oddychanie. Szczególnie narażone są ciężarne owce, zwłaszcza te blisko terminu porodu.

Słuchałam jej i nagle pomyślałam o swoim prawie godzinnym masażu.

— To wychodzi przynajmniej na to, że intuicyjnie choć trochę jej pomogłam, masując brzuch, bo gazy z niej odchodziły, aż furczało! — zaśmiałam się. — No to podnosimy biedulkę. Na raz, dwa, trzy!

Obydwie zaparłyśmy się nogami.

— Raz!

— Dwa!

— Trzy!

I podniosłyśmy owieczkę.

Gdy już pewnie stała na nogach, popatrzyła na nas, jakby chciała nam podziękować, po czym nagle ruszyła biegiem w stronę swoich współpobratymców.

I po chwili wszystko — na szczęście — wróciło do normy.




A my, ucieszone z dobrze spełnionego uczynku, posprzątałyśmy po sobie cały ten bajzel, łącznie z elektrycznymi pastuchami, i po chwili, rozmawiając wesoło, ruszyłyśmy w kierunku parkingu, gdzie stały nasze auta.

Dopiero będąc w domu, kiedy emocje nieco opadły, zaczęłam w myślach analizować wszystkie momenty tej nietypowej akcji ratunkowej.

I wtedy doszłam do wniosku, że czasami jest tak, iż dorośli również mogą się czegoś mądrego i pożytecznego nauczyć od młodych.

I nieważne, czy swoją wiedzę zdobyli przez świadomą naukę, czy przez czysty przypadek. Bo czasami wystarczy jeden filmik na YouTubie, jedna młoda dziewczyna i jedna owca leżąca do góry nogami, żeby człowiek nauczył się czegoś, czego wcześniej przez całe życie nie wiedział.


Końskie zaloty...

 


On — doświadczony życiem romantyk. Ona — młoda i wybredna kasztanka. Czy z takiego zauroczenia może być coś więcej? — wiersz satyryczny w obrazie.


piątek, 2 października 2026

Kasztanka, most i nocne przygody

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXIII — Tym razem będzie o wielkiej miłości do klaczy Kasztanki, z którą pewnego wieczoru przeżyłam niebezpieczną przygodę. O Ryśku, który jednym nieprzemyślanym klepnięciem konia w zad zapewnił mi niezapomniany lot. Będzie też o nocnym siedzeniu w drewnianej kolumnie mostu i podglądaniu ryb oraz o pewnej kryjówce, w której całą trójką musieliśmy przeczekać gniew gospodarza. A wszystko przez Franka i jego wyjątkowo niefortunny pomysł na opał do ogniska...


Wakacje u wujostwa trwają nadal. A przygody... Łoo matko, tyle że głowa mała. Jedne zorganizowane przez chłopców, inne przeze mnie, a jeszcze inne wydarzały się same — z czystego przypadku. I taką właśnie przygodę przyszło mi dziś przeżyć. Co to za przygoda? Już opowiadam.

U wujostwa jest dużo zwierząt, ale ja najbardziej kochałam klacz Kasztankę. I kiedy tylko przychodził czas na jej pojenie w rzece Białej, pędziłam po nią do stajni, by móc na jej grzbiecie ze wzgórza do rzeki ją sprowadzić.

Na początku trochę się bałam, ale żem uparta jak „łosioł”, strach szybko pokonałam i codziennie wytrwale sprowadzałam ją do wodopoju.

Dumna jak paw siadałam na oklep na jej grzbiecie i powoli schodziłyśmy w dół. I choć zawsze po takiej jeździe nogi w kroku bolały mnie niemożebnie, bo też Kasztanka ma nie tylko zad szeroki, to jednak za każdym razem frajdę miałam niesamowitą.

Łydki też mnie nieraz bolały, bo gdy tak okrakiem siedziałam na niej, schodzącej ze wzgórza, to właśnie łydkami musiałam się trzymać najbardziej. A brzuch Kasztanki napęczniały był, oj, bardzo, ale przynajmniej miękki.

Każdorazowo cierpiały też moje palce, bo i jej długiej grzywy musiałam się kurczowo trzymać. A włos koński jest przecież sztywny i ostry. Czasami aż do krwi miałam je poprzecinane. Ale to wszystko nic!

Trzymałam się wytrwale, bo inaczej zjechałabym z jej grzbietu jak po równi pochyłej. A potem jeszcze i ze wzgórza na łeb, na szyję i w końcu sturlałabym się wprost do rwącej rzeki.

Mimo tych wszystkich niedogodności mój wysiłek owocował za każdym razem cudownym uczuciem. Czułam się niczym amazonka na rączym rumaku.

Jednak dziś to moje cudowne uczucie zostało brutalnie przerwane, a moje rozpalone lica z nagła schłodzone zimną wodą. Ba, nie tylko lica. A było to tak:

Był już wieczór. Sprowadzałam Kasztankę jak zwykle do rzeki, całkiem spokojnie, z uśmiechem przyklejonym na twarzy. Kuzyn Rysiek biegł za nami. I kiedy Kasztanka przednimi nogami po pęciny stanęła już w rzece i spokojnie siorbała sobie wodę, Ryśkowi coś do łba strzeliło i ręką trzasnął ją znienacka w zad.

Kasztanka spłoszyła się tym nagłym, niespodziewanym uderzeniem i wstrząsnęła łbem tak mocno, że ja, jak wystrzelona z katapulty, przeleciałam przez jej łeb i wylądowałam w połowie rzeki.

Z lotu pikującego nie pamiętam nic. Dopiero lądowanie utrwaliło mi się w pamięci, bo lodowata woda otrzeźwiła mnie od razu. Wody się opiłam, dupsko strzaskałam i… myślałam, że to już mój koniec.

Ależ musiałam mieć spłoszoną minę. Co się potem działo, trudno opisać. Dość powiedzieć, że Rysiek spłoszył się jeszcze bardziej niż ja i Kasztanka razem wziąwszy i w takim stanie spłoszenia trwał już przez dłuższy czas. Z tym że momentami ów stan mu się pogłębiał, zwłaszcza wtedy, gdy na niego popatrzyłam.

A patrzyłam znacząco, o tak! No a co?! Żeby takie durnowate pomysły mieć. A i Kasztanki było mi szkoda, bo pewnie poczuła się winna, że znów przez nią człowiek cierpiał.

Znów, bo też niedaleko jak parę miesięcy temu przytrafiło jej się, niechcący, ma się rozumieć, odgryźć czubek małego palca Zbyszkowi, mojemu drugiemu, starszemu kuzynowi. A tylko dlatego, że ten jołop jeden podawał jej marchewkę do pyska — nie tak jak trzeba, bo akurat, jak mi to sam opowiadał, był zaabsorbowany kłótnią ze swoim kumplem.

Ja tam żalu do Kasztanki nie mam. Bo jakaż tu jej w tym wina, że wstrząsnęła łbem w reakcji na nagłe klepnięcie Ryśka? Ale że nie byłam pewna, czy ona rozumie, że się z nią solidaryzuję, zła byłam na Ryśka podwójnie.

Złość mi jednak musiała przejść, bo ten „głupek” łaził za mną i wkoło przepraszał. Ale dałam mu się przeprosić dopiero wtedy, kiedy na mój „rozkaz” przeprosił też Kasztankę i dał jej do pyska dwie marchewki.




Na wakacjach szkoda czasu na jakieś tam gniewanie. Kolejne przygody przecież czekają. A że Rysiek obiecał mi nocną „nasiadówkę” z latarkami na drewnianym moście na rzece Białej Lądeckiej, to tym bardziej musiałam szybko zapomnieć o strzaskanej i bolącej pupie.

A most jest wspaniały. Nie, nie z wyglądu ani też z potęgi. Jest wspaniały, gdyż stoi na dwóch drewnianych kolumnach, które w środku są puste i dość przestronne. Parę razy już w nich siedziałam, to wiem. Tyle że w nocy jeszcze nie.

Po chwili siedzenia na moście i wgapiania się w gwiazdy wleźliśmy do środka jednej z tych kolumn. Każdorazowo, kiedy tam siedzę, oczu nie mogę oderwać od tego, co tam widzę. A widzę same piękne i dorodne ryby, myszkujące w wodorostach na dnie. W świetle latarek to jeszcze cudowniejszy spektakl do podziwiania.

Woda Białej jest wartka, ale w kolumnie zastyga, stoi tak jakby w miejscu. Tu ryby mają całkiem inne życie. Widzę też jakieś dziwne przedmioty wystające spomiędzy przeróżnej wielkości kamieni.

Jedne rozpoznaję, inne nie, bo są już zbyt obrośnięte wodorostami albo zmurszałe. Jest też jakiś stary kalosz, jest opona od roweru, jest nawet jakaś stara, dziurawa walizka, do której jedne ryby wpływają, inne zaś z niej wypływają.

Ciekawy to widok, aż nie chciało mi się stąd wyłazić. Ale po dwóch godzinach tej przyjemności Rysiek, ziewając szeroko, zaczął mnie ponaglać. Nie było wyjścia, trzeba było wyłazić. Jednak to „wyłażenie” jeszcze i tak o pół godziny przeciągnęłam.

Parę dni temu w tej drugiej kolumnie urządziliśmy sobie z Ryśkiem i Frankiem nawet kryjówkę. Musieliśmy się ukryć przed pewnym gospodarzem, który był wściekły na nas. Za co? A za Franka! Bo ten szurnięty Franek dzień wcześniej spalił mu jeden snopek pszenicy.

Tamtego dnia robiliśmy ognisko na brzegu Nysy i Frankowi coś do tej zakutej pały strzeliło i zamiast nazbierać chrustu, polazł na pobliskie pole i przytargał ze sobą snopek. Zanim się spostrzegłam, on rzucił go do rozpalającego się ogniska. Pech chciał, że ktoś podczas tego procederu go przyuważył i wypaplał gospodarzowi.

Na drugi dzień gospodarz zrobił na nas nagonkę, więc się schowaliśmy w kolumnie. Nie, nie z tchórzostwa, ale po to, aby mieć czas na naradę.

Przesiedzieliśmy tam bez ruchu ze dwie godziny, aż nam wszystkie członki ciała zdrętwiały. W końcu podjęliśmy desperacką decyzję i z kolumny żeśmy się wyczołgali i sami poszli do gospodarza.

Przyznaliśmy się do winy i wyraziliśmy chęć odkupienia winy. I cały następny boży dzień w trójkę zasuwaliśmy na jego polu.

Ale fajnie było. Praca w polu to też dla mnie atrakcja. Tylko, nie wiem czemu, Rysiek i Franek jakoś nie bardzo chcieli podzielić moje zdanie.



Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat

20. Rok, w którym prawie się poddałam

21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji

22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.