Są takie wakacje, które nie kończą się nigdy. Zostają pod powiekami, w zapachu powietrza, w szumie rzeki, który brzmi w pamięci nawet po latach.
W dzieciństwie i wczesnej młodości niemal każdego roku wyjeżdżałam do wujostwa na wieś. Ich ogromny, przedwojenny dom stał na wzgórzu jak strażnik krajobrazu — trochę dumny, trochę milczący, a dla mnie najbezpieczniejszy na świecie. To tam uczyłam się smaku lata.
Budziłam się skoro świt. W ciszy, która nigdy nie była zupełną ciszą. Siadałam na parapecie w pokoju na pierwszym piętrze i wdychałam rześkie powietrze pachnące trawą i wodą.
U podnóża wzgórza płynęła Biała Lądecka — wartka, chłodna, nieustannie opowiadająca swoją historię. Jej szum był pierwszą muzyką dnia.
Z podwórza dobiegało życie: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Ten wielogłos nie był hałasem. Był rytmem. Dowodem, że świat oddycha. Czułam wtedy intensywnie i prosto: że jestem, że żyję.
Śniadania miały smak prawdziwości. Do kuchni „na dni powszednie” przechodziło się przez stajnię, gdzie mieszkały dwie krowy i klacz Kasztanka. Zapach był tam niezmienny, ciężki i swojski — ale dla mnie miał w sobie coś kojącego. Dziś wiem, że to nie była tylko woń siana i zwierząt. To był zapach bezpieczeństwa.
Na stole czekał chleb, mleko jeszcze ciepłe, jajka od szczęśliwych kur i miód z pasieki wujka — pachnący kwieciem, słońcem i cierpliwą pracą pszczół. Dziesięć uli stało w ogrodzie tuż przy oknach kuchni, a brzęczenie mieszało się z rozmowami dorosłych.
A potem zaczynał się dzień bez granic. Łąki, pastwiska, lasy. Biała Lądecka i Nysa Kłodzka, które spotykały się w Pilczu jak dwie siostry. Woda chłodziła rozgrzaną skórę, trawa łaskotała łydki, a czas — jakby przestawał istnieć. Natura była czysta, nieskalana, ogromna. A ja byłam jej cząstką.
Po latach wracałam tam już jako matka. Chciałam, by moje dzieci zobaczyły świat, który mnie ukształtował — żeby usłyszały tę samą rzekę, poczuły zapach stajni i spróbowały miodu, który smakował latem. Jeździliśmy do wujostwa aż do chwili, gdy odeszli — jak wierzę — do innego wymiaru, zostawiając po sobie dom pełen wspomnień i krajobraz, który wciąż tam trwa. Bo są miejsca, które nigdy nie znikają. Nawet jeśli czas zabiera ludzi.






