Dmuchawce mają jakąś dziwną moc przyciągania. Serio. Wystarczy jeden na horyzoncie i już człowiek czuje nieodpartą potrzebę, żeby podejść, zerwać i… dmuchnąć. Tego się chyba nie da oduczyć — to siedzi w nas od dzieciństwa.
No właśnie, dzieciństwo! Kto nie pamięta tych epickich prób zdmuchnięcia całego puchu za jednym razem? Nabierasz powietrza, skupienie jak przed startem w olimpiadzie i… dmuch! A potem oczywiście połowa nasion zostaje, więc poprawka musi być.
A ten biały puch? Oczywiście lądował wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. Włosy? Są. Ubrania? Pełno. Nos? Czemu nie. Buzi też się czasem dostało — gratis do zabawy. Ale kto by się tym przejmował, skoro śmiechu było więcej niż sprzątania.
I najlepsze jest to, że nic się nie zmieniło. Dziś niby jesteśmy dorośli, poważni, odpowiedzialni… a wystarczy dmuchawiec i cały ten wizerunek bierze w łeb.
Teraz tylko oficjalnie robimy to „dla dzieci” albo „dla wnuków”. Jasne. Prawda jest taka, że sami mamy z tego tyle samo frajdy — tylko trochę lepiej się maskujemy.






