sobota, 11 kwietnia 2026

Jeszcze będzie dobrze — miej nadzieję...

 


Tam, gdzie kończy się zwątpienie — lęk i niepewność ustępują miejsca nadziei. Tekst w obrazie.


Nastała nowa era… Era niepokoju i pyłu

Przyszło nam żyć w czasach, które same siebie określają jako „ciekawe”. Z jednej strony sięgamy gwiazd i podziwiamy cuda technologii, z drugiej — świat wciąż targany jest pandemią, która nie zna litości i której nikt nie potrafi okiełznać.

Geopolityczna scena współczesności drży i trzeszczy w szwach. Każde wygaszenie konfliktu rodzi nowe ogniska niepokoju. Bliski Wschód tli się wciąż gniewem, a ponad cztery lata wojny rosyjsko-ukraińskiej pozostają niczym otwarta rana, która wstrząsa bezpieczeństwem Europy i globalnym porządkiem sił.

Niepokoi także rosnąca rywalizacja światowych mocarstw — Chin, USA i Rosji — niczym cienie olbrzymów, których kroki odczuwamy na całym globie. A wokół, tu i ówdzie, wybuchają lokalne spory o ziemię, wodę, bogactwa — jakby świat nie potrafił zaznać spokoju.

Jak długo potrwa ten chaos? Nikt nie zna odpowiedzi. Jedyne, czego możemy być pewni, to że nastała nowa era. Era niepokoju, w której poczucie bezpieczeństwa zdaje się ulotnym snem, a świat — wirującym labiryntem cieni i pyłu.



piątek, 10 kwietnia 2026

Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część V —Tym razem będzie o tym, że krzyk nie działa, flesz oślepia, a niektóre pomysły dorosłych są… co najmniej podejrzane).


Minął cały rok i już jestem uczennicą pierwszej klasy. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba — wszak w domu było o wiele lepiej. Mogłam robić, co mi się podobało. A w szkole?

A niech tam, próbuję się jakoś przyzwyczaić. Choć nasza pani, pani Simon, jest ostra jak brzytwa. Krzyczy nieraz na nas nie wiadomo za co. A i uderzyć jej się zdarza.

Mnie na razie nie uderzyła. I całe jej szczęście! Bo nie jestem pewna, czy nie próbowałabym jej oddać. Nie znoszę krzyku i przemocy! Od razu bunt się we mnie rodzi. A gdzie wewnętrzny bunt, tam musi być też i zewnętrzna reakcja na otaczającą rzeczywistość.

Na razie jednak udaje mi się mój bunt trzymać w ryzach.

Czas leci i mamy już zimę. Też fajnie. Zwłaszcza kiedy przychodzi grudzień — czas prezentów. No i właśnie taki jeden, odgórny, dostaję w tej chwili.

Ciekawe, co też ten Dziad Mróz (rodem z pracy tatusia) ma dla mnie w tej papierowej torebce?



Kurka wodna, chłopcy, nie popychajcie mnie tak, bo muszę dokładniej żurawia do torebki zapuścić!

Co ten Dziad Mróz do mnie mówi? Aha — pyta, czy byłam grzeczna. Też mi pytanie! Ja zawsze jestem grzeczna… na swój sposób.

A tak w ogóle, lepiej niech nie zadaje głupich pytań, bo sam się głupio zachowuje. A jeszcze głupiej wygląda. Bo w co też on się tego roku ubrał? Ukradł jakiemuś biskupowi odzienie, czy jaka choinka?

Przecież w tym stroju w ogóle nie wygląda na Dziada Mroza. No, może tylko te jego sztuczne włosy i broda z waty trochę go upodabniają do… jakiegoś dziada. Ale nic poza tym.

Dobrze, że musi obdarować dużo dzieci tymi przydziałowymi prezentami — dzięki temu wcale nie muszę odpowiadać na jego pytanie. O, już o nim zapomniał, bo wręcza torebkę następnemu dziecku.

Pewnie jemu też zada to samo pytanie i wcale nie będzie oczekiwał odpowiedzi. Bo i po co? Wszak jego to i tak nie interesuje.

Minęło parę miesięcy i jest już wiosna. Kocham wiosnę. Wspaniały czas. Przyroda pięknie budzi się do życia. Wszędzie robi się zielono i coraz więcej kolorowych kwiatuszków wyłania się z ziemi. A pachną, że ho, ho! Cudownie.

W ten wiosenny czas znów mamy w rodzinie kolejną „komunistkę”. Tym razem moja o dwa lata starsza kuzynka Wiesia (córka brata tatusia) przyjmie Bozię do serduszka. Tak mówi ksiądz… czy jakoś tak.

Na przyjęciu komunijnym zebrała się niemal cała rodzinka. No i oczywiście znów trzeba odbębnić nudną sesję zdjęciową. Nudną, bo już jestem duża i już wszystko wiem, jak się robi zdjęcia.

Jedna rzecz jest jednak dziwna — okazuje się, że to nie nasz miejski fotograf robi zdjęcia, tylko sam ksiądz wikary. A on ma jakąś taką dużą lampę błyskową. Mówi, że to flesz.

Fajna nazwa. Podoba mi się. Podobnie jak magnezja.

Chyba nazwę tak moje dzieci, kiedyś tam w przyszłości, jak będę już dorosła. Syna Flesz, a córkę Magnezja. Ale cudownie będą się nazywać. Jak w mitologii…

Dobrze już, dobrze — pamiętam o palcach. Rozmarzyłam się milutko, a tu sprowadzają mnie już na ziemię.

Dla świętego spokoju schowam całą rękę za dłoń tatusia… Hihihi, ale zrobiłam księdza-fotografa na szaro. Tylko jedną rękę schowałam, a drugą, wyprostowaną, z pięknie rozczapierzonymi palcami, położyłam sobie na kolanie tatusia. No i wszystko gra.



O rany, znów trzeba siedzieć spokojnie. Kolejne zdjęcia przed nami. Już dobrze — tym razem schowam swoje szanowne paluszki u obu rąk.

Pewnie ksiądz-fotograf jednak przyuważył, że nie chce mi się go przy każdym pstrykaniu słuchać, i teraz szczególnie do mnie z tymi palcami wyskoczył.

Chyba głupią minę zrobiłam, bo mnie zaskoczył, że tylko na mnie zwraca uwagę… A Ulki na ten przykład nie widzi, choć ta ma fryzurę, jakby ją piorun strzelił.

Kurka wodna! A tak w ogóle to niech się lepiej skupi na Wiesi — wszak to ona dzisiaj jest tu najważniejsza, bo to jej komunia.

Moja i Ulki będzie dopiero za dwa lata. Ciekawa jestem, czy ja wtedy też dostanę dużo prezentów. Bo Wiesia dostała.



Nasz ksiądz-fotograf też ma czasami nieskoordynowane ruchy. Albo ręce mu drżą po czymś… Bo ni stąd, ni zowąd — błysk, świst — i zrobił nam zdjęcie zupełnie nieprzygotowanym. Najwyraźniej palec mu się omsknął i niechcący nacisnął na pstrykacz.

No i masz! Wyszłam na tym zdjęciu, jakbym potwora ognistego ujrzała. Nic dziwnego, bo też cały ten błysk jego flesza zobaczyłam odbity w szybie okiennej.

Mała Ala też zdębiała ze strachu, bo nikt jej nie przygotował i nie powiedział, że to już. Jedynie Ulka — wpatrzona przez cały czas jak urzeczona w księdza-fotografa — czy robi zdjęcia, czy nie, wyszła tak, jak trzeba. Czyli ładnie.



Fajny nawet ten ksiądz, nie powiem. Umie rozmawiać z dziećmi. Ale najmilej rozmawia jednak z Wiesią. Wiesia to jego pupilka. Czemu? Nie wiem.

Podsłuchałam rozmowę dorosłych przy stole i dowiedziałam się, że ksiądz na wakacje zabiera Wiesię gdzieś pod namiot.

Hmm… mnie chyba by się to nie podobało. Z księdzem spać pod jednym namiotem?! Przecież to głupie… A może czegoś nie zrozumiałam?


Ci, którzy patrzą na świat inaczej…


Ludzie inteligentni istnieją, by rozumieć. Są ciekawi świata, zadają dużo pytań i uczą się od wszystkiego oraz wszystkich. Patrzą na świat inaczej — zauważają rzeczy, obok których inni przechodzą obojętnie. Tekst w obrazie.


czwartek, 9 kwietnia 2026

Żyj w zgodzie ze sobą...

 


Tak, cisza czasem mówi więcej niż słowa — w niej mieszka zrozumienie. Tekst w obrazie.


Uśmiech – najprostszy sposób na lepsze życie. Dlaczego warto się uśmiechać?

Uśmiech nic nie kosztuje, a potrafi zmienić wszystko. Czasem wystarczy drobny gest, by rozjaśnić komuś dzień — albo własne życie.


Podobno uśmiech to najlepszy kosmetyk — nie tylko dla ciała, ale i dla duszy. Mówią o tym psychologowie. Ja im wierzę… ale jeszcze bardziej wierzę własnemu doświadczeniu. Bo ja po prostu wiem, jak to działa.

Moja córka często powtarza, że kiedy przychodzę do nich w odwiedziny, najpierw wchodzi mój uśmiech, a dopiero potem ja. I coś w tym jest. Bo kiedy to słyszę, robi mi się ciepło na sercu… a uśmiech — jakby zachęcony — pojawia się jeszcze szerzej. Gdyby nie uszy, pewnie obiegłby całą głowę.

Szczerze mówiąc, nawet się nad tym nie zastanawiam. Nie sprawdzam, czy się uśmiecham. To po prostu jest we mnie. Naturalnie. Na stałe. Może to po babci.

Pamiętam, jak ludzie mówili o niej: „Jaka to miła, zawsze uśmiechnięta staruszka”. I rzeczywiście — przeżyła 94 lata z pogodą ducha. Moja ciocia, bardzo do niej podobna, dożyła aż 103 lat. Przypadek? Być może. Ale piękny przypadek.

Swojego uśmiechu nie widzę — ale go czuję. I chyba dlatego tak dobrze reaguję na uśmiech innych ludzi. Działa jak coś kojącego. Rozjaśnia dzień. Za to ciągły smutek… potrafi przytłoczyć.

Oczywiście — rozumiem, że każdemu bywa ciężko. Mnie też. Są dni, kiedy zupełnie nie jest do śmiechu. Ale nauczyłam się jednego: nie noszę swojego smutku na pokaz.

Radzenie sobie z nim to moja własna praca. A kiedy już się z nim uporam — wychodzę do ludzi z uśmiechem. Bo wiem, że to ma znaczenie.

Ludzie lgną do tych, przy których jest lżej. To działa w obie strony — dajesz coś dobrego i to do Ciebie wraca.

Oczywiście dobrze mieć kogoś bliskiego, komu można się wygadać. I to jest bardzo potrzebne. Ale cały świat nie musi być naszym powiernikiem.

Bo prawda jest taka — niewielu ludzi lubi słuchać ciągłego narzekania. Zwłaszcza gdy ktoś utknął w nim na dobre.

Są osoby, które wręcz żyją swoim smutkiem. Opowiadają go wszędzie, każdemu. I zamiast ulgi — zostawiają po sobie ciężar.

Ja takich sytuacji unikam. Dla własnego spokoju. Ale to nie znaczy, że jestem obojętna.

Są ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy — i ich trzeba zauważyć, wysłuchać, wesprzeć. To zupełnie co innego.

Uśmiech nie zastąpi pomocy — ale często jest jej początkiem. Dlatego warto się uśmiechać.

Nie dlatego, że życie jest zawsze łatwe. Ale dlatego, że z uśmiechem jest… łatwiej.

Ja się uśmiecham. I zostawiam tu kawałek tego uśmiechu — sprzed lat, ale wciąż aktualny i wciąż żartobliwy, bo żarty lubię nieustająco:



Ktoś kiedyś mi powiedział,
że ładny uśmiech mam —
lecz on o tym nie wiedział,
że to dla Was… i dzięki Wam.

To do Was uśmiecham się serdecznie,
by przywołać uśmiech na Waszą twarz.
I będę to robić wiecznie,
bo radość mi sprawia uśmiech Wasz.

Wszak uśmiech działa jak balsam
na drżące serce i skołataną duszę.
Jeśli nie potrafisz uśmiechnąć się sam,
ja swym uśmiechem pomóc Ci muszę.

A dla mnie to czysta przyjemność —
w uśmiechu się czuję zwiewnie i lekko.
Niestraszna mi wtedy nawet ciemność
i nigdzie nie jest mi zbyt daleko.

Proszę, uśmiechnij się do mnie i Ty,
od razu poczujesz się lepiej, weselej…
Na trudy życia — uśmiech — lek prosty,
a gdy to pojmiesz — sam będziesz go szerzyć dalej.


środa, 8 kwietnia 2026

W nocy z 7 na 8 kwietnia w JSC w Houston nikt nie spał — ja też nie

Załoga Artemis II 7 kwietnia o godzinie 1:07 pobiła prawie 56-letni rekord misji Apollo 13 z 15 lipca 1970 roku, osiągając największą odległość od Ziemi, na jaką kiedykolwiek dotarł człowiek — ponad 406 778 kilometrów.

Coś niesamowitego i pięknego zarazem. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

Muszę przyznać, że z zapartym tchem od kilku dni śledzę ich w kosmosie. Bo kosmos od zawsze jest częścią mnie — cichy, nieskończony, prawdziwy.

A że najważniejsze godziny ich misji przypadły akurat na 1:07, tym bardziej jestem pod wrażeniem — liczby te są nie tylko częścią daty moich urodzin i urodzin mojego syna, ale też należą do najszczęśliwszych według numerologii i zawsze do mnie wracają.

Księżyc też wraca. Zawsze. To mój przewodnik. Mój zegar astrologiczny, który pomaga mi zarządzać życiem i czynić je bardziej zharmonizowanym z naturą.

Zwykle o tej porze śpię najgłębiej. Ale tej nocy coś mnie obudziło. Dokładnie o 1:07. Jakby ktoś szeptał: „spójrz”. Wyjrzałam przez okno. Wiatr był silny, zdjęcie wyszło niedoskonałe. Ale to nie ma znaczenia.

Sama świadomość, że oni tam, a ja tu — na Ziemi — w tym samym czasie obserwujemy Księżyc z przeciwległych stron, będzie mnie cieszyć już zawsze.

Naprawdę zazdroszczę im, że mogli obserwować ciemną stronę Księżyca, której jeszcze żaden człowiek nie widział... No, może poza Panem Twardowskim.





Hmm... to też Księżyc. Na jednym ze zdjęć właśnie taki mi się utrwalił. Dziwnie to wygląda.

A na tym zdjęciu tak wyglądał dziś (8 kwietnia) — z mojego okna — o 6:00 rano. Akurat wyszedł zza chmur. Ciekawa jestem, czy Załoga Artemis II w powrotnej drodze na Ziemię też go obserwuje... Albo odsypia teraz wczorajszą nieprzespaną i pełną emocji noc.

A trzeba nam wiedzieć, że noce w kosmosie to pojęcie względne, bo drastycznie różnią się od ziemskich warunków ze względu na brak grawitacji i dużą prędkość orbitalną.