Rano
wydarzył się upadek. Dosłowny. Spektakularny. Z gatunku tych,
które zapisują się w pamięci mięśni na kilka dni.
Chciałam
tylko wyjechać autem. Zwyczajna czynność. Zima jak zima — osłona
przeciwszronowa przywarła do szyby z uporem godnym lepszej sprawy.
Szarpanina, zwycięstwo, triumfalny krok w stronę bagażnika.
I wtedy
ziemia — a właściwie lód — postanowił przypomnieć mi o
swojej obecności.
Nogi
rozjechały się szeroko, bez konsultacji, bez ostrzeżenia. Ruch
płynny, niemal baletowy. Tyle że balet bez muzyki i bez widowni.
Szpagat? Nie do końca. Ambitna próba? Owszem. Występ solowy na
tafli lodu pod własnym domem.
Lata już
nie te — ciało pamięta, że kiedyś było giętkie i skłonne do
popisów. Teraz reaguje bardziej stanowczo. Człowiek chciał być
lekki jak płatek śniegu, a został sprowadzony do parteru jednym
ślizgiem.
Świat
miejski bywa bezlitosny. Ulice odgarnięte, chodniki posypane. Ale
wokół samochodów — królestwo lodu. Surowe, obojętne, chłodne.
Luty. „Podkuj buty” — mówi przysłowie. A ja w sportowych,
ufnych w dobrą wolę poranka.
Upadek
był szybki. Ziemski. Twardy. A potem był las. I to właśnie tam
zaczyna się prawdziwa opowieść. Bo:
W lesie najpiękniej o brzasku…
Kiedy mgłą
osnute jeszcze,
Kiedy słońce
nabiera blasku,
Kiedy na
wpół uśpione jeszcze…
Tak, w
lesie o brzasku wszystko ma inny wymiar. Tam nawet ból cichnie,
jakby nie śmiał zakłócać porannej ciszy.
Miasto
zrzuca człowieka na lód. Las podnosi go światłem. Promienie
słońca przeciskają się między drzewami z łagodnością, której
próżno szukać na oblodzonym podjeździe. Śnieg nie jest tu
wrogiem — jest tłem. Czystym płótnem dla zieleni igliwia i
czerwieni owoców, które jarzą się jak drobne ogniki w chłodnym
powietrzu.
Tam,
gdzie przed chwilą było rozjechanie i napięcie, tu jest pion.
Smukłe pnie wznoszą się ku niebu z pewnością, której można im
tylko pozazdrościć. Nic się nie ślizga. Nic nie ucieka spod stóp.
Nawet cisza stoi prosto.
Patrzę
więc na to poranne misterium i myślę: jak niewiele trzeba, by
człowiek stracił równowagę. I jak wiele daje natura, by ją
odzyskać.
Las spogląda
swoim spokojnym okiem. Jakby mówił:
— Upadłaś? To wstań.
Zobacz, świat wciąż jest piękny.
No to ja
mu — łyp! zachwyconym okiem. A potem — klik! zimnym okiem
obiektywu. I w duchu obietnica: wrócę. Nawet jeśli wcześniej
zaliczę kolejny niekontrolowany poślizg. Bo przyroda to mój
żywioł. A żywioły, jak wiadomo, są nie do zatrzymania.