niedziela, 22 marca 2026

A gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część III)


Mam już aż pięć latek i w kaszę nadmuchać sobie nie daję… Oj nie! Widać to po moim spojrzeniu. A co? Niech se nie myślą. Ja im dam „trzeciego dziurawca”!

No ale nic. Siedzę grzecznie na kolanach mamusi i wypatruję tego ptaszka, który tym razem już na pewno ma wyskoczyć z obiektywu aparatu fotograficznego wujka Staszka… Też mi! Żadnego ptaszka nie widać. Wujek tak samo robi nas w balona.



Ha! Zaraz sobie sama ptaszka znajdę. Gdzie? Ano na drzewie. Po zrobieniu zdjęcia chwilę musimy jeszcze postać przy mamusi, bo mamusia robi paternoster mojej średniej siostrzyczce Tereni, że znów się umorusała jak nieboskie stworzenie. A ja z najstarszą siostrzyczką Lodzią też musimy tego paternostra wysłuchać. Profilaktycznie. Tak na wszelki wypadek, gdyby i nam się zachciało umorusać.

A dzisiaj niedziela — nie przystoi być brudnym. Ja przecież o tym wiem i brudna nie jestem. Bo też nie znoszę być brudna. Nigdy. Nawet w poniedziałek.

I mamusia też o tym wie, bo zawsze się dziwi, że ja po drzewach i po dachach ciągle się wspinam, a umorusana wcale nie jestem.

No, może czasami tylko porwana, kiedy zdarzy mi się zawisnąć na jakiejś głupiej gałęzi albo gdzieś na gwoździu. Jednak brudna albo umorusana — jak woli mamusia — co to, to nie!

Ale cóż… stoimy grzecznie i słuchamy, co rodzicielka ma do powiedzenia, choć wiem, że to i tak nic nie pomoże. No bo jak ma pomóc, skoro Tereni brud się szczególnie ima? Mało tego — ona z brudem najwyraźniej żyje w całkowitej symbiozie. Po prostu lubi być brudna i nie ma na to rady…

Ale stoimy i słuchamy. A gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje.

Muszę jednak przyznać, że trochę rozumiem mamusię, że tak nas pilnuje, żebyśmy wyglądały schludnie, bo wszystkie ubranka sama nam szyje. Od bielizny i piżamek po sukieneczki, spódniczki, bluzeczki i płaszczyki.

Taka zdolna jest ta nasza mamcia. Specjalnie zrobiła nawet Kurs Kroju i Szycia, żeby wszystko, co nam szyje, wyglądało profesjonalnie i pięknie. Sobie też różne ubrania szyje, zwłaszcza sukienki. Tatusiowi nieco mniej, bo — jak ze śmiechem mówi — na kursie szycia męskich ubrań nie uczono.


Kurs Kroju i Szycia — 1956 rok. Mamusia stoi jako trzecia z lewej strony.


To jednak nieprawda, bo i tatusiowi coś tam ciągle szyje. Nawet koszule. Sama widziałam. Mamusia zawsze mówi, że w sklepach niczego dobrego do ubrania nie można kupić, więc sama musi nas obszywać.

Dlatego stojąca w kuchni ogromna poniemiecka maszyna do szycia często turkocze. A mamusia potrafi z różnych materiałów stworzyć coś oryginalnego, niepowtarzalnego. Nikt takich ubrań nie ma.

O, chociażby ta suknia, którą sobie z japońskiego jedwabiu uszyła specjalnie na zabawę karnawałową. Czyż nie jest piękna? Piękna i bardzo przyjemna w dotyku. Wiem, bo nieraz się w nią ubierałam, kiedy mamusi nie było w domu.



Wspaniale prezentuje się też nasza rodzinka na tym profesjonalnym zdjęciu. Wszystko, w co jesteśmy ubrani, mamusia sama uszyła i wyhaftowała. Tatusiowi marynarkę też uszyła, tylko niczego na niej nie wyhaftowała. Nie wiem dlaczego.



Przed zaprowadzeniem nas do fotografa siostrzyczka Terenia znów zdążyła się zdrowo wybrudzić. Widać to po jej rajtuzkach, które wcześniej były nieskazitelnie białe.

I chociaż znów dostała burę od mamusi, ustawianie do zdjęcia odbyło się bez większych zgrzytów. A to dlatego, że nasz znajomy fotograf obiecał zdjęcie wyretuszować i ten brud z jej rajtuz choć trochę usunąć.

Moich posiniaczonych kolan retuszować nie musiał, bo zakryłam je, mocno obciągając sukieneczkę.

Obietnica pana fotografa sprawiła, że od razu spokojniej się zrobiło. Jednak mnie dalej coś wkurzało…

Nie, nie mogę narzekać — na kolanach mamusi było całkiem wygodnie. Tylko po kiego licha pan fotograf kazał nam palce u rąk schować? Dobrze, że jeszcze nóg nie kazał schować, żeby z lenistwa uniknąć retuszowania brudnych rajtuz Tereni.

A to by była dopiero niepowetowana szkoda! Wszak nóżki mamy bardzo ładne i zgrabne. Szkoda byłoby ich nie sfotografować.

Och, biedny tatuś… Ma się z tymi dziurawcami. Jakoś nagle i tatusia zrobiło mi się szkoda. Czemu? Nie wiem. Co to jest, że tak szybko zmieniają mi się myśli, a jeszcze szybciej odczucia? Mętlik w głowie? Niespokojna dusza? A może jestem chora?

Eee tam, chora! Wcale się choro nie czuję. Mamusia zawsze mówi, że jestem najzdrowsza ze wszystkich.

Coś w tym jest. Bo pamiętam, że kiedy moje siostrzyczki chorowały na różyczkę i leżały cierpiące w łóżkach, mamusia profilaktycznie i mnie kazała leżeć. Chociaż ja wcale się od nich nie zaraziłam. Czułam się zupełnie zdrowo.

I pewnie trochę im przeszkadzałam w tym ich chorowaniu. Chyba tak musiało być, bo w końcu wyrzuciły mnie z pokoju, meldując mamusi, że za bardzo szaleję.

Szaleję? Ja? No coś takiego! Ja wcale nie szalałam. Ja się tylko bawiłam.

No ale i dobrze, że mnie wyrzuciły, bo za mocno wyproszoną zgodą mamusi mogłam wreszcie pójść do ogrodu i po swojemu spokojnie bawić się dalej.

Spokojnie — bo nikt mi nad uszami tam nie brzęczał. Oprócz pszczółek oczywiście. A pszczółki to ja kocham, bo bardzo mi smakuje ich miodek.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Czym jest szczęście?



Szczęście to nie tylko chwilowa euforia, ale ogólna pomyślność, na którą składają się pozytywne emocje, dobre relacje, realizacja celów oraz wdzięczność za codzienne chwile. Tekst w obrazie.


sobota, 21 marca 2026

Wiosna przywitana… z częściowym morsowaniem

Pierwszy dzień wiosny postanowiłam uczcić godnie — czyli w lesie i w towarzystwie mojej najmłodszej wnuczki. Przy okazji chciałam ją uświadomić kulturowo i opowiedzieć, jak to dzieci w Polsce witają wiosnę. No bo przecież nie może dorastać w takiej niewiedzy.

Ruszyłyśmy zaraz po śniadaniu. Najpierw elegancko — dróżkami i ścieżkami. Ale jak wiadomo, prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się ścieżka, więc szybko przeszłyśmy na tryb „na przełaj”.

Drzewa sprawdzone — pierwsze pączki są. Wiosna działa. Można uznać za oficjalnie rozpoczętą.

Po drodze opowiadałam wnuczce o wiosennych zwyczajach w Polsce — o Marzannie, o Dniu Wagarowicza. Słuchała z zaciekawieniem, a pytań miała tyle, że nie sposób było zostawić któregokolwiek bez odpowiedzi. Szczególnie ta druga tradycja przypadła jej do gustu… dziwne, prawda?

No to w skrócie opowiedziałam jej jeszcze o zabawnych przygodach bohaterów mojej książki pt. „Wagarowicze mimo woli”*, którą napisałam wiele lat temu.

W końcu zaschło mi w ustach od tej edukacji, postanowiłam więc wyjść na skraj lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (studzienka panienki, rocznik 1909).



Plan był prosty: napić się wody, zapalić tradycyjnie świeczki na skałkach i wrócić do domu jako porządne, kulturalne osoby. Z wykonaniem, jak się okazało, wyszło nieco gorzej.

Miałyśmy dwie świeczki. Jedna… postanowiła zamieszkać w studzience, wypadając wnuczce z ręki. Oczywiście przypadkiem. Wnuczka posmutniała, więc babcia — bohaterka — ruszyła na ratunek.

Nachylam się, oceniam sytuację, wszystko pod kontrolą… i nagle: chlup!

Pomiar głębokości wykonany. Ręką. Po samą pachę. Bo zostałam delikatnie (bardzo delikatnie!) potrącona. Oczywiście niechcący. Jak zawsze.

Wnuczka się wystraszyła i w końcu się rozpłakała. Mnie też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera.

Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i zajęłam się uspokajaniem wnuczki. Powiedziałam, że nic mi się nie stało i że świeczkę i tak muszę wyciągnąć, żeby nikt sobie nie pomyślał, że zaśmiecamy studzienkę.

No i skoro głębokość studzienki (niespodziewanie) już poznałam, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam. Sukces!



Efekt uboczny: rękaw mokry, ręka zmarznięta, ogólne poczucie, że jednak wiosna jeszcze się z nami nie do końca zgadza.

— Biegiem do auta! — zarządziłam strategicznie.

I tak oto, śmiejąc się po drodze (głównie wnuczka), zakończyłyśmy powitanie wiosny w stylu: edukacja + przygoda + morsowanie w wersji light.

A żeby tradycji stało się zadość, opowiedziałam jej jeszcze historię z mojego dzieciństwa o pewnej niespodziewanej kąpieli*… choć w wersji nieco ocenzurowanej. W końcu babcia też musi mieć autorytet.


* Zabawnym przygodom wagarowiczy mimo woli nie było końca, ale były też i dramatyczne: "Wagarowicze mimo woli".

* Rzeczywiście niespodziewana to kąpiel była. Oj, bardzo: Niespodziewana kąpiel”.


Co czeka naszą generację?...

 


Świat pełen niepewności. Między strachem a nadzieją. Nasza generacja wobec współczesnych kryzysów. Największe wyzwania XXI wieku. Refleksje o losach naszej generacji w obrazie.


piątek, 20 marca 2026

No i mamy wiosnę 2026! Moje wiosenne życzenia

Od dziś, od godziny 10:46, wiosna rozgości się w pełni – czas cieszyć się jej światłem, zapachem i energią.

Pozdrawiam wiosennie wszystkich moich Czytelników i dziękuję z całego serca, że jesteście ze mną, że od lat trwacie przy moich słowach i myślach.

W podziękowaniu przesyłam Wam żonkila z mojego ogrodu – odważnego, pełnego życia i mocy. Niech jego blask i odwaga ogrzeją Wasze dni i napełnią je wiosenną radością.



Lasy we mgle witają wiosnę 2026

 Mgła oplata las jak oddech — cichy, wilgotny, nieuchwytny. Świat zwalnia, mięknie, rozpływa się w półtonach. Przez chwilę wszystko zdaje się zawieszone między snem a przebudzeniem.

A jednak cisza nie trwa długo. Pęka nagle — ptasim krzykiem, ostrym, natarczywym, pełnym życia. Skrzydlate głosy przecinają mleczną zasłonę, jakby chciały przywołać świat z powrotem do istnienia. Wiosna przyszła. Nieśmiało, lecz nieodwołalnie.

Stoję w tym rozedrganym bezruchu i słucham. I we mnie także coś się budzi — nie tylko radość, lecz przede wszystkim uparta, cicha nadzieja. Że wraz z pierwszą zielenią odrodzi się rozsądek. Że świat otrząśnie się z własnego zamętu i przejrzy choć na moment.

Bo mgła nie tylko otula — ona także zasłania. A kiedy w końcu opadnie, odsłoni wszystko to, co próbowano ukryć.

Może wtedy spojrzymy wreszcie prosto. Bez ucieczki. Bez złudzeń. I ci, którzy karmią się chaosem, znikną — rozwiani jak cień, gdy światło odważy się zostać.



Międzynarodowy Dzień Szczęścia... International Day of Happiness

 


Międzynarodowy Dzień Szczęścia — to radosne i uduchowione święto... Bądźmy więc szczęśliwi zawsze i wszędzie. Tekst w obrazie