Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXIII — Tym razem będzie o wielkiej miłości do klaczy Kasztanki, z którą pewnego wieczoru przeżyłam niebezpieczną przygodę. O Ryśku, który jednym nieprzemyślanym klepnięciem konia w zad zapewnił mi niezapomniany lot. Będzie też o nocnym siedzeniu w drewnianej kolumnie mostu i podglądaniu ryb oraz o pewnej kryjówce, w której całą trójką musieliśmy przeczekać gniew gospodarza. A wszystko przez Franka i jego wyjątkowo niefortunny pomysł na opał do ogniska...
Wakacje u wujostwa trwają nadal. A przygody... Łoo matko, tyle że głowa mała. Jedne zorganizowane przez chłopców, inne przeze mnie, a jeszcze inne wydarzały się same — z czystego przypadku. I taką właśnie przygodę przyszło mi dziś przeżyć. Co to za przygoda? Już opowiadam.
U wujostwa jest dużo zwierząt, ale ja najbardziej kochałam klacz Kasztankę. I kiedy tylko przychodził czas na jej pojenie w rzece Białej, pędziłam po nią do stajni, by móc na jej grzbiecie ze wzgórza do rzeki ją sprowadzić.
Na początku trochę się bałam, ale żem uparta jak „łosioł”, strach szybko pokonałam i codziennie wytrwale sprowadzałam ją do wodopoju.
Dumna jak paw siadałam na oklep na jej grzbiecie i powoli schodziłyśmy w dół. I choć zawsze po takiej jeździe nogi w kroku bolały mnie niemożebnie, bo też Kasztanka ma nie tylko zad szeroki, to jednak za każdym razem frajdę miałam niesamowitą.
Łydki też mnie nieraz bolały, bo gdy tak okrakiem siedziałam na niej, schodzącej ze wzgórza, to właśnie łydkami musiałam się trzymać najbardziej. A brzuch Kasztanki napęczniały był, oj, bardzo, ale przynajmniej miękki.
Każdorazowo cierpiały też moje palce, bo i jej długiej grzywy musiałam się kurczowo trzymać. A włos koński jest przecież sztywny i ostry. Czasami aż do krwi miałam je poprzecinane. Ale to wszystko nic!
Trzymałam się wytrwale, bo inaczej zjechałabym z jej grzbietu jak po równi pochyłej. A potem jeszcze i ze wzgórza na łeb, na szyję i w końcu sturlałabym się wprost do rwącej rzeki.
Mimo tych wszystkich niedogodności mój wysiłek owocował za każdym razem cudownym uczuciem. Czułam się niczym amazonka na rączym rumaku.
Jednak dziś to moje cudowne uczucie zostało brutalnie przerwane, a moje rozpalone lica z nagła schłodzone zimną wodą. Ba, nie tylko lica. A było to tak:
Był już wieczór. Sprowadzałam Kasztankę jak zwykle do rzeki, całkiem spokojnie, z uśmiechem przyklejonym na twarzy. Kuzyn Rysiek biegł za nami. I kiedy Kasztanka przednimi nogami po pęciny stanęła już w rzece i spokojnie siorbała sobie wodę, Ryśkowi coś do łba strzeliło i ręką trzasnął ją znienacka w zad.
Kasztanka spłoszyła się tym nagłym, niespodziewanym uderzeniem i wstrząsnęła łbem tak mocno, że ja, jak wystrzelona z katapulty, przeleciałam przez jej łeb i wylądowałam w połowie rzeki.
Z lotu pikującego nie pamiętam nic. Dopiero lądowanie utrwaliło mi się w pamięci, bo lodowata woda otrzeźwiła mnie od razu. Wody się opiłam, dupsko strzaskałam i… myślałam, że to już mój koniec.
Ależ musiałam mieć spłoszoną minę. Co się potem działo, trudno opisać. Dość powiedzieć, że Rysiek spłoszył się jeszcze bardziej niż ja i Kasztanka razem wziąwszy i w takim stanie spłoszenia trwał już przez dłuższy czas. Z tym że momentami ów stan mu się pogłębiał, zwłaszcza wtedy, gdy na niego popatrzyłam.
A patrzyłam znacząco, o tak! No a co?! Żeby takie durnowate pomysły mieć. A i Kasztanki było mi szkoda, bo pewnie poczuła się winna, że znów przez nią człowiek cierpiał.
Znów, bo też niedaleko jak parę miesięcy temu przytrafiło jej się, niechcący, ma się rozumieć, odgryźć czubek małego palca Zbyszkowi, mojemu drugiemu, starszemu kuzynowi. A tylko dlatego, że ten jołop jeden podawał jej marchewkę do pyska — nie tak jak trzeba, bo akurat, jak mi to sam opowiadał, był zaabsorbowany kłótnią ze swoim kumplem.
Ja tam żalu do Kasztanki nie mam. Bo jakaż tu jej w tym wina, że wstrząsnęła łbem w reakcji na nagłe klepnięcie Ryśka? Ale że nie byłam pewna, czy ona rozumie, że się z nią solidaryzuję, zła byłam na Ryśka podwójnie.
Złość mi jednak musiała przejść, bo ten „głupek” łaził za mną i wkoło przepraszał. Ale dałam mu się przeprosić dopiero wtedy, kiedy na mój „rozkaz” przeprosił też Kasztankę i dał jej do pyska dwie marchewki.
Na wakacjach szkoda czasu na jakieś tam gniewanie. Kolejne przygody przecież czekają. A że Rysiek obiecał mi nocną „nasiadówkę” z latarkami na drewnianym moście na rzece Białej Lądeckiej, to tym bardziej musiałam szybko zapomnieć o strzaskanej i bolącej pupie.
A most jest wspaniały. Nie, nie z wyglądu ani też z potęgi. Jest wspaniały, gdyż stoi na dwóch drewnianych kolumnach, które w środku są puste i dość przestronne. Parę razy już w nich siedziałam, to wiem. Tyle że w nocy jeszcze nie.
Po chwili siedzenia na moście i wgapiania się w gwiazdy wleźliśmy do środka jednej z tych kolumn. Każdorazowo, kiedy tam siedzę, oczu nie mogę oderwać od tego, co tam widzę. A widzę same piękne i dorodne ryby, myszkujące w wodorostach na dnie. W świetle latarek to jeszcze cudowniejszy spektakl do podziwiania.
Woda Białej jest wartka, ale w kolumnie zastyga, stoi tak jakby w miejscu. Tu ryby mają całkiem inne życie. Widzę też jakieś dziwne przedmioty wystające spomiędzy przeróżnej wielkości kamieni.
Jedne rozpoznaję, inne nie, bo są już zbyt obrośnięte wodorostami albo zmurszałe. Jest też jakiś stary kalosz, jest opona od roweru, jest nawet jakaś stara, dziurawa walizka, do której jedne ryby wpływają, inne zaś z niej wypływają.
Ciekawy to widok, aż nie chciało mi się stąd wyłazić. Ale po dwóch godzinach tej przyjemności Rysiek, ziewając szeroko, zaczął mnie ponaglać. Nie było wyjścia, trzeba było wyłazić. Jednak to „wyłażenie” jeszcze i tak o pół godziny przeciągnęłam.
Parę dni temu w tej drugiej kolumnie urządziliśmy sobie z Ryśkiem i Frankiem nawet kryjówkę. Musieliśmy się ukryć przed pewnym gospodarzem, który był wściekły na nas. Za co? A za Franka! Bo ten szurnięty Franek dzień wcześniej spalił mu jeden snopek pszenicy.
Tamtego dnia robiliśmy ognisko na brzegu Nysy i Frankowi coś do tej zakutej pały strzeliło i zamiast nazbierać chrustu, polazł na pobliskie pole i przytargał ze sobą snopek. Zanim się spostrzegłam, on rzucił go do rozpalającego się ogniska. Pech chciał, że ktoś podczas tego procederu go przyuważył i wypaplał gospodarzowi.
Na drugi dzień gospodarz zrobił na nas nagonkę, więc się schowaliśmy w kolumnie. Nie, nie z tchórzostwa, ale po to, aby mieć czas na naradę.
Przesiedzieliśmy tam bez ruchu ze dwie godziny, aż nam wszystkie członki ciała zdrętwiały. W końcu podjęliśmy desperacką decyzję i z kolumny żeśmy się wyczołgali i sami poszli do gospodarza.
Przyznaliśmy się do winy i wyraziliśmy chęć odkupienia winy. I cały następny boży dzień w trójkę zasuwaliśmy na jego polu.
Ale fajnie było. Praca w polu to też dla mnie atrakcja. Tylko, nie wiem czemu, Rysiek i Franek jakoś nie bardzo chcieli podzielić moje zdanie.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji
22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.








