niedziela, 11 października 2026

Dętka, ropa i śmierć w oczach

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXIV — Tym razem będzie o wakacyjnym opalaniu na ropę, traktorowej dętce i spływie, który miał być niewinną zabawą, a omal nie skończył się tragicznie. Będzie rwąca rzeka, szalone wiry, chłopcy wystrzeleni z koła jak z katapulty i ja, kiedy to kurczowo trzymając się wentyla, walczyłam o życie. A na koniec? Krzyki nad brzegiem, wielka ulga i śmiech, bo przecież Mintkowi nawet najgorsza przygoda prędzej czy później musi zamienić się w opowieść!


Po dwóch deszczowych dniach, podczas których na prośbę cioci sprzątaliśmy z Ryśkiem ogromny strych i dwie spiżarnie, nastał w końcu piękny, słoneczny dzień.

Postanowiliśmy go wykorzystać na opalanie na brzegu rzeki Białej, płynącej wartkim nurtem tuż pod wzgórzem, na którym stał ogromny dom wujostwa.


To ten pierwszy dom od prawej. Skorzystałam ze zdjęcia znalezionego w sieci.


Wtedy nawet na myśl mi nie przyszło, że to będzie niesamowity dzień, że przeżyję w nim najbardziej niebezpieczną przygodę ze wszystkich, jakie przydarzyły mi się podczas wakacji u wujostwa, czyli niekontrolowany spływ Białą Lądecką... Ale po kolei.

Aby znaleźć się na brzegu rzeki, wystarczyło zbiec w dół jakieś pięćdziesiąt metrów i już można się było rozkoszować jej chłodem. I tak jak z Ryśkiem postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Zaraz po śniadaniu dołączył do nas kumpel Franek i we trójkę, z odpowiednim ekwipunkiem, pobiegliśmy nad rzekę.

Rozłożyliśmy koce i po uprzednim nasmarowaniu się ropą spuszczoną przez Franka wprost z silnika traktora poddaliśmy się działaniu promieni słonecznych.

Z tą ropą to był mój pomysł, bo gdzieś słyszałam, że dzięki niej szybciej i bardziej na brązowo się opala. Wprawdzie chodziło mi o czystą ropę, kupioną w aptece, ale że na bezrybiu i rak ryba, zadowoliłam się taką, jaką Franek przytargał.

To nic, że śmierdzieliśmy jak traktorzyści. Ważne, że opaliliśmy się faktycznie bardzo szybko. To znaczy, ja się opaliłam, bo mam ciemną karnację i po kilku godzinach byłam „czarna” jak Murzyniątko. Ryśka jakoś słońce mało co chwyciło, a Franek spiekł się na raka.

Koniec końców, po dwóch godzinach leżenia plackiem na brzegu Białej zrobiło nam się bardzo gorąco. No i wtedy zakuta pała Franek, jako że odczuwał największe pieczenie ciała, wpadł na pomysł, by się schłodzić i przy okazji popływać sobie na dętce od traktora, którą wraz z ropą przyturlał od gospodarza z sąsiedztwa.

Długo mnie nie musiał namawiać, bo też już odczuwałam potrzebę ochłodzenia się. Franek pokatulał dętkę do rzeki i we trójkę się na nią wgramoliliśmy.

Na początku wcale łatwo nam to nie szło, gdyż nasze ciała były okropnie tłuste od ropy i co rusz ześlizgiwaliśmy się po mokrej gumie. Tym większe utrudnienie sprawiała nam rwąca woda. Ale jakoś wreszcie udało nam się przygotować do spływu i zasiąść na naszym kole. Ja pośrodku, chłopcy po bokach. Podnieśliśmy nogi… i popłynęliśmy w szalonym tempie wodami Białej.

Śmiechu i pisku było przy tym co niemiara, bo gdy kołem zarzucało na tych bardziej rwących odcinkach, trudno nam było się na nim utrzymać. Ależ mieliśmy ubaw! Po pachy.

W tym miejscu przypomnę, że wieś Pilcz leży w pięknym otoczeniu, u zbiegu dwóch rzek: Białej Lądeckiej i Nysy Kłodzkiej. Obie te rzeki łączą się tuż za wsią i płyną dalej jednym wspólnym korytem.


Na tym zdjęciu, też znalezionym sici, również widać dom wujostwa.

A w tej jedności koryto się poszerza, a ich wody tworzą coraz większe rzeczne rozlewisko. Nurt staje się coraz bardziej leniwy i powolny. Aż wreszcie rzeka, nosząca już tylko jedno imię — Nysa Kłodzka — snuje swe wody dostojnie, tworząc na swojej drodze wiele przepięknych meandrów.

Cudowne to miejsce. A jak bardzo „cudowne”, przyszło mi się przekonać właśnie tego dnia.

Płynęliśmy dalej i dalej, aż w końcu, kiedy chcieliśmy już zakończyć nasz spływ, zdając sobie sprawę, że na dalszym odcinku rzeki woda staje się wręcz niebezpiecznie rwąca, tym bardziej po dwudniowych ulewach, okazało się, że nie mamy już żadnego wpływu na przebieg naszej wyprawy.

Woda niosła nas coraz dalej i coraz szybciej zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie Biała łączy się z Nysą. A to miejsce jest straszne. Rozszalałe wody obu rzek wpadają na siebie z ogromną siłą i szybkością, tworząc całą masę niebezpiecznych wirów. Rysiek wrzeszczał, Franek przeklinał, a ja widziałam już śmierć w oczach.

W pewnym momencie, kiedy koło wpadło na wystający z dna głaz, tak nim potężnie zarzuciło, że chłopcy, nie mogąc się już utrzymać, wylecieli w powietrze, jakby ich ktoś z katapulty wystrzelił.

Mnie się jednak udało na nim utrzymać. Nie wiem jakim cudem… Może dlatego, że zdałam sobie sprawę, że jest ono moją ostatnią deską ratunku?

W utrzymaniu się na nim pomógł mi też długi wentyl, który sterczał między moimi nogami. Wprawdzie wcześniej sterczał w innym miejscu, bo przecież na wentyl bym chyba nie usiadła. Ale wtedy byłam zadowolona, że mam go akurat między nogami. A to, że co rusz drapał moje uda aż do krwi, wcale mi nie przeszkadzało. Bo cóż znaczą zadrapania w obliczu śmierci?

Woda niosła mnie coraz dalej. Byłam przerażona. Bałam się też o chłopców. Ale kiedy po chwili zobaczyłam, że jednak wyłonili się z wody i próbują dostać się na brzeg, nieco się uspokoiłam.

Gorączkowo zaczęłam myśleć, co ja mam ze sobą zrobić, wszak do miejsca połączenia rzek już niedaleko. Nic jednak nie wymyśliłam, bo też żywioł natury nie dawał mi żadnych szans. Miejsce połączenia rzek zbliżało się coraz bardziej.



Chwyciłam mocno za zbawienny wentyl i przywarłam do koła. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech… i czekałam najgorszego. Nie pamiętam, jak wpadłam z wodami Białej do Nysy. Kompletnie nic. Biała plama. Najwyraźniej z przerażenia straciłam przytomność.

Kiedy się w końcu ocknęłam, było zupełnie cicho. Żadnego szumu oszalałej wody, żadnego szarpania moim ciałem, żadnego podrzucania.

W pierwszej chwili myślałam, że już nie żyję. Bałam się otworzyć oczy. Ale że do tchórzy nie należę, zebrałam się w sobie i powoli zaczęłam je otwierać.

I co się okazało? Otóż okazało się, że płynę sobie spokojnie leniwymi wodami Nysy i nic więcej się nie dzieje… Cisza dookoła.

Po chwili z tej błogiej ciszy zostałam jednak wyrwana. Wrzaskiem chłopaków. Biegli we dwójkę prawym brzegiem rzeki i darli się jak opętani:

— Halszka, żyjesz?! Halszka, żyjesz?!...

— No i czego się drzecie?! — też się wydarłam w odpowiedzi.

Uszczęśliwieni chłopcy w taki oto sposób upewnili się, że żyję i dalej jestem tą samą Halszką.

W mig dobiegli do miejsca, gdzie leniwe wody Nysy niosły mnie na kole, i z okrzykiem radości — z rozpędu wskoczyli do wody tuż obok mnie. Mało mnie z koła nie wychlapali.

No a potem, kiedy już razem wygramoliliśmy się na brzeg i emocje opadły, był już tylko śmiech i głośne opowiadanie sobie nawzajem wrażeń z tego niesamowitego spływu na dziko. A że każdy z nas siłą rzeczy miał nieco inne, było co opowiadać i z czego się śmiać... Toteż rechotaliśmy jak wariaty.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat

20. Rok, w którym prawie się poddałam

21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji

22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka

23. Kasztanka most i nocne przygody


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Śpioch Hugo i gniewne słonko...

Mały Hugo lubi długo spać i uważa, że wszystko powinno być zawsze gotowe na jego życzenie. Pewnego dnia słonko postanawia przemówić mu do rozsądku. Czy chłopiec zrozumie, że mama również potrzebuje odpoczynku, pomocy i odrobiny czułości? — bajka z morałem w obrazie.



A morał z tej bajki wypływa taki:

Gdy Matkę masz blisko siebie, żyje ci się pięknie, jakoby w niebie. Pamiętać jednak bądź zawsze skłonny, że Matka ma serce — nie tylko na dłoni.



sobota, 10 października 2026

Czy jesteśmy gotowi na to, co skrywa Wszechświat?

Kosmos fascynuje mnie od dzieciństwa. Uwielbiam poranne spotkania z gwiazdami, ale ostatnio na niebie wydarzyło się coś, co ponownie rozbudziło moją ciekawość. Nie wiem, co zobaczyłam, wiem jednak, że Wszechświat wciąż ma przed nami wiele tajemnic. A jeśli pewnego dnia odkryjemy, że nie jesteśmy sami, co wtedy?


Dziś obchodzony jest ostatni dzień Światowego Tygodnia Kosmosu (World Space Week). To międzynarodowe wydarzenie zostało ustanowione przez ONZ w 1999 roku, a po raz pierwszy obchodzono je w 2000 roku pod hasłem „Rozpoczęcie kosmicznego milenium”. Jego celem jest promowanie nauki, technologii oraz eksploracji przestrzeni kosmicznej. Od tamtej pory Światowy Tydzień Kosmosu obchodzony jest co roku, od 4 do 10 października.

A kosmos zaczyna się zazwyczaj na wysokości 100 kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Zazwyczaj, ponieważ niektórzy naukowcy, na podstawie analizy danych satelitarnych, sugerują, że granica przestrzeni kosmicznej może znajdować się nieco niżej, w okolicach 80–90 kilometrów.

Wszechświat wciąż skrywa przed nami niezliczone tajemnice, a rozwój technologii pozwala nam zaglądać coraz dalej w jego bezkres. Być może stoimy u progu odkryć, które zmienią nasze wyobrażenie o miejscu człowieka w kosmosie. Czy jesteśmy gotowi zmierzyć się z prawdą, która może wywrócić nasz światopogląd do góry nogami?



Mnie osobiście kosmos bardzo interesuje. Już od dzieciństwa uwielbiam buszować wzrokiem po niebie i zawsze znajduję na nim coś ciekawego dla siebie. Wędruję spojrzeniem pośród gwiazd, jakby niebo było otwartą księgą, w której każdej nocy można odkryć coś nowego.

Mam łóżko celowo ustawione w taki sposób, żeby tuż po przebudzeniu widzieć niebo. A że budzę się wcześnie, bo już o czwartej rano, to kiedy jest bezchmurnie, mam okazję podziwiać mrugające do mnie gwiazdy. Albo sam Księżyc. Bo kiedy ten nasz jedyny naturalny satelita króluje na niebie, gwiazd prawie nie widać. Księżyc swoim ostrym blaskiem je przyćmiewa.

Parę dni temu również zobaczyłam coś niezwykłego na gwiaździstym niebie.

Po przebudzeniu odchyliłam głowę do tyłu i ujrzałam obok Syriusza ogromną kulę, świecącą ostrym światłem. Kula lekko się poruszała, raz zbliżając się do Syriusza, a raz nieco się od niego oddalając.

Przez chwilę patrzyłam na nią, nie dowierzając własnym oczom. Wyskoczyłam z łóżka, aby sięgnąć po okulary i upewnić się, że wzrok mnie nie zawodzi. Nie, nie zawodził! Otworzyłam na oścież okno i obserwowałam to niezwykłe zjawisko.

Po chwili pognałam po aparat fotograficzny. Musiałam zrobić zdjęcie! Ustawiłam odpowiednio zoom, skierowałam obiektyw w niebo i... Kula nagle, w ułamku sekundy, zniknęła, jakby ktoś ją zgasił.

Nie będę ukrywać, że byłam bardzo zawiedziona, bo to już drugi raz przydarzyła mi się podobna sytuacja. Tyle że za pierwszym razem widziałam UFO nad lasem. Widziało je również dwóch biegaczy. Zrobiłam mu nawet kilka zdjęć telefonem komórkowym i oglądałam je jeszcze w samochodzie.

A kiedy dotarłam do domu i chciałam pochwalić się nimi dzieciom, zdjęć już nie było. W jakiś tajemniczy sposób zniknęły z telefonu.

Może właśnie dlatego tak często spoglądam w niebo. Nie tylko z ciekawości. Jest w nim coś, co nie pozwala mi uwierzyć, że wszystko, co istnieje, ogranicza się do tego, co znamy i potrafimy wyjaśnić. Wszechświat wciąż skrywa przed nami więcej tajemnic, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Ilekroć patrzę w jego bezkres, zastanawiam się, jak wiele jeszcze przed nami. Jak wiele odkryć czeka na ludzkość i czy jesteśmy przygotowani na to, co może przynieść przyszłość.

Myślę jednak, że jedno powoli staje się pewne: nadchodzi czas na zmiany. Świat i ludzkość w takim stanie, w jakim znajdują się obecnie, nie mogą już długo trwać.

Zmiany przyjdą z dwóch stron: zarówno za sprawą samej ludzkości, jak i Wszechświata.

Kto zdaje sobie z tego sprawę, być może nie przeżyje wielkiego szoku — w odróżnieniu od tych, którzy wolą mieć klapki na oczach, założone przez religie, i w ogóle nie dopuszczają do siebie myśli, że rzeczywistość może okazać się zupełnie inna, niż dotąd wierzyli.

Moim zdaniem lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć, co nas czeka.

Za kilka lat teleskopy nowej generacji być może przyniosą nam odkrycia, które zmienią nasze wyobrażenie o miejscu człowieka we Wszechświecie. A kto wie, może kiedyś uda nam się potwierdzić istnienie życia poza Ziemią?

I co wtedy?

No co? Głupie pytanie...

Będzie szok!


Poznaj zadziornego Pancerka...

 



Czasem wystarczy spojrzeć na zwierzę, by rozpoznać człowieka… W ich naturze kryją się ludzkie przywary — wiersz z cyklu "Ludzkie przywary w zwierzęcej skórze" w obrazie.


Kaczor na wyborczym poligonie...

 



Do wyborów jeszcze rok, ale najwyraźniej nie ma czasu do stracenia. Na Nowogrodzkiej zaczyna się przedwyborcza próba generalna. Kaczor już ćwiczy, Błaszczak mobilizuje ludzi, a wyborcza gorączka rośnie z każdym dniem... — wiersz satyryczny w obrazie.


piątek, 9 października 2026

O rany! O rety! — czyli kret w świecie T-P...

 


Kiedy owca zaczyna kopać kopce, kret Bolo ma prawo się zdziwić. Kiedy zaś świat staje na głowie, pozostaje już tylko budować schrony i szukać winnych. Zwłaszcza gdy w tle pojawia się tajemnicze T-P… — wiersz z cyklu "Ludzkie przywary w zwierzęcej skórze" w obrazie.


Jesienne kwiaty, pszczele brzęczenie i smak miodu

Kalendarz mówi: jesień. Las odpowiada: jeszcze nie! Kwiaty kwitną, pszczoły pracują, słońce przygrzewa, a ja już zacieram ręce na myśl o jesiennym miodzie. Bo skoro półlitrowy słoik znika w tydzień, to chyba najwyższa pora przyznać się do pewnego uzależnienia… od miodowej słodyczy.


Jesień panuje już od ponad dwóch tygodni. I trzeba przyznać, że panuje pięknie. Naprawdę nie ma na co narzekać. Jest jeszcze w miarę ciepło, a słońce niemal codziennie zagląda na świat, jakby i ono nie miało ochoty na rychłe pożegnanie z latem.

Nic więc dziwnego, że w lasach wciąż mnóstwo kwiatów. I wcale nie mimozy, co to niby jesień zaczynają, jak śpiewał Niemen. Te są całkiem dorodne, kolorowe i jakby nieświadome tego, że kalendarz nakazuje im już powoli szykować się do zimowego snu.

A na niektórych wciąż można spotkać pracowite pszczółki, uwijające się wśród kwiatów, jakby i one chciały wykorzystać każdy jeszcze ciepły dzień.

Śmiało więc można powiedzieć, że jesienne kwiaty nie tylko cieszą oczy, ale dają również nadzieję na jesienny zbiór miodu. A to cieszy mnie szczególnie. Wszak od dziecka jestem jego wielką fanką.

Myślę, że przez te wszystkie lata zdążyłam już pochłonąć chyba całą beczkę tego jakże zdrowego smakołyku… E tam, beczkę! Cysternę! Jak nic cysternę, skoro półlitrowy słoik wystarcza mi zaledwie na tydzień.

Cukru nie używam w ogóle. Nawet kawę słodzę miodem. Często smaruję nim także chleb z masłem.

I właśnie tego nauczył mnie mój wujek, który miał na wsi ogromną pasiekę. Nauczył, a potem jeszcze skutecznie utrwalił ten zwyczaj, bo przecież jako dziecko co roku spędzałam u wujostwa wakacje.

I może właśnie dlatego do dziś zapach miodu, brzęczenie pszczół i widok kwiatów uginających się pod ich ciężarem mają dla mnie coś z wakacyjnego wspomnienia. Nawet wtedy, gdy jesień zagląda już do lasu.