Korzenie i skrzydła. Między śmiechem a wspomnieniem. W świetle babcinych dłoni. W babcinej pieczy miłość spowalnia czas. Wierszyk w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Korzenie i skrzydła. Między śmiechem a wspomnieniem. W świetle babcinych dłoni. W babcinej pieczy miłość spowalnia czas. Wierszyk w obrazie.
Zima przyszła i odeszła — tylko na chwilę. Jej prawdziwe oblicze pokazało się na krótko, w pierwszych tygodniach stycznia. Teraz pojawia się jak cień: lekka mżawka, sypiący się śnieg, który w ciągu dnia cicho topnieje, jakby nigdy go nie było.
W powietrzu czuć już wiosnę. Nie tylko w zapachu ziemi, nie tylko w odgłosie ptaków, które odważnie wypełniają ciszę śpiewem. Wiosnę widać też w ogrodzie, wśród pierwszych, nieśmiałych kwiatów.
Przebiśniegi. Małe latarnie światła przebijające przez szarość. Kilka dni temu zakwitły w ziemi jeszcze twardej od mrozu. Dziś nocna zmarzlina ścisnęła ich płatki, a zamarzająca mżawka skropliła ich delikatne główki. Ale one przetrwają — jak co roku. Ciche, nieugięte, wierne rytmowi przyrody.
Nadchodząca wiosna jest nie do powstrzymania. Ptaki wyćwierkały mi jej pewność, a ziemia odpowiada pierwszym zielonym pąkom. I choć zima jeszcze od czasu do czasu podnosi głowę, jej podrygi są już tylko wspomnieniem.
Są pytania, które wracają do nas uporczywie, nawet jeśli próbujemy je zagłuszyć. Jedno z nich brzmi: czy naprawdę chcemy wiedzieć więcej, niż pozwala nam codzienna wygoda myślenia?
Być może nadchodzi czas, by poszerzyć swój światopogląd — a może nawet „wszechświatopogląd”. Przywykliśmy do określonych wersji rzeczywistości: tych szkolnych, religijnych, naukowych, kulturowych. Tworzą one konstrukcję, w której czujemy się bezpiecznie. Ale każda konstrukcja, jeśli jest zamknięta, staje się również ograniczeniem. Zamykanie oczu i zatykanie uszu daje chwilowy komfort. Na dłuższą metę jednak nie zmienia tego, co istnieje poza naszym przyzwoleniem.
Co, jeśli obraz świata, który przyjęliśmy, jest jedynie fragmentem większej całości? Co, jeśli to, co dzieje się w Kosmosie, ma bezpośredni wpływ na to, co rozgrywa się na Ziemi? Być może rozsądniej jest próbować zrozumieć wcześniej, niż zostać nagle skonfrontowanym z czymś, co przekroczy nasze dotychczasowe wyobrażenia.
Myśl o Przybyszach z innych światów budzi śmiech albo lęk. Czasem fascynację. Czasem drwinę. A jednak od wieków powraca w mitach, wizjach i szeptanych świadectwach — jak echo, które nie chce wygasnąć.
I nagle to echo przenika do przestrzeni oficjalnej. Do sal przesłuchań. Do mikrofonów. Do nagrań.
Emerytowany major Sił Powietrznych USA i były oficer wywiadu, David Grusch, składa pod przysięgą zeznania o programach badających niezidentyfikowane obiekty i o technologiach, które — jeśli wierzyć jego słowom — nie należą do naszego świata.
Były prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, w rozmowie publicznej przyznaje, że istnieją zjawiska powietrzne, których natura pozostaje niewyjaśniona nawet na najwyższych szczeblach wiedzy państwowej. Oświadczył też, że na podstawie swojej „prezydenckiej” wiedzy kosmici istnieją.
Czy są to sygnały przełomu? Czy jedynie dowód na to, że ludzka wiedza — nawet ta najbardziej uprzywilejowana — ma swoje granice?
Żyjemy w czasach napięcia. Kryzys klimatyczny, widmo konfliktów nuklearnych, decyzje podejmowane przez nielicznych, które mogą zaważyć na losie milionów. W takim kontekście pytanie o obecność „innych” nabiera dodatkowego wymiaru.
Czy byliby obserwatorami? Strażnikami? A może jedynie świadkami naszej drogi — tak jak my bywamy świadkami procesów, których nie zamierzamy zatrzymywać?
Ostatecznie jednak pytanie nie dotyczy wyłącznie kosmitów. Dotyczy naszej postawy wobec nieznanego.
Czy wolimy stabilność znanego świata, nawet jeśli jest niepełny, czy ryzyko poszerzenia świadomości? Wiedza nie zawsze przynosi spokój. Czasem odbiera złudzenia. Czasem zmusza do redefinicji siebie.
A jednak to właśnie zdolność przekraczania własnych ograniczeń poznawczych stanowi o rozwoju człowieka.
Lepiej więc wiedzieć czy nie wiedzieć? Być może odpowiedź nie brzmi ani „tak”, ani „nie”. Być może brzmi: „być gotowym”.
***
Dla tych, którzy chcą samodzielnie zagłębić się w temat, istnieją przestrzenie i osoby od lat go eksplorujące. W Polsce od ponad trzech dekad zajmuje się nim Robert Bernatowicz, twórca kanału „Rozmowy na Krawędzi Wszechświata”. Na świecie jednym z najbardziej znanych badaczy zjawiska UFO pozostaje Jacques Vallée — informatyk, astronom i astrofizyk, którego wywiady i publikacje są szeroko dostępne.
Reszta — jak zawsze — pozostaje w gestii ciekawości.
Z cyklu: "Chcesz — wierz. Nie chcesz — twoja sprawa"
Pozory to fałszywe wyobrażenie o czymś, zewnętrzny wygląd nieoddający istoty rzeczy. Pozory mylą, ponieważ nasz mózg dąży do uproszczeń. Tekst w obrazie.
Są takie wakacje, które nie kończą się nigdy. Zostają pod powiekami, w zapachu powietrza, w szumie rzeki, który brzmi w pamięci nawet po latach.
W dzieciństwie i wczesnej młodości niemal każdego roku wyjeżdżałam do wujostwa na wieś. Ich ogromny, przedwojenny dom stał na wzgórzu jak strażnik krajobrazu — trochę dumny, trochę milczący, a dla mnie najbezpieczniejszy na świecie. To tam uczyłam się smaku lata.
Budziłam się skoro świt. W ciszy, która nigdy nie była zupełną ciszą. Siadałam na parapecie w pokoju na pierwszym piętrze i wdychałam rześkie powietrze pachnące trawą i wodą.
U podnóża wzgórza płynęła Biała Lądecka — wartka, chłodna, nieustannie opowiadająca swoją historię. Jej szum był pierwszą muzyką dnia.
Z podwórza dobiegało życie: gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Ten wielogłos nie był hałasem. Był rytmem. Dowodem, że świat oddycha. Czułam wtedy intensywnie i prosto: że jestem, że żyję.
Śniadania miały smak prawdziwości. Do kuchni „na dni powszednie” przechodziło się przez stajnię, gdzie mieszkały dwie krowy i klacz Kasztanka. Zapach był tam niezmienny, ciężki i swojski — ale dla mnie miał w sobie coś kojącego. Dziś wiem, że to nie była tylko woń siana i zwierząt. To był zapach bezpieczeństwa.
Na stole czekał chleb, mleko jeszcze ciepłe, jajka od szczęśliwych kur i miód z pasieki wujka — pachnący kwieciem, słońcem i cierpliwą pracą pszczół. Dziesięć uli stało w ogrodzie tuż przy oknach kuchni, a brzęczenie mieszało się z rozmowami dorosłych.
A potem zaczynał się dzień bez granic. Łąki, pastwiska, lasy. Biała Lądecka i Nysa Kłodzka, które spotykały się w Pilczu jak dwie siostry. Woda chłodziła rozgrzaną skórę, trawa łaskotała łydki, a czas — jakby przestawał istnieć. Natura była czysta, nieskalana, ogromna. A ja byłam jej cząstką.
Po latach wracałam tam już jako matka. Chciałam, by moje dzieci zobaczyły świat, który mnie ukształtował — żeby usłyszały tę samą rzekę, poczuły zapach stajni i spróbowały miodu, który smakował latem. Jeździliśmy do wujostwa aż do chwili, gdy odeszli — jak wierzę — do innego wymiaru, zostawiając po sobie dom pełen wspomnień i krajobraz, który wciąż tam trwa. Bo są miejsca, które nigdy nie znikają. Nawet jeśli czas zabiera ludzi.
Róża — szept natury, poezja zaklęta w płatkach. Jej piękno porusza. Jest delikatna i silna zarazem. Tekst w obrazie.
Z początkiem wiosny, jak co roku, na drogi ruszają różnej maści motocykliści — i ich maszyny. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy.
Ich ryk słychać już z daleka. Śniegu u nas od dawna nie ma, więc jeżdżą. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka. Zwłaszcza tych ciężkich. W młodości przejechałam tysiące kilometrów na swoim motorze. Dlatego zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek go usłyszę.
Dziś też zareagowałam, choć byłam w domu, nie na ulicy. Siedziałam przy komputerze, przy uchylonych drzwiach do ogrodu, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk skutera.
Skąd
wiedziałam, że to skuter? Po prostu wiedziałam. Od najmłodszych
lat potrafię rozpoznać rodzaj motoru po jego silniku. Jednak
dochodzący do mnie odgłos wydawał się zbyt donośny i zbyt
piskliwy… Aż nagle rozległ się głośny łoskot i krzyk:
—
„Scheisseee!”… i zapadła cisza.
Wystraszyłam się. Najbardziej tej ciszy. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę… O rany! Widok, jaki zastałam, zmroził mnie.
Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody chłopiec, może 16-letni. Metr dalej leżał jego skuter, a obok stało auto ze strzaskanym lewym bokiem.
Chłopiec miał całą zakrwawioną twarz. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka.
Po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie pięciu minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko — może jakieś pięćset metrów w dół ulicy. Po kolejnych kilku minutach przyjechał policyjny radiowóz.
Bardzo żałowałam tego chłopca. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam wielu gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie, i wróciłam do domu.
W domu doszłam do siebie, ale nie mogłam znaleźć miejsca. Widok tego biednego chłopca ciągle miałam przed oczami.
Wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy nie zostało uszkodzone.
Na ulicy
spotkałam mojego wszystkowidzącego sąsiada.
— Pani
sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał. — Już
sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o
nie, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z
okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.
— Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.
— Biedny?! Jaki biedny…?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.
— To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi go — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.
— Policja stwierdziła. Chłopak po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę… i się już najeździł!
— A gdzie byli jego rodzice, kiedy on to robił? Nie widzieli, co ich syn wyprawia? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.
— Widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet pomagał.
— Tym bardziej mi go żal — powiedziałam ciszej, bo poczułam napływające do oczu łzy.
Wracając do siebie, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia krwi na drogach. Bardzo to chwalebne.
W domu
nie mogłam się skupić na pisaniu. Przypomniało mi się, że mój
syn, jako nastolatek, też miał skuter i próbował podrasować
silnik. Przyłapałam go na tym.
— O nie! Co to, to nie,
synu! — ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam.
Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego
przyrzeczenia, i tak często sprawdzałam… Tak na wszelki wypadek.
W myśl dobrze znanej nam wtedy — w czasie komunizmu — leninowskiej zasady: „Zaufanie jest
dobre, ale kontrola lepsza”.
***
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka