Potrafimy jednoczyć
się w obliczu zagrożenia, walczyć o wolność i ginąć za
ojczyznę. Kiedy jednak zagrożenie mija, szybko wracamy do tego, co
znamy najlepiej: sporów, podziałów i wzajemnego przekonywania, kto
ma rację. A wszystko to przy dźwięku kościelnych dzwonów i z
Bogiem na ustach.
Polacy to
w dużej mierze zarozumiałe bufony. Wiecznie się ze sobą wadzą,
spierają, prześcigają w tym, kto ważniejszy, kto mądrzejszy, kto
ma więcej racji. Potrafią kłócić się niemal o wszystko. Aż w
końcu — jak zawsze — prowadzi ich to do tragedii.
Dosadnie
o Polakach miał mawiać sam Naczelnik Józef Piłsudski: „Naród
wspaniały, tylko ludzie kurwy”… Co właściwie miał na myśli?
Z kolei Otto
von Bismarck nieraz powtarzał swoje słynne zdanie o naszym
narodzie: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”.
Ba, i my
mamy własne przysłowie na ten temat: „Gdzie dwóch Polaków się
zejdzie, tam w trzy strony się rozejdzie”… I coś w tym jest.
Bo kiedy
dwóch Polaków spotyka się przy jednym stole, często zamiast
wspólnego zdania pojawiają się trzy różne racje. Każdy wie
lepiej, każdy ma swoje zdanie, a ustąpić — najlepiej, żeby
ustąpił ten drugi.
Polacy
jednak, choć tak skłonni do kłótni i podziałów, mają też
niezwykłą zdolność jednoczenia się w obliczu zagrożenia. Gdy
przychodzi chwila próby, potrafią zapomnieć o sporach i iść
ramię w ramię, walcząc o wolność i niepodległość. Historia
nieraz już to pokazała. Problem w tym, że zgoda zwykle nie trwa
długo.
Historia
pokazuje bowiem jasno, że Polacy jako naród nie potrafią długo
żyć ani w pokoju, ani w zgodzie. Prędzej czy później znów
pojawiają się podziały, wzajemne oskarżenia, ambicje i walka o
to, kto ma rację. I nawet Matka Boska, Królowa Polski, zdaje się
nie mieć na to wpływu.
Owszem,
wielu Polaków deklaruje wiarę w Boga. Wielu chodzi do kościoła —
gorliwie, regularnie… czasem wręcz pokazowo. Na ustach mają
modlitwy, na piersiach krzyżyki, a w domach święte obrazy. A
jednak Dekalog wciąż pozostaje dla wielu z nich księgą zamkniętą.
Bo
łatwiej jest mówić o wierze, niż według niej żyć. Łatwiej
uklęknąć przed ołtarzem niż później podnieść się z kolan i
być uczciwym wobec drugiego człowieka. Łatwiej prosić Boga o
przebaczenie niż samemu przebaczać. Łatwiej osądzać innych niż
spojrzeć uczciwie na siebie.
W
kościelnych ławkach siedzą więc czasem bardziej ze strachu przed
gniewem Bożym niż z prawdziwej wiary. A ludzi naprawdę dobrych —
takich, którzy nie tylko znają przykazania, lecz także starają
się nimi żyć — jest niewielu.
Wiara bez
uczciwości jest tylko słowem. A klękanie przed ołtarzem nie czyni
jeszcze człowieka dobrym.
Być może
właśnie na tym polega nasz największy paradoks: potrafimy walczyć
o wolność, ale nie zawsze potrafimy żyć ze sobą w zgodzie;
potrafimy wzruszać się własną historią, ale nie zawsze potrafimy
wyciągać z niej wnioski; potrafimy mówić o Bogu, ale często
zapominamy o człowieku...
I może
dlatego wciąż pozostajemy narodem wiecznych sporów.