czwartek, 26 lutego 2026

Nie przespać życia...

 


Antyśpioch. Jak nie przespać życia. Krótki sen, długie życie. Rozkosz poranka. Wierszyk w obrazie.


A w tym lesie same dziwy

I nic w tym dziwnego, że dzieją się tu same dziwy, skoro Pani Zima już na dobre zwarła się z Panią Wiosną w swoim cichym, upartym sporze. Wystarczy przystanąć, wsłuchać się uważniej — a można niemal zobaczyć, jak jedna ustępuje o krok, by za chwilę odzyskać teren.

Ja widzę to wyraźnie. Zwłaszcza wieczorami, gdy chodzę leśną ścieżką sama, a powietrze ma w sobie jeszcze chłód zimy i ledwie wyczuwalną obietnicę ciepła.

Lubię ten moment przejścia. To napięcie, w którym nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte. Gdy pod stopami skrzypi zmrożona ziemia, a gdzieś obok spod śniegu przebija się pierwsza, nieśmiała zieleń. Wtedy mam wrażenie, że las odsłania przede mną coś więcej niż tylko zmieniające się pory roku.

Bo las — przynajmniej dla mnie — nigdy nie był wyłącznie ostoją przyrody. To miejsce, do którego przychodzę, gdy potrzebuję ciszy, odpowiedzi albo po prostu czyjejś obecności.

Tutaj łatwiej mi usłyszeć własne myśli. Łatwiej zrozumieć to, co we mnie jeszcze zimowe, i to, co już zaczyna się budzić do życia.

Za każdym razem wracam stąd odrobinę inna. Jakbym razem z Wiosną odzyskiwała w sobie coś kruchego, a przecież upartego. I może właśnie dlatego w tym lesie są same dziwy — bo dzieją się nie tylko między drzewami, lecz także we mnie.



środa, 25 lutego 2026

Zatrzymał mnie drwal. I nagle wszystko się zmieniło

Wczoraj, jadąc w kierunku szczytu tutejszej góry, niemal wpadłam w zakręt, gdy nagle przede mną wyrósł… młody drwal. Serio. Stanęłam jak wryta. Otworzyłam okno, żeby zapytać, o co chodzi, ale on nie czekał, tylko od razu zadał swoje pytanie:

Musi pani koniecznie tędy jechać?

Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, próbując brzmieć spokojnie:

No muszę, bo innej drogi na szczyt nie ma. A teraz jest mój czas na „kijkowanie” w lesie.

Chłopak spojrzał poważnie, jakby mierzył mnie wzrokiem:

To będzie musiała pani poczekać… dwadzieścia minut, aż się uporamy z pierwszym drzewem, a potem kolejne dwadzieścia, aż się uporamy z drugim drzewem, wyżej, za zakrętem.

Ojej… tak długo? A czemu nie postawiliście znaku ostrzegawczego przy wjeździe? — rzuciłam logicznie.

Bo nie zdążyliśmy.

Okay. Zawracam. Podjadę kawałek wyżej, tam łatwiej mi będzie skręcić.

I tak zrobiłam. Chwilę jednak tam postałam, obserwując ich pracę. Drwale machali piłami, śmiech, tupot… W międzyczasie drugi facet w pośpiechu postawił czerwone światło. Pewnie nie wierzył, że naprawdę zawrócę.

W końcu pokiwałam im ręką, oni odwzajemnili i ruszyłam w drogę powrotną. Myślami byłam już w lesie, bo „kijkowania” odpuścić nie mogłam. Deszcz padał coraz mocniej, ale co tam — lubię deszcz. Nigdy mi nie przeszkadza.

Wybrałam las po drugiej stronie kotliny. I bingo! Dawno tam nie byłam, a widok na miasto powalał. Krople deszczu tańczyły na suchych liściach, mgła oplatała drzewa, a ja… uwieczniłam to wszystko zdjęciami, żeby pamiętać, jak pięknie potrafi padać w górach.



Czasem drobne przeszkody — zwalone drzewa, czerwone światło i młody drwal — okazują się najlepszą częścią przygody.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Metoda na poprawę nastroju...

 


Gdy życie daje się we znaki, nie trzeba być twardym za wszelką cenę. Szkoda zdrowia. Jest na to metoda. Odpowiedź w obrazie.


wtorek, 24 lutego 2026

Świat, który wyśniłam...

 



Świat odmieniony czarem? Może rzucone zaklęcie pomoże i wreszcie stanie się przyjazny dla dobrych ludzi. Marzenie? Bajka? Jedno i drugie. Ale też i nadzieja. Wierszowana bajka w obrazie. 


Czarna róża: między cieniem a światłem

Czarna róża najczęściej przywołuje obrazy smutku i żałoby. Dla mnie jednak niesie inne znaczenie. Widzę w niej elegancję — szlachetną, niemal królewską — i tajemnicę tak głęboką, że zdaje się milczeć własnym językiem.

W dawnych czasach była znakiem namiętnej miłości, ale też nienawiści. I nie ma w tym sprzeczności. Bo przecież od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok — krótki, gwałtowny, czasem nieodwracalny. A droga powrotna bywa równie bliska. Tak bliskie są sobie te uczucia, że ich sąsiedztwo w symbolice wcale nie dziwi.

Dziś czarna róża zyskała nowe znaczenie. Stała się symbolem odwagi — tej cichej, codziennej — szczerości, empatii i dobrego serca. To właśnie ta symbolika jest mi najbliższa, najbardziej prawdziwa w codziennym życiu.

Taką różę otrzymałam od mojej wnuczki. Powstała w kilka minut, wyszła spod jej utalentowanych rąk podczas naszej rozmowy o ulubionych kwiatach i ich ukrytych znaczeniach. Patrzyłam, jak z prostych gestów rodzi się coś więcej niż ozdoba — mały znak uwagi i czułości, subtelna filozofia gestu.




W naturze czarne róże nie istnieją. Nikomu nie udało się wyhodować ich w całkowicie naturalny sposób. Tym mianem określa się jedynie kwiaty o tak ciemnych, bordowych lub purpurowych płatkach, że zdają się pochłaniać światło, zatrzymując je w swojej głębi.

Jest jednak miejsce, gdzie natura igra z naszym postrzeganiem. W niewielkiej tureckiej miejscowości Halfeti róże wiosną przybierają tak ciemny odcień, że wydają się niemal czarne. W tamtejszym klimacie barwa nabiera niezwykłej głębi. Mieszkańcy nazywają je arabską pięknością — i trudno o trafniejsze określenie.

Bo może czarna róża wcale nie jest symbolem końca. Może jest znakiem siły, która potrafi rozkwitnąć w cieniu, milcząco przypominając, że w ciemności kryje się również światło.