niedziela, 15 lutego 2026

Podrasowany do tragedii

Z początkiem wiosny, jak co roku, na drogi ruszają różnej maści motocykliści — i ich maszyny. Od motorowerów i skuterów począwszy, na ciężkich motorach skończywszy.

Ich ryk słychać już z daleka. Śniegu u nas od dawna nie ma, więc jeżdżą. A ja lubię ryk motorów. Mam tak od dziecka. Zwłaszcza tych ciężkich. W młodości przejechałam tysiące kilometrów na swoim motorze. Dlatego zawsze reaguję na ich odgłos, gdziekolwiek go usłyszę.

Dziś też zareagowałam, choć byłam w domu, nie na ulicy. Siedziałam przy komputerze, przy uchylonych drzwiach do ogrodu, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk skutera.

Skąd wiedziałam, że to skuter? Po prostu wiedziałam. Od najmłodszych lat potrafię rozpoznać rodzaj motoru po jego silniku. Jednak dochodzący do mnie odgłos wydawał się zbyt donośny i zbyt piskliwy… Aż nagle rozległ się głośny łoskot i krzyk:
— „Scheisseee!”… i zapadła cisza.

Wystraszyłam się. Najbardziej tej ciszy. Wybiegłam natychmiast przez ogród na ulicę… O rany! Widok, jaki zastałam, zmroził mnie.

Pod moim autem, zaparkowanym pod domem, leżał młody chłopiec, może 16-letni. Metr dalej leżał jego skuter, a obok stało auto ze strzaskanym lewym bokiem.

Chłopiec miał całą zakrwawioną twarz. Leżał nieprzytomny, a nad nim pochylał się kierowca strzaskanego auta i jego pasażerka.

Po chwili odzyskał przytomność i próbował się podnieść. Poprosiłam, żeby tego nie robił, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Po dosłownie pięciu minutach było już słychać syrenę nadjeżdżającej karetki pogotowia. Na szczęście szpital mieści się niedaleko — może jakieś pięćset metrów w dół ulicy. Po kolejnych kilku minutach przyjechał policyjny radiowóz.

Bardzo żałowałam tego chłopca. Kiedy lekarze wraz z sanitariuszami wybiegli z karetki, podniosłam głowę i zobaczyłam wielu gapiów dookoła. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałam, że nic tu po mnie, i wróciłam do domu.

W domu doszłam do siebie, ale nie mogłam znaleźć miejsca. Widok tego biednego chłopca ciągle miałam przed oczami.

Wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy na ulicy już wszystko ucichło. Pomyślałam, że powinnam sprawdzić swoje auto, czy nie zostało uszkodzone.

Na ulicy spotkałam mojego wszystkowidzącego sąsiada.
— Pani sąsiadko, niech się pani nie martwi! — zawołał. — Już sprawdziłem pani auto. Jest całe. Ten szczeniak nie zahaczył o nie, strzaskał tylko BMW moich znajomych. Wszystko widziałem z okna. Aż wrzasnąłem, kiedy było po wszystkim.

Biedny chłopak! — westchnęłam głośno.

Biedny?! Jaki biedny…?! — huknął sąsiad. — Sam sobie winien. Zachciało mu się rasować skuter, to teraz ma za swoje. Takie szczeniaki na podrasowanych skuterach są zagrożeniem dla ruchu drogowego.

To i tak nie zmienia faktu, że szkoda mi go — odpowiedziałam. — A skąd pan wie, że jego skuter był podrasowany? — spytałam po chwili.

Policja stwierdziła. Chłopak po przerobieniu silnika wyjechał na próbną jazdę… i się już najeździł!

A gdzie byli jego rodzice, kiedy on to robił? Nie widzieli, co ich syn wyprawia? — spytałam bardziej siebie niż sąsiada.

Widzieli, widzieli! Ojciec mu nawet pomagał.

Tym bardziej mi go żal — powiedziałam ciszej, bo poczułam napływające do oczu łzy.

Wracając do siebie, w duchu wyraziłam wdzięczność policji, że nie zostawia krwi na drogach. Bardzo to chwalebne.

W domu nie mogłam się skupić na pisaniu. Przypomniało mi się, że mój syn, jako nastolatek, też miał skuter i próbował podrasować silnik. Przyłapałam go na tym.
— O nie! Co to, to nie, synu! — ostro zareagowałam i kategorycznie mu zabroniłam. Przyrzekł, że nie będzie tego robił. Ale ja, pomimo jego przyrzeczenia, i tak często sprawdzałam… Tak na wszelki wypadek. W myśl dobrze znanej nam wtedy — w czasie komunizmu — leninowskiej zasady: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Pod niebem mojego domu...

 


Między górami a lasem znajduje się zakątek mojego świata. Tu bije moje serce. Tekst w obrazie.


sobota, 14 lutego 2026

Czułość ukryta w kroplach

Deszcz. Dla jednych tylko opad — chłodne krople spadające z ciężkich chmur. Dla innych — cichy spektakl natury.

Dla tych, którzy potrafią patrzeć sercem, deszcz jest bajecznie pięknym zjawiskiem. Orzeźwia powietrze, koi rozgrzaną ziemię i otula świat migotliwą zasłoną kropel. Na liściach, trawach i płatkach kwiatów lśnią maleńkie brylanciki, jakby przyroda przystroiła się w najsubtelniejszą biżuterię.

Ma w sobie urok, którego nie sposób podrobić — delikatny szmer, zapach mokrej ziemi, miękkie światło odbite w kroplach. Jego piękno można podziwiać wiosną, latem i jesienią, a ostatnio — czasem nawet zimą, gdy świat na chwilę zapomina o mrozie.

Przyroda jest artystą doskonałym. Maluje bez pośpiechu, z czułością i rozmachem zarazem. Trzeba tylko zatrzymać się na moment, spojrzeć uważniej, pozwolić oczom i sercu dostrzec to, co zwykle umyka. Choćby na zdjęciach — gdy za oknem wciąż jeszcze trwa zima.



W kroplach deszczu świat pięknieje

i radością promienieje...
Czułe oko magii ulega,
moc brylantów w nich dostrzega.

To, co zasiane...

 


Złożone w człowieku. Tylko ziarno dobrego czynu i słowa wydaje dorodny owoc. Tekst w obrazie.


piątek, 13 lutego 2026

Pieśń strażników zielonego tronu

Tej zimy tutejsze lasy śpiewają ciszej niż zwykle, jakby szeptem przekazywały sobie dawne zaklęcia. Śniegu było niewiele — tylko cienka zasłona bieli, która nie zdołała okryć ich snem.

Zima przyszła i odeszła jak niepewna czarodziejka, zostawiając po sobie chłodny oddech i niedopowiedzianą pieśń.

A jednak las śpiewa. Minorowo, w tonacji ukrytej między korą a korzeniem.

Drzewa stoją jak strażnicy pradawnej tajemnicy — wysmukłe, zamyślone, spowite w szarobure płaszcze. Ich gałęzie splatają się wysoko nad ziemią, jakby snuły opowieść o zielonym królestwie, które dopiero ma się przebudzić.

Czas w lesie zwolnił. Zatrzymał się między jednym uderzeniem serca a drugim.

I tylko wiatr, wędrowny bard, przemyka między pniami, niosąc obietnicę. Że pod chłodną korą drzemie już iskra. Że w ciemnej ziemi pulsuje ciche światło. Że wiosna nadchodzi — nieśmiało, na palcach — z koszem pełnym zielonych cudów.




Dziecko nie uczy słowami, lecz obecnością...




Kochając dziecko uważnie, uczymy się żyć prościej i zdrowiej. Tekst w obrazie.


czwartek, 12 lutego 2026

Między lodem a światłem — było coś jeszcze

Rano wydarzył się upadek. Dosłowny. Spektakularny. Z gatunku tych, które zapisują się w pamięci mięśni na kilka dni.

Chciałam tylko wyjechać autem. Zwyczajna czynność. Zima jak zima — osłona przeciwszronowa przywarła do szyby z uporem godnym lepszej sprawy. Szarpanina, zwycięstwo, triumfalny krok w stronę bagażnika.

I wtedy ziemia — a właściwie lód — postanowił przypomnieć mi o swojej obecności.

Nogi rozjechały się szeroko, bez konsultacji, bez ostrzeżenia. Ruch płynny, niemal baletowy. Tyle że balet bez muzyki i bez widowni. Szpagat? Nie do końca. Ambitna próba? Owszem. Występ solowy na tafli lodu pod własnym domem.

Lata już nie te — ciało pamięta, że kiedyś było giętkie i skłonne do popisów. Teraz reaguje bardziej stanowczo. Człowiek chciał być lekki jak płatek śniegu, a został sprowadzony do parteru jednym ślizgiem.

Świat miejski bywa bezlitosny. Ulice odgarnięte, chodniki posypane. Ale wokół samochodów — królestwo lodu. Surowe, obojętne, chłodne. Luty. „Podkuj buty” — mówi przysłowie. A ja w sportowych, ufnych w dobrą wolę poranka.

Upadek był szybki. Ziemski. Twardy. A potem był las. I to właśnie tam zaczyna się prawdziwa opowieść. Bo:

W lesie najpiękniej o brzasku

Kiedy mgłą osnute jeszcze,
Kiedy słońce nabiera blasku,
Kiedy na wpół uśpione jeszcze…

Tak, w lesie o brzasku wszystko ma inny wymiar. Tam nawet ból cichnie, jakby nie śmiał zakłócać porannej ciszy.

Miasto zrzuca człowieka na lód. Las podnosi go światłem. Promienie słońca przeciskają się między drzewami z łagodnością, której próżno szukać na oblodzonym podjeździe. Śnieg nie jest tu wrogiem — jest tłem. Czystym płótnem dla zieleni igliwia i czerwieni owoców, które jarzą się jak drobne ogniki w chłodnym powietrzu.

Tam, gdzie przed chwilą było rozjechanie i napięcie, tu jest pion. Smukłe pnie wznoszą się ku niebu z pewnością, której można im tylko pozazdrościć. Nic się nie ślizga. Nic nie ucieka spod stóp. Nawet cisza stoi prosto.

Patrzę więc na to poranne misterium i myślę: jak niewiele trzeba, by człowiek stracił równowagę. I jak wiele daje natura, by ją odzyskać.

Las spogląda swoim spokojnym okiem. Jakby mówił:
— Upadłaś? To wstań. Zobacz, świat wciąż jest piękny.



No to ja mu — łyp! zachwyconym okiem. A potem — klik! zimnym okiem obiektywu. I w duchu obietnica: wrócę. Nawet jeśli wcześniej zaliczę kolejny niekontrolowany poślizg. Bo przyroda to mój żywioł. A żywioły, jak wiadomo, są nie do zatrzymania.