A to ci numer! Moja fikcja z zazdrości zaczęła mnie pozywać już o prawa autorskie. Dlaczego? Opis w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
A to ci numer! Moja fikcja z zazdrości zaczęła mnie pozywać już o prawa autorskie. Dlaczego? Opis w obrazie.
Już się wydawało, że sytuacja została opanowana. Po śnieżnym wybryku sprzed tygodnia temperatura zaczęła rosnąć, krajobraz łagodniał, a człowiek — naiwny z natury — powoli wracał do wiary w sens zmiany pór roku.
Wiosna znów dawała o sobie znać: było ją widać, było ją czuć, a przede wszystkim — było ją słychać. Ptaki darły dzioby z takim zapałem, jakby ktoś ogłosił konkurs na najbardziej entuzjastyczne powitanie sezonu.
I wtedy przyszedł 1 kwietnia. A właściwie noc poprzedzająca, bo najwyraźniej wiosna to nie tylko delikatne pąki i promienie słońca, ale również zamiłowanie do żartów sytuacyjnych. I to takich z rozmachem. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, za to z pełnym zaangażowaniem wybieliła świat na nowo, jakby uznała, że poprzednia wersja była jedynie szkicem koncepcyjnym.
Trzeba oddać sprawiedliwość: konsekwencję ma. Z poczuciem humoru bywa gorzej.
Bo ile razy można dać się nabrać na ten sam numer? Człowiek już wyciąga lżejszą kurtkę, planuje dłuższe spacery, prawie wierzy, że wszystko wraca do normy — i wtedy przychodzi ona, cała na biało, i mówi: „żartowałam”.
Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto z powagą przypomni, że „kwiecień plecień” i że „taka jego uroda”. Owszem. Tylko że między urokiem a uporczywością istnieje jednak różnica, której najwyraźniej nikt w tej historii nie zamierza respektować.
Pozostaje więc przyjąć sytuację z godnością. Przełknąć tego — pożal się Boże — „psikusa” i robić swoje. Tym bardziej że lokalni drogowcy wykazali się większym poczuciem odpowiedzialności niż sama zainteresowana i od rana doprowadzili główne dróżki w lesie do stanu używalności.
Dzięki temu można było kontynuować aktywność fizyczną. Czyli kijkowanie — w moim przypadku... Mimo lekkiego zgrzytu poznawczego. Mimo scenerii, która uparcie ignoruje kalendarz.
A wiosna? Wiosna i tak wróci. Jak co roku — bez zaproszenia, bez przeprosin i z niezmiennym przekonaniem, że wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno.
Malowanie wielkanocnych jajek to jeszcze jedna okazja, by rodzina zebrała się przy stole w radosnym nastroju. Tekst w obrazie.
Ten, który miał zbawić. Widmo tronu. Niespełniona koronacja. Król bez królestwa. Teatr jednego błazna. List do niedoszłego króla w obrazie.
* Gdy natknęłam się na ten obrazek BLASTY.PL, od razu naszła mnie ochota, by go wykorzystać.
Jedno „hop”. Słowo, które porusza. Powiedz „hop” — reszta może cię zaskoczyć. Kto nie mówi „hop”, ten stoi w miejscu. Tekst w obrazie.
O serotoninie — tym słynnym hormonie szczęścia — wiem nie tylko z książek. Kiedyś, lata temu, lekarz, przeglądając moje wyniki, spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział już od progu:
— Teraz rozumiem ten nieustający uśmiech.
Zaniepokoiłam się. Niepotrzebnie. Okazało się, że mam jej po prostu… nadmiar. Taki, którym można by obdzielić kilka osób.
Wróciłam do domu rozbawiona i zaintrygowana. Co to właściwie znaczy — mieć w sobie tyle szczęścia? Z ciekawości zaczęłam szukać. I tak odkryłam coś, co niby oczywiste, a jednak często zapominane: ruch, światło, prostota — to one karmią naszą pogodę ducha. Nawet kawałek czekolady ma w tym swój drobny udział.
Od tamtej pory, chociaż całe życie uprawiam różne sporty, to jednak zaczęłam jeszcze bardziej świadomie dbać o siebie. Nie przesadnie, nie rygorystycznie — raczej czule. Jeszcze więcej ruchu, jeszcze więcej uważności.
Choć przyznam, lenistwo wciąż potrafi mnie dopaść. Wtedy trzeba się ze sobą trochę poprzekomarzać, wyjść mimo niechęci — choćby na krótki spacer.
Bo wystarczy wejść do lasu. Nagle wszystko się zmienia. Oddech się pogłębia, myśli cichną, ciało jakby przypomina sobie, do czego zostało stworzone.
Wracam stamtąd zawsze inna — lżejsza, spokojniejsza, uśmiechnięta bez powodu. Może to serotonina. A może coś więcej.
Od zawsze lubiłam drzewa. Jako dziecko wspinałam się na nie bez opamiętania, budowałam wśród gałęzi swoje małe światy. Dziś już się nie wspinam — dziś je przytulam. Zwłaszcza dęby. Mają w sobie coś, czego nie umiem nazwać — siłę, spokój, może pamięć.
Jeden z nich rośnie nad urwiskiem, jakby wbrew rozsądkowi. Wracam do niego często. Stoję przy nim, opieram dłonie o jego szorstką korę i przez chwilę niczego nie muszę.
Może to właśnie jest moja metoda. Nieidealna, niespektakularna — ale moja. I wystarczająca.
***
Przed laty dostałam zabawny wierszyk od pewnego internauty w komentarzu pod moim ówczesnym artykułem o serotoninie. Bardzo mnie ubawił. Pozwolę sobie go zacytować:
(Belferek 22.11.2009)
Amorki smutne, łuki rdzewieją, serca scrollują… i nic nie trafiają. Miłość w 2026: kliknij „lubię” i poczekaj 3 dni, może się uda. Dziś trzeba licencji na miłość. Wierszyk w obrazie.