Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVIII —Tym
razem będzie o tym, że czasem człowiek najpierw połyka coś,
czego absolutnie nie powinien, a potem musi uciekać przed czymś, co
absolutnie nie zamierza odpuścić. O wakacjach, które zamiast
odpoczynku zafundowały mi lekcję przetrwania. I o tym, że nawet
największy strach mija… kiedy trzeba ratować młodszego brata.
Rok
szybko minął — nastał czas wakacji. I bardzo dobrze, bo nie był
to dla mnie łatwy rok. Zwłaszcza pierwsze półrocze.
Ciężko
było mi zaakceptować tę ogromną zmianę w moim życiu. Codzienne
dojazdy pociągiem (25 km w jedną stronę) do nowej szkoły i
atmosfera w niej panująca zupełnie mi nie odpowiadały.
Była
jakaś taka sztywna i zimna. W klasie same dziewczyny, wszystkie z
różnych okolic. Czułam się trochę jak w zakonie. W końcu, po
pół roku, przyzwyczaiłam się i nauczyłam się w tym odnaleźć,
ale tego czasu nie wspominam miło. Może kiedyś o tym opowiem.
Teraz
jednak cieszę się wakacjami. Dwa tygodnie po ich rozpoczęciu
wyjechaliśmy na wczasy do Międzybrodzia. Oczywiście z moim małym
braciszkiem Wojtusiem, siostrzyczką Terenią (Lodzia, panienka, już
miała swoje sprawy), mamusią i tatusiem oraz z zaprzyjaźnionymi
rodzinami i ich dziećmi.
Tu na
zdjęciu jestem razem z moim braciszkiem i rodzeństwem z sąsiedztwa:
Baśką i Wieśkiem. Pozujemy na brzegu Soły, tuż u podnóża góry
Żar.
Wczasy są
naprawdę fajne. Codziennie łażę po górach albo chlapię się w
wodzie małego jeziorka, utworzonego z odpływu Soły.
I właśnie
przy tym chlapaniu — muszę się pochwalić — odniosłam wielki
sukces. Nauczyłam się pływać. Sama, bez niczyjej pomocy.
Najpierw
na płytkiej wodzie, sięgając rękami dna, puszczałam się co
chwilę i przepływałam kawałek. Potem coraz dalej i dalej. Styl
był wprawdzie rozpaczliwy, ale zawsze to jakiś styl. Najważniejsze,
że dzięki niemu zaczęłam pływać na coraz głębszej wodzie.
Aż w
końcu, bez większego strachu, przepłynęłam całe jeziorko tam i
z powrotem. To była frajda! Byłam z siebie strasznie dumna.
Tym
bardziej że już na początku lata próbowałam się nauczyć pływać
w naszym cukrowniczym stawie rybnym — i nic z tego nie wyszło.
Chyba
dlatego, że pewnego dnia, kiedy zawzięcie trenowałam i chciałam
coś zawołać do koleżanki siedzącej na brzegu, zachłysnęłam
się wodą i… połknęłam coś obrzydliwego. Kijankę. Fuj! W
stawie było ich pełno.
Myślałam,
że z obrzydzenia się tam utopię. Na moment aż mnie sparaliżowało,
ale potem zaczęłam na oślep walić rękami i nogami i jakimś
cudem dotarłam do brzegu.
Potem
przez długi czas chciało mi się wymiotować, bo ciągle miałam w
głowie, że to paskudztwo pływa sobie w moim brzuchu. Dopiero
następnego dnia mi przeszło.
Nic
dziwnego, że po tym incydencie nie miałam już wielkiej ochoty na
dalszą naukę pływania.
Dlatego
teraz byłam przeszczęśliwa, że jednak się nauczyłam. Tak bardzo
mi się to spodobało, że już po kilku dniach pływałam z
Wojtusiem na plecach po całym jeziorku.
Wojtuś
miał z tego ogromną frajdę. Tym większą, że czuł się przy
mnie bezpiecznie. Jakby już miał w swojej dziecięcej głowie
zakodowane, że przy mnie nic mu się nie stanie.
A po tym,
co wydarzyło się w ostatnią niedzielę przed naszym wyjazdem do
Międzybrodzia — chyba utwierdził się w tym jeszcze bardziej. Bo
wtedy naprawdę groziło nam niebezpieczeństwo.
Była
piękna, słoneczna niedziela. W południe wybrałam się z Wojtusiem
nad rzekę, żeby się poopalać i trochę pochlapać w wodzie.
Rzeka
przepływała obok naszej cukrowni. Tama też do niej należała i na
szczęście była opuszczona, było więc dużo wody.
Po drodze
zauważyłam, że spory kawałek brzegu, graniczącego z ogrodzeniem
cukrowni, został ogrodzony parkanem.
Zdziwiło
mnie to, bo wcześniej można było iść tamtędy bez problemu aż
do najbliższej wsi.
Postanowiłam
to zignorować. Przesadziłam braciszka przez parkan, sama przelazłam
i jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, przy brzegu rzeki,
rozłożyłam koc.
Przebrałam
Wojtusia w spodenki, sama zdjęłam sukienkę i usiedliśmy razem.
Najpierw zjedliśmy trochę smakołyków, które zabraliśmy z domu,
a potem weszłam z nim do wody.
Na
początku trochę marudził, ale po chwili chlapał się jak szalony.
Woda nie była zbyt czysta, ale przynajmniej chłodna… i mokra.
Kiedy
Wojtuś zaczął szczękać zębami, wyciągnęłam go na brzeg i
kazałam się owinąć ręcznikiem. Sama chciałam jeszcze chwilę
popływać.
Szybko
jednak zmieniłam zdanie, bo przy brzegu kręciło się podejrzanie
dużo szczurów wodnych. Nie bałam się ich — tylko strasznie się
brzydziłam.
Właśnie
wychodziłam z wody, kiedy nagle usłyszałam tętent. Spojrzałam w
tamtą stronę — i zamarłam.
Spomiędzy
krzaków wybiegła rozjuszona krowa i pędziła prosto na nas. W jednej
chwili przypomniałam sobie, jak tatuś mówił, że dyrektor kupił
sobie krowę.
Wyskoczyłam
z wody, chwyciłam Wojtusia pod pachę i rzuciłam się do ucieczki.
Biegłam, ile sił w nogach. Czułam za plecami jej oddech.
W
ostatniej chwili dopadłam parkanu. Przeturlałam braciszka pod
spodem, a sama przeskoczyłam. Byliśmy uratowani.
Krowa
zatrzymała się przy ogrodzeniu i zaczęła głośno muczeć, jakby
była wściekła, że jej uciekliśmy. Po chwili odwróciła się i
spokojnie odeszła.
Wojtuś
wtulił się we mnie i zapłakany powiedział:
— Bzitka
kjowa…
Biedny,
bardzo się przestraszył. Uspokoiłam go, zaczęłam puszczać z nim
kaczki po wodzie i powoli doszedł do siebie.
A ja cały
czas patrzyłam w stronę naszych rzeczy. Bo trzeba było po nie
wrócić. Niestety — krowa stała przy kocu i ani myślała odejść.
Czekaliśmy prawie godzinę.
W końcu
byłam już tak zdenerwowana, że zaczęłam szukać jakiejś gałęzi,
żeby ją przepędzić. I wtedy usłyszałam:
— Malina!
Malinka! Chodź do mnie!
Wychyliłam głowę za parkan i zobaczyłam znajomego
portiera z cukrowni, jak idzie ze wzgórza ku rzece. Ucieszyłam się
jak nigdy. Krowa chyba też, bo od razu ruszyła do niego.
Portier
nawet nas nie zauważył. Poklepał to wstrętne krówsko po zadzie i
razem z nią oddalił się w stronę bocznej bramy cukrowni.
Nie
zastanawiając się długo, posadziłam Wojtusia w trawie i pobiegłam
po nasze rzeczy.
Gdy
dotarłam na miejsce, myślałam, że dostanę szoku. Wszystkie nasze
rzeczy były stratowane i wymieszane jak groch z kapustą. Mało
tego, koc był w dużej części postrzępiony, braciszka spodenki w
połowie zżarte, w połowie „wymaćkane”, nawet moja kosmetyczka
była nadgryziona i obślizgła od krowiego pyska.
Rany,
ależ byłam wściekła! Miałam ochotę popędzić za tym głupim,
nieużytym, bydlęciem i nakopać mu do zadka. Co za krowa! Musiałam
jednak wracać do braciszka.
W
pośpiechu pozbierałam wszystko, co się dało, i wróciłam do
niego z postanowieniem, że poskarżę się tatusiowi na to
dyrektorskie bydlę.
A jeśli
chodzi o same wczasy w Międzybrodziu — były wspaniałe i pełne
przygód. Ale o tym
opowiem następnym razem.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.