poniedziałek, 9 marca 2026

Zamek nad doliną. Pergine – średniowieczny strażnik Valsugany

Wysoko nad doliną Valsugana, na stromym wzgórzu, stoi zamek w Pergine — średniowieczna warownia, która od wieków spogląda na okolicę z góry. Zbudowany w XIII wieku, powstał — jak twierdzą historycy — w miejscu jeszcze starszego, prymitywnego grodu obronnego. Dziś należy do Fundacji Castel Pergine Onlus. W jego murach działa restauracja, kantyna z degustacją win oraz… jednogwiazdkowy hotel.

My nocowaliśmy gdzie indziej. Naszą bazą był niewielki domek kempingowy w San Cristoforo nad jeziorem Caldonazzo. Skromny, ale całkiem wygodny — zwłaszcza że po całym dniu wędrówek najważniejsze są dobre łóżka.

Aby dotrzeć do zamku, trzeba najpierw zdobyć wzgórze, na którym stoi warownia. Podejście jest strome i momentami męczące, ale widok murów wyłaniających się między drzewami dodaje energii. Szliśmy niespiesznie, podziwiając z oddali baszty i kamienne umocnienia.

Po około półgodzinnym marszu stanęliśmy przed bramą wjazdową. Za nią rozciągał się rozległy, zielony dziedziniec. Dopiero stamtąd widać było prawdziwą skalę zamku. Spacerowaliśmy wokół murów, podziwiając potężne baszty i zaglądając w różne zakamarki.





Podczas naszej wizyty zamek pełnił jeszcze jedną rolę — zamienił się w plan filmowy. Nie pamiętam tytułu produkcji, ale wyglądało to na dramat obyczajowy. Na dziedzińcu kręcono scenę: kobieta ubrana w biel klęczała ze związanymi sznurem rękami, obok niej stał mężczyzna ze zwojem powrozu i brutalnie się nad nią pastwił. Jeszcze jeden aktor, stojący wyżej na murach, wykrzykiwał swoje kwestie dramatycznym tonem.

Scenę powtarzano wielokrotnie. Przez ponad godzinę byliśmy mimowolnymi widzami tego samego fragmentu filmu. W końcu, po którejś próbie, nagrodziliśmy aktorów brawami. Odpowiedzieli nam ukłonami i uśmiechami — bardzo sympatyczny moment.

W końcu przyszła pora wracać do naszej „bazy”. Zbliżał się wieczór i pora kolacji. Rzuciliśmy jeszcze ostatnie spojrzenie na zamek i otaczające go Dolomity, po czym ruszyliśmy stromą drogą w dół — oczywiście per pedes.

Zdjęcia z tej wycieczki nie są najlepszej jakości — robiłam je aparatem mojej wnuczki. Własny aparat zostawiłam w samochodzie na parkingu u podnóża góry. Wracać było za daleko, zwłaszcza że zaczął padać deszcz, a chwilami wręcz lało jak z cebra.

Ale nawet ulewa nie była w stanie popsuć nam humoru. Wróciliśmy mokrzy jak szczury, za to z poczuciem naprawdę udanej wyprawy.


Wizualizacja kolorów...

 


Oddychaj spokojnie. Zamknij oczy, a barwy pokażą ci drogę. Tekst w obrazie.


niedziela, 8 marca 2026

Oczekuj prawdziwej miłości...

Wszystkim Kobietom w dniu ich święta życzę spełnienia marzeń o prawdziwej miłości — zwłaszcza tym, które kiedyś najboleśniej na niej się zawiodły.



 

Jeszcze przyjdzie miłość. Droga do prawdziwej miłości. Warto czekać. Prawdziwa miłość przyjdzie i zostanie. Wiersz w obrazie.


Kobietami stoi świat...

 



Kobiece święto. W blasku kobiecej siły. Razem silniejsze. Uśmiech, który buduje świat. Wiersz dla kobiet w obrazie.


Magia wspomnień…

 


Przyszłość wyrasta z korzeni wczoraj. Ze wspomnień rodzi się to, kim będziemy. Jutro zawsze zaczyna się wczoraj. Wierszyk w obrazie.


sobota, 7 marca 2026

Wbrew stadu

Kilkanaście lat temu włodarze naszego miasta postawili ogromny gołębnik (Taubenschlag) dla licznych, wszechobecnych gołębi. Nie był to jednak gest wyłącznie troski o ptaki. W tej decyzji kryła się również bardzo ludzka potrzeba porządku.

Wiadomo przecież, jak gołębie potrafią swoimi odchodami „ozdabiać” fasady kamienic, parapety i pomniki. Teraz zdobią już tylko swój własny dom i jego rozległe obejście. Jedno miejsce łatwiej utrzymać w czystości. Sprytne rozwiązanie — cywilizowany kompromis między naturą a miejską estetyką.

Ale jest i drugi, ważniejszy wymiar istnienia tego gołębnika: humanitarna kontrola populacji w centrum miasta oraz ograniczenie liczby dzikich miejsc lęgowych na budynkach.



Każdego roku pobiera się około 450 jaj od mniej więcej 70 par, zastępując je gipsowymi lub plastikowymi atrapami wypełnionymi piaskiem. Życie zostaje na chwilę zatrzymane — bez gwałtowności, bez rozlewu skrzydeł.



Czy gołębie rozumieją tę ingerencję? Nie wiem. Patrząc na nie, trudno odczytać sprzeciw. Mają dach nad głową, bezpieczną przestrzeń i stały dostęp do pożywienia. Może w ptasim świecie to wystarczające poczucie szczęścia.

A jednak temat powrócił do mnie niespodziewanie. Spotkałam jednego z nich pod swoim domem — na obrzeżach miasta, z dala od zgiełku i od ich wspólnoty. Stał samotnie, jakby zamyślony.




Pomyślałam, że może to uciekinier (Flüchtling). Może miał dość nieustannego trzepotu skrzydeł obok siebie, wiecznego gwaru i ciasnoty. Może zapragnął poczuć przestrzeń pod skrzydłami, ciszę, która nie jest samotnością, lecz wyborem.

A może to ja potrzebowałam tego spotkania.

Bo przecież gołębie od wieków niosą ze sobą znaczenia większe niż one same. Symbolizują pokój, nadzieję, wierność, miłość, duchową czystość. Ich obecność w pobliżu domu bywa odczytywana jako zapowiedź dobrych zmian, nowych początków — cichego „tak” wypowiedzianego przez los.

Od starożytności były posłańcami. Unosiły w dziobach wiadomości, przekraczały granice miast i królestw. W Egipcie wierzono nawet, że przynoszą wieści od bogów. Jakie? Tego nikt nie potrafi powiedzieć z pewnością.

Może jednak czasem wystarczy sama obecność. Cichy trzepot skrzydeł. I przeczucie, że coś właśnie się zaczyna.


Życie bierz garściami...

 


Zanim noc ostatnia oczy nam przymknie, żyjmy pełną piersią i smakujmy je jak wino. Aforyzmy w obrazie.