Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść fantasy "Niezwykłe przypadki Karolka Gratki". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść fantasy "Niezwykłe przypadki Karolka Gratki". Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2019

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (VII cz.)

Karolek szybko otrząsnął się ze stanu przygnębienia wywołanego tą niesamowitą, mroczną aurą tunelu i raźno maszerował obok rozsiewającej blask TeRki. Twarz jego rozjaśniała się uśmiechem coraz bardziej. Nie czuł już grozy tunelu. Przed oczyma miał cudowne wizje swojego domu rodzinnego. Nie droga do celu była tym razem dla niego ważna. Ważny był sam cel. Ten cudowny, wspaniały, najpiękniejszy cel. Dom rodzinny. Droga do celu tym razem mogła być byle jaka, trudna, wyboista, straszna, a nawet niebezpieczna. Wszystko jedno, ważne by doprowadziła go do wymarzonego celu. Do celu, gdzie znów poczuje, choć z daleka, choć na chwilę, zapach swojego domu rodzinnego, swoich rodziców, swojego szczęśliwego dzieciństwa.
Uszli tunelem już dobry kawał, kiedy tunel nagle zaczął skręcać w prawo i piąć się w górę. Stawał się też nieco szerszy. W ścianach zaczynały się pojawiać różnej wielkości wnęki, z których wyłaniały się jakieś zardzewiałe rury, łańcuchy, narzędzia, porwane kable, albo też jakieś pogruchotane sprzęty… i Bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Do żadnej z tych wnęk jednak nie wchodzili i nawet tam nie zaglądali. Po co zresztą? Trzeba im było iść dalej. I kiedy tak pięli się do góry po śliskiej posadzce, mokrej od kapiącej ze sklepienia wody, zauważyli nagle, że na samym szczycie tunel jest zawalony. Karolek załamał się tym widokiem, ale jego przyjaciele tylko się śmiali.
Nie martw się, zaraz się rozprawimy z tym zawaliskiem — zawołał JuPi, widząc Karolka smutną minę. — Dla nas to nic trudnego. Zobaczysz. Zostań tu i poczekaj na nas. My zaraz do ciebie wrócimy.
Naprawdę?
Naprawdę! Nie inaczej — zaświergoliła TeRka. — Aha, wyciągnij latarkę z plecaka.
Karolek zatrzymał się natychmiast i oparłszy się plecami o ścianę tunelu z drżącym sercem patrzył za podchodzącymi do zawaliska przyjaciółmi. Uwierzyć nie mógł, że oni we trójkę będą mogli cokolwiek zdziałać z takim ogromem ziemi i kamieni. — „Jakże oni chcą się przebić na drugą stronę zawaliska?” — martwił się w duchu. — „Przecież to niemożliwe. A co dopiero zrobić wejście dla mnie?” — Na szczęście jego przyjaciele nie dali mu dużo czasu na zamartwianie się, gdyż już po chwili, ni stąd, ni zowąd, zniknęli mu z oczu. Tak po prostu, zniknęli i już. Karolek wystraszył się, gdyż w tym samym czasie usłyszał głośny szum i ogarnęła go ciemność. Gorączkowo zaczął szperać w plecaku za swoją latarką. Poczuł się bardzo nieprzyjemnie. Sam w ciemnym i ponurym tunelu. Śpieszył się bardzo by jak najszybciej oświecić sobie to straszne miejsce. Ręce mu drżały niesamowicie, ale w końcu wymacał latarkę i natychmiast ją włączył. Od razu poczuł się lepiej. Ale że zaraz usłyszał też i dziwny pomruk, tak jakby nadciągającej burzy, to już nie był pewien, czy może czuć się lepiej, czy raczej powinien się bać. Jednak, gdy po krótkiej chwili uszu jego dobiegł narastający łoskot, tak jakby wierteł górniczych, uspokoił się i nabrał już pewności, że może czuć się lepiej. Ba, że nawet powinien, bo oto jego przyjaciele przebijają się do niego z drugiej strony zawaliska i zaraz ich zobaczy.
I tak było rzeczywiście. Po kilkudziesięciu sekundach, trójka rodzeństwa z Jowisza stała już przed Karolkiem z szerokimi i bardzo serdecznymi uśmiechami na swych, o dziwo, czystych twarzach. Mało tego, cali byli czyści. I znów wokół rozsiewali niczym niezmącony blask. Wyglądało na to, że brud i kurz się ich w ogóle nie imał.
Karolek promieniał z radości na ich cudowny widok. A kiedy za ich plecami zobaczył jeszcze otwór w zawalisku, niczym tunel w tunelu, nie posiadał się wręcz ze szczęścia.
O nic nie pytam, bo i tak bym nic nie zrozumiał! — krzyknął naładowany szczęściem. — Ale jedno, co wam powiem, to wam powiem: jesteście cudowni!
Podobało ci się? — spytał JuPi z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy. — Nam się też podobało… Ale daliśmy czadu! Że ho ho! Aż się lepiej czuję.
Jesteście niesamowici — zachichotał Karolek, i chichocząc, zaczął skakać z radości.
Eee tam… to nic nadzwyczajnego, wierz mi — powiedział TeR, przyłączając się do podskoków Karolka.
Ale ja się trochę zmęczyłam — zachichotała TeRka i też zaczęła podskakiwać.
Ale z was wariaty! — przekrzykiwał JuPi chichoczących. — Cieszycie się, jakbyśmy się co najmniej do Chin przekopali. A my tylko zrobiliśmy mały wyłom w małym zawalisku… Halo, słyszycie?! Skończcie już skakać jak trzy ping-pongi i chodźmy dalej… Halo! No już! Idziemy!
A pewnie, że idziemy! — zawołał Karolek. — Z wami, choćby do Chin… Ale po drodze, zahaczymy najpierw o Wilczepędy.
A więc, kierunek Wilczepędy — zgodził się ze śmiechem JuPi.
Szczęśliwa czwórka ruszyła w dalszą drogę. Karolek, przechodząc przez przekop w zawalisku, zrobiony specjalnie dla niego, nie mógł się nadziwić jego idealnie równym i gładkim ścianom. Przekop sam w sobie może nie był zbyt duży, ale wystarczająco duży, aby wszyscy, idąc znów dwójkami, wygodnie w pozycji pionowej mogli przez niego przejść. Długi był może na cztery metry, albo i trochę dłuższy. Dla Karolka było to niewyobrażalne, jak trójka jego przyjaciół mogła sama tego dokonać. I to bez żadnych narzędzi. W jego oczach przekop wyglądał imponująco. Jakby był przez profesjonalistów zrobiony. Był dumny ze swoich przyjaciół, i przechodząc przez to dzieło ich rąk, albo czegoś tam (czego, nie miał pojęcia), uśmiechał się ze szczęścia do siebie, że łaskawy los postawił ich na jego drodze. Wszak nie był to zwykły przypadek. Tego był pewien.
Kiedy w wyśmienitych humorach wyszli z przekopu, Karolek zauważył, że tunel wygląda tak samo jak przed zawaliskiem, z tą tylko różnicą, że zaczyna na odmianę skręcać w lewo i opadać w dół. Było więc ślisko jeszcze bardziej. Poczuł się jak na ślizgawce. Ale kiedy po paru krokach, a właściwie ślizgach, TeRka podała mu rękę, przestał wpadać w poślizg i szedł już pewnie. Po chwili doznał też dziwnego uczucia. Wyraźnie czuł, iż z każdym krokiem idzie mu się coraz lżej, coraz zwinniej, coraz przyjemniej, jak gdyby w powietrzu się unosił. Uśmiechnął się wtedy do TeRki szeroko i zaczął śpiewać:

Zwiewnym jak obłok,
Zwiewnym jak dym…
Bo przy mnie obłok,
Bo przy mnie dym.
Bo przy mnie marzenie,
Dziewczę jak sen…
Wszystkie więc smutki odeszły hen!

Och, Karolku, jakie to było piękne! — zaświergoliła łamiącym się głosem TeRka. — A jak ty ślicznie umiesz śpiewać. Głos masz silny jak dzwon, aż echo niesie po tunelu. Karolku, zaśpiewaj jeszcze raz, proszę.
Ale drugi raz, to nie wiem, czy mi wyjdzie — zawstydził się Karolek. — Wiesz, bo mi to tak samo nagle przyszło, od serca.
Daj teraz Karolkowi spokój, TeRka! — zawołał TeR, odwracając się do tyłu. — Mężczyźni robią takie rzeczy pod wpływem natchnienia, a nie na zawołanie… A swoją drogą, Karolku, to TeRka ma rację, rzeczywiście masz głos jak dzwon. Do tej pory dźwięczy mi w uszach.
Bo tu takie echo akustyczne… — zająknął się Karolek, ciągle zawstydzony.
Echo akustyczne też. Ale… ale nie byłoby go, gdybyś go tym swoim dzwonnym śpiewem nie wywołał — zachichotał JuPi, zatrzymując się nagle.
Karolku, ale obiecaj mi, że jak cię znów natchnienie jakieś najdzie, to mi zaśpiewasz, co? — kokieteryjnym głosem spytała TeRka, przechylając głowę i wpatrując się w Karolka twarz.
Tak, TeRka, obiecuję.
No, to pamiętaj, to, co obiecane, musi być dotrzymane.
TeRka, daj na razie spokój Karolkowi, bo go muszę o coś zapytać — powiedział JuPi, patrząc przed siebie. — Karolku, czy ty to widzisz, co ja?
Poczekaj, popatrzę! — zawołał Karolek, zaglądając do przodu. — Aha, tam na dole tunelu widzę tory. Całkiem dobre. Wąskotorowa kolejka musiała tu być. Widzę też wagonik stojący na torach.
I co ty na to?
A ja na to, jak na lato, bo właśnie o tym, mówił mi tato…! Hu… hu… hurrraaa! — wrzasnął Karolek, uradowany tym widokiem. — Więc w te pędy przywitamy Wilczepędy… Hurrraaa!
Ooo, widzę, że Karolek znów natchniony. Mówi wierszem — zaśmiał się TeR. — Nic dziwnego, taki widok może natchnąć.
Bo nie ma większej gratki dla Ziemianina Karolka Gratki, jak zasuwać tunelem w te pędy w kierunku wsi Wilczepędy! — wykrzyczał Karolek i ze śmiechem puścił się ślizgiem w dół tunelu, ciągnąć za sobą TeRkę.
JuPi i TeR, widząc iż Karolek wraz z TeRką nabierają coraz to większej szybkości i przymierzają się już do ich wyprzedzenia, również puścili się ślizgiem w dół. Śmiechu było co niemiara, bo wyszło w końcu na to, że urządzili sobie wyścigi i prześcigali się nawzajem. Tunel aż tętnił od ich śmiechu. A oni pruli ślizgiem w dół tunelu. Raz JuPi i TeR na przedzie, raz Karolek i TeRka. Wreszcie prawie jednocześnie zjechali do miejsca, gdzie zaczynały się tory.
Ależ fajowo było! — śmiał się Karolek. — Jechało się jak po torze saneczkowym.
Oj, fajowo! Masz rację Karolku. Było kosmicznie wręcz fajowo — przyznał JuPi, śmiejąc się również. — Nie zjeżdżałem jeszcze torem saneczkowym, więc nie mam porównania, ale jedno mogę powiedzieć, że lepiej się zjeżdżało niż po hałdzie rzepaku. Musimy to jeszcze powtórzyć… No, ale nie teraz. Na razie dość zabawy. Teraz zajmiemy się poważnymi sprawami. Najpierw sprawdzimy stan torów i wagonika i zaraz potem ruszamy w drogę. Zobaczysz, Karolku, w te pędy znajdziemy się we wsi Wilczepędy.
Karolek, ubawiony wyścigami i roześmiany jeszcze, puścił rękę TeRki i podbiegł do wagonika. Chciał zobaczyć w jakim jest stanie. Chwycił się jego burty, i stając na kole, zaglądnął do środka. I nagle, jak nie wrzaśnie:
Matko kochana! — i natychmiast odskoczył na bok. — Tam… tam… tam ktoś jest — jąkał się przerażony.
JuPi i TeR bez zastanowienia rzucili się na wagonik by ratować Karolka. TeRka zaczęła histerycznie piszczeć. Karolek stał blady jak ściana. Nie miał siły na jakikolwiek ruch. Był sparaliżowany strachem. JuPi i TeR wskoczyli do wagonika i po chwili przerażającej ciszy ich gromki śmiech rozniósł się echem po całym tunelu.
Cha… cha… cha! To tylko jakieś ubranie, Karolku — rechotał JuPi, wystawiając głowę zza burty wagonika. — Żadnego Ziemianina tu nie ma. Ani też żadnego innego stwora. Nie ma czego się bać… Słyszysz, TeRka? No skończ wreszcie piszczeć.
Ależ ze mnie głupek! — zawołał Karolek, zaglądając jeszcze raz do środka wagonika. — No tak, to tylko płaszcz jakiegoś hitlerowskiego żołnierza… Fuj! Wyrzucę go od razu, bo mnie odrazą napawa. Dość krzywdy w czasie wojny nasza wioska od hitlerowców doznała. Tato mi opowiadał, ile ludzi ze wsi ta zaraza hitlerowska wymordowała. Nawet małe dzieci. Przeklęci mordercy! Bandyci! Faszyści!
Karolek, wzburzony niesamowicie, zaczął rozglądać się dookoła wagonika, i gdy spostrzegł jakąś zardzewiałą łopatę opartą o ścianę tunelu, zeskoczył z koła i chwycił za jej trzonek. Z łopatą wrócił na koło, i prychając z obrzydzenia, przystąpił do wygrzebywania spleśniałego płaszcza z dna wagonika. A kiedy już mu się udało nadziać ten stary łachman na trzonek, wziął zamach i cisnął nim daleko za siebie. Z uczuciem ogromnej satysfakcji patrzył jak frunie w powietrzu, i już chciał coś krzyknąć, aby wyrazić przed przyjaciółmi swoje uczucie, gdy nagle ujrzał, że jakiś niewielki przedmiot oddzielił się od płaszcza i poleciał jeszcze dalej, aż w końcu z głośnym brzęknięciem spadł na posadzkę tunelu.
Widzieliście? Co to było? — spytał zaskoczony i popatrzył na przyjaciół.
Poczekaj, Karolku, ja zaraz sprawdzę… Już pędzę! — zawołała TeRka, i biegnąc, wołała dalej: — Ty zostań lepiej na miejscu, skoro tak bardzo emocjonalnie podchodzisz do tego płaszcza!
A jakżeby inaczej? Nie da się inaczej podchodzić. Toż to istna swołocz nosiła takie płaszcze na mundurach — prychnął Karolek za oddalającą się TeRką.
Nie irytuj się, Karolku — rzekł TeR. — To już przeszłość, na którą i tak nie masz wpływu. Ani my.
Właśnie. TeR ma rację — odezwał się JuPi, przypatrując się Karolkowi. — Wiemy, że na Ziemi było wiele wojen, a ta ostatnia, światowa, była najgorsza… Ale nie myślmy teraz o tym, bo myśleniem i tak przeszłości nie zmienimy, a tylko smutno nam będzie.
Macie rację, chłopaki! — uśmiechnął się Karolek, spoglądając na powracającą TeRkę. — Precz z wojną! Precz ze smutkiem! — zawołał w uniesieniu.
O, to mi się podoba — ucieszyła się TeRka, zbliżając się do Karolka i braci. — Takiego cię lubię najbardziej. Uśmiechniętego i konkretnego zarazem. Tym bardziej teraz… Bo też to, co niosę, będzie od ciebie wymagało i jednego i drugiego.
A co masz? — Karolek nie wytrzymał i wybiegł TeRce naprzeciw.
To jest taki łańcuszek z blaszką… Chociaż nie, wróć, to jest taka blaszka na łańcuszku, na której jest wygrawerowane nazwisko jakiegoś Ziemianina i coś tam jeszcze.
Pokaż, co tam jest napisane.
Poczekaj. Pokażę ci, ale jak mi przyrzekniesz, że nie będziesz się znów denerwował.
Przyrzekam… No, pokaż już. Albo nie, sama przeczytaj.
Dobrze, przeczytam. No to słuchaj. Tylko się nie denerwuj. Przyrzekłeś. No! A więc, tutaj stoi napisane: Soldat Helmut Stolz 18 Jahren alt Wehrmacht Nr 71171… — Karolku, co ci jest? Jakoś zbladłeś.
Nie, nic, nic…
Karolku, nie przejmuj się tak. Ja wiem z przeczytanych książek, co to znaczy wojna na Ziemi, więc zdaję sobie sprawę, że każde o niej słowo, czy też rzecz ją przypominająca wywołują w ludziach bolesne wspomnienia i skojarzenia. Wiem nawet to, do czego służył taki tunel jak ten i rozumiem, że nie czujesz się w nim dobrze. A teraz jeszcze i to.
TeRka popatrzyła z niesmakiem na trzymaną w dłoni żołnierską blaszkę identyfikacyjną, i już chciała ją wyrzucić za siebie, kiedy Karolek chwycił ją za rękę i powiedział:
Nie, nie rób tego. Nie wyrzucaj. Może ten żołnierz niczemu nie był winien. Może też cierpiał, że w tak młodym wieku musiał iść na wojnę. A może ukrył się w tym wagoniku po to, aby nie zabijać niewinnych ludzi. Możliwe też, że się tu przebrał w cywilne ubranie, bo chciał zdezerterować z wojska i przedostać się do domu… Wiesz co, TeRka, włóż mi na razie tę blaszkę do bocznej kieszonki plecaka. Muszę się zastanowić, co z nią zrobić.
O, to jest pomysł — powiedział JuPi, który wraz z TeRem stał obok i przysłuchiwał się rozmowie Karolka i TeRki. — Wyrzucić zawsze jest czas, ale najpierw się zastanów, czy ta blaszka nam się jeszcze do czegoś nie przyda… A teraz chodźmy już przygotować się do startu. Ja sprawdzę szyny, czy są w należytym porządku, a wy sprawdźcie stan techniczny wagonika.
Wszyscy z miejsca ruszyli do wykonania swoich zadań. Najszybszy był jednak JuPi, gdyż w mgnieniu oka rozpłynął się w powietrzu i tyle go było widać. Karolek, TeR i TeRka podeszli do wagonika, i oglądając go z każdej strony, sprawdzali czy nie jest gdzieś uszkodzony. Karolek na pierwszy rzut oka zauważył, że wagonik jest bardzo zardzewiały, ale trzyma się kupy i to dość solidnie. Razem z TeRem próbował go nawet dźwignąć nieco do góry, gdyż wydawało mu się, że jego zardzewiałe koła samoistnie spoiły się grubą warstwą rdzy z nie mniej zardzewiałymi szynami. Niestety wagonik był bardzo ciężki i podnieść się nie dał. TeR się wkurzył i już chciał użyć jakiegoś swojego sposobu i go samemu dźwignąć. Karolek go jednak powstrzymał, ponieważ doszedł do wniosku, że lepiej spróbować go popchnąć, aby sprawdzić czy ruszy z miejsca. Wtedy chłopcy we dwójkę zaparli się nogami o podkłady, chociaż nie, we trójkę, bo TeRka też się zaparła, i z całych sił zaczęli wagonik popychać. Wagonik drgnął. A po chwili, wskutek napierającej nań siły mięśni trójki pchających, dał się oderwać od pokrytych rdzą szyn i nawet się przesunął na malutką odległość. Aż wreszcie, powoli bo powoli, koła zaczęły się jednak kręcić i wagonik leniwie ruszył po szynach. Tunel rozbrzmiał niemiłosiernym skrzypieniem i zgrzytem. Aż uszy puchły. Powodem tego potwornego hałasu była oczywiście wszechobecna rdza i tarcie. Nikomu jednak nie przeszkadzały te niemiłe uszom dźwięki wywołane tarciem zardzewiałej powierzchni o zardzewiałą powierzchnię. Nic a nic nie przeszkadzały. A co tam hałas. Najważniejsze, że wagonik nieustannie sunął do przodu, i to coraz szybciej. Trójka pchających tryumfowała.
Huurrraaa! — rozległo się równolegle z przeraźliwym skrzypieniem i zgrzytem.
Silni jesteśmy jak trzy tury — radował się zasapany Karolek. — Patrzcie, jaki kawał upchaliśmy tę kupę zardzewiałego złomu… O przepraszam, ten wspaniały wagonik. Może skończmy już napierać na niego, bo się jeszcze rozleci… Oj, chciałem powiedzieć, bo za daleko pojedzie. A my przecież musimy w tym samym miejscu czekać na JuPiego.
Masz rację, Karolku. Czekajmy więc na JuPiego. My swoje zadanie wykonaliśmy. No bo skoro wprawiliśmy w ruch nasz pojazd, to znaczy, że wszystko jest z nim w porządku — rzekł TeR spokojnym głosem, bez krzty zasapania. — JuPi zaraz powinien się zjawić. I wnet popędzimy w te pędy w kierunku wsi Wilczepędy. Tak jak obiecał JuPi… O, czuję, że już nadchodzi.
Ja też czuję — odezwała się TeRka i zadarła głowę do góry, poprawiając jednocześnie rękami swój złocisty koński ogon. — Zaraz go zobaczymy. Ciekawa jestem jakie wieści nam przyniesie.
Karolek zadarł głowę w ślad za TeRką i spoglądał na sklepienie tunelu. Oprócz kapiącej wody nic tam jednak nie widział. Mimo to dalej wpatrywał się intensywnie, zastanawiając się przy okazji, jak to jest możliwe, że nawet po TeRce nie widać jakichkolwiek oznak zmęczenia. Przecież widział, że pchała wagon z pełnym zaangażowaniem. Sam był zmęczony niesamowicie, a to dziewczyna, i nic. — „Wysiłek spłynął po niej jak woda po kaczce… Oj, przydałaby mi się taka krzepa” — pomyślał z zazdrością, zerkając kątem oka na TeRkę. — Karolek musiał przerwać swoje rozważania, bo nagle usłyszał dziwny szum nad swoją głową. Natychmiast całą swą uwagę skoncentrował wyłącznie na patrzeniu w górę. Szum się wzmagał, ale Karolek niczego, co mogłoby być jego powodem, w dalszym ciągu nie widział. Aż podskoczył, kiedy ni stąd, ni zowąd, usłyszał głos JuPiego. I to z dołu, a nie z góry. Momentalnie opuścił głowę i zobaczył go stojącego, jakby nigdy nic, u jego boku.
No, to jestem z powrotem — powiedział JuPi, patrząc na wylęknionego Karolka. — A cóż ty masz za minę? Chyba się ducha nie spodziewałeś? Halo, to tylko ja.
Tak, tak, przecież widzę, że to ty. I też nikogo innego się nie spodziewałem — odpowiedział Karolek, starając się zatuszować swoje zakłopotanie. — Mów lepiej z czym przybywasz. Dobre masz wieści?
Ano wieści mam wspaniałe… To znaczy, jedną mam wspaniałą, a drugą mniej. Od której zacząć?
Od wspaniałej! — wyrwało się TeRce.
Też tak uważasz? — JuPi wpatrywał się w twarz Karolka, czekając odpowiedzi.
Też.
A więc, ta wspaniała wiadomość to taka, że tory biegną aż po same Wilczepędy. A ta mniej wspaniała, to taka, że w dwóch miejscach szyny są niestety uszkodzone i trzeba nam będzie je zreperować, albo przez te nienadające się do jazdy miejsca nasz pojazd przenieść.
Nie ma sprawy! — zawołał TeR i popatrzył na promieniującą radością twarz Karolka.
Tak się cieszę… Mówisz, że po same Wilczepędy. — Karolkowi buzia rozjeżdżała się w pełnym satysfakcji uśmiechu. — O rany, to się dzieje naprawdę. Wnet zobaczę moją piękną wieś. A może nawet mój ukochany dom.
A to jest pewne, że zobaczysz — zapewnił Karolka JuPi. — I to niebawem. A z tymi szynami damy radę. Tylko to będzie chwilowa przerwa w jeździe. Ale postaramy się szybko uporać z tymi niedogodnościami.
Jasne! Wy wszystko potraficie — tryskał radością Karolek.
Nie przesadzaj, Karolku — zaśmiał się TeR. — W całym nawet Wszechświecie nie ma nikogo takiego, co by wszystko potrafił.
Ale na Planecie Ziemia potraficie wszystko — upierał się Karolek.
Też nie. Na Ziemi też jesteśmy czasami ułomni — upierał się TeR z drugiej strony.
Jesteśmy, czy nie jesteśmy, nie czas teraz to roztrząsać — wtrącił się JuPi. — Natomiast czas, abyśmy ruszali w drogę. Bo dobrze by było jeszcze przed nocą dotrzeć do Wilczychpędów.
Jeszcze przed nocą dotrzeć do Wilczychpędów — powtórzył Karolek cieniutkim z przejęcia dyszkantem.
A tak. Abyś mógł dobrze widzieć swoje kochane strony — dopowiedział JuPi. — Mówcie mi teraz, co z pojazdem. Sprawdziliście? Dobry?
Wagonik, choć straszliwie zardzewiały, nadaje się do poruszania po torach. Jestem pewny, bo pchaliśmy go nawet kawałek — odpowiedział Karolek z radosną miną, która nagle zaczęła mu rzednąć. — O rany, teraz dopiero sobie skojarzyłem! — krzyknął po chwili zadumy. — Wagonik to przecież nie pojazd. A jak my nim pojedziemy bez żadnego napędu? Że mi to też szybciej na myśl nie przyszło. Najbardziej zdezelowana drezyna lepsza by była od tego nieszczęsnego wagonika. Ojej, ojej, jak my pojedziemy?
O to się Karolku nie martw — uspokajał JuPi. — Ma wagonik koła? Ma. A to wystarczy. Już my się resztą zajmiemy. Zaraz zobaczysz, jak wspaniale będzie się nam jechało.
Karolek po takim zapewnieniu nie zwlekał już dłużej tylko w mig złapał TeRkę za rękę i pociągnął w stronę wagonika. Pomógł jej wejść do środka, a sam puścił się biegiem wzdłuż torów w kierunku przeciwnym. Im bardziej się oddalał od wagonika i przyjaciół, zatapiał się w coraz to gęstszych ciemnościach. Biegnąc, wygrzebywał z plecaka latarkę. I kiedy tylko ją wygrzebał, natychmiast oświecił sobie drogę. Dzięki bijącemu z latarki strumieniowi światła poczuł się pewniej. Szybko też zdołał odnaleźć to, po co biegł. A biegł, o dziwo, po płaszcz żołnierski. Gdy go tylko dopadł w pośpiechu chwycił za jego poły, i robiąc szybki w tył zwrot, pognał jak szalony w stronę oniemiałych przyjaciół.
Karolku, a tobie co się porobiło? — zawołała TeRka, która pierwsza odzyskała rezon. — Ale nas wystraszyłeś. Co ty niesiesz? Aha, poznaję, płaszcz Helmuta Stolza. Postanowiłeś go jednak zatrzymać?
Zatrzymać, to może nie, ale pomyślałem, że kiedy wyścielę ci nim dno wagonika, to będzie ci się wygodniej jechało — wołał Karolek, dobiegając do przyjaciół.
Karolku, jesteś wspaniały! — zaświergoliła TeRka, wychylając się coraz bardziej zza burty wagonika. — Moi bracia nigdy by o tym nie pomyśleli, a ty tak. To się nazywa prawdziwy przyjaciel.
JuPi i TeR, jak za zawołanie, huknęli gromkim i bardzo radosnym śmiechem.
Cieszymy się razem z tobą, siostrzyczko, że nasz Kamilek widzi w tobie damę i jest dla ciebie taki rycerski — rechotał JuPi. — Od nas takiego traktowania się nie doczekasz, bo my damy w tobie nigdy nie widzieliśmy, a tylko zwykła kumpelkę.
Co to znaczy zwykłą? — obruszyła się TeRka.
Zwykłą, to znaczy, równą nam — wytłumaczył TeR, wyhamowując śmiech.
Coś takiego! A to mi wytłumaczenie! — prychnęła z niezadowoleniem TeRka. — Równą wam, to ja na pewno jestem, ale jestem też dziewczyną, której należy się szacunek, iii… — TeRka wzięła głęboki oddech.
Iiii… przestań strugać damę — fuknął JuPi, nie pozwalając TeRce skończyć. — Ciesz się, że traktujemy ciebie tak jak traktujemy, a my cieszymy się z tobą, że Karolek widzi w tobie dziewczynę i jest szarmancki w stosunku do ciebie… A tobie, Karolku, dziękujemy, że zajmujesz się naszą TeRką tak troskliwie. To bardzo ładnie z twojej strony. Nam rzeczywiście na myśl by nie przyszło tak się z nią cackać. Po prostu nie przywykliśmy. Ale skoro ty tak potrafisz dbać o dziewczyny, to może trzeba nam się tego od ciebie nauczyć? Możliwe, że kiedyś nam się to przyda. Ale póki co, TeRkę dalej będziemy traktować jak jedną z nas, bo do tej pory jej to nigdy nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Nigdy nie lubiła, kiedy ktoś się nad nią rozczulał. Zawsze sama świetnie sobie radzi, ze wszystkim i ze wszystkimi. Ale skoro jej nagle sprawia przyjemność być traktowaną jak dziewczyna, to traktuj ją tak, jeśli to też i dla ciebie przyjemność. Będzie szczęśliwa.
A pewnie, że będę! — prychnęła TeRka. — Od was niczego nie potrzebuję, bo wy krzty wrażliwości na potrzeby dziewczyn nie macie. Zachowujecie się jak bezduszne maszyny w stosunku do dziewcząt. Pamiętam, jak byli u nas z wizytą przyjaciele naszych rodziców z dwiema córkami: Jowiszą i Wiszą, to oczu od nich nie mogliście oderwać, ale kiedy przy pożegnaniu trzeba było im podać rękę, by pomóc im wejść na statek, to staliście jak dwa słupy i nic. Żaden z was się nie ruszył, choć one patrzyły na was, oczekując waszej uprzejmości i pomocy.
No już, już, TeRka, wystarczy! — huknął zawstydzony JuPi. — Do dziś to pamiętam i wcale się z tym dobrze nie czuje.
Ja też nie — dodał TeR.
Okey, kiedyś jeszcze wrócimy do tego tematu, a póki co bierzcie przykład z Karolka — powiedziała TeRka z przyklejonym uśmiechem na radosnym już licu. — Teraz musimy jak najszybciej dotrzeć do Wilczychpędów. Wsiadajcie w końcu do wagonika i ruszamy.
Jak na komendę chłopcy wskoczyli do wagonika i wagonik ruszył. Jak? Karolek nie miał pojęcia. Ważne, że ruszył i jechał, i to zupełnie cicho, bez żadnych zgrzytów i skrzypnięć — nabierał szybkości.
Zimne powietrze powiało od strony czerniejącej się otchłani tunelu i ze zwielokrotnioną siłą smagało twarze załodze tego dziwnego pojazdu. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Z uśmiechem na twarzach pędzili po torach coraz szybciej i szybciej. Karolek był przeszczęśliwy, bo oto coraz bardziej zbliżają się do jego kochanej wsi...

cdn. 

Link do opowiadania: "Niezwykłe przypadki Karolka Gradki" 
(w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

niedziela, 10 marca 2019

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (VI cz.)

Uszczęśliwiony Karolek, wyciągnął ręce przed siebie, i dał się poprowadzić przyjaciołom w niewiadomym kierunku. W niewiadomym, ale też i w niewidocznym. Wszak oprócz zielonkawej poświaty w kształcie przyjaciół dalej nic nie widział. Czując jednak mocny uścisk dłoni JuPi i TeRa, szło mu się zupełnie dobrze. Ba, nawet przyjemnie. I choć potykał się co chwilę o coś, był pewien, że nie upadnie. Skąd miał tę pewność? Sam nie wiedział. Po prostu tak czuł, i już. Bo też czuł się znów zupełnie spokojnie i bezpiecznie. Jak przy mamie i tacie. Chwilami wydawało mu się, że idąc, nie czuje własnego ciała, jak gdyby w próżni się poruszał. Bardzo przyjemne było to uczucie. Spokój, bezpieczeństwo, lekkość. Pragnął tak iść i iść bez końca… Było to niestety niemożliwe. Bo dotrzeć gdzieś musiał. Do jakiegoś celu był przecież prowadzony. Do miejsca, gdzie będzie mógł normalnie oddychać. Taki moment w końcu przyszedł, wraz z przyjaciółmi dotarł do celu. I choć miał świadomość, że tak być musi, czuł się jednak zawiedziony. Jakżeby inaczej, skoro zawsze uważał, że najpiękniejsza jest droga do celu, a nie sam cel. A w tym akurat przypadku, droga do celu była nie tylko piękna, była spokojna, bezpieczna i lekka. Idąc tą wspaniałą drogą, Karolek czuł się tak dobrze i tak lekko, że nawet uporczywy kaszel przestał mu przeszkadzać. W ogóle go nie czuł.
No, jesteśmy na miejscu — odezwał się JuPi. — Wchodź Karolku do tej wnęki w skale, tam będziesz mógł już nie tylko normalnie oddychać, będziesz mógł też wszystko widzieć. Wnęka jest wolna od kurzu i pyłu.
Karolek, choć ciągle żałował, iż dotarli już do celu, bez słowa wszedł do skalnej wnęki. A kiedy znalazł się już w jej wnętrzu, oniemiał z wrażenia. Zobaczył nagle swoich przyjaciół w takich samych srebrzystoświetlistych postaciach, jakich ich znał. Ucieszył się bardzo, bo nie dość, że wygląd ich wrócił do normy, to jeszcze oświetlali sobą całe wnętrze wnęki i dzięki nim mógł wszystko normalnie widzieć. Oczy przestały piec, kaszel minął całkowicie.
Och, jakże się cieszę, że jesteście ze mną — powiedział.
My też się cieszymy — zaświergoliła TeRka.
Mam nadzieję, Karolku, że się zbytnio nie wystraszyłeś, kiedy drezyna wjechała do bunkra? — spytał TeR, siadając na dużym kamieniu pod ścianą wnęki.
Gdybym powiedział, że się nie wystraszyłem, to bym skłamał — odpowiedział Karolek z uśmiechem na straszliwie brudnej twarzy. — Wystraszyłem się, i to porządnie. Bo skąd mogłem wiedzieć, że wy sobie poradzicie z tym zawalonym wejściem. Myślałem, że… że… A zresztą, nieważne. Ważne, że wszystko się dobrze skończyło i jesteśmy cali i zdrowi.
I o to chodzi — zachichotał JuPi.
A swoją drogą, to jak wy to zrobiliście? — dociekał Karolek. — Bo w cuda, to ja nie bardzo wierzę.
A czy to ważne, Karolku? — zachichotał znów JuPi. — Dla nas to nic nadzwyczajnego, wszak jesteśmy z innej planety. Ale tak na poważnie, to musisz wiedzieć, że Jowisz, w przeciwieństwie do Ziemi, jest w większości planetą ciekłą, więc my żyjemy głęboko pod powierzchnią planety, w jej twardym, złożonym z krzemianów i żelaza jądrze. Stąd też mamy doświadczenie w przebijaniu się przez różne warstwy, i to nie tylko naszej planety, ale wielu innych. Wędrówki po planetach naszego Układu Słonecznego to nasza pasja. A Ziemia, jak ci już wspominaliśmy, to nasza najukochańsza planeta. Wiemy więc, z czego jest zbudowana skorupa ziemska i jak się do niej dobrać. No i na szczęście, w porę udało nam się przebić przez zawalisko przy wjeździe do bunkra i zabezpieczyć drezynie swobodny wjazd i wyhamowywanie szybkości. Domyślamy się, że hamowanie było niezbyt przyjemne dla ciebie, bo drezyna parę razy obijała się od porozrzucanych głazów i zwałów ziemi. Ale najważniejsze, że w końcu się zatrzymała na zboczu hałdy ziemi, którą w tym celu, na szybko, w trójkę usypaliśmy.
O rany, to rzeczywiście musieliście się mocno napracować. I to jeszcze w takim tempie i w tak krótkim czasie — powiedział Karolek pełen podziwu, a po chwili zastanowienia podskoczył aż z wrażenia. — Zaraz, jak to we trójkę?
A tak to… — parsknęła śmiechem TeRka.
Nic z tego nie rozumiem. Przecież leżałaś ze mną na podłodze drezyny.
To prawda, ale do czasu. Bo potem, to już zajęta byłam usypywaniem kopca.
— „Zajęta byłam…” mówisz? — prychnął Karolek. — Przecież to były sekundy, a to twoje: „zajęta byłam” brzmi tak, jakbyś się tej czynności oddawała co najmniej przez parę godzin… No dobra... Miałem się niczemu nie dziwić.
A właśnie, drogi nasz przyjacielu! — TeRka była ubawiona Karolka zadziwioną miną.
Pojęcia nie mam, kiedy ty się wymsknęłaś spode mnie i zniknęłaś w ślad za JuPi i TeRem. Bo że ich na drezynie nie było, to już wcześniej zauważyłem.
Bo też pojęcia mieć nie miałeś — wtrącił się JuPi, i śmiejąc się, trzasnął Karolka przyjacielsko po plecach. — Ważne, że wszystko odbyło się sprawnie i TeRka nam trochę pomogła w usypywaniu kopca z ziemi.
No, faktycznie, wszystko odbyło się sprawnie… nawet bardzo sprawnie… i w mgnieniu oka! — Karolek zaśmiał się wreszcie i usiadł obok TeRa. — A TeRka spode mnie wyfrunęła cichutko i delikatniutko niczym zwiewny motylek.
Och, Karolku, jak ślicznie to ująłeś… — roztkliwiła się TeRka, i siadając obok niego, czule musnęła go dłonią w policzek. — Ja wprost uwielbiam papillionis.
Ty, i ta twoja łacina! — ofuknął siostrę JuPi.
To nic, to nic! Daj JuPi TeRce spokój. — Karolek stanął w obronie przyjaciółki. — Papillionis naprawdę pięknie brzmi… Wiecie co, skoro wszystko jest już dla mnie jasne… no, powiedzmy, że jest, to żadnych pytań nie będę więcej zadawał, tylko powiem wam, że jesteście wspaniali, moi drodzy Jowiszanie jupiterowi.
Wow! Co za jupiterowy komplement! — huknął śmiechem JuPi, i nagle, stając w szerokim rozkroku przed siedzącym Karolkiem, rozbłysnął gamą przepięknych, świetlistych kolorów.
Nawet nie myśl, że mnie sprowokujesz, abym cię o cokolwiek jeszcze zapytał — buchnął śmiechem Karolek, wtórując JuPiemu.
Ha! Widzisz JuPi?! — zaśmiała się TeRka piskliwym głosem. — Wyłącz się więc lepiej i siadaj. Musimy się zastanowić, co robimy dalej. A przede wszystkim, musimy zadbać o pożywienie dla Karolka. My się już spokojnie zatankowaliśmy, a Karolek jeszcze do tej pory nic nie tankował… to znaczy, nie posilał się.
TeRka ma rację — podłapał temat TeR, wyhamowując dudniący śmiech. — JuPi, słyszysz? Wyłączaj się wreszcie i skończ rechotać… Halo, słyszysz? Karolek jest głodny!
Nie, nie, nie czuję wcale głodu. — Karolek przestał się śmiać, wpatrując się w blednące kolory na kombinezonie JuPiego. — Jadłem już, zanim tam, w lesie, do mnie podeszliście.
No tak, ale kiedy to było? — TeRka popatrzyła ze zdziwioną miną na Karolka. — Z przeczytanych książek wiem, że Ziemianie jedzą cały dzień. To znaczy kilka razy w ciągu dnia. I że dla Ziemianina najważniejsza jest caena… Już, już, JuPi, nie patrz tak na mnie… chciałam powiedzieć, że obiad jest najważniejszy. Musimy się więc o ten obiad dla ciebie Karolku postarać.
Och, nie, nie róbcie sobie kłopotu — odrzekł Karolek. — Ja jeszcze mam w plecaku kawałek chleba i butelkę z wodą, to mi wystarczy.
Aha, ja mam twój plecak — zreflektował się JuPi i natychmiast ściągnął go z ramion. — Proszę, wyciągnij swoje pożywienie i posil się, żebyśmy byli pewni, że nie osłabniesz. Mamy przecież jeszcze dużo do zrobienia.
Karolek wyciągnął z plecaka niedojedzony kawałek chleba, i gryząc go, popijał wodą z butelki. W trakcie jedzenia, przypatrywał się swoim przyjaciołom, którzy rozprawiali między sobą o czymś w swoim jowiszowym języku. Kiedy skończył jeść, pozbierał ze spodni wszystkie okruszki chleba i wsypał je sobie na język. Potem spojrzał na butelkę, by sprawdzić ile zostało w niej wody. Zrobił jeszcze jeden łyk i schował butelkę do plecaka. Plecak postawił na kamieniu i dalej z wielkim zainteresowaniem przyglądał się przyjaciołom.
Najadłeś się już do syta? — spytała TeRka, widząc, że Karolek już nie je, a tylko się im przypatruje. — Myśmy się właśnie naradzali, co będziemy robić dalej, byś mógł zrezygnować z podróży do Ameryki i mógł już całkowicie zapomnieć o swoich wcześniejszych planach. No i żebyś mógł pozostać tu gdzie twoje miejsce.
Dziękuję wam, moi drodzy, że myślicie o mnie. Ale nie wiem, czy jest jeszcze jakieś inne wyjście, bym mógł pomóc Krysi i Pawikowi. No i sobie, bym nie musiał wrócić do domu dziecka… O rany, tego bym nie zniósł. Nie wrócę tam za żadne skarby świata.
Jest, jest, z pewnością jest inne wyjście — powiedział JuPi. — Właśnie rozmawialiśmy o tym, by najpierw dotrzeć do twojej wsi i dokładnie się wywiedzieć, co to za wuj zajął twój dom i czy rzeczywiście ty nie masz szans, aby do swojego domu wrócić. A więc zrobimy tak: idziemy teraz do Wilczychpędów, a potem TeRka, jako ta, co się najlepiej zna na różnych metodach podejścia do domów Ziemian, wejdzie niepostrzeżenie do twojego domu i zorientuje się, co tam jest grane. I kiedy już będziemy wiedzieć o co chodzi z tym twoim wujem i jego rodziną, wymyślimy co robić dalej.
Ojej, to by było wspaniałe, gdybym mógł, choć z daleka popatrzeć na swój dom — podniecił się Karolek.
Będziesz mógł, i to nie tylko popatrzeć — odezwał się TeR. — Już nasza w ty głowa.
Kochani jesteście — wzruszył się Karolek.
Ty też — cieplutkim głosem odparła TeRka.
No, koniec czułości. Zbieramy się do drogi — zaśmiał się JuPi. — Tylko powiedz nam Karolku, którędy powinniśmy iść, abyś czuł się bezpiecznie. Bo wiesz, my wszędzie możemy w razie czego zniknąć, ale niestety, nie możemy sprawić, abyś ty też zniknął razem z nami. Dlatego ty wybierz drogę do swojej wsi. I pamiętaj, jakąkolwiek drogę wybierzesz, my cały czas będziemy z tobą.
Kochani jesteście…
Już dobrze, Karolku. Mów jaką drogę wybierasz.
Ha, gdyby tak można było pod ziemią iść aż do samych Wilczychpędów, to by było wspaniale — zaśmiał się kwaśno Karolek. — Zdaję sobie sprawę, że na pewno dom dziecka przy pomocy policji już za mną wszędzie szuka… Zaraz, poczekajcie. Teraz mi się przypomniało, że ojciec mi opowiadał, iż bunkier ten jest bardzo duży, że ma wiele różnych tuneli i że jeden z nich ciągnie się pod lasem od zabudowań byłej fabryki broni, czyli obecnej cukrowni, aż do naszej wsi.
O, to jest myśl! — ucieszył się JuPi.
No tak, myśl może dobra, ale z wykonaniem może być gorzej — zastanawiał się głośno Karolek. — Bo pojęcia nie mam, który to tunel i czy w ogóle jeszcze istnieje. Może został celowo zasypany przez wycofujące się wojska wroga? A może po tylu latach samoistnie się zawalił?
Tym się nie przejmuj, czy został zasypany, czy sam się zawalił — powiedział uradowany JuPi. — Ważne, że kiedyś był przekopany i że dochodził aż pod twoją wieś. Już my sobie z nim poradzimy, abyś bezpiecznie razem z nami dotarł nim do domu.
Tak myślisz?
Tak myślę. Mało tego, jestem pewny, że nam się uda. Zobaczysz, wnet ujrzysz swój dom.
O niech mnie! Chyba oszaleję z radości! — Karolek promieniał ze szczęścia.
Tak, mój drogi przyjacielu, radość będzie wielka. Przysięgamy! — uśmiechnął się JuPi, widząc szczęśliwą minę Karolka. — Posiedźcie tu jeszcze przez chwilę, a ja wyjdę z wnęki i pójdę się rozejrzeć. Muszę sprawdzić, którędy mamy iść.
Nie minęło kilkadziesiąt sekund i JuPi był już z powrotem. Karolek był bardzo zaskoczony jego tak szybkim powrotem. Nie pokazał jednak po sobie swojego zaskoczenia. Wpatrywał się tylko w jego minę i czekał co powie.
A więc, moi drodzy… — odezwał się wreszcie JuPi, otrzepując się odruchowo. — Już wszystko wiem. Odnalazłem ten tunel. Jest trochę zawalony, ale nic to. Damy radę. Ruszamy. Na szczęście tumany kurzu i pyłu, jakie sami wywołaliśmy naszym efektownym wtargnięciem do bunkra, już opadły. Możesz więc, Karolku, zupełnie normalnie oddychać… Jazda! Wychodzimy!
Po chwili szli już długim i mrocznym tunelem. Od bunkra wychodziło kilka tuneli. Jedne były mniejsze, inne większe. Jedne były bardziej zasypane, inne mniej, ale oni szli tym największym, który nie był w ogóle zasypany. Tak jak chciał JuPi. Ale zanim weszli do tego tunelu, Karolek zatrzymał się i na moment rozglądnął się jeszcze po bunkrze. Teraz mógł zobaczyć jak wygląda. Tumany kurzu i pyłu, tak jak mówił JuPi, rzeczywiście już opadły, a blask bijący od przyjaciół dawał całkiem dobrą widoczność. Karolkowi aż ciarki po plecach przechodziły, tak ponure wrażenie bunkier wywarł na nim. Bunkier był ogromny. Wprawdzie w wielu miejscach był zasypany zwałami ziemi, kamieni, różnego gruzu, ale i tak sprawiał wrażenie ogromu. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, pełno było porozrzucanych przeróżnych przedmiotów, których przeznaczenia trudno mu było się nawet domyślić. Na betonowej posadzce w ogromnym nieładzie leżały też gdzieniegdzie jakieś pogruchotane skrzynie, drabiny, wózki, wagoniki, szczątki jakiś maszyn, transporterów. Widać było wyraźnie, że rozegrała się tutaj jakaś tragedia. Tak jakby ktoś ogromnie przerażony, w panice i w pośpiechu, szykował się do ucieczki i zacierał za sobą wszelkie ślady, dewastując wszystko co popadnie i jak popadnie. Karolkowi szybko odeszła ochota na oglądanie tych obrazków z czasów wojennej apokalipsy. Z uczuciem obrzydzenia odwrócił się na pięcie i ruszył do tunelu, przepuszczając JuPi i TeRa przed siebie. Szedł razem z TeRką, która, co niepodobne do niej, milczała jak kamień. TeRka sprawiała wrażenie głęboko zamyślonej. Idąc spokojnym krokiem, w ogóle się nie rozglądała. Nie patrzyła też pod nogi. Całą swą uwagę i wzrok koncentrowała jedynie na plecach JuPi i TeRa. Karolka zastanawiało to bardzo. Zastanawiało go również to, że wchodząc do tunelu, zauważył, iż wejście do niego nosiło ślady świeżego przekopu. Szybko jednak przestał się nad tym zastanawiać, gdyż wnet uwagę jego pochłonęła obserwacja tunelu. Szedł sprężystym krokiem obok milczącej TeRki, i zadzierając głowę, przyglądał się kolebkowemu sklepieniu tunelu zbudowanemu z ciosów kamiennych i miejscami ze zwykłych cegieł. Spostrzegł różnicę między tymi dwoma rodzajami sklepienia. Widział, że sklepienie kamienne zachowało się niemalże idealnie. Było nietknięte erozją czasu. Natomiast sklepienie ceglane było wyraźnym świadectwem upływu lat. Było bardzo już zniszczone. Prawie wszystkie cegły były sczerniałe i wyszczerbione na krawędziach. Przyglądał się też kamiennej posadzce, po której szedł, miejscami dziurawej, miejscami ze śladami zniszczeń zalanych betonem. Był pewien, że środkiem tunelu musiały tu kiedyś przebiegać tory wąskotorowe. Świadczyły o tym znamienne wyrwy w posadzce. Najdłużej wpatrywał się jednak w chropowate i sczerniałe ściany tunelu wykonane w większości z kamienia łamanego, a w niektórych tylko miejscach z cegły klinkierowej albo ze zwykłego betonu. I znów rzuciła mu się w oczy różnica między rodzajem budulca a wytrzymałością budowli. Ściany z kamienia były w bardzo dobrym stanie, ale mokre, tak jakby przepuszczały wodę. Zaś ściany z klinkieru i betonu były suche, nosiły jednak wyraźne ślady zniszczeń. I to nie tylko związanych z erozją czasu, ale przede wszystkim związanych z dawną wojenną eksploatacją tunelu. Widok nie był przyjemny. Był przygnębiający. Chwilami, zwłaszcza w miejscach najbardziej zniszczonych, napawał wręcz grozą. Do tego wszystkiego, wszechobecny zapach stęchlizny potęgował te odczucia jeszcze bardziej. W tunelu było też bardzo zimno i ciemno. Lecz Karolek, podekscytowany wędrówką w stronę swojego domu, zimna nie czuł. Ciemności też mu nie przeszkadzały, gdyż przyjaciele dawali sobą tyle światła, iż najbliższą przestrzeń przed sobą i za sobą widział dobrze...

cdn.

Link do opowiadania: "Niezwykłe przypadki Karolka Gradki" 
(w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

środa, 6 marca 2019

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (V cz.)

Wszyscy puścili się pędem w stronę torów, gdzie stała stara, zdezelowana drezyna. Dobiegli akurat do nich, kiedy nagle usłyszeli świst kuli nad głowami. Wszyscy jednocześnie jak piorunem rażeni z impetem rzucili się na drezynę. TeRka piszczała jak oszalała. Karolek w ruchu bezwarunkowym powalił ją na podłogę drezyny i przykrył sobą. JuPi i TeR chwycili za dźwignię napędu, i naciskając w podskokach za jej ramiona, wprowadzali drezynę w ruch. Drezyna skrzypiała niesamowicie, ale ruszyła i jechała coraz szybciej i szybciej. JuPi i TeR coraz szybciej też i z coraz to większą siłą napędzali dźwignię. A kiedy ponownie usłyszeli świst kuli nad głowami, dostali takich obrotów, że Karolek, który z podłogi obserwował ich poczynania, aż oniemiał z wrażenia. Nawet następny świst kuli, odbijającej się rykoszetem od koła drezyny, nie wywarł na nim tak silnego wrażenia jak ten obrazek, który miał przed oczyma. Przyciskając swym ciałem TeRkę do podłogi, leżał w bezruchu i nie mógł wydusić z siebie słowa. Był wręcz oczarowany widokiem śmigających w powietrzu świetlisto-srebrnych postaci przyjaciół. Wydawało mu się, że widzi przed sobą dwa srebrzyste ogniki drgające z częstotliwością pulsujących gwiazd. Nieziemski był to widok. Karolkowi aż dech zapierało. Niestety, nie było mu dane trwać w tym, bądź co bądź, miłym stanie oczarowania, ponieważ zobaczył nagle coś, co mu zmroziło krew w żyłach. Otóż na tle jaśniejącego nieba, którego skrawek widział pomiędzy słupkami dźwigni, w oddali zobaczył ogromną metalową bramę. Bramę, która zamykała bieg torów, a tym samym i drogę ich ucieczki. Karolek w mig odzyskał głos i zaczął wrzeszczeć jak opętany:
JuPi, TeR, hamujcie! Brama, brama przed nami! Rozbijemy się!
Trzyyymaaajcieee sięęę mooocnooo! — usłyszał w odpowiedzi świszcząco-drgający głos, któregoś z jowiszowych braci.
Karolek z rosnącym przerażeniem pojął, że oni wcale nie zamierzają hamować przed bramą, a wręcz przeciwnie, że rozpędzają drezynę jeszcze bardziej i zamierzają bramę staranować. Karolek mało nie oszalał ze strachu. Nie o siebie się bał lecz o TeRkę. No i o nich samych. Nic jednak nie mógł zrobić. I to było dla niego najgorsze. W desperackim odruchu przycisnął TeRkę jeszcze mocniej do podłogi i osłonił jej głowę swoją głową. Rękami złapał się wystających z podłogi słupków dźwigni i rozstawił szeroko nogi. Obiema stopami zaczął szukać po omacku jakiegoś punktu zaczepienia. Bał się odwracać do tyłu, bo od tej zawrotnej szybkości nie dość, że mu się w głowie kręciło, to jeszcze TeRki koński ogon smagał go boleśnie po twarzy. Karolek zdawał sobie sprawę, że wystarczy jego mała nieuwaga albo jeden fałszywy ruch, a tak silny pęd powietrza może go zmieść z drezyny razem z TeRką. Wymacał wreszcie jakieś metalowe pręty. Domyślił się, że są to nóżki przytwierdzonej do podłogi ławeczki. Zaczepił się o nie stopami najmocniej jak umiał i znieruchomiał. Odczuł nagle nieodpartą potrzebę popatrzenia w niebo. Niestety, nie mógł popatrzeć. Z tej pozycji widział jedynie skrawek horyzontu pomiędzy słupkami dźwigni. Bramy też nie widział. Najwyraźniej drezyna jechała akurat po łuku. Kątem oka widział uciekające betonowe kanały, do których w czasie kampanii cukrowej wodne „elfy” pod dużym ciśnieniem spłukują z wagonów i przyczep buraki cukrowe. Znał to miejsce doskonale. Nieraz z ojcem przyjeżdżał tutaj traktorem z ich kontraktowanymi burakami. Karolek był już pewien, że lada moment skończy się plac cukrowniczy i nastąpi to, co nieuniknione. Wstrzymał oddech i jeszcze mocniej przywarł do TeRki. TeRka ciągle piszczała przeraźliwie, ale Karolek nawet nie próbował jej uspokajać. Na to nie miał już siły. Sam najchętniej zacząłby piszczeć. Zacisnął mocno powieki i czekał najgorszego.
Minęło jeszcze parę sekund, kiedy nagle potworny huk rozdarł powietrze i rozległ się przeciągły zgrzyt metalu. Brama rozpadła się na kawałki. Drezyną szarpnęło okrutnie i poderwało do góry. Znów dał się słyszeć zgrzyt metalu. Koła drezyny tarły o szyny. Przeraźliwy pisk, świst i znów zgrzyt. Iskry leciały na wszystkie strony. Niesamowita gorąc. Karolek nie czuł już jednak nic i nic też nie słyszał. Stracił przytomność. Po chwili ocknął się jednak. Ale nie na tyle, aby wróciła mu trzeźwość myślenia. Nie wiedział, co się stało i gdzie jest. Kiedy wreszcie zaczął sobie coś przypominać, pierwsze, co przyszło mu do głowy, to to, że już po nim. Pod zamkniętymi powiekami przesunęły mu się smutne twarze rodziców i rodzeństwa. Spazm rozpaczy targnął jego ciałem. Aż tu nagle, nie wiadomo skąd, uszu jego doleciał histeryczny śmiech. — „Mamo, tato, jestem w piekle... Ratujcie!” — wrzasnęła jego dusza. — Karolek spodziewał się bodajże chóry anielskie usłyszeć, ale nie chichot diabłów. Zawył z rozpaczy jak potępieniec i automatycznie otworzył oczy. To, co nagle przed sobą zobaczył, sparaliżowało go strachem jeszcze bardziej. Otóż zobaczył dwa ogromne, krwistoczerwone płomienie, które drgając chaotycznie, raz szybciej, raz wolniej, lizały powietrze swoimi długimi i szpiczastymi jęzorami. Karolek doznał szoku. Był już przekonany, że nie żyje i że znalazł się w czeluściach piekielnych.
Nie wiadomo jak długo jeszcze Karolek trwałby w takim przekonaniu, gdyby nie nagłe, dudniące i gromkie: — „Huuurrraaa! Huuurrraaa! Udało się!” — Wtedy to Karolek zaczął wreszcie kontaktować i powoli powracać do rzeczywistości. A kiedy jeszcze usłyszał pod sobą przeraźliwy pisk, wszystko już sobie przypomniał.
Och, dzięki ci moja kochana mamusiu i tatusiu! Żyję… żyję… Wszyscy żyjemy! — krzyknął, uszczęśliwiony piskiem TeRki.
No jasne, że żyjemy! A coś ty myślał? — zawołała TeRka. — Karolku, ale zejdź już ze mnie, bo mnie udusisz i w końcu nie będę żyła.
Karolek pośpiesznie zsunął się z TeRki na podłogę drezyny. Podniósł do góry głowę i popatrzył jeszcze raz na dwa płomienie. Płomienie powoli przygasały. Nagle przypomniał sobie, że przecież nie miał się niczemu dziwić. Ze szczęścia, zaśmiał się w głos. Popatrzył na boki i stwierdził z radością, że nie pędzą już na złamanie karku tylko jadą sobie spokojnie pomiędzy pachnącymi polami. Odwrócił głowę do tyłu i odsapnął z wielką ulgą. Zabudowania cukrowni znikały z pola widzenia jedno po drugim. Nawet wysoki komin stawał się coraz mniej widoczny. TeRka leżała spokojnie i chichotała wesoło. Karolek ze szczęścia cmoknął ją w policzek. Och, jakże był szczęśliwy.
Po kilku zaledwie minutach okazało się, że szczęście Karolka, choć było ogromne, uleciało nagle jak bańka mydlana. Niestety, ze szczęściem tak już jest — bywa ulotne. I tym razem też było. Bo kiedy Karolek tak upajał się swoim szczęściem, usłyszał nagle szczekanie psa. A właściwie dwóch psów. Odwrócił się momentalnie do tyłu i zobaczył, że po torach gnają dwa wilczury. I to gnają tak szybko, że zbliżają się do nich coraz bardziej. — „Strażnicy puścili psy w pogoń za nami” — pomyślał przerażony i odruchowo zaczął się rozglądać za swoją dzidą. Nigdzie jej jednak nie zobaczył. Z żalem przyszło mu się pogodzić z jej utratą. W tak szalonym pędzie nie mogło być inaczej. Popatrzył wtedy do przodu, i ku jego ogromnemu zaskoczeniu, nie zobaczył tam nikogo, ani też niczego. Żadnych nawet najmniejszych płomyczków nie było widać. Zastanowiło go to bardzo. Nie miał pojęcia, co też to może oznaczać. Szybko musiał jednak przestać się zastanawiać, gdyż nagle usłyszał jeszcze głośniejsze ujadanie psów. Znów oglądnął się do tyłu i ze zgrozą stwierdził, że psy są już tuż-tuż. Nie wytrzymał napięcia i wrzasnął w przestrzeń ochrypłym głosem:
Psy, psy, psy za nami!
Nie obawiaj się Karolu, już JuPi i TeR dodadzą gazu i zgubimy te groźne canes… to znaczy, groźne psy… Choć skądinąd kochane przecież! — zawołała niepewnym głosem TeRka, wpatrując się w twarz Karolka.
Jak?! — wrzasnął Karolek. — Przecież ich nie ma!
Są, są… Tylko może za potrzebą zniknęli — odpowiedziała TeRka, siląc się na spokojny ton głosu. — JuPiii, TeRkuuu, wracacie już?! — wrzasnęła nagle, widząc przerażoną twarz Karolka.
Nagle, oczom przerażonego Karolka w powietrzu ukazały się dwie srebrzyste postacie, niczym dwa ogromne ptaki nadlatujące od pola.
Uspokójcie się! Czemu się wydzieracie? — Karolek rozpoznał w nadlatujących głos JuPiego i wnet zobaczył go wraz z TeRem na stanowisku, czyli przy dźwigni napędowej.
Psy za nami! — krzyknął wtedy jeszcze raz na wszelki wypadek.
Przecież widzimy! — zawołał tym razem TeR. — Trzymajcie się mocno!
Drezyna zaskrzypiała i w mig poderwała się do szaleńczej jazdy. JuPi i TeR ponownie zamienili się w dwa świetlisto-srebrne punkciki i śmigali w powietrzu z coraz to większą szybkością.
Karolek znów był pełen podziwu dla swych przyjaciół. Wpatrywał się w te dwa śmigające punkciki i oczu nie mógł od nich oderwać. Z wrażenia zapomniał nawet o goniących ich psach. Dopiero krzyk TeRki: — „Psy, psy! Gdzie są psy?!” — przypomniał mu o nich, lecz nie czuł już strachu przed nimi. Wręcz przeciwnie, czuł do nich narastającą wdzięczność. Bo to też dzięki nim znów ma okazję podziwiać ten niezwykły napęd drezyny. — „Kochane pieski” — szepnął pod nosem i dalej trwał w podziwie. Teraz już mógł temu wspaniałemu widowisku przyglądać się zupełnie bez strachu. Goniące psy nie są przecież tak groźne jak świszczące kule. Nie są też tak niebezpieczne jak zawalidroga brama. Są zresztą z tyłu, a nie z przodu. No i wreszcie, są istotami żywymi, więc może się w końcu zmęczą i odpuszczą. Tak Karolek myślał i nie miał zamiaru przejmować się więcej goniącymi ich psami i dalej z zapartym tchem obserwował JuPi i TeRa w akcji. Niestety, wkrótce się okazało, że i tym razem nie mógł oka długo nacieszyć. Musiał zaprzestać ciekawej obserwacji, ponieważ z nagła poczuł silny ból na przedramieniu.
Och, na psa urok! A to co było?! — wrzasnął z bólu.
To na razie tylko ja gryzę, ale za chwilę będą psy! — wrzeszczała TeRka. — Co z tobą Karolku, ogłuchłeś, czy co? Pytam, co z canes? Gdzie są?
Aaa… psy masz na myśli? — Karolek wrócił do rzeczywistości i popatrzył do tyłu. — Psów nie widać. Nie zniosły tempa i odpuściły.
Jak to dobrze — ucieszyła się TeRka. — Biedne pieski. Na pewno bardzo się zmęczyły — dodała po chwili zastanowienia.
Pewnie, że się zmęczyły. Takiego tempa, jakie nadali JuPi i TeR, nikt by nie zniósł — powiedział Karolek, rozcierając dłonią bolące miejsce. — Ale za to ty potrafisz gryźć jak prawdziwy pies — zaśmiał się wreszcie, widząc żałosną minę TeRki.
Och, przepraszam cię. To mi jakoś tak samo wyszło. — TeRka zrobiła jeszcze bardziej żałosną minę.
Już dobrze. Nic się takiego nie stało. Poboli, poboli i przejdzie. Zresztą, nawet nie musi przestawać. Będę miał pamiątkę po tobie — zachichotał Karolek, szczęśliwy, że ich ucieczka się powiodła i dookoła widać już tylko szczere pole i nic więcej.
Czy to znaczy, że lubisz mnie troszeczkę? — spytała kokieteryjnym głosem TeRka.
Lubię. Nawet bardzo — odpowiedział Karolek i zaraz się zawstydził, i żeby ukryć swe zawstydzenie, odwrócił głowę w stronę JuPi i TeRa i zawołał: — Hejże! Przyhamujcie trochę. Już wszystko, co złe, za nami.
Śmigające punkciki stawały się coraz bardziej podobne do postaci JuPi i TeRa. Bracia najwyraźniej posłuchali Karolka i zwalniali tempa. Po krótkiej chwili drezyna pędziła po torach spokojnym już i miarowym tempem. Tempem wręcz wycieczkowym.
Ale była przygoda, no nie? — zachichotał JuPi i puścił ramię dźwigni napędowej. — Widzisz Karolku, stara drezyna a jaka sprawna.
Tak, tak, widzę — zaśmiał się Karolek. — Ale to tylko w waszych rękach taka sprawna.
E tam, przesadzasz Karolku — powiedział TeR i też puścił ramię dźwigni.
Trochę mnie ramiona bolą, bo nie dość, że JuPi jest cięższy ode mnie, to jeszcze na plecach ma twój plecak. Miałem co podnosić.
Powiedz TeR, że to odczuwałeś? — nie dowierzał JuPi. — Pieścisz się ze sobą, i tyle.
A gdzie my sobie teraz tak przyjemnie jedziemy? — spytała nagle TeRka, przerywając braciom.
No właśnie. Muszę się wam przyznać, iż nie wiem, dokąd te tory prowadzą — wtrącił się Karolek i wyciągnął szyję, aby zobaczyć co jest przed nimi. — Teren cukrowni znam dobrze. Drogę dojazdową też. Ale tory poza terenem cukrowni są mi obce, przeto pojęcia nie mam dokąd zajedziemy.
Nie obawiaj się Karolku, już gdzieś zajedziemy. Popatrz, jak drezynka sobie spokojnie sama śmiga. Byle do przodu — powiedział JuPi i też wyciągnął szyję, aby zobaczyć co jest przed nimi. I nagle, jak nie wrzaśnie: — TeR, do roboty!
Karolek wystraszył się nie na żarty, gdyż po minie JuPi poznał, że coś bardzo niebezpiecznego musi im zagrażać.
Bracia natychmiast chwycili za ramiona dźwigni napędu i zatrzymali jej samoczynny ruch. Potem zaś w pośpiechu chwycili za ręczny hamulec, chcąc wyhamować szybkość drezyny. Niestety, jakoś im to hamowanie nie wychodziło. Dźwigienka hamulca najwyraźniej musiała być zbyt mocno przeżarta rdzą, gdyż w ogóle nie chciała się dać ruszyć, a co dopiero zadziałać. Wreszcie, kiedy JuPi zaparł się i nacisnął w nią ze zdwojoną siłą, odłamała się w połowie i została mu w rękach. JuPi ze złości cisnął nią w powietrze i krzyknął:
Na podłogę! Leżcie i mocno się trzymajcie! Przed nami przeszkoda!
Karolek, zanim wykonał rozkaz JuPiego, podniósł się do klęczek i zaglądnął jeszcze raz do przodu. To, co w oddali zobaczył, w momencie zmroziło mu krew w żyłach. Od razu sobie przypomniał, gdzie kończy się bieg torów po których jechali.
Bunkier! Mamo, tato, ratujcie! — wrzasnął przerażony okrutnie i natychmiast rzucił się na piszczącą od nowa TeRkę, osłaniając ją własnym ciałem.
Karolek ze zgrozą przywołał sobie w pamięci słowa ojca, który mu dawno temu opowiadał, iż w czasie wojny w obecnej cukrowni mieściła się fabryka broni. I że to właśnie tymi torami wyprodukowaną broń przewożono do ukrytego w skałach bunkra. Że pod koniec wojny bunkier ten został częściowo zniszczony przez wycofujące się wojska wroga, a po wojnie wejście do niego zawalono gruzem i zabito deskami, aby nikt tam dla własnego bezpieczeństwa nie wchodził. Był strasznie przerażony, bo zdał sobie sprawę, że skoro jego przyjaciele nie potrafią zahamować pędzącej drezyny, to przyjdzie im się zderzyć z zawalonym wejściem. A wtedy będzie już na pewno po nich. Bo jakże można przeżyć takie zderzenie przy takiej prędkości? W wielkiej trwodze intensywnie myślał, co by tu zrobić, jak znaleźć wyjście, aby do zderzenia nie doszło. Same jednak najgorsze myśli tylko przychodziły mu do głowy. Bo jak miał znaleźć wyjście, leżąc na podłodze pędzącej drezyny? Nijak, tylko liczyć na cud, albo na jakieś nieznane mu możliwości przyjaciół z Jowisza. Sekundy leciały jedna za drugą i nic się nie działo. Drezyna dalej pędziła. No może trochę już wolniej, ale jednak pędziła. TeRka znów piszczała przeraźliwie jak wcześniej, a może jeszcze bardziej przeraźliwie. W Karolku narastała panika z sekundy na sekundę. Wreszcie nie wytrzymał i podniósł głowę, aby zaglądnąć na JuPi i TeRa. Spanikował już zupełnie. Bo też nikogo przy napędzie drezyny nie zobaczył. Ani nigdzie w pobliżu. Na drezynie był tylko on i piszcząca TeRka. Karolek poczuł, że jest bliski obłędu. Resztkami sił przekręcił głowę na bok, aby choć kątem oka zobaczyć niebo.
Mamusiu, tatusiu, ratujcie — wyszeptał, widząc skrawek cudownie błękitnego już nieba. Po czym zacisnął mocno powieki… i czekał najgorszego.
Minęło jeszcze kilkadziesiąt sekund, kiedy nagle, drezyną poderwało i rozległ się potwornie głośny i przeciągły łomot, pisk, zgrzyt, i po chwili, jeszcze raz łomot, pisk i zgrzyt. Ale tym razem, odgłosy te były o wiele głośniejsze, dziwnie dudniące i jeszcze bardziej przeciągłe. A co gorsza, powtarzające się echem. Jakimś straszliwie hałaśliwym echem, które niosło te dźwięki z zapamiętałą wręcz zawziętością, potęgując chwile grozy jeszcze bardziej. Zapanował istny horror, który trwał i trwał. W końcu wszystkie te makabryczne odgłosy w momencie ustały i nastała cisza. Przeraźliwa cisza… i ciemność.
Karolek leżał cały odrętwiały i zastanawiał się czy jest to już jego koniec, czy jeszcze nie. Oczu nie otwierał, bo bał się widoku jaki go czeka. Nagle poczuł, że ciało jego obsuwa się w dół. W odruchu bezwarunkowym chwycił się czegoś rękami i otworzył automatycznie oczy. Aż zawył ze zgrozy. Panująca dookoła ciemność przeraziła go do granic wytrzymałości. Przecież jeszcze przed chwilą widział cudownie błękitne niebo. A teraz co widzi? Widzi ciemność. Gryzącą w oczy, przerażającą, gęstą ciemność. Nie chciał widzieć tej straszliwej ciemności. Strach tak bardzo nim zawładnął, że było mu już wszystko jedno, co się z nim stanie, byleby tylko nic nie widzieć. Jednak dziwnie jakoś oczu zamknąć nie mógł. Jak gdyby mu coś kazało mieć je szeroko otwarte. Był zdruzgotany, bo czuł, że nic nie może zrobić. Wszak próbował usilnie zacisnąć powieki, i to wiele razy, i nic. Oczy piekły niemiłosiernie, ale zamknąć się nie dały. Chcąc nie chcąc, patrzył w ciemność i oprócz gęstej i zawiesistej ciemności nie widział nic. Jednak po krótkiej chwili, która wydawała mu się być wiecznością, coś zobaczył. Coś bardzo osobliwego. Jakieś jaskrawo-szmaragdowe oczka przedziwnie połyskujące w ciemnościach. I chociaż oczka te od razu skojarzyły mu się z fosforyzującymi w ciemnościach oczami diabłów, o dziwo, wcale się bardziej nie przeraził. Zobojętniał już na wszystko. Jedyne, czego w tym momencie pragnął, to tego, aby panujący wokół horror wreszcie się skończył i by móc wreszcie przestać cierpieć ze strachu i niepewności. Resztkami sił trzymał się czegoś kurczowo, nie wiedząc nawet czego, i jak urzeczony nieustannie patrzył w zielonkawy blask, który przebijał się coraz bardziej przez ciemność. W pewnym momencie zaczęło mu się wydawać, że blask ten tężeje i powoli otacza go z każdej strony. Wreszcie poczuł się nim wręcz osaczony. — „Niech się to natychmiast skończy” — wyszeptał ledwie słyszalnym głosem. Czuł, że dłużej tego wszystkiego nie zniesie. A nade wszystko, że siły go opuszczają i słabnie coraz bardziej. Że lada moment runie z bezsilności w czeluści ciemności. Tej straszliwej, zawiesistej i przepastnej ciemności, która przez to że była teraz opasana dookoła zielonkawą poświatą wydała mu się tym straszniejsza i tym bardziej przepastna. Będąc już u kresu wytrzymałości, zaczął mamrotać wkoło: — „Mamusiu… tatusiu... mamusiu… tatusiu…” — i nagle, ni stąd, ni zowąd, przypomniał sobie o swoich przyjaciołach z Jowisza. — „Jak mogłem o nich zapomnieć?” — pomyślał zły na siebie, iż rozczula się nad sobą zamiast zająć się ich ratowaniem. I ta jego myśl, ta złość na siebie, to był impuls, który spowodował, że w mig poczuł przypływ energii i odzyskał zdolność działania. Natychmiast wziął się w garść, nabrał głęboki łyk powietrza, i już chciał zawołać przyjaciół, gdy nagle się zakrztusił, i kaszląc okropnie, wystękał tylko między jednym kaszlnięciem a drugim:
TeRkaaa… JuPiii… TeeeR…
Ciii… nic nie mów — usłyszał nagle jakiś straszliwie chrapliwy głos jak nie z tego świata.
Karolek jednak wcale się nie wystraszył, a wręcz przeciwnie, odzyskał nawet nadzieję, że nic nie jest jeszcze stracone, że jego przyjaciele żyją i nic im się nie stało. Niemalże był pewien, że głos ten należy do któregoś z jego przyjaciół. To nic, że nie był podobny do głosu żadnego z nich, wszak u nich wszystko jest inne, zmienne i nieprzewidywalne. Kaszląc ciągle, Karolek uspokajał się coraz bardziej, i świdrując wzrokiem zielonkawą poświatę, czekał na następną reakcję swoich przyjaciół. Na szczęście nie musiał długo czekać, bo nagle znów usłyszał jakiś głos:
Nie bój się, wszystko będzie dobrze...
Już się nie boję — odpowiedział, krztusząc się od kaszlu.
I znów nastała chwila ciszy. Ciszy, która nie była już przerażająca. Wręcz przeciwnie, była zapowiedzią otuchy i spokoju.
Karolek poczuł nagle, że coś go dotyka. Zauważył też, że otaczająca go zielonkawa poświata zaczyna przybierać dziwaczne kształty. W pierwszej chwili zaniepokoił się, ale tylko na krótko, bo zaraz nabrał nadziei, że wszystko to ma związek z jego przyjaciółmi. Nie mylił się. Za moment okazało się, że to ręce JuPi i TeRa, świecąc na zielono, zdejmują go z wiszącej pozycji i stawiają na twardym podłożu. Karolek niewiele jeszcze widział, ale to, że ta wszechobecna zielona poświata przybiera coraz bardziej kształty przyjaciół, widział wyraźnie. Och, jakże szczęśliwy się poczuł. Stojąc już twardo na nogach, wpatrywał się w zieleń i próbował rozpoznać w niej kształty każdego przyjaciela z osobna. Najpierw rozpoznał JuPi, a potem TeRa. A kiedy wreszcie rozpoznał też przepiękne kształty TeRki, to aż westchnął ze szczęścia i cichutko wydukał:
Jesteście. Jesteście cali i zdrowi. Jakże się cieszę — i znów się rozkaszlał.
Nie mów jeszcze nic, Karolku. Zbyt dużo kurzu i pyłu się tutaj wciąż unosi — spokojnym i normalnym już głosem odezwał się JuPi.
Właśnie. I nie bój się już Karolku. Już ci nic nie grozi — dodała cieplutko TeRka. — Już my się teraz tobą zaopiekujemy.
A o nas martwić się nie musisz — odezwał się też i TeR. — Nam się nic nie stało. Ani przedtem, ani teraz. Wszystko mieliśmy pod kontrolą. Daj ręce, zaprowadzimy cię w lepsze miejsce. Tam gdzie nie ma tyle kurzu. Abyś mógł wreszcie normalnie oddychać i nie dusić się...

cdn.


Link do opowiadania: "Niezwykłe przypadki Karolka Gradki" 
(w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

niedziela, 3 marca 2019

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (IV cz.)

Ruszyli. Szli gęsiego. Na przedzie JuPi, za nim Karolek, za Karolkiem TeRka, a na końcu TeR. Szli raźnym krokiem w dobrych humorach i bardzo rozgadani. Rozmawiali jednak półgłosem, ażeby niepotrzebnie nie płoszyć leśnej zwierzyny. Ani tej, która w nocy śpi, ani tej, która w nocy poluje. Wszyscy byli tego samego zdania, że należy uszanować prawa natury. Tym bardziej, że to właśnie leśna zwierzyna jest u siebie, nie oni. Temat zwierząt okazał się być bardzo ciekawym tematem, gdyż prawie całą drogę rozmawiali właśnie o nich. Karolek o zwierzętach mógł opowiadać godzinami. Wiele przecież książek przyrodniczych przeczytał. I kiedy wcześniej za nic nie mógł sobie czegokolwiek o nich przypomnieć, to teraz, wiadomości o nich pojawiały się w jego pamięci niemalże lawinowo. Opowiadał więc z wielką przyjemnością i z wielką przyjemnością też, odpowiadał na każde pytanie przyjaciół związane z ich tematem. Rodzeństwo Jowiszanów też wiele pytań zadawało, gdyż każdy z nich wręcz uwielbiał zwierzęta. Zgodnie uważali, że zwierzęta to wspaniały dar Wszechświata dla Planety Ziemia, gdyż na żadnej innej planecie tak wspaniałych zwierząt nie widzieli. Podziwiali je za ich różnorodność gatunków i ras, za ich niewiarygodne wręcz przystosowanie do warunków życia, wreszcie, za ich ogromny instynkt samozachowawczy. Mówili, że zawsze, kiedy są na Ziemi, z wielką pasją je obserwują i dla tych właśnie obserwacji poświęcają najwięcej czasu. Oprócz TeRki oczywiście, bo ta więcej czasu poświęca na czytanie o zwierzętach. Ale, jak mówili, i to ma swoje dobre strony, ponieważ TeRka to nie tylko mól książkowy, to też wielka gaduła i nad wyraz chętnie dzieli się swoimi wyczytanymi wiadomościami. A bracia jej teoretyczną wiedzę zawsze skrzętnie wykorzystują do późniejszych obserwacji.
Miło się wszystkim szło i rozmawiało. Ciągle szli gęsiego, ale nie ścieżynką lecz na przełaj przez las. Jednakże całkiem wygodnie im się szło. Widoczność była dobra. Księżyc, tak jakby chciał nadrobić spóźnienie, nieustannie rzucał promieniami w szczeliny pomiędzy koronami drzew i jasno oświecał drogę. A i rodzeństwo Jowiszanów samoistnie emanowało światłem. Pięknym, niebieskawym i dziwnie rozproszonym.
Karolek momentami zastanawiał się, czy jest to rzeczywiście ich własne światło, czy tylko efekt odbicia promieni księżyca od ich srebrnych kombinezonów. Nie pytał jednak, gdyż uznał, że w tym przypadku — nie wiedzieć, jest ciekawiej. Jeszcze jedno Karolka bardzo zastanawiało. A mianowicie to, że jakoś dziwnie lekko mu się idzie. Wydawało mu się, że nie czuje w ogóle własnego ciała. Tak jakby był w stanie nieważkości. Swoimi spostrzeżeniami nie podzielił się jednak z przyjaciółmi. Też uznał, że tak będzie ciekawiej. Ważne, że czuł się przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Szedł więc raźnym krokiem i w skrytości ducha rozkoszował się swoim niezwykłym odczuciem.
Po drodze Karolek usłyszał od swoich przyjaciół, że to tylko ze względu na niego oni idą, bo gdyby nie on, to oni już dawno byliby na miejscu i pożywiali się już, czyli tankowali. Bardzo go to zdziwiło. Zdziwienie jednak szybko ustąpiło miejsca ciekawości, poprosił więc przyjaciół (pomny tego, co mu JuPi wcześniej powiedział), aby mu wytłumaczyli, już nie, jak to jest możliwe, ale jak by to zrobili. Trójka rodzeństwa zademonstrowała mu to natychmiast. Karolek mało szoku nie dostał. Bo nagle, ni stąd, ni zowąd, znalazł się sam w głębi lasu, i to w zupełnych ciemnościach. Nawet księżyc, jakimś dziwnym trafem, przestał nagle świecić. Zatrzymał się momentalnie, i stojąc bez ruchu, zacisnął zęby i dzidę w ręku. Wreszcie, strwożony już na dobre, zaczął się rozglądać dookoła. Nikogo jednak nie zobaczył. Przyjaciele z Jowisza zniknęli tak nagle, jakby się pod ziemię zapadli. Szepcąc cichutko pod nosem, zaczął prosić ich, aby wrócili, bo dziwnie się czuje sam i nie wie, w którą stronę ma iść. I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jupiterowe rodzeństwo zmaterializowało się z powrotem.
Ależ mnie wystraszyliście! — zawołał ucieszony, że przyjaciele stoją koło niego i pełna jasność znów zapanowała.
Nie chcieliśmy ciebie wystraszyć — zdziwionym głosem powiedziała się TeRka.
Wiem. Ale mnie tak zaskoczyliście tym nagłym zniknięciem, że trochę się jednak wystraszyłem. Teraz już będę wiedział, jak docieracie do celu… Jak w czapce niewidce.
Podobnie — zachichotała TeRka. — Czytałam o tej waszej bajkowej czapce.
Ale podobało ci się Karolku, co? — spytał JuPi.
Jeszcze jak! — Karolek zawołał w odpowiedzi, speszony nieco swoim kłamstwem. — Z tym, że teraz martwię się jeszcze bardziej, iż przeze mnie musicie tak długo znosić głód.
A nie, tym się wcale nie musisz martwić — uspokoił Karolka TeR. — My mamy w sobie jeszcze rezerwy. Ja przedtem tylko tak sobie żartowałem. Wierz mi, jeszcze długo moglibyśmy wytrzymać bez tankowania.
Właśnie! — wtrącił JuPi. — Chcemy tylko nasze rezerwy zwiększyć, by potem, w szczególnym celu, móc jeszcze dłużej bez tankowania wytrzymać… O, patrzcie, las się rozrzedza i widać już światła suszarni rzepaku. O, tam, widzicie, jak prześwitują pomiędzy ostatnimi drzewami lasu?
Po chwili cała czwórka stała już przy ogromnym ogrodzeniu, a Karolek zastanawiał się, co to za fabryka.
Ejże, to nie jest suszarnia rzepaku, tylko cukrownia — wyszeptał, kiedy rozpoznał zabudowania.
Jak zwał, tak zwał, ale że tam w środku suszy się rzepak, tego jesteśmy pewni — odrzekł JuPi. — Tankowaliśmy już tu nieraz.
Dziwne. Rzepak w cukrowni? — zastanawiał się Karolek. — Ale wiecie co, teraz tak sobie myślę, że to całkiem możliwe, bo w lecie cukrownia stoi, kampania cukrownicza rozpoczyna się dopiero na jesień. Może więc w lecie suszarnię wysłodków, no wiecie, tych odpadów buraczanych przy produkcji cukru, rzeczywiście wykorzystują do suszenia rzepaku.
Myślę Karolku, że całkiem mądrze to wydedukowałeś — zgodził się JuPi. — Też to zauważyliśmy, że ludzie na Ziemi potrafią dobrze organizować. No, może nie zawsze, ale w dużej mierze.
To znikajcie już — powiedział Karolek, rozglądając się dookoła. — Ja tu zostanę i poczekam na was.
No coś ty. Chodź z nami — nalegała TeRka.
Nie chcę was niepotrzebnie narażać — tłumaczył Karolek. — Wy możecie niezauważeni przez nikogo wejść na teren cukrowni a ja niestety nie. Przecież czapki niewidki nie mam. A tu na pewno jest straż nocna.
A nie, nie obawiaj się. Nikt o tej porze do suszarni nie zagląda — zapewnił TeR. — Nigdy nikogo jeszcze tam nie spotkaliśmy. Na pewno straż chrapie sobie smacznie w strażnicy. Bo to akurat widzieliśmy nieraz, a i słyszeliśmy… Chrapią, aż echo między zabudowaniami niesie.
Jak tak, to jazda, wchodzimy — zgodził się Karolek i chwycił dzidę w zęby.
Poczekaj, przesadzę cię przez płot — powiedział JuPi i splótłszy dłonie w koszyczek schylił się przed Karolkiem.
Fajnie, już przeskakuję — wycedził przez zęby Karolek i jedną nogą stanął na splecionych dłoniach JuPi a drugą na płocie.
Jakie było Karolka zaskoczenie, kiedy ledwie przesadził płot i stanął na ziemi po drugiej stronie, a tu nagle, obok niego, z rozciągniętymi w uśmiechu serduszkami wyrośli jego przyjaciele.
Chyba się nie wystraszyłeś, co? — spytała TeRka, widząc minę Karolka.
Nie, skąd.
Ani też zaskoczony nie jesteś? — dociekał JuPi z szelmowskim uśmieszkiem.
Też nie — skłamał Karolek. — Niczym mnie już nie zaskoczycie, bo w końcu do mnie dotarło, że jesteście z innej planety.
To dobrze — ucieszył się TeR. — Bo szkoda by było czasu na zastanawianie się, co i jak, po co i dlaczego, skoro razem mamy tyle do zrobienia. My już taką postawę przyjęliśmy i niczym nas już nie zaskoczysz. Nawet tą twoją dzidą.
A co jest z moją dzidą nie tak? — zdziwił się Karolek. — Nie, wróć. Nie ma sprawy. Nie musicie odpowiadać. Zapomniałem, że dla was ja też jestem z innej planety. Tak że wszystko gra. Precz z zaskoczeniem. Precz ze zdziwieniem. Od tej pory wszystko staje się dla nas jasne… Cokolwiek by to nie było.
O to to! — ucieszyła się TeRka.
Wszyscy razem z zadowolonymi minami ruszyli w stronę ogromnego zabudowania, gdzie mieściła się suszarnia rzepaku. Po chwili byli już w środku. Hala suszarni była słabo oświetlona, lecz ni stąd, ni zowąd, zupełna jasność w niej zapanowała. Karolek uśmiechnął się tylko i palcem wskazał na olbrzymią hałdę wysuszonego ziarna rzepaku. Jupiterowe rodzeństwo odpowiedziało mu serdecznym uśmiechem i natychmiast rzuciło się na hałdę. Karolek pozostał nieco w tyle i przyglądał im się. JuPi z głośnym pomrukiem zadowolenia szybkim krokiem zaczął wchodzić na szczyt hałdy. To samo zrobił TeR. Po chwili też i TeRka maszerowała już w górę po zboczu hałdy, mlaskając przy tym pociesznie swoimi serduszkowymi ustami. Kiedy we trójkę znaleźli się już na szczycie, stanęli obok siebie i znieruchomieli. Uszu Karolka dobiegł dziwny szum, który po chwili zamienił się w jeszcze dziwniejszy odgłos. Odgłos pracującej młockarni. Tak się on przynajmniej Karolkowi kojarzył. Lecz i ten odgłos szybko zamienił się na inny. Tym razem Karolek skojarzył go sobie ze świszczącym odgłosem pras. Nieraz taki słyszał w tłoczarni blach sąsiadującej z jego domem dziecka. Tyle że w tłoczarni był nieco głośniejszy. Karolek z rozdziawioną buzią wpatrywał się w jupiterowych przyjaciół. Był pełen dla nich podziwu. Żałował tylko, że stali na hałdzie tyłem do niego i nie mógł zobaczyć ich twarzy. Szybko jednak przestał żałować, gdyż nagle zobaczył niesamowite zjawisko. Otóż zobaczył, że każdy z nich zaczyna rosnąć i dookoła nich coś też zaczyna rosnąć. Od razu domyślił się, że to coś, to nic innego jak kupki łusek z ziaren rzepaku. — "A więc, to tak odbywa się to ich tankowanie" — pomyślał zaskoczony, rozdziawiając buzię jeszcze bardziej. I choć zaskoczonym miał już nie być, był, i to bardzo. Bo też wrażenie było niesamowite. W końcu od tego rozdziawiania buzi poczuł zupełną suchość w gardle. Sięgnął ręką do kieszonki plecaka i wyciągnął butelkę z wodą. Zrobił kilka łyków i schował butelkę z powrotem. Oczu od swoich tankujących przyjaciół jednak nie odrywał. Nagle, wszystkie odgłosy ucichły i Karolek spostrzegł, że przyjaciele powolutku odwracają się w jego stronę. A kiedy całkiem się już odwrócili, znów znieruchomieli. Karolek wystraszył się, bo nagle silne wstrząsy zaczęły targać ich ciałami. Coraz częstsze i coraz silniejsze. Aż tu nagle, wstrząsy ustały w momencie. Jak na zawołanie. Coś zaszumiało, coś zasyczało, coś zaświszczało, jak gdyby powietrze z nich uchodziło. Po chwili jeszcze raz wstrząsnęło nimi potężnie. Aż podskoczyli. I nagle, cisza, bezruch, spokój. Wszystko ustało. Żadnych wstrząsów, żadnych odgłosów. Tylko jakiś żółtawy obłoczek unosił się nad ich głowami.
Jupiterowe rodzeństwo trwało w bezruchu i ciszy dobrą chwilę. Aż wreszcie, jak nie huknie potężną salwą dudniącego śmiechu. Karolek zdębiał z kretesem i wytrzeszczył oczy. W końcu zrozumiał wszystko i również huknął śmiechem. Głośnym i radosnym.
No, jestem syty! — zawołał JuPi, śmiejąc się ciągle. — Chodź tu do nas Karolku, pozjeżdżamy sobie trochę ze szczytu. Zobaczysz, jaka to fajowa zabawa.
Karolkowi aż się w głowie kręciło od natłoku wrażeń, ale na słowa JuPi, zareagował natychmiast. Zdjął plecak z ramion i wraz z dzidą położył na posadzce. Po czym jednym susem podskoczył do hałdy i zaczął się wspinać. Jednak ta wspinaczka coś mu nie bardzo wychodziła. Ciągle zapadał się w sypkim ziarnie po kolana. Zdziwiło go to. Przecież widział, z jaką łatwością weszli na hałdę jego przyjaciele. Wreszcie TeRka, widząc Karolka mordęgę, zbiegła do niego z góry i podała mu rękę. Karolek poczuł nagle, że idzie po zboczu hałdy jak po twardej i prostej drodze. Śmiać mu się chciało z tak zadziwiającego zjawiska. Znów czuł się lekko i przyjemnie, jak wcześniej.
Ojej, ale wy urośliście! — zawołał, kiedy stanął już wraz z TeRką na szczycie hałdy.
A tym się nie przejmuj, stopniowo będziemy wracać do poprzedniej wielkości — poinformował Karolka JuPi.
Nie, ja się nic a nic nie przejmuję. Uważam nawet, że wasz wzrost bardzo wam pasuje. W końcu jesteście z innej planety… I wszystko wam pasuje — stanowczym głosem powiedział Karolek, pełen podziwu dla potęgi przyjaciół. — Teraz wyglądacie jak prawdziwi kosmici.
Ty też jesteś kosmitą — zachichotał JuPi i tak jak stał, puścił się w dół.
Za JuPim, pięknym ślizgiem zjechał TeR, śmiejąc się jak szalony. TeRka zawtórowała braciom piskliwym śmiechem, i nie czekając dłużej, szarpnęła Karolka za rękę. Karolek przez moment poczuł lęk, bo dopiero z góry zobaczył jak stroma jest ta hałda. Nie zdążył się jednak głębiej wczuć w swój lęk, gdyż w szalonym tempie jechał już po zboczu. TeRka ciągle trzymała Karolka za rękę, a to spowodowało, że Karolkowi zaczęło się nagle wydawać, iż stał się jednym z nich. I że wszystko, co niemożliwe, stało się dla niego możliwe. Że może robić już wszystko zupełnie inaczej niż normalnie. Nic go już nie dziwiło. Ani to, że zjeżdża na stojąco po hałdzie sypkiego rzepaku i w ogóle się nie zapada, ani to, że wchodzi z powrotem na szczyt hałdy jak po normalnej prostej drodze. Ani też to, że nie czuje żadnego zmęczenia. Wydawało mu się wreszcie, że może sobie tak zjeżdżać i zjeżdżać i że nic ani nikt nie może mu w tym przeszkodzić.
Po pewnej chwili okazało się jednak, że to, co się wydaje, to się tylko wydaje, i prawdą być nie może. Niestety. Dotarło to do Karolka momentalnie, kiedy usłyszał, pomimo głośnych śmiechów i chichów w suszarni, dochodzące z zewnątrz szczekanie psa. Przykre, ale natychmiast musiał wrócić do rzeczywistości. A w tym niemiłym momencie powrotu do rzeczywistości zjeżdżał akurat już chyba z dziesiąty wspaniały raz z TeRką i był już prawie na dole. Od razu puścił rękę TeRki i w odruchu bezwarunkowym chciał skoczyć po dzidę. Ku jego ogromnemu przerażeniu, zapadł się nagle w rzepaku po sam pas i nie mógł się ruszyć.
Uciekajcie! — krzyknął, kiedy zdał sobie sprawę z sytuacji. — Uciekajcie! To pies strażnika ujada. Na pewno zaraz tu będzie. A i strażnik też.
Popłoch się zrobił w suszarni niesamowity. Karolek szarpał się w rzepaku i nie mógł wyciągnąć nóg. TeRka piszczała ze strachu i biegała po hałdzie to w górę, to w dół. JuPi i TeR, wprawdzie zachowali zimną krew i nie wpadli w panikę, ale w pierwszym momencie nie wiedzieli co mają zrobić. Nie mogli się przecież zdematerializować i zostawić Karolka samego na pastwę psa i strażnika. Biegali więc również, aby w biegu móc się szybciej zastanowić nad wyjściem z sytuacji. Wreszcie podbiegli do Karolka i podali mu ręce. Karolek natychmiast stanął na powierzchni rzepaku. Otrzepał się odruchowo jak kaczka po wyjściu z wody i jednym susem skoczył z hałdy na posadzkę. W głowie mu się kręciło, w skroniach waliły młoty, ale nie zważał na to, tylko pędem pobiegł po dzidę. Ledwie złapał za swoją broń, a w bramie suszarni stał już ogromny wilczur. Nie wystraszył się go jednak. W ogóle przestał już odczuwać jakikolwiek lęk. Ściskając w ręku dzidę, zaczął podchodzić do psa, który, choć szczekał nadal, z bramy się nie ruszał.
Pies zachowywał się bardzo dziwnie. W każdym bądź razie nie tak, jak przystało na psa obronnego. Najwyraźniej zbaraniał na widok kosmitów. A może bardziej na ich zapach?
Uciekajcie teraz! — Karolek krzyknął do przyjaciół. — Ja go tu w bramie przytrzymam, a wy wyskakujcie przez okno. Szybko!
O nie, nigdzie nie będziemy uciekać! — zawołał JuPi. — Zostajemy z tobą.
Na psa urok! — wrzasnął Karolek, podchodząc jeszcze bliżej psa.
Nie zostawimy ciebie samego. Prawda, JuPi i TeR? — piskliwym głosem zawołała TeRka, zbiegając już po raz któryś ze zbocza hałdy. — Ja się już nie boję i też zostaję.
JuPi i TeR chwycili wystraszoną TeRką za ręce, i nie bacząc na rozwścieczonego psa, zaczęli podchodzić z nią do Karolka. I kiedy podeszli do niego całkiem już blisko, stała się rzecz dziwna. Bo oto, olbrzymi wilczur, na ich tak bliski widok, nagle znieruchomiał i przestał ujadać. Wreszcie padł w progu bramy i zaczął żałośnie skomleć.
Teraz, wychodźcie — wyszeptał Karolek. — Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy.
Bez ciebie nie wychodzimy — powiedział JuPi świszczącym z przejęcia szeptem.
Właśnie — dopowiedziała płaczliwym szeptem TeRka.
Ależ wy uparci — syknął Karolek. — No dobra, idę z wami. Ale wy pierwsi. Ja będę dzidą przetrzymywać psa, a wy bez obawy przechodźcie za moimi plecami. Ale powoli i spokojnie.
Dobrze, Karolku — zakwiliła wystraszona TeRka i mocniej ścisnęła ręce braci. — Ale ty zaraz za nami. Bo jak nie, to my tu i tak po ciebie wrócimy… Słyszysz? A wtedy ten dziki pies może mnie zjeść — dodała jeszcze, bliska już płaczu.
Idźcie już. — Karolek odwrócił głowę i popatrzył na JuPiego, piorunując go wzrokiem.
Poczekaj. Wezmę tylko twój plecak — powiedział JuPi.
Po krótkiej chwili jowiszowe rodzeństwo przechodziło już za plecami Karolka przez bramę suszarni. Powoli, spokojnie, stanowczo, choć z duszą na ramieniu ze strachu. Karolek w tym czasie stał bez ruchu, i wbijając wzrok w ślepia leżącego psa, przemawiał do niego:
Dobry piesek, dobry. Leż, leż, i ani się nie ruszaj… Dobry piesek, dobry. Leży, leży, spokojnie leży…
Wilczur leżał posłusznie i ani drgnął. Skomlał tylko cichutko. A w tym momencie, kiedy jowiszowe rodzeństwo, przechodząc przez bramę, było bardzo blisko niego, zaskomlał głośniej i ze strachu wcisnął łeb między przednie łapy. I tak leżał nieborak, znów w bezruchu, i znów skomlał tylko cichutko.
Karolkowi żal się zrobiło psa, ale cóż miał zrobić, przecież trzeba mu było jak najszybciej brać nogi za pas i uciekać. Zdawał sobie sprawę, że lada moment zjawi się strażnik. I kiedy jowiszowe rodzeństwo było już na zewnątrz, powoli zaczął się wycofywać z bramy suszarni, powtarzając wkoło do psa: — „Dobry piesek, kochany piesek. Nie bój się. Zostań, zostań…” — Będąc już na zewnątrz, postanowił biec po rampie, aby z góry lepiej widzieć, z której strony nadejdzie strażnik. Wbiegł na rampę po schodkach i pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to to, że dzień się budzi. Niebo na horyzoncie wyraźnie jaśniało czerwonawą pożogą. Zastanowił się na moment, czy to dobry znak, czy zły. Nie znalazł jednak odpowiedzi. Przestał się więc zastanawiać. Rozglądnął się tylko czy nie widać gdzieś strażnika. Na szczęście nikogo nie zobaczył. Przyśpieszył wtedy biegu i pognał za przyjaciółmi, którzy biegli po betonowej drodze wzdłuż rampy i ciągle się za nim oglądali. Przy końcu rampy, rozpędził się i poderwał do wyskoku. Poleciał w powietrzu na znaczną odległość i wylądował tuż za biegnącymi przyjaciółmi. Ledwie zdążył ich dopaść, a usłyszał krzyk strażnika:
Stój, bo strzelam!
Karolek bez namysłu rzucił się wtedy na TeRkę i powalił na ziemię, zasłaniając ją swoim ciałem.
JuPi i TeR zatrzymali się natychmiast, i patrząc na Karolka z podziwem, ściągnęli go z TeRki.
Znikajcie, proszę was! — krzyknął Karolek, wodząc wystraszonym wzrokiem po twarzach przyjaciół. — Strażnik nie może was zobaczyć. Słyszycie?! Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Mnie może on nic nie zrobi, ale wam z pewnością tak. No, zniknijcie wreszcie. Proszę. Błagam… A sio! — wrzasnął rozpaczliwie, słysząc krzyk strażnika po raz drugi.
Nie zostawimy ciebie samego. Nawet nie myśl! — huknął dudniącym głosem JuPi. — Teraz nasza kolej… Patrzcie, tam na torach stoi jakiś pojazd. Wskakujemy na niego i jazda. Uciekamy!
JuPi, przecież to stara, zardzewiała, ręczna drezyna — wycedził przez zęby Karolek, czując nagły szczękościsk ze strachu o przyjaciół.

No i co z tego, że stara, zardzewiała i ręczna? Ma koła? Ma. A to wystarczy. Biegiem! — zakomenderował JuPi, podnosząc TeRkę i Karolka z ziemi...

cdn.


Link do opowiadania: "Niezwykłe przypadki Karolka Gradki" 
(w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach).