INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie erotyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie erotyczne. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 22 lipca 2025
wtorek, 2 października 2018
Oczekuj miłości a przyjdzie
Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo.
Oferta Wydawnictwa:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
Miłość przyszła niespodzianie — zbiór krótkich opowiadań erotycznych składający się z pięciu odrębnych historii pięciu kobiet w różnym wieku. Każda z tych historii niesie ze sobą jednak podobne przesłanie: „Oczekuj miłości a przyjdzie”.
Oczekuj miłości a przyjdzie
(fragment opowiadania)
Irena
jeszcze parę miesięcy temu chodziła jak struta. Z dnia na dzień
popadała w depresję. Odszedł od niej mąż. Po 25 latach
małżeństwa. Nie to jednak było dla niej najgorsze. Ich małżeństwo
od początku było niezbyt udane. Żyli ze sobą właściwie tylko
dla dzieci. Od kiedy dzieci się usamodzielniły, nic ich już nie
łączyło. Przestali już nawet spać w jednym łóżku. Spać, bo o
seksie to już przez ostatnie 10 lat nawet mowy nie było. Pogodziła
się z jego odejściem. Zaczęła już nawet sobie życie jakoś
układać. Cały jej ciężko wypracowany spokój runął jednak, i
to w jednym momencie, kiedy pewnego feralnego dnia zobaczyła męża
z inna kobietą. Ani to młodszą, ani ładniejszą. A on, ten jej
mąż, szedł przy niej uśmiechnięty i tachał wypchane siaty z
zakupami. Ten widok ją dobił. Bo jakże to tak, przez tyle lat on
nigdy tego nie robił. — „Jak ona tego dokonała? Co ona ma,
czego ja nie mam?” — Irena wciąż się zastanawiała, płacząc
po nocach. Nieustannie analizowała całe ich pożycie małżeńskie,
obwiniając raz siebie, raz męża. I gdyby nie jej koleżanka z
pracy, Bożena, pewnie by popadła w całkowitą depresję. Bożena
zaczęła wyciągać ją na różne imprezy dla singli. Niezbyt jej
się to na początku podobało, ale poddawała się koleżance, bo
nie miała siły się jej przeciwstawiać. Aż raz, na takim jednym
spotkaniu, poznała Tomasza. Tomasz był bardzo miłym, dystyngowanym
panem około pięćdziesiątki. Nie przeszkadzało jej, że był
nieco starszy. Ważne, że był miły i bardzo delikatny. Żadnej
nachalności, żadnego grubiaństwa, do jakiego przez tyle lat była
przyzwyczajona, ze strony Tomasza, nie doświadczyła. Zaczęli się
coraz częściej spotykać.
— Irenko,
to może już nasza ostatnia szansa na miłość — Tomasz powtarzał
jej wkoło.
— Ach bredzisz —
odpowiadała mu, udając zezłoszczoną.
Wyczuwała,
że Tomasz pragnie czegoś więcej od niej, ale ona ciągle
wyznaczała granice. I choć Tomasz wciąż i wciąż je przekraczał,
nie miała mu za złe, gdyż robił to bardzo delikatnie. Wreszcie
kiedy pewnego wieczoru wracali z teatru, Tomasz zaprosił ją do
siebie. Już w przedpokoju przywarł do niej i zaczął namiętnie
całować i pieścić. Irena czuła się bardzo speszona, jednak z
każdą chwilą coraz bardziej poddawała się jego pieszczotom. Nie
sądziła, że mogą jej sprawiać aż taką przyjemność. Tym
większą im bardziej się rozluźniała.
— Tomasz, proszę,
nie — szepnęła bez przekonania.
— Bo co, bo nam
już nie wypada? — usłyszała tuż przy swoim uchu.
— Boję
się — szepnęła jeszcze, bo nagle przyszło jej na myśl, że on
może być zawiedziony jej ciałem.
— Nie
bój się, będę bardzo delikatny. Obiecuję. To dla mnie też
pierwszy raz od wielu lat — uspokajał ją miłym tembrem głosu.
Irena
przestała protestować i już całkowicie poddała się coraz
mocniej napierającej fali namiętności. Poczuła wilgoć jego warg
na szyi. Odchyliła odruchowo głowę. Już za nic nie chciała by
przestał. Przeszło ją dziwne mrowienie. I kiedy Tomasz chwycił ją
za rękę i pociągnął do sypialni, nie protestowała już w ogóle.
Ani wtedy, kiedy rozpinał jej bluzeczkę, guzik po guziku, i kładł
ją delikatnie na łóżku. Pieszczoty jego były nieśpieszne.
Całował ją, muskał, głaskał, szukając czułych miejsc na jej
ciele. Pytał też czy to jej sprawia przyjemność. Irena była
zdziwiona jego pytaniami, bo przecież jej mąż, jej jedyny do tej
pory mężczyzna, nigdy o to nie dbał. Chciała mu odpowiedzieć,
ale jedynie westchnienie pożądania wydobyło jej się z ust. Czuła,
że jej wnętrze wypełnia nieznana jej rozkosz. Że każdy centymetr
jej ciała drga i pulsuje. Gdy poczuła go w sobie, przeszył ją
spazm niebiańskiej rozkoszy. Straciła nad sobą panowanie. Cała
była rozkoszą. Jej ciało brało i dawało… i wciąż chciało
więcej i więcej. Było naprężone, gorące, wilgotne. Nagle
znieruchomiała, a z jej piersi wydobył się jęk rozkoszy...
Odpłynęła.
— Kochanie,
ty płaczesz? — spytał Tomasz po chwili, kiedy leżeli już obok
siebie wyczerpani doznaniami miłosnymi. — Coś nie tak?
— Nie,
nie… A właściwie tak — poprawiła się Irena, wycierając
spływające łzy i uśmiechając się jednocześnie. — Czy ty
wiesz, co ty ze mną zrobiłeś? Chyba właśnie miałam orgazm. —
Irena aż się zająknęła, bo to słowo ledwo jej przez gardło
przeszło. — Po raz pierwszy w życiu czułam to tak bardzo
intensywnie...
sobota, 21 lipca 2018
Zamienię cię
Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo.
Oferta Wydawnictwa:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
Miłość przyszła niespodzianie — zbiór krótkich opowiadań erotycznych składający się z pięciu odrębnych historii pięciu kobiet w różnym wieku. Każda z tych historii niesie ze sobą jednak podobne przesłanie: „Oczekuj miłości a przyjdzie”.
Zamienię
cię
(fragment opowiadania)
Majka
siedziała pochylona przy biurku i zawzięcie biegała palcami po
klawiaturze, co rusz wierzchem dłoni ocierając cieknące po
policzku łzy. Pisała list pożegnalny do swojego chłopaka Roberta.
W tle, z głośnika wieży stero, sączyła się melancholijna
muzyka, przy której się poznali i zbliżyli do siebie. To właśnie
przy tej piosence pocałowali się po raz pierwszy, tańcząc mocno
wtuleni w siebie na imprezie urodzinowej jej koleżanki. Specjalnie
ją nastawiła, aby móc się wypłakać. Pragnęła by łzy zmyły
ciężar, jaki od wczorajszego wieczoru w sercu nosiła. Pisała i
płakała. Wiedziała, że to już koniec. Po półtora roku bycia
razem. Że wybaczyć nie będzie w stanie. Nie, czegoś takiego, na
pewno nie. Kończąc pisać, zastanawiała się jaką by tu piosenkę
na pożegnanie zadedykować swojemu byłemu już chłopakowi.
— A
tak… już wiem — powiedziała głośno sama do siebie. —
Wymienię
cię na lepszy model…Ty… ty… zdrajco jeden! — Po czym
pośpiesznie zalinkowała piosenkę do treści listu i kliknęła na:
„wyślij”.
Wpatrując
się w ikonkę: „wiadomość została wysłana”, rozpłakała się
na dobre. Schowała twarz w dłoniach. I kiedy tak zanosiła się aż
od płaczu, nagle uszu jej dobiegł dźwięk komórki. Odsłoniła
twarz i zaczęła się za nią rozglądać. Gdzieś ją wczoraj z
nerwów kopnęła, gdyż bez przerwy dzwonił Robert. Nie odbierała,
ale kiedy odczytała jego SMS-a o treści: „I don't want to talk
about it… Ale kocham tylko ciebie”, nie wytrzymała i
potraktowała ją tak, jakby to był Robert. Rzuciła się na podłogę
i na czworaka szła za dźwiękiem. Znalazła. W łazience za muszlą.
— Halo,
wspólniku! — usłyszała głos Karola, swojego współpracownika.
— A co to się z tobą dzieje, że w pracy się nie meldujesz?
— A
nic, nic! Zaraz będę — odpowiedziała pośpiesznie, chcąc
zakończyć rozmowę.
— Ejże,
Majka, ty płaczesz? — spytał Karol wystraszonym głosem.
— Nie,
nie, chyba mam katar — skłamała Majka. — Ale zaraz wychodzę.
— Dobra,
przychodź, to pogadamy — skończył rozmowę Karol.
Majka
odłożyła komórkę i zabrała się za poranną toaletę. Szybko
się umyła, ubrała, rzuciła na siebie byle jaki makijaż i nim
minęło pół godziny była gotowa do wyjścia. Zamykała już
drzwi, kiedy nagle przypomniała sobie, że nie wyłączyła
komputera. Pobiegła z powrotem. Wyłączając komputer, zrobiła
taką minę, jakby co najmniej zadawała ostateczny cios swemu
najgorszemu wrogowi.
— No,
jesteś wreszcie! — przywitał ją Karol, kiedy stanęła w
drzwiach ich wspólnej pracowni fotograficznej. — Pokaż no się.
Chcę zobaczyć twój zakatarzony nos… A nie, moja droga duszko, to
nie katar. Z twojej twarzy czytam jak z otwartej księgi… Ty
płakałaś. Już mi tu gadaj, kto cię skrzywdził? Słyszysz?!
Majka
znów się rozpłakała i rzuciła się Karolowi w ramiona. Łkając
opowiedziała mu jak to wczoraj wieczorem pojechała do Roberta, aby
dogadać z nim szczegóły urlopu na Majorce,
na który mieli polecieć za 3 dni, i kiedy zajechała pod jego dom,
nagle zauważyła jego samochód i jego w nim z jakąś dziewczyną,
z którą całował się w czułych objęciach.
— Oj,
nie płacz, moja droga — uspokajał Karol, głaszcząc Majkę po
włosach. — Najwyraźniej to zwykły sukinsyn, skoro na coś
takiego go stać. Mieć tak wspaniałą dziewczynę jak ty i jeszcze
się miętolić z jakimiś innymi? Nazwałbym go dosadniej, ale
oszczędzę twoje uszy. Majka, mówię nie płacz, bo jak by na to
nie patrzeć, to lepiej, żeś się teraz o nim prawdy dowiedziała,
niż byś po ślubie miała się dowiedzieć… Co za sku…
— Ale
my mieliśmy lecieć na Majorkę i on miał zamiar mi się tam
oświadczyć! — Majka zawyła jeszcze bardziej rozpaczliwie. — I
co ja teraz z tymi biletami lotniczymi mam zrobić?
— Polecisz
sama… Aby od niego odpocząć… I zapomnieć! — wrzasnął
Karol. — No, skończ się już mazgaić. Ja ci pomogę przygotować
się do podróży. Deklaruję się nawet po sklepach z tobą połazić,
byś sobie jakieś fajne fatałaszki kupiła.
Majka
przestała płakać i z objęć Karola poczłapała do swojego
biurka. Usiadła i zamyśliła się. Myślała o Karolu. Była
wdzięczna losowi, że go ma za przyjaciela. Znali się już wiele
lat, a od 3 lat prowadzą wspólnie pracownię. Tysiące godzin
przesiedzieli razem w tym ciasnym pomieszczeniu. Wiedzieli o sobie
wszystko, bo też czas pracy umilali sobie zwierzeniami. Opowiadała
mu wszystkie historie ze swojego życia. I te dobre, i te złe.
Opowiadała mu również o swoich miłosnych porażkach z poprzednimi
chłopakami. A ostatnio, o problemach i wątpliwościach związanych
z Robertem, jak tylko się jakieś pojawiły. Mimo iż wierzyła w
miłość Roberta i sama go kochała. Karol zaś opowiadał jej o
swoich kłopotach małżeńskich. O alkoholowym problemie żony. A
kiedy się rozwodził, cały czas wspierała go i dodawała otuchy.
Na swój sposób byli przyjaciółmi. Dobrze im było ze sobą. Poza
pracą nigdy się jednak nie spotykali. To fakt. Jakoś tak wyszło.
Ale tyle wspólnie spędzonych godzin w pracy wystarczyło, aby się
zaprzyjaźnili i mieli do siebie całkowite zaufanie.
— No
jak, już lepiej? — Karol wyrwał ją z rozmyślań, stając nad
nią z filiżanką kawy. — Masz, napij się, kawa postawi cię na
nogi. Wyglądasz strasznie zmarnowana. Oczy czerwone, podkrążone,
blade lica… Och, Majka, głowa do góry! Nie ma tego złego, co by
na dobre nie wyszło. Zobaczysz.
— Może
i masz rację, Karolu, ale to boli… Bardzo boli.
— Czas,
czas moja droga zrobi swoje. Przestanie boleć. Zapomnisz…
Posłuchaj, teraz trochę popracujemy, a po pracy idziemy na zakupy.
Kupisz sobie śliczne ciuszki na Majorkę. Polecisz tam jak gwiazda
i…
— Coś
ty, rzeczywiście myślisz, że ja sama mam lecieć? — Majka weszła
Karolowi w słowo.
— Ależ
oczywiście. Urlop dobrze ci zrobi. Sama się przekonasz.
Po
pracy Karol powyłączał wszystko w pracowni i pozamykał, wziął
Majkę pod rękę i poprowadził do pobliskiego Domu Mody. Majka
nawet się nie wzbraniała. Chociaż w tym momencie akurat na
zakupach nie zależało jej w ogóle. Pragnęła jedynie by Karol z
nią był. Wszystko jedno gdzie… byleby był. Kiedy weszli do
środka, Karol zaprowadził ją do stoiska z letnimi sukienkami i
strojami kąpielowymi. Nie widząc w Majki oczach żadnego
zainteresowania, sam powybierał kilka sukienek i kilka strojów
bikini i pociągnął ją w stronę przymierzalni.
— Właź
i przymierzaj… No, ruszże się Majka! — huknął jej do ucha. —
Popatrz, jakie śliczniutkie fatałaszki. Zrobisz furorę na Majorce…
Mówię ci! No, właź, nie ociągaj się. Jak chcesz mogę ci
doradzić. Wkładaj je po kolei na siebie i urządzaj pokaz. Będę
tu czekał.
Majka
chcąc nie chcąc, wzięła z rąk Karola wszystkie ciuchy i weszła
do kabiny. Nie bardzo jej się chciało czegokolwiek przymierzać,
ale nie chciała robić Karolowi przykrości. Zdjęła z siebie swoje
ubranie i wbiła się w pierwszą sukienkę. Nawet nie popatrzyła do
lustra jak w niej wygląda, od razu odsłoniła kotary przymierzalni
i pokazała się Karolowi. Karol był zachwycony. Zachwyt miał
wymalowany w oczach. Przymierzyła wszystkie sukienki i w każdej
pokazywała się Karolowi. Jedynie na jedną sukienkę Karol
przecząco pokręcił głową. Potem założyła pierwszy z brzegu
strój bikini. Nie bardzo wiedziała, czy w takim stroju też ma się
pokazać Karolowi, ale że zapięcie staniczka na karku się jej
zacięło, w końcu zmuszona była go o pomoc poprosić. Przez chwilę
sama mocowała się z nim zdenerwowana, wystraszyła się jednak, że
go uszkodzi, wtedy odsłoniła kotarę kabiny i poprosiła Karola by
wszedł do środka.
Karol
wszedł bez wahania. Kiedy zobaczył Majkę mocującą się z
zapięciem i zarumienioną ze złości, wydała mu się taka śliczna,
że zapragnął ją do siebie przytulić. Na samą myśl, gorąco mu
się zrobiło. Drżącymi palcami sięgnął do zamka staniczka.
Poczuł, że wzbiera w nim pożądanie.
Słodka
muzyka, jaka dobiegała z
głośnika nad kabiną, zniewalała go. Zapięcie nagle puściło i
elastyczna tkanina zsunęła się Majce z piersi, obnażając je
całe. Karol, widząc ich odbicie w lustrze, nie mógł się już
opanować. Odwrócił Majkę do siebie i przywarł ustami do jej ust.
— Karol,
no coś ty? Co ty robisz? —
spytała Majka
zupełnie zaskoczona, odsuwając Karola momentalnie od siebie.
— Nic,
nic, Majeczko… Jesteś taka piękna — westchnął Karol i mocno
przytulił ją do siebie, pieszcząc dłońmi jej nagie ramiona. —
Słyszysz tę muzykę? To tobie ją dedykują z okazji twojego
wkrótce rozkoszowania się słoneczną Majorką.
— Karol
przestań, ktoś tu może wejść — szepnęła, ale już się nie
broniła przed jego pocałunkami i coraz to śmielszymi pieszczotami.
Błogo czuła się w jego objęciach przy tej słodkiej muzyce.
Majka
nawet nie zauważyła, kiedy ich pocałunki przestały być subtelne
i czułe, a stały się namiętne. Czuła się tak cudownie, że
przestała się nawet zastanawiać nad tym, że ktoś ich może w
takim stanie nakryć. Jednak kiedy z głośnika sączyć się zaczęła
jeszcze bardziej tkliwa
muzyka, i kiedy ich
pieszczoty i pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne,
odsunęła od siebie Karola. Resztkami zdrowego rozsądku zdała
sobie sprawę, że jeśli teraz nie przestaną, za moment już nie
będą w stanie.
— I
co teraz będzie? Jak teraz będziemy razem pracować? — spytała,
kiedy już opuszczali Dom Mody.
— No
jak to? Jeszcze lepiej, moja kochana — odpowiedział Karol i objął
ją w pół.
— A
myślisz, że to jest możliwe, żebyśmy my… no wiesz, mogli być
razem? Przecież znamy się tyle lat i coś takiego między nami
dopiero teraz? Jak to możliwe?
— Widać
że możliwe… I chyba wiem, dlaczego… — Karol odpowiedział po
chwili zastanowienia. — Bo znamy się dobrze. Mam nawet takie
wrażenie, że kochaliśmy się już od dawna, tylko że nie mieliśmy
odwagi sobie tego uświadomić.
— I
co teraz będzie z nami? Jak to sobie wyobrażasz?
— Bardzo
prosto. Za trzy dni lecimy na nasz pierwszy wspólny urlop.
— Tak?
— ucieszyła się Majka. — To jutro idziemy tobie kupić ciuchy
na ten nasz wspólny wyjazd… Ale do innego sklepu!
Oboje
buchnęli śmiechem i wtuleni w siebie spacerowym krokiem ruszyli w
drogę powrotną...piątek, 20 lipca 2018
Urlopowa miłość
Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo.
Oferta Wydawnictwa:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
Miłość przyszła niespodzianie — zbiór krótkich opowiadań erotycznych składający się z pięciu odrębnych historii pięciu kobiet w różnym wieku. Każda z tych historii niesie ze sobą jednak podobne przesłanie: „Oczekuj miłości a przyjdzie”.
Urlopowa
miłość
(fragment opowiadania)
Ostatni
dzień urlopu. Marta kończy pakować swoją walizkę. Nazajutrz,
zaraz po obiedzie, rusza w drogę powrotną do domu. Nie była
zadowolona z tego powodu. Mazury bardzo się jej podobają. Pokój w
pensjonacie też. Jest przestronny, zadbany, wygodny. Niosąc z
łazienki kosmetyki, rozmyśla nad swoimi wrażeniami z urlopu.
Żadnych większych wrażeń nie miała, to prawda, nic szczególnego
się nie wydarzyło, ale narzekać też nie może. Odpoczęła.
Naprawdę odpoczęła. Po ostatnich przeżyciach w firmie z
mobbingiem w roli szefa w tle, należał jej się odpoczynek i
spokój. Cieszyła się, że jak wróci do pracy szefa już nie
będzie. Wygrała z nim sprawę w sądzie. Został zwolniony
dyscyplinarnie. Dobrze mu tak. Wszyscy pracownicy firmy byli też
tego zdania i trzymali jej stronę. Znali dobrze jego zapędy. Jednak
do tej pory żadna kobieta nie odważyła mu się przeciwstawić. A
co dopiero do sądu podać. To była Marty mała satysfakcja. Fakt,
że w międzyczasie zerwała ze swoim chłopakiem, który również
pracował w tej samej firmie. Ale teraz już tego nie żałuje. Uważa
nawet, że to dobrze, iż tak się stało. Facet okazał się być
wielkim tchórzem. Nawet nie próbował bronić jej przed
zwyrodniałym szefem.
Z
rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Pobiegła otworzyć. W
drzwiach stał młody mężczyzna, którego znała już z widzenia.
Widziała go każdego wieczoru na przystani, jak podpływał jachtem.
Nawet bardzo jej się podobał. Nie robiła jednak nic, aby nawiązać
z nim kontakt. Nie po to przyjechała na Mazury. Chciała tylko
odpocząć. Mężczyzn miała dosyć na długi czas.
- Witam,
nazywam się Martin! - odezwał się mężczyzna i uśmiechnął się
do niej szeroko. - Przyszedłem się spytać, czy nie miałabyś
ochoty na ognisko na wyspie? Wybacz moją śmiałość… Drogo mnie
ona kosztowała, zanim się na nią zdobyłem... Ale pomyślałam, że
muszę spróbować… Bardzo mi się podobasz. Od pierwszego dnia,
kiedy cię tylko zobaczyłam. Wcześniej nie miałem tyle śmiałości,
żeby do ciebie podejść. No ale w końcu się na nią zdobyłem, bo
domyśliłem się, że jutro z pewnością wracasz do domu.
Pomyślałem więc, że muszę spróbować, bo jak nie, całe życie
będę miał do siebie o to żal.
Marta
była tak zaskoczona widokiem tego akurat mężczyzny u swoich drzwi,
a jeszcze bardziej tym, co mówił, że przez jakiś czas stała z
rozdziawioną buzią i słowa z siebie wydusić nie mogła. Wreszcie
doszła jakoś do siebie i zaprosiła go do pokoju. Sama sobie się
dziwiła, że tak postąpiła. W końcu nie znała faceta, ale jakoś
od razu poczuła do niego ufność. Porozmawiali chwilę o Mazurach,
o pogodzie… o wszystkim i o niczym, i koniec końców, umówili się
na wieczorne ognisko. Marta zaoferowała się kupić kiełbaski i
zrobić surówkę warzywną. Martin protestował, bo sam chciał
wszystko kupić, ale w końcu się zgodził i pozostało mu do
kupienia jedynie napoje. Umówili się na godzinę 18-tą na
przystani dla jachtów.
Kiedy
Martin wyszedł z pokoju, Marta na powrót usiadła w fotelu by
zebrać myśli. Była bardzo zaskoczona tą nagłą sytuacją.
Poczuła jednak ogromne podniecenie. I to podniecenie spowodowało,
że nagle zerwała się z fotela i jak uskrzydlona pobiegła do
sklepu po zakup wszystkich składników do swojej ulubionej surówki,
z nadzieją, że i Martinowi będzie smakowała. Po godzinie była
już z powrotem w swoim pokoju. Pożyczyła od właścicielki
pensjonatu przybory kuchenne oraz plastikowe pojemniczki i swój
pokój zamieniła w kuchnię. Zabrała się za przygotowywanie
surówki. Seler starła na tarce na wiórki, jabłko i ogórek
pokroiła na małe kawałki, cykorię na większe. Wszystkie
składniki wymieszała i doprawiła czosnkiem, solą odrobiną cukru
i na koniec polała jogurtem. Kiełbaski ponacinała nożykiem i w
nacięcia powtykała po kawałeczku boczku, cebulki i papryki.
Dochodziła 17:30, kiedy była już gotowa ze wszystkim. Surówka i
kiełbaski pięknie zapakowane w pojemniczkach, tylko jeszcze
odpowiednio się ubrać, i może wychodzić na spotkanie z Martinem.
Punkt
18-ta zjawiła się na przystani. Już z daleka widziała
przycumowany jacht Martina i jego samego jak macha do niej ręką i
wreszcie jak wyskakuje na pomost. Ciągle nad wyraz podniecona tą
nową dla niej sytuacją, podeszła do niego. Martin ze szczęśliwą
miną odebrał od niej cały ekwipunek i pomógł wejść na pokład
jachtu. Na początek zaproponował jej małą przejażdżkę jachtem
po jeziorze. Marta od razu na to przystała, gdyż nigdy jeszcze
jachtem nie pływała.
Kiedy tak
żeglowali dookoła wysepki, Marta nie mogła oczu od Martina
oderwać. Od jego wspaniałej sylwetki. Podziwiała jego naprężone
muskuły i to jak świetnie radzi sobie z żaglami i sterem. Nie
czuła żadnego lęku. I to ją najbardziej dziwiło.
Po
przeszło dwóch godzinach pływania dotarli do wysepki. Radośni
wyskoczyli na brzeg. i Martin zaprowadził Martę do miejsca na
ognisko.
- O rany,
a ty kiedy to wszystko zrobiłeś? Pozostało jedynie podłożyć
ogień i można zacząć piec kiełbaski… - zawołała zaskoczona
Marta. - Ojej, i nawet taką dużą stertę chrustu na zapas
nazbierałeś!
- Wyobraź
sobie, że to wszystko przygotowałem zanim odważyłem się do
ciebie pójść… To takie psychofizyczne zadziałanie na samego
siebie - zaśmiał się Martin.
Ognisko
było wspaniałe. Ogień trzaskał przyjemnie, co rusz strzelając
iskierkami w powietrze. Dookoła słychać było śpiew ptaków,
cykanie świerszczy, w oddali rechot żab.
Zapadał
już zmierzch, kiedy Marta i Martin po zjedzeniu wszystkiego co do
zjedzenia mieli, wyłożyli się przy ognisku z kubkami szampana w
ręku. Martin się postarał, w restauracji przy przystani kupił
najdroższego jakiego tylko mieli. To nic, że teraz piją go z
plastikowych kubeczków. W tak cudownej atmosferze smakuje jeszcze
lepiej niż z drogiego szkła. Zajadali też truskawki, które Martin
specjalnie do szampana kupił, i rozmawiali. Marta dopytywała się
Martina o jego wrażenia jako samotnego żeglarza po mazurskich
jeziorach. Martin z przyjemnością opowiadał. Przy okazji Marta
dowiedziała się też, że na ten miesięczny rejs Martin chciał
się wybrać ze swoją dziewczyną, z którą był od pół roku, ale
w końcu ona okazała się być zwykłą lalką dyskotekową. Niczym
więcej. O żadnym urlopie na jachcie słyszeć nawet nie chciała,
bo jak mówiła, to nie dla niej, i że nie zamierza połamać sobie
paznokci na byle jakiej łajbie.
-
Powinnam być wdzięczna jej głupocie, bo dzięki niej, ja mogę być
z Tobą - zaśmiała się Marta i roztarła truskawkę Martinowi na
policzku...
Poniedziałkowe randez-vous
Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo.
Oferta Wydawnictwa:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html
Miłość przyszła niespodzianie — zbiór krótkich opowiadań erotycznych składający się z pięciu odrębnych historii pięciu kobiet w różnym wieku. Każda z tych historii niesie ze sobą jednak podobne przesłanie: „Oczekuj miłości a przyjdzie”.
Poniedziałkowe
randez-vous
(fragment
opowiadania)
Był
poniedziałek. Okropny dzień. Najgorszy dzień tygodnia dla wielu
ludzi. Dla Karoliny również. Nawet będąc na urlopie, Karolina
jakoś dziwnie tego dnia nie lubiła. Pewnie z przyzwyczajenia. A
akurat tamten poniedziałek, wydawał się jej jeszcze okropniejszym
poniedziałkiem, ponieważ po całotygodniowej walce z potężnym
przeziębieniem wróciła do pracy. W pracy czekało na nią multum
zaległości. Urobiła się straszliwie. Dodatkowo ta szaruga
jesienna źle na nią wpływała. Od rana lało jak z cebra. Szaro,
mokro, chłodno, brzydko. Niby to nic dziwnego, wszak już jesień,
ale Karolina i jesieni nie znosiła. Zwłaszcza takiej. Smutnej i
płaczącej deszczem od rana.
— A
niech to szlag trafi! — burknęła sama do siebie, wychodząc z
biurowca swojej firmy.
Ulica
tonęła w deszczu. Karolina, garbiąc się, rozłożyła parasol i
skierowała swe ociężałe kroki do pobliskiego supermarketu.
Musiała zrobić jeszcze zakupy przed powrotem do domu. Lodówkę
miała niemalże pustą. Przez cały tydzień choroby nie wychodziła
z domu. Wprawdzie jej syn Błażej coś tam w tygodniu z podstawowych
artykułów kupował, ale do przyrządzenia obiadu nie miała już
nic. Zła była jak osa, że musi w taką pogodę łazić po ulicy
wśród tłumu przemoczonych przechodniów. Najchętniej wsiadłaby
już do autobusu, by jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie czuła
się dobrze. Była osłabiona chorobą, a pogoda dodatkowo potęgowała
jej złe samopoczucie. Poczucie obowiązku nakazywało jej jednak
zrobić zakupy. Musi przecież wreszcie jakiś porządny obiad
ugotować synowi. Błażej w poniedziałek po lekcjach ma od razu
trening, wróci więc wygłodniały okrutnie.
Kiedy
dotarła do supermarketu, była już pewna, że żadnych większych
zakupów robić nie będzie. Odechciało się jej całkowicie. Buty
miała przemoczone. Było jej zimno. Poczuła się jeszcze bardziej
osłabiona. Dreszcze przelatywały jej po plecach. Czoło zrosił
zimny pot. Nie brała nawet wózka na zakupy. Nerwowym ruchem
chwyciła za koszyk i poczłapała do środka.
Po
dziesięciu minutach była już gotowa z zakupami. Kupiła jedynie
pieczywo, masło, ser, a na obiad: kurczaka, trochę jarzyn i
ziemniaki. Ustawiła się do kolejki przy najmniej obleganej kasie,
zastanawiając się jeszcze na szybko, czy czegoś jej w domu na już
nie brakuje. Przypomniało jej się, że proszek do prania jest na
ukończeniu. Odruchowo odwróciła się by sprawdzić jak daleko ma
do stoiska chemicznego. Odległość wydała jej się nie do
pokonania. Nie dzisiaj. Nie w takim dniu. Odwracając się na powrót
twarzą do kasy, w kolejce przy kasie obok, zauważyła mężczyznę,
którego widziała parę godzin temu na korytarzu biurowca. Mężczyzna
patrzył na nią i uśmiechał się. Zawstydziła się. Czuła się
fatalnie. Miała wrażenie, że fatalnie też wygląda. Wstyd ją
ogarniał coraz mocniej, dając swój wyraz piekącym rumieńcem na
spoconej wcześniej twarzy. Pewnie dlatego, że mężczyzna był
bardzo przystojny i elegancki. Zauważyła to już na korytarzu
biurowca, kiedy szła po kawę do automatu, ale że czuła się źle,
nawet na moment się nie zastanowiła kto to taki. W innym dniu z
pewnością choćby oko dyskretnie na nim zawiesiła. Zawsze jej się
podobali tacy zadbani mężczyźni. Ale teraz, kiedy się tak
fatalnie czuła, wolałaby żadnego takiego nie widzieć. A ten oto,
jeszcze się do niej uśmiecha. Karolina poczuła, że rumieniec
nabiera na sile, szybko spuściła więc wzrok, i udając że nagle
zainteresowała ją reklama nowych artykułów, wlepiła oczy w
wiszący nad kasą plakat. Marzyła, aby jak najszybciej znaleźć
się na zewnątrz.
Po
uregulowaniu należności za zakupione artykuły i załadowaniu ich
byle jak do swojej torby, Karolina szybkim krokiem skierowała się
do wyjścia. Pech chciał, że kiedy wychodziła już ze sklepu,
jakiś dwóch chłopaczków, wbiegając do środka, wytrąciło jej
torbę z rąk. Prawie cała zawartość jej torby wysypała się na
posadzkę. Najgorsze, że siatka z ziemniakami pękła i ziemniaki
porozlatywały się w różnych kierunkach. Karolina wściekła się
okrutnie. Natychmiast się pochyliła i nerwowo zaczęła zbierać
rozsypane artykuły, klnąc w duchu nawet nie tyle na niesfornych
chłopców, co na poniedziałek. Nagle usłyszała nad sobą czyjś
głos. Męski głos.
— Co
za utrapienie z takimi łobuzami. Nie dość, że wpadają na ludzi,
to jeszcze nawet nie przeproszą.
Karolina
natychmiast popatrzyła do góry, i aż zamarła. Nad nią stał nie
kto inny, a właśnie ten przystojny mężczyzna. Jej wściekłość
natychmiast ustąpiła miejsca zawstydzeniu.
— Proszę
się podnieść — rzekł przystojny mężczyzna, podając Karolinie
dłoń. — Ja pani wszystko pozbieram. Nie uchodzi by tak piękna
dama pochylała się pod nogami tylu ludzi.
— Ależ
to nic… dam radę… to nic — jąkała się Karolina zawstydzona
już do granic możliwości.
— O
nie, nie, ja pozbieram, proszę dać mi swoją torbę — nie
ustępował mężczyzna.
Kiedy
wychodzili razem ze sklepu, mężczyzna oprócz swojej torby z
zakupami, ciągle trzymał torbę Karoliny. A będąc już na ulicy,
ukłonił się szarmancko i rzekł:
— Przepraszam,
nie przedstawiłem się. Nazywam się Robert Kownacki.
— Karolina
Wierzyńska — niepewnym głosem przedstawiła się Karolina. —
Miło mi.
— A
wiem, wiem, jest pani księgową w naszej firmie — zaśmiał się
pan Robert. — A ja jestem od tygodnia nowym zaopatrzeniowcem. Szef
wszystkim mnie przedstawił, ale że pani była na chorobowym, miał
przedstawić dzisiaj. Jednak coś mu wypadło i musiał wyjechać.
— Ach,
to pan! Koleżanki mi mówiły, że mamy nowego zaopatrzeniowca, ale
nie wiedziałam, że to pan.
— No
to już się sami poznaliśmy. Wprawdzie nie w firmie, ale co to za
różnica. Ważne, że już się znamy. A może da się pani zaprosić
na kawę? Tu w pobliżu jest bardzo miła kawiarenka.
— Dziękuję
za zaproszenie, ale nie wiem, czy to wypada tak od razu, z marszu…
— Ze
sklepu, nie z marszu — zachichotał pan Robert. — Ależ
oczywiście, że wypada.
Karolina
jednak odmówiła, gdyż przypomniała sobie, że jej wygląd
pozostawia wiele do życzenia, no i że Błażej niebawem wróci do
domu. Musi mu przecież ugotować obiad.
Robert
zaprosił Karolinę do swojego samochodu i zawiózł ją pod sam dom.
Pod domem chwilę jeszcze posiedzieli w samochodzie i porozmawiali.
Umówili się też na wspólne wyjście do kawiarni w najbliższy
piątek.
Wspinając
się po schodach do swojego mieszkania, Karolina rozmyślała nad tym
dziwnym, niespodziewanym, ale w sumie bardzo przyjemnym spotkaniem z
Robertem. Kiedy siedzieli jeszcze w samochodzie pod jej blokiem,
dowiedziała się od niego, że jego żona zmarła przed pięcioma
laty na raka. Że do tej pory jest wdowcem. Bezdzietnym. Nie związał
się do tej pory z żadną kobietą. Robert opowiadał jej też, jak
ciężkie chwile przeżywał po śmierci swojej ukochanej żony, i
jakim wspaniałym człowiekiem ona była. Karolinę tak bardzo
wzruszył los Roberta, że sama zaczęła zwierzać się ze swojego
życia. Opowiedziała Robertowi o swoim nieudanym małżeństwie
zakończonym przed dziewięcioma laty rozwodem. O tym jak sama
musiała sobie radzić z wychowywaniem 18-letniego obecnie syna.
Wspomniała też o tym, że przez cały ten okres nigdy jej nawet na
myśl nie przyszło, aby się związać z innym mężczyzną. Że
najważniejszy był dla niej syn, dom, praca, i że to wokół tych
priorytetów do dziś dnia toczy się jej życie. Przyznała jednak
szczerze, że od czasu, kiedy jej Błażej stał się dorosły i
zaczął mieć swoje własne życie, coraz bardziej brakuje jej
kontaktu z ludźmi. Brakuje jej przyjaznej duszy. Coraz częściej
też odczuwa samotność.
Spotkanie
w piątkowy wieczór było bardzo miłe. Karolina i Robert spędzili
parę godzin w zacisznej kawiarence przy świecach. Nieustannie
rozmawiali. Nie mogli się ze sobą nagadać. Opowiadali o swoim
życiu, o swojej rodzinie, o swoich zainteresowaniach, wreszcie o
swoich marzeniach. Karolina sama sobie się dziwiła, że aż tak
bardzo otworzyła się przed obcym człowiekiem, ale czuła
intuicyjnie, że może mu zaufać. A to odczucie bardzo ją cieszyło.
Sprawiało przyjemną ulgę, że oto ona, po tylu latach, ma przed
kim wyrzucić z siebie wszystko to, co leży jej na sercu i co przez
tyle lat w sercu się nagromadziło. Podobnie odczuwał Robert.
To był
początek ich serdecznej znajomości. Od tej pory spotykali się
bardzo często. Chodzili razem do kina, do teatru, czasami na
pływalnię. Często też wyjeżdżali samochodem Roberta za miasta,
aby pospacerować po lesie. Oboje uwielbiali te swoje spacery na
łonie natury. W pracy przed współpracownikami nie ujawniali swojej
zażyłości. Nie chcieli wysłuchiwać komentarzy innych. Cieszyli
się sobą, swoją przyjaźnią. Dla siebie jedynie pragnęli
zachować tę słodką tajemnicę o rodzącym się między nimi
uczuciu.
Od
jakiegoś już czasu, Karolina zauważyła, że jej syn Błażej
momentami uważnie się jej przygląda. Trochę ją to dziwiło,
dlatego pewnego wieczoru spytała go wprost:
— Może
mi powiesz wreszcie, dlaczego mi się tak przypatrujesz? Coś ze mną
nie tak?
— Ależ
tak, tak! Nawet bardziej niż tak! — zachichotał Błażej. — No
dobra, powiem, skoro Ty sama nic nie mówisz… Otóż wydaje mi się,
moja kochana mamciu, że masz kogoś… Faceta mam na myśli… Bo
nigdy przedtem nie widziałem cię w tak promiennym nastroju. Nigdy
przedtem też nie dbałaś aż tak o siebie. Odmłodniałaś.
Wyładniałaś. To się widzi… i czuje. No to jak? Kto to jest?
Powiesz mi wreszcie?
Karolina,
wsłuchując się w słowa syna, na moment oniemiała. Nie
przypuszczała, że to jej dziecko jest już na tyle dorosłe, żeby
zauważać takie rzeczy. No i co tu ukrywać, poczuła się trochę
zawstydzona. Zorientowała się jednak w mig, że to już czas, aby
synowi powiedzieć prawdę. Uśmiechnęła się, nabrała powietrza,
i powiedziała:
— Wiesz,
Błażejku, nawet mi na myśl nie przyszło, że ty cokolwiek możesz
po mnie poznać. Ale to miłe… Znaczy, że interesujesz się matką…
Tak, masz rację, poznałam wspaniałego człowieka, dzięki któremu
moje życie nabrało barw. I nie będę ukrywać, że czuję się
szczęśliwa.
Karolina
z wypiekami na twarzy opowiedziała Błażejowi kto to jest Robert i
jak się z nim poznała. Ku jej radości, Błażejowi Robert się
spodobał. Zaproponował nawet, ażeby spotykali się również i u
nich w domu. Powiedział, że pragnie, aby jego matka była
szczęśliwa. Zaś na koniec ich rozmowy, śmiejąc się, kilka razy
powtórzył, że się postara nie być o Roberta zazdrosnym. Wreszcie
wycałował Karolinę z każdej strony, i chichocząc coraz głośniej,
znikł za drzwiami swojego pokoju. Po chwili jednak wystawił głowę
zza drzwi i dodał jeszcze, ale już poważnym głosem:
— Byleby
był zawsze porządnym facetem i o ciebie dbał… bo jak nie, to ze
mną będzie miał do czynienia... No!
Karolina
tak bardzo była uszczęśliwiona rozmową z synem, że jeszcze tego
samego wieczoru zatelefonowała do Roberta. Pragnęła jak
najszybciej podzielić się z nim dobrymi wieściami. Nigdy przed nim
nie kryła, że obawia się reakcji Błażeja.
Od tej
pory zaczęli się spotykać również i w domu Karoliny. Pewnej
niedzieli, kiedy pod wieczór Robert zjawił się u Karoliny, Błażej
akurat wychodził z domu. Nie omieszkał jednak się z Robertem
przywitać. Poklepał go serdecznie po ramieniu, dając tym wyraz
swej aprobaty, a naciskając już klamkę u drzwi, wesoło zawołał:
— Wychodzę
do Marcina, posłuchać muzyki z kumplami… Wrócę około 21-szej.
A będąc już na schodach, zawył na cały głos: — Dziecka nie
ma… chata wolna… oj, będzie bal!
Po raz
pierwszy Karolina mogła być z Robertem w domu sam na sam. Poczuła
się dziwnie podniecona. Całym sercem czuła, że się zakochała w
Robercie, i że każda spędzona z nim chwila, jest dla niej czymś
wyjątkowym. Przy nim czuła się jak nowo narodzona. Przy nim czuła
się prawdziwą kobietą. Coraz bardziej potrzebowała jego
bliskości.
Robert
również obdarzał Karolinę miłością, ale nie miał odwagi jej o
tym powiedzieć. Pragnął przebywać w jej towarzystwie jak
najczęściej. Pragnął jej bliskości, również i tej fizycznej.
Tłumił jednak w sobie to pragnienie, gdyż nie chciał by go
Karolina źle odebrała. Wierzył, że czas będzie dla nich łaskawy,
że kiedyś dojdzie do ich zbliżenia. Czekał wytrwale.
Niedzielny
wieczór zapowiadał się bardzo romantycznie. Obydwoje byli
podnieceni swoją bliskością w zaciszu domowym.
Kiedy po wspólnej kolacji przy świecach usiedli
na sofie, Robert objął ramieniem Karolinę i zaraz potem zbliżył
usta do jej ust. Karolina zamarła w bezruchu, lecz za moment poddała
się jego pocałunkom. Poczuła jak jego język rozkosznie bada
wnętrze jej ust, a uścisk jego ramienia nasila się. Pocałunki ich
stawały się coraz intensywniejsze. Oboje czuli ogromne podniecenie.
Coraz bardziej odczuwali
wzmożoną potrzebę miłości fizycznej. I ta ich wzmożona potrzeba
sprawiła, że oboje zapomnieli o jakichkolwiek wcześniejszych
skrupułach. Karolina wsunęła drżące z podniecenia dłonie
Robertowi pod koszulę. Wtedy Robert z westchnieniem rozkoszy
niemalże bezwiednie zaczął rozpinać guziki jej bluzeczki. Ich
podniecenie sięgało zenitu. Oboje czuli, że teraz, że już, że
natychmiast staną się jednością… I wtedy, uszu
ich dobiegł odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Oderwali się od
siebie jak rażeni piorunem. Cały romantyczny czar prysł w momencie
niczym bańka mydlana. Przerażeni zaczęli poprawiać na sobie
potargane ubranie i włosy. Nie zdążyli. Zobaczyli Błażeja jak
wpada do pokoju, meldując już od drzwi:
— Skończyliśmy
wcześniej, bo kumple wybierali się jeszcze na dyskotekę, a ja,
jako wzorowy syn, kroki swe skierowałem prosto do domu.
W
pokoju stołowym zapanowała konsternacja. Błażej widząc zmieszaną
matkę, jak w pośpiechu zapina guziki bluzki, i nie dużo mniej
zmieszanego Roberta, jak wciska koszulę do spodni, wycofał się
natychmiast do swojego pokoju.
Karolina
czuła się potwornie zawstydzona. Czuła się jak nastolatka
przyłapana przez ojca na obściskiwaniu się z chłopakiem. Robert
też się czuł zawstydzony, ale przede wszystkim czuł ogromne
zakłopotanie, gdyż nie wiedział jak ma zareagować. Widział jak
bardzo zmieszana jest Karolina. Próbował porozmawiać z nią,
uspokoić, jednak rozmowa się między nimi nie kleiła. Karolina
wzdychała ciężko i zakrywała twarz dłońmi. Robert czuł się
zakłopotany jeszcze bardziej. Nie wiedząc co ma zrobić, po chwili
wyszedł.
Następnego
dnia, w poniedziałek, Karolina ciągle czuła się nieswojo. Nie
mogła ochłonąć po niedzielnym wieczorze. Przez cały dzień w
pracy bała się wyjść na korytarz, aby nie spotkać Roberta. Nie
umiałaby mu w oczy spojrzeć. Na szczęście okazało się, że
Roberta od południa nie ma w firmie, ponieważ wyjechał służbowo
do hurtowni. Karolinie było to na rękę. Po skończeniu pracy,
szybciutko przemieściła się na przystanek autobusowy, i za trzy
kwadranse, wchodziła już do domu. Już w autobusie postanowiła
nalepić pierogów. To ją zawsze uspokajało. Wiedziała, że Błażej
z zawodów pływackich ma wrócić do domu dopiero około 20-tej.
Miała więc parę godzin dla siebie… no i dla pierogów. Włączyła
radio, przebrała się w swój wygodny domowy strój, założyła
fartuszek, i zabrała się za te jakże filozoficzne, a i wyciszające
zajęcie. Była już prawie w połowie roboty, kiedy nagle usłyszała
dzwonek do drzwi. Zdenerwowała się. Była pewna, że to sąsiadka
znów przyszła coś pożyczyć. W pośpiechu wytarła w fartuszek
oklejone ciastem ręce i poszła do przedpokoju. Kiedy otworzyła
drzwi wejściowe, grymas niezadowolenia natychmiast przekształcił
się w serdeczny uśmiech. W drzwiach stał Robert z czerwoną
różyczką w dłoni.
— Wybacz
Karolinko, że cię tak nachodzę bez uprzedzenia — niepewnym
głosem odezwał się Robert, wręczając Karolinie kwiat. — Wiesz,
kiedy wróciłem z wyjazdu służbowego, nie mogłem sobie miejsca
znaleźć w domu. Wyszedłem więc na spacer i sam nie wiem nawet
kiedy znalazłem się pod twoim blokiem.
— Wchodź,
wchodź, Robercie, przecież nie będziemy tak rozmawiać w drzwiach
— odrzekła Karolina i uśmiech natychmiast znikł jej z twarzy, bo
nagle uświadomiła sobie jak wygląda.
— Ślicznie
wyglądasz w domowym zaciszu… — Robert najwyraźniej odczytywał
myśli Karoliny.
— A
wiesz, tak po domowemu… — zająknęła się Karolina. — Właśnie
lepię pierogi na obiad.
— Och,
uwielbiam pierogi! — wyrwało się Robertowi.
— Tak?
To cieszę się. Na pewno cię poczęstuję, ale na razie proszę
przejdź do pokoju stołowego i daj mi jakieś 15 minut. Dobrze?
— No
ale może mógłbym ci pomóc, co?
— Nie,
nie, poczekaj proszę w pokoju.
Karolina
wpadła do kuchni i szybko zabrała się za prowizoryczne sprzątanie
pobojowiska, jakim chwilowo była jej kuchnia. Wszystkie ulepione
pierogi ze stolnicy przełożyła na duże półmiski. Pościerała
wszystko dookoła z wszechobecnej mąki. Kiedy już jako tako kuchnię
doprowadziła do porządku, nastawiła duży garnek wody na
zagotowanie pierogów. Spoglądnęła w lustro wiszące przy oknie i
aż się wystraszyła swojego odbicia. Wyglądała okropnie. Na
szybko otrzepała mąkę z policzków i włosów, palcami ułożyła
jakoś fryzurę, i już chciała zdjąć z siebie fartuszek, kiedy
wzrok jej utkwił na stolnicy. Zwinnym ruchem otrzepała ją z mąki
nad zlewozmywakiem i już chciała schować ją za szafkę, gdy
nagle, pech chciał, stolnica wysmyknęła jej się z rąk i z
potężnym łomotem upadła na podłogę. Karolina fuknęła do
siebie pod nosem:
— Cholera
jasna, wiadomo, poniedziałek — i szybko schyliła się, aby
podnieść stolnicę, i wtedy, miedzy nogami, zobaczyła stojącego w
drzwiach Roberta.
— Karolinko,
co się stało? — spytał zaniepokojony Robert, lustrując wzrokiem
kuchnię.
— Nic,
nic, to tylko stolnica mi wypadła z rąk — odpowiedziała
speszona Karolina.
— Że
ty też nie pozwolisz sobie pomóc. — Robert zbliżył się do
Karoliny i objął ją za biodra. — A Błażeja nie ma w domu? —
spytał po chwili, przyciągając Karolinę do siebie.
— Nie
ma, jest na zawodach pływackich, wróci późnym wieczorem —
wyjaśniła Karolina drżącym z podniecenia głosem.
— To
cudownie — ucieszył się Robert. — Głupio się czuję po
wczorajszym. Całą noc nie mogłem spać, bo myślałem o tobie…
Karolinko, czy ty o mnie też myślałaś?
Karolina
nie zdążyła nawet cokolwiek powiedzieć, bo nagle usta Roberta
przylgnęły do jej ust. Karolinie aż się w głowie zakręciło.
Poczuła przyjemne mrowienie w okolicach brzucha. Przytuliła się
gwałtownie do Roberta i zaczęła łapczywie go całować. Nastrój
erotycznego napięcia między nimi przemienił się w burzę.
Karolina niemalże zdarła z Roberta koszulę. Robert wsunął ręce
pod jej bluzę, a że Karolina nie miała na sobie biustonosza,
zachłannie zaczął pieścić jej nabrzmiałe piersi. Po chwili
zdarł z niej bluzę i rzucił ją, nie patrząc nawet gdzie. Bluza
wylądowała na równiutko ułożonych na półmiskach pierogach.
Karolina widząc to, zachichotała tylko i wpiła się w nagi tors
Roberta. Chwilę później leżała naga pod Robertem, na zimnej,
kafelkowej posadzce, drżąc nie tyle z zimna, co z podniecenia.
Robert zaczął znaczyć językiem ślad na jej brzuchu. Delikatnie,
coraz niżej. Karolina zanurzyła dłonie w jego włosach i objęła
go mocno nogami. Robert muskał ustami najskrytsze zakamarki jej
ciała. Dłońmi pieścił wnętrze jej ud. Karolina była gotowa na
rozkosz. Każdy Roberta ruch budził w niej uśpioną przez tyle lat
potrzebę spełnienia. Ujęła dłońmi jego twarz i pragnęła już
tylko jednego, aby cały należał do niej. Wygięła się w łuk,
jeszcze mocnej przylgnęła do Roberta, i czując nad uchem jego
szybki oddech, oddała się nadchodzącej fali rozkoszy… Odpłynęli
jednocześnie.
Kiedy
po kilku minutach, leżąc obok siebie zdyszani i spoceni, popatrzyli
na siebie, jednocześnie buchnęli gromkim śmiechem. Dopiero wtedy
zobaczyli jak bardzo są utytłani mąką.
Zanim
Błażej wrócił do domu, zdążyli jeszcze wziąć wspólną i
długą kąpiel w wannie i dokładnie posprzątać kuchnię. A kiedy
Błażej stanął w drzwiach, byli już po kolacji i znów siedzieli
na sofie mocno wtuleni w siebie. Tym razem nie czuli jednak żadnego
zakłopotania. Błażej podszedł do stołu, i z uśmiechem
przyklejonym do twarzy, nabrał sobie pełen talerz pierogów i od
razu oddalił się do swojego pokoju. Po krótkiej chwili z pokoju
Błażeja uszu Karoliny i Roberta dobiegła piosenka Kombi "Nasze randez vous". Karolina zachichotała jak młodziutka dziewczyna i
powiedziała śpiewnym głosikiem:
— I
pomyśleć, że ja nigdy nie lubiłam poniedziałków.
— Czas
to zmienić — zaśmiał się Robert i jeszcze mocniej przytulił
Karolinę do siebie...
wtorek, 10 lipca 2018
Miłość przyszła niespodzianie
Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo.
Miłość
przyszła niespodzianie
Spis tytułów:
1. Poniedziałkowe
randez-vous
2. Dolce amore in Roma
3. Zamienię cię
4. Urlopowa miłość
5. Oczekuj miłości a
przyjdzie
Dolce Amore in Roma
(fragment opowiadania)
(fragment opowiadania)
Ewa
zerwała się z łóżka rześka i radosna. Jest przecież w Rzymie.
Po raz pierwszy w życiu. Spała tylko pięć godzin, ale nie chciała
tracić czasu na spanie. Po co spać dłużej niż to konieczne?
Szkoda jej było każdej chwili spędzonej w pokoju hotelowym.
Pragnęła każdą możliwą chwilę wykorzystać na zwiedzanie
miasta. Nawet bez przewodnika i całej tej grupy wycieczkowej,
składającej się z obcych jej ludzi z Biura Podróży
„Obieżyświat”. Zamierzała na własną rękę pochodzić po
pobliskich ulicach zanim wszyscy po śniadaniu zbiorą się przed
autokarem. Miała więc dla siebie calusieńkie trzy godziny. Nie w
głowie jej było śniadanie. — „Rany, być w Rzymie i myśleć o
jedzeniu? Toż to grzech” — powiedziała głośno sama do siebie
i pośpiesznie poszła do łazienki. — Postanowiła jak najwięcej
wrażeń przywieźć z Rzymu, aby potem mieć co koleżankom
opowiadać, i co wspominać. Pragnęła też przestać wreszcie
myśleć o swoim byłym narzeczonym, z którym przed dwoma miesiącami
zerwała. Specjalnie przecież wykupiła tę wycieczkę, aby swoje
myśli zająć czymś innym. Czymś dla niej miłym i przyjemnym.
Dość już miała przepłakanych nocy i dni.
Dochodziła
godzina szósta, kiedy Ewa zbiegała po schodach i kierowała się w
stronę recepcji, aby oddać klucz z pokoju. Będąc już przy
kontuarze, przyszło jej na myśl, by zagadnąć recepcjonistkę o
ważne do zwiedzania miejsca znajdujące się w okolicy hotelu. Nie
umiała dobrze po włosku mówić, ale znała najważniejsze słowa,
aby się jakoś dogadać. Już w liceum trochę się uczyła tego
języka, bo bardzo jej się zawsze podobał. Całą też drogę w
autokarze wkuwała najważniejsze zwroty.
Przy
recepcji stały dwie osoby. Jakiś starszy jegomość z laseczką i
dama w słomkowym kapeluszu. Zapewne włosi, gdyż płynnie
rozmawiali po włosku. Kiedy recepcjonistka zwróciła się do niej,
pochyliła się nad kontuarem. Nie chciała by ci państwo słyszeli
jej łamanej włoszczyzny. Wstydziła się. Recepcjonistka na
szczęście w mig pojęła o co jej chodzi. Dała jej nawet plan
miasta i zakreśliła na nim miejsca wokół hotelu godne zobaczenia.
Ewa podziękowała, i uszczęśliwiona, skierowała się do wyjścia
z hotelu. Już miała wejść w drzwi obrotowe, kiedy nagle usłyszała
za plecami:
— Dzień
dobry! Słyszałem, że chce pani pozwiedzać okoliczne zabytki. Z
przyjemnością pójdę z panią. Znam je tu wszystkie bardzo dobrze…
O przepraszam! Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Paweł.
— Dzień
dobry! Jestem Ewa… — odpowiedziała nieco zdziwiona propozycją
młodego mężczyzny. — A skąd pan wie, że jestem Polką?
— Słyszałam
jak pani pytała recepcjonistkę — uśmiechnął się Paweł. —
Stałem za panią.
— No
tak, mogłam się domyślić — zaśmiała się. — Moja łamana
włoszczyzna mnie zdradziła.
— Nie
łamana a akcentowana… Ale co tam zdolności językowe. Ważne, że
się jest odważnym… Wszak do odważnych świat należy. No to jak,
pozwoli pani sobie towarzyszyć?
Ewa
zgodziła się bez namysłu, gdyż Paweł wydał się jej być miłym
mężczyzną. Takim, co do którego, od razu można mieć zaufanie.
Wyszli
razem z hotelu i poszli wzdłuż alei prowadzącej do Wzgórza
Kapitolińskiego. Nie zaszli jednak daleko. Nie mieli zbyt wiele
czasu. Tak że oprócz zabytkowych kamieniczek na pobliskich
uliczkach, nic innego Ewa nie zobaczyła. Mimo to, nie żałowała,
bo już sama rozmowa z Pawłem, dawała jej wiele przyjemności. W
końcu przesiedzieli dobrą godzinę przy kawie w malutkiej
kawiarence nieopodal hotelu. Z rozmowy Ewa dowiedziała się, że
Paweł od pięciu lat prowadzi we Włoszech interesy. Stąd też
bardzo dobrze zna język włoski. Że wczoraj przyleciał samolotem z
Krakowa, i że w Rzymie spędzi kilka dni. Ma do załatwienia parę
spraw handlowych. Potem zaś leci do Palermo do swojej narzeczonej, z
którą wkrótce ma się ożenić i przejąć kilka winnic jej ojca.
Była
punkt dziewiąta, kiedy Ewa stanęła przy pustym jeszcze autokarze
na parkingu hotelowym. Z Pawłem pożegnała się przy wejściu do
hotelu. Umówili się na wieczór na wspólną kolację. Ewie bardzo
się Paweł spodobał. Był nie tylko inteligentnym mężczyzną, był
też bardzo przystojny. To nic, że był zajęty i wkrótce miał się
żenić. Ewie zależało jedynie by miło spędzić czas. Tym
bardziej, że Paweł znał bardzo dobrze miasto i sam zaproponował
jej pokazanie najciekawszych miejsc. Nie będzie więc musiała z
całą grupą obcych jej ludzi łazić po mieście.
Z
zaplanowanej w pierwszym dniu wycieczki po Watykanie, wycieczkowicze
wrócili do hotelu na kolację. Ewa jednak nie poszła ze wszystkimi
do restauracji, tylko od razu pobiegła do swojego pokoju, aby wziąć
prysznic i przebrać się na umówioną kolację z Pawłem. Była
bardzo podniecona tym ich wspólnym wyjściem. Nawet zwiedzając
Watykan, łapała się na tym, że zamiast skupić się nad
świętością zwiedzanego miejsca, ciągle myśli o Pawle. Momentami
aż była zła na siebie. Jednak teraz, kiedy stała przed lustrem
odświeżona i ubrana w śliczną czerwoną sukieneczkę na
ramiączkach, zapinając na szyi sznur różnokolorowych korali,
spokojnie mogła myśleć już tylko o Pawle… I też myślała.
Cieszyła się bardzo, że w tak miłym towarzystwie przez kilka dni
będzie mogła zwiedzać Rzym. Już nawet zgłosiła przewodnikowi
wycieczki, że od jutra sama będzie organizować sobie zwiedzanie
Wiecznego Miasta.
Kolacja
była wspaniała. Ewa coraz bardziej była zachwycona Pawłem. Wiele
opowiadał jej o sobie, o swojej rodzinie. O ukochanej młodszej
siostrzyczce chorej na autyzm. Wreszcie o urokach Włoch, które
zdążył już poznać wzdłuż i w szerz. Ona mu również
opowiadała o sobie. Zwierzyła mu się nawet ze swojej nieudanej
miłości i rozpaczy, jaką przeżywała po zerwaniu ze swoim
chłopakiem.
Przez
kolejne cztery dni, Paweł każdego ranka czekał na Ewę w holu
recepcji i potem całymi dniami zwiedzali Rzym. Poruszali się po
mieście wynajętym przez Pawła skuterem. Dzięki temu Ewa
zobaczyła wszystkie te miejsca, które objęte były programem jej
wycieczki z biura turystycznego. Razem podziwiali też Panteon, Villę
Borghese, przez kilka godzin spacerowali po Ogrodach Borghese.
Trzymając się za ręce, biegali po Schodach Hiszpańskich.
Dwukrotnie. W dół i w górę. Potem u podnóża schodów, spoceni i
zziajani, ze śmiechem chlapali się wodą z fontanny Barcaccia. Ewa
miała ze sobą kamerę i wszystkie zwiedzane miejsca utrwalała na
pamiątkę. Paweł zaś robił jej masę zdjęć swoim aparatem
fotograficznym, zapewniając ją, że je wszystkie prześle na jej
adres w Polsce.
Pod
Coloseum Ewa ubawiła się zachowaniem starożytnych legionistów.
Kiedy chciała nakręcić ich kamerą, jeden z nich podszedł do niej
i powiedział, że zademonstrują się jej w pełnej okazałości,
lecz najpierw niech ich poczęstuje papierosem. Jak Paweł jej to
przetłumaczył, Ewa pękała ze śmiechu, widząc oczami wyobraźni
starożytnych legionistów z papierosami w ustach. Jednak natychmiast
pobiegła do pobliskiego kiosku i kupiła paczkę papierosów.
Legioniści byli zachwyceni. Cichaczem wypalili po jednym za jedną z
arkad, i po chwili, maszerowali już dostojnym krokiem wzdłuż
głównego wejścia do Coloseum, pozwalając się jej uwiecznić
kamerą wideo, i co rusz puszczając do
niej oczko.
W
ostatni ich wspólny wieczór, po zwiedzaniu Wzgórza
Kapitolińskiego, Paweł zaprosił Ewę na słynne włoskie gelato
affogato (lody oblane kawą) do jednej z malutkich knajpek na Campo
di Fiore. W knajpce, przy lodach, już nie bardzo się im rozmowa
kleiła. Oboje zdawali sobie sprawę, że są to ich ostatnie już
wspólne chwile. Jakiś niewypowiedziany smutek ich ogarniał… choć
każde z nich nadrabiało miną. Żadne nie chciało dać po sobie
pokazać, że te kilka dni razem, mocno zamieszało w ich sercach, i
że ciężko będzie im się rozstać. Długo w knajpce nie
posiedzieli. Do hotelu wrócili w milczeniu.
Paweł
odprowadził Ewę pod drzwi jej pokoju, i kiedy Ewa już je
otwierała, złapał ją nagle za rękę, i powiedział:
— Nie
kończmy jeszcze naszego wieczoru, proszę — i spojrzał jej
głęboko w oczy.
— Czy
nie będzie tak lepiej? — spytała Ewa ze smutną miną.
— Nie,
nie będzie… Proszę, daj się jeszcze porwać na wspólny spacer
po nocnych uliczkach Rzymu. Jutro wyjeżdżacie dopiero po południu,
zdążysz się wyspać.
— Nie
o spanie mi chodzi… — zająknęła się Ewa i aż spąsowiała.
Po krótkiej chwili dodała: — Nieważne… No dobrze, idźmy na
spacer. Daj mi tylko chwilkę. Zaraz będę gotowa.
— Kwadrans
wystarczy? — spytał Paweł ze szczęśliwą miną.
— Z
pewnością.
— Oki,
przyjdę po ciebie.
Ledwie
Ewa zdążyła się trochę przemyć i przebrać, usłyszała ciche
pukanie do drzwi. Jak uskrzydlona pobiegła otworzyć.
— Salute,
bella ragazza! — rozległo się w drzwiach zza ogromnego bukietu
czerwonych róż.
— O
mamma mia, Paweł, to ty? — krzyknęła i podskoczyła do góry by
sprawdzić.
— A
spodziewałaś się jeszcze kogoś?
— Tylko
ciebie… Ale te róże…
— Te
róże, to w podziękowaniu za piękny czas z tobą.
Ewę
wzruszył widok tak ogromnego, pięknego bukietu czerwonych róż. A
właściwie to widok Pawła z tym bukietem. Przyjęła go bez słów
i poszła włożyć do wazonu, pozostawiając Pawła przy drzwiach.
Po
chwili wychodzili już z hotelu. Paweł chwycił Ewę za rękę i
przyciągnął bliżej siebie. Szli nadal w milczeniu.
Włóczyli
się po wąskich, gwarnych uliczkach, cudownie oświetlonych, i
przyglądali się rozbawionym ludziom. Czasami zamienili ze sobą
parę słów by skomentować to czy tamto, ale na tym koniec.
Wewnętrzny smutek ściskał im gardła. Nie potrafili rozmawiać.
Wreszcie znaleźli się tuz przy fontannie Di Trevi, w miejscu, gdzie
spotykają się zakochani.
— Jak
wrzucisz do niej monetę, to z pewnością tu wrócisz — odezwał
się nagle Paweł, podając Ewie dwa euro.
— W
twoim towarzystwie? - zapytała Ewa i od razu się zawstydziła.
— A
chciałabyś? — wyszeptał Paweł.
Ewa
bez słowa wzięła monetę i wrzuciła do fontanny. Przeszył ją
wtedy dziwny dreszcz. Popatrzyła na Pawła. Zauważyła, że on
również wygląda na bardzo podnieconego.
— Wracajmy,
już późno — powiedziała nagle, czując, że powoli zaczynają
przekraczać jakąś niewidzialna barierę.
Kiedy
znaleźli się już pod drzwiami pokoju Ewy, Paweł na pożegnanie
mocno ścisnął jej rękę. Po chwili z impetem przyciągnął ją
do siebie, wpijając się w jej usta. Całowali się tak namiętnie,
i tak szaleńczo, jak niespełnieni kochankowie. Wreszcie Ewa nie
wytrzymała i odepchnęła Pawła od siebie.
— To
nie ma sensu — wyszeptała i drżącą rękę sięgnęła kluczem
do zamka.
Na
dworze już świtało, a Ewa ciągle leżała bez ruchu na łóżku i
płakała, rozmyślając o wszystkich tych cudownych chwilach z
Pawłem. Nagle usłyszała cichutkie pukanie do drzwi. Serce jej
zamarło. Zerwała się z łóżka i pobiegła do drzwi. W drzwiach
stał Paweł.
Nagle
zniknęły gdzieś wszystkie hamulce i tych dwoje rzuciło się na
siebie w wielkim uniesieniu i pożądaniu. Ich usta połączyły się
w pocałunku. Gorącym, namiętnym. Ewa stała oparta plecami o
drzwi. Paweł drżącymi rękami uniósł jej sukienkę. Nie
protestowała. Nie mogła się nasycić jego bliskością. Po chwili
ich ubrania leżały na podłodze, a oni nadzy, pochłonięci sobą,
idealnie zestrojeni w ruchach, zatracili się w rozkoszy. Kiedy Ewa
poczuła w sobie jego gorącą, twardą męskość, świat zawirował
jej w oczach. Wbiła palce głęboko w jego plecy, nieprzytomna z
uniesienia. Przez mgłę rozkoszy popatrzyła na Pawła. Jego twarz
wyrażała największe skupienie. Ruchy jego stały się powolne,
poczuła, że wnika w nią coraz głębiej. Wreszcie odchylił głowę
do tyłu. Wyglądał w jej oczach jak anioł… i nagle, usłyszała
jego jęk, gardłowy, jedyny w swoim rodzaju. Stali się jednością,
zatopieni w gorących falach rozkoszy.
I tak
już było każdej nocy, każdego dnia… Obydwoje przedłużyli
pobyt w Rzymie o tydzień. Po tym tygodniu, pełnym rozkoszy i
uniesień, wrócili do swoich domów… Ale po to tylko, aby Paweł
mógł zerwać zaręczyny, i za następne dwa tygodnie znów spotkać
się w Krakowie. Paweł zamierzał przedstawić Ewę swoim rodzicom i
ogłosić ich zaręczyny...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


