Trzeci
dziurawiec. Opowieści Mintka — część XIX — Tym
razem będzie o tym, że można przespać największą aferę na
całym polu campingowym. O nocnej akcji z siekierą, która podobno
była dramatyczna — ale nie dla mnie. O ludziach, z którymi śmiech
przychodzi łatwiej niż myślenie. I o tym, że takie wakacje
zdarzają się tylko raz.
Wracam do
naszych wczasów w Międzybrodziu...
Prawie codziennie robimy
wypady w góry. Na zdjęciu siedzę sobie z Wieśkiem na szczycie
góry Żar. Piękne stąd widoki i można pooglądać startujące
szybowce. Uwielbiam przyrodę i przestrzeń. Zwłaszcza bladym
świtem.
Mało kto
chce mi towarzyszyć w takich porannych wędrówkach, więc łażę
sama, ale nie zapuszczam się zbyt daleko, bo samej, na obcym
terenie, to jakoś nie tak. Ale kiedy ferajna mojego koleżeństwa
wytoczy się wreszcie z wyra i z domku campingowego, łapiemy za
plecaki, wrzucamy do nich, co się da, i ruszamy w drogę — ku
naszej wielkiej radości i ku nadziei rodziców na chwilę spokoju.
Całe
nasze towarzystwo jest na szczycie góry, ale nie wszystkim chce się
ustawiać do zdjęć. Jasiu chciał, bo bardzo mnie lubi. Przecież
chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce.
Jasiu to
wielki humanista, a przy tym romantyczna dusza. Raz, podczas
wieczornej wędrówki po zboczu góry, kiedy gwiazdy zaczynały
połyskiwać na niebie, powiedział do mnie:
— Moja
ty najmilejsza.
Fajnie,
nie? I jak romantycznie… Od razu o Franku zapomniałam. Jasiu też
umie wspaniale śpiewać. A przede wszystkim jest mądrzejszy,
bardziej oczytany i — co dla mnie ważne — nie jest ministrantem
ani nie pałęta się za naszym starym, zapijaczonym proboszczem.
Bo ja, w
miarę dojrzewania i nabierania mądrości, coraz bardziej go nie
znoszę. Coraz lepiej rozumiem, jakie idiotyzmy wygłasza z ambony…
Właściwie to nie wygłasza — on wrzeszczy, plując przy tym na
wszystkie strony.
Biedni ci
parafianie, którzy siedzą pod amboną. Szkoda, że w kościele nie
można siedzieć z otwartym parasolem — człowiek mógłby się
osłonić od niektórych momentów… albo i widoków.
Zwłaszcza
od widoków co niektórych pseudowiernych. A tych w kościele jest
najwięcej. Jedni chodzą tam, żeby pochwalić się nowymi ciuchami
i poparadować wśród ludzi, inni — ze strachu o własne cztery
litery… no dobrze, o własne „ja”.
A jeszcze
inni, bo mają zbyt nieczyste sumienie i wiele krzywd wyrządzili
bliźnim, więc tak na wszelki wypadek (gdyby Bóg jednak istniał)
pędzą pod ołtarz, żeby się oczyścić… i móc dalej krzywdy
wyrządzać. Tych naprawdę wierzących i dobrych można policzyć na
palcach jednej ręki.
Czasami i
starszyzna do nas dołącza. Nie wiem, czy chcą nas sprawdzać, co
my tam na tym Żarze robimy, czy po prostu rozruszać kości po
codziennym biesiadowaniu.
Tak czy
inaczej, nam jest miło, że możemy z nimi chwilę luźno pogadać.
Bo, o dziwo, nawet im po wspinaczce dopisują humory.
Pani
Lusia jest wprawdzie, jak zwykle, powściągliwie uśmiechnięta, ale
po jej oczach widać (jak zdejmie okulary), że radość nie jest jej
obca — tylko taka bardziej wewnętrzna.
Natomiast
pani Urszula zawsze tryska dobrym humorem i energią. Założyła mi
nawet swój słomkowy kapelusz, żeby było śmieszniej, a Piotrka —
swojego siostrzeńca — ustawiła trochę z tyłu, żeby robił za
dodatkowe tło dla pięknych dziewczyn na tle doliny międzybrodzkiej.
I to mi się podoba. Dobrze zrobiła.
I taka to
ze mnie śmieszka. Ale tym razem naprawdę mam się z czego śmiać,
bo opowiadamy sobie wydarzenia minionej nocy. A cóż się takiego
wydarzyło?
Ano to,
że moi rodzice wraz z przyjaciółmi wybrali się do „Okrąglaka”,
czyli do międzybrodzkiej restauracji na dansing, zostawiając mnie i
Wojtusia śpiących w domku campingowym.
Tereni
już z nami nie było — wróciła wcześniej do domu, bo wybierała
się gdzieś z koleżankami.
I nie
byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie to, że rodzice zapomnieli
zabrać ze sobą kluczy.
Może to
jeszcze nic wielkiego… ale kiedy dodam, że po powrocie nie mogli
się dostać do domku i liczyli na to, że ja im otworzę — a ja
spałam przy samych drzwiach — i że bardzo się przeliczyli… to
robi się już ciekawie.
Bo choć
tłukli do drzwi jak najęci, ja się nie obudziłam. W końcu
mamusia spanikowała i narobiła takiego larum, że postawiła na
nogi całe pole campingowe.
A że
głos ma nie od parady — po chwili wszyscy byli już na nogach.
Jedni tłukli do drzwi, inni do okna, jeszcze inni próbowali nawet
potrząsnąć domkiem.
Wreszcie
gospodarz — w akcie desperacji — chwycił za siekierę i zaczął
wyrąbywać zamek.
Kiedy
drzwi w końcu się otworzyły, wszyscy wparowali do środka. Mamusia
rzuciła się na mnie, wyrwała mnie z betów i postawiła do pionu:
— Halinka, co się stało?!
A ja
(ponoć zupełnie spokojnie):
— Nic
się nie stało, bo bym widziała i słyszała… Przecież nie śpię.
Po czym… położyłam się i zasnęłam w sekundę.
Gdy mi to
następnego dnia opowiadali, nie mogłam uwierzyć. Że Wojtuś się
nie obudził — to zrozumiałe, był jeszcze malutki. Po
całodziennych emocjach i wysiłku przy zabawach wieczorem usypiał
prawie na stojąco.
Ale ja? Dlaczego ja się nie dałam obudzić? Trudno
mi powiedzieć. Naprawdę nic nie słyszałam. Tak że nic innego mi
nie pozostało, jak tylko śmiać się z tego wydarzenia.
Każdy ze śmiechem opowiadał mi o swoich wrażeniach
w ratowaniu mnie i Wojtusia oraz o mojej minie, jaką miałam po
obudzeniu przez mamusię.
A ja śmiałam się z nich, gdyż oczami wyobraźni
widziałam ich wszystkich, jak w rozchełstanych piżamach biegają
po nocy po polu campingowym, szybko i chaotycznie, niczym bakterie
pod mikroskopem. I jak po otwarciu drzwi przez gospodarza wciskają
się hurmem do środka — z wytrzeszczem oczu i rozdziawionymi
buziami.
Że też ten domek campingowy to wytrzymał i się nie
zawalił — do dziś się dziwię. O rany, to musiał być widok!
Myślałam, że pęknę ze śmiechu.
Żałowałam, że tylko oczami wyobraźni mogłam
widzieć tę ich całą nocną akcję, a nie w rzeczywistości. No
cóż, było to niemożliwe, gdyż w dwóch postaciach wystąpić nie
mogłam. Musiała mi wystarczyć moja wyobraźnia. A że mam ją
bujną, śmiałam się co rusz.
Nasze
mamy też lubią posiedzieć nad wodą. Co prawda to tylko górski
potok — Żarnówka — ale zawsze to trochę chłodu.
Chcą,
jak mówią, opalić swoje bladości tu i tam. I dobrze — niech się
zarumienią. Będą miały z czego potem blednąć przy domowych
obowiązkach.
Na tym
zdjęciu widać część naszych urlopowiczów. Humory dopisują
wszystkim… poza moją mamusią. Wygląda na zamyśloną. Może
martwi się o tatusia? Bo tatuś już rano zniknął z innymi panami…
chyba mieli jakieś swoje sprawy.
Po
międzybrodzkich lasach też wędrujemy. Najbardziej lubię chodzić
z Elką — jest tak fajnie szurnięta, oczywiście w dobrym sensie.
Papla bez
przerwy, wszystkiego się boi i robi wokół siebie zamieszanie. A ja
lubię pomagać — więc pomagam jej z przyjemnością.
Baśka za
to ciągle chce pokazać, jaka jest odważna, i śmieje się z Elki.
Ale kiedy przychodzi co do czego, sama trzęsie portkami. I też
trzeba jej pomagać. A potem znowu udaje najmądrzejszą.
Czasem
mnie to wkurza, ale w kaszę sobie napluć nie daję. W końcu umiem
już trochę oceniać ludzi i ich zachowania.
Terenia
też lubi wędrować — widać ją na zdjęciu, zrobionym jeszcze
przed jej powrotem do domu.
Pomijając
nasze młodzieńcze przypadłości, było nam razem naprawdę dobrze.
Jak się później okaże — były to nasze pierwsze i zarazem
ostatnie wczasy w tak licznym gronie.
Od
następnego roku nasze drogi zaczną się powoli rozchodzić… aż w
końcu rozejdą się zupełnie. Każdy pójdzie swoją drogą.
Szkoda. Ale takie jest życie.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
Ciąg
dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów
narobi trochę zamieszania.