poniedziałek, 27 lipca 2026

Gdy ważka usiadła na mojej szybie

Ważki od zawsze wydawały mi się istotami z pogranicza światów — jakby należały bardziej do snu niż do rzeczywistości. Podziwiam je za każdym razem, gdy jestem nad wodą, lecz nigdy nie potrafiłam zatrzymać ich w kadrze. Zawsze wymykały się w ostatniej chwili, jak marzenie, które rozpływa się, zanim zdążymy je nazwać.

Aż do dziś. Dziś to marzenie samo mnie odnalazło. Wyjeżdżałam właśnie od dentysty, gdy kątem oka dostrzegłam ruch. Na bocznej szybie mojego auta przysiadła ważka. Bez pośpiechu, bez lęku — jakby przyleciała tu z zamiarem spotkania, nie przypadkiem.



Zamarłam. Bałam się drgnąć, by nie spłoszyć tej chwili. Patrzyłam w jej ogromne, przejrzyste oczy, a ona — miałam wrażenie — odwzajemniała spojrzenie. Jakby między nami nawiązała się cicha, krucha nić porozumienia.

Powoli, niemal nie oddychając, sięgnęłam po telefon. Jeden ruch, jedno zdjęcie. Delikatne drżenie skrzydeł. I znów spokój. Została.

Nie próbowałam już zatrzymywać jej na kolejnych fotografiach. Byłyby tylko cieniem tego, co działo się naprawdę. Wolałam patrzeć. Trwać w tej niezwykłej obecności, której nie sposób zmierzyć ani opisać.

Nie wiem, ile czasu minęło. W końcu musiałam wracać. Z lekkim żalem uruchomiłam silnik i ruszyłam powoli przed siebie. A ona wciąż tam była — niewzruszona, jakby zdecydowała się towarzyszyć mi jeszcze przez chwilę.

Rozbawiło mnie to i wzruszyło jednocześnie. Taka mała, a tak odważna. Jechała ze mną jak cichy pasażer na gapę — aż do momentu, gdy wjechałam na główną ulicę.

Wtedy, bez pożegnania, odleciała. Zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Zostało tylko wspomnienie. I to dziwne, ciepłe uczucie, że przez krótką chwilę byłam częścią czegoś delikatnego i prawdziwego zarazem.

Bo ważki… mają w sobie coś z bajki. I coś z tęsknoty. Z ulotnego piękna, które nie potrzebuje słów.

A może naprawdę mnie polubiła? Może rozpoznała we mnie tę samą czułość — dla rzeczy kruchych, milczących i przemijających.