Nie wiem dlaczego, ale biel nigdy nie była moim kolorem. A jednak białe kwiaty przyciągają mnie nieodmiennie — jakby szeptały coś, czego nie potrafię do końca zrozumieć.
Zatrzymuję je w kadrach, z czułością odkładam do mojego coraz grubszego albumu, jakby były drobnymi sekretami natury.
Wiosną i na progu lata jest ich wszędzie pełno — w leśnych zakamarkach, na rozświetlonych łąkach, w cichych ogrodach.
Widać wyraźnie, że wiosna ma słabość do bieli. Bo już przebiśniegi, jak nieśmiali posłańcy nowego czasu — jako pierwsze unoszą na jej cześć swoje białe głowy.
Białe kwiaty niosą ze sobą opowieść o czystości i spokoju, o niewinności i początku, który dopiero się rodzi.
Ich obecność koi, porządkuje myśli, przywraca harmonię. Są subtelne, eleganckie — jak gesty, których nie trzeba wypowiadać na głos.
Biel to także kolor ważnych chwil — ślubów, chrztów, tego, co święte. Choć przecież nie wszędzie znaczy to samo — gdzie indziej niesie ze sobą cień smutku, żałoby i rozstania.
Jak to możliwe, że jeden kolor potrafi mówić tak różnymi głosami? Nie szukam już odpowiedzi... Wystarczy mi zachwyt nad białym kwieciem — spokojny, cichy, bezpieczny.
