wtorek, 30 czerwca 2026

Dlaczego kiedyś było lepiej, choć było gorzej? Oto niewygodna prawda

W Polsce wciąż słychać to samo: „kiedyś było lepiej”. Lepsze były lata 60., 70., 80. — mimo biedy, mimo kolejek, mimo całego absurdu systemu.

I od razu pojawia się pytanie: czy naprawdę ktoś tęskni za komuną? Nie. I warto to powiedzieć jasno.

Tęsknimy nie za ustrojem, ale za ludźmi. Za światem, w którym relacje miały większe znaczenie niż rzeczy.

Bo choć żyło się biedniej, ludzie potrafili mieć do siebie więcej szacunku. Byli bardziej zdyscyplinowani. Mieli swoje zasady. A dziś? Dziś często nawet nie wiadomo, jakie te zasady są.

I nie — to nie system był lepszy. System był zły. Lepsi byli ludzie.

To pokolenie wychowane przez tych, którzy przeżyli wojnę. Ludzi złamanych, okaleczonych psychicznie, ale jednocześnie twardych. Wiedzieli, czym jest głód, strach i utrata wszystkiego. I właśnie dlatego potrafili docenić normalne życie. Nie mówili o wartościach — oni nimi żyli.

Uczyli odpowiedzialności, szacunku i pracy. Nie dlatego, że przeczytali poradnik, ale dlatego, że nie mieli wyboru.

A dziś? Dziś wielu dorosłych nie ma czasu wychowywać własnych dzieci. Łatwiej dać dziecku smartfon niż uwagę. Łatwiej kupić niż porozmawiać. Łatwiej zająć się sobą niż wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. A potem pojawia się zdziwienie, że młodzi nie mają autorytetów.

Skąd mają je mieć? Z internetu? Z ulicy? Bo właśnie tam coraz częściej trafiają. I nie, problemem nie jest tylko „system”. To wygodna wymówka.

Znacznie trudniej przyznać, że problemem bywa dorosły człowiek — zmęczony, skupiony na sobie, często zagubiony. Czasem bierny. Czasem uciekający w używki, frustrację albo obwinianie wszystkich wokół.

Nie ma idealnego ustroju. Nigdy nie było i nie będzie. Ale jedno się nie zmienia: to nie system wychowuje ludzi. To ludzie wychowują ludzi.

I może właśnie dlatego niektórzy patrzą wstecz z nostalgią. Nie dlatego, że było łatwiej. Tylko dlatego, że było… bardziej prawdziwie.



Letni puls życia w naturze

Lato — czas dojrzewania, gdy natura oddycha pełnią życia i pulsuje ciepłem w każdym zakątku świata. Wśród traw i kwiatów, w ciszy skąpanej światłem, toczy się nieustanna opowieść — o wzrastaniu, o przemianie, o trwaniu.

Kwiaty rozkwitają w barwne kompozycje, jakby ziemia sama chciała się uśmiechnąć, a owady — dojrzałe, niestrudzone — niosą dalej delikatną nić istnienia…

Patrzę na ten obraz i czuję spokój. Jakby czas na chwilę przystanął, pozwalając sercu po prostu być. Bo czy jest ktoś, kto nie kocha lata?

Niech więc płynie ono miękko przez dni i wieczory — niech każdy czerpie z niego tyle, ile potrafi, najlepiej wśród drzew, pod otwartym niebem, z dala od zgiełku i tłumu.



poniedziałek, 29 czerwca 2026

Deszczowa radość lasu

Deszcz — powiadają — to tylko opad, krople wody spadające z chmur. Lecz czy naprawdę tylko tyle?

Dla tych, którzy umieją patrzeć sercem, jest on szeptem nieba, delikatnym muśnięciem ziemi, bajeczną zasłoną z migotliwych kropel, co świat przystrajają niczym brylanty. I choć wilgoć otula wszystko dookoła, jest w tym jakaś cicha cudowność.

Świeżość, co wypełnia oddech. Rześkość, co koi myśli. Nastrój, co rodzi się między kroplami. Zdrowie — dla duszy i dla ciała. Uwielbiam być w lesie, gdy deszcz opowiada swoją pieśń:


Pada deszczyk, pada,
Pada już od rana.
Niechaj sobie pada...
Zieleń na deszcz zdana.

Pada deszczyk, pada,
Pada sobie równo,
Trawka z niego rada,
Spiła się na sztywno.

Pada deszczyk, pada,
Pada sobie równo.
Jestem z deszczu rada,
Z ulgą wzdycham: — Uff!... No!




Ład a chaos...

 


Ład i chaos to dwie fundamentalnie skrajne siły. Pierwsza dąży do harmonii, druga rodzi się z braku zasad i nieprzewidywalności. Wybór między nimi stanowi jeden z kluczowych dylematów odzwierciedlających się w życiu — tekst w obrazie.


niedziela, 28 czerwca 2026

Słowa Seneki Młodszego wciąż brzmią — jak echo czasu…

 


Jednak gdzieś po drodze, wśród zgiełku idei, wśród głosów skrajnych i niecierpliwych, sens tych słów uległ rozproszeniu, jak światło w mętnej wodzie. I dziś człowiek — zagubiony między prawdą a jej cieniem — błądzi niepewnie, niosąc w sobie pytanie bez odpowiedzi… aż w końcu cichnie w nim wiara — także ta najtrudniejsza: wiara w samego siebie — wiersz w obrazie.


Wygląda jak klejnot, a potrafi latać — niezwykłe spotkanie z kruszczycą złotawką

Są takie chwile w przyrodzie, które wydają się niemal nierealne — jakby ktoś na moment uchylił drzwi do świata pełnego drobnych cudów. Jednym z nich jest spotkanie z kruszczycą złotawką.

Ten niezwykły chrząszcz nie bez powodu nazywany jest „latającym klejnotem”. Jego pancerz mieni się odcieniami szmaragdu i złota, odbijając światło w sposób, który trudno opisać — trzeba to po prostu zobaczyć. W locie błyska jak żywa iskra, a kiedy przysiądzie na kwiecie, wygląda jak drogocenny kamień zagubiony pośród płatków.

Najczęściej można ją spotkać od maja do końca lipca — na łąkach, w ogrodach i na skrajach lasów. Wybiera ciepłe, słoneczne dni; wtedy przelatuje z kwiatu na kwiat, żywiąc się pyłkiem i nektarem. Gdy robi się chłodniej, znika — ukryta w ziemi, jakby na chwilę wycofywała się z tego widzialnego świata.

Jej historia zaczyna się jednak dużo wcześniej i toczy się w ukryciu. Zanim pojawi się dorosły osobnik, larwa spędza nawet dwa lata w spróchniałym drewnie lub kompoście. To ciche, niewidoczne życie prowadzi do jednego momentu — chwili, w której natura odsłania swoje błyszczące dzieło.

Miałam szczęście spotkać dwa takie „klejnoty”. Przez krótką chwilę mogłam je obserwować i zatrzymać ich niezwykłe piękno na zdjęciach.



sobota, 27 czerwca 2026

W poszukiwaniu szczęścia

Szczęście nie przychodzi z zewnątrz — rodzi się gdzieś cicho w człowieku. To od nas zależy, czy potrafimy je dostrzec i pielęgnować.

Nasza osobowość nadaje mu kształt, a sposób patrzenia na świat wyznacza jego granice. Każdy niesie w sobie własną filozofię życia, często zmienną i nie do końca nazwaną.

Może jednak to właśnie w działaniu — w drobnych krokach, decyzjach i próbach — kryje się jego najprostsza forma. Bo ten, kto nie zatrzymuje się w bezruchu, kto mimo wątpliwości idzie dalej, z czasem zaczyna rozumieć, że szczęście nie jest celem, lecz drogą.



Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym — wódz nie wie... i trwa...

 



Refren dawno minął — wódz wciąż na scenie. Choć to echo jego wielkości, choć kurtyna opada, wódz nie zauważa... Zejście odwołane? — wiersz satyryczy w obrazie.


piątek, 26 czerwca 2026

Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVITym razem będzie o pierwszym zaćwierkoleniu, które miało być wielkie… a trochę się rozmyło. O Gieni, której nie da się zapomnieć — nawet gdyby się bardzo chciało. O dorastaniu, które wcale nie jest takie proste, zwłaszcza kiedy przeszkadzają w nim sukienki i różne dziwne części garderoby. I o jednym gwizdnięciu, przez które prawie ruszył nie tylko pociąg, ale i całe nasze spokojne życie…


Z początkiem roku 1964 przyjechała do nas w odwiedziny ciocia Karola, siostra tatusia ze Zbaraża. Fajna jest, lubię ją. Ciągle się śmieje. Dużo też opowiada o swoim i tatusia życiu tam — w dawnej Polsce.

Przywiozła też sporo zdjęć z tamtego okresu. Jedno, z 1938 roku, spodobało mi się najbardziej… Oto ono:



Widać na nim ciocię Karolę, starszego brata tatusia — stryjka Władka, no i oczywiście tatusia.

Uśmiałam się bardzo z tatusia, bo zabawnie na tym zdjęciu wygląda. Taki mały i z poważną miną. Opowiadał, że miał wtedy 14 lat i był już uczniem pierwszej klasy Gimnazjum Kupieckiego.

Na zdjęciu brakuje najstarszej siostry — cioci Rozalii, bo akurat wtedy wyjechała do Kanady, gdzie, jak się później okazało, została już na stałe.

Czas leci nieubłaganie i z końcem wiosny przyszedł czas na wakacje… Hurra! Zaraz na ich początku wyjechałam na kolonie do Szczecina-Dąbia.

Że co? Że dwa lata temu, po tej mojej — dramatycznej — pierwszej kolonii w Żmigrodzie, zarzekałam się, że już nigdy na żadną kolonię nie pojadę?

A nie, to nie całkiem tak było. Ja się zarzekałam, że na żadne kolonie nie dam się już wysłać, ale na tę kolonię to ja sama — dobrowolnie i z wielką ochotą — chciałam jechać. A to jest przecież duża różnica. Bo co innego przymus, a co innego własna, nieprzymuszona wola… Mam rację? No!

Ale też i zasłużyłam sobie, bo znów dostałam świadectwo z czerwonym paskiem. A wiadomo — nikt za darmo takiego świadectwa nie dostaje. Trzeba było się uczyć.

Tak że po wyczerpującym roku szkolnym w klasie VI, z wielką ochotą, przemierzając całą Polskę z południa na północ, „wylądowałam” prawie że nad morzem... Był też jeszcze jeden powód tej mojej „ochoty”, ale o nim — sza!



Na tym zdjęciu jestem wraz ze swoją grupą na jednodniowej wycieczce w Świnoujściu. Kierownictwo kolonii zorganizowało ją specjalnie po to, żebyśmy mogły posmakować słonej wody, a nie tylko zachłystywać się słodką z Jeziora Dąbie.

Pozujemy więc do pamiątkowego zdjęcia… Wszystkie jesteśmy w tym samym wieku — 13 lat, oprócz wychowawczyni oczywiście, która stoi pośrodku w czarnym stroju.

Pięknie jesteśmy rozwinięte, co nie? Jedne wprawdzie mniej, inne nieco więcej — jedne już mocno „biuściaste”, innym dopiero coś tam „kiełkuje”, tak jak mi. Ale piękne jesteśmy wszystkie. Nieprawdaż?

Dlaczego ustawiłam się akurat koło „grubaśnej” Gieni? Bo ja Gienię bardzo lubię. Ma takie specyficzne poczucie humoru…

A może też dlatego, że podświadomie wyczuwałam, iż przyjdzie mi Genię zapamiętać na całe życie.

Dlaczego? Otóż dlatego, że Gienia w pociągu, w drodze powrotnej z kolonii, zamknęła drzwi ubikacji razem z moim serdecznym palcem prawej ręki, spłaszczając go całkowicie. Chyba „ku pamięci”. Żebym zawsze o niej pamiętała… I tak jest istotnie.

Pamiętam ją bardzo dobrze! Bo ból był niemiłosierny i długo trwający — łącznie z odpadnięciem paznokcia.

Mój palec do dziś jest o wiele szerszy od pozostałych. Więc kiedy tylko spojrzę na swoją rękę — Gienię mam przed oczami. I to na całym polu widzenia.

No ale z tym moim dojrzewaniem, jako dziewczynki, wcale aż tak źle nie jest. Popatrzcie sami. Zaczynam dojrzewać całą parą. Aż taką, że…

Okay, okay — przyznam się już i to bez bicia, że po raz pierwszy się „zaćwierkoliłam”. A oto właśnie obiekt mojego zaćwierkolenia — Franek…



O rany, zapomniałam, jak ma na nazwisko… Hmm… czyżby to moje „zaćwierkolenie” było jednak tylko powierzchowne, skoro jego nazwisko wyleciało mi z głowy? Tak czy inaczej — wtedy czułam, że było mocne.

Na zdjęciu widać, jak wracamy stateczkiem wycieczkowym ze Świnoujścia do Szczecina. Koniecznie musiałam mieć pamiątkowe zdjęcie z Frankiem, więc poprosiłam pana fotografa o pstryknięcie. On wcale nie musi wiedzieć, o jaką pamiątkę mi chodzi…

— „Jolka, kurka wodna, odsuń się trochę od obiektu moich westchnień!” — w myślach, rozgorączkowana, wściekam się na koleżankę… Ale jednocześnie jestem rozpromieniona jak anioł w niebie.

Jolka w końcu dała sobie spokój z podrywaniem mojego „obiektu”. Dobra z niej koleżanka. Dlatego już po powrocie z kolonii często przebywałyśmy razem.

Pozwalam” jej nawet zrobić sobie zdjęcie razem ze mną… panną w kapeluszu…



A co! Mintek powoli staje się dziewczyną. Rodzice nie mają już wyjścia i muszą się z tym faktem pogodzić…

Trzeci dziurawiec zaczął nabierać dziewczęcych kształtów. I już nijak nie da się tego procesu zatrzymać.

A ten kapelusz to mój projekt i wykonanie. Ha, nawet warkoczyki sobie zaplotłam. Sukienkę mam nieco starszą, ale — na moją wyraźną i dość dokuczliwą prośbę — została przez mamusię trochę „podrasowana”.

No bo jak to tak? Tę sukienkę mamusia uszyła mi, kiedy miałam 11 lat, a wtedy byłam jeszcze dzieckiem. A teraz przecież jestem już panienką. Panienką jak się patrzy…

Choć czasami żałuję, że już tak bardzo nie wypada mi łazić po drzewach. Nie, przestać nie przestałam, ale w sukience muszę bardziej uważać, żeby mnie ktoś z dołu nie podglądał. Chociażby dlatego, że często zdarza mi się — dla własnej wygody — nie zakładać latem pewnej części garderoby. A to już dodatkowy stres — tak ciągle uważać i uważać.

Nie wiem czemu, ale nie lubię ograniczeń. Żadnych. Widocznie już tak mam. Lubię czuć wolność i swobodę pod każdym względem. Wkurzają mnie zwłaszcza niektóre części garderoby, które uważam za zbędne.

Chociaż — nie wiedzieć czemu — ostatnio zaczęły mnie pociągać staniki. Niewygodne to-to jak cholera, a jednak!

Jeden taki podprowadziłam nawet starszej siostrzyczce Lodzi i czasami go zakładam. Po kryjomu — ma się rozumieć. A kiedy jeszcze wypycham miseczki watą, to kryję się szczególnie.

No ale kiedy wybieram się na wcześniej zaplanowaną z chłopakami zabawę w podchody, to już zawsze jestem ubrana — jak trzeba — i żadnego stanika, broń Boże, nie zakładam.

Bo jak już mówiłam, lubię czuć się swobodnie. A żeby się tak czuć, muszę czuć się tak, jak do tej pory się czułam.

O rany, ale się „zakałapućkałam” z tym czuciem! No ale myślę, że można to zrozumieć — bo to przecież proste: żeby się dobrze czuć, lepiej nie wprowadzać nagle żadnych nowości i nie mieszać sobie w odczuciach.

Och, już dobrze — kończę z tym „czuciem” i opowiadam dalej… Zaraz… a o czym to ja chciałam powiedzieć? Aha — o podchodach.

A więc jeżeli chodzi o podchody, to najczęściej bawimy się w nie koło starej parowozowni. Przygotowując się do nich, muszę szczególnie zwracać uwagę na swój ubiór. Żaden ciuch nie może krępować mi ruchów, bo tam trzeba być podwójnie szybką — i przed pociągami czasem zmykać, i przed szukającymi w podchodach.

Chociaż, szczerze mówiąc, po ostatnim wydarzeniu na torach wolimy się tam przez jakiś czas nie pokazywać.

Wszystko przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo żaden z chłopaków nie umie tak głośno gwizdać jak ja i zawsze wysyłają mnie na zwiady…

No dobrze, przyznam szczerze — sama lubię być zwiadowcą, bo bardzo mnie to kręci.

Tak więc na ostatnich podchodach, jako zwiadowca, przemykałam po torach i jednocześnie dawałam znaki chłopakom, żeby powoli podchodzili we wskazanym przeze mnie kierunku.

Te lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły, tylko stały sobie w najlepsze ukryte za murkiem parowozowni.

Wkurzyłam się nie na żarty i niewiele myśląc, głośnym, przeciągłym gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca.

Za moment okazało się jednak, że nie tylko ich ruszyłam, ale również maszynistę pociągu towarowego stojącego na bocznicy.

O niech to dunder świśnie! Ale żeśmy zaczęli uciekać, kiedy pociąg nagle ruszył. Na łeb na szyję! Mało żeśmy nóg nie pogubili.

Wystraszeni schowaliśmy się w kanale parowozowni i, szczękając zębami ze strachu, czekaliśmy, aż pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu, pisku ani łoskotu jednak nie było słychać.

Po chwili usłyszeliśmy za to potworną kłótnię między maszynistą a przetokowym. Maszynista wyzywał przetokowego, że gwiżdże jak idiota, choć zwrotnicy jeszcze nie przestawił, a przetokowy wyzywał maszynistę, że to w jego pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże…

I takie tam różne rzeczy sobie przerzucali. W końcu sobie do gardeł skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni.

A my, z przerażeniem spoglądając po sobie w tym brudnym i śmierdzącym kanale, w końcu nie wytrzymaliśmy napięcia.

Kiedy ta dwójka kolejarzy szamotała się już na dobre, wyrwaliśmy z kanału jak wystrzeleni z katapulty i czym prędzej opuściliśmy ten nasz niebezpieczny z nagła plac zabaw.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Niech żyją wakacje!...

 


Gdy zakwitają akacje — zaczynają się wakacje... Hurra! — już zakwitły. A skoro tak, wołajmy: Hej, hej – wakacje już są! Dzwonek milknie, lato gra. Zaczynamy wakacyjną przygodę — wiersz w obrazie.


czwartek, 25 czerwca 2026

Śladami sztuki i pamięci — wystawa Ewy Kuryluk w oczach mojej wnuczki

Od 15 kwietnia do 30 czerwca w Warszawie, w przestrzeniach Teatru Wielkiego — Opery Narodowej oraz w Oknie na Kulturę, prezentowana jest wyjątkowa wystawa prac Ewy Kuryluk — artystki o międzynarodowej renomie, jednej z najważniejszych postaci polskiej sztuki współczesnej.

Piszę o tej wystawie nie tylko z potrzeby podzielenia się jej artystyczną rangą, lecz także z powodów bardziej osobistych. Nieraz już wspominałam o Ewie — zawsze z dumą. Łączą nas bowiem rodzinne więzi: nasi ojcowie byli kuzynami pierwszego stopnia, a nazwisko Kuryluk nosiła również moja babcia. Te subtelne nici pokrewieństwa sprawiają, że każda informacja o Jej twórczości wybrzmiewa we mnie szczególnie.

Kilka dni temu wystawę tę odwiedziła moja wnuczka. Jej spojrzenie — świeże, uważne i pełne wrażliwości — stało się dla mnie wielkim przeżyciem.

Z przejęciem opowiadała o kolejnych salach, o obrazach, które zatrzymują czas, o atmosferze miejsca, w którym sztuka zdaje się mówić własnym, cichym językiem.

Na bieżąco przesyłała mi fotografie i krótkie wiadomości, jakby nie chciała utracić ani jednej chwili tego spotkania.

Wieczorem doszło do wydarzenia, które nadało temu dniu wymiar jeszcze bardziej osobisty — spotkały się u Ewy, w jej warszawskim domu. Artystka na co dzień mieszka w Paryżu, lecz w Warszawie wciąż obecny jest jej dom rodzinny — przestrzeń pamięci, zakorzenienia i powrotów.

To właśnie tam rozmowa mogła wyjść poza ramy wystawy, stając się spotkaniem dwóch wrażliwości — dojrzałej i dopiero kształtującej się.

Potem był wspólny spacer i kolacja w centrum Warszawy — chwile proste, a zarazem znaczące, kiedy sztuka przestaje być tylko oglądana, a zaczyna być przeżywana.

Moja wnuczka wróciła do Niemiec głęboko poruszona. W jej słowach pobrzmiewał nie tylko zachwyt, lecz także coś więcej — rodzaj wewnętrznego przebudzenia.

Powiedziała, że Ewa stała się jej idolką na całe życie. Może tym mocniej, że sama również maluje i w tej sztuce zaczyna odnajdywać własny głos.

I myślę, że właśnie w tym — w takim cichym przekazywaniu wrażliwości, w spotkaniu pokoleń poprzez sztukę — kryje się najgłębszy sens tej wystawy.


Zachęcam do bliższego spotkania z twórczością Ewy Kuryluk, opisaną krótkim zarysem na stronie e-teatr.pl:

https://e-teatr.pl/warszawa-wystawa-prac-ewy-kuryluk-w-galerii-opera-68086


Oto kilka zdjęć z wystawy Ewy w wykonaniu wnuczki:







A temu obrazowi Ewy, wnuczka — wysyłając do mnie — nadała tytuł: „Queen”.


Zrozum, zanim osądzisz...



To jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających cytatów dotyczących empatii. Idealnie oddaje istotę zrozumienia drugiego człowieka i przypomina, jak zgubne bywają pochopne, powierzchowne osądy — tekst w obrazie.


środa, 24 czerwca 2026

Gigant wiary czy pomnik próżności?

Pod Toruniem, w niewielkiej wsi Konotopie (zaledwie 120 mieszkańców), powstaje największy w Europie pomnik Matki Boskiej. Ma mieć aż 55 metrów wysokości — czyli więcej niż słynny Chrystus w Rio de Janeiro (38 m) czy ten w Świebodzinie (36 m).

Budowa ruszyła jesienią 2024 roku, a uroczyste odsłonięcie zaplanowano na 15 sierpnia. Koszt? Bagatela — od 70 do 80 milionów złotych.

Całość finansuje prywatnie polski miliarder Roman Karkosik wraz z żoną. Pomnik ma być wotum wdzięczności. I tu pojawia się pytanie, które nie daje mi spokoju: wdzięczności za co? Za ogromny majątek? Za życiowe powodzenie?

Nie ukrywam — ta skala robi na mnie raczej wrażenie groteskowe niż wzniosłe. Bo czy naprawdę ktoś wierzy, że im większy pomnik, tym więcej dobra pojawi się w ludziach? Że wierni staną się lepsi, a niewierni nagle się nawrócą? Szczerze mówiąc — wątpię.

Gdyby istniał choć cień szansy, że takie inwestycje realnie zmieniają ludzi na lepsze, byłabym pierwsza do ich popierania. Naprawdę.

Ale historia pokazuje coś zupełnie innego. Ludzie nie stają się lepsi od wielkich symboli. A patrząc na to, co dzieje się dziś na świecie — mam wrażenie, że bywa wręcz odwrotnie.

Rozumiem natomiast samą motywację fundatorów. Chęć pozostawienia po sobie śladu, czegoś trwałego, co przetrwa pokolenia — jest przecież bardzo ludzka. Mając takie środki, można rzeczywiście „zapisać się” w historii. Może nawet kiedyś — kto wie — w legendzie.

Tylko czy taki pomnik realnie pomoże komukolwiek, kto zmaga się z codziennymi problemami? Czy przyniesie ulgę ludziom biednym, zagubionym, wykluczonym? Tu również mam swoje wątpliwości.

I może właśnie o to chodzi w całej tej historii — nie o wysokość pomnika, ale o pytanie, co naprawdę czyni świat choć odrobinę lepszym miejscem.

Bo może problem nie leży w tym, jak wielkie pomniki budujemy, ale w tym, jak mało zmieniamy się sami.


(fot. Justyna Wojciechowska-Narloch)


A Wy jak uważacie — czy takie monumentalne symbole naprawdę mają moc zmieniania ludzi, czy to tylko efektowna iluzja?


Lustro bez odbicia...



Refleksje nad życiem i zarazem próba generalna istnienia... Człowiek jest tym, co odważy się uznać za sens — tekst w obrazie.


wtorek, 23 czerwca 2026

Gruboskórnych savoir-vivre...

 



Jakie skojarzenia wywołuje gruboskórny nosorożec? Chamstwo w wersji pancernej? Pancerz zamiast sumienia? Obrażony obrażacz? — wiersz satyryczny w obrazie.


Wspomnienia pachnące piwoniami

Ech, te piwonie… Najpiękniejsze przychodzą na przełomie maja i czerwca, kiedy dni pachną słońcem, a powietrze drży od ciepła. Nawet przelotny deszcz nie odbiera im uroku — przeciwnie, wydobywa z nich coś jeszcze bardziej magicznego. W kroplach wody stają się cięższe od zapachu, pełniejsze, jakby na chwilę zatrzymały w sobie wiosnę. Bo piwonie nie kwitną — one olśniewają.

Mam je w ogrodzie i mogę patrzeć, jak perlą się w deszczu, jakby ktoś rozsypał na ich płatkach drobne szkło. Są czerwone — tylko takie. Moje ulubione.
Nie ścinam ich nigdy. Zostawiam je światu, w którym wyrosły — między drzewami, w świetle i cieniu, tam, gdzie są najpiękniejsze.

Mam tak od dziecka. Pamiętam, jak zbierałam ich opadłe płatki — ciche, lekkie, już trochę senne — do małego koszyczka. Potem wracałam z nimi do swojej chatki na drzewie i ozdabiałam nią wszystko, co było moje. Jakby to były najcenniejsze skarby znikającej wiosny.



poniedziałek, 22 czerwca 2026

Magia huśtawki...

 


Huśtanie to coś więcej niż zabawa — to mała podróż między ziemią a niebem. W tym spokojnym rytmie dziecko odnajduje równowagę, ukojenie i radość, jakby na chwilę trafiało do bezpiecznej, zaczarowanej krainy. Niech więc huśtawki skrzypią cicho w ogrodach i parkach, a dzieci — unoszone wiatrem i wyobraźnią — huśtają się, ile dusza zapragnie — wierszyk w obrazie.


Gdzieś nad wodą…

 


Woda, rytmiczny plusk fal — wycisza, koi nerwy i stymuluje wyobraźnię — tekst w obrazie.


niedziela, 21 czerwca 2026

Noc, w której tańczy lato

Nadchodzi noc ognia, wody i ziół — Noc Świętojańska, zwana też Sobótką, Kupalnocką, Nocą Kupalną… Noc najkrótsza, a zarazem pełna magii, gdy słońce na chwilę zatrzymuje swój bieg, a świat oddycha ciszą lata.

To czas, by być wśród drzew i traw, wsłuchać się w szum wiatru, zapatrzeć w płomień i gwiazdy. Czas, gdy tradycja splata się z marzeniem, a zwyczaj z pragnieniem chwili.



Musi dojść do tragedii na skalę światową, żeby politycy się spamiętali?...

 



To nie ludzie — to siła. To nie tłum — to bunt. To nie cisza — to krzyk. To nie demonstracja — to przełom. To nie protest — to początek... Czy ludzie dobrej woli zdążą wziąć "sprawę" w swoje ręce, czy jednak musi dojęć do tragedii na skalę światową?... tekst w obrazie.


Pierwszy dzień lata… a ja wciąż tęsknię za wiosną

Jak ten czas leci — lato przyszło szybciej, niż się spodziewałam. I trochę mi żal. Bo to znaczy, że wiosna, ta najpiękniejsza pora roku, już za nami. Ech… zdecydowanie zbyt szybko. Kasztany, bzy i kalina przekwitły niemal niezauważenie. Zawsze mam wrażenie, że ich czas trwa za krótko, żeby naprawdę nacieszyć się ich zapachem i delikatnym pięknem.

Wiosnę pożegnałam najpiękniej, jak tylko mogłam — wędrując po lesie. I mam wrażenie, że ona się ze mną pożegnała równie czule. Po krótkim deszczu powietrze było nasycone zapachami — intensywnymi, wilgotnymi, niemal namacalnymi. Takimi, które chce się zapamiętać na długo.

Potem jednak przyszła duszna, ciężka chwila popołudnia. Niebo pociemniało, zaciągnęło się granatowymi chmurami, a w oddali dało się już słyszeć pierwsze pomruki burzy. Wracając do domu, poczułam znajomą nostalgię — tę cichą tęsknotę za czymś, co właśnie się kończy.

Bo przecież:
„Wiosna nie zna różnic wieku — każdy wydaje się młody i radosny. Troski idą na chwilę w zapomnienie, a serca pulsują przeczuciem nieśmiertelności” (Lucy Maud Montgomery).

No dobrze… trzeba się z tym pogodzić. Po wiośnie zawsze przychodzi lato — i ono też ma swoje piękno. Dziś jego pierwszy dzień. Najdłuższy dzień w roku — aż 16 godzin i 46 minut światła.

A lato już daje o sobie znać. W powietrzu unosi się zapach lipy i dzikiego bzu. Uwielbiam go — przywołuje wspomnienia dzieciństwa i młodości. Jest w nim coś kojącego. Coś, co łagodnie przykrywa tęsknotę za wiosną…



sobota, 20 czerwca 2026

Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XVTym razem będzie o tym, że braciszek zawdzięcza życie właśnie mnie — i proszę tego nie podważać. O lataniu na linie dzwonu, które dla niektórych jest „niebezpieczne”, a dla mnie — zwyczajnie świetne. O księdzu proboszczu, który niby groził, a jednak jakoś specjalnie się nie odważył. Będzie też o harcerstwie, w którym wszyscy wyglądają poważnie, nawet jeśli wcale tacy nie są. No i o Dziadzie Mrozie, który okazał się zwykłym Zbyszkiem z podwórka — czyli o największym rozczarowaniu sezonu. A na koniec o tym, że człowiek niby jeszcze dziecko… a już coraz trudniej dać się nabrać.


Proszę bardzo, patrzcie, patrzcie — mój kochany braciszek Wojtuś ma już roczek. A ja, jego najlepsza niania, przyniosłam go z kościoła do domu. Ciężki już jest bardzo, ale co tam — daję radę, wszak silna jestem jak… tur.

Niech Wojtuś wie, że go kocham. On na pewno też mnie kocha, bo wie, że to dzięki mnie jest na świecie. Dlaczego dzięki mnie? No jak to? Przecież to jasne. Bo gdybym ja się jednak chłopcem urodziła, to rodzice już by się o niego nie starali. Jasne, nie?



Często bawię się z Wojtusiem. Szczęśliwy Halinek-Mintek dzisiaj przebrał go za lalę, a lalę Mintka za dziecko. Fajnie wyglądamy, nie?



Wprawdzie zdjęcie jest mało wyraźne — nie będę już nawet wspominać, kto je zrobił — ale coś tam jednak widać. Szkoda, że tylko tyle, bo chciałam się pochwalić swoimi zębami. Ponoć mam bardzo ładne. Podsłuchałam, jak pani Siódmakowa, koleżanka mamusi, mówiła to dzisiaj do niej.

Cholewcia, aż żal, że w lepszym wydaniu nie zostały uwiecznione. Bo też nie wiadomo, jak długo jeszcze je będę miała.

Skąd mi takie myśli przychodzą do głowy? Ano stąd, że ostatnio nasz ksiądz proboszcz powiedział mi, że jak dalej będę tak szaleć, to niebawem je stracę.

No, naprawdę tak powiedział. A tylko dlatego, że przyłapał mnie, jak wylatywałam na linie dzwonu przez otwór okienny na wieży dzwonnicy.

O rany, ale byłam wkurzona na niego. Raz, że mnie przyłapał, a drugi raz, że miał takie mniemanie o mnie.

Co on sobie myśli — że z melepetą ma do czynienia? Co to dla mnie takie tam fruwanie na wysokościach. Przecież na drzewach i dachach jestem wyćwiczona.

Jednak po zastanowieniu musiałam proboszczowi wybaczyć i jedno, i drugie, bo też szczerze przyznać musiałam, że i tak potraktował mnie ulgowo.

Raz — że mnie, jako jedynej dziewczynie, pozwolił wraz z chłopakami co godzinę wdrapywać się na wieżę kościelną i bić w dzwony na cześć zmarłego papieża Jana XXIII (zm. 3.06.1963 roku), a drugi raz — że oprócz tej przestrogi, że stracę zęby, ani na mnie nie nakrzyczał, ani „ściętaka” w moją szlachetną główkę nie wymierzył.

Chłopcom natomiast za to samo oberwało się, że ho, ho! Zbeształ ich jak święty Michał diabła i po parę solidnych „ściętaków” wykonał na ich głowach. Aż świstało.

Trudno mi pojąć, dlaczego mnie tak ulgowo potraktował. Ale coś mi się tak wydaje — bo tyle to już pomiarkowałam — iż nasz wielebny ksiądz proboszcz ma respekt przed osobami zajmującymi jakieś tam wyższe pozycje w naszej małomiasteczkowej społeczności. No i nie cykor? Cykor jak nic!

Ale za to ja i chłopaki cykorami nie byliśmy, bo gdy tylko proboszcz się oddalił, znów zrobiliśmy sobie zawody, kto bardziej się na linie największego dzwonu rozhuśta i dalej wyleci przez otwór okienny — raz z jednej strony dzwonnicy, raz z drugiej.

Mnie się wprawdzie nie udało tak mocno rozhuśtać jak Frankowi, ale najgorsza też nie byłam. Ależ to była frajda — tak fruwać na wysokościach! Całe miasto było widać, i to z każdej strony.

No ale przy okazji tego naszego fruwania wszystkie trzy dzwony waliły jak oszalałe. Bo gdy jedno z nas fruwało na linie największego dzwonu, wprawiając w ruch jego serce, oczekujący na swoją kolejkę nerwowo kołysali sercami dwóch mniejszych dzwonów.

Tak że papież Jan XXIII gdzieś tam na wysokościach na pewno był z nas zadowolony. A my dopiero!…

A jeśli chodzi o moje zęby, to ksiądz proboszcz nie miał racji. Te same mam do dziś.

Muszę się jeszcze pochwalić, jaką wzorową harcerką byłam. Proszę bardzo: poczet sztandarowy — wystąp! No co, harcerka ze mnie jak się patrzy, nie?

Mam już ponad dwanaście lat, jestem w V klasie i na mojej lewej (przyszłej) piersi pyszni się brązowy sznur… A może to ja się bardziej pysznię? Nieważne. Tak czy siak — jestem harcerką jak się patrzy!



Ojej, powtarzam się. No dobrze, to mówię już o tej ważnej okazji, w której mogę się zaprezentować w pełnej harcerskiej krasie.

Otóż jest to uroczystość nadania sztandaru naszemu ZHP — ufundowanego przez zakłady pracy w naszym mieście.

Stoję sobie w poczcie sztandarowym razem z Martinem i Bogusią, a z tyłu przypatruje nam się wielu ważnych panów z tych różnych zakładów pracy. Chwała im za to… A zwłaszcza za to, że możemy sobie tak postać w pełnym rynsztunku i w pełnej gali.

A niech nas podziwiają i na nas się napatrzą. Wszak harcerze z nas jak się patrzy…

Że co? Że już to mówiłam? Aha! No dobra, to niech będzie: „jak z obrazka”.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego nikt z nas — kompletnie nikt — się nie uśmiecha. Dlaczego wszyscy mamy takie wyraźnie smętne miny. Powaga chwili czy może jednak coś innego?

Ale to nic! Sama siebie podziwiam na zdjęciu i napatrzeć się nie mogę. Bo też wiele miesięcy minie od tego zdjęcia i — nie wiedzieć czemu — nikt mnie w międzyczasie nie uwiecznił na żadnym zdjęciu. Szkoda.

Kiedy piękny czas wakacji i lata minął i nastała zima, pod koniec grudnia znów dzieciaki powędrowały do miejskiej świetlicy celem odebrania tego, co im się należało — jak co roku zresztą — czyli „przydziałowej” paczki ze słodyczami.

Zaraz, ale co to za Dziad Mróz w tym roku, ja się pytam? Najgorsze jego — jak do tej pory — wydanie. Małe to jakieś i takie niepozorne. Byłam zawiedziona.

A jak już mnie i Terenię wywołano na scenę (Lodzię nie, bo była już za duża na paczki), to myślałam, że padnę trupem na widok tego Dziada Mroza z bliska.

Toż to istna paranoja! No nie, przecież to Zbyszek Piasecki w przebraniu — mój dwa lata starszy kolega! I to jeszcze z rózgami w ręku. Taki obciach! Organizatorzy tego „spektaklu” tym razem w ogóle się nie postarali.

Ale niech tam — ważne, że jest paczka i zdjęcie z tej całej komedii. A może już jesteśmy za duże, aby tak bezkrytycznie podchodzić do Dziada Mroza? Być może.

Postanowiłam, że po raz ostatni osobiście zjawiam się po odbiór paczki, chociaż powinnam jeszcze dwa razy, gdyż przysługują dzieciom do czternastego roku życia.

Nie, nie podaruję ich nikomu. Tatuś sam może je odebrać w pracy. Bo ja akurat w tych dniach „będę” chora.

Wracając z paczką na miejsce, wyszeptałam Tereni o swoim postanowieniu, a ona — o dziwo — się z nim zgodziła i powiedziała, że po odbiór tej ostatniej (bo będzie miała już czternaście lat) też już nie przyjdzie, bo czuje się za duża.

Trudno się z nią nie zgodzić, że „za duża”, bo popatrzcie sami — nawet jej płaszcz świadczy o tym, że tak jest… A może w praniu się tak skurczył?



Na zdjęciu widać wyraźnie, że z tego wstrząsu — na widok Dziada Mroza — jakowaś pomroczność jasna na mnie spłynęła.

Dobrze, że chociaż ruszać się mogłam normalnie. Czułam nawet, że jakbym więcej energii dostała i niczym z turbo doładowaniem szybkim krokiem oddaliłam się ze sceny.

Mało swoich okropnych śniegowców — z komunistycznego przydziału — nie zgubiłam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


W objęciach lata...

 



Nastało lato 2026 — niech każdy więc korzysta z letnich dni, jak umie — najlepiej w naturze, nie w zgiełku i nie w tłumie — wiersz w obrazie.


Pod czerwcowym niebem drzew

W czerwcu drzewa są najpiękniejsze — świeże, zdrowe, zanurzone w zieleni, w soczystym oddechu lata. Nawet te najstarsze, zmęczone czasem, w tej zielonej pełni stają się młodsze.

Lubię chodzić wśród nich bez pośpiechu, wsłuchiwać się w szept liści, gdy wiatr cicho gra na ich gałęziach i pytać w myślach — o czym opowiadają?

Może o wszystkim, co niesie człowiek: o doli i niedoli, o czułości i ciężarze serca. A czasem — choć niechętnie — o krzywdzie i ludzkiej ciemności… bo i takie historie wiatr im przynosi.




Szumią o pięknie całego świata… 
Los ludźmi przecież po Ziemi miota,
a potem ludzie pod drzewem siadają
i o cudach świata opowiadają.

Szumią o wielkiej potędze miłości,

o oczarowaniu, a nawet zazdrości.
Wszystko od ludzi to usłyszały,
bo jak spowiednik przez wieki stały.

Dzieciom zaś baśnie opowiadają...

Mnóstwo ich w dziuplach schowanych mają.
Zbierały je wszystkie przez wiele lat,
a układał je skrzętnie zielony skrzat.

piątek, 19 czerwca 2026

Kocia powaga vs. ludzka słabość...

 


Manifest poranny wkurzonego kota:

Serio jeszcze śpicie? To jest skandal! Kto tu rządzi? Nie po to was mam. Weźcie się ogarnijcie... Ile mam czekać? To wcale nie jest śmieszne. Nie testujcie mojej cierpliwości. Otwierajcie natychmiast!... Koniec żartów. Zaczynm larum: miauuu + skomlenie deluxe.

Tak wygląda egzekucja praw podstawowych kota z sąsiedztwa — wierszyk w obrazie.