Jakie życzenia można
złożyć dzieciom, które codziennie patrzą śmierci w oczy? Które
nie mają dzieciństwa, tylko strach, głód, rany, popiół i
wrzask? Które zasypiają wtulone w matki — jeśli jeszcze je mają
— i nie wiedzą, czy się obudzą?
Nie ma takich słów w
żadnym ludzkim języku. A w boskim...? Akurat! „Dobry Bóg” —
naprawdę? Ten, do którego modlą się dzieci i ich matki? Błagają,
płaczą, kulą się w ruinach… i nic. Zero. Cisza. Już kolejny
rok. Więc może Go nie obchodzi ich los. Może nie istnieje. A jeśli
istnieje, i patrzy — i NIC NIE ROBI — to… nie jest dobry.
Bo jak można patrzeć,
jak dzieci płoną, jak są rozrywane bombami, jak giną w ramionach
matek albo same, pośród gruzów?
Jakie życzenia można
im złożyć?!
Żeby wojna się
skończyła?
Za późno. One już
widziały piekło.
Żeby przetrwały?
Niektóre nie dożyją
jutra.
Żeby mniej bolało?
Boli ciągle. Ciało,
dusza, serce, wszystko.
KOCHANE DZIECI Z KRAJÓW OGARNIĘTYCH
WOJNĄ...
Przepraszam, że nie potrafię znaleźć słów,
które cokolwiek Wam dadzą.
Przepraszam, że dorośli zgotowali Wam ten los.
Przepraszam, że Bóg milczy.
I życzę Wam tylko jednego — choć to brzmi jak
rozpaczliwy szept w ciemności:
PRZETRWAJCIE. Z
MATKAMI, BEZ MATKI, JAKKOLWIEK. PRZETRWAJCIE I NIE DAJCIE SIĘ
ZGASIĆ.
A jeśli się nie da…
niech chociaż Świat wreszcie się zawstydzi...