Pod Toruniem, w niewielkiej wsi Konotopie (zaledwie 120 mieszkańców), powstaje największy w Europie pomnik Matki Boskiej. Ma mieć aż 55 metrów wysokości — czyli więcej niż słynny Chrystus w Rio de Janeiro (38 m) czy ten w Świebodzinie (36 m).
Budowa ruszyła jesienią 2024 roku, a uroczyste odsłonięcie zaplanowano na 15 sierpnia. Koszt? Bagatela — od 70 do 80 milionów złotych.
Całość finansuje prywatnie polski miliarder Roman Karkosik wraz z żoną. Pomnik ma być wotum wdzięczności. I tu pojawia się pytanie, które nie daje mi spokoju: wdzięczności za co? Za ogromny majątek? Za życiowe powodzenie?
Nie ukrywam — ta skala robi na mnie raczej wrażenie groteskowe niż wzniosłe. Bo czy naprawdę ktoś wierzy, że im większy pomnik, tym więcej dobra pojawi się w ludziach? Że wierni staną się lepsi, a niewierni nagle się nawrócą? Szczerze mówiąc — wątpię.
Gdyby istniał choć cień szansy, że takie inwestycje realnie zmieniają ludzi na lepsze, byłabym pierwsza do ich popierania. Naprawdę.
Ale historia pokazuje coś zupełnie innego. Ludzie nie stają się lepsi od wielkich symboli. A patrząc na to, co dzieje się dziś na świecie — mam wrażenie, że bywa wręcz odwrotnie.
Rozumiem natomiast samą motywację fundatorów. Chęć pozostawienia po sobie śladu, czegoś trwałego, co przetrwa pokolenia — jest przecież bardzo ludzka. Mając takie środki, można rzeczywiście „zapisać się” w historii. Może nawet kiedyś — kto wie — w legendzie.
Tylko czy taki pomnik realnie pomoże komukolwiek, kto zmaga się z codziennymi problemami? Czy przyniesie ulgę ludziom biednym, zagubionym, wykluczonym? Tu również mam swoje wątpliwości.
I może właśnie o to chodzi w całej tej historii — nie o wysokość pomnika, ale o pytanie, co naprawdę czyni świat choć odrobinę lepszym miejscem.
Bo może problem nie leży w tym, jak wielkie pomniki budujemy, ale w tym, jak mało zmieniamy się sami.
A Wy jak uważacie — czy takie monumentalne symbole naprawdę mają moc zmieniania ludzi, czy to tylko efektowna iluzja?
