Miała to być zwykła poranna wędrówka. Kilka kilometrów, trochę ciszy i czas na uporządkowanie myśli. Nie spodziewałam się, że tego dnia spotkam coś, co przypomni mi historię sprzed lat — i pokaże burzę z zupełnie innej strony.
Wczoraj z samego rana miałam zaplanowane „kijkowanie”. Nie było więc miejsca na wymówki — plan to plan. Wsiadłam do auta i pojechałam na szczyt tutejszej góry.
Już po kilku minutach, z lekkim uśmiechem, maszerowałam leśnym traktem. Las przywitał mnie ciszą i spokojem, które otulały jak miękki płaszcz.
Myśli same zaczęły krążyć wokół sprawy, która od jakiegoś czasu domagała się uwagi.
Zamknęłam się w nich tak szczelnie, że nie zauważyłam, kiedy niebo nagle przygasło, a powietrze zgęstniało. Dopiero pierwsze krople deszczu wyrwały mnie z zamyślenia.
Nie przeszkadzało mi to jednak. Lubię deszcz — jego zapach, jego rytm, jego obecność. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam kilka zdjęć. Chciałam zatrzymać tę ulotną chwilę.
Wkrótce jednak cisza zaczęła się kruszyć. Do moich uszu dotarły niskie, coraz bardziej natarczywe pomruki nadchodzącej burzy. I nagle — jak echo z przeszłości — przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam… Oto jego fragment:
...Gdy idzie
na burzę,
zostań lepiej w domu.
Brawura jest głupia,
nie
chroni od gromu...
— No tak — pomyślałam — tylko że ja już jestem poza domem. Nie mając wielkiego wyboru, przyspieszyłam kroku w stronę parkingu.
Nie boję się burz. Wiem, jak się zachować, znam ich naturę. Ale nie widzę sensu w niepotrzebnym wystawianiu się na próbę. Wolę podziwiać je z dystansu — wtedy są najpiękniejsze.
A jednak jest w tej historii coś więcej. W młodości, podczas wakacji u cioci, zostałam porażona piorunem kulistym. Może właśnie dlatego burze fascynują mnie do dziś.
Od tamtej pory zgłębiam ich tajemnice i wiem, że oprócz grozy niosą ze sobą także niezwykłe piękno.
Wyładowania elektryczne oczyszczają powietrze, nasycają je świeżością — jakby po każdej burzy świat zaczynał oddychać głębiej.
Wiem też, jak pomóc tym, którzy mieli mniej szczęścia. Porażenie piorunem najczęściej zatrzymuje oddech i serce. Wtedy liczy się każda sekunda — trzeba działać natychmiast.
Kiedy dotarłam do auta, deszcz lał już strugami, a niebo rozdzierały potężne błyskawice.
Nie odjechałam od razu. Przez kilkanaście minut siedziałam w środku, patrząc na ten niezwykły spektakl natury.
Nie czułam strachu. Samochód stał się moim schronieniem — zamkniętą przestrzenią, która jak klatka Faradaya odcinała mnie od żywiołu.
Wiedziałam, że nawet jeśli piorun uderzy, jego energia rozleje się po zewnętrznej powierzchni, nie naruszając wnętrza.
I tak siedziałam — między ciszą a burzą, między spokojem a potęgą natury — czując, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

