Poczytaj mi mamo do poduszki... Rymowana bajka o Żabci Kumci i jej przygodzie — w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Świat odmieniony czarem? Może rzucone zaklęcie pomoże i wreszcie stanie się przyjazny dla dobrych ludzi. Marzenie? Bajka? Jedno i drugie. Ale też i nadzieja. Wierszowana bajka w obrazie.
Z samego rana wybrałam się do lasu. Czułam, jak cisza między drzewami skrywa coś, co tylko czeka, aż zrobię kolejny krok. Wędrując ścieżynkami po jego głębinach, z dala zobaczyłam coś czerwieniejącego się na drzewie. Mignęło jak błysk światła wśród gałęzi. Zaciekawiło mnie to tak bardzo, jakby ktoś pociągnął mnie za niewidzialną nitkę. Zanim jednak podeszłam bliżej, zrobiłam kilka zdjęć z dużym zoomem. Pochyliłam się nad ekranem aparatu, chcąc sprawdzić, co to może być.
— No coś takiego! — zawołałam sama do siebie, choć w tej ciszy mój głos zabrzmiał obco. To, co zobaczyłam, ogromnie mnie zdziwiło. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie namyślając się długo, ruszyłam naprzód.
Stanęłam pod drzewem i zadarłam głowę. Między liśćmi, jakby ułożona tam z rozmysłem, leżała na gałązce lalka. Spoglądała na mnie wesołym okiem, choć w tej wesołości kryło się coś, co sprawiło, że po plecach przebiegł mi dreszcz. Była naga i trochę brudna, lecz włosy miała piękne. Rude, niczym sama pani Jesień.
— Czyżby pani Jesień lalkami się bawiła? — szepnęłam, bo nagle nie miałam odwagi mówić głośniej. Odpowiedzi nie było. A jednak miałam wrażenie, że las słyszał każde moje słowo. Postanowiłam już niczemu się nie dziwić.
Następnego dnia coś niewidzialnego znów poprowadziło mnie pod to drzewo. Drżało we mnie przeczucie, choć nie umiałam powiedzieć dlaczego. Zobaczyłam, że obrazek zmienił się bezpowrotnie. Liście na gałęziach pożółkły niemal całkiem.
Lalka także nie była już taka jak wcześniej. Jej rude włosy zastąpił róż. Jakby przez noc przeszedł po nich tajemniczy dotyk farby, lekkomyślny i psotny. Pani Jesień musiała czuwać tu wtedy, gdy spałam.
Jedynie uśmiech lalki pozostał ten sam. Niezmiennie tajemniczy. Jej oczy błyszczały jak dwa oka wsunięte w dziurki jesiennej maski. Ich błękit przyciągał mnie tak silnie, że na chwilę zapomniałam o oddechu.
Patrzyła na mnie z wysoka, wpatrzona we mnie z uporem kogoś, kto wie więcej, niż powinien. Coś mnie trzymało pod tym drzewem. Czułam to bardzo wyraźnie, jak niewidzialną rękę z liści i wiatru. W końcu wyrwałam się z tego spojrzenia i ruszyłam dalej, choć las wydawał mi się nagle o wiele większy.
Miałam nie zadawać pytań, a jednak ten różowy pojazd na skraju lasu sprawił, że zamarłam. Pasował tu jak sen, który wbiegł zbyt głęboko w jawę. Pani Jesień postanowiła wszystko odmienić według własnego widzimisię, zmieniając zasady tej krainy bez pytania kogokolwiek o zdanie.
Zmiana w lesie przeniknęła mnie do samego środka. A może to coś jeszcze innego próbowało mnie dosięgnąć? Zaczęłam podejrzewać, że nic nie wydarza się tu przypadkiem.
W końcu tej nocy przyśniła mi się lalka z gałęzi. Stała blisko. Zbyt blisko. Jej oczy, wielkie jak dwa tajemne jeziora, śmiały się do mnie głośno. Uśmiech drgał jak niewypowiedziana tajemnica. Nie pamiętałam jedynie koloru jej włosów.
Dlaczego? Co to miało znaczyć? To pytanie nie chciało dać mi spokoju po przebudzeniu... Po śniadaniu pobiegnę do lasu. Las musi znać odpowiedź.
* Ilustrację wykonała moja siedmioletnia wówczas wnuczka.
* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.
* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.
* Wracam do swoich starych rymowanek dla dzieci za sprawą mojej najmłodszej 10-letniej wnuczki, która ostatnio z zapałem tworzy do nich ilustracje. Dla zabawy pragnie też porównać je do ilustracji wykonanych 16 lat temu przez jej 13 lat starszą siostrę... Jeśli o mnie chodzi, widzę w nich wiele podobieństw.
Wracam do swojej starej, sprzed ponad 20 lat rymowanki dla dzieci za sprawą mojej najmłodszej 10-letniej wnuczki, która ostatnio namalowała swoją ilustrację do niej. Chciała dla zabawy porównać ją do ilustracji wykonanej 16 lat temu przez jej 13 lat starszą siostrę... Spodobała mi się ta jej zabawa. W tych ilustracjach widzę wiele podobieństw.
W makowym polu stoi Makówka,
Stoi i wzdycha: — Boli mnie główka.
Mądrości pełno jest w mojej głowie,
Co mam z nią począć? Kto mi podpowie?
A wokół rosną tylko Maczki,
Takie małe nieboraczki.
Rosną… rosną… i wciąż małe,
Żadne nie są tak dojrzałe.
Lecz choć one takie małe,
Są przyjazne i wspaniałe.
W czerwone odziane kubraczki
Są te wszystkie małe Maczki…
Tworzą piękną barwę pola,
Taka Maczków przecież rola.
A Makówka tylko wkoło
Wciąż powtarza, trzepiąc głową:
— Wszystkie macie puste główki…
Nic wam do mnie, dojrzałej Makówki.
Bo ja jestem tak dojrzała,
Taka mądra, tak wspaniała…
Smutne miny robią Maczki,
Takie małe nieboraczki.
A że Maczki żyją zgodnie,
Wszystko u nich jest podobnie.
Stoją wciąż za sobą murem
I wołają wszystkie chórem:
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
Maczki — bractwo bardzo zgodne —
Miny mają już pogodne
I próbują z każdej strony
Swoją rolę wziąć w obronę.
— Hej Makówko, co ty gadasz?
Może pełną główką władasz,
A choć nasze niepodobne,
Jednak bardziej są ozdobne.
— Was tylko ściąć... i do wazonu!
A ze mnie makowca piekarz wykona. —
Oj nie na żarty zdębiały Maczki
I posmutniały, nieboraczki.
— Bo ja jestem tak dojrzała,
Taka mądra, tak wspaniała! —
I trzepnęła główką dumnie,
Bo tak pięknie nikt nie umie.
Zgodne Maczki — stoją murem
I wołają wszystkie chórem:
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
Głośno ziewnęła znudzona Makówka,
Że aż ze strachu krzyknęła Rosówka:
— Cóż ty tak ziewasz moja pani?!
Swoim nietaktem wszystkich ranisz!
— Ach, bo mnie nudzą te małe Maczki.
Chcą być mądrzejsze, nieboraczki…
Tyle rozumu mam w swojej głowie,
Że jest inaczej, nikt mi nie powie!
Na to Rosówka śmiechem parsknęła:
— A skądżeś się tutaj w ogóle wzięła?!
Z kwiatu maku powstaje makówka,
Nie zawsze wyglądała tak twoja główka!
— Ach, jesteś głupia… prawdopodobnie! —
Buzię wydęła Makówka wymownie. —
Ja zawsze byłam taka dojrzała,
Taka mądra, taka wspaniała! —
I śmiechem buchnęła, trzęsąc się cała…
Maczki wołają: — Chwała ci, chwała!
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
— Dość tego! — Rosówka nie wytrzymała
I mocno ogonkiem o ziemię zastukała. —
Nic już z tego nie rozumiem,
A rozsądnie myśleć umiem.
Bractwa Maczków jesteś siostrą,
Lecz dlaczego taką ostrą?!
Wiem już! Jesteś tylko przemądrzała,
A nie mądra i wspaniała…
A daj ty sobą dobry przykład,
Ze swej wiedzy zrób nam wykład.
— A cóż ja wam będę opowiadała?
Natura mądrości wszak wam nie dała.
Zwłaszcza te Maczki… takie szkaradne
W rozumowaniu nieporadne.
Wysiłku mojego byłoby szkoda,
Bo wiedza po was spływa jak woda.
— Tyś już chyba oszalała,
Taka z ciebie samochwała!
Wiesz, co myślę, moja droga?
Twoja wiedza jest uboga.
Skończże pleść te dyrdymały,
Bo się śmieje zagon cały.
Znów Makówka obrażona,
Trzepie główką nastroszona.
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
— Zaraz… zaraz! — Co się dzieje?! —
Gdzieś wysoko ktoś się śmieje.
Aaaa… to Sroka czarnooka
Nadlatuje hen z wysoka.
— Skandal! Skandal! — zaskrzeczała. —
Ta Makówka zwariowała…
Durrrna! Durrrrna! — głośniej dodała
I ze świstem fruuuuu…! odleciała.
Makóweczka obrażona:
— No co ona…? No co ona?!
Przecież jestem doskonała,
Mądra bardzo, wręcz wspaniała!
— Kuku! Kuku! — Co się dzieje?!
Czemu każdy tak się śmieje? —
Kukułeczka z lotu ptaka
Zakukała: — Co za draka?!
Wiem! To ty znów Makóweczko
Wciąż wymądrzasz się w kółeczko.
Wymyśl lepiej coś innego…
— Co takiego…?! Co takiego?!
Nie pojmuję, czego chcesz?
— Siły na zamiary mierz!
To dla ciebie dobra rada.
Zarozumiałym być nie wypada.
A Makówka? Jak to ona…
Jeszcze bardziej obrażona.
— Wyście chyba poszaleli,
Na najmądrzejszą się uwzięli.
Czy tak ciężko jest zrozumieć,
Być wspaniałą trzeba umieć.
Ziarenek maku pełno wokoło,
Bo Makówka wciąż trzepie głową.
A Maczki? Jak to Maczki,
Z radości pokraśniały nieboraczki.
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
— Huhuuu! Huhuuuuu!!! — zadrgało powietrze.
To stara Sowa kołuje na wietrze.
I wszyscy jakoś zaniemówili,
Każdy się wczuł w powagę chwili.
Bo ta Sowa to mądra głowa.
Wszyscy to wiedzą wszędzie dookoła.
Każdy przed nią respekt czuje,
Choć ona wszystkich dobrze traktuje.
Każdemu daje mądre rady,
Lecz też bezlitośnie wytyka wady.
Obok Rosówki Sowa ląduje
I się Makówce wciąż przypatruje.
— Słucham was już kwadrans cały
I widzę, że macie problem niemały!
A gdzie jest problem… tam rozwiązanie.
Pozwólcie, że wam wyrażę swoje zdanie:
Każdy ma w życiu swe przeznaczenie,
Lecz żyć w zgodzie z innymi też ma znaczenie...
Dlaczego więc ciebie... Do ciężkiego licha!
Rozpiera aż tak obrzydliwa pycha?!
Postawa taka z pewnością bywa
Dla ciebie samej zbyt uciążliwa.
A przecież w życiu każdy miewa racje,
Po co więc robić ze swojej sensacje?
Niech każdy żyje najlepiej jak umie,
Ale drugiego niech też rozumie.
A wszyscy wtedy będziemy weseli,
Bez względu na to, czy rację żeśmy mieli.
Makówce mina zrzedła wyraźnie
I popatrzyła już nieco przyjaźniej.
— Może to wszystko kiedyś zrozumiem.
Jednego tylko pojąć nie umiem…
Za co te Maczki tak mi dziękują?
Robią mi na złość i denerwują.
Rosówka przez chwilę nie reaguje…
Słowami Sowy się delektuje.
W końcu dotarło do niej pytanie,
Więc głośno rzekła (kończąc ziewanie):
— Bo co ty robisz, droga przyjaciółko?
Trzepiesz swą głową tylko w kółko...
Popatrz na ziemię, co żeś narobiła,
Mnóstwa ziarenek się sama pozbyłaś.
Już cały zagon na dobre obsiałaś...
A efektu siania nie przewidziałaś?
Dzięki tobie już wczesną wiosną
Piękne Maczki tutaj wyrosną.
A ja im ziemię spulchnię wokoło,
Aby im wszystkim było wesoło,
— A my ci Makówko pięknie dziękujemy,
Wszak więcej przyjaciół mieć będziemy! —
Chórem zaśpiewały radosne Maczki
Do starszej swej siostry, nieboraczki.
Makówka ze wstydu główkę spuściła
i się głęboko zastanowiła:
— Myślę, że oni mogą mieć rację...
Tracąc ziarenka, straciłam orientację.
A morał z tej bajki wypływa taki:
Nie przedkładaj siebie ponad innych, bo stracisz przyjaciół z własnej winy.
HKCz`2004
W brzozowym lasku niedaleko Lubiąża, gdzie sarenki żyją w małym rudlu*, wielkie dziś poruszenie. Sprawił to wiaterek, który od samego rana szumi wesoło, niosąc ze sobą wspaniałą nowinę:
— Szuuu... szuuu... szuuu... nadchodzi wiosna, piękna, kwiecista, radosna... Szuuu... szuuu... szuuu!
Wszystkie sarenki z zaciekawieniem zaczęły strzyc uszami i przysłuchiwać się wiaterkowi. Chciały dokładnie zrozumieć jego szum, starając się nie uronić z niego ani jednego słowa.
— Jak cudownie! — pisnęła wreszcie najodważniejsza z nich.
Po chwili wszystkie sarenki, ciesząc się ogromnie, zaczęły tupać raciczkami o podściółkę i wtórować jej piskiem o różnej tonacji.
Brzozowy lasek rozbrzmiał chóralną muzyką. Wiaterek musiał się zdrowo napracować, aby jego szum nie został zagłuszony. Szumiał więc co tchu głośno, coraz głośniej:
— Szuuu! Szuuu! Szuuu! Teraz mnie słuchajcie! Teraz mnie słuchajcie! I bardzo was proszę, wysłuchajcie do końca!
Sarenki natychmiast posłusznie zamilkły i z jeszcze większym zaciekawieniem nastawiły uszu, a wiaterek szumiał dalej:
Niech kilka z was ruszy na pola i łąki wokół Lubiąża, by moją radosną nowinę przekazać zimującym tam sarenkom i zachęcić je do powrotu do lasu, zanim rolnicy zaczną tam swoje wiosenne prace. W lesie, jak już wiosna zawita na dobre, wszystkie będziecie miały dużo pożywienia i najlepsze warunki do życia. Ja muszę was teraz pożegnać, bo mam ważną misję do spełnienia. Otóż zmierzam do miejsca pod Lubiążem, gdzie mądrzy Lubiążanie zbudowali potężną farmę wiatraków, które będą produkować energię elektryczną za pomocą generatorów napędzanych moją siłą. A że z wiosną Lubiążańscy rolnicy będą potrzebować dużo więcej prądu, muszę zacząć tam dmuchać już dzisiaj... Które więc z was zgłoszą się na ochotnika, by wykonać to zadanie?
— Ja, ja! — zawołała najodważniejsza sarenka. — Ja i moja przyjaciółka. My we dwie wykonamy to zadanie należycie... Już ruszamy.
Leśnym traktem biegną dwie młode sarenki,
* Rudel — stado dziko żyjących zwierząt stadnych tego samego gatunku.
Zapraszam dzieciaki,
serdecznie was witam!
O przyjaźni bajkę
wam dzisiaj przeczytam.
Skończyły się wakacje,
czas wracać do przedszkola...
Na lekcję dodawania
Kaczuszka was woła.
Przygody z dodawaniem
Kaczuszka Żółciunia pływa po stawie
I ciągle na brzeg spogląda ciekawie.
Kaczorek Kędziorek na brzegu stoi,
Chce skoczyć do wody, ale się boi.
— No plaśnij do wody, strachajło ty moje! —
Kwacze Kaczuszka: — Popływamy — WE DWOJE!
— No dobrze, już dobrze... już przecież skaczę!
A nie myśl, że się boję... ja tylko patrzę.
Gdyby na drodze nie stał Muchomorek,
Dawno bym skoczył — skłamał Kaczorek.
— Ech ty Kędziorku i te wymówki twoje.
Skacz! Nie marudź! Pobawimy się — WE TROJE!
Muchomorek kapelusz na bakier przekrzywił...
— Chcą, żebym pływał? — w myślach się zdziwił.
— Och, kwa-kwa! — Kaczuszka ze śmiechu pęka.
— On myśli, że musi pływać, i tego się lęka.
Kędziorku, ty zostań już lepiej na brzegu,
A ja przypłynę z Myszką, jak złapię ją w biegu...
Ejże, Szaraniu... wyglądasz jakoś choro!
Stójże! No nie pędź tak! Pobawimy się — WE CZWORO!
Myszka już na mostku hamuje z łoskotem.
— Dobra, już stoję, lecz nie pójdę z powrotem!
Kaczuszka zakwakała: — A to ci heca!
Jesteś blada jak woskowa świeca.
— Nie kpij ze mnie! Widziałam potwora! —
Pisnęła Myszka do żartów nieskora.
Kaczuszka oniemiała po tym, co usłyszała
I: — Tere-fere-kuku! — głośno zakwakała.
— Popatrz sama! — Myszka zarośla wskazała
I ze strachu do stawu pacnęła jak stała.
— Droga Szaruniu, przecież to Żabcio Moro!
Wyłaź z wody głupiutka! Pobawimy się — W PIĘCIORO!
Tymczasem Żabcio z zarośli się wygramolił...
— Co się dzieje?! Właśnie będę się golił!
Z wrażenia wszyscy wielkie oczy zrobili
I zdębieli, gdy go całego w pianie ujrzeli.
Moro dumnie podąża znów do zarośli,
Kumkając głośno: — Zachowujcie się jak dorośli!
Zaraz wrócę… tylko dokończę dzieła.
Kaczuszka buchnęła śmiechem, aż w pół się zgięła.
— A cóż on tak wydoroślał? Ma jakiś powód?
Gdzie Żabcia Kumcia? Może ona ma na to dowód?
O, już się zbliża, a za nią drepcze Moro.
Po wyjaśnieniu sprawy pobawimy się — W SZEŚCIORO!
— Już wam wyjaśniam! — Kumcia zakumkała
I na grzbiet Żółciuni w mig się wdrapała.
— Sprawa jest delikatna — rzekła po chwili. —
Dlatego proszę, bądźcie dla niego mili.
(Zaśmiała się, głaszcząc Żółciunię po ogonie).
Moro jest dzielny jak żołnierz na poligonie,
Taki mu komplement wczoraj powiedziałam,
Że się nim tak przejmie, tego nie wiedziałam,
I że doda golenie do swej toalety…
— Już rozumiem… Stąd te jego podniety! —
Żółciunia zakwakała i śmiać się przestała,
A po chwili poważnym już głosem dodała:
— Nikomu to przecież wcale nie przeszkadza.
Lubimy go, bo nas dobrym sercem nagradza...
— Racja! — Szaruni z pyszczka bladość zniknęła
I lądującego akurat Tylcia w objęcia wzięła.
Ktoś zaśmiał się serdecznie… To Żabcio Moro.
— Nie zwlekajmy już dłużej. Bawmy się — W SIEDMIORO!
Motylek Tylcio trochę się wzruszył
I z ramion Myszki do Żabcia ruszył...
A że w emocjach ruchy kontrolować trudno,
Runęli z hukiem, gdzie najbardziej brudno.
— Powiedzieć wam tylko chciałem przecie,
Że nudno by było na naszym świecie,
Gdyby wszyscy byli tacy sami… —
Nie skończył. Rumieniec oblał go barwami.
— Nic się nie stało — szepcze Kaczuszka
Prosto do jego brudnego uszka:
— Wykąpać się wszakże wam pomożemy,
Bo w dobrym nastroju bawić się chcemy.
Nie ma tu mowy o czyjeś winie...
O, Rybka Pypka z pomocą płynie.
Niechaj się wszyscy tutaj wnet zbiorą
I po kąpieli pobawimy się — W OŚMIORO!
Pypka ogonkiem w wodę plusnęła,
Aż ta strumieniem wielkim chlusnęła.
Moro i Tylcio zażywają kąpieli...
Lecz tej przyjemności dużo nie mieli.
Rybka ziewnęła: — Skończona praca!
Długo pracować się nie opłaca. —
I już jak strzała chyżo pruje wodę,
Chce Muchomorka chlusnąć na ochłodę.
A ten jak mimoza wystraszony stoi,
Nie wie, co go czeka, i już się boi...
Tylcio ląduje mu na kapeluszu
I szuka dojścia do jego uszu...
— A więc, mój drogi, posłuchaj mej rady:
Uśmiech najważniejszy, w nim nie ma wady.
Niech zawsze więc gości na twojej twarzy,
A krzywdę ci zrobić nikt się nie odważy.
— Prawda! — słychać kogoś z drugiego brzegu.
To Raczek Nieboraczek woła tam w biegu:
— Dwa dni zwiedzałem pobliskie jezioro.
Jestem już z wami! Pobawmy się — W DZIEWIĘCIORO!
Podróżą umęczony jestem okrutnie,
Chyba na początek drzemkę sobie utnę.
Hej ty Kędziorku, brachu mój drogi,
Pomóż podróżnemu z dalekiej drogi.
Wyłożyć się marzę na twoim grzbiecie,
Lepszego posłania nie znajdę przecież.
Kaczorek zakwakał na znak swojej zgody,
A serdeczny uśmiech dodał mu urody.
O jak to dobrze! — wysapał znów Raczek
I zaczął się wspinać po grzbiecie kaczym.
— Rety, jego szczypce! Oj, niewesoło! —
Ogromny popłoch się zrobił wokoło...
— Poczekaj jeszcze z tym swoim wspinaniem! —
Poprosił Kaczorek głośnym kwakaniem.
— My pomożemy! — rozbrzmiał cały akwen...
Lecz Raczek w głęboki już zapadł sen.
Tak więc go śpiącego na grzbiet wytaszczyli,
Sapiąc: — Uff!... Aleśmy się narobili!
Kaczorek zakwakał: — Idę do wody,
Po ciężkiej pracy zażyć ochłody…
— Kaczorku Kędziorku, słońce ty moje —
Rzekła Kaczuszka, patrząc na nich dwoje.
Pływajcie tak długo, aż Raczek się wyśpi.
W tym czasie ktoś z nas zabawę wymyśli...
Po chwili już słychać Kaczorka kwakanie:
(Wszyscy zdębieli... Czy znów coś się stanie?)
— Moi drodzy, pozwólcie przedstawić sobie:
Oto Łabędź Książątko we własnej osobie!
— Witamy serdecznie! — ukłonił się Moro. —
Przypłyń tu do nas! Pobawimy się — W DZIESIĘCIORO!
Łabędź Książątko nie mówi zbyt wiele.
Podpłynął cicho, szepcząc: — Moi przyjaciele.
Jakże się miło zrobiło dookoła,
Gromadka przyjaciół znów była wesoła.
Kaczuszka wtem kwacze: — A więc, moi drodzy,
Niech każdy fantazji popuści wodzy,
Niech każdy zabawy propozycję poda...
I bawmy się w końcu, bo czasu szkoda!
PODSUMOWANIE DODAWANIA:
Widzicie dzieci, tak w sumie jest, że DODAWANIE przyjemne jest. Zwłaszcza PRZYJACIÓŁ miło JEST dodawać, by PIĘKNE chwile przeżywać i się przyjaźnią napawać.
Przygoda małego ogórka
Kot i szpak
Dobroczynna zabawa Tupliczków
— Tulcia, a ty czemu budzisz się z taką wesołą miną? — spytał Tulcio siostrę, nachylając się nad jej łóżeczkiem. — Dlatego, że dzisiaj jest sobota?
— Dlatego… i jeszcze dlatego, że miałam piękny sen — odpowiedziała Tulcia.
— Aaaa…! To melduj zaraz… jaki sen? — zainteresował się Tulcio.
— Poczekaj no! Muszę sama najpierw pozbierać myśli i dokładnie sobie przypomnieć — odpowiedziała Tulcia i błędnym wzrokiem popatrzyła na brata, ale ciągle się uśmiechając. — Opowiem ci po śniadaniu.
Kiedy już po śniadaniu siedzieli na ławeczce przed domem, Tulcia zaczęła opowiadać:
— Śniła mi się piękna zabawa…
— No, domyślam się… Skoro sen był piękny, to i zabawa musi być piękna… Ale jak piękna? Z wyglądu? Czy może… ze smaku? — przerwał jej zniecierpliwiony Tulcio.
— Piękna… w ogóle… i koniec! A ty mi nie przerywaj, bo nigdy ci nie opowiem! — Tulcia naskoczyła na brata, ale widząc jego proszące spojrzenie postanowiła kontynuować opowiadanie snu. — Do zabawy potrzeba dużo tupliczków. Wszystkie ustawiają się w kole z wyciągniętą do tyłu lewą ręką. Ja podchodzę do każdego i wkładam mu do ręki jeden guziczek. Nikt nie może podglądać jakiego koloru jest ten guzik. A będą one różnego koloru. Tylko jeden będzie czerwony, który wygrywa, i czarny, który przegrywa. Potem tupliczki głośno wypowiadają formułkę gry i guziczki krążą w obrębie koła, ale tylko po jego zewnętrznej stronie, tzn., że tupliczki podają je sobie za plecami. Każdy tupliczek otrzymany wcześniej ode mnie guzik podaje tupliczkowi stojącemu po jego lewej stronie. Natomiast do prawej ręki dostaje guzik od innego tupliczka stojącego po jego prawej stronie. Przekłada go (za plecami oczywiście) do lewej ręki i znów podaje… itd. Przy czym, tupliczki ciągle recytują wyuczoną formułkę i jednocześnie przytupują nogami w miejscu, albo przestępują z nogi na nogę w kierunku ruchu wskazówek zegara, lub na odwrót. Mogą też wykonywać dowolne ruchy. Ważne, by przy tej zabawie trochę się pogimnastykować. Następnie, kiedy tupliczki zgodnie z treścią formułki krzykną: stop, wszystkie się zatrzymują i wyciągają prawą rękę przed siebie i pokazują w jakim kolorze mają guziczek. Ten, kto ma czerwony, wygrywa, i ma prawo wypowiedzieć jedno życzenie. Ten, kto ma czarny, przegrywa, i musi to życzenie spełnić. A potem spisuje się na kartce papieru imię tego co wygrał i treść jego życzenia oraz imię tego co przegrał i życzenie to musi spełnić. Tupliczek, który wygrał, rozpoczyna kolejną zabawę. Zbiera od wszystkich tupliczków guziczki, wrzuca do kubeczka i dokładnie je miesza. Potem rozdaje je tupliczkom ustawionym znów ładnie w kole, wkładając każdemu po jednym, tak samo jak ja, do lewej ręki. Samo wtedy nie bierze udziału w grze. Pilnuje tylko, aby gra przebiegała prawidłowo. I na koniec gry dopisuje do kartki, tak samo, imię wygrywającego, jego życzenie oraz imię przegrywającego. A potem włącza się już do następnego obiegu guziczków, czyli do następnej gry… No i co, fajna zabawa, Tulcio? — Tulcia zakończyła pytaniem swoje opowiadanie.
— Hmm…! Czy ja wiem…? A jakie życzenia tupliczki mogą wypowiadać? — pytaniem na pytanie odpowiedział Tulcio.
— No, realne… do spełnienia. A nie jakieś tam… wydumane — odpowiedziała Tulcia po chwili namysłu.
— No dobra! Niech będzie. Bawimy się. Zwołujemy tupliczki… Ty, zaraz… A guziczki skąd? — zastanowił się nagle Tulcio, hamując przypływ entuzjazmu.
— Spokojna twoja głowa! Już przed śniadaniem poprosiłam o nie mamusię i ona dała mi pełny kubeczek różnokolorowych guziczków.
— Halo, halooo…! Tu-pli-czki…! Chodźcie tu do nas! Mamy dobry pomysł — Tulcio wydzierał się na całe gardło. — Halo! Zbiórka tupliczków!
Zewsząd zaczęły nadciągać tupliczki. Ustawiały się naprzeciw rodzeństwa Tulbunków i z bardzo zaciekawionymi minami spoglądały na nich.
— No, gadajcie, coście wymyślili, bo nudzimy się jak stare mopsy — zagaił najstarszy z tupliczków.
— Poczekajcie… poczekajcie! Tylko was zliczę — zawołała Tulcia i zaczęła szybko liczyć przybyłe dzieci. — No, wspaniale! Czternaścioro dzieci. Z nami szesnaścioro… Guziczków powinno wystarczyć.
Tulcia jeszcze raz zerknęła do maminego guziczkowego kubeczka. A kiedy jego zawartość uspokoiła ją, zaczęła opowiadać tupliczkom o nowej zabawie i jej regułach. Nie przyznała się tylko, że ta zabawa jej się przyśniła. Tego dzieci nie musiały od razu wiedzieć. Gdy skończyła opowiadać, popatrzyła z ciekawością na ich miny. A miny tupliczków były różne. Jedne wyrażały zadowolenie z nowej zabawy, inne tylko zaciekawione, a jeszcze inne, a tych było najwięcej, niewielkie tylko zainteresowanie.
— Na tulpika! Nie róbcie takich min! — zawołał ten sam najstarszy tupliczek. — A co nam szkodzi spróbować? Może akurat będzie tulpikowo?!
— Właśnie! — podchwyciła Tulcia i zaczęła pośpiesznie ustawiać tupliczki w kole i jednocześnie uczyć je słów zabawy.
W końcu wszystko było już przygotowane do zabawy. Tulcia rozdała wszystkim tupliczkom guziczki (oczywiście od tyłu) i zabawa miała już ruszyć, gdy nagle Tulcio opuścił koło i doskoczył do siostry.
— A ty co? Wymyśliła… i nie gra? Nie wywęszyłaś tu dla siebie jakiegoś interesu? — zapytał niepewnym głosem i popatrzył na Tulcię spod oka.
— Gra, gra! Tylko zanim zabawa nabierze rozmachu i tupliczki pokapują o co chodzi, muszę dopilnować jej przebiegu. Nie? — Tulcia skwitowała z lekka nastroszona. — Kto zna najlepiej zasady gry jak nie ja?
— Aaa… a to niezaprzeczalne, że ty. Masz rację — odrzekł Tulcio ze skwaszoną miną i poczłapał do koła.
— Słuchajcie tupliczki ! W tej grze ja nie biorę udziału. Będę czuwać nad jej przebiegiem — głośno zakomunikowała Tulcia. — I jeszcze jedno! W tej grze czerwony guziczek nie będzie krążył, gdyż ja go mam. Myślę, że się ze mną zgodzicie, że ja, jako pierwsza, powinnam go mieć. Nie wywęszyłam tu dla siebie żadnego interesu (tu: wymownie popatrzyła na brata), tylko uważam, że powinnam do końca pokazać wam zasady tej gry, w kwestii wypowiadania życzeń również. No co, zgadzacie się?
— Eee tam…! A niech ci Tulcia będzie! — wrzasnęły tupliczki prawie jednocześnie. — Grajmy już! Grajmy!
No i zabawa ruszyła:
Jesteśmy tupliczki
I gramy w guziczki.
Guziczków mamy wiele,
Więc grajmy przyjaciele!
W lewej ręce guzik masz,
Do prawej ręki mi dasz.
Z prawej do lewej przekładamy
I następnemu tupliczkowi damy.
Gra szesnaścioro tupliczków,
Więc tyle guziczków
Krąży z nami w koło,
A my liczymy wesoło:
Jeden, dwa, trzy, cztery… itd. (w zależności od ilości dzieci można liczyć od 1— … — dowolną
ilość razy).
Guziczki różne podajemy,
W jakim kolorze — nie wiemy.
Lecz teraz wołamy: STOP! (obieg guziczków zatrzymuje się).
Prawa ręka — przed siebie — HOP! (dzieci wyciągają prawe rączki do przodu, nie pokazując jednak jeszcze swoich guziczków).
Czerwony wygrywa,
Czarny przegrywa.
Czerwony — ma życzenie,
Czarny — jego spełnienie.
Prawe dłonie otwieramy…
Jakiego koloru guziczki mamy? (dzieci pokazują w jakim kolorze mają guziczki).
Tupliczki były bardzo rozbawione, ale posłusznie otworzyły swoje dłonie i zaczęły ciekawie spoglądać po sobie. Kto też ma czarny guziczek? Kto będzie musiał spełnić Tulci życzenie?
Kiedy ten pierwszy obieg guziczków się zakończył, Tulcia stwierdziła, że zabawa przebiegała prawidłowo. Nie kryła zadowolenia.
— I jak, tupliczki, było wspaniale, prawda? — spytała, a widząc same radosne miny, zaraz dodała drugie pytanie. — Proszę teraz powiedzieć, kto z was ma czarny guziczek?
— No kto…? Ja… Przegrany-Tulcio-Pechowiec! — z niezbyt zadowoloną miną zakomunikował Tulcio. — Nic tu Tulciu nie pokombinowałaś?
— No wiesz! Jak możesz?! — Tulcia się oburzyła. Przecież to niemożliwe. To czysty przypadek.
— Już dobra! Wypowiadaj to swoje życzenie — odparł Tulcio już udobruchany.
— Moim życzeniem jest... abyś dzisiaj przez godzinę robił to samo co ja — jednym tchem wypowiedziała Tulcia swoje życzenie i popatrzyła niepewnie na brata.
— Ale wymyśliła... Ale co mam robić?! — Tulcio zapytał z lekka zaniepokojony.
— Och, Tulcio! Po prostu… to samo co ja. Nic więcej — Tulcia odparowała bratu.
— W porządku już. Godzinę wytrzymam — zgodził się w końcu Tulcio i dodał: — Zapisuj już na tej kartce co trzeba.
Po chwili wszystko już było zapisane i tupliczki znów ustawiły się w kole do następnego obiegu guziczków. Tym razem już Tulcia puściła w obieg czerwony guziczek, na co tupliczki zareagowały bardzo radośnie i z jeszcze większą ochotą przystąpiły do dalszej zabawy. Po każdym zakończonym obiegu guziczków tupliczki z czerwonymi guziczkami w rękach wypowiadały swoje życzenia. A życzenia były przeróżne. Jedne życzyły sobie dostać jakieś łakocie, inne, żeby nazbierać mu koszyczek poziomek, jeszcze inne, żeby ich ponosić na baranach, albo żeby w ich imieniu pokazać język zarozumiałemu koledze, albo zagrać mu na nosie… itp. życzenia.
Tupliczkom tak bardzo przypadła do gustu ta nowa zabawa, a zwłaszcza wypowiadanie życzeń, że nie chciały zabawy przerywać. Ale kiedy guziczki już w szesnastej grze obiegły koło, Tulcia zdecydowała zakończyć zabawę w tym dniu.
— Słuchajcie! Na dzisiaj wystarczy, bo widzę, że kartka życzeń jest już cała zapisana — ogłosiła i dodała: — A i wy jesteście już mocno zasapani tą gimnastyką. Przechodzimy teraz do realizacji życzeń.
— Huraaa! Zaczynamy! — wrzasnęły uradowane tupliczki.
— Tak, zaczynamy spełnianie życzeń. Ale po kolei… ma się rozumieć — szybko dodała Tulcia. — Zaczynamy od pierwszego życzenia spisanego na kartce, a potem następne… i następne… itd. I wszystkie tupliczki będą uczestniczyć w spełnianiu każdego życzenia.
Tupliczki przystąpiły więc do spełniania pierwszego życzenia, a że było to życzenie Tulci, to Tulcia zażyczyła sobie, aby jej brat poszedł za nią tam, gdzie ona idzie. Wszystkie tupliczki miały im oczywiście towarzyszyć. Zaszli całą gromadą pod las, gdzie stała mała chatynka starej babki Tuplimczychy. Babka mieszkała w niej sama. Od zawsze. Wśród wielu tupliczków budziła lęk, bo niektórzy mówili, że ona zajmuje się czarami. Kiedy więc Tulcia powiedziała, że to tu jej brat będzie spełniał jej życzenie, wystraszyły się nie na żarty.
Tulcia też na moment ogarnął wielki niepokój, ale nie chciał się skompromitować przed siostrą, a tym bardziej przed tupliczkami. Pomaszerował więc posłusznie za Tulcią do wnętrza chatynki.
Wszystkie tupliczki zatrzymały się zaś na podwórku. Były bardzo wylęknione, ale też zaciekawione — co będzie dalej.
Stały już tak dobrą chwilę i pomału zaczynały się niecierpliwić, kiedy uszu ich dobiegł głośny śmiech rodzeństwa Tulbunków. Wtedy ciekawość wzięła górę nad strachem. Podeszły bliżej okna chatynki i… oniemiały z wrażenia. Zobaczyły jak Tulcio z dużą miotłą zamiata podłogę, a Tulcia ją myje. Natomiast babka Tuplimczycha siedzi w fotelu i coś im opowiada, a rodzeństwo co rusz bucha gromkim śmiechem. Albo woła: „Ach!”, to znów: „Och!”. "Ojejej!" też się im parę razy wykrzyczeć zdarzyło. Co to ma znaczyć? Pod oknem rozległ się cichy szmer zdumienia.
Wreszcie tupliczki, coraz bardziej zaciekawione, zaczęły się przepychać jeden przez drugiego, aby jak najwięcej zobaczyć, co też tam w środku się dzieje. Po jakiejś chwili zobaczyły jak Tulcia i Tulcio siedzą przy dużym stole w kuchni, a do ich wrażliwych nozdrzy doleciał bajeczny zapach smażonych racuszków. Tego było już za wiele! Wszystkie, jak jeden tupliczek, wparowały do środka i stanęły jak wryte, przestraszone swoją odwagą. Gdy zobaczyły jednak uśmiechniętą twarz babki, strach ich opuścił. Z zaciekawieniem zaczęły się rozglądać po wnętrzu schludnej chatynki.
Babka Tuplimczycha zaprosiła wszystkie dzieci do stołu i z uśmiechem poprosiła, aby częstowały się racuszkami. A tego tylko tupliczkom było trzeba. Uszczęśliwione zasiadły natychmiast do okrągłego kuchennego stołu i zabrały się ochoczo za pałaszowanie pyszności.
Babka w międzyczasie opowiadała im przepiękne stare baśnie i bajki. Opowiedziała im nawet parę śmiesznych dowcipów.
Tupliczki były przeszczęśliwe, że ktoś znalazł dla nich czas i im tak pięknie opowiadał. Na koniec, trzymając się za obolałe brzuchy, zastanawiały się głośno, czy brzuchy bolą ich z powodu łapczywego jedzenia, czy może ze śmiechu. A przy tym głośnym zastanawianiu, śmiały się jeszcze głośniej.
Kiedy po wspaniałej uczcie tupliczki opuściły już chatynkę i maszerowały raźnie wraz z rodzeństwem Tulbunków w stronę Tupliczkowa, jedno przez drugie głośno wyrażały swój zachwyt nad tym wszystkim, co w chatynce babki Tuplimczychy się wydarzyło, co zobaczyły, co usłyszały, co jadły.
— Widzicie, toż to wspaniała starowinka! — przekrzykiwał wszystkich najstarszy z tupliczków. — Co też za brednie ludzie o niej opowiadają? Na jej cześć rezygnuję ze swojego życzenia. Tulcia, skreślaj mnie z kartki!
— Mnie też! Mnie też! — głośno domagały się pozostałe tupliczki.
— Nasze życzenia są niewiele warte — oznajmił jeszcze najstarszy z tupliczków i dodał: — Teraz naszym życzeniem będzie pomagać starszym i potrzebującym. Przynajmniej raz w tygodniu będziemy chodzić do babki Tuplimczychy, aby jej pomagać. A w naszą nową zabawę dalej będziemy się bawić, tyle, że będziemy wypowiadać mądrzejsze życzenia.
— Brawo! Brawooo! Mądrze gada! — krzyczały rozentuzjazmowane tupliczki.
Tulcia, która wraz z Tulciem trzymała się do tej pory trochę na uboczu całej grupy i przysłuchiwała się tupliczkom, z szerokim uśmiechem puściła oczko do brata. Tulcio odpowiedział jej tym samym. Pokazał jej jeszcze podniesiony do góry kciuk na znak dobrej roboty i zaraz dołączył do uradowanych dzieci.
Tulcia była zdumiona, ale przede wszystkim bardzo szczęśliwa, że jej sen się spełnił, i to aż tak. — „Co za sen? Co za piękny sen? A jawa? Jawa jeszcze piękniejsza” — pomyślała i pomaszerowała za całą grupą radosnych tupliczków, drąc po drodze na drobniutkie kawałeczki kartkę z życzeniami.