Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2024

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 3)

Ze zwierząt wujostwa najbardziej kochałam klacz Kasztankę. Kiedy tylko przychodził czas na jej pojenie w Białej, pędziłam po nią do stajni, by móc na jej grzbiecie ze wzgórza do rzeki ją sprowadzić.

Pamiętam, że na początku trochę się bałam, ale żem uparta jak łosioł, strach szybko pokonałam i codziennie ją do wodopoju wytrwale sprowadzałam.

Dumna jak paw siadałam na oklep na jej grzbiecie i powoli schodziłyśmy w dół. I choć zawsze po takiej jeździe nogi w kroku mnie bolały niemożebnie, bo też Kasztanka miała nie tylko zad szeroki, to jednak za każdym razem frajdę miałam niesamowitą.

Łydki też mnie często bolały, bo gdy tak okrakiem siedziałam na niej, schodzącej ze wzgórza w dół, to właśnie łydkami musiałam się trzymać najbardziej. A brzuch Kasztanki był napęczniały, oj, bardzo, ale przynajmniej był miękki.

Każdorazowo ucierpiały też moje palce, bo i jej długiej grzywy musiałam się kurczowo trzymać. A włos koński jest przecież sztywny i ostry. Czasami aż do krwi miałam je poprzecinane. Ale to wszystko nic! Trzymałam się wytrwale, bo inaczej zjechałabym z jej grzbietu jak po równi pochyłej. A potem jeszcze i ze wzgórza na łeb na szyję i w końcu sturlałabym się wprost do rwącej rzeki.

Mimo tych wszystkich niedogodności mój wysiłek owocował cudownym uczuciem. Czułam się niczym amazonka na rączym rumaku. Jednak pewnego razu to moje cudowne uczucie zostało brutalnie przerwane, a moje rozpalone lica z nagła schłodzone zimną wodą. Ba, nie tylko lica. A było to tak:

Któregoś wieczoru, gdy sprowadziłam Kasztankę do rzeki, jak zwykle całkiem spokojnie z przyklejonym uśmiechem na twarzy, kuzyn Rysiek biegł za nami. I kiedy Kasztanka przednimi nogami po pęciny stała już w rzece i spokojnie siorbała sobie wodę, Ryśkowi coś do łba strzeliło i trzasnął ją znienacka ręką w zad.

Kasztanka się spłoszyła tym nagłym, niespodziewanym uderzeniem i wstrząsnęła łbem tak mocno, że ja, jak wystrzelona z katapulty przeleciałam przez jej łeb i wylądowałam w połowie rzeki.

Z lotu pikującego nie pamiętam nic. Dopiero lądowanie mi się utrwaliło w pamięci, bo lodowata woda otrzeźwiła mnie od razu. Wody się opiłam, dupsko strzaskałam i… myślałam, że to już mój koniec.

Ależ musiałam mieć spłoszoną minę. Co się potem działo, trudno opisać. Dość powiedzieć, że Rysiek spłoszył się jeszcze bardziej niż ja i Kasztanka razem wziąwszy i w takim stanie spłoszenia trwał już do końca dnia. Z tym że momentami ów stan mu się pogłębiał, zwłaszcza wtedy, gdy na niego popatrzyłam.

A patrzyłam znacząco, o tak! No a co! Żeby takie durnowate pomysły mieć. A i Kasztanki było mi szkoda, bo pewnie poczuła się winna, że znów przez nią człowiek cierpi.

Znów, bo też niedaleko jak parę miesięcy temu przytrafiło jej się, niechcący ma się rozumieć, odgryźć czubek małego palca Zbyszkowi, mojemu drugiemu, starszemu kuzynowi. A tylko dlatego, że ten jołop jeden podawał jej marchewkę do pyska nie tak jak trzeba, bo akurat, jak mi to sam opowiadał, był zaabsorbowany kłótnią ze swoim kolegą.

Ja tam żalu do Kasztanki nie miałam. Bo jakaż tu jej w tym wina, że wstrząsnęła łbem w reakcji na Ryśka nagłe klepnięcie? Ale że nie byłam pewna, czy ona rozumie, że się z nią solidaryzuję, zła byłam na Ryśka podwójnie.




niedziela, 7 stycznia 2024

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 2)

Kiedy tak szłam obrażona przez pastwisko, fukając pod nosem na kuzyna Ryśka za tę jego idiotyczną poradę w schwytaniu Krasuli i łapania ją za ogon, żeby uniemożliwić jej dalszą ucieczkę, nagle usłyszałam za sobą przybierające na sile brzęczenie.

Oglądnęłam się natychmiast i na tle błękitnego nieba zobaczyłam ciemną plamę. W momencie przypomniały mi się słowa wujka przy śniadaniu, jak skarżył się na swoje niesforne pszczoły, które całym rojem uciekły z ula i nie wiadomo gdzie są. Przeraziłam się okropnie i z kopyta rzuciłam się do ucieczki. Do szaleńczej ucieczki.

Brzęczenie coraz bardziej się wzmagało. Biegłam co sił przez pastwisko, ale już nie w kierunku rzeki, a w kierunku domu. Tak jakbym podświadomie czuła, że jedynie wujek może mnie od tych niebezpiecznych pszczół uratować.

Jak już dobiegałam do końca pastwiska, graniczącego z ogrodem przed domem wujostwa, stwierdziłam ze zgrozą, że rój jest już prawie nad moją głową. Widziałam śmierć w oczach. A może tylko w jednym oku, bo drugie ciągle nic nie widziało po użądlenia przez jakąś wściekłą pszczołę, która w czasie śniadania bez pardonu wpadła sobie do kuchni przez otwarte okno.

Na szczęście to zdrowe oko zobaczyło coś jeszcze. Otóż zobaczyło ogromną cysternę przy płocie ogrodu. Długo się nie zastanawiałam. Rzuciłam się na nią jak na ostatnią deskę ratunku, podniosłam klapę włazu i wskoczyłam do środka, czym prędzej zamykając za sobą właz. 

W momencie poczułam przeogromną ulgę. Niedługo jednak dane mi było się nią rozkoszować, gdyż wnet zrobiło mi się strasznie gorąco. Okazało się, że na dnie cysterny było trochę wody, która od gorących promieni słonecznych okropnie była nagrzana.

Myślałam, że się tam żywcem ugotuję. Nie wiedziałam, co mam robić. Wyleźć na zewnątrz przecież nie mogłam, bo tam też czekała mnie śmierć, tyle że innego rodzaju. To było pewne, wszak brzęczenie pszczół słyszałam jeszcze głośniej, i to z pogłosem. Co świadczyło dobitnie, że te małe krwiożercze potwory siedzą na cysternie.

Byłam załamana. W końcu nie wytrzymałam tego przemożnego skwaru i narastających emocji i zaczęłam walić z całych sił w ścianki cysterny.

Nie wiem, jak długo tak waliłam, ale najważniejsze, że kiedy byłam już u kresu sił, klapa włazu się nagle podniosła i zobaczyłam w nim głowę mojego najukochańszego, najmądrzejszego, najdzielniejszego na świecie wujka... Byłam uratowana!

Później, po całej tej akcji, a właściwie dwóch, chłodziłam swoje emocje i obolałe ciało w zimnym nurcie rzeki Białej. Wskoczyłam do niej, tak jak stałam, w sukience. I tak była mokra od potu i cysternowego ukropu.

Spokorniały i lekko wystraszony Rysiek długo mnie musiał prosić, żebym wreszcie z wody wylazła. No to w końcu wylazłam, ale dopiero wtedy, jak mnie trzy razy przeprosił.



cdn.

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 1


wtorek, 19 grudnia 2023

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 1)

Nigdy nie zapomnę wspaniałych wakacji u mojego wujostwa na wsi pod Kłodzkiem. To był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam i już do końca swoich dni wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da. Były szalone, czasem niebezpieczne, ale przede wszystkim bardzo zabawne, niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutka dziewczyna, która kochała wieś, a tylko w wakacje mogła się nią rozkoszować.

Pamiętam, z jaką przyjemnością skoro świt budziłam się tam każdego ranka. Uwielbiałam siadać na parapecie okiennym w swoim pokoju na piętrze i wdychać to cudownie rześkie powietrze. A też i wsłuchiwać się w szum wartkiej górskiej rzeki Białej Lądeckiej płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał jedyny ogromny poniemiecki dom wujostwa.  

Wielką przyjemność sprawiało mi też dobiegające z podwórza gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Czułam wtedy, że żyję!

Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, rozkoszując się gwarem wsi. Jednak zbyt długo nie było mi dane, bo mój kuzyn Rysiek, każdego ranka uparcie przywoływał mnie do porządku, wrzeszcząc z dołu:

— Halszka, no co z tobą do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!

Muszę przyznać, że pyszne były te wiejskie śniadania. I to w bardzo niezwykłej kuchni, zwanej kuchnią na dni powszednie. Aby do niej wejść, trzeba było przejść przez stajnię, gdzie rezydowały dwie krowy i jeden koń, a dokładniej klacz Kasztanka. 

W stajni, jak to w stajni, zapach jest zawsze, no powiedzmy… taki sam, ale on mi wcale nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, uważam nawet, że miał swój urok. Coś w tym było, bo do dziś dnia pamiętam tę specyficzną woń. Pewnie dlatego, że to woń moich wspaniałych młodzieńczych wakacji.

A śniadanie? Pierwsza klasa! Typowo wiejskie i bardzo zdrowe. Uwielbiałam zwłaszcza cioci domowy chleb z masłem jej wyrobu i do tego z pachnącym miodem z pasieki wujka, która w składzie dziesięciu uli znajdowała się w ogrodzie tuż przy oknach kuchni.

Po śniadaniu zaś hulaj dusza! Po łąkach, po pastwiskach, po lasach, po dwóch rzekach: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, a potem już tylko po Nysie, bo w Pilczu właśnie Biała wpada do Nysy. Cudowne to miejsce. Czysta niczym niezmącona natura.

Często też wybywaliśmy z domu z kuzynem, niekiedy i z jego kumplami, starymi, przedwojennymi rowerami. Kuzyn specjalnie dla mnie taki jeden z męską ramą zmontował, dodając części z dwóch zdezelowanych damek. I takimi poniemieckimi wehikułami pędziliśmy przez wieś w poszukiwaniu przygód.   

Wszyscy się za nami oglądali, bo nasze rowery strasznie skrzypiały... Ale co tam!, pedałowaliśmy szczęśliwi, jak nie wiem co.

Mieliśmy czas tylko do południa, bo potem, po pysznym obiedzie (najbardziej pamiętam cioci rosół z kaczki opalanej słomą) zawsze musieliśmy wujostwu trochę pomóc na polu, tak że nic dziwnego, że pędziliśmy jak szaleni. Chcieliśmy zdążyć się pobawić i choć trochę wrażeń nachapać.



Pamiętam jak pewnego poranka, przed wyruszeniem rowerami gdzie nas oczy poniosą, w czasie śniadania, kiedy jak co dzień rozkoszowałam się kromką chleba z masłem i przepysznym miodem, do kuchni wpadła jakaś niewyżyta pszczoła i użądliła mnie w brew nad prawym okiem.

Oko mi spuchło w momencie i zupełnie straciłam możliwość nim widzenia. Pomimo okładów z zimnych noży, które mi ciocia przykładała. Wujek też się starał ulżyć mi w cierpieniu i trzymał mnie za rękę, psiocząc przy tym na swoją głupią pszczołę, a i jej towarzyszki, które całym rojem o świcie uciekły z ula.

Nie powiem, komfortowo się nie czułam z tym moim okiem, no ale z tego też powodu nie zamierzałam siedzieć w domu i rozpaczać. Nie chciałam przede wszystkim przed Ryśkiem wyglądać na mięczaka. Tym bardziej że Rysiek, na widok mojej twarzyczki, przybierającej wygląd twarzy Quasimodo, aż tarzał się po podłodze ze śmiechu.

Wprawdzie oberwał od cioci jakąś ścierką po plecach na spamiętanie, ale to niewiele pomogło. Ciągle rechotał się choby głupi.

W końcu z bólem, bo z bólem, ale postanowiłam ku radości Ryśka wybrać się z nim na rowerze na pastwisko, aby złapać Krasulę, która, jak ciocia dowiedziała się od listonosza, zerwała się z łańcucha i wlazła w szkody w przylegające do pastwiska pole sąsiada.

Niezdyscyplinowaną krowę od razu udało nam się złapać, ale co z tego, jak za moment, zanim ją Rysiek uziemił kołkiem, znów podjęła próbę ucieczki, i zadzierając ogon, wyrwała z kopyta w stronę pola sąsiada ponownie, na którym rosły buraki cukrowe. Pewnie bardzo jej posmakowały.

Wkurzyłam się na Krasulę okropnie, bo chciałam jak najszybciej wskoczyć do rzeki, by ochłodzić się nieco, zwłaszcza moją opuchniętą fizjonomię. Dlatego też, nie czekając na Ryśka, pierwsza puściłam się biegiem za tą szkodnicą.

Rysiek z zadowoleniem obserwował moją pogoń i kiedy zobaczył, że ja już Krasulę doganiam, zaczął wrzeszczeć:

— Za ogon ją! Złap ją za ogon! — No to ja posłusznie, z wyskoku, rzuciłam się na ogon Krasuli i złapałam z całych sił.

Krasula nie odpuszczała jednak i dalej pruła do przodu, ciągnąc mnie za sobą jak upierdliwy rzep. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądałam po tym jej sponiewieraniu mojej (przyczepionej) cielesności.

Przeciągnęła mnie i po burakach, i po drodze, i kiedy już łaskawie raczyła skierować swoje kopyta na pastwisko, to i po trawie, a co gorsza, po swoich zapewne i koleżanek z obory plackach.

Wściekłam się nie na żarty, ale nawet nie tyle na Krasulę, bo to przecież tylko głupie bydlę (choć pewna nie byłam, czy takie znów głupie), ile na Ryśka, za tę jego idiotyczną poradę. Tak że kiedy wreszcie Krasula dała za wygraną i stanęła w miejscu, i Rysiek ją już na fest kołkiem do ziemi przyszpilił, poszłam obrażona przez pastwisko w kierunku rzeki. Wtedy to już podwójnie potrzebowałam wody.

Wnet się jednak okazało, że limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca jeszcze został przeze mnie wykorzystany...

cdn.