Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjne przygody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjne przygody. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2024

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 5)

Po dwóch deszczowych dniach, w których na prośbę cioci sprzątaliśmy z Ryśkiem ogromny strych i dwie spiżarnie, nastał w końcu piękny, słoneczny dzień. Postanowiliśmy go wykorzystać na opalanie na brzegu rzeki Białej płynącej wartkim nurtem tuż pod wzgórzem, na którym stał ogromny dom wujostwa.

Wtedy nawet na myśl mi nie przyszło, że to będzie niesamowity dzień, że przeżyję w nim najbardziej niebezpieczną przygodę ze wszystkich, jakie na wakacjach u wujostwa przeżyłam, czyli niekontrolowany spływ Białą Lądecką... Ale po kolei.

Aby znaleźć się na brzegu rzeki, wystarczyło zbiec w dół jakieś pięćdziesiąt metrów i już się można było rozkoszować jej chłodem. I tak jak z Ryśkiem postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Zaraz po śniadaniu dokooptował do nas kumpel Franek i we trójkę z odpowiednim ekwipunkiem pobiegliśmy nad rzekę.

Rozłożyliśmy koce i po uprzednim nasmarowaniu się ropą spuszczoną przez Franka wprost z silnika traktora, poddaliśmy się działaniu promieni słonecznych.

Z tą ropą to był mój pomysł, bo gdzieś słyszałam, że dzięki niej szybciej i brązowiej się opala. Wprawdzie chodziło mi o czystą ropę, kupioną w aptece, ale że na bezrybiu i rak ryba, zadowoliłam się taką, jaką Franek przytargał.

To nic, że śmierdzieliśmy jak traktorzyści, ważne, że opaliliśmy się faktycznie bardzo szybko. To znaczy, ja się opaliłam, bo po kilku godzinach byłam czarna jak Murzyniątko. Ryśka jakoś słońce w ogóle nie chwytało, a Franek spiekł się na raka.

Koniec końców, po paru godzinach leżenia plackiem na brzegu Białej, zrobiło nam się bardzo gorąco, no i wtedy, zakuta pała Franek, jako że odczuwał największe pieczenie ciała, wpadł na pomysł, by się schłodzić i przy okazji popływać sobie na dętce od traktora, którą wraz z ropą, przyturlał od gospodarza z sąsiedztwa.

Długo mnie nie musiał namawiać, bo też już potrzebę ochłodzenia się odczuwałam. Franek pokatulał dętkę do rzeki i we trójkę się na nią wgramoliliśmy. Na początku wcale łatwo nam to nie szło, gdyż nasze ciała były okropnie tłuste od ropy i co rusz ześlizgiwaliśmy się po mokrej gumie. Tym większe utrudnienie sprawiała nam rwąca woda. Ale jakoś wreszcie udało nam się do spływu przygotować i nasze koło zasiąść. Ja pośrodku, chłopcy po bokach. Podnieśliśmy nogi… i popłynęliśmy w szalonym tempie wodami Białej.

Śmiechu i pisku było przy tym co niemiara, bo gdy kołem zarzucało na tych bardziej rwących odcinkach, trudno nam było się na kole utrzymać. Ależ mieliśmy ubaw. Po pachy.

W tym miejscu przypomnę, że wieś Pilcz leży w pięknym otoczeniu u zbiegu dwóch rzek: Białej Lądeckiej i Nysy Kłodzkiej. Obie te rzeki wpadają na siebie tuż za wsią i płyną dalej jednym wspólnym korytem. A w tej ich jedności, koryto się poszerza i wody ich tworzą coraz to większe rzeczne rozlewisko. Nurt staje się coraz bardziej leniwy i powolny. Aż wreszcie, rzeka jednego już imienia — Nysa Kłodzka snuje swe wody dostojnie, tworząc w swym biegu wiele przepięknych meandrów.

Cudowne to miejsce. A jak bardzo cudowne, przyszło mi się przekonać właśnie tego dnia, kiedy to we trójkę urządziliśmy sobie spływ na dętce od traktora.


Tak wyglądała wtedy Biała Lądecka. To miejsce, gdzie po kilkuset metrach połączy się z Nysą Kłodzką. 

A tak Biała Lądecka wygląda obecnie. Zdjęcie Jacek Halicki.


Płynęliśmy dalej i dalej, i kiedy chcieliśmy już zakończyć nasz spływ, zdając sobie sprawę, że w dalszym odcinku rzeki woda staje się wręcz niebezpiecznie rwąca, tym bardziej w tym dniu po dwudniowych ulewach, okazało się, że już nie mamy żadnego wpływu na nasz spływ. Woda nas niosła coraz bardziej i coraz szybciej zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie Biała łączy się z Nysą. A to miejsce jest straszne. Rozszalałe wody obu rzek wpadają na siebie z ogromną siłą i szybkością, tworząc całą masę niebezpiecznych wirów. Rysiek wrzeszczał, Franek przeklinał, a ja widziałam już śmierć w oczach.

W pewnym momencie, kiedy koło nasze wpadło na wystający z dna głaz, kołem zarzuciło tak potężnie, że chłopcy, nie mogąc się już utrzymać, wylecieli w powietrze, jakby ich ktoś z katapulty wystrzelił.

Mnie się jednak udało na kole utrzymać. Nie wiem jakim cudem… Może dlatego, że zdałam sobie sprawę, że to koło właśnie jest moją ostatnią deską ratunku? W utrzymaniu się na kole pomógł mi też długi wentyl, który sterczał między moimi nogami. Wprawdzie wcześniej sterczał w innym miejscu, bo przecież na wentyl bym chyba nie usiadła, ale wtedy byłam zadowolona, że mam go akurat między nogami, i nawet to, że co rusz aż do krwi drapał moje uda, wcale mi nie przeszkadzało. Bo cóż znaczą zadrapania w obliczu śmierci?

Woda niosła mnie coraz dalej. Byłam przerażona. Bałam się też o chłopców. Ale kiedy zobaczyłam ich po chwili, że wyłonili się jednak z wody i próbują dostać się na brzeg, to się nieco uspokoiłam. Gorączkowo zaczęłam myśleć, co ja mam ze sobą zrobić, wszak do połączeń rzek już niedaleko. Nic jednak nie wymyśliłam, bo też żywioł natury nie dawał mi szans. Miejsce połączenia rzek było tuż-tuż.

Chwyciłam się z całych sił zbawiennego wentyla i przywarłam do koła. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech… i czekałam najgorszego. Nie pamiętam, jak wpadłam z wodami Białej do Nysy. Kompletnie nic. Biała plama. Najwyraźniej z przerażenia musiałam stracić przytomność.

Kiedy się w końcu ocknęłam, było zupełnie cicho. Żadnego szumu oszalałej wody, żadnego szarpania moim ciałem, żadnego podrzucania. W pierwszej chwili myślałam, że już nie żyję. Bałam się otworzyć oczy. Ale że do tchórzy nie należę, zebrałam się na odwagę, i wreszcie je otworzyłam. I co się okazało? Otóż okazało się, że płynę sobie spokojnie leniwymi wodami Nysy, i nic więcej się nie dzieje… Cisza dookoła.

cdn.

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 1

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 2

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 3

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 4


***

Na kanwie moich wakacyjnych przeżyć u wujostwa w Pilczu — w 2008 roku napisałam powieść przygodową pt. "Szalone wakacje". Jej fragment, w którym wykorzystałam ten nasz niekontrolowany spływ rzeką (o nieco zmienionej i rozbudowanej fabule na potrzeby powieści oraz ubarwionej literacko) opublikowałam > tutaj.


poniedziałek, 29 stycznia 2024

Nie do końca udany urlop nad jeziorem Rybnickim

Jezioro Rybnickie powstało w 1971 roku w wyniku spiętrzenia wód niewielkiej rzeki Rudy zaporą w Rybniku Stodołach. Utworzone zostało na potrzeby węglowej Elektrowni Rybnik. Jego powierzchnia wynosi 4,5 km².


Zdjęcie  Kamil Czaiński.


O tym pięknym skądinąd jeziorze przypomniała mi niedawno znajoma z FB, zamieszczając zdjęcia ze swojego tam pobytu.

Też miałam okazję być nad nim i to parokrotnie, tyle że przed 40-laty. Raz nawet na dwutygodniowym urlopie z przyczepą campingową. Miał to być wtedy wspaniały czas wypoczynku, niestety, nie był. Ale tylko dla mnie. Cała reszta, czyli moje dzieci, mąż (tyle że trzy dni później) i znajomi ze swoimi dziećmi taki czas mieli, tylko mnie jakoś się nie udało.

Jakieś fatum nade mną zawisło, czy jaka choinka, bo już w pierwszym dniu naszego tam pobytu, kiedy uczyłam moje i przyjaciół dzieci nurkowania, w wodzie zgubiłam złoty pierścionek. Mało tego, nabawiłam się też zapalenia ucha środkowego. Ale o tym dowiedziałam się dopiero pierwszej nocy wybudzona ze snu strasznym bólem głowy.

Myślę, że to mi nie tyle woda zaszkodziła podczas nurkowania, ile potężny wysiłek przy wypychaniu przyczepy z błota, w jakie mąż się samochodem z nią wtarabanił, szukając na brzegu jeziora dobrego miejsca na jej stabilne umiejscowienie. I tak ją umiejscowił, że się cała przechylała. Natomiast samochód zakopał się w błocie i za czorta jej z tego miejsca wyszarpać nie mógł, więc ja mu pomagałam. No i w końcu się udało, ale najwyraźniej ten wysiłek mi coś na tyle w głowie poprzestawiał, że po późniejszym nurkowaniu, kiedy już nasi przyjaciele dojechali, dopełniło się zapalenia ucha środkowego.

To był potworny ból! Przez kolejne trzy dni mąż musiał wozić mnie do szpitala do mojej znajomej laryngolog na jakieś tam zabiegi. Z bólem musiałam na niego czekać aż do wieczora, gdyż przez te trzy dni on jeszcze pracował. Przyjeżdżał do nas prosto z pracy. Mieszkaliśmy wtedy w Raciborzu, tak że trzydzieści kilometrów miał do nas nad jezioro i potem tyle samo ze mną do szpitala i kolejne trzydzieści z powrotem nad jezioro.

Pamiętam, że jak pierwszego dnia przyjechał po pracy, miałam już przygotowany dla niego obiad. Jakoś mimo bólu udało mi się go sklecić. Wiele pracy na szczęście przy nim nie miałam, bo z domu przywiozłam dużo zawekowanych obiadów, m.in. gulasz. I to właśnie gulaszem chciałam męża uraczyć. Dołożyłam do niego gotowane warzywa i schowałam do tak zwanej lodówki.

W tamtych czasach w przyczepie campingowej lodówki jeszcze nie było, więc mąż wykopał w ziemi głęboki dół i w taki oto sposób zabezpieczaliśmy jedzenie przed upałem.

Kiedy mąż wrócił z pracy, chciałam mu rzeczony obiad podgrzać i podać, pomaszerowałam więc do "lodówki" i... doznałam szoku. Na dnie dziury zamiast białego garnka zobaczyłam czarny. Okazało się, że obsiadł go rój much, dokładnie plujek, próbując dostać się na żer do jego środka. Myślałam, że zwymiotuję. Widok był o-brzy-dli-wy!

Z rozrywającym głowę bólem, musiałam przygotować drugi obiad. Od tamtej pory na widok tych much, a nawet choćby jednej od razu niedobrze mi się robi.

Po tygodniu na szczęście antybiotyk zrobił swoje, czułam się już całkiem dobrze i mogłam się wreszcie urlopowo rozluźnić. Do wody wejść jednak nie mogłam. Byłam tym faktem bardzo zawiedziona... Bo jak to tak? Przecież od dziecka kocham pływać.


I takie to wspomnienia znad jeziora Rybnickiego utrwaliły mi się najbardziej. Po ich odtworzeniu nabrałam ochoty znów stanąć na jego brzegu. Następnym razem jak będę w Polsce, zrobię to z pewnością.


piątek, 12 stycznia 2024

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 3)

Ze zwierząt wujostwa najbardziej kochałam klacz Kasztankę. Kiedy tylko przychodził czas na jej pojenie w Białej, pędziłam po nią do stajni, by móc na jej grzbiecie ze wzgórza do rzeki ją sprowadzić.

Pamiętam, że na początku trochę się bałam, ale żem uparta jak łosioł, strach szybko pokonałam i codziennie ją do wodopoju wytrwale sprowadzałam.

Dumna jak paw siadałam na oklep na jej grzbiecie i powoli schodziłyśmy w dół. I choć zawsze po takiej jeździe nogi w kroku mnie bolały niemożebnie, bo też Kasztanka miała nie tylko zad szeroki, to jednak za każdym razem frajdę miałam niesamowitą.

Łydki też mnie często bolały, bo gdy tak okrakiem siedziałam na niej, schodzącej ze wzgórza w dół, to właśnie łydkami musiałam się trzymać najbardziej. A brzuch Kasztanki był napęczniały, oj, bardzo, ale przynajmniej był miękki.

Każdorazowo ucierpiały też moje palce, bo i jej długiej grzywy musiałam się kurczowo trzymać. A włos koński jest przecież sztywny i ostry. Czasami aż do krwi miałam je poprzecinane. Ale to wszystko nic! Trzymałam się wytrwale, bo inaczej zjechałabym z jej grzbietu jak po równi pochyłej. A potem jeszcze i ze wzgórza na łeb na szyję i w końcu sturlałabym się wprost do rwącej rzeki.

Mimo tych wszystkich niedogodności mój wysiłek owocował cudownym uczuciem. Czułam się niczym amazonka na rączym rumaku. Jednak pewnego razu to moje cudowne uczucie zostało brutalnie przerwane, a moje rozpalone lica z nagła schłodzone zimną wodą. Ba, nie tylko lica. A było to tak:

Któregoś wieczoru, gdy sprowadziłam Kasztankę do rzeki, jak zwykle całkiem spokojnie z przyklejonym uśmiechem na twarzy, kuzyn Rysiek biegł za nami. I kiedy Kasztanka przednimi nogami po pęciny stała już w rzece i spokojnie siorbała sobie wodę, Ryśkowi coś do łba strzeliło i trzasnął ją znienacka ręką w zad.

Kasztanka się spłoszyła tym nagłym, niespodziewanym uderzeniem i wstrząsnęła łbem tak mocno, że ja, jak wystrzelona z katapulty przeleciałam przez jej łeb i wylądowałam w połowie rzeki.

Z lotu pikującego nie pamiętam nic. Dopiero lądowanie mi się utrwaliło w pamięci, bo lodowata woda otrzeźwiła mnie od razu. Wody się opiłam, dupsko strzaskałam i… myślałam, że to już mój koniec.

Ależ musiałam mieć spłoszoną minę. Co się potem działo, trudno opisać. Dość powiedzieć, że Rysiek spłoszył się jeszcze bardziej niż ja i Kasztanka razem wziąwszy i w takim stanie spłoszenia trwał już do końca dnia. Z tym że momentami ów stan mu się pogłębiał, zwłaszcza wtedy, gdy na niego popatrzyłam.

A patrzyłam znacząco, o tak! No a co! Żeby takie durnowate pomysły mieć. A i Kasztanki było mi szkoda, bo pewnie poczuła się winna, że znów przez nią człowiek cierpi.

Znów, bo też niedaleko jak parę miesięcy temu przytrafiło jej się, niechcący ma się rozumieć, odgryźć czubek małego palca Zbyszkowi, mojemu drugiemu, starszemu kuzynowi. A tylko dlatego, że ten jołop jeden podawał jej marchewkę do pyska nie tak jak trzeba, bo akurat, jak mi to sam opowiadał, był zaabsorbowany kłótnią ze swoim kolegą.

Ja tam żalu do Kasztanki nie miałam. Bo jakaż tu jej w tym wina, że wstrząsnęła łbem w reakcji na Ryśka nagłe klepnięcie? Ale że nie byłam pewna, czy ona rozumie, że się z nią solidaryzuję, zła byłam na Ryśka podwójnie.




niedziela, 7 stycznia 2024

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 2)

Kiedy tak szłam obrażona przez pastwisko, fukając pod nosem na kuzyna Ryśka za tę jego idiotyczną poradę w schwytaniu Krasuli i łapania ją za ogon, żeby uniemożliwić jej dalszą ucieczkę, nagle usłyszałam za sobą przybierające na sile brzęczenie.

Oglądnęłam się natychmiast i na tle błękitnego nieba zobaczyłam ciemną plamę. W momencie przypomniały mi się słowa wujka przy śniadaniu, jak skarżył się na swoje niesforne pszczoły, które całym rojem uciekły z ula i nie wiadomo gdzie są. Przeraziłam się okropnie i z kopyta rzuciłam się do ucieczki. Do szaleńczej ucieczki.

Brzęczenie coraz bardziej się wzmagało. Biegłam co sił przez pastwisko, ale już nie w kierunku rzeki, a w kierunku domu. Tak jakbym podświadomie czuła, że jedynie wujek może mnie od tych niebezpiecznych pszczół uratować.

Jak już dobiegałam do końca pastwiska, graniczącego z ogrodem przed domem wujostwa, stwierdziłam ze zgrozą, że rój jest już prawie nad moją głową. Widziałam śmierć w oczach. A może tylko w jednym oku, bo drugie ciągle nic nie widziało po użądlenia przez jakąś wściekłą pszczołę, która w czasie śniadania bez pardonu wpadła sobie do kuchni przez otwarte okno.

Na szczęście to zdrowe oko zobaczyło coś jeszcze. Otóż zobaczyło ogromną cysternę przy płocie ogrodu. Długo się nie zastanawiałam. Rzuciłam się na nią jak na ostatnią deskę ratunku, podniosłam klapę włazu i wskoczyłam do środka, czym prędzej zamykając za sobą właz. 

W momencie poczułam przeogromną ulgę. Niedługo jednak dane mi było się nią rozkoszować, gdyż wnet zrobiło mi się strasznie gorąco. Okazało się, że na dnie cysterny było trochę wody, która od gorących promieni słonecznych okropnie była nagrzana.

Myślałam, że się tam żywcem ugotuję. Nie wiedziałam, co mam robić. Wyleźć na zewnątrz przecież nie mogłam, bo tam też czekała mnie śmierć, tyle że innego rodzaju. To było pewne, wszak brzęczenie pszczół słyszałam jeszcze głośniej, i to z pogłosem. Co świadczyło dobitnie, że te małe krwiożercze potwory siedzą na cysternie.

Byłam załamana. W końcu nie wytrzymałam tego przemożnego skwaru i narastających emocji i zaczęłam walić z całych sił w ścianki cysterny.

Nie wiem, jak długo tak waliłam, ale najważniejsze, że kiedy byłam już u kresu sił, klapa włazu się nagle podniosła i zobaczyłam w nim głowę mojego najukochańszego, najmądrzejszego, najdzielniejszego na świecie wujka... Byłam uratowana!

Później, po całej tej akcji, a właściwie dwóch, chłodziłam swoje emocje i obolałe ciało w zimnym nurcie rzeki Białej. Wskoczyłam do niej, tak jak stałam, w sukience. I tak była mokra od potu i cysternowego ukropu.

Spokorniały i lekko wystraszony Rysiek długo mnie musiał prosić, żebym wreszcie z wody wylazła. No to w końcu wylazłam, ale dopiero wtedy, jak mnie trzy razy przeprosił.



cdn.

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 1


wtorek, 19 grudnia 2023

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 1)

Nigdy nie zapomnę wspaniałych wakacji u mojego wujostwa na wsi pod Kłodzkiem. To był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam i już do końca swoich dni wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da. Były szalone, czasem niebezpieczne, ale przede wszystkim bardzo zabawne, niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutka dziewczyna, która kochała wieś, a tylko w wakacje mogła się nią rozkoszować.

Pamiętam, z jaką przyjemnością skoro świt budziłam się tam każdego ranka. Uwielbiałam siadać na parapecie okiennym w swoim pokoju na piętrze i wdychać to cudownie rześkie powietrze. A też i wsłuchiwać się w szum wartkiej górskiej rzeki Białej Lądeckiej płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał jedyny ogromny poniemiecki dom wujostwa.  

Wielką przyjemność sprawiało mi też dobiegające z podwórza gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Czułam wtedy, że żyję!

Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, rozkoszując się gwarem wsi. Jednak zbyt długo nie było mi dane, bo mój kuzyn Rysiek, każdego ranka uparcie przywoływał mnie do porządku, wrzeszcząc z dołu:

Halszka, no co z tobą do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!

Muszę przyznać, że pyszne były te wiejskie śniadania. I to w bardzo niezwykłej kuchni, zwanej kuchnią na dni powszednie. Aby do niej wejść, trzeba było przejść przez stajnię, gdzie rezydowały dwie krowy i jeden koń, a dokładniej klacz Kasztanka. 

W stajni, jak to w stajni, zapach jest zawsze, no powiedzmy… taki sam, ale on mi wcale nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, uważam nawet, że miał swój urok. Coś w tym było, bo do dziś dnia pamiętam tę specyficzną woń. Pewnie dlatego, że to woń moich wspaniałych młodzieńczych wakacji.

A śniadanie? Pierwsza klasa! Typowo wiejskie i bardzo zdrowe. Uwielbiałam zwłaszcza cioci domowy chleb z masłem jej wyrobu i do tego z pachnącym miodem z pasieki wujka, która w składzie dziesięciu uli znajdowała się w ogrodzie tuż przy oknach kuchni.

Po śniadaniu zaś hulaj dusza! Po łąkach, po pastwiskach, po lasach, po dwóch rzekach: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, a potem już tylko po Nysie, bo w Pilczu właśnie Biała wpada do Nysy. Cudowne to miejsce. Czysta niczym niezmącona natura.

Często też wybywaliśmy z domu z kuzynem, niekiedy i z jego kumplami, starymi, przedwojennymi rowerami. Kuzyn specjalnie dla mnie taki jeden z męską ramą zmontował, dodając części z dwóch zdezelowanych damek. I takimi poniemieckimi wehikułami pędziliśmy przez wieś w poszukiwaniu przygód.   

Wszyscy się za nami oglądali, bo nasze rowery strasznie skrzypiały... Ale co tam!, pedałowaliśmy szczęśliwi, jak nie wiem co.

Mieliśmy czas tylko do południa, bo potem, po pysznym obiedzie (najbardziej pamiętam cioci rosół z kaczki opalanej słomą) zawsze musieliśmy wujostwu trochę pomóc na polu, tak że nic dziwnego, że pędziliśmy jak szaleni. Chcieliśmy zdążyć się pobawić i choć trochę wrażeń nachapać.



Pamiętam jak pewnego poranka, przed wyruszeniem rowerami gdzie nas oczy poniosą, w czasie śniadania, kiedy jak co dzień rozkoszowałam się kromką chleba z masłem i przepysznym miodem, do kuchni wpadła jakaś niewyżyta pszczoła i użądliła mnie w brew nad prawym okiem.

Oko mi spuchło w momencie i zupełnie straciłam możliwość nim widzenia. Pomimo okładów z zimnych noży, które mi ciocia przykładała. Wujek też się starał ulżyć mi w cierpieniu i trzymał mnie za rękę, psiocząc przy tym na swoją głupią pszczołę, a i jej towarzyszki, które całym rojem o świcie uciekły z ula.

Nie powiem, komfortowo się nie czułam z tym moim okiem, no ale z tego też powodu nie zamierzałam siedzieć w domu i rozpaczać. Nie chciałam przede wszystkim przed Ryśkiem wyglądać na mięczaka. Tym bardziej że Rysiek, na widok mojej twarzyczki, przybierającej wygląd twarzy Quasimodo, aż tarzał się po podłodze ze śmiechu.

Wprawdzie oberwał od cioci jakąś ścierką po plecach na spamiętanie, ale to niewiele pomogło. Ciągle rechotał się choby głupi.

W końcu z bólem, bo z bólem, ale postanowiłam ku radości Ryśka wybrać się z nim na rowerze na pastwisko, aby złapać Krasulę, która, jak ciocia dowiedziała się od listonosza, zerwała się z łańcucha i wlazła w szkody w przylegające do pastwiska pole sąsiada.

Niezdyscyplinowaną krowę od razu udało nam się złapać, ale co z tego, jak za moment, zanim ją Rysiek uziemił kołkiem, znów podjęła próbę ucieczki, i zadzierając ogon, wyrwała z kopyta w stronę pola sąsiada ponownie, na którym rosły buraki cukrowe. Pewnie bardzo jej posmakowały.

Wkurzyłam się na Krasulę okropnie, bo chciałam jak najszybciej wskoczyć do rzeki, by ochłodzić się nieco, zwłaszcza moją opuchniętą fizjonomię. Dlatego też, nie czekając na Ryśka, pierwsza puściłam się biegiem za tą szkodnicą.

Rysiek z zadowoleniem obserwował moją pogoń i kiedy zobaczył, że ja już Krasulę doganiam, zaczął wrzeszczeć:

Za ogon ją! Złap ją za ogon! — No to ja posłusznie, z wyskoku, rzuciłam się na ogon Krasuli i złapałam z całych sił.

Krasula nie odpuszczała jednak i dalej pruła do przodu, ciągnąc mnie za sobą jak upierdliwy rzep. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądałam po tym jej sponiewieraniu mojej (przyczepionej) cielesności.

Przeciągnęła mnie i po burakach, i po drodze, i kiedy już łaskawie raczyła skierować swoje kopyta na pastwisko, to i po trawie, a co gorsza, po swoich zapewne i koleżanek z obory plackach.

Wściekłam się nie na żarty, ale nawet nie tyle na Krasulę, bo to przecież tylko głupie bydlę (choć pewna nie byłam, czy takie znów głupie), ile na Ryśka, za tę jego idiotyczną poradę. Tak że kiedy wreszcie Krasula dała za wygraną i stanęła w miejscu, i Rysiek ją już na fest kołkiem do ziemi przyszpilił, poszłam obrażona przez pastwisko w kierunku rzeki. Wtedy to już podwójnie potrzebowałam wody.

Wnet się jednak okazało, że limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca jeszcze został przeze mnie wykorzystany...

cdn.

piątek, 21 czerwca 2019

Wakacje z naturą

Hen za miastem rośnie las
I zaprasza dzieci was…
Pięknie wokół szumią drzewa,
A chór ptaków głośno śpiewa.

Chodźcie dzieci — wszystkie wraz,
Bo wakacji nadszedł czas!!!


No to w drogę, przyszła pora,
Odejść od kompa i telewizora.
Torbę szkolną rzucić w kąt,
Siedzieć w domu — wielki błąd!

Chodźcie dzieci — wszystkie wraz,
Bo wakacji nadszedł czas!!!

Na ramiona plecak załóż
I wygodne buty nałóż
Hej, do lasu! — Hej, per pedes!
Tak by zrobił Archimedes.

Chodźcie dzieci — wszystkie wraz,
Bo wakacji nadszedł czas!!!



Gdy do lasu już dotrzemy
W kole wielkim się zbierzemy,
Zaśpiewamy głośno wraz
Aż odpowie echem las.

Chodźcie dzieci — wszystkie wraz,
Bo wakacji nadszedł czas!!!


Potem dalej… głębiej w las…
Śpiew na ustach… marsz… i marsz!
W środku lasu jest polana,
Zabawimy tam do rana.


Wprzódy obóz rozbijemy
I ognisko rozpalimy…
Potem miło już zmęczeni,
Przy ognisku zasiądziemy.


Magia ognia czyni cuda,
Nie dopadnie nas tu nuda…
Wnet gawędę rozpoczniemy,
Moc przygody poznać chcemy.

Las i polana, noc i ognisko —
Wszystko to dla nas — bardzo blisko.
Życie jest piękne! Wierzcie nam.
Żyć w zgodzie z naturą życzymy wam!

Późna noc… Ciemno wokoło…
I choć nam ciągle jest wesoło,
 Zanućmy piosnkę smętną wraz.
Tak pożegnamy cichnący las.


Do namiotu!!! Spać już pora…
Chyżo wskakujmy do śpiwora…
Do snu nas utuli gwiaździsta noc,
A ranek przyniesie znów przygód moc.


Chodźcie dzieci! Wszystkie wraz,
Bo wakacji nadszedł czas!
Chodźcie dzieci! Chodźcie wraz —
ZEW NATURY — wzywa nas!!!


środa, 14 lutego 2018

Fragment powieści "Szalone wakacje" dot. niebezpiecznego spływu dwoma rzekami

— Chłopaki, wy jesteście tak szurnięci… ale to tak szurnięci, że aż… wspaniali! Diabelnie wspaniali! I za to was lubię. — Michaśka parsknęła śmiechem i pacnęła na ziemię pomiędzy swoich przyjaciół, którzy tarzali się wokół koła i śmiali się do rozpuku.

Poszukiwaczy ropy ogarnął tak potężny śmiech, że aż się zwijali, trzymając się za brzuchy. A że śmiech bardzo miło rozluźnia napięte nerwy i mięśnie, śmiali się z ogromną ochotą i nie mogli skończyć. Nic w tym dziwnego. Ostatnie wydarzenia porządnie wyeksploatowały im nerwy.

Kiedy wreszcie przestawali się powoli śmiać, Emil, wąchając swoją koszulę, wysapał:

Michaśka, mówię ci, gdybyś to mogła widzieć jak nas gospodarz woził tym swoim mechanicznym koniem po polu, pękłabyś ze śmiechu jak purchawka. Pędziliśmy… jak dyliżansem po prerii. Gospodarz wrzeszczał: „juhuuuu!” i śmiał się na całe gardło, wydając z siebie jakieś takie dziwne dźwięki, coś w rodzaju: „trtrtrtrtrtrt” na podobieństwo swojego traktora. A my: Hop! Łup!... Hop! Łup! Siedzieliśmy nad tymi olbrzymimi kołami traktora, więc podskakiwaliśmy jak trzy ping-pongi. I co traktor hop, to my łup… łbami o łby łupaliśmy…

Zamknij się wreszcie Emilowaty, bo cię zaraz tak łupnę, że znów zrobisz hop! — wrzasnął Robek, buchając nową salwą śmiechu. — Ja już nie mam siły. Wnętrzności mi rozsadza.

To z pewnością ta ropa buzuje w twoich wnętrznościach — parsknął Kamil i przyłączył się swoją salwą śmiechu do salwy Robka.

Michaśka wcale nie była gorsza i aż skrzypiała od śmiechu jak zardzewiała konewka.

Chłopaki skończcie już, bo się zaraz posiusiam!

To jazda do rzeki! — zawył Robek. — Chyba nie chcesz nas tu podlać?!

Fuuuuj! Coś ty, głupi? Nie do rzeki, bo nie wlezę do niej więcej. — Kamil zrobił obrzydliwą minę.

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Pierwsze wlezienie odpuścisz, a wleziesz drugi raz, jak już rzeka będzie wolna od Michaśki siurania — piskliwym głosem radził Robek.

Pilczowskie wariaty! Jak nie zamkniecie zaraz swoich szanownych jadaczek, to będę zmuszona popędzić na wzgórze, aby popatrzeć przez serduszko na świat! — Michaśka grzmiała zachrypniętym głosem. — Ależ mnie brzuch boli!

Aż tak źle z tobą? Wrażliwe to, że ło matko. Wiadomo, miastowa pani. Robek się ropy nachlał a rozwolnienia nie dostał. A ty od śmiechu dostała, hę? — Kamil zachodził się aż od śmiechu.

Jeszcze nie dostała, ale zaraz może… No już chłopaki, zróbmy przerwę i złapmy oddech. Czas już bym was ropą posmarowała. Szkoda słońca. Musimy się dzisiaj opalić na całe lato. Raz a dobrze. Nie będziemy dłużej chodzić bladzi jak albinosy. No i nie będziemy zmuszeni więcej razy na słońcu się prażyć. Raz się namażemy tym paskudztwem, raz się nawąchamy tego paskudztwa, i raz nas to paskudztwo na ciemny brąz opali… No jazda chłopaki, ustawiajcie się po kolei. Będę was namaszczać. Ale pamiętajcie, cała reszta ropy dla mnie.

Michaśka przystąpiła do smarowania ochoczo ustawiających się przed nią chłopców. Oddając się tej czynności z wielkim zaangażowaniem, co rusz zaglądała do wnętrza butelki, czy aby jej tego paskudztwa nie braknie. Kręciła przy tym nosem i pomstowała na swoją siostrę Lodzię, za to, że wymyśliła taki śmierdzący środek do opalania. Gdy była już gotowa ze smarowaniem ciał chłopaków, zabrała się za smarowanie własnej powłoki cielesnej. A smarowidła nie żałowała sobie. Przyoszczędziła na chłopcach i dla siebie samej miała prawie pół butelki ropy. Smarowała się więc, i smarowała. Z wielkim namaszczeniem i powagą. Powoli i dokładnie. Aż się chłopcy w końcu zaczęli niecierpliwić.

Ty, Michaśka, może byś już skończyła, co? — odezwał się Robek, przypatrując się kuzynce. — Ile można się smarować? Dawaj tę butelkę, posmaruję ci plecy.

Dobra, smaruj! — zgodziła się Michaśka. — Ale nie żałuj.

No pewnie, że nie będę żałował. A jak ci braknie, przyjedziemy tu traktorem z pełnym bakiem ropy… i z gospodarzem chętnym do smarowania.

Ale śmieszne! Pokaż ile zostało… No, nieźle. Wystarczy na poprawkę. A teraz chłopaki, musimy wymyślić jakąś zabawę w ruchu, bo chyba nie będziemy plackiem leżeć na kocu?... Mam pomysł! Będziemy budować tamę przy brzegu. Ale koniecznie w słońcu.

A po co ci tama? — zdziwił się Emil.

O rany, po co? Tama się zawsze przyda, a my będziemy mieli ruch. W ruchu słońce szybciej opala. I samo opalanie jest mniej wkurzające, bo jest się czymś zajętym i nie czuje się aż tak prażących promieni słonecznych. No jazda, marudy, do dzieła!

Czwórka budowniczych wskoczyła do rzeki i przystąpiła do zbierania co większych kamieni z jej dna. Kiedy nazbierali całą ich stertę, rozpoczęli budowę tamy. Budowa szła im doskonale i po chwili tama była gotowa. Ale niestety nietrwała. Rwąca woda Białej z łoskotem zburzyła ją w mig. Budowniczowie zabrali się za jej budowę od nowa. Daremne, woda znów kamienie porozsuwała. Stawiali tamę chyba ze cztery razy. W końcu się wnerwili na tę syzyfową pracę.

Ale z was patałachy! — Michaśka nie kryła niezadowolenia. — Ni w ząb nie potraficie budować.

To sam buduj, jak takaś mądra! — wkurzył się Robek i z wielkim impetem cisnął kamieniem w wodę. — Same kamienie za czorta nie utrzymają naporu wody. Trzeba nam jeszcze trochę gałęzi przynieść i zrobić z nich coś w rodzaju szkieletu, który obłożymy kamieniami. I wiecie co, zbudujemy teraz basen, nie tamę. Stojąca woda w środku basenu, będzie dodatkowo tamować napór wody. A my będziemy mogli posiedzieć sobie w głębszej wodzie.

Budowa ruszyła od nowa. Michaśka znosiła gałęzie, a Emil od niej je odbierał i razem z gałęziami robił za szkielet. I taki oto wymyślny szkielet, Robek i Kamil obkładali kamieniami. Tym razem się udało i basen był jak się patrzy. Na około czterech metrach kwadratowych wody było aż powyżej pasa. Budowniczowie byli zadowoleni. Postali w nim chwilę, potem posiedzieli zanurzeni w wodzie po szyję, potem znów postali, wesoło przy tym rozmawiając i komentując swoje zdolności. Wreszcie zauważyli, że stojąca w basenie woda zrobiła się tłusta i w promieniach słonecznych mieni się kolorami tęczy. Orzekli wtedy, że czas wyłazić, bo taka woda to istny żur a nie woda. A na żur w taki upał, to oni ochoty nie mają.

Kurcze, ale my brudni jesteśmy. — Emil wodził ręką po swoim natłuszczonym ciele. — Domyjemy my się w ogóle?

Nie bój żaby, Emilowaty. Szczotką ryżową cię wyszoruję i będziesz czyściutki jak niemowlaczek — zarechotał Robek.

Nooo, na opalone ciało szorowanie szczotką, akurat! — Kamil zgromił Robka. — Toż to istna tortura byłaby.

No nie! Co z ciebie za Kamil? — Robek kpił z kolegi. — Powinieneś być odważny i wytrzymały jak wszystkie Kamile, których znam…

O to chodzi. Nie możesz byle czego marudzić. Musisz być bardziej wytrzymały, mój ty Rumianku — poradziła Michaśka, patrząc na Kamila.

A ty co do mnie z rumiankiem startujesz? skrzywił się Kamil. Odbiło ci kompletnie?!

Odbić, to może nie odbiło… ale skojarzyło wytłumaczyła Michaśka zadowolona z siebie. Bo Robek powiedział, że masz być wytrzymały jak wszystkie Kamile. A to mi tak zabrzmiało podobnie do słowa: „Kamille”, co po niemiecku oznacza nic innego jak rumianek.

No, no, no! Patrzcie chłopaki, poliglotka się znalazła. Kamil drwił sobie z Michaśki, robiąc do niej małpią minę.

Cicho bądź Rumianek! Michaśka odpowiedziała mu z równie piękną małpią miną. To u was też jest wysyp Kamili? Bo u nas, to prawie co drugi chłopiec w naszym wieku, to albo Kamil, albo Krzysztof. Z pewnością co niektórzy rodzice chcieli w ten sposób oddać hołd wspaniałemu poecie Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu, który w tak młodym wieku zginął w Powstaniu Warszawskim. A może co niektórym chodziło o Cypriana Norwida, bo on przecież na drugie imię też miał Kamil. Tak że wiesz, mój drogi Kamilu, powinieneś być dumny ze swojego imienia. Cofam więc tego „Rumianka”, bo muszę przyznać, iż niemieckie „Kamille” nijak się mają do naszych rodzimych Kamili…

Ja chyba zaraz padnę! Michaśka, skończ nam tu swoje mądrości wstawiać. Robek przerwał kuzynce jej wywody. Nie potrzebujemy żadnych twoich wykładów z literatury i z historii. Wakacje są, jak pragnę zakwitnąć!... Mnie chodziło tylko o dwóch takich Kamilów ze Sławna, którzy w zimie parę lat temu uratowali jakąś dziewczynkę topiącą się w stawie.

Ahaaa! No to też ważni i odważni… Tylko inaczej podsumowała Michaśka.

Chłopaki, mówcie co chcecie, ale ja uważam, że to co Michaśka powiedziała, było bardzo ciekawe rzekł Emil w zadumie, siadając na brzegu rzeki.

Ja tam nie wierzę, by starzy w hołdzie komuś tam mnie tak nazwali prychnął Kamil i usiadł obok brata. Nazwali mnie Kamil, bo tak im się spodobało… Ot i cała starych filozofia.

A może się mylisz? Emil nie chciał zgodzić się z bratem. Wiem, że mama za młodu lubiła czytać wiersze. Sama mi o ty mówiła… Ty, Michaśka, a co z Emilami w naszym kraju? Może też mam jakiegoś ważnego imiennika, a nie wiem?

No nie! Skończcie wreszcie z tymi ważnymi osobistościami, których imiona przyszło nam nosić, bo się kompleksów nabawię wysapał Robek, machając przy tym rękami jakby się od much opędzał. Albo, co nie daj Bóg, Michaśka mi tu zaraz naopowiada, że na imię Robert miał jakiś ktoś, kto żył w wielkiej niesławie. I co wtedy? Wtedy będę musiał się wstydzić swojego imienia?... Że też mnie coś podkusiło palnąć o Kamilu w liczbie mnogiej!

No nie, nie obawiaj się, o twoim imieniu nie można nic złego powiedzieć. Same tylko dobre rzeczy można powiedzieć. A już najlepsze to to, że kojarzy się z robotem. A robot jest pracowity, bo zaprogramowany dla wygody człowieka, więc imię Robek pasuje do ciebie jak ulał… Boś pracuś jakich mało… Auuuć! Robocie, co mi robisz coś?!... No dobra, zamykam buzię i nic już nie mówię… Chociaż to całkiem ciekawy temat. Nawet na wakacje… Dobra, nic już nie mówię… No może tylko to, że Emil to dopiero powinien być dumny ze swojego imienia, bo ma go po Emilii Plater, która choć była dziewczyną, ścięła włosy i w męskim przebraniu, w powstańczym mundurze, walczyła za naszą ojczyznę.

No właśnie! ucieszył się Emil. Coś tam o niej się uczyłem z historii, ale wtedy nie zaskoczyłem, że ja Emil, po niej, Emilii.

A widzisz! z tryumfem zawołała Michaśka. I musisz wiedzieć, że ona to dopiero była odważna. Kiedy inni poddawali się, ona parła do walki, dowodząc oddziałem kilkuset strzelców i kosynierów. Nie poddała się nigdy. Zmarła jako bohater narodowy… Posłuchajcie:

(…) Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,

jakie piękne dziewicze ma lica!

Jaką pierś! Ach, to była dziewica

bohater,

Wódz powstańców — Emilia Plater! *

------------------------------------------------------------

* „Śmierć pułkownika” — wiersz A. Mickiewicza

No proszę, miała już nic nie mówić, a natrzaskała dziobem całkiem niemało wysapał Robek.

Ale ciekawie natrzaskała. Emil stanął w obronie Michaśki.

Dziękuję ci, Emilu! z zadowoloną miną zawołała Michaśka. Ty, Emil, popatrz no… Teraz dopiero skojarzyłam, że ty masz nawet inicjały po Emilii Plater: „E.P.”, boś przecie nie kto inny, jak Emil Potylicki. No, no, no, patrzcie państwo, co za przypadek!

Nooo…! Se nie myślcie! huknął Emil z pełną satysfakcją.

O imieniu Michalina nie będę wam opowiadała, bo już swoją osobą nie chcę was nudzić… Powiem wam tylko tyle, że imię to mam po pewnej pani doktor, która uratowała moją mamę i mnie, kiedy byłam jeszcze malusieńkim punkcikiem pod jej serduszkiem. Moja mama bardzo chorowała i mój tato zawiózł ją do stolicy, właśnie do tej pani doktor. I kiedy ta doktorka nas obie uratowała, moja mama na jej cześć nazwała mnie jej imieniem… Kurcze, zapomniałam jak ta doktorka się nazywała na nazwisko. Jakoś tak od rzeki Wisły chyba… O, już wiem, nazywała się Michalina Wisłocka… A o mnie samej, Michalinie Czaplińskiej, to usłyszycie w przyszłości, gdyż zamierzam być sławna…

No i na tym koniec, Michaśka. Robek bez pardonu wpakował się kuzynce w słowo. Przyszłość dopiero przed nami, więc pożyjemy, zobaczymy. A teraz mamy teraźniejszość. Patrzmy więc teraźniejszości. A właśnie teraźniejszość podpowiada mi, że mnie tak słoneczko przypiekło, że muszę wleźć na powrót do wody. I jeśli już o wodzie mowa, to mam pomysł. Popłyńmy sobie naszą wspaniałą dętką do Nysy. Będzie wspaniała zabawa tak sobie płynąć we czwórkę i podziwiać widoki wzdłuż brzegu. No co, dobry pomysł Robcio podsunął, nie?

Jeszcze jak! wrzasnęli jednocześnie bracia Potyliccy.

Czy ja wiem? Michaśka miała jednak wątpliwości. Woda Białej przecież jest taka rwąca. Jak my się na tym kole utrzymamy we czwórkę?

Nie tchórz przyszła sławo! Toć to tobie nie przystoi, waćpanno Michalino od Czaplińskich. Robek zadrwił sobie z kuzynki i zabrał się za turlanie koła do rzeki. Skoro my we trójkę przypłynęliśmy aż ze Sławna, to i w czwórkę damy rady. Na tym olbrzymim kole mogłoby się z łatwością i ze sześć osób pomieścić. A ponadto, rwącą Białą będziemy mieli teraz o wiele krótszy odcinek do przepłynięcia niż ze Sławna. A jak już wpadniemy z wodą Białej do Nysy, to popłyniemy zupełnie spokojnie. Sama widziałaś jaka Nysa jest leniwa… Michaśka, taki urozmaicony spław, toż to czysta przyjemność. Spłyniemy więc przyjemnie i wycieczkowo aż pod same Krosnowice. A potem brzegiem będziemy maszerowali z powrotem. Michaśka pomyśl, opalimy się jak Murzyniątka… Tak jak chciałaś.

No niech ci będzie. Przegadałeś mnie zgodziła się Michaśka. Ale jedno zapamiętaj sobie. Michalina od Czaplińskich nigdy nie tchórzy… A co dopiero w zabawie. No!... Aha, momencik, muszę się jeszcze raz posmarować tą wspaniale cuchnącą ropuchną, bo pierwszą warstwę zostawiłam w naszym pięknym basenie.

Michaśka w pośpiechu przystąpiła do smarowania. Smarowała się jednak dokładnie i ropy sobie nie żałowała. Ale i tak jej w butelce trochę zostało. Resztą wysmarowała więc chłopaków. Najbardziej Emila, bo Emil sam się dopominał. Twierdził, że ma najjaśniejszą karnację ze wszystkich, więc żeby im dorównać opalenizną, potrzebuje smarowidła więcej niż oni. Nie chciał być gorszym i chciał tak jak oni, raz a dobrze być opalonym.

Wysmarowana ropą czteroosobowa załoga wtranżoliła się na koło. Bracia Potyliccy po bokach, Michaśka wraz z Robkiem z tyłu. Unieśli nogi do góry i poddali się nurtowi rzeki… i popłynęli. Śmiechu mieli przy tym co niemiara, bo ich natłuszczone ropą pupy ślizgały się na gumowym kole, wyczyniali więc przeróżne śmieszne wygibasy, aby utrzymać równowagę i nie wpaść do kotłującej się wody.

Wartka woda Białej unosiła koło coraz szybciej i coraz mocniej nim targała. Załoga koła ledwie mogła się na nim utrzymać. Im bliżej było miejsca połączenia się rzek, nurt Białej stawał się coraz bardziej wartki.

Michaśka piszczała jak szalona, bo czuła, że lada moment wpadnie do kotłującej się wody. Parę razy tak nią zarzuciło, że z ledwością utrzymała równowagę. Po chwili chłopcy zaczęli wtórować jej w pisku, bo i im wcale nie było łatwiej.

Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Koryto Białej w ostatnim jej kilometrze zawalone było pniami drzew, gałęziami i różnymi przedmiotami. Wszyscy musieli bardzo uważać i w odpowiednim momencie podnosić nogi do góry, by ich sobie nie pokaleczyć. W takich chwilach jeszcze trudniej było im się utrzymać na kole. Nikt już nie miał szczęśliwej miny lecz przerażoną wręcz. Każdy modlił się już w duchu, aby znaleźć się wreszcie na wodach Nysy. Niestety, do zbawiennej rzeki mieli jeszcze z pół kilometra szalonego spływu.

Płynęli na złamanie karku. Resztkami sił utrzymywali się na kole. Nagle oczom ich ukazał się ogromny głaz wystający z dna rzeki. Płynęli prosto na niego z ogromną szybkością. Nie mieli szans go ominąć. Nie mieli przecież żadnych wioseł, żadnego nawet kija, by móc się odpychać od dna i choć trochę zmienić kierunek. Pruli prosto na głaz.

Jezu Chryste, co teraz?! wrzeszczała jak opętana Michaśka.

Trzymajcie się rękami jeszcze mocniej! Nogi do góry! krzyknął Robek zachrypniętym głosem.

Dobrze powiedzieć, gorzej zrobić. Koło rzucone z ogromną siłą na głaz poderwało się do góry i przechyliło się do tyłu. Tyłem jeszcze raz odbiło się od głazu i z podniesionym przodem przeleciało przez głaz. Tej swoistej ekwilibrystyki wodnej nie wytrzymał Emil i jako pierwszy stracił równowagę. Z przeraźliwym piskiem wpadł do wody.

Kiedy koło straciło na obciążeniu, bo stało się lżejsze o kilogramy Emila, przechyliło się na bok, na którym siedział Kamil, a właściwie już tylko wisiał. Następny członek załogi stracił równowagę i chlusnął jak poczwara w wodę. Ale zrobił to zupełnie bezgłośnie.

Koło stało się jeszcze lżejsze. Zadarło się przodem niebezpiecznie do góry. Zaś tyłem, obciążonym dwoma pozostałymi członkami załogi, odbiło się od jakiejś innej przeszkody sterczącej na dnie rzeki i zrobiło salto w powietrzu, gubiąc w locie przedostatniego załoganta. A załogant ten, z lotu przeszedł do wodowania i z jakimś nieludzkim okrzykiem pacnął w wodę. Ostatni zaś załogant zrobił przepiękne salto razem z kołem i rąbnął z nim z powrotem w nurt rzeki.

Tym ostatnim załogantem okazała się Michaśka, która zachowała na tyle zimnej krwi, że w ostatniej chwili przed kolizją z głazem usiadła na kole okrakiem. To ją uratowało. I kiedy chłopcy po kolei spadali z koła jak dojrzałe ulęgałki z drzewa, ona trzymała się nie tylko rękami, trzymała się też udami, obejmując koło z całych sił. Ale było jeszcze coś, co pomogło jej utrzymać się na kole. Był to wystający z koła wentyl. Michaśka na początku spływu była niezadowolona, że przyszło jej zajmować akurat takie miejsce, gdzie był wentyl. Ponieważ wentyl był okropnie niewygodny. Siedząc na kole, jego sterczący metalowy koniuszek miała między nogami. A ten koniuszek dawał się jej we znaki potwornie. W tak turbulentnym spływie czuła go bez przerwy i co rusz drapała sobie o niego nogi. Ale w rezultacie wentyl okazał się być bardzo pomocnym w jej walce z oszalałym żywiołem. Bo kiedy wykonywała salto w powietrzu wraz z kołem, rękami trzymała się właśnie wentyla. I to dzięki niemu udało jej się w miarę miękko wylądować z powrotem w wodzie i na powrót znaleźć się na tym samym miejscu na kole. Z małą tylko różnicą, że już nie siedziała na nim, tylko leżała. Przerzucona przez jego obręcz leżała w dziwnej pozycji: do pasa na kole, od pasa za kołem. A jej nogi ciągnęły się bezwładnie niczym włok za kutrem rybackim. Resztkami świadomości postanowiła podciągnąć się do koła i jakoś wgramolić się na niego. Nie miała już za wiele sił i szło jej to opornie. Ale kiedy kolanem zahaczyła o coś i poczuła przeszywający ból, doznała otrzeźwienia i od razu zaczęła żwawiej się podciągać. Wnet się udało i z powrotem wgramoliła się na koło. Wtedy pierwsze co zrobiła, zaczęła rozglądać się za chłopcami. W pierwszej chwili była przerażona, gdyż żadnego z chłopców nie było widać. Po chwili jednak ujrzała Robka, jak walczy z wodnym żywiołem i próbuje dostać się do brzegu. „O zgrozo!” wrzeszczała jej dusza. „A gdzie jest Kamil i Emil?!”. — Lecz Kamila i Emila nie widziała. Tymczasem woda znosiła ją coraz dalej i dalej. Popatrzyła do przodu i ujrzała przed sobą w odległości około stu metrów miejsce połączenia się rzek. Nie wiedziała już, czy ma się cieszyć, czy smucić. Martwiła się też o chłopców. Ale cóż mogła zrobić? Miała nadzieję, że Robek jakoś pomoże braciom Potylickim i razem wydostaną się na brzeg. Postanowiła już bez lęku poddać się nurtowi Białej, byleby tylko dostać się jakoś na spokojne wody Nysy. A potem, kiedy tam się już znajdzie, zamierzała użyć mięśni swoich nóg i rąk, by dopłynąć do brzegu. Ta myśl nieco ją uspokoiła. Odważniej już przerzuciła nogi przez koło i znów usiadła na nim okrakiem. Zacisnęła uda i położyła się na brzuch. Ramieniem lewej ręki objęła koło, a dłonią prawej ręki jeszcze mocniej chwyciła za wentyl. Zbliżała się do Nysy coraz bardziej. Postanowiła zamknąć oczy i przeczekać ten moment, w którym to oszalała Biała wpadnie do Nysy. Cóż jeszcze innego mogłaby zrobić w takiej sytuacji? Zapewne nic. Przywarła więc do koła i niesiona bezwładnie przez wodę, czekała. Po chwili poczuła mocne szarpnięcia kołem. Wstrzymała oddech. Dreszcze emocji przelatywały jej po całym ciele. Nie otwierała jednak oczu. Nadal czekała. Domyślała się, że musi się już znajdować u styku rzek. „Ale dlaczego ciągle mną tak targa?” zastanawiała się w myślach. Po chwili zrozumiała i głośno krzyknęła: „O Matko Przenajświętsza, wpadłam w wiry rzeczne!”. Natychmiast otworzyła oczy, bo dotarło do niej, że znów znajduje się w niebezpieczeństwie. W niebezpieczeństwie, któremu sama musi stawić czoła, a do tego oczy są niezbędne. Zdawała sobie sprawę, jak zgubne mogą być wiry. Nieraz im się przyglądała. Lecz z bezpiecznego miejsca na brzegu. Teraz znalazła się w samym ich centrum. Nie wiedziała co ma robić. Po głowie szalały jej wszystkie wiadomości z nauki pływania na otwartych akwenach wodnych, ba, przeplatały się nawet z wiadomościami z geografii. I co? I nic! Nic sensownego nie wymyśliła i dalej nie wiedziała jak ma się zachować w tym konkretnym przypadku w jakim się znalazła. A znalazła się sama jedna na traktorowej dętce pośród wirującej wody serwującej jej wspaniałą i darmową karuzelę. Wirowała więc i wirowała. Ciągle w tym samym miejscu. Wir nie chciał jej wypuścić. Miała już tego wirowania powyżej uszu. W głowie się jej i bez tego wirowania porządnie kręciło, i to już wcześniej. Zaczęło ją wreszcie mdlić. Myślała, że zwymiotuje. Przechyliła głowę na bok, by nie zwymiotować na koło. I wtedy, kątem oka zauważyła biegnącego brzegiem Robka. Przy następnym obrocie kołem zauważyła nawet biegnących w oddali braci Potylickich. Trochę jej ulżyło. To znaczy bardzo jej ulżyło, że widzi chłopaków całych i zdrowych. Bo skoro potrafili tak szybko biegnąć, to musieli być cali i zdrowi. Ale jej samej, to tylko trochę ulżyło, bo mdliło ją nadal. Jednak odechciało jej się przynajmniej wymiotować. Chciała krzyknąć coś do chłopców, ale głos uwiązł jej w gardle. Zaglądała więc tylko za nimi przy każdym następnym obrocie kołem i widziała wyraźnie, że chłopcy są coraz bliżej.

Michaaaaśkaaaa… trzyyyymaaaaj się! krzyczał Robek, a za nim w oddali, jak echo, krzyczeli bracia Potyliccy.

Michaśka poczuła się odrobinkę lepiej. Sama świadomość, że chłopcy są tuż-tuż dodała jej wiary na uratowanie. Zebrała się w sobie i najpierw wydała z siebie przeraźliwy, przeciągły pisk, a potem zaczęła sensowniej krzyczeć:

Raaatuuujcie mnie! Już nie czuję, czy to ja się trzymam, czy to mnie trzyma.

Już, Michaśka, już jestem! wołał Robek zasapanym głosem, dobiegając do brzegu na wprost kuzynki. Nie bój się, nic ci nie grozi. Zrób tylko tak jak ci każę…. Złap się mocno rękami za koło i ześliźnij się z koła do wody. Nogami zacznij walić o wodę i szybko odpychaj się od niej w stronę brzegu…

Nie zejdę z koła za żadne skarby świata! — wrzeszczała Michaśka w odpowiedzi, wirując na kole w najlepsze. Po następnym obrocie dowrzeszczała: Chcesz żeby mnie wir wciągnął do środka?! Wymyśl coś mądrzejszego… i to już, bo zaraz tu kręćka z kretesem dostanę!

Michaśka, posłuchaj mnie, te wiry nie są wcale aż takie groźne. To są tylko przypowierzchniowe wiry. Nie wciągają do dna. Jak zaczniesz się nogami odpychać, to wyswobodzisz się z wiru… Michaśka, zaufaj mi… Zrób tak jak ci mówię! wykrzykiwał Robek, szukając jednocześnie wzrokiem za jakimiś długimi gałęziami.

Michaśka zdała sobie sprawę, że nie może liczyć na chłopców pomoc i że musi liczyć tylko na siebie. Wściekła się. Ale jej wściekłość podziałała na nią budująco. Zacisnęła zęby, uchwyciła się mocniej wentyla, i już zamierzała zacząć zsuwać się powoli do wody, lecz na zamiarze się skończyło, gdyż jej natłuszczone ropą ciało zjechało po mokrej gumie jak po ślizgawce. W ułamku sekundy znalazła się w wodzie. Przestraszyła się okropnie. Aż jej dech zaparło. Nie spanikowała jednak tylko nogami zaczęła mocno walić o wodę. Udało się. Wydostała się wraz z kołem z objęć znienawidzonego przez nią wiru. Przepłynęła tak parę metrów i ni stąd, ni zowąd, znalazła się w objęciach następnego wiru. Znów targnęło jej ciałem i wraz z kołem zaczęła wirować. Tyle że już bliżej brzegu.

Widząc to Robek, długo się nie zastanawiał i wskoczył do wody tak jak stał. Szczęśliwym trafem w tym samym momencie dobiegli bracia Potyliccy.

Trzymajcie się, już wam pomagamy! wrzeszczał Kamil, tarmosząc jakąś gałąź w przybrzeżnych zaroślach. Emil łap za tę gałąź i stój z nią przy brzegu. Będziesz nas asekurował. Ja skaczę za Robkiem i spróbuję razem z nim wyrwać Michaśkę z wiru. Gdyby nam nie szło, rzucisz nam tę gałąź, a potem szukaj za następnymi gałęziami i wrzucaj w naszym kierunku.

Zanim Robek, a za moment i Kamil, dopłynęli do Michaśki, ona nie wiedząc o tym, że oni ruszyli jej na ratunek, sama próbowała pokonać następny wir. Kopała wodę nogami z takim zacietrzewieniem, że w ogóle nie widziała i nie słyszała co się wokół niej dzieje. Widziała tylko wirującą, mętną wodę, czarne koło, i czubek swojego mokrego nosa. Pragnęła żeby móc przestać już kopać i poczuć wreszcie twardy grunt pod nogami. I to pragnienie wyzwoliło w niej ukryte pokłady energii, zaczęła więc wierzgać nogami ze zdwojoną siłą. Wydawało jej się, że im mocniej będzie kopała, tym szybciej jej pragnienie się spełni. Kopała więc co sił. Bo oprócz pragnienia odczuwała już też przenikliwe zimno. I nagle, przy którymś kopnięciu, nogami natrafiła na coś śliskiego… i jak nie wrzaśnie:

Ratunkuuuuuu…! Ryba! Jakaś olbrzymia ryba!

Auuuuuaaa! Uważaj, nie kop mnie! To nie ryba, to ja, Robek. Uspokój się już… Michaśka usłyszała nagle głos kuzyna, który zabrzmiał jej tak cudownie niczym głos anielski.

Robciu… Robciu… Robciu, jesteś… wyciągnij mnie stąd, proszę skamlała zachrypniętym głosem.

Już wyciągam… Uważaj, rzucę się na koło i razem będziemy go pchać do brzegu. Nie wierć się tak. Nie zanurzaj tak głęboko nóg, ruszaj nimi bardziej po powierzchni wody…

Uwaga, wpływam pod koło! krzyknął Kamil, dopływając do swoich przyjaciół.

Po chwili olbrzymie koło zaopatrzone w moc dodatkowych dwóch par nóg, wyrwało się z objęć wiru i pokonało nawet dwa następne wiry. Pozostałe wiry, które w odległości paru metrów czyhały na swoje ofiary, koło ominęło bokiem.

Trójka załogantów, popychając koło do przodu, płynęła już spokojnie w kierunku brzegu. Michaśka z Robkiem pchała koło od tyłu, a Kamil od środka. Natomiast rozbitek Emil, skakał z gałęzią po brzegu i darł się jak opętany:

Ty wstrętna rzeko, możesz nam co najwyżej kuku zrobić, a nie nas porywać! Ty wariatko jedna… Ty debilko… Ty zidiociały ścieku górski… Huuuurrraaaa, jesteśmy uratowani! Płyńcie tu do mnie. Płyńcie rybeńki wy moje!

Zamknij się wreszcie Emil, bo pół wsi nad rzekę ściągniesz! huknął Robek, plując wodą. Dawaj tę gałąź i wyciągaj Michaśkę na brzeg… Michaśka, proszę, panie przodem, panowie…

Phiii! Dżentelmen się znalazł! Michaśka prychnęła pogardliwie, ale posłusznie złapała za trzymaną przez Emila gałąź. Już raz puściliście mnie przodem i fajnie na tym wyszłam. Tak fajnie, że ledwie z życiem uszłam.

Przecież nikt ciebie nie puścił tłumaczył się Robek, podpychając kuzynkę do brzegu. To my żeśmy się puścili, bo nie wytrzymaliśmy zderzenia z głazem. A ty wytrzymałaś. Zuch dziewczyna!

Ty lepiej skończ mi tu zalewać, bo wystarczy już, że mnie krew zalewa na samą myśl w co żeście mnie wpakowali burknęła gniewnie Michaśka i zaczęła przedrzeźniać kuzyna: — „Taki urozmaicony spływ, toż to czysta, niczym niezmącona przyjemność…”. A niech was dunder świśnie z taką przyjemnością!

No fakt, przyjemność była taka sobie. Ale co za przygoda! odparował Kamil i wygramolił się na brzeg jako ostatni. Jak opowiesz o tej przygodzie swoim szurniętym koleżankom w szkole, to im szczęki opadną z podziwu.

Ja wam dam przygodę…! Ja wam dam podziw! Michaśka zaczęła wrzeszczeć jakby ją kto ze skóry obdzierał i okładać chłopców pięściami.

Wrzeszczała jak szalona i nie mogła przestać. Przestała tylko okładać chłopców, bo chłopcy od niej pouciekali. Wreszcie znudził ją własny wrzask i… zaczęła się śmiać. A śmiała się też jak szalona. Głośno i histerycznie.

Chłopcy, widząc i słysząc Michaśki pokaz niezrównoważenia psychicznego, nie wiedzieli jak mają się zachować. Przez moment patrzyli na siebie przerażeni i zastanawiali się, czy ona aby nie zwariowała od tych emocji i strachu. Ale gdy po chwili jej śmiech nabrał normalnego brzmienia i śmiała się już jak normalna Michaśka, wszyscy trzej, jak na zawołanie, buchnęli równie głośnym i perlistym śmiechem...