* Ilustrację wykonała moja siedmioletnia wówczas wnuczka.
* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
* Ilustrację wykonała moja siedmioletnia wówczas wnuczka.
* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.
Wracam do swojej starej, sprzed ponad 20 lat rymowanki dla dzieci za sprawą mojej najmłodszej 10-letniej wnuczki, która ostatnio namalowała swoją ilustrację do niej. Chciała dla zabawy porównać ją do ilustracji wykonanej 16 lat temu przez jej 13 lat starszą siostrę... Spodobała mi się ta jej zabawa. W tych ilustracjach widzę wiele podobieństw.
W makowym polu stoi Makówka,
Stoi i wzdycha: — Boli mnie główka.
Mądrości pełno jest w mojej głowie,
Co mam z nią począć? Kto mi podpowie?
A wokół rosną tylko Maczki,
Takie małe nieboraczki.
Rosną… rosną… i wciąż małe,
Żadne nie są tak dojrzałe.
Lecz choć one takie małe,
Są przyjazne i wspaniałe.
W czerwone odziane kubraczki
Są te wszystkie małe Maczki…
Tworzą piękną barwę pola,
Taka Maczków przecież rola.
A Makówka tylko wkoło
Wciąż powtarza, trzepiąc głową:
— Wszystkie macie puste główki…
Nic wam do mnie, dojrzałej Makówki.
Bo ja jestem tak dojrzała,
Taka mądra, tak wspaniała…
Smutne miny robią Maczki,
Takie małe nieboraczki.
A że Maczki żyją zgodnie,
Wszystko u nich jest podobnie.
Stoją wciąż za sobą murem
I wołają wszystkie chórem:
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
Maczki — bractwo bardzo zgodne —
Miny mają już pogodne
I próbują z każdej strony
Swoją rolę wziąć w obronę.
— Hej Makówko, co ty gadasz?
Może pełną główką władasz,
A choć nasze niepodobne,
Jednak bardziej są ozdobne.
— Was tylko ściąć... i do wazonu!
A ze mnie makowca piekarz wykona. —
Oj nie na żarty zdębiały Maczki
I posmutniały, nieboraczki.
— Bo ja jestem tak dojrzała,
Taka mądra, tak wspaniała! —
I trzepnęła główką dumnie,
Bo tak pięknie nikt nie umie.
Zgodne Maczki — stoją murem
I wołają wszystkie chórem:
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
Głośno ziewnęła znudzona Makówka,
Że aż ze strachu krzyknęła Rosówka:
— Cóż ty tak ziewasz moja pani?!
Swoim nietaktem wszystkich ranisz!
— Ach, bo mnie nudzą te małe Maczki.
Chcą być mądrzejsze, nieboraczki…
Tyle rozumu mam w swojej głowie,
Że jest inaczej, nikt mi nie powie!
Na to Rosówka śmiechem parsknęła:
— A skądżeś się tutaj w ogóle wzięła?!
Z kwiatu maku powstaje makówka,
Nie zawsze wyglądała tak twoja główka!
— Ach, jesteś głupia… prawdopodobnie! —
Buzię wydęła Makówka wymownie. —
Ja zawsze byłam taka dojrzała,
Taka mądra, taka wspaniała! —
I śmiechem buchnęła, trzęsąc się cała…
Maczki wołają: — Chwała ci, chwała!
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
— Dość tego! — Rosówka nie wytrzymała
I mocno ogonkiem o ziemię zastukała. —
Nic już z tego nie rozumiem,
A rozsądnie myśleć umiem.
Bractwa Maczków jesteś siostrą,
Lecz dlaczego taką ostrą?!
Wiem już! Jesteś tylko przemądrzała,
A nie mądra i wspaniała…
A daj ty sobą dobry przykład,
Ze swej wiedzy zrób nam wykład.
— A cóż ja wam będę opowiadała?
Natura mądrości wszak wam nie dała.
Zwłaszcza te Maczki… takie szkaradne
W rozumowaniu nieporadne.
Wysiłku mojego byłoby szkoda,
Bo wiedza po was spływa jak woda.
— Tyś już chyba oszalała,
Taka z ciebie samochwała!
Wiesz, co myślę, moja droga?
Twoja wiedza jest uboga.
Skończże pleść te dyrdymały,
Bo się śmieje zagon cały.
Znów Makówka obrażona,
Trzepie główką nastroszona.
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
— Zaraz… zaraz! — Co się dzieje?! —
Gdzieś wysoko ktoś się śmieje.
Aaaa… to Sroka czarnooka
Nadlatuje hen z wysoka.
— Skandal! Skandal! — zaskrzeczała. —
Ta Makówka zwariowała…
Durrrna! Durrrrna! — głośniej dodała
I ze świstem fruuuuu…! odleciała.
Makóweczka obrażona:
— No co ona…? No co ona?!
Przecież jestem doskonała,
Mądra bardzo, wręcz wspaniała!
— Kuku! Kuku! — Co się dzieje?!
Czemu każdy tak się śmieje? —
Kukułeczka z lotu ptaka
Zakukała: — Co za draka?!
Wiem! To ty znów Makóweczko
Wciąż wymądrzasz się w kółeczko.
Wymyśl lepiej coś innego…
— Co takiego…?! Co takiego?!
Nie pojmuję, czego chcesz?
— Siły na zamiary mierz!
To dla ciebie dobra rada.
Zarozumiałym być nie wypada.
A Makówka? Jak to ona…
Jeszcze bardziej obrażona.
— Wyście chyba poszaleli,
Na najmądrzejszą się uwzięli.
Czy tak ciężko jest zrozumieć,
Być wspaniałą trzeba umieć.
Ziarenek maku pełno wokoło,
Bo Makówka wciąż trzepie głową.
A Maczki? Jak to Maczki,
Z radości pokraśniały nieboraczki.
— Dziękujemy ci wspaniała Makówko,
Że tak trzepiesz swoją główką!
— Huhuuu! Huhuuuuu!!! — zadrgało powietrze.
To stara Sowa kołuje na wietrze.
I wszyscy jakoś zaniemówili,
Każdy się wczuł w powagę chwili.
Bo ta Sowa to mądra głowa.
Wszyscy to wiedzą wszędzie dookoła.
Każdy przed nią respekt czuje,
Choć ona wszystkich dobrze traktuje.
Każdemu daje mądre rady,
Lecz też bezlitośnie wytyka wady.
Obok Rosówki Sowa ląduje
I się Makówce wciąż przypatruje.
— Słucham was już kwadrans cały
I widzę, że macie problem niemały!
A gdzie jest problem… tam rozwiązanie.
Pozwólcie, że wam wyrażę swoje zdanie:
Każdy ma w życiu swe przeznaczenie,
Lecz żyć w zgodzie z innymi też ma znaczenie...
Dlaczego więc ciebie... Do ciężkiego licha!
Rozpiera aż tak obrzydliwa pycha?!
Postawa taka z pewnością bywa
Dla ciebie samej zbyt uciążliwa.
A przecież w życiu każdy miewa racje,
Po co więc robić ze swojej sensacje?
Niech każdy żyje najlepiej jak umie,
Ale drugiego niech też rozumie.
A wszyscy wtedy będziemy weseli,
Bez względu na to, czy rację żeśmy mieli.
Makówce mina zrzedła wyraźnie
I popatrzyła już nieco przyjaźniej.
— Może to wszystko kiedyś zrozumiem.
Jednego tylko pojąć nie umiem…
Za co te Maczki tak mi dziękują?
Robią mi na złość i denerwują.
Rosówka przez chwilę nie reaguje…
Słowami Sowy się delektuje.
W końcu dotarło do niej pytanie,
Więc głośno rzekła (kończąc ziewanie):
— Bo co ty robisz, droga przyjaciółko?
Trzepiesz swą głową tylko w kółko...
Popatrz na ziemię, co żeś narobiła,
Mnóstwa ziarenek się sama pozbyłaś.
Już cały zagon na dobre obsiałaś...
A efektu siania nie przewidziałaś?
Dzięki tobie już wczesną wiosną
Piękne Maczki tutaj wyrosną.
A ja im ziemię spulchnię wokoło,
Aby im wszystkim było wesoło,
— A my ci Makówko pięknie dziękujemy,
Wszak więcej przyjaciół mieć będziemy! —
Chórem zaśpiewały radosne Maczki
Do starszej swej siostry, nieboraczki.
Makówka ze wstydu główkę spuściła
i się głęboko zastanowiła:
— Myślę, że oni mogą mieć rację...
Tracąc ziarenka, straciłam orientację.
A morał z tej bajki wypływa taki:
Nie przedkładaj siebie ponad innych, bo stracisz przyjaciół z własnej winy.
HKCz`2004
A morał z tej bajki wypływa taki:
Gdy Matkę masz blisko siebie, żyje ci się pięknie, jakoby w niebie. Pamiętać jednak bądź zawsze skłonny, że Matka ma serce — nie tylko na dłoni.
* Rysunek lwa Hugo wykonała moja siedmioletnia wnuczka z prośbą o bajeczkę.
Z bajki tej morał wypływa taki:
— Książeczek mam mnóstwo! —
O cudownej zimie
Śnieżne przygody
Gdy śnieżek prószy na dworze,
Dzieci są w dobrym humorze.
Sanki, narty wyciągają...
Górki w pobliżu szukają.
Już znalazły, już zjeżdżają…
Choć się ciągle przewracają
To nikomu nic nie szkodzi.
Dobry humor nie zawodzi.
Hej dzieciaki! Hejże ha!
Jazda z górki! — Zabawa trwa!
A śnieg sypie, sypie wkoło...
Wszystkim dzieciom jest wesoło.
Każde śnieg do garści bierze,
Będą walczyć jak... rycerze (?)
Krzyki, piski, śmiechu wiele,
Kulki śnieżne trafiają w cele.
Nikt się jednak nie mazgai...
To nie przystoi śnieżnej zgrai.
Hej dzieciaki! Hejże ha!
Kulkami rzucamy! — Zabawa trwa!
A śnieg sypie, sypie z nieba...
Tego właśnie dzieciom trzeba.
W miękki, biały, śniegowy puch,
Każde robi głośne: — buuuch!
Potem orła robią w śniegu...
Szybko, zwinnie, jakby w biegu,
Nogami, rękami machają...
Kształty skrzydeł tak powstają.
Hej dzieciaki! Hejże ha!
Robimy orła! — Zabawa trwa!
A śnieg sypie, sypie z nieba...
Och, jak dużo go potrzeba.
Wszak bałwanka lepić pora,
Musi stanąć do wieczora.
Trzy kule już śpiesznie turlają,
Jedną na drugą stawiają.
Marchew, garnek, węgielków wiele...
I bałwanek stoi, śnieżni przyjaciele!
Hej dzieciaki! Hejże ha!
Bałwanka lepimy! — Zabawa trwa!
Hej dzieciaki! Hejże ha!
Baraszkujmy po śniegu — póki ZIMA TRWA!
Zima nie jest zła
Hu, hu, ha! Zima ciągle trwa!
My się zimy nie boimy,
My się zimą wciąż bawimy...
Niechaj zima ta — jak najdłużej trwa!
Hu, hu, ha! Zima nie jest zła!
Choć nas szczypie w nosy, w uszy,
Choć nam śniegiem w oczy prószy...
Niechaj zima ta — jak najdłużej trwa!
Hu, hu, ha! Zima nie jest zła!
Frajdy nie szczędzi wszak nikomu...
Wyjdź więc czasem do niej z domu.
I... ???!
Niechaj zima ta — jak najdłużej trwa!
Hej na narty!
Piękna pogoda jest dziś na dworze,
Trudno więc nie być w dobrym humorze.
Śniegiem prószyło calusieńką noc,
Białego więc puchu na dworze moc.
Hej na narty... hejże-ha!
Póki śnieżna zima trwa.
Kto kocha zimę ten pewnie już wie,
Co dziś chce robić, a także gdzie...
Ja wręcz uwielbiam zimy uroki,
Zwłaszcza bielutkie narciarskie stoki.
Szus na nartach... hejże-ha!
Póki śnieżna zima trwa.

O Marku i Jarku
Poranek Marka i Jarka
Gdy wiosna nastanie — o porannej porze,
Chłopcy uwielbiają wstawać o poranku,
Co dzień z rodzicami jedzą grzecznie śniadanie,
O ósmej zaś z mamą raźnym idą krokiem,
A jak tam w przedszkolu? Och bardzo wesoło!
Moc skojarzeń
Stoi Jasiek na ulicy
Kiedy palców mu zabrakło,
Co to było już zapomniał,
Wtem się wsparł o stare drzewo,
Miał nadzieję ustawicznie,
Pidi i Midi
Pidi i Midi Kacperka
Wesołe są bardzo,
Papu lubią różniste,
Zima naszych marzeń
Nadchodzi
zima… Czy będzie sroga?
Z
takim pytaniem — tylko do Boga…
Choć odpowiedzi nie
dostaniemy,
Że będzie piękna my wierzyć chcemy.
Wszak
to czas świąt, spotkań rodzinnych...
Takich wesołych brak w
porach innych.
Niech więc nas cieszy ta biała zima
— Książeczek mam mnóstwo! —
zaprasza dzieci Miłka. —
Siadajcie wokół mnie
przeczytam wam kilka:
O dziadku Walentym
i dzielnej Martynce.
O grubym Maćku
i pewnej Halince.
Dziadek Walenty i jego sentymenty
Pewnego razu dziadek Walenty
Zapragnął wnukom kupić prezenty,
Wyszedł więc z domu o wczesnej porze,
Zanim poranne rozbłysły zorze.
Długa wręcz droga czekała dziadka,
Pieszo ją pokonywał jeno z rzadka.
Zwykle bicyklem jeździł na bazar,
Czasami bryczką wiózł go Baltazar.
Tym razem jednak z wielką ochotą
Na bazar poszedł właśnie piechotą.
Z kapeluszem w ręku, w dobrym humorze,
Szedł, pokonując kolejne rozdroże.
A kiedy na bazar już prawie dochodził,
Nagle nowy pomysł mu w głowie się zrodził:
Ażeby swojego sługę Baltazara
Wysłać nad morze po kubańskie cygara.
— Wnuki na prezenty wszak poczekać mogą —
Szepnął do siebie i... w powrotną ruszył drogę.
Szedł raźnym krokiem, pogwizdując wesoło,
Podziwiał przyrodę, zerkając wokoło.
Kiedy niedaleko był już swego domu,
Spostrzegł, że tam się ktoś skrada po kryjomu.
Chybcikiem wydobył kozik zza pazuchy
I krzyknął: — Hola! Stój! Słyszysz?! Czyżeś głuchy?!
Ten ktoś jednak dziadka nie chciał słuchać wcale
I zaczął uciekać, lecz biegł ociężale.
Wystraszył się wtedy staruszek Walenty,
Zaczął głośno krzyczeć... Darł się jak najęty:
— A to ci dopiero! Stój! Stój! Dobrodzieju!
Dobrodziej coś ukradł?!… Ty wstrętny złodzieju! —
I puścił się biegiem z kozikiem w dłoni,
Mając nadzieję, że rabusia dogoni.
Co tchu gnał i krzyczał poczciwy Walenty,
A złodziej uciekał, milcząc jak zaklęty,
Lecz nagle się stała naprawdę rzecz dziwna,
Coś spadło na ziemię... Jakaś część żeliwna?
Z miejsca się zatrzymał zmęczony Walenty.
Sięgnął do kieszeni po cukierek z mięty,
Gdyż tchu mu zabrakło, ale był ciekawy,
Co rzucił na ziemię ten oprych cherlawy.
Kiedy podszedł bliżej, odgadł co to było.
Aż usiadł na ziemi… Tak go poruszyło.
Gdyż była to przecież od bicykla rama.
Niedawno ją kupił... Czyż to nie dramat?!
Straszliwie zziajany wezwał Baltazara.
Kazał mu wyrzucić do śmieci cygara.
Zamierzał już nigdy nie palić żadnego,
Nawet najmniejszego, nawet… kubańskiego!
Zachwycony sobą, wdzięczny Opatrzności
Za tegoż złodzieja... Wszak nie czuł już złości.
Kozikiem na powrót ramę wnet przykręcił
I od razu dostał na przejażdżkę chęci.
Och jakże szczęśliwy był dziadek Walenty,
Aż znów zapragnął kupić wnukom prezenty.
W mig usiadł na bicykl i ruszył na bazar,
Za nim z dużym koszem podążał Baltazar.
Martynka zuch dziewczynka
Szybko urosła nasza Martynka…
Mała z niej trzpiotka i zuch dziewczynka.
Wszędzie jej pełno, wciąż dokazuje,
Niewielu chłopców jej dorównuje.
Ciągle na buzi uśmiech jej gości,
Czym nam przynosi dużo radości.
Wystarczy tylko na nią popatrzyć,
By w mig zrozumieć, co dla nas znaczy.
Zawsze odważna, nigdy nie płacze.
Śpiewa wesoło, jak ping-pong skacze,
Ale pomagać też lubi w domu.
Krzywdy nie robi nigdy nikomu.
Z dziećmi się zgodnie potrafi bawić.
Trochę coś zepsuć, trochę naprawić.
Nikt jej nie może w kaszę nadmuchać,
Zaraz się wścieka, zła jest jak mucha.
Co brat Marcelek zrobić potrafi,
Musi i ona, bo zaraz się trapi.
Zawsze do niego chce być podobna.
Chociaż jest młodsza, mała i drobna.
Chętnie się uczy — „mówić po polska”,
Bo ją ciekawi — „gdzie mieszka Polska”.
Jak opanuje polskie czytanie,
Babcine bajki też będzie w stanie.
O grubym Maćku i jego pragnieniach
Gruby Maciek siedzi pod sosną,
robiąc minę bardzo żałosną.
— Zagrać w piłkę chcę z kolegami! —
Krzyknął z nagła, wierzgając nogami.
— Dlaczego ze mną grać żaden nie chce?!
Poczekajcie!... Kiedyś ja nie zechcę!
O co im chodzi? Żem za gruby?
Że na meczu nie przyniosę chluby?
Ja… gruby?! Wcale że nie!
Jestem piłkarz — co się zwie!
Kopać piłkę, strzelać gole…
Właśnie to chcę… i to wolę!
A że lubię też i jeść,
Tego niejadki nie mogą znieść.
Jem, bo chcę być bardzo zdrowy
I na wszystko być gotowy.
Jem, bo rosnę — i jeść trzeba:
Dużo mięsa, dużo chleba...
Też nie gardzę słodyczami,
Kiedy mam je przed oczami.
Kto je dużo, szybko rośnie,
Tak na jawie, jak i we śnie,
Więc ja rosnę… oni nie.
Kto z nas lepszy? Ja, co nie?!
Gruby Maciek siedzi pod sosną
Z miną bardziej już radosną.
— Zaraz wstanę i im nagadam…
Tylko cukierki powyjadam...
Ojej! Co to? Ciężko wstać!...
Muszę jeszcze próbować.
Ufff, źle ze mną… Kto to wie:
Może jednak za dużo jem?
Może trzeba słodyczy mniej jadać?
Między posiłkami nie podjadać?
Przed TV z chipsów zrezygnować?
Czasem się gimnastykować?
Właśnie tak, tak zrobić muszę,
Bo biegając, aż się duszę.
Brak mi siły, brak mi tchu…
Super pomysł, więc... Juhuuuu!!!
No bo:
— „Jeśli nie chcesz swojej zguby,
mniej podjadać musisz luby”.
No i:
— „Je się po to, aby żyć,
a nie po to, żeby tyć”.
Mądre są te maksymy babcine...
Za mą tuszę sam ponoszę winę.
Schudnę!!!
I nikt już więcej nie nazwie mnie: „Maciora”,
Ani też: „Gruby Macio” nie zawoła.
Zielona lokomotywa
Stoi przy stacji
lokomotywa.
Piękna, zielona,
nic z niej nie spływa...
Żadna oliwa.
Prawdziwa jest jednak
ta lokomotywa...
I jakże się ładnie
ona nazywa.
Jak? Nikt nie zgadnie...
Ano Halinka.
Prawda, że ładnie?
Jakby kto Halinkę
okiem tylko zmierzył
i w prawdziwe jej imię
nie bardzo chciał wierzyć,
niechaj do swej ręki
weźmie jakąś lupę
i niech ją zlustruje...
Od przodu po pupę.
Buźkę ma Halinka
jak się patrzy...
Wesołymi oczkami
na przechodniów patrzy.
Nikt chyba nie zaprzeczy,
że jest całkiem do rzeczy?
Stoi Halinka
cichutko pod drzewem...
Dochodzącym z dworca
upaja się śpiewem.
A śpiew dla Halinki
to turkot kół...
Kiedy go usłyszy,
w duchu turkocze wespół.