Siedmiu wypłynęło. Przeżyło trzech. Resztę dopisała Wisła, czas i przypadek — albo coś więcej. To jedna z tych historii, które trudno wytłumaczyć.
W 82. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego myślami wracam do historii mojego wujka — żołnierza Armii Kościuszkowskiej.
Był sierpień 1944 roku. Razem z innymi ochotnikami ruszył przez Wisłę, by wesprzeć walczącą Warszawę. Noc rozdarł ogień. Ich łódź znalazła się pod ostrzałem — z siedmiu ocalało tylko trzech.
Ranni, półprzytomni, zdani na łaskę nurtu, dryfowali, aż rzeka zatrzymała ich pod zwalonym przęsłem mostu Poniatowskiego. Tam, w cieniu ruin, wujek spędził dwadzieścia dwa dni — ciężko ranny, bez opieki, gasząc pragnienie wodą z Wisły.
Z pomocą przyszedł trzynastoletni harcerz, Rysiek. Ryzykując życie, wyłowił z rzeki przesiąknięty wodą i krwią chleb z zatopionych chlebaków poległych.
Mijały dni, a wokół wciąż krążyły niemieckie patrole — nikt nie odważył się ich wydobyć z tego miejsca zawieszonego między życiem a śmiercią.
I wtedy, po trzech tygodniach, pojawiła się łódź — cicha, niemal nierzeczywista, jakby wyłoniła się z mgły. Doczepiony do niej kajak kołysał się lekko na wodzie. Z ostatkiem sił wdrapali się na pokład i przeprawili na drugi brzeg. Tam czekało ocalenie.
Dla nich to był cud nad Wisłą.
