Tran wielu z nas pamięta aż za dobrze — przedszkole, kolejka jak do lekarza i ta wielka łyżka zmierzająca prosto do otwartej buzi… Fuj! Smak nie do zapomnienia. Trauma — również.
Na szczęście dzieciństwo minęło, a wraz z nim przymus. Dziś do tranu podchodzę już dobrowolnie — i, o zgrozo, nawet z sympatią. Ba, jestem jego fanką! Łykam go regularnie — w kapsułkach albo z butelki (choć ta druga opcja wciąż wymaga odwagi).
Nie zawsze jednak było tak rozsądnie. W młodości, w przypływie desperacji i marzeń o „kobiecych kształtach”, wypiłam — w ukryciu przed mamusią, w spiżarce — na raz całą butelkę tranu. Tak, całą. Nie polecam. Do dziś mam przed oczami skutki tej decyzji… i żołądek też coś pamięta. Nikomu nigdy się do tego głupiego kroku nie przyznałam.
A przecież tran to samo zdrowie! To tłuszcz z ryb (brzmi zachęcająco, prawda?), bogaty w witaminy A i D oraz kwasy omega-3. Już od wieków pomagał na krzywicę, wzmacniał kości, poprawiał odporność, a dziś wiemy, że wspiera serce, mózg i koncentrację. Podobno nawet pomaga myśleć — co mogłoby tłumaczyć, dlaczego po tej feralnej butelce jednak czegoś się nauczyłam.
Badania pokazują, że dzieci, które dostają tran, lepiej się koncentrują i spokojniej funkcjonują. Czyli jednak te przedszkolanki miały rację… tylko metoda podania była, delikatnie mówiąc, dyskusyjna.
Tran pomaga też dorosłym — na serce, stawy, odporność, a nawet urodę. Brzmi jak cudowny eliksir? Prawie. Jest tylko jeden haczyk: smak. Na szczęście producenci próbują go ratować aromatami cytrynowymi czy pomarańczowymi. Różnie im to wychodzi, ale doceniamy starania.
Najważniejsze — nie przesadzać. To nie sok jabłkowy. Witaminy w nim zawarte lubią się kumulować, a ich nadmiar potrafi dać popalić. Ja coś o tym wiem.
Podsumowując: tran jest zdrowy, wartościowy i zdecydowanie wart uwagi… byle nie w ilościach „na eks” i nie pod przymusem z przedszkolnej łyżki.
.jpg)