Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Tran — zdrowie w płynie (i trauma z dzieciństwa)

Tran wielu z nas pamięta aż za dobrze — przedszkole, kolejka jak do lekarza i ta wielka łyżka zmierzająca prosto do otwartej buzi… Fuj! Smak nie do zapomnienia. Trauma — również.

Na szczęście dzieciństwo minęło, a wraz z nim przymus. Dziś do tranu podchodzę już dobrowolnie — i, o zgrozo, nawet z sympatią. Ba, jestem jego fanką! Łykam go regularnie — w kapsułkach albo z butelki (choć ta druga opcja wciąż wymaga odwagi).

Nie zawsze jednak było tak rozsądnie. W młodości, w przypływie desperacji i marzeń o „kobiecych kształtach”, wypiłam — w ukryciu przed mamusią, w spiżarce — na raz całą butelkę tranu. Tak, całą. Nie polecam. Do dziś mam przed oczami skutki tej decyzji… i żołądek też coś pamięta. Nikomu nigdy się do tego głupiego kroku nie przyznałam.



A przecież tran to samo zdrowie! To tłuszcz z ryb (brzmi zachęcająco, prawda?), bogaty w witaminy A i D oraz kwasy omega-3. Już od wieków pomagał na krzywicę, wzmacniał kości, poprawiał odporność, a dziś wiemy, że wspiera serce, mózg i koncentrację. Podobno nawet pomaga myśleć — co mogłoby tłumaczyć, dlaczego po tej feralnej butelce jednak czegoś się nauczyłam.

Badania pokazują, że dzieci, które dostają tran, lepiej się koncentrują i spokojniej funkcjonują. Czyli jednak te przedszkolanki miały rację… tylko metoda podania była, delikatnie mówiąc, dyskusyjna.

Tran pomaga też dorosłym — na serce, stawy, odporność, a nawet urodę. Brzmi jak cudowny eliksir? Prawie. Jest tylko jeden haczyk: smak. Na szczęście producenci próbują go ratować aromatami cytrynowymi czy pomarańczowymi. Różnie im to wychodzi, ale doceniamy starania.

Najważniejsze — nie przesadzać. To nie sok jabłkowy. Witaminy w nim zawarte lubią się kumulować, a ich nadmiar potrafi dać popalić. Ja coś o tym wiem.

Podsumowując: tran jest zdrowy, wartościowy i zdecydowanie wart uwagi… byle nie w ilościach „na eks” i nie pod przymusem z przedszkolnej łyżki.


czwartek, 22 stycznia 2026

Las – najlepszy lekarz bez recepty

Masz dość codziennych problemów, korków, powiadomień i pytania „co dziś na obiad”? Jest na to sprawdzony sposób — idź do lasu. A jeśli las masz daleko, park też da radę.

Badania naukowe nie kłamią: wśród drzew człowiek szybciej dochodzi do siebie niż pomiędzy betonem a klaksonami. Wniosek jest prosty — pakuj wygodne buty i… jazda w zieleń!

Las działa jak naturalny psychoterapeuta, tylko bez kolejki i rachunku. Już po pół godzinie spaceru stres zaczyna się pakować i wychodzi bez pożegnania. Złość topnieje, humor wraca, a organizm produkuje endorfiny — czyli hormony szczęścia, znane też jako „wewnętrzny uśmiech”.

Regularne spacery po lesie wzmacniają odporność. Natura uruchamia nasze naturalne siły obronne, które czuwają, żebyśmy mieli się dobrze i nie łapali wszystkiego jak leci. Krótko mówiąc: las dba o nas, zanim zdążymy zachorować.

Serce też jest zadowolone — ciśnienie spada, tętno zwalnia, a my przestajemy się spieszyć… nawet jeśli nie wiemy dokąd. Las uczy cierpliwości i przypomina, że nic nie musi dziać się „na już”.

Japończycy nazwali to „leśnymi kąpielami”. Spokojnie — nie trzeba stroju kąpielowego. Wystarczy oddychać, patrzeć i iść przed siebie. Przy okazji las filtruje powietrze, pochłania CO₂ i robi porządki, na które my nie mamy czasu.

Poranny spacer wśród mgły działa jak darmowa inhalacja premium. Oddychasz, relaksujesz się i nagle świat staje się całkiem znośny. A potem:

Poprawia nam się nastrój i samopoczucie,

pogoda ducha powraca, a nawet i... chucie. 😉

Las jest dla każdego — młodych, starszych i tych „w sam raz”. Można spacerować, posiedzieć na pieńku, pogapić się w drzewa albo nawet przytulić się do któregoś z nich. Fani twierdzą, że drzewa oddają dobrą energię. Sceptycy też wychodzą z lasu w lepszym humorze — przypadek? Nie sądzę.

Jedyna uwaga: pamiętaj o kleszczach. Długie rękawy, nogawki i rozsądek to najlepsi towarzysze leśnych przygód. Reszta to już sama przyjemność.



Hen za miastem rośnie las
i zaprasza wszystkich nas.

Pięknie wokół szumią drzewa,
a chór ptaków głośno śpiewa.

Hej, do lasu! — Hej, per pedes!

Tak by zrobił Archimedes…😉

Nie zastanawiajmy się więc zbyt długo: czy to wiosna, czy to lato, czy to jesień, czy to zima — do lasu marsz!



------------------------------------------------------------------


Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


wtorek, 13 stycznia 2026

Zanim los powie — dość!

Zanim los wypowie swoje krótkie i ostateczne „dość”, zwykle długo milczy. Milczy tak, że łatwo pomylić ten brak głosu z przyzwoleniem. Z ciszą, która nie ostrzega, lecz czeka — aż przekroczymy własną granicę.

A przecież wszystko ma swoją miarę: ambicje, pragnienia, wysiłek. Także ludzkie ciało. Także serce.

Spotkałam ją przypadkiem, pośród ulicznego szumu i obcych twarzy. Siedziała na wózku. Świat na chwilę zwolnił, jakby ktoś wstrzymał oddech. Jeszcze niedawno była w ruchu — w biegu, w planach, w nieustannym „potem”. Teraz nieruchoma. Krucha. Przeraźliwie prawdziwa.

Pamiętam ją z lata. Pełną sił, rozpaloną opowieściami o domach. O murach, które miały chronić przyszłość. O dachach, pod którymi miało zamieszkać szczęście. Jeden dom tu, drugi tam — jakby samo mnożenie przestrzeni mogło zatrzymać czas. Pracowali bez wytchnienia, jakby życie było długiem do spłacenia. Jakby jutro istniało tylko wtedy, gdy zostanie zabezpieczone betonem i cegłą.

Słuchałam i wciąż wracało do mnie jedno pytanie, ciche i niepokorne: po co tyle ścian, skoro brakuje w nich oddechu? Po co tyle drzwi, skoro nie ma kiedy przez nie przejść? Zdrowie oddawali w zastaw — dzień po dniu, noc po nocy.

Wielu idzie tą samą drogą. Drogą, która obiecuje wszystko, a zabiera najwięcej. Gdzie „mieć” zagłusza „być”, a serce zamienia się w magazyn, nie w dom.

Ludzie biegną, potykają się, wstają i biegną dalej — aż ciało pęknie jak zbyt mocno naciągnięta struna. I wtedy przychodzi cisza. Nieproszona. Nieodwracalna.

Wylew. Paraliż. Słowa ciężkie jak kamienie. Długa rehabilitacja, w której czas nie leczy, lecz uczy pokory. Miała szczęście — tak mówiła. Ocalona. A jednak okaleczona w sposób, którego nie widać na pierwszy rzut oka.

Czy myśli dziś o swoich domach? Czy mury potrafią ogrzać? Czy dachy ochronią przed żalem?

Nie pytam. Są pytania, na które odpowiedź boli bardziej niż milczenie. Bo sens życia nie mieszka w liczbach ani w metrach kwadratowych. Jest gdzie indziej — w spokoju poranka, w zdrowym ciele, w możliwości pójścia przed siebie o własnych siłach. W umiejętności zatrzymania się, zanim będzie za późno.

Czy naprawdę w tym tkwi sens życia — w nieustannej pogoni za tym, co materialne? Zbyt często właśnie ci, którzy stawiają dobra ponad wszystko inne, płacą najwyższą cenę. Ci natomiast, którzy potrafią wybrać inaczej — którzy ponad „mieć” stawiają „być” — rzadziej doświadczają takich tragedii. I częściej odnajdują szczęście.

Wiem to. Bo sama wybrałam tę drogę.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


czwartek, 25 listopada 2021

Nie dajmy się depresji

Mamy listopad, najbardziej nielubiany, ponury miesiąc. Aura daje się nam we znaki, a do wiosny daleko. Aby nie popadać w stany depresyjne musimy sobie jakoś radzić. Najlepszą metodą w tym względzie jest częste przebywanie na łonie natury. Bez względu na pogodę. A już zwłaszcza — w słoneczną. Pisałam o tym we wpisie pt. "Promieniami słońca w depresję". Na szczęście słonecznych dni nawet w listopadzie nie brakuje.

Jeśli ktoś nie ma czasu, albo ciężko mu się zmusić do wyjścia z domu, proponuję taką oto kąpiel słoneczną:

 

 Na zdrowie!

poniedziałek, 12 października 2020

Polacy kochają leki i pochłaniają je tonami. Czy to już choroba?

Jak podają polskie media, Polacy bez opamiętania nadużywają leków. Skąd to się bierze? Czyżby edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego względem leków była niedostateczna? A może to postępująca hipochondria trawi Polaków?

Sytuacja w polskiej służbie zdrowia jest ciągle daleka od poprawnej, to fakt, ale jest też i druga strona medalu, też przerażająca — polscy pacjenci, którzy do przesady wykupują leki (nawet na zapas) i pochłaniają je w ogromnych ilościach. A przecież leki to nie cukierki. Przesadna miłość Polaków do leków jest obecnie aż nazbyt widoczna. W 2013 roku wydali na nie ponad 18 mld złotych.

W przypadku wielu dolegliwości trapiących nas na co dzień można przecież wykorzystać domowe sposoby. Jest wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które w wielu przypadkach mogą zastąpić leki pochodzące z firm chemii farmaceutycznej. Po co napychać czyjeś przepastne kieszenie, jeśli w wielu przypadkach sami sobie możemy pomóc? Oczywiście chodzi tu o osoby relatywnie zdrowe. Poważnie chorzy niestety muszą się leczyć farmakologicznie, a tym samym, dawać zarobić coraz bardziej zachłannym korporacjom farmaceutycznym.

Z roku na rok rośnie ilość sprzedawanych w Polsce medykamentów. Polacy prześcignęli już przodujących dotąd w Europie Francuzów. Bardzo to niepokojące, zważywszy na fakt, że każde lekarstwo to także trucizna, tyle że spożywana w małej ilości. Chemia to chemia i pompowanie jej bez umiaru do organizmu tylko dlatego, że kupuje się ją w aptece kojarzonej ze zdrowiem — jest zwyczajnie szkodliwe. A wiele osób niestety zażywa leki choć nie jest to konieczne, ot tak, z przyzwyczajenia. Albo z byle powodu, często nie czytając nawet załączonej ulotki. Nie mogą więc, albo i nie chcą, zdać sobie sprawy z tego, jak szybko można się uzależnić od danego specyfiku. I to nie tylko psychicznie, bo z czasem też i fizycznie. Najwyraźniej edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego w tym względzie jest niedostateczna.

Myślę, że Polacy rzeczywiście bez opamiętania nadużywają leków. Przesadzam? Chyba nie. Wystarczy prześledzić badania CBOS-u, aby się przekonać. A z nich wynika, że aż 80% dorosłych Polaków zażywa leki. A spośród tych bez recepty najpopularniejsze są przeciwbólowe i przeciwzapalne, na przeziębienie oraz witaminy i minerały. I co gorsza, tendencja jest wzrostowa. Wymowne są także odpowiedzi na pytania CBOS-u. Otóż badani pytani o ocenę swojego stanu zdrowia w większości, bo 54%, określali go jako dobry. Niezadowolenie wyrażało 15 % ankietowanych, a prawie co trzeci, czyli 31 %, określało swoje zdrowie jako — ani dobre, ani złe. Kto więc zażywa te wszystkie leki? Odpowiedź nasuwa się sama.

Wielu lekarzy z kolei uważa, że jeśli pacjentom nie przepiszą jakiegoś leku, wychodzą z gabinetu lekarskiego zawiedzeni, ba, czasem wręcz obrażeni, więc im przepisują. (Czy mają w tym i swój interes, nie wspominają). I koło się zamyka. A dzięki temu firmy farmaceutyczne mają się świetnie. Tym bardziej, że na ich zyski wpływają także pochłaniane przez Polaków leki bez recepty, a także suplementy diety.

Mam w rodzinie jedną taką starszą osobę, która przez całe życie wciskała w siebie mnóstwo leków, chociaż w zasadzie nigdy poważnie nie chorowała. Nigdzie się też nie ruszała bez swojego haftowanego woreczka z tymi kolorowymi „cudeńkami”. Czasami sobie z niej żartowałam, że przez tę chemię, jaką przy sobie i w sobie nosi, dojdzie w niej kiedyś do reakcji chemicznej (zjawiska fluorescencji) i w nocy będzie świecić niczym robaczek świętojański. Żarty żartami, ale w sumie to jest mi jej bardzo żal, że przez tyle lat tak bardzo szkodziła swojemu zdrowiu. Bo czy teraz szkodzi, w wieku 80 lat? Sama już nie wiem. Teraz pewnie tę chemię zażywać już musi, teraz naprawdę poważnie choruje.

Osobiście mam awersję do leków pochodzenia chemicznego. Bo jakby nie patrzeć, mają one także skutki uboczne. Od dziecka czuję ogromną niechęć do tabletek i też rzadko je zażywam. Pamiętam, że jak moje dwie starsze siostry chorowały, zarażając się jedna od drugiej, Mama profilaktycznie także i mnie kładła do łóżka i faszerowała tabletkami. Właściwie to próbowała faszerować, bo kiedy się odwróciła, wypluwałam wszystkie do garści. I muszę przyznać, że rzadko kiedy byłam chora. Potem, jak już byłam dorosła, leczyłam swoje dzieci i siebie w większości ziołami. I tak jest do dziś. Moja domowa apteczka jest w zasadzie pusta. Czasami miałam w niej jakieś tam witaminy, czy minerały, ale od kiedy piję zrobione przez siebie green smoothie mam w niej tylko materiały opatrunkowe.

Jak już wspominałam, jest wiele domowych sposobów, wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które przy różnych naszych dolegliwościach znakomicie mogą zastąpić chemiczne i syntetyczne środki farmakologiczne. Na przykład czosnek, tran, cebula, siemię lniane, goździki... etc. Zawarte w nich substancje czynne znakomicie wpływają na nasze zdrowie.

26.03.2014

 

(obrazek z Internetu)
 

***

Mamy rok 2020. Czy coś się zmieniło na lepsze? Czy Polacy są zdrowsi? Czy znaleźli już inną alternatywę dla swojego zdrowia niż leki? Niestety nie. Okazuje się, że jest jeszcze gorzej. Mówią o tym kolejne statystyki.

CBR BioStat po szeroko zakrojonych badaniach podaje, że Polacy już w samym miesiącu lutym br. wydali na zdrowie ca. 8 mld złotych.

Wczoraj słuchałam w TVP Info wypowiedzi pewnej pani magister farmacji jednej z warszawskich aptek, która twierdziła, że Polacy cierpią na chorobę stresową i z roku na rok wykupują coraz więcej leków, bez opamiętania i w przesadnych ilościach. Zwłaszcza na uspokojenie, redukujące stres, i przeciwbólowe. Młodzi dodatkowo jeszcze i na potencję. Wybierając przede wszystkim te, które są reklamowane w telewizji.

Przykro sprawa. Widać, że Polacy są zbyt podatni na reklamy i bardzo chętnie dają zarobić pazernym firmom farmaceutycznym, zamiast znaleźć dla swojego zdrowia jakąś inną alternatywę, taką jak np. aktywność sportowo-rekreacyjna.

Bezrefleksyjne, choć wygodne łykanie leków — nie jest dobrą metodą. Odbije się na zdrowiu prędzej czy później.


sobota, 25 kwietnia 2020

Tran. Skarbnica zdrowia i urody dla każdego

Tran wielu z nas kojarzy się z pewnością z przykrym doświadczeniem związanym z przedszkolem, kiedy to ustawieni w szeregu, z rozdziawionymi buziami, po kolei musieliśmy go łykać, podawany dużą łychą przez panią przedszkolankę. Fuj, to było straszliwe obrzydlistwo! Ale to było w dzieciństwie. Teraz, kiedy jesteśmy dorośli, do tranu podchodzimy już pewnie inaczej. Rozsądniej. No, przynajmniej ja tak podchodzę. Bo też od wielu, wielu lat, jestem wręcz fanką tranu i łykam go często. W kapsułkach albo z butelki. Częściej jednak z butelki. Chociaż z tranem w butelce też mam przykre doświadczenia, i to już z dużo późniejszego okresu, bo z młodości, kiedy to całą 100-gramową butelkę tranu wypiłam na eks. Co mnie skłoniło do tak desperackiego kroku? Ano to, że chciałam na gwałt trochę przytyć. Pomna swojego przykrego doświadczenia (pisałam o tym pod koniec wspomnienia pt. "Kanonier z przypadku")*, od kiedy stałam się dorosła, dłuższy czas tran zażywałam w kapsułkach. Jednak od paru już lat mimo wszystko przeszłam na tran butelkowany.

Cóż to więc takiego, ten tran, że tyle dobrego się o nim w ostatnich latach pisze? Z pewnością każdy wie, że to ciekły tłuszcz o charakterystycznej woni i smaku otrzymywany ze świeżej wątroby ryb z rodziny dorszowatych, halibutów lub rekinów. Przed wiekami głównym źródłem, z którego pozyskiwano tran, były wieloryby.
Obrazek z Internetu


Substancjami czynnymi tranu są: witaminy A, D, wielonienasycone kwasy tłuszczowe z grupy omega-3 oraz brom i jod.
Tran od XVIII wieku stosowany był jako jedyne lekarstwo na krzywicę. Według obiegowych opinii ówczesnych lekarzy, tran wzmacniał także kości i zęby, przyspieszał ich wzrost oraz poprawiał wzrok i apetyt. Ale dopiero na początku XX wieku lekarze potwierdzili i udowodnili właściwości lecznicze tranu. Od tej pory tran stał się bardzo cenionym naturalnym lekiem.

Szczególnie wysokie zapotrzebowanie na tran ze względu na źródło witamin A i D ujawniło się po drugiej wojnie światowej, ze względu na powszechny niedobór tychże witamin w tamtym czasie. Jak już wspominałam, w latach 60 i 70 poprzedniego wieku, tran, ze względu na swoje właściwości, podawany był w ramach profilaktyki zdrowotnej dzieciom w przedszkolach. Niestety, w późniejszym okresie tran przestał być popularny, ponieważ jego płynna niesmaczna i nieprzyjemnie pachnąca forma nie wytrzymała konkurencji wprowadzonych na rynek syntetycznych witamin A i D. Dopiero wyniki badań duńskich naukowców w latach 70-tych wskazywały na istotną rolę kwasów tłuszczowych typu omega-3 w prewencji chorób układu naczyniowo-krwionośnego oraz wzmocnieniu systemu odpornościowego organizmu. Naukowcy udowodnili także, że tran dodatnio wpływa na zdrowie oczu i skóry, łagodzi objawy astmy i łuszczycy, zapobiega stanom zapalnym. Obniża również poziom cholesterolu.

Tran jest szczególnie wskazany w czasie wytężonej pracy umysłowej i fizycznej. Ma doskonały wpływ na polepszenie koncentracji. Kiedyś czytałam, że w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii a także w Polsce, na grupie dzieci ze szkół podstawowych zostały przeprowadzono bardzo ciekawe badania. Otóż podawano dzieciom codziennie dawkę tranu i badano jego wpływ na poprawę koncentracji. Badanie zakończyło się powodzeniem, a zadowalające wyniki udowodniły ogromny wpływ nienasyconych kwasów tłuszczowych zawartych w tranach rybich na rozwój, koncentrację, skupienie uwagi u dzieci. Efekty były widoczne, a w podsumowaniu badania autorzy pisali miedzy innymi o poprawie logicznego myślenia, zapamiętywania, koncentracji, zmniejszeniu nadpobudliwości psychoruchowej u niektórych badanych.
Wyodrębnione z tranu wielonienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3, przede wszystkim kwas alfa-linolenowy i jego pochodne, przeciwdziałają chorobie wieńcowej, zmniejszają stężenie trójglicerydów we krwi, obniżają jej krzepliwość, zapobiegają tworzeniu się zakrzepów i zmniejszają ryzyko choroby niedokrwiennej serca i miażdżycy. Te zalety przemawiają za przyjmowaniem kapsułek z tranem m.in. przez kobiety w ciąży. Tran pomaga także uregulować nadciśnienie krwi oraz zmniejszyć reumatyczne bóle stawów i artretyzm.

Potwierdzono również, że tran pomaga chorym z reumatoidalnym zapaleniem stawów. Łagodzi ból i spowalnia proces niszczenia chrząstki stawowej. W starszym wieku zapobiega osteoporozie. Zapobiega chorobom wzroku i skóry. Powoduje także zwiększoną odporność na nowotwory.
Ważne dla kobiet: tran działa wspomagająco podczas odchudzania, a w okresie menopauzy — łagodzi jej skutki.

Mając na uwadze niezaprzeczalne dobrodziejstwo tranu można go polecić każdemu. Jeśliby jednak ktoś miał opory przed jego zażywaniem ze względu na jego smak i zapach (bo co tu ukrywać, czasami po zażyciu — potrafi się nim odbijać nawet parę godzin), to i na to jest sposób. Producenci już o to zadbali i w celu maskowania smaku i zapachu dodają do niego sztuczne aromaty, np. cytrynowy, czy też pomarańczowy.

Trzeba tylko uważać, aby nie przedawkować (tak jak mi się zdarzyło w młodości), bo też tran zawiera witaminy rozpuszczalne w tłuszczach, a więc kumulujące się w organizmie. Nie należy więc go stosować ponad zalecaną dzienną dawkę, by nie doszło do hiperwitaminozy i związanych z tym działań ubocznych... A te działania uboczne są potworne! Do dziś je pamiętam... Fuuuj! Okropność!


* Kanonier z przypadku — fragment „Narzuconej autobiografii Halszki”


środa, 15 kwietnia 2020

Żywica — dobrodziejstwo Matki Natury

Natura jest niesamowita. Przekonujemy się o tym na każdym kroku. W lesie przykładów jej dobrodziejstw jest mnóstwo. Ostatnio podziwiałam jak zranione drzewa same się ratują i leczą. Często spotyka się drzewa z cieknącą po nich żywicą. Bo też żywica, to substancja, która jest naturalnym opatrunkiem dla zranionego drzewa. Żywica zaczyna wyciekać z wnętrza drzewa, kiedy ono zostanie uszkodzone lub złamie się jego gałąź.



Żywica jest także bardzo wartościową substancją dla człowieka. Ma wiele zastosowań. Z pewnością każdy z nas nieraz spotkał się z nią w życiu codziennym.
Ja używam żywicy na drobne skaleczenia. Ponieważ żywica zabezpiecza ranę przed infekcją, i działając jak klej, tamuje krwawienie. Do tego celu najlepsza jest żywica z sosny. Ma właściwości antyseptyczne i antybakteryjne. Zawiera garbniki, flawonoidy, kwasy fenolowe i witaminę C. No i oczywiście olejki eteryczne. Sosnowy i terpentynowy.

Natomiast maść z żywicy można stosować na stany zapalne skóry, na bolące mięśnie i stawy, a także do leczenia oparzeń i wrzodów. Maść z żywicy można sobie zrobić samemu w warunkach domowych. Wiele prostych przepisów znaleźć można w Internecie. Jak ktoś lubi nalewki, to żywica nadaje się do tego doskonale. Piłam kiedyś taką u wujka na wsi. Smakuje pysznie... A działa, że ho, ho!

Aby pozyskać żywicę na własny użytek najlepiej poszukać zranionych drzew lub złamanych gałęzi i zebrać jej sobie trochę w miejscach, w których spływa po korze. Ale tylko trochę, aby drzewu nie zabrakło na samoleczenie. Jeżeli jednak potrzebujemy jej trochę więcej, to lepiej poszukać innych zranionych drzew.




Pamiętajmy, drzewa są antenami energii Wszechświata. Powinniśmy z niej korzystać. Ale mądrze, nie niszcząc ich przy tym. Drzewa mają duszę, i też cierpią. Ludzi, którzy bestialsko je niszczą — prędzej czy później — spotyka kara. 




wtorek, 7 kwietnia 2020

Człowieka powinno ciągnąć do lasu

Potrzebujesz wytchnienia od problemów dnia codziennego? Idź do lasu. Masz problemy ze zdrowiem? Idź do lasu. Badania naukowe dowodzą, iż w naturalnym środowisku, jakim jest las, ludzie wracają do zdrowia i równowagi psychicznej o wiele szybciej niż w otoczeniu miejskim. No to nad czym się tu zastanawiać?... Jazda do lasu!


Las ma zdrowotną moc. W lesie zapominamy o stresie. Po półgodzinnym spacerze poprawia nam się nastrój. Zmniejsza się poczucie złości i agresji. Wyzwalają się endorfiny (hormony szczęścia) i nasze poczucie szczęścia wydatnie się zwiększa. Dzięki spacerom po lesie (o każdej porze roku) wzmacnia się nasz układ immunologiczny. A dzieje się tak dzięki zwiększeniu aktywności i liczby komórek NK (ang. Natural Killer), tzw. naturalnych zabójców, które niszczą komórki rakowe.
Kiedy przebywamy w lesie ciśnienie krwi nam się obniża, spada tętno, mamy także niższe stężenie kortyzonu. Dobroczynne oddziaływanie lasu na człowieka jest na świecie coraz bardziej popularyzowane. Spacery po lesie, albo przynajmniej po parku oczyszczają organizm. Japończycy nie bez powodu nazywają je „leśnymi kąpielami”.

Las oczyszcza także klimat. Jest silnym pochłaniaczem CO2. Roczna ilość gazu pochłoniętego z atmosfery przez las wynosi ok. 20 ton na każdy hektar. Znakomicie filtruje również powietrze z substancji chemicznych emitowanych przez zakłady przemysłowe i samochody.
Spacer po lesie wczesnym rankiem, kiedy jest jeszcze osnuty mgłą, wspaniale działa na nasze drogi oddechowe, jak naturalna inhalacja. Spacerując między drzewami czujemy się zrelaksowani.


Starsze osoby powinny jak najczęściej przebywać w lesie. Spacerować, albo chociażby posiedzieć gdzieś na pieńku i pooddychać leśnym powietrzem. Efekty terapeutyczne takiego kontaktu z lasem potwierdzają najnowsze liczne badania. Oczywiście jeśli osoby te nie mają problemów z pyłkami.
W lesie można poprzytulać się do drzew. Fani dendroterapii doskonale znają ich właściwości i wiedzą do jakich drzew się przytulać.

Przed dłuższą wyprawą do lasu letnią porą należy zabezpieczyć się przed atakami kleszczy (długie rękawy, nogawki). Wskazane są także regularne szczepienia przeciwko kleszczom.

Aby tak na poważnie zadbać o swój układ odpornościowy należy w miarę regularnie bywać w lesie. Spacerować, jeździć rowerem, uprawiać nordic walking, albo jogging.



czwartek, 26 marca 2020

Dendroterapia. Poprzez przyjemność ku zdrowotności

A cóż to takiego, ta dendroterapia, że ku zdrowotności poprzez przyjemność prowadzi? Z pewnością wiele osób wie. Tym, co nie wiedzą, pokrótce wyjaśnię. Bo też na jej temat sporo wiem, i choć generalnie zdrowa jestem, sama nieraz z przyjemnością z niej korzystam. Siłą rzeczy, gdyż często bywam tam, gdzie najlepiej korzystać z niej można. Czyli w lesie. Kocham las, toteż oprzeć mi się jego darom nie sposób.

O leczniczych właściwościach kory, liści i owoców drzew, wiemy chyba wszyscy. Lekarze i naukowcy potwierdzają w tym względzie osiągnięcia medycyny ludowej. Sami też ciągle znajdują nowe dowody na cudowną moc drzew. Okazuje się, że uzdrawiająco działa na nas już samo przebywanie w ich otoczeniu. Zwykły nawet spacer po lesie, czy parku, albo piknik na leśnej polanie, to więcej niż przyjemność... To zdrowie! A uzdrawiającą mocą drzew zajmuje się właśnie dendroterapia, zgłębiająca ich zdrowotny wpływ na zdrowie człowieka. Innymi słowy, dendroterapia — to rodzaj leczenia za pomocą naturalnej energii. Podwójnej energii, bo i drzew, i kosmosu... Wszak drzewa są antenami energii Wszechświata.

Zgodnie z dawnymi przekazami, najlepiej było odpoczywać pod lipą, zdrowie odzyskiwać wśród brzóz, a wyprawy wojenne planować pod dębem... Dziwne, bo ja najlepiej czuję się właśnie pod dębem, a pacyfistką jestem. No cóż, pewnie w moim przypadku o planowanie innych wypraw chodzi. Chociażby rowerowych. Chyba tak, bo bardzo je lubię i pod dębem właśnie nieraz je planuję, a w następnych dniach uskuteczniam.

 


Współcześni bioenergoterapeuci podzielają tę opinię o wspomnianych wyżej drzewach. Ich zdaniem, warto pamiętać, że pewne gatunki drzew mają określony i bardzo korzystny wpływ na nasz organizm. Do najlepszych i sprawdzonych uzdrowicieli należą takie drzewa właśnie jak: lipy, dęby, brzozy, a także kasztanowce, klony, sosny, świerki i jodły.

Od kiedy tylko pamiętam moim ulubionym drzewem był dąb. I jest nadal. Tu gdzie obecnie mieszkam, niestety nie ma dużo dębów. W ogromnym lesie na szczycie góry, w którym najczęściej bywam, znalazłam tylko dwa. Obydwa rosną nad bardzo stromym urwiskiem. Pewnie ich nasiona skądś przywiało. Bo chyba ich tutaj nikt specjalnie nie posadził. A może?

Aby rozpocząć dendroterapię należy zacząć od wyboru dużego, zdrowego drzewa. Przed zabiegiem dobrze by było zdjąć buty, wtedy przepływ energii nie będzie zakłócany. Dłonie należy położyć na pniu drzewa, można się też do niego przytulić, a najlepiej, oprzeć się o niego plecami. Wtedy prawą dłoń kładziemy w miejscu splotu słonecznego, a grzbietem lewej ręki dotykamy okolicy nerek, zaś jej wewnętrzną częścią pnia drzewa. Seans pod drzewem powinien potrwać ca. 20 minut.

Jakie drzewo/drzewa wybrać dla siebie? A to już każdy sam powinien zdecydować. W zależności od tego, jakie ma dolegliwości i jakiej pomocy potrzebuje. A oto te najbardziej znane drzewa i ich właściwości:

— Lipa przywraca stan wewnętrznej równowagi, dostarcza nowej energii, odświeża umysł.
— Brzoza neutralizuje niekorzystne promieniowanie cieków wodnych.
— Dąb wzmacnia nasz organizm, aktywizuje energię życiową, poprawia odporność na stresy oraz krążenie.
— Sosna pobudza aktywność, a jednocześnie rozładowuje napięcie psychiczne, które jest spowodowane stresem. Pomaga w leczeniu schorzeń górnych dróg oddechowych oraz w stanach przemęczenia.
— Buk podobnie jak brzoza uspokaja. Poprawia zdolność koncentracji i krążenie.
— Kasztan powoduje regenerację sił witalnych organizmu, łagodzi stany lękowe, a także pomaga w leczeniu bezsenności.
— Modrzew doskonale wspomaga twórcze myślenie.
— Wierzba może łagodzić stany depresyjne. Przebywanie w jej otoczeniu działa uspokajająco i wzmacniająco.
— Jarzębina pobudza silną wolę i pozwala pozbyć się nałogów.

—
Topola uwalania od smutków, odpręża i dodaje sił. Zwiększa motywację.
Lista dowodów leczniczej mocy drzew stale się wydłuża. Niedawno naukowcy odkryli, że drzewa wydzielają fitoncydy, substancje, które mają właściwości bakteriobójcze i grzybobójcze. Nazwali je roślinnymi antybiotykami. Fitoncydy skutecznie odkażają śluzówkę gardła, nosa i krtani. Nic więc w tym dziwnego, że lekarze zalecają swoim pacjentom, którzy mają problemy z nawracającymi infekcjami dróg oddechowych, wypoczynek w lasach, zwłaszcza sosnowych i sosnowo-świerkowych.
Drzewa, które rosną w dużych skupiskach, wytwarzają korzystny dla człowieka mikroklimat. Leśne powietrze jest przesycone tlenem i jest bardzo czyste. Drzewa bowiem pochłaniają i neutralizują substancje toksyczne, takie jak: dwutlenek węgla, dwutlenek siarki; oraz metale ciężkie, jak: ołów, kadm, miedź, cynk.

Warto więc jak najczęściej przebywać w lesie albo parku. Przytulać się do drzew, obejmować je. Drzewa dają zastrzyk energii i wzmacniają odporność na choroby. Odprężają i wspomagają myślenie. Dendroterapia jest równie ważna dla człowieka, jak fitoterapia, czyli ziołolecznictwo. Dzieje się tak dlatego, iż pola energetyczne zdrowych drzew mają potencjał ujemny, co korzystnie wpływa na ludzi chorych, w złym nastroju, a nawet w stanie depresji. Drzewo niweluje jony dodatnie otaczające człowieka, które mają zdecydowanie negatywny wpływ na organizm. Wywołują bowiem zaburzenia krążenia, czy też niewydolność układów, m.in. pokarmowego i moczowego. Z ich przyczyny powstają migreny, bóle mięśniowe, reumatyczne, a także wszelkie problemy psychiczne. Na co więc tu jeszcze czekać?... Marsz do lasu! Albo do parku. Już samo przebywanie wśród drzew korzystnie wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie.




Drzewa są antenami energii Wszechświata. Energii, która każdemu stworzeniu jest niezbędna do życia. Ja zawsze ją czuję. Bo też z Naturą bardzo związana jestem. Żyję z nią w bliskim kontakcie. Mam tak od dziecka. Wszechświatem zaś jestem zafascynowana i często mi się zdarza buszować wzrokiem po nocnym i dziennym niebie. Wiele ciekawych rzeczy na nim znajduję.


środa, 11 grudnia 2019

Zanim drzewa pokryje biały puch

Jesień trwa. Trwa pięknie. Wprawdzie ze złoto-jesiennej przeszła już w brunatną, ale i w takiej szacie jej do twarzy. Pogoda dopisuje. Temperatura ciągle dodatnia. A jak już się zdarzy przymrozek w nocy, rankiem szybko mija.
Oby taka pogoda trwała jak najdłużej. Choć zima ma także wiele uroków i da się lubić, to jednak tylko wtedy, gdy jest w odpowiednim czasie i nie jest zbyt długa. Już nawet nie z powodu ciągłego odśnieżania, ale z powodu ubierania się na cebulkę. Rany, tyle roboty z tym ubieraniem przed wyjściem z domu. Ale na szczęście, tylko wtedy, kiedy wychodzi się do miasta. Bo na łono natury, w ramach rekreacji, zbyt grubo ubierać się nie trzeba. Bo i po co, skoro ruch rozgrzewa. Przy okazji można nawdychać się cudownych zapachów jesieni. A przede wszystkim, skorzystać z uzdrawiającej energii promieniującej z nagich drzew... Zanim je pokryje biały puch.




środa, 27 listopada 2019

Czosnek na uśmiech

Mówi się, że osoby spożywające czosnek są osobami o pogodnym usposobieniu i że na twarzy mają zawsze uśmiech. Myślę, iż wiele w tym prawdy. Sama jestem fanką czosnku i należę do osób uśmiechniętych. Pewnie nie tylko z tego powodu, bo przede wszystkim z natury, ale czosnek lubię. Lubię go jako dodatek do potraw, a przede wszystkim, spożywam go jako lek. Lek na wszystko. I to już od wielu, wielu lat, tj. od kiedy doczytałam się w jakimś magazynie medycznym, że zjedzenie ząbka czosnku dziennie trzymać mnie będzie z dala od lekarzy. A że ja nie cierpię latać po lekarzach, ochoczo zabrałam się za wprowadzanie kuracji czosnkowej w swoje życie. Od tej też pory często przed spaniem i przed umyciem zębów zjadam ząbek czosnku. Sam, bez niczego. Przegryzam go w ustach i żuję jak najdłużej, po czym powoli połykam. Trochę piecze, ale co tam. Czego się nie robi dla zdrowia. Na początku mojej kuracji piekło jak diabli. I to nie tylko w ustach i w przełyku lecz też i w żołądku. Nie przejmowałam się tym jednak, gdyż po wcześniejszym przestudiowaniu przebiegu kuracji czosnkowej wiedziałam, że to normalne, ponieważ sok czosnku zabijając bakterie chorobotwórcze wchłania się w pojawiające się ranki w miejscach gdzie one się gnieździły. Na początku też po połknięciu czosnku odczuwałam niekiedy wzmożone bicie serca, ale wiedząc o tym, że to naturalna reakcja, wręcz uzdrawiająca, znosiłam i te niewygody. Naczynia krwionośne w taki właśnie sposób regenerują się i oczyszczają, Jeszcze jedną niewygodą był na początku niezbyt przyjemny smak w ustach rano po przebudzeniu, ale po umyciu zębów znikał. Teraz, po tylu latach, nie odczuwam już żadnego nieprzyjemnego smaku w ustach. Zapachu z ust też nie. Inni też nie czują. Sprawdzałam. Mój organizm do czosnku zdążył się już przyzwyczaić. Ale są też na to bardzo proste sposoby, aby czosnkowego zapachu z ust się pozbyć. O tym poniżej.

Pamiętam, że już od dziecka lubiłam zapach czosnku i dużo go jadłam. Zwłaszcza świeży. Uwielbiałam tosty z masłem pocierane od spodu ząbkiem czosnku. Niekiedy i dziś takie tosty sobie robię. Rzadko kiedy choruję. Jestem pewna, że to w dużej mierze dzięki kuracji czosnkowej tak się dzieje.
Czosnek jest rośliną o wszechstronnym działaniu. Jest skuteczną bronią przeciwko infekcjom bakteryjnym, wirusowym oraz pasożytniczym. Zmiażdżony świeży czosnek wydziela substancję, tzw. allicyną, która posiada, jak potwierdzają naukowcy, silniejsze działanie antybiotyczne niż nawet penicylina. Można więc czosnku z powodzeniem używać w leczeniu bólu gardła, przeziębień, gryp, infekcji oskrzeli i płuc oraz przewodu pokarmowego. Poprzez powodowanie pocenia się, czosnek pomaga w obniżaniu gorączki. Jest też skutecznym środkiem na niszczenie robaków w organizmie. Poprawia trawienie pokarmowe, pomaga w wydalaniu gazów, poprawia wchłanianie i przyswajanie pokarmów. Uważany jest również za cudowny środek w obniżaniu poziomu cukru we krwi u ludzi cierpiących na cukrzycę, ponieważ wzmaga produkcję insuliny wytwarzanej przez trzustkę.
Obniża też poziom cholesterolu we krwi. Ponadto redukuje ciśnienie krwi, a co za tym idzie, pomaga w zapobieganiu ataków serca i wylewów. Bo też czosnek ma zdolność otwierania naczyń krwionośnych, i tym samym, zwiększa przepływ krwi do tkanek. Doskonale więc leczy choroby krążenia.
Ostatnie badania naukowe dowiodły, że czosnek działa też jako skuteczny przeciwutleniacz, a jego siarkowe składniki posiadają właściwości przeciwrakowe. Jest również udowodnione, że chroni nasze ciało przed wpływami zanieczyszczenia środowiska i nikotyny.
Związki czynne czosnku znoszą bóle głowy i ułatwiają zasypianie. Stosowany zewnętrznie może być pomocny w leczeniu trudno gojących się ran, ropni, czyraków
Jest stosowany w różnych postaciach: jako świeży, suszony, sproszkowany lub w postaci kapsułek. Trzeba jednak pamiętać o tym, że najbardziej aktywny jest świeży, świeżo rozdrobniony. Poddany obróbce termicznej traci swoje właściwości bakteriobójcze. Najlepiej profilaktycznie spożywać jeden ząbek czosnku dziennie. Świeże ząbki ściera się, kroi, lub miażdży i spożywa z dodatkiem mleka, miodu lub cytryny. Można też zjadać w całości. Piecze wtedy bardziej... Ale cóż znaczą te niewygody? Dla zdrowia warto pocierpieć. Jeśli zaś chodzi o nieprzyjemny zapach i smak w ustach, to jest na to dobra rada. Otóż jedno i drugie zanika zupełnie, jeśli pożuje się drobno posiekaną natkę pietruszki, albo skórkę z cytryny, czy też z pomarańczy. W tym celu można też zjeść jabłko lub wypić herbatę z cytryną i miodem.
Jeśli ktoś nie lubi jednak ostrego smaku czosnku, to może łykać olejowy wyciąg czosnku. Jedna kapsułka dziennie, wieczorem przed snem, wystarczy.
Przeciwwskazań do stosowania świeżego czosnku jest niewiele. Są to: ostre nieżyty żołądka i jelit, skłonność do niskiego ciśnienia krwi oraz okres karmienia piersią... Tylko tyle.

Dowiedziono również, że czosnek neutralizuje wprowadzony jad przez osy, pszczoły, komary, meszki, kleszcze, mrówki, a nawet skorpiony i żmije. Jest tylko jeden warunek, trzeba go natychmiast przyłożyć na ukąszone miejsce. Oczywiście w postaci miazgi.

Czosnek to zarazem gatunek warzywa, przyprawa do potraw. W kuchni stosowany jest do przyprawiania dań mięsnych, sosów i majonezów, zup ziołowych, sałat i różnych potraw z ziemniaków. Wspaniale harmonizuje z mocnymi ziołami i innymi przyprawami do słonych potraw.

Historia czosnku sięga około 5 tysięcy lat wstecz. Czosnek pochodzi z Azji, skąd rozprzestrzeniony został jako roślina uprawna do Europy i północnej Afryki. Z czasem trafił na pozostałe kontynenty. Uprawiali go Rzymianie, Asyryjczycy, Egipcjanie, Grecy, Hebrajczycy i Arabowie. Już wtedy dowiedziono, jakie właściwości posiada.

Myślę, że warto poznać te wszystkie dobrodziejstwa czosnku, i zawsze go stosować. Gorąco wszystkim polecam — ku zdrowotności i... uśmiechowi.

Obrazek z internetu.


wtorek, 10 września 2019

Zdrowotna moc lasu

Potrzebujesz wytchnienia od problemów dnia codziennego? Idź do lasu. Badania naukowe dowodzą, iż w naturalnym środowisku, jakim jest las, ludzie wracają do zdrowia i równowagi psychicznej o wiele szybciej niż w otoczeniu miejskim. To nad czym się tu zastanawiać?... Jazda do lasu!




W lesie zapominamy o stresie. Po półgodzinnym spacerze poprawia nam się nastrój. Zmniejsza się poczucie złości i agresji. Wyzwalają się endorfiny (tzw. hormony szczęścia) i nasze poczucie szczęścia wydatnie się zwiększa.



Dzięki spacerom po lesie (o każdej porze roku) wzmacnia się nasz układ immunologiczny. A dzieje się tak dzięki zwiększeniu aktywności i liczby komórek NK (ang. Natural Killer), tzw. naturalnych zabójców, które niszczą komórki rakowe.
Kiedy przebywamy w lesie ciśnienie krwi nam się obniża, spada tętno, mamy także niższe stężenie kortyzonu.
Dobroczynne oddziaływanie lasu na człowieka jest na świecie coraz bardziej popularyzowane.
Spacery po lesie, albo przynajmniej po parku, oczyszczają organizm. Japończycy nie bez powodu nazywają je „leśnymi kąpielami”.



Las oczyszcza także klimat. Jest silnym pochłaniaczem CO2. Roczna ilość gazu pochłoniętego z atmosfery przez las wynosi ok. 20 ton na każdy hektar.
Las filtruje powietrze z substancji chemicznych emitowanych przez zakłady przemysłowe i samochody.




Spacer po lesie wczesnym rankiem, kiedy jest jeszcze osnuty mgłą, wspaniale działa na nasze drogi oddechowe, jak naturalna inhalacja.

Spacerując po lesie czujemy się zrelaksowani…
Poprawia nam się nastrój i samopoczucie,
pogoda ducha powraca, a nawet i... chucie. ;)

Starsze osoby powinny jak najczęściej przebywać w lesie. Spacerować, albo chociażby posiedzieć gdzieś na pieńku i pooddychać leśnym powietrzem. Efekty terapeutyczne takiego kontaktu z lasem potwierdzają liczne — najnowsze badania. Oczywiście jeśli osoby te nie mają problemów z pyłkami.
W lesie można poprzytulać się do drzew. Fani dendroterapii znają doskonale właściwości drzew i wiedzą, do jakich drzew się przytulać.
Przed dłuższą wyprawą do lasu letnią porą należy zabezpieczyć się przed atakami kleszczy (długie rękawy, nogawki). Wskazane są także regularne szczepienia przeciwko kleszczom.
Aby zadbać o swój układ odpornościowy należy w miarę regularnie spacerować po lesie, albo robić sobie przejażdżki rowerem. Uprawiać nordic walking, albo jogging.

Biegam po lesie, po leśnych dróżkach kołuję,
coraz szybciej i szybciej, choć tchu mi brakuje.
Uparcie i wytrwale pokonuję słabości,
i nagle czuję, jak wiosna w sercu się mości…

— I oto właśnie chodzi!

Hen za miastem rośnie las
i zaprasza wszystkich nas.
Pięknie wokół szumią drzewa,
a chór ptaków głośno śpiewa.

Hej, do lasu! — Hej, per pedes!
Tak by zrobił Archimedes…

Nie zastanawiajmy się więc dłużej, idźmy do lasu!



sobota, 1 grudnia 2018

Mierz siły na zamiary

Wiele jest prawdy w tym powiedzeniu (poch. z "Pieśni Filaretów" A. Mickiewicza). Siły na zamiary trzeba mierzyć, póki nie jest jeszcze za późno. Póki nie doszło do jakiejś tragedii. Póki nie przeliczymy się ze swoimi siłami... i nic już się dla nas liczyć nie będzie, oprócz zdrowia, które straciliśmy.

Niedawno spotkałam w mieście znajomą Serbkę. Niestety, smutna sprawa, spotkałam ją na wózku inwalidzkim. Kiedy ją zobaczyłam, własnym oczom nie mogłam uwierzyć. Byłam przerażona jej sytuacją.

Jeszcze latem widziałam ją w pełni sił. Opowiadała mi wtedy, że kończą budowę domu w Serbii. Że pracują z mężem niemalże na dwóch etatach, żeby jak najszybciej spłacić dom, który mają tutaj, w Niemczech, i jeszcze wybudować drugi dom w Serbii, dla córki. Za każdym razem, kiedy ją spotykałam, opowiadała tylko o swoich domach i różnych tam dobrach, w jakie domy te wyposażali. Wsłuchiwałam się w jej słowa, ale za nic nie mogłam zrozumieć, po co im tyle domów. Czy to warto tak szaleć i tracić zdrowie, pracując bez wytchnienia? Jasne, że posiadanie własnych domów to dobra rzecz... Ale takim kosztem?! Trudno takich ludzi zrozumieć. A takich, co to gonią za dobrami materialnymi — różnego typu — jest niestety bardzo dużo. Oni pewnie zapominają, niektórzy może nawet nie wiedzą, iż w życiu są jeszcze inne wartości, o wiele ważniejsze, niż mieć, posiadać, znaczyć wiele... Rany, co to w ogóle za życie! Współczuję takim ludziom.

Do nich niestety nic nie dociera. Zachłanność przysłania im oczy, zabija zdolność rozsądnego myślenia. Są zakodowani na posiadanie jak najwięcej dóbr materialnych... I tyle! Pędzą, gnają, pracują ponad siły, niektórzy nawet rozpychają się łokciami, aby tylko jak najwięcej posiąść i mieć się czym chwalić przed innymi, wzbudzać ich zazdrość.

Głupota do entej potęgi. Tak uważam. Ale z drugiej strony, żal mi takich ludzi. Bo oto nagle w ich życiu przychodzi taki dzień, kiedy ich wycieńczony organizm wystawia im rachunek. Tak, jak to się zdarzyło mojej znajomej. Wylew krwi do mózgu, paraliż nóg, długa rehabilitacja, bez gwarancji powodzenia. I tak miała szczęście, jak mi sama mówiła, że ją odratowali, ponieważ jej stan był krytyczny. Czy te wszystkie jej domy cieszą ją teraz? Śmiem wątpić!... Ale o to z pewnością pytać jej nigdy nie będę.

(obrazek z Internetu)

I czy to jest sens, gnać tak za dobrami materialnymi? Tego typu nieszczęście, jakie spotkało moją znajomą, przytrafia się najczęściej właśnie tym osobom, które w swoim życiu dobra materialne przedkładają ponad wszystkie inne wartości. Które przez całe życie szargają swoje zdrowie w pogoni za mamoną, za coraz to nowymi dobrami. Osobom, które — w dążeniu do szczęścia — nad dobra materialne przedkładają dobra duchowe, tragedie takie zdarzają się o wiele rzadziej. Takie osoby potrafią też być w życiu o wiele bardziej szczęśliwe. Wiem, bo sama do takich osób należę.

czwartek, 29 listopada 2018

Kubki smakowe w akcji

Każdy z pewnością wie, co to są kubki smakowe i gdzie się znajdują. Kubki smakowe to nic innego, jak zbiorowiska receptorów smaku. Są rozmieszczone na języku w tzw. brodawkach smakowych, ale także na podniebieniu, w nabłonku gardła, w górnej części przełyku oraz nagłośni, czyli w fałdzie zamykającym wejście krtani. A jak odczuwamy smak? Ano tak, że kiedy jemy, substancje pokarmowe rozpuszczają się w ślinie i drażnią rzęski komórek smakowych, które są umieszczone w zagłębieniach kubka, i to ich pobudzenie, przekazywane jest za pośrednictwem nerwów czuciowych do kory mózgowej.... I już wiemy, co jemy, i jak nam to smakuje. Ot i cała filozofia odczuwania smaku.
Kto kocha jeść, wie doskonale, jak ważną rolę odgrywają kubki smakowe. Bez nich, jedzenie nie dostarczałoby żadnych rozkoszy podniebienia. A suto zastawiony stół nie byłby niczym atrakcyjnym.

Kubki smakowe rozróżniają pięć rodzajów smaku odpowiadających w przybliżeniu ważnym grupom substancji chemicznych obecnym w pożywieniu. A to: słodki, słony, kwaśny, gorzki i umami (odkryty dopiero w 2001 r.).

Liczba kubków smakowych u człowieka zmniejsza się z wiekiem i w okresie starości występuje ich już o połowę mniej. Przypuszcza się, że starsi ludzie dlatego niewiele jedzą, ponieważ w sędziwym wieku ich kubki smakowe nie odczytują już smaku słonego i słodkiego. A to przede wszystkim te dwa smaki przyciągają nas do stołu. Jednak i w dużo młodszym wieku, choć kubków smakowych mamy jeszcze odpowiednią ilość, często pozbawieni jesteśmy doznań smakowych. I to na własne życzenie. Niestety! Za przyczyną chociażby nadmiaru wypijanych alkoholi, czy też wypalanych papierosów. Alkohol i nikotyna skutecznie upośledzają kubki smakowe.

Na poprawę funkcjonowania kubków smakowych wpływ ma właściwa higiena jamy ustnej, polegająca nie tylko na czyszczeniu zębów, ale także języka i wewnętrznej powierzchni policzków.

Wrażliwość na różne smaki, zwłaszcza gorzki i słodki, uwarunkowana jest genetycznie, a więc odmienna jest u każdego człowieka. Wyostrza się zwłaszcza u kobiet w ciąży. Wiem, co mówię, bo kiedy sama byłam w ciąży, to moja wyostrzona do entej potęgi wrażliwość spowodowała, że nagle nie mogłam znieść smaku pomidorów. W „normalnym stanie” za nimi wręcz przepadałam.

Myślę, że kubki smakowe najlepiej działają u dzieci. Niedaleko jak wczoraj miałam sposobność się o tym przekonać, kiedy mojemu 5-letniemu Wnuczkowi robiłam na drugie śniadanie jego ulubiony twarożek z różnymi posiekanymi warzywami. Taki najbardziej lubi. Były w nim: rzodkiewka, ogórek, cukinia, sałata zielona, natka pietruszki, szczypiorek, koperek i nawet kiełki pszeniczne. Mój Wnuczek na widok miseczki twarożku, uszczęśliwiony, zabrał się do jedzenia. Ale kiedy pierwszą łyżeczkę włożył sobie do buzi, nagle ją wykrzywił i zawołał: — "Łee... nie ma papryki!"

Przyznam szczerze, że w pierwszym momencie zaniemówiłam. No bo jak taki brzdąc może — w takim miszmaszu — wyczuć braku jednego składnika? Papryki. Widać, że może. Receptory smakowe u dzieci nie są jeszcze niczym złym upośledzone i działają jak natura przewidziała.

Mój Wnuczek, i owszem, twarożek z warzywami w końcu zjadł, i to nawet z wielkim apetytem, tyle że musiałam mu dosypać trochę czerwonej papryki w proszku, skoro świeżej zabrakło mi w lodówce. A potem był już chlebek z masełkiem i gęstym miodkiem oraz herbatka z róży z cytryną, i też z miodkiem, ale płynnym.

Wnuczek kocha jeść i je bardzo dużo. Rzadko się zdarza, aby czegoś nie zjadł do końca. Mimo to jest szczuplutki. Od kiedy tylko nauczył się mówić, zawsze jak się naje, jedną rączką łapie się za brzuch, drugą za głowę, i woła (ostatnio to już tylko dla żartu): — "Popatrz babciu, jaki mam brzuszek twardy... A jaka głowa twarda".

I bardzo dobrze! Widać, że receptory smakowe mojego Wnuczka z zadowolenia stają na sztorc... i ślą sygnały gdzie trzeba i jak trzeba.