Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2026

Zanim los powie — dość!

Zanim los wypowie swoje krótkie i ostateczne „dość”, zwykle długo milczy. Milczy tak, że łatwo pomylić ten brak głosu z przyzwoleniem. Z ciszą, która nie ostrzega, lecz czeka — aż przekroczymy własną granicę.

A przecież wszystko ma swoją miarę: ambicje, pragnienia, wysiłek. Także ludzkie ciało. Także serce.

Spotkałam ją przypadkiem, pośród ulicznego szumu i obcych twarzy. Siedziała na wózku. Świat na chwilę zwolnił, jakby ktoś wstrzymał oddech. Jeszcze niedawno była w ruchu — w biegu, w planach, w nieustannym „potem”. Teraz nieruchoma. Krucha. Przeraźliwie prawdziwa.

Pamiętam ją z lata. Pełną sił, rozpaloną opowieściami o domach. O murach, które miały chronić przyszłość. O dachach, pod którymi miało zamieszkać szczęście. Jeden dom tu, drugi tam — jakby samo mnożenie przestrzeni mogło zatrzymać czas. Pracowali bez wytchnienia, jakby życie było długiem do spłacenia. Jakby jutro istniało tylko wtedy, gdy zostanie zabezpieczone betonem i cegłą.

Słuchałam i wciąż wracało do mnie jedno pytanie, ciche i niepokorne: po co tyle ścian, skoro brakuje w nich oddechu? Po co tyle drzwi, skoro nie ma kiedy przez nie przejść? Zdrowie oddawali w zastaw — dzień po dniu, noc po nocy.

Wielu idzie tą samą drogą. Drogą, która obiecuje wszystko, a zabiera najwięcej. Gdzie „mieć” zagłusza „być”, a serce zamienia się w magazyn, nie w dom.

Ludzie biegną, potykają się, wstają i biegną dalej — aż ciało pęknie jak zbyt mocno naciągnięta struna. I wtedy przychodzi cisza. Nieproszona. Nieodwracalna.

Wylew. Paraliż. Słowa ciężkie jak kamienie. Długa rehabilitacja, w której czas nie leczy, lecz uczy pokory. Miała szczęście — tak mówiła. Ocalona. A jednak okaleczona w sposób, którego nie widać na pierwszy rzut oka.

Czy myśli dziś o swoich domach? Czy mury potrafią ogrzać? Czy dachy ochronią przed żalem?

Nie pytam. Są pytania, na które odpowiedź boli bardziej niż milczenie. Bo sens życia nie mieszka w liczbach ani w metrach kwadratowych. Jest gdzie indziej — w spokoju poranka, w zdrowym ciele, w możliwości pójścia przed siebie o własnych siłach. W umiejętności zatrzymania się, zanim będzie za późno.

Czy naprawdę w tym tkwi sens życia — w nieustannej pogoni za tym, co materialne? Zbyt często właśnie ci, którzy stawiają dobra ponad wszystko inne, płacą najwyższą cenę. Ci natomiast, którzy potrafią wybrać inaczej — którzy ponad „mieć” stawiają „być” — rzadziej doświadczają takich tragedii. I częściej odnajdują szczęście.

Wiem to. Bo sama wybrałam tę drogę.



***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


sobota, 20 sierpnia 2022

Ech, te koty, co one do mnie czują?

Generalnie nie lubię kotów. Psiarą jestem. Czasami jednak lubię się z nimi pobawić. Z tymi żyjącymi u rodziny i znajomych, z obcymi nie. Z obcymi, a znam ich mnóstwo, bo ciągle pałętają się po moim ogrodzie, to niekiedy lubię sobie pogadać. Ale tylko na odległość Nawet nie wiem, do kogo z sąsiednich domów należą.

Zdarza się jednak tak, że te obce bezpardonowo włażą mi do domu, kiedy zobaczą, że drzwi mam otwarte. Wyganiam je wtedy od razu i przez jakiś czas jestem na nie zła... Bo jak to tak? Bez zaproszenia z brudnymi łapami do mnie się ładować?

Mam tak, od kiedy pewnego razu dorwałam takiego jednego czorta śpiącego na moim łóżku. Wystraszyłam się wtedy nie na żarty, wszak znana mi jest cecha kotów, polegająca na tym, że przywiązują się do miejsca, nie do ludzi.

O nie! Trzymajcie mnie ludziska! Tylko nie do mojego miejsca... A sio! Wynocha z mojego domu!

Nie był to jednak koniec przeżyć z tym kotem związany, gdyż na drugi dzień jeszcze coś innego zmalował. Otóż, z jakiegoś tylko jemu znanego powodu, przytargał mysz i położył obok moich schodów do ogrodu. Wspominałam już o tej historii w opowiadaniu pt. "Nie każdy lubi koty".

Od tej też pory wolę z obcymi kotami w bliższe kontakty nie wchodzić, bo cholera wie, co któremu może jeszcze do tej małej łepetyny strzelić i jeszcze mi któryś jakiegoś szczura w prezencie przywlecze... O rany! Tego to już bym nie zdzierżyła!

Teraz najczęściej tylko przez otwarte okno pogaduję sobie z tymi sąsiedzkimi stworami. Patrzą wtedy na mnie swoimi dużymi ze zdziwienia oczętami, stojąc bez ruchu. I stoją tak długo, aż odejdę od okna.

Mimo wszystko, mimo mojej ostrożności, niedawno i tak przeżyłam niezbyt miłą historię z kotem w tle. A przeżywałam ją par ładnych godzin, przez całą noc.

Ledwie zdążyłam zasnąć, kiedy nagle usłyszałam przeraźliwe miauczenie jakiegoś kota. Ale tak głośne, jakby go kto ze skóry obdzierał, albo co najmniej spóźnione marcowanie dopadło. Wyskoczyłam natychmiast z łóżka i wyjrzałam przez okno. Żadnego czorta jednak nie zauważyłam. Zbulwersowana wróciłam do łóżka i starałam się na powrót usnąć. Udało się... Niestety nie na długo. Kot znów zaczął się drzeć wniebogłosy. Po chwili się zmęczył i zamilkł, pozwalając mi łaskawie znowu usnąć.

I taką akcję przeprowadził parę razy. W końcu nie wytrzymałam, bo to żadne spanie, wstałam z łóżka i poszłam do kuchni napić się wody. Będąc już w kuchni, usłyszałam nagle płaczliwe miauczenie, tak jakby przy drzwiach wyjściowych na korytarz. Było jeszcze całkiem ciemno na dworze, ale postanowiłam tam jednak zaglądnąć. Na wszelki wypadek światła nie zapalałam. Cichutko i powoli otwieram drzwi, a tu nagle coś mi między nogami wpada do mieszkania. No co?! Kot oczywiście!

Jakimś cudem czorcisko musiało wleźć na korytarz jeszcze za dnia, a potem, kiedy mu się znudziło i chciał wyjść na dwór, to drzwi okazały się być dla niego zamknięte. Żal mi się tego krzykacza zrobiło. Naprawdę. Wzięłam go na ręce i wyniosłam do ogrodu. Po jego minie widać było, że jest mi za to bardzo wdzięczny. I ta wdzięczność musiała go trzymać chyba dłużej, bo potem przez jakiś czas przesiadywał u mnie na schodach ogrodowych, wpatrując się w zamknięte drzwi.

Okazało się, że to kot sąsiadki, która niedawno się na naszą ulicę wprowadziła i mieszka trzy domy dalej.

 

Ostatnio zauważyłam, że kotów jest tu coraz więcej. Pewnie to efekt owocnego marcowania. Wprawdzie tu w ogóle nie ma dzikich kotów, ale pewnie nie wszystkie są wykastrowane. A może ludzie obecnie coraz chętniej je kupują? Tak czy siak, teraz szczególnie staram się pamiętać o zamykaniu drzwi do ogrodu.

Naprawdę nie wiem, co te koty do mnie czują, że co rusz mam jakąś przygodę z nimi. Nie wyczuwają, że za nimi nie przepadam? Hmm... a może specjalnie się koło mnie kręcą, bo czują moje dobre serce i wiedzą, że im krzywdy żadnej nie zrobię?

No dobra, niech im będzie. Ja jednak i tak wolę koty żyjące u mojej rodziny i znajomych, bo wiem, na co je stać. Jestem też ich pod każdym względem pewna, bo są to koty domowe i nie łażą samopas licho wie gdzie, i nie przynoszą do domu licho wie co.




Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


sobota, 6 sierpnia 2022

Wierzysz w Boga, wierz mądrze. List do Marty, byłej narkomanki

Droga Marto, oczywiście, że każdemu człowiekowi zdarza się „grzeszyć”... ale ja bym nazwała to raczej: — „popełniać błędy”. Taka jest już natura człowieka. Najważniejsze jednak jest to, by każdy z tych swoich błędów umiał wyciągać wnioski i starał się ich więcej nie popełniać. Żeby nauczył się też kochać siebie i wierzyć w siebie. Tylko ten człowiek, który potrafi kochać samego siebie, może pokochać innych. Może być dobrym człowiekiem.

Człowiek ma w sobie wielką moc — ROZUM. Powinien uczyć się odpowiednio go w życiu wykorzystywać. Powinien nauczyć się także liczyć przede wszystkim na siebie. A nie biadolić, załamywać ręce pod obrazem, błagając o pomoc. Działać najpierw samemu. Będzie to z pożytkiem dla niego i innych. Stanie się silnym i wartościowym człowiekiem.

Kiedy zauważyłam, że jesteś tak młodą osobą, aż się przeraziłam, że tyle już przeszłaś w tym swoim krótkim życiu. To smutne! Po tych wszystkich traumatycznych chwilach, związanych z uzależnieniem od narkotyków, nagle zaczęłaś gorąco wierzyć w Boga. Bardzo dobrze! Pochwalam! Obawiam się jednak, po przeczytaniu niektórych tekstów na Twoim blogu, że popadasz ze skrajności w skrajność. A to już nie jest dobrze.

Bardzo cenię ludzi głęboko wierzących, ale tych skromnych, dobrych. A takich niestety jest niewielu. Większość to „krzykacze”, którzy w „imię Boga” nienawidzą ludzi innych religii (innowierców) i niewierzących. A musisz wiedzieć, że od głębokiej wiary do fanatyzmu — droga niedaleka. Smutne to, ale niestety prawdziwe, bo najwięcej krzywdy światu wyrządziły — właśnie religie. Kiedyś krzyżowcy w imię Chrystusa dziesiątkowali narody, dzisiaj czynią to fundamentaliści islamscy — w imię Allacha. O innych pogromach na tle religii już nawet nie wspomnę.

Uważam, iż wiara powinna być intymną rzeczą każdego człowieka... Gdyby każdy człowiek swoją wiarę nosił w sercu, a nie obnosił się nią jak jakąś szatą, najpiękniejszą, najprawdziwszą — wg jego mniemania — to więcej dobra byłoby na świecie.

Niestety, ludzi prawdziwie wierzących — i dobrych jednocześnie — nie ma wielu na świecie. O, chociażby w Polsce, ponoć 95% obywateli to ludzie wierzący, katolicy... Akurat! To gdzie oni są?! Gdzie ta dobroć wypływająca z ich wiary? Większość pędzi do kościoła albo dla tradycji, albo z tchórzostwa, ze strachu o własną d... (interpretacja dowolna), bo jak widać, ich życie codzienne niewiele ma wspólnego z wiarą w Boga i przestrzeganiem dekalogu.

A jeśli zaś chodzi o ateistów, to musisz wiedzieć, że prawdziwi ateiści nigdy się nie nawracają. Nie z lenistwa, czy też z tych powodów, które wymieniłaś, a z rozsądku właśnie (krótko rzecz ujmując) nie wierzą w Boga. I jak Ci już pisałam, w wielu przypadkach są lepszymi, wartościowszymi ludźmi niż ci wierzący.

Nawracają się tylko ci, którzy tak do końca prawdziwymi ateistami nigdy nie byli. W obliczu jakiś swoich dramatów osobistych natomiast, do których ktoś ich doprowadził, albo sami się doprowadzili, np. popadając w alkoholizm, czy też narkomanię, nagle przypominają sobie o Bogu. To i dobrze!

Lecz zdarza się niestety i tak, że wtedy popadają ze skrajności w skrajność i stają się wręcz fanatykami wiary. A fanatyzm, jakby nie patrzeć, jest zjawiskiem bardzo negatywnym. Fanatycy religijny stają się uciążliwi i często niebezpieczni dla innych. W najlepszym przypadku popadają w dewocję, zachowują się wobec innych ludzi jak nawiedzeni, wystawiając się tym samym na śmieszność, a nawet pogardę. Czytając Twoje teksty, coś mi się wydaje, że Ty jesteś już na dobrej drodze, by wpaść w głębokie koleiny dewocji.

Jesteś jeszcze taka młoda, z pewnością nie raz przyjdzie Ci weryfikować własne poglądy na życie. Ale pamiętaj, moc leży przede wszystkim w Tobie, nie ulegaj wpływom innych. Myśl samodzielnie. Jeśli oczywiście pragniesz być dobrym człowiekiem dla siebie i innych. I wierz przede wszystkim w siebie. To TY JESTEŚ NAJWAŻNIEJSZA!... Twoja psychika. To od niej zależy jakość Twojego życia i Twoich bliskich. I jeszcze jedno zapamiętaj: jeśli chcesz czuć się kochaną, pokochaj najpierw siebie.

Ależ się rozpisałam, ale gdy przeczytałam ten Twój tekst o egzorcyzmach, aż mną potelepało. Rany, jaki szatan, jaki diabeł? To psychika człowieka, słaba psychika słabego człowieka — po jakiś traumatycznych przeżyciach — może tak szaleć. Także chora psychika.

By nad nią zapanować, takiemu człowiekowi, i owszem, ktoś musi pomóc, ktoś dobry i mądry, jeśli — na już — on sam nie jest w stanie sobie z nią poradzić. W rezultacie to i tak on sam leczy się ze swoich słabości, lęków, upiorów. Wystarczy, że poczuje, iż znalazł się ktoś, kto się nim zajął, ktoś, kto pracuje nad jego psychiką. Chociaż tego drugiego akurat w początkowej fazie tego tzw. „opętania” nie jest jednak świadomy. Niektórzy nawet do końca nie będą tego świadomi. Tak może być i w Twoim przypadku. Tobie się wydaje, że to Bóg Ci pomógł, wyprowadzając Cię z opętania, a to Ty sama, a dokładniej Twój mózg.

To Twoje wielkie pragnienie, by przestać się bać, a przede wszystkim wiara w to, że czyjaś pomoc zadziała — wzmocniły Twoją psychikę. Przestałaś więc odczuwać lęk. To nie żadne potwory, to nie żadne duchy i upiory Cię prześladowały, to Twoja psychika — zniszczona traumatycznymi przeżyciami, narkotykami, lekami tworzyła w Twojej skołatanej, chorej wyobraźni takie koszmarne obrazy. Wielu młodych tak ma w okresie dojrzewania, gdy wpadną tak wcześnie jak Ty w szpony nałogu.

Zauważam, że nie masz pojęcia, jakie możliwości ma mózg człowieka. Kiedy się czegoś gorąco pragnie, jeśli się o to modli (wszystko jedno jak i do kogo) mózg zaczyna pracować w tym kierunku, by to pragnienie się spełniło (Paulo Coelho mówi w tym przypadku o Wszechświecie).

Zarozumialstwem jest myśleć w taki właśnie sposób, jak opisałaś, że Bóg raczył zająć się akurat Tobą, kiedy tyle dzieci na świecie umiera z głodu, albo z rąk oprawców. Czy Ty myślisz, że te dzieci były gorsze, że się nie modliły (albo ich matki) o ratunek do Boga? A w czasie II wojny światowej chociażby, myślisz, że te miliony ludzi umierających w męczarniach w obozach koncentracyjnych Boga nie błagały? I co, ich Bóg nie chciał wysłuchać? Zapomniał o nich? O wszystkich? A może wybył w tym czasie na dłuższy urlop? Akurat Twojej modlitwy wysłuchał, a tysiącami dzieci umierającymi na przykład w Syrii, czy teraz w Ukrainie — pogardził? Egoizm i pycha przez Ciebie przemawia? Zastanów się nad tym.

Ty oczywiście możesz w to wszystko głęboko wierzyć, ale… ale kiedy zamiast nosić tę wiarę w sercu, piszesz o niej w taki fanatyczny sposób w Internecie, musisz się liczyć z tym, że niewielu ludzi podzieli Twoje, jakże osobiste zdanie.

Nie wiem, czy zrozumiesz to, co napisałam, ale mam taką nadzieję, że choć trochę. Jak nie teraz, to może jak już będziesz starsza.

Młodzi ludzie szukają autorytetów, często po omacku… Życzę Ci więc, aby wokół Ciebie było jak najwięcej dobrych i mądrych ludzi. Ze złymi zaś, żebyś nauczyła się sama sobie radzić. I wierz mądrze, nie magicznie:

Jeśli wierzysz w Boga, wierz tylko mądrze,

nie ulegając wszystkim — co noszą komże.
 

Nie warto jednak tyle rygorów sobie w życiu narzucać. Nie uczynią Cię szczęśliwszą. Warto natomiast pracować nad sobą, nad swoją psychiką, wzmacniać ją poprzez kontakt z dobrymi ludźmi, a także z potrzebującymi pomocy. Poczujesz się wtedy potrzebna, a w rezultacie, silna i wolna… i pójdziesz przez życie w poczuciu szczęścia i radości. Tego Ci życzę z całego serca, Martyna

PS

Jeszcze jedna rada: Zanim powiesz nie, zastanów się, co byś zyskała, mówiąc tak... I na odwrót, w niektórych sytuacjach. Rozważ bardzo dokładnie. A dopiero potem podejmij decyzję... Będąc świadomą jej konsekwencji.

 

Z cyklu: „Teksty epistolarne”


wtorek, 11 maja 2021

Czas na majówkę?

U nas pojutrze Christi Himmelfahrt (tłum. Wniebowstąpienie Pańskie). W kalendarzu dzień ten zaznaczony jest na czerwono, a co za tym idzie, jest dniem wolnym od pracy. Dla wszystkich. Bez względu na wiarę, czy jej brak.

A że maj, czas na wspaniałe majówki... I co? Nasza kochana wiosenka jakoś leniwa bardzo w tym roku. Oj, leniwa! Ciągle niewiele jeszcze zieleni na naszym terenie. Aż dziw bierze. No rusz się wiosno, a nuże!

Na czym tu siedzieć, jak trawki mało co? Wilka można złapać! A co wdychać, skoro zapachu bzów jeszcze się nie uświadczy, bo kwiecie dopiero w maluśkich pączusiach? A przecież nawet kasztany u nas powinny już zaczynać kwitnąć. Chociaż na tym terenie to niby normalne, że wiosna zawsze później przychodzi... Ale żeby aż tak? Oj, ty leniwa wiosno! 

 


Od wczoraj niebo zaciągnęło się chmurami i ciągle deszcz popaduje. Rankami gęsta mgła spowija lasy. I taka pogoda ma być ponoć aż do końca przyszłego tygodnia. Tak zapowiadają niewzruszeni naszymi potrzebami synoptycy.

 



Och, najpiękniejszy miesiąc w roku wnet dobije półmetka… i żadnej majówki? A tak mi się marzy: zielona trawka, cieplutkie promyczki słońca, zapach rozgrzanej przyrody, wesołe świergolenie ptasząt… i pośród tych wspaniałości Matki Natury, ja w doborowym towarzystwie I co?! Psińco! No nic, trzeba nam się uzbroić w cierpliwość i mieć nadzieję, że jeszcze w maju nasiadówki majówkowej zażyjemy.

A póki co, w drogę. Taka aura sprzyja przynajmniej wędrowaniu... O, a to kocham jeszcze bardziej. Kończę więc to swoje narzekanie i już pędzę przygotowywać się do kolejnej wędrówki majówkowej... A jakże!

 

 

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


niedziela, 10 stycznia 2021

Dyplomatyczna perswazja

Kończy się ten wspaniały dla mnie dzień. Szkoda, bo wiele w nim dobrego doświadczyłam. Aż chciałoby się, by jeszcze choć parę godzin dłużej potrwał. Trudno! Doby niestety nie da się naciągnąć.

Był wspaniały, bo oprócz kilku dobrych rzeczy dotyczących mnie osobiście, osiągnęłam też mały sukcesik pedagogiczny. Mianowicie udało mi się wpłynąć na nastoletniego syna sąsiadów. Mam nadzieję, że ten mój wpływ będzie w nim owocował długi czas.

Trudno to sobie wyobrazić, że z tak spokojnego dziecka można się nagle stać pustogłowym nastolatkiem. A tak się niestety z tym chłopakiem stało, od momentu, kiedy zrobił prawko i matka mu kupiła motorower. Zaczął wtedy szaleć jak, nie przymierzając, pijany zając w kapuście.

Mało tego, od tamtej też pory zaczęli przyjeżdżać do niego kumple na swoich maszynach. Czasami stało ich pod domem dziesięciu, a i parę dziewczyn mieli zawsze ze sobą. Nie mam nic przeciwko młodzieży, wręcz przeciwnie, bardzo młodych lubię i jak do tej pory zawsze miałam z nimi dobry kontakt. Wszędzie.

Aż tu nagle, niemalże z dnia na dzień, ta akurat młodzież, koczująca pod moim domem, przeszła jakąś metamorfozę. Z jednego stadium ewolucji w szybkim tempie przeszła do następnego. I, nie ma co ukrywać, to następne jakoś pofyrtanie im się zaczęło.

Dość powiedzieć, że codziennie uskuteczniali niemiłosierne piłowanie silników swoich motorowerów i skuterów i że smród spalin wdzierał mi się do mieszkania. Ni jak okna otworzyć nie mogłam. I do tego wszystkiego jeszcze ta głośna muzyka hip-hop, jaką się delektowali. Rany, ależ ta kakofonia nieznośnie świdrowała moje bębenki... Bo też akurat pod moim oknem kuchennym wybrali sobie miejsce do „biwakowania”. Z jednej strony im się nie dziwię, bo miejsce super. Oddalone od ulicy i osłonięte żywopłotem od spojrzeń ewentualnych przechodniów. Czyste, zadbane, przyjemne.

I tak przesiadują mi pod oknami już dobre trzy tygodnie, i to po parę godzin dziennie. Przy dźwiękach hip-hopu jedzą pizzę, słodycze, piją browarek, palą papierosy, rechoczą na całe gardło, niekiedy kopią piłkę.

Parę razy, już wcześniej, prosiłam ich o ściszenie muzyki i odpalanie swoich „rumaków” na ulicy, a nie pod moim oknem, przy wejściu do domu. Skutkowało, ale tylko na chwilę.

Po takich ich biesiadowaniach zostawały odpadki po jedzeniu, papierki po słodyczach, niedopałki, kapsle, ba, nawet butelki i puszki po piwie powtykane w żywopłot. Choć pojemnik na śmieci jest pięć metrów dalej. Prosiłam, żeby to pozbierali. Owszem, na początku zbierali, może nie do końca, ale jednak coś tam za sobą sprzątali. Z czasem jednak przestali.

Miałam już tego dość. Postanowiłam zrobić z nimi porządek i zacząć od syna sąsiadki, bo też to do niego cała ta ferajna się zjeżdżała. Nie chciałam iść do matki na skargi, chciałam najpierw z nim porozmawiać. Raz, że nie lubię skarżyć, a drugi raz, że zdążyłam już wyczuć, iż jej najwyraźniej jest obojętne, co syn robi.

Zanim jednak swoje postanowienie wprowadziłam w czyn, poszłam do mojego syna po poradę. Przez telefon nie chciałam z nim o tym rozmawiać, bo zależało mi na naocznej obserwacji jego reakcji na problem, jako tego niedawnego nastolatka. No i miałam też nadzieję, że skoro to było niedawno, to z pewnością pamięta, jaką metodą najszybciej do takich żółtodziobów dotrzeć, aby poskutkowała. Ale żeby ich też nie zrazić do siebie i nie wyjść na jakąś jędzę. Albo, co nie daj Bóg, żeby ich nie sprowokować do jakiś złośliwości czy brutalności. Bo też nigdy nie wiadomo, co takim niewyżytym małolatom do głowy może strzelić. Chciałam po prostu załatwić sprawę polubownie.

I co mój syn na to?:

Mamuś, naprawdę nie wiem, co ci mam powiedzieć. Sam jestem tym zaskoczony, że nie wiem. Pamiętam, że nieraz mieliśmy z kolegami różne potyczki z sąsiadami, ale takich rzeczy na pewno nie robiliśmy. Pewnie to zależy od wychowania wyniesionego z domu. Od kultury osobistej… Ale pamiętaj, jak tylko będziesz miała ich dość, dzwoń do mnie o każdej porze dnia i nocy, a ja zaraz się zjawię i zrobię z nimi porządek.

Wróciłam do domu z postanowieniem, że biorę sprawę w swoje ręce. Od już. Bez zbędnej zwłoki. Na początek pozbierałam wszystkie ich śmieci z minionego biesiadowania i zrobiłam zgrabną kupeczkę pod małolata motorkiem. Podziałało. Prawie natychmiast. Wprawdzie nie na małolata a na jego matkę, bo to ona wyrzuciła je do śmietnika, ale to był dobry początek.



Pod wieczór zamierzałam przeprowadzić rozmowę z jej synem. Niestety, jak się po chwili okazało, realizację tego zamiaru zmuszona zostałam odsunąć na następny dzień... Bo taka się u nas burza rozszalała, że coś strasznego. A to kotlina. Pioruny waliły aż dudniło. Niebo było całe w ogniu. Istny diabelski kocioł.

2009

Ciąg dalszy nastąpi...


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


sobota, 28 listopada 2020

Komplement niebezpośredni

Dziś miałam dzień urzędowy. Nie, nie bawiłam się w urzędniczkę, tylko po urzędach biegałam. Załatwiałam zaległe urzędowe sprawy. Kiedy już wszystko pozałatwiałam, co mi było potrzeba, powędrowałam jeszcze na pocztę.

Idę ja sobie radosna jak skowronek, odziana w wygodny do bieganiny po mieście strój: czarny blezerek, czarną spódniczkę, czerwoną bluzkę z kołnierzykiem, na nogach czarne legginsy i czerwone baleriny Kazar. I nagle, kiedy tak sobie idę, za plecami słyszę chichot jakiś chłopaczków. Ale nic, nie odwracam się. Raz, że nie mam takiego zwyczaju, a drugi raz… a co mnie to obchodzi. Niech się chichrają, jak mają powód. Przyznać jednak muszę, że na czyjś radosny śmiech zawsze reaguję. Przynajmniej uśmiechem, bo sama lubię się śmiać. No ale przecież odwracać się nie będę, żeby reagować. Uśmiecham się pod nosem i idę dalej. Pierś do przodu, głowa podniesiona, brzuch wciągnięty, krok zamaszysty. Nagle, już bliżej za mną, między jednym chichotem a drugim, słyszę wyraźne słowa:

Ty, Miro, ale patrz, zgrabna jak cholera.

No! A jakie superowe nogi ma… Jak łania.

Śmiać mi się chciało z tej usłyszanej gadki, będąc pewną, że ten oryginalny komentarz dotyczy jakiegoś dziewczęcia idącego za mną. Już miałam kierować się na schody prowadzące do gmachu poczty, kiedy nagle, tuż obok, zauważyłam nowo otwarty stragan z owocami no i przypomniało mi się, że muszę kupić jabłka. Postanowiłam najpierw podejść do stoiska i zobaczyć jakie owoce oferują do sprzedaży. Kiedy tam dochodziłam, ciągle słyszałam tych chłopaczków, ale nie wsłuchiwałam się więcej w to o czym mówią. Zatrzymałam się przed straganem, i nagle, tuż przy mnie, słyszę głos jednego z nich:

Ty, popatrz, to stara baba!

No nie… no coś takiego?! Ludzie trzymajcie mnie! Takich słów zdzierżyć nie sposób. Momentalnie popatrzyłam za siebie. Zobaczyłam dwóch łebków w wieku gdzieś tak około 15, 16 lat patrzących na mnie z wytrzeszczem oczu i speszonymi minami. Wtedy nagle do mnie dotarło, że te komentarze za moimi plecami były o mnie. Ale ta „stara baba” mnie jednak wkurzyła. Przez moment myślałam nawet, że mnie coś trafi... O nie! Ja stara baba?! A niech to!

Wiem, że się posunęłam wiekowo, ale przecież staro się jeszcze nie czuję. Hmm... no tak, czasami co innego wiedzieć, a co innego usłyszeć. Koniec końców moje poczucie humoru wzięło górę nad oburzeniem, buchnęłam więc śmiechem i powiedziałam:

Cóż, moi mili, dla takich chłopaczków jak wy, to z pewnością jestem za stara, ale wierzcie mi, są takie chłopaki, dla których jestem jeszcze całkiem, całkiem… Niemalże młódka.

Chłopaczki speszyły się jeszcze bardziej. Podeszłam więc do nich i dla rozładowania atmosfery, śmiejąc się, poklepałam ich po ramionach. Pomogło. Po chwili śmialiśmy się już razem.


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


wtorek, 17 listopada 2020

Z samotnością bywa różnie…

Do tego wniosku doszłam kolejny raz, będąc niedzielnym porankiem w lesie na joggingu. Wyjątkowo w niedzielę. Swoim zwyczajem robię to w tygodniu. W niedzielę, kiedy nie mam żadnej zorganizowanej wycieczki, to ja najbardziej lubię posiedzieć sobie w domu i rozkoszować się dolce far niente. No chyba że jest już jakiś mus, że wyleźć jednak muszę. Czy chcę, czy nie chcę… Kurka wodna, nie lubię tego! Albo kiedy w tygodniu coś mi przyblokuje mój wybieg do lasu, jakiś obowiązkowy poranny termin lub coś w tym rodzaju, wtedy nie mam innego wyjścia i zasuwam w niedzielę. Wszak zaległości w bieganiu i w bezpośrednim kontakcie z przyrodą nadrobić muszę… A to lubię.

Już miałam kończyć swój jogging, ale na chwilę przystanęłam jeszcze przy polanie. Chciałam się przyglądnąć końcowemu etapowi ostatnich tego lata sianokosów. Zaśmiałam się w duchu, bo przypomniało mi się jak to kiedyś wraz z wnukami „suszyliśmy” na niej skoszoną trawę, obrzucając się nią z każdej strony. Długo i zawzięcie. Starszy pan, który jechał traktorem z kosiarką, widząc naszą kotłowaninę w trawie i z trawą, zatrzymał się i śmiał się do rozpuku. Najwyraźniej nasza zabawa mu się podobała. Pewnie był też i zadowolony z przyśpieszonego procesu suszenia trawy, bo ogromna jej ilość fruwała w powietrzu i schła jak się patrzy.

Jaka szkoda, że lato się skończyło. No ale nic, każda pora roku jest dobra, jak się do niej odpowiednio nastroi. Podumałam jeszcze przez chwilę i ruszyłam dalej. Do końca lasu pozostało mi jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów. Będąc już prawie na jego skraju, spotkałam moją znajomą, którą właśnie w lesie poznałam parę lat temu, a która, podobnie jak ja, często po lesie biega. Tyle że jej już od przeszło roku nie widziałam.

A witam panią! — zawołałam wesoło. — A gdzież to się pani ostatnio podziewała? Dawno pani nie widziałam.

Witam, witam! — odpowiedziała zasapana znajoma. — No bo ja tu już rzadko biegam. Przeprowadziłam się i teraz mam inny las do biegania. W pobliżu domu. Tutaj tylko czasami w niedzielę z sentymentu biegam. W końcu przeszło dwadzieścia lat po tym lesie biegałam. 

To miło mi, że dzięki pani sentymentowi mogłyśmy się znów spotkać. A co u pani? Lepiej się pani mieszka na tym nowym miejscu?

Gdzież tam! Ale co zrobić, takie życie — odpowiedziała znajoma smętnym nieco głosem, ale zaraz się uśmiechnęła i jakoś tak niepewnie spytała: — A pani ciągle sama?

Tak, sama… i nadal bardzo szczęśliwa! — odpowiedziałam z uśmiechem. — Z takiego życia nie zrezygnuję już nigdy. Jako dwukrotna wdowa mam wreszcie czas dla siebie, dla swoich pasji i przyjemności... No i oczywiście dla dzieci i wnuków.

To bardzo się cieszę. Bo u mnie to się dużo zmieniło, choć przez tyle lat cieszyłam się ze swojej samotności… Ech, szkoda gadać… — zająknęła się, po czym szybko nabrała powietrza i dodała: — A wie pani, ja ciągle pamiętam, co mi pani kiedyś powiedziała na temat samotności… Że to od nas samych zależy, jaka ta nasza samotność jest. Że samotność przeraża jedynie takie osoby, które są puste wewnętrznie, a także takie, które w swoim życiu są zdane na innych, bo nie stać je na samodzielność. Natomiast dla takich osób, które mają bogate życie wewnętrzne, które potrafią ciekawie organizować sobie czas, mają pasje, samotność jest przyjemna... I to, że sama wcale nie znaczy samotna, tym bardziej, jak się ma dużą rodzinę i przyjaciół.

Znajoma skończyła i jakoś tak dziwnie wyczekująco na mnie popatrzyła. Byłam zaskoczona, że tak dokładnie zapamiętała to, co jej dawno temu mówiłam. W końcu się zaśmiałam i powiedziałam:

I nadal tak uważam… Ale dlaczego pani dzisiaj mi o tym mówi?

Bo już nie jestem sama — odpowiedziała jakoś takim bardzo smutnym głosem.

To chyba dobrze, co?

Popatrzyłam na nią wnikliwiej. Wydała mi się zmęczona i przygaszona. Przyszło mi na myśl, że może z lęku przed samotnością na starość postanowiła się jednak z kimś związać, dlatego zaraz dodałam:

Uważam także, że człowiek jest zwierzęciem stadnym, że się tak kolokwialnie wyrażę, i potrzebuje bliskości innych ludzi. Cudownie jest mieć kogoś bliskiego, kochanego. Nie każdy ma takie szczęście w życiu. Zawsze podziwiam ludzi, którym się udało je osiągnąć. Ba, nawet im czasem zazdroszczę. Żyć z kimś w miłości, przyjaźni, szacunku, zrozumieniu, tolerancji… to przecież marzenie każdego człowieka. Mimo wszystko…

Tak, to też pamiętam, że mi pani mówiła. Ale… — znów się zająknęła i zamilkła.

Pomyślałam, że może się nieszczęśliwie zakochała. Że źle trafiła ze swoimi uczuciami i teraz cierpi. Znajoma ciągle milczała. Patrzyła tylko raz na mnie, raz na korony drzew na skraju lasu.

O właśnie, widzi pani te dwa drzewa? — przerwałam milczenie, wskazując ręką na dwie strzeliste sosny rosnące przy dróżce, które koronami wyraźnie się od siebie oddalały, i mówiłam dalej: — Przez życie najlepiej jest iść w parze, ale kiedy się okaże, że mimo jednakich wiatrów życia coraz bardziej się od siebie oddala, to lepiej odejść. Wszak z pewnością lepiej jest żyć w samotności samemu, niż we dwoje. Takie jest moje zdanie. Wiem, że są ludzie, którzy poświęcają siebie, swoje życie i nadal żyją w chorym związku… I to z różnych względów… chociażby ze względów religijnych…

Ale ja nie z religijnych względów… To syn mnie namówił. — Znajoma weszła mi w słowo, wpatrując się już tylko w korony odchylających się od siebie sosen. — Bo wie pani, ja wróciłam do byłego męża. Po dwudziestu latach.

No to mnie przytkało z wrażenia. Pamiętam, że bardzo złe zdanie miała o swoim mężu. Wiele krzywdy jej w życiu zrobił. I fizycznej i moralnej. Dlatego przed dwudziestu laty od niego odeszła. A tu nagle znów razem? Znajoma przeniosła wzrok z drzew na mnie i po chwili mówiła dalej:

Mój były mąż ciężko chorował na raka płuc. Nieuleczalnie. Lekarze nie dawali mu żadnych szans. No i mój syn wymyślił, że skoro tak, to dobrze by było, żebym znów za niego wyszła i się nim zajęła. Bo wie pani, szkoda by było, żeby nikt po nim pieniędzy nie dostał. Że ja, jako jego żona, będę miała prawo do renty po nim… Bardzo wysokiej renty.

Hmm... To też jest jakiś argument — powiedziałam ciągle zszokowana, rozdziawiając buzię.

Tak, z pewnością! — aż krzyknęła. — Ale po ostatnich badaniach lekarskich okazało się, że jakimś cudem choroba się cofnęła... A on się znów nade mną znęca.

 



wtorek, 15 września 2020

Warto zachować w sobie dziecko

Wielu dorosłych pamięta doskonale swoje dzieciństwo i lubi je wspominać. Wielu potrafi zachować w sobie dziecko przez całe życie. Wielu z nich też dla dzieci pisze. Ja do tych dorosłych należę.
Do napisania paru słów o tym, że warto zachować w sobie dziecko zainspirowała mnie wypowiedź pewnego pana nt. dorosłych na profilu społecznościowym, do której załączył cytat z Antoine`a de Saint-Exupery: — „Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich pamięta o tym". Słowa te pochodzą z pełnej specyficznego uroku książki pt. „Mały Książę”. Wspaniałej bajki dla dzieci i dla dorosłych. Jednego z najważniejszych utworów literackich XX wieku. Pełnego poezji i mądrych refleksji o przyjaźni, miłości, życiu.
W bajce tej autor stworzył fantastyczny świat, w którym wszystko jest możliwe. Dzieci rozumieją taki świat doskonale. Fantastyka jest przecież elementem wielu utworów dla nich przeznaczonych. Ich wyobraźnia bez trudu ogarnia nawet najbardziej nieprawdopodobne historie. Gorzej radzą sobie z tym dorośli. Zauważył to bardzo dobitnie sam autor kiedy opowiadał swą przygodę z dzieciństwa i kiedy to wszyscy dorośli jego rysunek przedstawiający słonia połkniętego przez węża boa brali za kapelusz. Wniosek nasuwa się sam. Dorosłym należałoby życzyć więcej wyobraźni, a przede wszystkim, by zachowali w sobie coś z dziecka na długie lata dorosłości. Wtedy życie ich będzie o wiele piękniejsze, radośniejsze, pełniejsze.
Cytat z „Małego Księcia”? Proszę bardzo. Jest bardzo wymowny: „Jeżeli mówicie dorosłym: — Widziałem piękny dom z czerwonej cegły, z geranium w oknach i gołębiami na dachu – nie potrafią sobie wyobrazić tego domu. Trzeba im powiedzieć: — Widziałem dom za sto tysięcy złotych. — Wtedy krzykną: —Jaki to piękny dom!”.

Dorosłość wcale nie musi być związana tylko ze sprawami przyziemnymi, liczbami, suchymi definicjami, sztywnymi zasadami... etc. Nie musi też odrzucać wszystkiego, co inne. Wiele cytatów z „Małego Księcia” mogłoby się stać dewizą życiową niejednego dorosłego człowieka. Chociażby te:

* „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

* „Dla całego świata możesz być nikim, dla kogoś możesz być całym światem”.




Zachować w sobie dziecko
to zdolność niesamowita.
Tylko ten — co ją posiada
z radością dzionek wita.


niedziela, 7 czerwca 2020

Jak cię widzą… Polskie przywary

Strasznie bulwersuje mnie ludzka zawiść, brak tolerancji, pruderia, wścibstwo, łatwość wydawania osądów, krytykanctwo, znieczulica, chamstwo… i… i na tym chyba zakończę tę wyliczankę, choć mogłabym jeszcze wyliczać i wyliczać. Myślę, że takie i inne przywary ludzkie denerwują większość z nas... To po co mi je dalej wyliczać? A jest ich ogromna kolekcja. Dodam już tak tylko ogólnie: i wszelkie tego typu ułomności ludzkich charakterów.

Najbardziej denerwuje mnie, kiedy słyszę z jaką łatwością jeden drugiemu przypina łatkę. Bo taka łatka najczęściej nie ma nic wspólnego z prawdą. No, może czasem jedynie z ziarenkiem prawdy. A to wścibstwo? To wtykanie nosa w nie swoje sprawy? O rany! Najchętniej bym takim coś ekstra pod nos wetknęła. A niech się nawąchają, skoro już muszą węszyć tym swoim nochalem na lewo i prawo i wtykać go tam gdzie nie trzeba. Czyli w czyjeś życie. A wiadomo, że najbardziej wtykają ci, którzy są niezadowoleni z własnego życia, i by się nim nie wnerwiać, by choć na chwilę o nim zapomnieć, z lubością zajmują się roztrząsaniem życia innych.

Najgorsze są te plotkary siedzące całymi dniami w oknie z biustami wyeksponowanymi na parapecie i z głowami chodzącymi wte i wewte niczym peryskopy. Te panie z lubością obserwują wszystko i wszystkich. Zwłaszcza: kto i w jakim stanie przechodzi pod ich oknami. Obserwacja to ich wielka pasja. Pod obstrzałem ich spojrzeń nie sposób przejść całkiem obojętnie. Aż ciarki po plecach przechodzą, czując ich lustrujące spojrzenia. Albo jeszcze te, no… no dobra, nie będę je nazywać po ich nowym imieniu, ale powiem jedynie ogólnie: te stare dewotki, co to do kościoła latają jak kot z pęcherzem... i to bynajmniej nie z powodu głębokiej wiary. Chryste, strach do kościoła wejść. Bo też pod tak skumulowanym obstrzałem ich spojrzeń można trupem paść… I to gdzie?, w kościele!

Od lat jeżdżę po świecie i poznałam już wiele ludzi różnych narodowości, to też z pełnym przekonaniem stwierdzić mogę, iż to przede wszystkim Polacy mają taką wścibską i krytykancką naturę. Lubią wszystko o wszystkich wiedzieć i każdą zdobytą informację szybko podać dalej. Choć takie prowincjonalne, pachnące dulszczyzną zainteresowanie nie wzbogaca intelektualnie, to jednak zaspokaja głód wiedzy o innych ludziach. A Polacy bardzo głodni są takiej wiedzy. Wiedzy, którą potem przerabiają wg własnej modły i jak najszybciej przekazują światu. Ha, bo to przecież wspaniała rzecz, taka wiedza. Zwłaszcza dla takich bab — wyżej wymienionych. Bo takie babska, kiedy tylko posiądą jakąś wiedzę o innych, czują tak ogromną satysfakcję, że to one jako pierwsze o czymś wiedzą, że zaraz pędzą od jednej baby do drugiej, by z dumą wiedzę tę przekazać. No wręcz muszą, bo inaczej, nadmiar nagromadzonych emocji by je rozerwał, gdyby upustu jej nie dały.

W Niemczech, gdzie mieszkam od ponad 30 lat, jest zupełnie inaczej. Ludzie nie interesują się prywatnym życiem innych. Nie obchodzi ich, kto z kim żyje, czy ma dzieci, czy ma lepsze auto, czy lepszy dom, czy na bardziej egzotycznych wczasach był, wreszcie, czy chodzi do kościoła, czy jest wierzący, czy też nie. Oprócz porządku i ogólnej czystości, to była kolejna rzecz, która mi się tu w Niemczech od razu spodobała. Naprawdę, tak tu jest. Demokracja pełną gębą. Na pewno są gdzieś tam jakieś wyjątki, ale jak już, to niezbyt rzucające się w oczy. No OK., przyznam się jednak bez bicia, że raz mi się taki jeden rzucił, i to nawet bardzo...

Już opowiadam: Kiedy muszę coś załatwić w mieście, albo zrobić zakupy, jeżdżę autem, a jak wracam do domu, przejeżdżam zbiegiem ulic w kształcie litery „T”, no i skręcając w lewo u zbiegu tych ulic, na wprost mojego nosa, widzę ogromniastą kamienicę, a w jednym z jej okien, prawie zawsze pewną damę o dość puszystych kształtach. Dama ta swoją cielesnością wypełnia całe okno, trudno więc jej nie zauważyć. Jej szyja pracuje na wysokich obrotach, to też dama kręci głową we wszystkich kierunkach, obserwując co się na ulicy dzieje. Nieraz sobie myślałam, że to taki polski widoczek… Kto wie, czy to nie Polka. No i właśnie wczoraj miałam okazję się przekonać, kto zacz. Weszłam akurat do sklepu i nagle słyszę za plecami czyjś głos. Odwracam się natychmiast z uśmiechem, bo głos mówił po polsku. A ja zawsze radośnie reaguję na polską mowę. I co się okazało? Okazało się, że głos ten należał właśnie do tej damy z okna. Od razu ją rozpoznałam… i nawet się ucieszyłam, a uśmiech rozjechał mi się na twarzy od ucha do ucha. Niestety. Mina mi jednak szybko zrzedła, kiedy do mnie dotarło, co ona mówi:
Dzień dobry pani! usłyszałam jej rozpromieniony głosik. Często panią widzę, jak pani jeździ samochodem, no i zawsze widzę panią samą, nieraz tylko z jakimiś dziećmi. Nie ma pani męża?
No nie, no ludzie… trzymajcie mnie! Na dzień dobry z takim pytaniem? Tak od razu? Bez nijakiego pardonu? Co za babsztyl?! Za grosz kultury! Tak mnie wkurzyła tym swoim bezpardonowym wścibstwem, że jej od razu wypaliłam:
Ależ proszę pani, a po cóż mi mąż? Miałam kiedyś dwóch i obu w zaświaty wyprawiłam i zaśmiałam się perliście, mówiąc dalej: Miło mi było panią poznać, ale teraz akurat nie mam czasu na rozmowy. Koniecznie muszę coś załatwić. Do widzenia pani!
Odwróciłam się na pięcie, i zniesmaczona, szybko wyszłam ze sklepu. Bez zakupów oczywiście. Na zakupy pojechałam do innego sklepu.

Poczułam się tak, jakbym w Polsce była… Serio! I tak sobie teraz myślę, że choć wielu z nas Polaków jest po porządnej kindersztubie i nie ma takiej wścibskiej natury, to jednak dużo z tej natury w nas tkwi… Zaraz, coś to nie tak zabrzmiało… No to inaczej. Chciałam powiedzieć, że choć sami wścibscy nie jesteśmy, to jednak wścibstwem się przejmujemy. Ja osobiście na pewno już nie tak, jak wtedy, kiedy jeszcze w Polsce żyłam. Łapię się jednak na tym, że czasami mnie jednak to obchodzi, co inni o mnie powiedzą. Przynajmniej w jakiś maluteńkim stopniu. Zwłaszcza, kiedy w Polsce jestem. Wiele jest takich osób, które w podobny sposób reaguje na tę naszą typowo polską przywarę. Wiem o tym z rozmów z moimi polskimi znajomymi. Jestem pewna, że wiele osób przyzna mi rację, iż ciągle drzemie w nich ta obawa: „A co ludzie powiedzą?” Może nie każdy przyzna się do tego otwarcie, ale w duszy, przed samym sobą, z pewnością.

Przykładem polskiego wścibstwa jest chociażby skecz kabaretu Neo-Nówka pt. „Okno”. Typowy okienny monitoring.






środa, 29 stycznia 2020

Kotu na ratunek

Lubię wędrować. Wędrowanie to duża część mojego życia. A do wędrówek mam wiernego towarzysza, który tak samo jak ja, bardzo to lubi. To nasz rodzinny pies Labradoodle. Nieraz wędruję z nim razem z córką, nieraz z całą jej rodzinką, a nieraz sama. Aramis, bo tak się wabi nasza psinka, też potrzebuje dużo ruchu. To ja na to jak… bo ja także potrzebuję dużo ruchu. Potrzebuję i lubię.

Wczoraj z Aramisem byliśmy w lesie tylko we dwójkę. Nahasaliśmy się tam razem co niemiara. Kiedy wracaliśmy już do domu, w oddali usłyszałam przeraźliwy pisk. Nie bardzo wiedziałam skąd ten pisk dochodził, ale gdy zbliżyliśmy się do ogrodu córki, już wiedziałam skąd. Jego źródło zobaczyłam na wysokim drzewie migdałowca. Między pniem a gałęzią stał kot i to on piszczał, i to coraz głośniej. Kiedy weszłam z Aramisem do ogrodu, kot na nasz widok zaczął piszczeć już wniebogłosy. Aramis aż podskoczył i z głośnym szczekaniem pognał pod drzewo. Kot w momencie zamilkł. Lecz kiedy Aramis szczekać przestał, przypatrując się kotu z wielkim zainteresowaniem, kot apiat od nowa zaczął piszczeć, ba, wręcz wrzeszczeć już. Aramis zdębiał, ale nie reagował tylko z jeszcze większym zainteresowaniem wbił w niego swoje ślepia.
Na początku to i ja nie bardzo wiedziałam, o co mu chodzi. Boi się zejść, czy boi się Aramisa? Ale kiedy dokładniej mu się przypatrzyłam, zobaczyłam, że nie może się ruszać, gdyż tylne łapki uwięzły mu w szczelinie pnia. Widząc to, długo się nie zastanawiałam, podstawiłam drabinę, umocowałam ją drutem do gałęzi i po szczebelkach wspięłam się — kotu na ratunek.

Kot bez ruchu i już bez wrzasku wytrwale czekał na moją pomoc. I też pewnie, sądząc po jego oczętach, z wielką nadzieją.
Na szczęście dość szybko udało mi się go wyzwolić z uwięzi. Odetchnęłam. Po czym jedną ręką chwyciłam go w pół, i przyciskając do piersi, zeszłam z nim na dół. Gdy stanęłam z nim już na ziemi nawet się nie wyrywał. Patrzył tylko raz na mnie, raz na Aramisa. Aramis także mu się przyglądał. Cichutko, bez szczekania. Po chwili postawiłam go na ziemi, a on zadarł główkę i spojrzał mi głęboko w oczy, po czym wszedł między moje nogi i zaczął się łasić, ocierając się o nie. Pewnie tak chciał mi podziękować za uratowanie z opresji. Kiedy skończył z ocieraniem, podszedł do Aramisa. Zwierzaczki obwąchały się dokładnie noskiem w nosek — i nic! Nie zdążyłam im nawet zdjęcia razem zrobić, bo szybko się sobą znudziły i poszły w swoją stronę. Najpierw myślałam, że naskoczą na siebie, wolałam więc być czujna, a potem było już za późno na wspólne fotkę.
Kotek po chwili, przeskakując płot, wybył z ogrodu. Powolnym, acz bardzo dostojnym krokiem poszedł w kierunku swojego domu... I tyle go widziałam. 




Tu, w Niemczech, nie ma bezpańskich kotów. Każdy kot ma swojego właściciela i swój dom. W moim sąsiedztwie jest ich sporo. Często wałęsają się po moim ogrodzie. Nieraz, kiedy mam otwarte drzwi do ogrodu, włażą do mnie bez pardonu do środka. Parokrotnie zdarzyło mi się też przestraszone koty ściągać z drzew. Tak że żadna to dla mnie pierwszyzna. Wprawdzie nie przepadam za kotami, ale jeśli potrzebują jakiejś pomocy, nigdy nie jestem wobec nich obojętna. A dlaczego za nimi nie przepadam — pisałam pół żartem, pół serio — w tekstach pt. „Nie każdy lubi koty” i Prezent od kota.


poniedziałek, 20 stycznia 2020

Niemiecka dokładność

Parę dni temu spotkała mnie wielka przykrość. Moje auto nie dostało TÜV*. Nie pamiętam już, jak to się w Polsce nazywało, i czy się w ogóle w tamtych latach jakoś nazywało. Chociaż w Kraju miałam kilka aut, zanim do Niemiec wyjechałam, to jednak nie mogę sobie przypomnieć, czy musiałam coś takiego co 2 lata zaliczać. Chodzi mi o obowiązkowy przegląd techniczny. A parę dni temu właśnie taki przegląd mojego auta, celem przedłużenia ważności Fahrzeugschein (dowodu rejestracyjnego) o kolejne 2 lata zaliczałam. Pojechałam sobie do głównego w naszym mieście serwisu TÜV całkiem spokojnie, bo byłam pewna, że bez problemu moje auto taki przegląd przejdzie pozytywnie. Od kiedy mieszkam w Niemczech jeszcze mi się nie zdarzyło, aby któreś z moich aut od razu TÜV nie dostało. Za każdym razem przy pierwszym podejściu dostawałam w Fahrzeugschein przedłużającą pieczątkę oraz plakette (plakietkę) na tylną tablicę rejestracyjną… no i zasuwałam sobie autem spokojnie przez następne dwa lata. Niestety, tym razem po raz pierwszy było inaczej… Cholewcia!

Kiedy ustawiłam auto na kanale, nad te i pod te wszystkie urządzenia kontrolujące kondycję auta, zajęłam się czytaniem książki, a jeden z kontrolerów, młodziutki chłopaczek, zajął się moim autem, pastwiąc się nad nim niemiłosiernie. Rany, co za kontrola, co za widok. Co rusz zaglądałam co on wyczynia i nie mogłam się skupić na czytaniu. Chłopaczek, nie powiem, był bardzo miły, ciągle się uśmiechał i pogwizdywał. A kiedy kontrolny przegląd mojego auta zakończył, z milutkim uśmieszkiem na twarzy oświadczył:
No, auto pani całkiem dobre, ale hamulce ABS niestety trzeba naprawić. — Wszystko to wydukał na bezdechu, po chwili oddech jednak wziął, nawet głęboki, i zaczął wyliczać co jeszcze wymaga naprawy. Aż 6-ciu usterek skubaniec się doszukał. A na koniec dopowiedział jeszcze: — Na to wszystko daję pani 4 tygodnie czasu. Jak pani się zmieści w tym terminie, nowej opłaty za przegląd nie będzie musiała pani wnosić, a jedynie dopłacić 10,- € za dodatkową kontrolę.

I tyle! I po TÜV-ie! No myślałam, że mnie trafi szlag. Bo nie dość, że to związane z dodatkowymi kosztami, to jeszcze z czasem, który więcej dla mnie znaczy niż pieniądz. Chłopaczek kontroler pewnie poznał po mojej minie, co czuję w danej chwili, bo zaczął mi dokładnie tłumaczyć, co uznał za usterkę i dlaczego, a zwłaszcza, co dolega moim hamulcom ABS… Tłumaczył, że coś tam, bo coś tam, a jak coś tam, to coś tam… i takie tam! Czort jeden wie, co, bo według mnie, nic im nie dolegało, skoro mi się nimi ciągle dobrze hamowało. Wreszcie uśmiechnęłam się, bo robić z siebie chmurę gradową to nie w moim stylu. Chłopaczek, widząc moją uśmiechniętą twarz, uśmiechnął się jeszcze szerzej, i kiedy już „z kwitkiem” wsiadałam do auta, zawołał za mną:
Ich wünsche Ihnen trotz allem einen schönen Tag! (Mimo wszystko życzę pani miłego dnia!).

No i czy nie miły kontroler? Nie miałam wyjścia, i jak niepyszna, pojechałam do domu. Właściwie to najpierw zahaczyłam o dom mojego syna, aby się pożalić i wysłuchać jego rad, a może i pomoc uzyskać, bo mój syneczek to taka złota rączka, wszystkim nam naprawia auta… i nie tylko auta. Jednak tym razem nie mógł. Bo takie rzeczy jak ABS naprawia się przy pomocy odpowiednich urządzeń elektronicznych, które ustawiają i kontrolują jego pracę.

Uzgodniłam z synem, że skorzystam z mojej drugiej deski ratunku w sprawie auta, czyli z warsztatu samochodowego znajomego Rosjanina. Pojechałam więc do niego następnego dnia z samego rana, i kiedy pokazałam mu tę litanię usterek od chłopaczka z serwisu TÜV, uśmiał się i powiedział, że on to pewnie jeden z takich prosto po szkole i czepia się wszystkiego, nawet takie śmieszne usterki wynajduje, bo cała wiedza, jaką w szkole posiadł, jest świeżuteńka i buzuje mu w głowie, więc musi dać jej upust.

Wieczorem auto było już gotowe. Ze wszystkim. Mechanik rodem z ZSRR szybko się uwinął. Za spore pieniądze oczywiście. Przy okazji dowiedziałam się od niego, że od zeszłego roku też i w jego warsztacie można TÜV zrobić. Że raz w tygodniu przyjeżdża taki jeden inżynier, który się tym zajmuje. Kurczę, zła byłam na siebie, że się go wcześniej o to nie spytałam. Przecież znam go nie od dziś. Mówi się trudno. Polak mądry po szkodzie. Żeby dłużej nie rozpamiętywać przysłowia, jakże dobitnie rzecz oddającego, już następnego dnia byłam z moim autkiem u tego inżynierka. Do głównego serwisu TÜV nie miałam ochoty już jechać.

Inżynier uśmiechnął się do listy usterek wypisanych przez chłopaczka kontrolera i wjechał moim autem na rolki sprawdzające stan hamulców. Nawet nie pamiętam, jak długo sprawdzał, ale najwyraźniej niedługo, bo kiedy w międzyczasie wdałam się w gorącą dyskusję na tematy polityczne w Polsce ze spotkanym w warsztacie znajomym z Polski, to on wnet nam przerwał, meldując, że tylko skoczy jeszcze do swojego komputera i zaraz będzie z powrotem. Faktycznie, chyba za dwie minutki przerwał nam ponownie, wręczając mi mój Fahrzeugschein ze słowami:
Fertig, nette Frau! (Gotowe, miła pani). — No, naprawdę nazwał mnie miłą panią. Miły, nie?
Und die plakette? (plakietka z aktualnym TÜV na tablicą rejestracyjną) — spytałam z rozdziawioną buzią, zaskoczona tempem kontroli.
Auch fertig! (Też gotowa!).

Ależ byłam szczęśliwa. Wprawdzie kosztowało mnie to trochę nerwów i pieniędzy, ale w końcu mam ten upragniony TÜV. Podyskutowałam jeszcze chwilę — na wiadomy temat — ze znajomym Polakiem i jak uskrzydlona pojechałam do domu. Teraz już przez kolejne dwa lata mogę całkiem spokojnie pomykać po drogach i rozdrożach... Zasłużyłam sobie. A co!



* TÜV (Technischer Überwachungs Verein) — Związek Kontroli Technicznej


środa, 27 listopada 2019

Czosnek na uśmiech

Mówi się, że osoby spożywające czosnek są osobami o pogodnym usposobieniu i że na twarzy mają zawsze uśmiech. Myślę, iż wiele w tym prawdy. Sama jestem fanką czosnku i należę do osób uśmiechniętych. Pewnie nie tylko z tego powodu, bo przede wszystkim z natury, ale czosnek lubię. Lubię go jako dodatek do potraw, a przede wszystkim, spożywam go jako lek. Lek na wszystko. I to już od wielu, wielu lat, tj. od kiedy doczytałam się w jakimś magazynie medycznym, że zjedzenie ząbka czosnku dziennie trzymać mnie będzie z dala od lekarzy. A że ja nie cierpię latać po lekarzach, ochoczo zabrałam się za wprowadzanie kuracji czosnkowej w swoje życie. Od tej też pory często przed spaniem i przed umyciem zębów zjadam ząbek czosnku. Sam, bez niczego. Przegryzam go w ustach i żuję jak najdłużej, po czym powoli połykam. Trochę piecze, ale co tam. Czego się nie robi dla zdrowia. Na początku mojej kuracji piekło jak diabli. I to nie tylko w ustach i w przełyku lecz też i w żołądku. Nie przejmowałam się tym jednak, gdyż po wcześniejszym przestudiowaniu przebiegu kuracji czosnkowej wiedziałam, że to normalne, ponieważ sok czosnku zabijając bakterie chorobotwórcze wchłania się w pojawiające się ranki w miejscach gdzie one się gnieździły. Na początku też po połknięciu czosnku odczuwałam niekiedy wzmożone bicie serca, ale wiedząc o tym, że to naturalna reakcja, wręcz uzdrawiająca, znosiłam i te niewygody. Naczynia krwionośne w taki właśnie sposób regenerują się i oczyszczają, Jeszcze jedną niewygodą był na początku niezbyt przyjemny smak w ustach rano po przebudzeniu, ale po umyciu zębów znikał. Teraz, po tylu latach, nie odczuwam już żadnego nieprzyjemnego smaku w ustach. Zapachu z ust też nie. Inni też nie czują. Sprawdzałam. Mój organizm do czosnku zdążył się już przyzwyczaić. Ale są też na to bardzo proste sposoby, aby czosnkowego zapachu z ust się pozbyć. O tym poniżej.

Pamiętam, że już od dziecka lubiłam zapach czosnku i dużo go jadłam. Zwłaszcza świeży. Uwielbiałam tosty z masłem pocierane od spodu ząbkiem czosnku. Niekiedy i dziś takie tosty sobie robię. Rzadko kiedy choruję. Jestem pewna, że to w dużej mierze dzięki kuracji czosnkowej tak się dzieje.
Czosnek jest rośliną o wszechstronnym działaniu. Jest skuteczną bronią przeciwko infekcjom bakteryjnym, wirusowym oraz pasożytniczym. Zmiażdżony świeży czosnek wydziela substancję, tzw. allicyną, która posiada, jak potwierdzają naukowcy, silniejsze działanie antybiotyczne niż nawet penicylina. Można więc czosnku z powodzeniem używać w leczeniu bólu gardła, przeziębień, gryp, infekcji oskrzeli i płuc oraz przewodu pokarmowego. Poprzez powodowanie pocenia się, czosnek pomaga w obniżaniu gorączki. Jest też skutecznym środkiem na niszczenie robaków w organizmie. Poprawia trawienie pokarmowe, pomaga w wydalaniu gazów, poprawia wchłanianie i przyswajanie pokarmów. Uważany jest również za cudowny środek w obniżaniu poziomu cukru we krwi u ludzi cierpiących na cukrzycę, ponieważ wzmaga produkcję insuliny wytwarzanej przez trzustkę.
Obniża też poziom cholesterolu we krwi. Ponadto redukuje ciśnienie krwi, a co za tym idzie, pomaga w zapobieganiu ataków serca i wylewów. Bo też czosnek ma zdolność otwierania naczyń krwionośnych, i tym samym, zwiększa przepływ krwi do tkanek. Doskonale więc leczy choroby krążenia.
Ostatnie badania naukowe dowiodły, że czosnek działa też jako skuteczny przeciwutleniacz, a jego siarkowe składniki posiadają właściwości przeciwrakowe. Jest również udowodnione, że chroni nasze ciało przed wpływami zanieczyszczenia środowiska i nikotyny.
Związki czynne czosnku znoszą bóle głowy i ułatwiają zasypianie. Stosowany zewnętrznie może być pomocny w leczeniu trudno gojących się ran, ropni, czyraków
Jest stosowany w różnych postaciach: jako świeży, suszony, sproszkowany lub w postaci kapsułek. Trzeba jednak pamiętać o tym, że najbardziej aktywny jest świeży, świeżo rozdrobniony. Poddany obróbce termicznej traci swoje właściwości bakteriobójcze. Najlepiej profilaktycznie spożywać jeden ząbek czosnku dziennie. Świeże ząbki ściera się, kroi, lub miażdży i spożywa z dodatkiem mleka, miodu lub cytryny. Można też zjadać w całości. Piecze wtedy bardziej... Ale cóż znaczą te niewygody? Dla zdrowia warto pocierpieć. Jeśli zaś chodzi o nieprzyjemny zapach i smak w ustach, to jest na to dobra rada. Otóż jedno i drugie zanika zupełnie, jeśli pożuje się drobno posiekaną natkę pietruszki, albo skórkę z cytryny, czy też z pomarańczy. W tym celu można też zjeść jabłko lub wypić herbatę z cytryną i miodem.
Jeśli ktoś nie lubi jednak ostrego smaku czosnku, to może łykać olejowy wyciąg czosnku. Jedna kapsułka dziennie, wieczorem przed snem, wystarczy.
Przeciwwskazań do stosowania świeżego czosnku jest niewiele. Są to: ostre nieżyty żołądka i jelit, skłonność do niskiego ciśnienia krwi oraz okres karmienia piersią... Tylko tyle.

Dowiedziono również, że czosnek neutralizuje wprowadzony jad przez osy, pszczoły, komary, meszki, kleszcze, mrówki, a nawet skorpiony i żmije. Jest tylko jeden warunek, trzeba go natychmiast przyłożyć na ukąszone miejsce. Oczywiście w postaci miazgi.

Czosnek to zarazem gatunek warzywa, przyprawa do potraw. W kuchni stosowany jest do przyprawiania dań mięsnych, sosów i majonezów, zup ziołowych, sałat i różnych potraw z ziemniaków. Wspaniale harmonizuje z mocnymi ziołami i innymi przyprawami do słonych potraw.

Historia czosnku sięga około 5 tysięcy lat wstecz. Czosnek pochodzi z Azji, skąd rozprzestrzeniony został jako roślina uprawna do Europy i północnej Afryki. Z czasem trafił na pozostałe kontynenty. Uprawiali go Rzymianie, Asyryjczycy, Egipcjanie, Grecy, Hebrajczycy i Arabowie. Już wtedy dowiedziono, jakie właściwości posiada.

Myślę, że warto poznać te wszystkie dobrodziejstwa czosnku, i zawsze go stosować. Gorąco wszystkim polecam — ku zdrowotności i... uśmiechowi.

Obrazek z internetu.


czwartek, 24 października 2019

Addio, pomidory...?

Jak to dobrze, że z pomidorami nie trzeba się już żegnać, że słowa piosenki naszego wielkiego aktora i artysty kabaretowego Wiesława Michnikowskiego przestały być już aktualne. Osobiście bardzo się cieszę z takiego obrotu sprawy, że pomidory można już jeść przez cały rok na okrągło, bo je wręcz uwielbiam. Od dziecka. I też mi było smutno żegnać się z nimi na długie miesiące... i tylko zapach ich czuć, i tylko wspominać ich świeży miąższ. 

(Obrazek z Internetu)


Najbardziej lubię świeże pomidory polane oliwą z oliwek, ale czasem też duszę je do różnych potraw, np. do leczo, gulaszu, jajecznicy, pieczarek... Kiedyś robiłam z nich także dużo różnych przetworów. Zwłaszcza przeciery i soki. Bardzo też lubię sałatkę z zielonych pomidorów. Pychota!
Jestem wdzięczna Kolumbowi, że przywiózł je z Ameryki. A przywiózł je do Europy w XVI w. Początkowo jednak pomidory hodowano jedynie jako roślinę ozdobną. Uważane były też za afrodyzjak. Francuzi nie bez kozery nazywali je „jabłkami miłości” (pomme d’amour).
W Polsce pierwsze pomidory zaczęto uprawiać dopiero pod koniec XIX w. Ale tak naprawdę, to dopiero po I wojnie światowej stały się u nas popularnym warzywem i zaczęto je hodować na szeroką skalę.
Pamiętam od dziecka, że moja Mama zawsze mi mówiła: — „Jak będziesz jadła pomidorki wszystkie bakterie uciekną do norki”. Dziś wiem, że wiele w tym prawdy, bo zawarta w pomidorach witamina C, nie dość, że wzmacnia naczynia krwionośne, to jeszcze zapobiega wszelkim infekcjom oraz pomaga w neutralizowaniu substancji toksycznych. Pomidory są też dobrym źródłem witaminy A, która działa korzystnie na wzrok, dlatego powinny je spożywać szczególnie te osoby, które długie godziny pracują przy komputerze. Z kolei zawarta w nich witamina E zapobiega przedwczesnemu starzeniu się, a co za tym idzie, poprawia stan skóry oraz włosów. Pomidory są niskokaloryczne, więc doskonale nadają się również do kuracji odchudzającej.
Niezwykle cennym ich składnikiem jest likopen — czerwony barwnik, który dezaktywuje wolne rodniki i tym samym przeciwdziała niektórym rodzajom nowotworów. Są bogate w sód, wapń, potas, magnez, miedź, cynk, kobalt i żelazo. Są ponadto źródłem witamin K, B1, B2, B6.
Mało kto wie, że po obróbce termicznej pomidory są bardziej wartościowe niż surowe. Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że pod wpływem wysokiej temperatury oraz w obecności tłuszczu likopen staje się o wiele bardziej przyswajalny. A co za tym idzie, bardziej dobroczynny. Tak twierdzą naukowcy.
Najzdrowsze i najsmaczniejsze są pomidory dojrzałe na krzaku. Dobrym sposobem ich utrwalania jest mrożenie. Mrożone zachowują wartość odżywczą świeżych. Trzeba je jednak zamrażać w całości. A przed gotowaniem, czy duszeniem, nie wolno ich rozmrażać. Zawsze staram się mieć w domu choć trochę zamrożonych pomidorów. Tak na wszelki wypadek. 
Wyjątkowym specjałem są także suszone pomidory konserwowane w oliwie z ziołami i czosnkiem. Swojego czasu często je jadałam. Miałam kiedyś znajomych Włochów, którzy, zanim przeprowadzili się do innego miasta, często mnie do siebie zapraszali na te delicje. Dostawali je od swojej matki z Sycylii.
Pomidory można zastosować również w kosmetyce. Szczególnie nadają się do cery tłustej i trądzikowej. Nieraz robiłam sobie z nich maseczki, doświadczyłam więc ich wspaniale nawilżającego i rozjaśniającego działania. Wystarczy kilka plasterków nanieść na twarz na 15 minut i potem zmyć ciepłą wodą. Efekt natychmiastowy.

Pomme d’amour

Ten obrazek namalowała moja Córka. Jeszcze w dzieciństwie. Znaczy,
sentyment do „jabłuszek miłości” ma w genach. ;)


Wiesław Michnikowski śpiewał rzeczoną piosenkę niemalże na każdym koncercie do końca, chociaż wiedział, że jej słowa w kwestii pomidorów są dawno nieaktualne. Śpiewał ją zawsze z wielkim zapałem, ku radości swoich fanów... i fanów pomidorów... I niechaj śpiewa nadal:  

Addio pomidory

Minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień
Rozpostarła melancholii mglisty woal.
Nie żałuję letnich dzionków, róż poziomek i skowronków,
Lecz jednego, jedynego jest mi żal.

Addio, pomidory, addio ulubione,
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół.
Nadchodzą znów wieczory sałatki nie jedzonej,
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół.

To cóż, że jeść ja będę zupy i tomaty,
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ
W te witaminy przebogaty.

Addio, pomidory, addio, utracone,
Przez długie, złe miesiące wasz zapach będę czuł.

Owszem, była i dziewczyna, i miłości pajęczyna,
Co oplotła drżący dwukwiat naszych ciał.
Porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory,
Te ostatnie, com schowane przed nią miał.

Addio, pomidory, addio ulubione,
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół.
Nadchodzą znów wieczory sałatki nie jedzonej,
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół.

To cóż, że jeść ja będę zupy i tomaty,
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ
W te witaminy przebogaty.

Addio, pomidory, addio, utracone,
Przez długie, złe miesiące wasz zapach będę czuł.