Droga Marto, oczywiście,
że każdemu człowiekowi zdarza się „grzeszyć”... ale ja bym
nazwała to raczej: — „popełniać błędy”. Taka jest już
natura człowieka. Najważniejsze jednak jest to, by każdy z tych
swoich błędów umiał wyciągać wnioski i starał się ich więcej
nie popełniać. Żeby nauczył się też kochać siebie i wierzyć w
siebie. Tylko ten człowiek, który potrafi kochać samego siebie,
może pokochać innych. Może być dobrym człowiekiem.
Człowiek ma w sobie
wielką moc — ROZUM. Powinien uczyć się odpowiednio go w życiu
wykorzystywać. Powinien nauczyć się także liczyć przede
wszystkim na siebie. A nie biadolić, załamywać ręce pod obrazem,
błagając o pomoc. Działać najpierw samemu. Będzie to z pożytkiem
dla niego i innych. Stanie się silnym i wartościowym człowiekiem.
Kiedy zauważyłam, że
jesteś tak młodą osobą, aż się przeraziłam, że tyle już
przeszłaś w tym swoim krótkim życiu. To smutne! Po tych
wszystkich traumatycznych chwilach, związanych z uzależnieniem od
narkotyków, nagle zaczęłaś gorąco wierzyć w Boga. Bardzo
dobrze! Pochwalam! Obawiam się jednak, po przeczytaniu niektórych
tekstów na Twoim blogu, że popadasz ze skrajności w skrajność. A
to już nie jest dobrze.
Bardzo cenię ludzi
głęboko wierzących, ale tych skromnych, dobrych. A takich niestety
jest niewielu. Większość to „krzykacze”, którzy w „imię
Boga” nienawidzą ludzi innych religii (innowierców) i
niewierzących. A musisz wiedzieć, że od głębokiej wiary do
fanatyzmu — droga niedaleka. Smutne to, ale niestety prawdziwe, bo
najwięcej krzywdy światu wyrządziły — właśnie religie. Kiedyś
krzyżowcy w imię Chrystusa dziesiątkowali narody, dzisiaj czynią
to fundamentaliści islamscy — w imię Allacha. O innych pogromach
na tle religii już nawet nie wspomnę.
Uważam, iż wiara powinna
być intymną rzeczą każdego człowieka... Gdyby każdy człowiek
swoją wiarę nosił w sercu, a nie obnosił się nią jak jakąś
szatą, najpiękniejszą, najprawdziwszą — wg jego mniemania —
to więcej dobra byłoby na świecie.
Niestety, ludzi prawdziwie
wierzących — i dobrych jednocześnie — nie ma wielu na świecie.
O, chociażby w Polsce, ponoć 95% obywateli to ludzie wierzący,
katolicy... Akurat! To gdzie oni są?! Gdzie ta dobroć wypływająca
z ich wiary? Większość pędzi do kościoła albo dla tradycji,
albo z tchórzostwa, ze strachu o własną d... (interpretacja
dowolna), bo jak widać, ich życie codzienne niewiele ma wspólnego
z wiarą w Boga i przestrzeganiem dekalogu.
A jeśli zaś chodzi o
ateistów, to musisz wiedzieć, że prawdziwi ateiści nigdy się nie
nawracają. Nie z lenistwa, czy też z tych powodów, które
wymieniłaś, a z rozsądku właśnie (krótko rzecz ujmując) nie
wierzą w Boga. I jak Ci już pisałam, w wielu przypadkach są
lepszymi, wartościowszymi ludźmi niż ci wierzący.
Nawracają się tylko ci,
którzy tak do końca prawdziwymi ateistami nigdy nie byli. W obliczu
jakiś swoich dramatów osobistych natomiast, do których ktoś ich
doprowadził, albo sami się doprowadzili, np. popadając w
alkoholizm, czy też narkomanię, nagle przypominają sobie o Bogu.
To i dobrze!
Lecz zdarza się niestety
i tak, że wtedy popadają ze skrajności w skrajność i stają się
wręcz fanatykami wiary. A fanatyzm, jakby nie patrzeć, jest
zjawiskiem bardzo negatywnym. Fanatycy religijny stają się
uciążliwi i często niebezpieczni dla innych. W najlepszym
przypadku popadają w dewocję, zachowują się wobec innych ludzi
jak nawiedzeni, wystawiając się tym samym na śmieszność, a nawet
pogardę. Czytając Twoje teksty, coś mi się wydaje, że Ty jesteś
już na dobrej drodze, by wpaść w głębokie koleiny dewocji.
Jesteś jeszcze taka
młoda, z pewnością nie raz przyjdzie Ci weryfikować własne
poglądy na życie. Ale pamiętaj, moc leży przede wszystkim w
Tobie, nie ulegaj wpływom innych. Myśl samodzielnie. Jeśli
oczywiście pragniesz być dobrym człowiekiem dla siebie i innych. I
wierz przede wszystkim w siebie. To TY JESTEŚ NAJWAŻNIEJSZA!...
Twoja psychika. To od niej zależy jakość Twojego życia i Twoich
bliskich. I jeszcze jedno zapamiętaj: jeśli chcesz czuć się
kochaną, pokochaj najpierw siebie.
Ależ się rozpisałam,
ale gdy przeczytałam ten Twój tekst o egzorcyzmach, aż mną
potelepało. Rany, jaki szatan, jaki diabeł? To psychika człowieka,
słaba psychika słabego człowieka — po jakiś traumatycznych
przeżyciach — może tak szaleć. Także chora psychika.
By nad nią zapanować,
takiemu człowiekowi, i owszem, ktoś musi pomóc, ktoś dobry i
mądry, jeśli — na już — on sam nie jest w stanie sobie z nią
poradzić. W rezultacie to i tak on sam leczy się ze swoich
słabości, lęków, upiorów. Wystarczy, że poczuje, iż znalazł
się ktoś, kto się nim zajął, ktoś, kto pracuje nad jego
psychiką. Chociaż tego drugiego akurat w początkowej fazie tego
tzw. „opętania” nie jest jednak świadomy. Niektórzy nawet do
końca nie będą tego świadomi. Tak może być i w Twoim przypadku.
Tobie się wydaje, że to Bóg Ci pomógł, wyprowadzając Cię z
opętania, a to Ty sama, a dokładniej Twój mózg.
To Twoje wielkie
pragnienie, by przestać się bać, a przede wszystkim wiara w to, że
czyjaś pomoc zadziała — wzmocniły Twoją psychikę. Przestałaś
więc odczuwać lęk. To nie żadne potwory, to nie żadne duchy i
upiory Cię prześladowały, to Twoja psychika — zniszczona
traumatycznymi przeżyciami, narkotykami, lekami tworzyła w Twojej
skołatanej, chorej wyobraźni takie koszmarne obrazy. Wielu młodych
tak ma w okresie dojrzewania, gdy wpadną tak wcześnie jak Ty w
szpony nałogu.
Zauważam, że nie masz
pojęcia, jakie możliwości ma mózg człowieka. Kiedy się czegoś
gorąco pragnie, jeśli się o to modli (wszystko jedno jak i do
kogo) mózg zaczyna pracować w tym kierunku, by to pragnienie się
spełniło (Paulo Coelho mówi w tym przypadku o Wszechświecie).
Zarozumialstwem jest
myśleć w taki właśnie sposób, jak opisałaś, że Bóg raczył
zająć się akurat Tobą, kiedy tyle dzieci na świecie umiera z
głodu, albo z rąk oprawców. Czy Ty myślisz, że te dzieci były
gorsze, że się nie modliły (albo ich matki) o ratunek do Boga? A w
czasie II wojny światowej chociażby, myślisz, że te miliony ludzi
umierających w męczarniach w obozach koncentracyjnych Boga nie
błagały? I co, ich Bóg nie chciał wysłuchać? Zapomniał o nich?
O wszystkich? A może wybył w tym czasie na dłuższy urlop? Akurat
Twojej modlitwy wysłuchał, a tysiącami dzieci umierającymi na
przykład w Syrii, czy teraz w Ukrainie — pogardził? Egoizm i
pycha przez Ciebie przemawia? Zastanów się nad tym.
Ty oczywiście możesz w
to wszystko głęboko wierzyć, ale… ale kiedy zamiast nosić tę
wiarę w sercu, piszesz o niej w taki fanatyczny sposób w
Internecie, musisz się liczyć z tym, że niewielu ludzi podzieli
Twoje, jakże osobiste zdanie.
Nie wiem, czy zrozumiesz
to, co napisałam, ale mam taką nadzieję, że choć trochę. Jak
nie teraz, to może jak już będziesz starsza.
Młodzi ludzie szukają
autorytetów, często po omacku… Życzę Ci więc, aby wokół
Ciebie było jak najwięcej dobrych i mądrych ludzi. Ze złymi zaś,
żebyś nauczyła się sama sobie radzić. I wierz mądrze, nie
magicznie:
Jeśli
wierzysz w Boga, wierz tylko mądrze,
nie
ulegając wszystkim — co noszą komże.
Nie warto jednak tyle
rygorów sobie w życiu narzucać. Nie uczynią Cię szczęśliwszą.
Warto natomiast pracować nad sobą, nad swoją psychiką, wzmacniać
ją poprzez kontakt z dobrymi ludźmi, a także z potrzebującymi
pomocy. Poczujesz się wtedy potrzebna, a w rezultacie, silna i
wolna… i pójdziesz przez życie w poczuciu szczęścia i radości.
Tego Ci życzę z całego serca, Martyna
PS
Jeszcze jedna rada: Zanim
powiesz nie, zastanów się, co byś zyskała, mówiąc tak... I na
odwrót, w niektórych sytuacjach. Rozważ bardzo dokładnie. A
dopiero potem podejmij decyzję... Będąc świadomą jej
konsekwencji.
Z cyklu: „Teksty
epistolarne”