Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komplement niebezpośredni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komplement niebezpośredni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2024

Komplement niebezpośredni

Niedzielny poranek. Całą noc padał deszcz. Pada nadal. A niech se pada. Mam zaplanowane wyjście do lasu i deszcz mnie wcale nie powstrzyma, wręcz przeciwnie, bo bardzo lubię w czasie deszczu maszerować leśnymi dróżkami z kijkami Nordic Walking.

O godzinie ósmej byłam już w lesie. Wszędzie cichutko, spokój, żadnych ludzi... i ten cudowny zapach. Nie da się słowami opisać, jak bardzo cudowny.

Po godzinie maszerowania wypogodziło się i wyszło słońce. Tak się nagle ciepło zrobiło, że musiałam zdjąć kurtkę. Całkowicie mokrą kurtkę. Ale to nic, przywiązałam ją sobie rękawami na biodrach i pomaszerowałam dalej. 



Jakie było moje zdziwienie, kiedy nagle za sobą usłyszałam męski głos:

Ależ jesteś szybka. Nie mogłem cię dogonić. No ale ja już stary jestem i tak szybko maszerować z kijkami nie potrafię — zadyszanym głosem wydukał jakiś facet, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałam. — Ja już mam sześćdziesiąt lat. A ty?*

No trzymajcie mnie ludziska!... Nie dość, że mówi do mnie per ty, to jeszcze pyta mnie o wiek?! Ale że chciałam, aby facet się ode mnie odczepił, to też grzecznie odpowiedziałam:

A ja mam siedemdziesiąt.

Akurat! — buchnął śmiechem.

No to i ja się zaśmiałam i po paru metrach skręciłam na wąską ścieżynkę, żeby mieć faceta z głowy. Udało się. Pomaszerował głównym duktem w kierunku północnej część lasu.

A ja pod nosem dalej się śmiałam, bo mnie te moje słowa: "mam siedemdziesiąt" bardzo rozbawiły, gdyż mi samej jakoś dziwnie zabrzmiały. W zasadzie nigdy się nie kryję ze swoim wiekiem. Bo i dlaczego?... Mam tyle lat, ile mam i dobrze mi z tym. Zresztą, i tak się na tyle nie czuję. No, przynajmniej do tej pory. A tak po prawdzie, to mam już siedemdziesiąt trzy, ale co mi tam! Mam to w nosie. Jestem ciągle zupełnie sprawna i mój pesel mnie nie przeraża... Oby tak dalej!

Po półtoragodzinnym maszerowaniu wróciłam do samochodu stojącego na parkingu na szczycie góry. Swoim zwyczajem, jak po każdym kijkowaniu, zaczęłam robić stretching, aby rozciągnąć nagrzane mięśnie i ścięgna. Ćwiczenia te kończę zawsze głębokim skłonem w przód: głowa do kolan, dłonie na ziemi i taką pozycję utrzymuję przynajmniej dwie minuty. Tym razem jednak nie było mi dane, bo nagle między nogami zobaczyłam zbliżające się do mnie czyjeś nogi i kijki.

Tak, to był znów ten facet. Cholera! Podszedł do mnie i zziajanym głosem powiedział:

Żarty sobie ze mnie stroisz, nie? Siedemdziesiąt, akurat! Ty jesteś dużo młodsza ode mnie.

Dziękuję za komplement! — odpowiedziałam i buchnęłam gromkim śmiechem, a po chwili dodałam: — Wprawdzie jest on niebezpośredni, ale jednak.

Facet zdębiał, a ja szybko wskoczyłam do auta, żeby nie wdawać się z nim w dyskusję i odjechałam.

Śmiałam się jeszcze i całą drogę do domu, ale już tylko z jego min, bo zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw była nietęga, po paru sekundach zaczęła się zmieniać na różne odcienie zdziwienia, aż w końcu zmieniła się na strasznie głupkowatą... I taka mu została.


* Dialog siłą rzeczy był prowadzony w języku niemieckim.


Z cyklu: "Z pamiętnika emigrantki"


sobota, 28 listopada 2020

Komplement niebezpośredni

Dziś miałam dzień urzędowy. Nie, nie bawiłam się w urzędniczkę, tylko po urzędach biegałam. Załatwiałam zaległe urzędowe sprawy. Kiedy już wszystko pozałatwiałam, co mi było potrzeba, powędrowałam jeszcze na pocztę.

Idę ja sobie radosna jak skowronek, odziana w wygodny do bieganiny po mieście strój: czarny blezerek, czarną spódniczkę, czerwoną bluzkę z kołnierzykiem, na nogach czarne legginsy i czerwone baleriny Kazar. I nagle, kiedy tak sobie idę, za plecami słyszę chichot jakiś chłopaczków. Ale nic, nie odwracam się. Raz, że nie mam takiego zwyczaju, a drugi raz… a co mnie to obchodzi. Niech się chichrają, jak mają powód. Przyznać jednak muszę, że na czyjś radosny śmiech zawsze reaguję. Przynajmniej uśmiechem, bo sama lubię się śmiać. No ale przecież odwracać się nie będę, żeby reagować. Uśmiecham się pod nosem i idę dalej. Pierś do przodu, głowa podniesiona, brzuch wciągnięty, krok zamaszysty. Nagle, już bliżej za mną, między jednym chichotem a drugim, słyszę wyraźne słowa:

Ty, Miro, ale patrz, zgrabna jak cholera.

No! A jakie superowe nogi ma… Jak łania.

Śmiać mi się chciało z tej usłyszanej gadki, będąc pewną, że ten oryginalny komentarz dotyczy jakiegoś dziewczęcia idącego za mną. Już miałam kierować się na schody prowadzące do gmachu poczty, kiedy nagle, tuż obok, zauważyłam nowo otwarty stragan z owocami no i przypomniało mi się, że muszę kupić jabłka. Postanowiłam najpierw podejść do stoiska i zobaczyć jakie owoce oferują do sprzedaży. Kiedy tam dochodziłam, ciągle słyszałam tych chłopaczków, ale nie wsłuchiwałam się więcej w to o czym mówią. Zatrzymałam się przed straganem, i nagle, tuż przy mnie, słyszę głos jednego z nich:

Ty, popatrz, to stara baba!

No nie… no coś takiego?! Ludzie trzymajcie mnie! Takich słów zdzierżyć nie sposób. Momentalnie popatrzyłam za siebie. Zobaczyłam dwóch łebków w wieku gdzieś tak około 15, 16 lat patrzących na mnie z wytrzeszczem oczu i speszonymi minami. Wtedy nagle do mnie dotarło, że te komentarze za moimi plecami były o mnie. Ale ta „stara baba” mnie jednak wkurzyła. Przez moment myślałam nawet, że mnie coś trafi... O nie! Ja stara baba?! A niech to!

Wiem, że się posunęłam wiekowo, ale przecież staro się jeszcze nie czuję. Hmm... no tak, czasami co innego wiedzieć, a co innego usłyszeć. Koniec końców moje poczucie humoru wzięło górę nad oburzeniem, buchnęłam więc śmiechem i powiedziałam:

Cóż, moi mili, dla takich chłopaczków jak wy, to z pewnością jestem za stara, ale wierzcie mi, są takie chłopaki, dla których jestem jeszcze całkiem, całkiem… Niemalże młódka.

Chłopaczki speszyły się jeszcze bardziej. Podeszłam więc do nich i dla rozładowania atmosfery, śmiejąc się, poklepałam ich po ramionach. Pomogło. Po chwili śmialiśmy się już razem.


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"