Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z obserwacji życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z obserwacji życia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2026

Jakie matki, takie dziatki?

To jedno z tych przysłów, które drażnią, bo często okazują się boleśnie trafne. Trudno bowiem ze spokojem słuchać matek, które publicznie skarżą się na własne dzieci: że są złe, agresywne, aroganckie, że krzywdzą innych, że nie radzą sobie w życiu, że popadły w nałogi. Jeszcze trudniej uwierzyć, że w tych opowieściach matki widzą wyłącznie swoją krzywdę.

Po co to robią? By wzbudzić współczucie? By znaleźć usprawiedliwienie? A może po to, by zrzucić z siebie odpowiedzialność? 

Tyle że takie skargi nie są świadectwem nieszczęścia — są świadectwem porażki. Porażki wychowawczejod której nie da się uciec ani jej zagadać.

Bo w głównej mierze to właśnie matki ponoszą odpowiedzialność za to, jacy ludzie wyrastają z ich dzieci. To one kształtują pierwsze granice, uczą empatii, pokazują, czym jest dobro, a czym zło. Gdy zabraknie czasu, uwagi i zaangażowania, nie ma co się dziwić, że skutki wracają po latach — często z podwójną siłą.

Prawdziwa matka nie szuka poklasku ani litości. Nie opowiada światu o błędach swojego dziecka. Szuka ratunku. Pomocy. Rozwiązań. I zrobi wszystko, by jej dziecko stało się dobrym człowiekiem — nawet jeśli oznacza to przyznanie się do własnych błędów.

Oczywiście, życie bywa bardziej skomplikowane. Zdarza się, że mimo mądrej i troskliwej matki dziecko na pewnym etapie schodzi na złą drogę. Wpada w złe towarzystwo, podejmuje złe decyzje. Ale są to wyjątki, nie reguła. I właśnie dlatego to przysłowie wciąż tak niepokojąco często pozostaje aktualne.




------------------------------------------------------------------

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💗 Halszka


poniedziałek, 26 stycznia 2026

Dlaczego układamy kamienie?

Stone balancing, czyli równoważenie kamieni, to praktyka znana od wieków, choć dziś coraz częściej odkrywana na nowo. Dla jednych jest formą sztuki, dla innych sposobem na spędzanie wolnego czasu, a dla jeszcze innych — chwilą wyciszenia w świecie pełnym pośpiechu. Polega na układaniu kamieni jeden na drugim bez użycia zaprawy, kleju czy wsporników, tworząc pozornie niemożliwe do utrzymania konstrukcje.

Wędrując po górach, lasach czy nadmorskich szlakach, nietrudno natknąć się na kamienne kopczyki i wieże. Czasem są to ślady dawnych czasów — pozostałości po punktach orientacyjnych, które niegdyś pomagały wędrowcom odnaleźć właściwą drogę. Dziś, w erze GPS-ów i map w smartfonach, kamienne stosy straciły swoje praktyczne znaczenie, ale zyskały nowe — symboliczne. Stały się cichymi świadkami obecności człowieka w naturze.

Dla wielu osób układanie kamieni to sposób na zatrzymanie się i skupienie na „tu i teraz”. Powolne dobieranie kolejnych elementów, poszukiwanie punktu równowagi i akceptowanie niepowodzeń przypomina medytację.

Nic dziwnego, że stone balancing bywa porównywany do praktyk zen — nie chodzi w nim wyłącznie o efekt końcowy, lecz o sam proces i uważność, jakiej wymaga.

Są też tacy, którzy traktują równoważenie kamieni jako formę sztuki współczesnej. Ich konstrukcje zachwycają lekkością, dynamiką i nowoczesną estetyką, a często istnieją tylko przez krótką chwilę, zanim rozpadną się pod wpływem wiatru lub czasu. Ta ulotność sprawia, że stone balancing staje się swoistym dialogiem z naturą — przypomnieniem, że nic nie jest trwałe.

Niezależnie od tego, czy patrzymy na kamienne wieże jak na dzieła sztuki, formę relaksu czy ciekawostkę spotkaną na szlaku, jedno jest pewne: równoważenie kamieni wciąż fascynuje. Być może dlatego, że w swojej prostocie pozwala nam na moment odzyskać równowagę — nie tylko tę fizyczną, ale i wewnętrzną.



środa, 10 lutego 2021

Pomniki, pomniczki, pomnikomania... (czyja?)

Oglądanie pomników zasłużonych ludzi jest interesujące i bardzo pouczające. Ale oglądanie takich pomników, co to oko nacieszą, z czymś się skojarzą i pozytywnie nastroją, to dopiero fajna rzecz. Takich jak na przykład ten znad Jeziora Bodeńskiego, wiele mówiący i przede wszystkim bardzo budujący. 

 

 

Po tej polskiej, a właściwie pisowskiej pomnikomanii, a także zapowiedzi prezesa, że będą ozdabiać Polskę jego bratem Lechem jeszcze więcej, tym bardziej chce się spoglądać na rzeźby przynoszące miłe skojarzenia. W Polsce jest ich niewiele, ale na szczęście są.

Po tragedii smoleńskiej nietrudno było to sobie wyobrazić, że jak tylko PiS dorwie się do władzy, to pomników Lecha będzie w Polsce tyle, ile Lenina za czasów komuny. Ale że jego pomnik naczelny bufon wraz z podległą sobie pisowską bufonadą postawią w sąsiedztwie Naczelnika Piłsudskiego, i to o jeszcze większych gabarytach, tego się pewnie nikt nie spodziewał.

Domyślam się, że pisowskim zwolennikom ten pomnik się podoba, ale to tylko 1/3 Polaków. A reszta? Co na to reszta Polaków? Reszcie się nie podoba, tym bardziej że stoi tam też i bezprawnie.

Niektórzy szydzą wręcz, że to pomnik uniwersalny: i Lecha i Jarosława jednocześnie. Świadczy o tym brak obrączki na palcu i pieprzyka na twarzy tegoż. Żarty żartami, ale wielu też uważa, że Lechowi wielką krzywdę pisowcy wyrządzili tym pomnikiem. Także i innymi pomnikami, które w wielu miejscowościach stoją już od dawna... Co będzie dalej? Ile ich jeszcze „w glorii i chwale” stanie? Czas pokaże.

14 listopada 2018


Ten sprzed przeszło dwóch lat tekst przypomniał mi się dzisiaj, kiedy w TVP Info (a jakże!) oglądałam fragmenty kolejnej miesięcznicy pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego. Jakże uroczystej, mimo pandemii, jakże pompatycznej, mimo nie aż tak wielkich zasług opomnikowanego.

W dalszym ciągu uważam, że stawianie pomników znanym, zasłużonym postaciom jest OK., bo jest to potrzebne dla potomnych. Jednak powinno to następować dopiero wiele lat po ich śmierci, kiedy historia już ich należycie zweryfikuje. Po to tylko, aby się nagle nie okazało, że postawiono pomnik jakiemuś złemu człowiekowi, wręcz przestępcy (przykład pomnika ks. Henryka Jankowskiego). Żeby się nie okazało, że postawiono liczne pomniki niezbyt zasłużonej postaci, albo wręcz niegodnej dla historii Polski aż tak wielkiego wyniesienia... Żeby się nie okazało, że po upadku władzy PiS — pomniki Lecha Kaczyńskiego Polacy z hukiem będą z przestrzeni publicznej usuwać.


piątek, 25 grudnia 2020

Bożonarodzeniowa dziwaczność

Z dzieciństwa pamiętam, że w Boże Narodzenie zawsze było dużo śniegu. Cudowne to były czasy. Wszędzie było biało i mroźnie. Jak na zimę przystało. Było więc bardzo nastrojowo.

W ostatnich latach pogoda jednak durnieje z kretesem i już sama nie wie, jaka kiedy ma być. Najczęściej się zdarza, że w Boże Narodzenie śniegu ani widu, ani słychu, za to w Wielkanoc dzieciaki zajączka zamiast w trawie szukać, bardzo często szukają w śniegu.

W Wigilię było u nas 8 stopni ciepła. Pogoda jak na przedwiośniu i las wyglądał tak:

 

 

A dzisiaj, w pierwszym dniu świąt, pogoda dostała pewnie jakowegoś kuku na muniu, i to już w nocy, bo przy plusowej temperaturze sypało obfitym śniegiem całą noc i sypie nadal. Z tym, że nad ranem się ochłodziło i temperatura spadła do -1. Dzisiaj to samo miejsce wygląda już tak:

 


Śnieg się przy gruncie trochę topi, bo przez wiele dni było w miarę ciepło, ale ciągle sypie świeży… E tam, sypie, wali!, ciężki, obfity. Na drogach straszliwie śliska maź się zrobiła. Maszerując z kijkami po lesie, co rusz wpadałam w poślizg. Raz nogi mi się tak rozjechały, że odwaliłam efektownego szpagacika.

Ponoć, jak zapowiadają synoptycy, śniegiem ma sypać tylko do popołudnia. A potem, w każdy kolejny dzień, ma być plusowa temperatura i może prószyć lekki śnieżek. Z naciskiem na „może”. Tak jest i tak ma być u nas. Ale co tam pogoda. W tegoroczne święta i tak zbyt długo poza domem przybywać nie możemy. Najważniejsze, że piękny, świąteczny czas nadal trwa… i przynajmniej w domu jest nastrojowo i bardzo świątecznie.

 


Do Sylwestra zostało jeszcze pięć dni, jest więc jeszcze dużo czasu, aby się przygotować. Póki co, świętujmy dalej radośnie i niechaj nam wszystko rośnie. Byleby nie brzuchy oczywiście. Byłby to zaiste niepotrzebny balast.

Tegoroczny Sylwester też będzie bardzo dziwny. Ale co zrobić? Skubana pandemia trzyma się ciągle dobrze. Trudno. Damy radę i taki czas przeżyć... I byle do Sylwestra i Nowego Roku. Wszak wiążemy z nim bardzo duże nadzieje. Nadzieje na normalne życie. I że wreszcie będziemy mogli oddychać pełną piersią. Bez masek, bez przyłbic... bez lęku.


poniedziałek, 21 grudnia 2020

Popłoch ma swój urok... i jeszcze coś

Jest bardzo urokliwą i ciekawą rośliną, ale także jadalną i leczniczą. Ma dobroczynne działanie w szerokim zakresie i wiele zastosowań.

Nie bez kozery też jest ukochaną rośliną Szkotów i godłem kraju. Legenda głosi, że w X wieku to właśnie popłoch uratował szkockiego króla Malcolma przed duńskimi wojskami. Duńczycy zakradli się nocą pod mury zamku Stirling i postanowili przeprawić się przez fosę. Zdjęli buty i ruszyli... I co się stało? Ano stało się to, że nagle zaczęli głośno krzyczeć i tym samym postawili załogę zamku na nogi. Okazało się bowiem, że fosa wcale nie była wypełniona wodą lecz porosła popłochem... Stąd też pewnie ukuto to znane nam powiedzenie: „uciekali w popłochu”.

Popłoch pochodzi z obszaru śródziemnomorskiego. Z czasem się jednak rozprzestrzenił i występuje obecnie poza Antarktydą na wszystkich kontynentach i na wielu wyspach, gdzie dla niektórych jest uciążliwym chwastem, a dla innych rośliną ozdobną, leczniczą i jadalną.

O popłochu przypomniałam sobie, będąc niedawno w aptece. Miałam tam okazję przysłuchiwać się rozmowie farmaceutki z klientką, starszą panią, a mowa była właśnie o wspomagającym działaniu wyciągu z korzeni i ziela tej rośliny w przypadku niewydolności krążenia wieńcowego serca i w stanach zapalnych mięśnia sercowego. A także o kąpielach z dodatkiem odwaru z niej sporządzonego, które mają działanie pobudzające i są pomocne w leczeniu wielu chorób skórnych.

Nigdy jeszcze nie miałam potrzeby używania popłochu, i niech tak pozostanie. Ale bardzo lubię go fotografować. Jest bardzo wdzięcznym obiektem. Ma w sobie wiele piękna i jeszcze więcej tajemniczości.



czwartek, 26 listopada 2020

Jesienne okna

Gdy nadchodzi jesień, wygląd okien w naszych domach się zmienia. A właściwie nie tyle samych okien, ile widoków, jakie rozciągają się za nimi. W czasie złotej jesieni są one niezwykle piękne, lecz z upływem kolejnych dni niestety tracą swój urok.
Na szczęście możemy sami zadbać o to, by przynajmniej od wewnątrz wyglądały pięknie — i stanowiły namiastkę lata w szaroburych dniach listopada.

Kwiaty doniczkowe stojące na parapecie często są największą ozdobą okna. Zdobią też wnętrze mieszkania, nadając mu przytulny charakter i poprawiając jego mikroklimat.
Jak by więc nie patrzeć, warto zainwestować w kwiaty i rośliny doniczkowe do swojego domu — dla oka i dla zdrowia.



środa, 11 listopada 2020

Czas na listopadowe wędrówki

Listopad jest szary i nudny? A gdzież tam! Wystarczy wyjść z domu na łono natury i samemu się przekonać. Ciężko się zmusić? Jest na to rada. Trzeba tylko wejść w kontakt ze swoim centrum dowodzenia, czyli osobistym mózgiem, i wszystko sobie w nim i z nim — odpowiednio — poukładać. Listopadowa przyroda zaprasza.

 

Tak się organizują tutejsi emeryci na listopadowe wędrówki. Wszyscy promienieją radością życia. Podglądałam ich z auta po powrocie z kijków na parkingu góry Ochsenberg. Coraz więcej osób się zbiera.


No i ruszyli... Słychać ich radosne rozmowy i śmiech. Aż serce się raduje jak się widzi i słyszy tylu radosnych ludzi.

Przejdą 50 m pod górkę i taki oto widok roztoczy się przed nimi. Czyż nie piękny? Dla takich widoków listopadowej jesieni z pewnością warto wyjść z domu.

 


niedziela, 1 listopada 2020

Pustostan nie zawsze jest pusty

Niezamieszkałe domy bardzo często tylko na pozór wyglądają na puste. Bo bywa, że życie w nich wręcz wre. Nie wszyscy jednak mogą zobaczyć, co tam się dzieje. Mogą tylko ci, co obdarzeni są szczególnymi zdolnościami. Tak przynajmniej mówił mi pewien starszy pan, którego spotkałam na dzisiejszej wędrówce w pobliżu dwóch opuszczonych domów stojących u podnóża tutejszej góry.

W Niemczech ostatnimi laty jest coraz więcej pustostanów. W mieście, w którym mieszkam, także. Starsi ludzie umierają, a po nich nie zawsze jest komu ich domy przejąć. Wielu młodych uciekło do większych miast w poszukiwaniu pracy, gdyż w ostatnich 20 latach przemysł tekstylno-włókienniczy, z jakiego słynęło nasze miasto, właściwie przestał istnieć. Przeniósł się do… no gdzie? Oczywiście do Chin. Jak wiele innych gałęzi przemysłu z różnych krajów zachodnich. I teraz „chińszczyzna” zalewa nasze europejskie rynki. Okropność! Czego się człowiek na co dzień nie dotknie, to prawie wszystko: Made in China. A jakość wielu ich produktów, nawiasem mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Zwłaszcza zabawki dla dzieci. Często są trujące i niebezpieczne.

No nic, wracam do opuszczonych tutaj domów, które stoją smętne i… czekają. Na co? Trudno powiedzieć. Ale bez względu na to, jak długo już puste stoją, i jaki jest ich stopień moralnego zużycia, nikt do nich nie wchodzi. Są zamknięte. A skoro są zamknięte, to znaczy zamknięte i postronnym wstęp wzbroniony. Tu ludzie wiedzą, co to jest dyscyplina, także wewnętrzna.

Niedawno oglądałam w Internecie zdjęcia opuszczonych domów w Polsce. Byłam zszokowana! Widok był przerażający. Widać, że domy te są w tragicznej sytuacji i każdy może do nich wejść bez problemu. Jedni, żeby tylko zdjęcia sobie zrobić, ale inni już, żeby je splądrować, obrabować z czego się tylko da. A jeszcze inni, aby je po prostu zdewastować, wyżyć się na biednych, wysłużonych ścianach, albo też zrobić sobie melinę pijacką. Czy to nie jest straszne? Jest!

Na dzisiejszej wędrówce obfotografowałam dwa opuszczone domy, każdy inny, ale każdy ma w sobie coś niezwykłego, jakąś nieodgadnioną tajemnicę.

 

  

Po pięknym ciągle ogrodzie można było sobie swobodnie pochodzić. Nie jest ogrodzony. Starszy pan, o którym wspominałam, mówił, że dom stoi pusty od ładnych paru lat. Właściciele zmarli. Ale ogród wygląda tak, jakby tu ktoś ciągle przebywał. Nawet piękne rybki pływają sobie w oczku wodnym. Ktoś z pewnością musi je dokarmiać… Ale kto? Pewnie to jedna z tajemnic tego domu.


Tej chatce przyjrzałam się dokładniej. Oczywiście z zewnątrz tylko. Pajęczyny, niczym plomby, świadczą o tym, że nikt do niej nie wchodził przez bardzo długi czas. No dobrze, przyznaję, do wnętrza też zaglądnęłam, ale tylko przez szybę. Chciałam choć trochę przejrzeć jej tajemnicę.


wtorek, 27 października 2020

Wyobraźnia dzieci nie zna granic

Uwielbiam przyglądać się i przysłuchiwać zabawom moich wnuków. Ileż w nich niezwykłych improwizacji, cudownej fantazji, bajecznych postaci. Mój najmłodszy, 4-letni wnuczek, w zabawach takich wiedzie prym. Potrafi godzinami bawić się sam ze sobą. Jednak w swoich zabawach nigdy nie występuje sam. Zawsze wymyśla sobie przynajmniej jakieś dwie postacie, z którymi prowadzi rozmowy, śpiewa, tańczy… Nieraz nawet i płacze, jak taka akurat scena rozgrywa się w jego wyobraźni.

Pojęcia nie mam skąd mu przyszło na myśl, aby założyć na siebie pudełko plastikowe i wiaderko, które wcześniej (pewnie specjalnie) opróżnił ze swoich zabawek i w ten sposób, w takim przebraniu, grać rolę nurka. Bardzo szlachetnego nurka. Bo też z harpunem w rączce (za co posłużył mu patyczek do kwiatów doniczkowych) ratował syrenkę przed złym rekinem. A ile się przy tym nagadał, i to w trzech osobach. Tłumaczył, prosił, nakazywał — jako nurek; złościł się, krzyczał złowrogo — jako rekin; śpiewał, błagał, płakał — jako syrenka… Ba, raz się nawet kilka rybek pojawiło, które jedna przez drugą wołały: — „Uciekaj syrenko, rekin ciebie chce zjeść! Szybko, szybko, uciekaj!... Kochany nurku, dobry nurku, odważny nurku, ratuj syrenkę od złego rekina! Ratuj, śpiesz się, syrenka płacze ze strachu!” — No i oczywiście dobry nurek pokonał złego rekina moim patyczkiem… Ups!, chciałam powiedzieć — harpunem, i syrenkę uratował. Pokonał, nie znaczy zabił. A gdzież tam! Mój wnuczek… to jest nurek, ma dobre serduszko, nie zabija nikogo. Postukał tylko złego rekina harpunem po płetwie i kazał mu się wynosić: — „Tam gdzie wanilia kwitnie”. Uśmiałam się serdecznie, bo to są moje słowa. Nieraz tak mówię, kiedy ktoś mnie zdrowo wkurzy.

Wnuczek był bardzo uradowany, że udało mu się syrenkę uratować. Ja też się cieszyłam. I to podwójnie. Raz, że miał wspaniałą zabawę, a dwa, co bardzo istotne, że w jego zabawie — dobro zwyciężyło zło. Jak zawsze zresztą.

Na zakończenie zabawy „na dnie oceanu”, wnuczek, jako nurek i jako syrenka — w jednej osobie, odśpiewał jeszcze nauczoną dziś w przedszkolu wesołą piosneczkę (jedną zwrotkę dyszkantem, drugą basem), i kiedy skończył, zawołał:

Babciu, jestem głodny!

 


Bardzo mi się podobają wnuczka zdolności do fantazjowania. Niechaj fantazjuje ile wlezie. Mam nadzieję, że w jego przypadku to nie tylko skłonność do spontanicznego fantazjowania, która jest naturalną cechą dziecka, ale i zdolność. Zdolność, którą będzie w sobie rozwijał przez całe swoje życie. O wiele przyjemniej będzie mu się wtedy żyło. Osoby z bogatym życiem wewnętrznym umieją być szczęśliwe. Mimo wszelkich przeciwności losu.

Będąc na popołudniowym spacerze, wnuczek zachwycał się ślimakiem winniczkiem napotkanym na drodze. Kiedy go zobaczył, zawołał:

Babciu, daj aparat, zrobię mu zdjęcie. Wygląda tak pysznie!

 


Pysznie? Dlaczego powiedział „pysznie”? Nie dojrzale, na ten przykład, albo ładnie, czy też uroczo… Albo coś w ten deseń, tylko pysznie. Zastanowiło mnie to bardzo. Wprawdzie w moim wnuczku płynie francuska krew, bo też jego dziadek jest Francuzem, ale to chyba nie oznacza, że, że… a nie, nie, z pewnością nie! To pewnie tylko moja (z kolei) bujna wyobraźnia takie skojarzenia mi podsuwa… A sio, niesmaczne myśli!



Wszystkie moje wnuczki lubiły bawić się w wymyślone przez siebie bajki. Kochane i radosne dzieciaki. Jestem szczęśliwą babcią.



poniedziałek, 7 września 2020

Rock Climbing. Pokonać własne słabości

Rock Climbing, czyli wspinaczka skałkowa, to rodzaj sportu polegający na wspinaniu się po stromych ścianach przy użyciu rąk. Do niedawna uważana była za sport ekstremalny, dziś, za popularną formę aktywnego wypoczynku. I co ważne, nie jest wcale taka droga.
Uprawianie jej w ostatnich latach staje się coraz bardziej popularne i coraz więcej ludzi „szlifuje siebie o kamień”, ćwicząc swój charakter i siłę woli. Wspinaczka dla nich, jak sami mówią, to nie tylko pasja, to sposób na życie. To wielka miłość… i nie ma zmiłuj. Wspinać się muszą.
Spędziłam dzisiaj dobre trzy godziny pod skałką, aby zapoznać się z istotą tego jakże widowiskowego sportu.

Mobilizacja fizyczna i psychiczna. A po chwili — w górę! Im wyżej, im bardziej stromo — tym lepiej. Pod każdym względem.
Ściana skalna, po której wspina się uwieczniony przeze mnie wspinacz (za jego zgodą), jest naturalną ścianą treningową. Na niej miłośnicy wspinaczki trenują po pracy i przed kolejnym bardzo wyczekiwanym wypadem w wysokie góry.

Szczyt zdobyty. Satysfakcja? Z pewnością. Ona jest zawsze... i rośnie wprost proporcjonalnie do wysokości zdobytej góry. Po zdobyciu szczytu chwila wytchnienia… A potem… A potem zjazd na linie i… apiat od nowa… i to po kilka razy. Wspinaczka — zjazd, wspinaczka — zjazd, aż braknie sił, aż zmęczenie ustąpi miejsca zadowoleniu z treningu.

Niektórzy swoją przygodę ze wspinaczką zaczynają na sztucznej ścianie, niektórzy od razu na skałkach. Jeśli załapią bakcyla, wspinać się już będą zawsze, marząc o osiąganiu coraz to wyższych szczytów. To ich pasja, to miłość do gór, to adrenalina, to przeżycie, którego nie da się zapomnieć.
Wspinając się, pokonują własne słabości, strach, lęk, przekraczają granice. Uczą się odwagi, odpowiedzialności, zaufania. Obcują z piękną naturą i wysokością. Wpinając się, czują wszechogarniającą wolność i radość. Wszystkimi zmysłami chłoną przyrodę. Podziwiają piękno krajobrazów. Wspinając się, wkraczają w dziewiczy świat, nietknięty wpływami cywilizacji. I ten pierwotny kontakt z naturą jest dla nich ogromną satysfakcją, radością, nagrodą.

Mówi się, że gdyby nie było gór, to człowiek by je wymyślił. I to jest najlepsza odpowiedź na pytanie: dlaczego człowiek się wspina? Ująwszy to inaczej – człowiek się wspina, bo są góry.
Przestrzeń, świeże powietrze, chęć poznawania samego siebie, a także możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi i ludźmi podobnie myślącymi — ciągnie w góry każdego miłośnika wspinaczki.
W górach poznają nowe drogi wspinaczkowe. Zaopatrują się w mapki z lokalizacją tych dróg, ich nazwami i stopniem trudności. Potem się nimi wymieniają, by za jakiś czas znów spotykać się u podnóża gór/skał.
Nazwy dróg wspinaczkowych najczęściej pochodzą od nazw obiektów na które prowadzą. Czasami pochodzą od nazwisk albo pseudonimów autorów pierwszych przejść. Niekiedy są tylko jakimś żartem słownym.

Już miałam wracać do domu, kiedy kolejni miłośnicy zaczęli przymierzać się do wspinaczki i zdobycia szczytu skałki. Mówią, że to dla nich frajda nad frajdami… Przyjemnie tę ich frajdę poobserwować. Zostałam kolejną godzinę.

Wspinaczka, tak jak mi chłopaki mówią, to wielka przygoda życia. Ale też i szkoła. Uczy partnerstwa i zaufania drugiemu człowiekowi, bo idąc w góry z innymi osobami, poniekąd powierza się im swoje życie. Za przyczyną asekuracji.

Nie ma co ukrywać, wspinaczka jest jednak sportem wysokiego ryzyka i może być niebezpieczna. Może prowadzić do utraty zdrowia, a nawet i życia. Dlatego bardzo ważne jest, aby stosować się do zasad bezpieczeństwa i właściwej asekuracji. Każdy kto się wspina, podejmuje ryzyko na własną odpowiedzialność.


Wspinacze są zawsze uśmiechnięci, mili, przyjaźni. Aż miło na nich popatrzeć. Nic w tym dziwnego. Góry leczą ze stresów egzystencjalnych, w górach zapomina się o problemach pozostawionych gdzieś tam na dole. Góry w końcu uszlachetniają i uwrażliwiają. Wyciągają z człowieka dobro i uczą obdarowywać nim innych. Należy im się szacunek. Nieustający. O tym też warto pamiętać. 


"Gdy pogoda licha, gdy siada psycha,
na Mnicha bracie, na Mnicha!”.

To powiedzonko ukuli oczywiście polscy wspinacze.


wtorek, 1 września 2020

Niektórym niewiele do szczęścia potrzeba

Dzisiaj z samego rana pojechałam na zakupy. Takie tam, niewielkie. Trochę spożywczych, trochę drogeryjnych rzeczy kupić. Zaparkowałam autko na pustym prawie parkingu i kiedy wygramoliłam się z jego wnętrza, nagle wyrósł przede mną jakiś człek płci męskiej… i bardzo potarganej. Nie, nie płci, powierzchowności. Wytrzeszczyłam oczy i dopiero wtedy przyuważyłam, że jest to najnormalniejszy w świecie pener. Zwany inaczej menelem, biboszem, moczygębą, ochlajtusem, opojem, pijaczyną, albo tak bardziej naukowo, po łacinie: homo ebriosus`em. Przez chwilę milcząco patrzyliśmy sobie w oczy. Wreszcie, człek nazw wielorakich, zagaił pierwszy:
Poratowałaby pani biednego jakimś groszem na bułeczkę... albo cóś?
Ano poratuję. Czemu nie? — odpowiedziałam i sięgnęłam po portmonetkę. Po czym wysypałam całą garść drobniaków na jego rękę (bardzo brudną rękę).
Och, jakim pięknym, szczerbatym uśmiechem odwdzięczył mi się ów „biedny”. Szybko się jednak na pięcie odwrócił i pobiegł do spożywczaka. A ja za nim. Z tym, że nie pobiegłam a poszłam. Kiedy zrobiłam zakupy i ze sklepu wyszłam, przypomniało mi się, że brakuje mi jeszcze parę drogeryjnych drobiazgów. Załadowałam koszyk z zakupami do bagażnika i poszłam do drogerii, która mieści się vis-à-vis spożywczego sklepu. Kupiłam tam co mi potrzeba było i wyszłam. Idąc do auta, jeszcze coś mi się przypomniało. Otóż przypomniało mi się, że powinnam sobie wydrukować wyciągi z konta. Zapakowałam artykuły drogeryjne do bagażnika i pomaszerowałam do pobliskiego banku. Bank był jeszcze nieczynny, ale kartą EC można sobie samemu jego podwoje otworzyć. Co też uczyniłam. Weszłam. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w kąciku na podłodze zobaczyłam mojego niedawno co poznanego „biednego”. Siedział sobie rozkraczony i sączył z puszki browarek. Na mój widok spłoszył się nieco. Nie wiem, czemu. Może chodziło mu o tę bułeczkę… albo cóś? Uśmiechnęłam się do niego, aby dodać mu otuchy. No bo co, zła przecież na niego nie będę, iż nie bułeczkę w jego ręce widzę. Ważne, że wspomogłam „biednego”. On już sam najlepiej wie, co mu było na już potrzeba.
Lubię pomagać potrzebującym. Czym tylko mogę. Pijanym bezdomnym również. Nie krytykuję ich. Zdaję sobie sprawę, że w danym momencie mają taką a nie inną potrzebę. Po prostu muszą się napić. Inaczej cierpią. No to im pomagam. Doraźnie.
Po chwili, żeby „biedny” się już całkiem dobrze poczuł, odezwałam się do niego:
Piękny dzień się zapowiada.
O tak, dla mnie szczególnie, dobra kobitko — odpowiedział, darząc mnie znów szczerbatym uśmiechem. — Piję za pani zdrowie!
Podziękowałam. Bo to miłe. A kiedy byłam już gotowa z wydrukiem wyciągów, podeszłam do niego i do jego leżącego na podłodze kapelusza włożyłam dwie bułki i kostkę masła. Po czym wrzuciłam mu jeszcze trochę drobniaków, mówiąc:
Proszę też zadbać o swoje zdrowie... Bo warto.
Szkoda, że nikt więcej nie mógł zobaczyć jego miny. Przekonałby się jak wygląda szczęśliwy człowiek.
Może chociaż kamerki monitoringu bankowego utrwaliły tego biednego, ale jakże (chwilowo) szczęśliwego człowieka.

Wychodząc z banku, zastanawiałam się, dlaczego ludzie w ogóle piją alkohol? Pewnie ilu pijących, tyle powodów. I jak jedni, pijąc, obwiniają wszystkich dookoła za swoje picie, bo chcą się w ten sposób rozgrzeszyć przed samym sobą, to inni bardzo dobrze się przy piciu bawią. Picie traktują jako przyjemną rozrywkę i wszystko im jedno, co inni o nich myślą. A jeszcze inni, jak ten „mój biedny”, piją, bo taki jest ich styl życia. I takim, w większości, pomóc jest najgorzej. Owszem, przyjmą jedzenie, ubranie, raz od czasu przenocują w jakiejś noclegowni, ale nie chcą nawet słyszeć, by ktoś próbował zmieniać im życie. Takie życie — to ich wybór. Myślę, że jakkolwiek by nie dzielić pijących, to i tak wszyscy oni mają wspólny mianownik: słaba psychika. Są słabi psychicznie. Pod wpływem alkoholu łatwiej im żyć. Dlatego tak ciężko jest im pomóc. Dopóki sami nie będą chcieli przestać pić, pomoc jest daremna. Co nie znaczy, że w ogóle nie powinniśmy im pomagać. Powinniśmy... doraźnie.




niedziela, 30 sierpnia 2020

Człowieka ciągnie na drzewo... i to jest biznes

Człowiek już dawno temu zszedł z drzewa, ale najwyraźniej pozostały w nim upodobania odziedziczone po przodkach i nadal po drzewach lubi się wspinać. To i dobrze, bo to fajne przeżycie. I super interes można na tym zrobić. Coraz bardziej popularne parki wspinaczkowe są tego dowodem.

Z badań opublikowanych na łamach „Current Biology” wynika, że człowiek zszedł z drzewa ok. 8 mln lat temu. Naukowcy wiedzą już nawet dlaczego tak się stało. Uważają, że nasi odlegli przodkowie zeszli z drzewa i nauczyli się chodzić w postawie wyprostowanej, żeby móc przenosić pożywienie i cenne dla nich rzeczy.
Dzisiaj, kiedy już się dość nanosiliśmy pożywienia i różnych skarbów do domu, pragniemy przeżyć coś innego, coś niezwykłego. Coś, co da nam odprężenie, oderwanie od codzienności, będzie niezapomnianą przygodą i wielką przyjemnością.

Przedsiębiorczy ludzie wychodzą naprzeciw potrzebom cywilizowanego człowieka i organizują mu różne atrakcje, robiąc przy tym niezły biznes. Jednym z nich są właśnie różnego typu parki wspinaczkowe. No bo skoro odziedziczone upodobania, czy wręcz atawistyczny odruch — ciągnie człowieka na drzewo, to nie ma rady, musi się po nich wspinać i po gałęziach skakać. Lepiej więc, aby robił to w bezpiecznych miejscach. A że ktoś przy tym dobrze zarobi — to jest właśnie biznes.

W naszym mieście też jest park wspinaczkowy (Kletterpark). Korzystać z niego można indywidualnie lub grupowo. Jest czynny codziennie w godzinach popołudniowych a w weekendy od rana do wieczora. Zajęcia prowadzone są przez instruktorów, ale samodzielnie również można się wspinać.
Gospodarze zadbali o bezpieczeństwo wszystkich uczestników. Każdy dostaje odpowiedni sprzęt zabezpieczający w postaci: olinowania wspinaczkowego, rękawic, kasków, a nawet specjalnych siatkowanych czepków ochronnych na włosy.


Miłośnikom fruwania po drzewach gospodarze oferują elf Parcours (dróg, tras) na różnych wysokościach i stopniu trudności, i ponad 80 różnych elementów wspinaczkowych do pokonania.
Chętnych jest mnóstwo, i to w różnym wieku. Bo też Tree Climbing jest wspaniałą zabawą integracyjną.
Niektórzy wspinacze potrzebują więcej czasu, aby zdobyć się na kolejny krok w sztuce wspinania. Czasami potrzebują wręcz specjalnej mowy motywacyjnej. Ale w sumie niemal każdy z nich twierdzi, że to wspaniała zabawa. Można przeżyć coś nowego i poczuć smak adrenaliny. Że to też prawdziwa lekcja pokory, wytrwania, pokonywania własnych słabości. I że po takim przeżyciu i wysiłku, nie tylko fizycznym, ale także psychicznym, człowiek staje się wyciszony, spokojniejszy… lepszy. I o to chodzi!

Gospodarze Kletterpark dbają także o drzewa, zabezpieczając je przed uszkodzeniem. Sprawdzają również ich stan, zlecając regularne kontrole i pielęgnację fachowcom. Dzięki temu drzewa są zdrowe i bardzo gęste. Użytkownicy czują się tu jak w buszu. Frajda ogromna!
Na „buszmenów” czeka wiele różnych atrakcji. O, chociażby ruchomy krokodyl, którego muszą upolować. Ale, aby go upolować, trzeba się do niego zbliżyć. A żeby się do niego zbliżyć, trzeba pokonać wiele trudności i przeszkód. I wszystko to wysoko na drzewach… i między drzewami. Adrenalina buzuje, że ho, ho!


Na użytkowników Kletterpark, a także innych gości, czeka również dobrze zaopatrzony bufet z grillem i napojami. Nawet piwko z beczki jest. A jakże! Ale uczestnicy mogą się nim raczyć dopiero po wspinaczce, nigdy przed. Jest tu zawsze rojno i gwarno. A przede wszystkim radośnie i wesoło.


Dzisiaj jedna miłośniczka Tree Climbing przy zeskakiwaniu doznała kontuzji. Jednak, jak sama mówi, nie zniechęciło ją to nic a nic… i dalej ciągnie na drzewo. Na razie podziwia innych, ale jak się pozbędzie urazu, znów zabawi się w buszmena. 



W Polsce w ostatnich latach przybywa miłośników wspinania po drzewach i jest już wiele klubów TreeClimbing. Z roku na rok coraz więcej. Pewnie nie są jeszcze tak dobrze zorganizowane, ale już są.


SPADAJ NA DRZERWO!

Nie, to nie jest chamska odzywka, to pozdrowienie miłośników
TreeClimbing w Polsce.


***

Uczmy się żyć bez agresji i nienawiści. Metoda dowolna. Ważne, by dzięki niej pozbyć się złych emocji i przeżyć coś niezwykłego. Coś, co da nam odprężenie, oderwanie od codzienności, i sprawi, że adrenalina — jakże niezbędna człowiekowi dla zachowania równowagi psychicznej — miło nam w żyłach buzować będzie.
TreeClimbing to też bardzo dobra metoda… i jaka zdrowa!


środa, 26 sierpnia 2020

Grunt to pomysłowość

Pomysłowi ludzie w życiu mają łatwiej. Łatwiej osiągają postawione sobie cele. Bez względu na to, czego dotyczą. Zawsze mają pomysły. Czasem lepsze, czasem gorsze, ale mają. Najważniejszy jest cel, i kiedy już sobie jakiś wytyczą, to pomysły same wpadają im do głowy. Jak znanemu nam z dzieciństwa pomysłowemu Dobromirowi.
Każdy z nas już pewnie nieraz zaobserwował i podziwiał przejawy ludzkiej pomysłowości. Ja miałam okazję dzisiaj. Gdzie? A w lesie. Widać, że i las jest dobrym miejscem na zaprezentowanie swojego pomysłu. Właściwie to każde miejsce jest dobre. Ważne, żeby chcieć i uparcie dążyć do wytyczonego celu. A: „Dla chcącego nie ma nic trudnego”... Uświadomił nam to już przed wiekami Erazm z Rotterdamu.
Co to był za przejaw pomysłowości? Już opowiadam: Swoim zwyczajem maszerowałam z kijkami przez las i nagle, w głębi lasu, natknęłam się na ogłoszenie wiszące na drzewie i mówiące o tym, że jakaś osoba poszukuje — psa do wynajęcia. Na moment zdębiałam, ale jak się wczytałam w jego treść, doszłam do wniosku, że to jednak bardzo dobry pomysł. Dla wszystkich trzech stron. I dla osoby, która chciałaby wynająć psa celem wspólnego joggingu lub spaceru, i dla właściciela psa, który mógłby komuś odpowiedzialnemu powierzyć swojego pupila, kiedy sam nie będzie miał czasu na dłuższy spacer, i dla samego psa, który miałby możliwość dłużej być na dworze i więcej się wybiegać.


I czyż nie fajny pomysł? Rewelacyjny. Pewnie osoba poszukująca psa do towarzystwa zaplanowała sobie zacząć uprawiać jogging, chcąc bardziej zadbać o zdrowie i kondycję. Albo po prostu pragnie pozbyć się paru zbędnych kilogramów a ciężko jej się samej do tego zmusić i potrzebuje motywacji. A że pewnie nie stać ją na kupno psa, albo w domu nie ma odpowiednich warunków, wpadła na taki sprytny pomysł. Z pewnością znajdzie jakiegoś chętnego właściciela psa… i psa.

***
Abstrahując nieco od tematu, muszę przyznać, że w Niemczech psy mają się naprawdę dobrze. Nie ma tu biednych, wygłodzonych, bezpańskich psów, ani też na łańcuchu. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek były, a mieszkam tu bardzo długo. Wszystkie psy mają swoich panów i swoje domy. Są pełnoprawnymi członkami rodzin. Tu w żaden sposób nikt nie krzywdzi psów. I to nie tyle z powodu wysokich kar za takie barbarzyństwo, ale ze względu na wysoki poziom świadomości społecznej. Czego niestety ciągle jeszcze nie można powiedzieć o Polsce. Ale na szczęście w ostatnich latach coś już na poważnie drgnęło w tym względzie. Świadczą o tym m.in. tysiące komentarzy polskich internatów. I to jest bardzo pocieszające. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z nich:

Niestety, bardzo to przykre, że zwierzęta są w tym naszym katolickim kraju traktowane jak przedmioty. Głodzone, wiązane na łańcuchach przy pseudo budach, zabijane gdy niepotrzebne. Wystarczy się przejechać po polskich wiochach. Kiedy ten koszmar się w końcu skończy? Schroniska w większości też mają opłakane warunki. Kto nie szanuje życia żywego stworzenia, nie jest katolikiem! Nie jest człowiekiem”. GINGER

A ja od siebie dodam: Dobrzy ludzie, bez względu na wiarę albo jej brak, nie krzywdzą zwierząt i nie pozwalają na to innym.

***
Wracając do tematu pomysłowości, myślę, że każdy z nas z pewnością miewa czasem dobre pomysły. Pomysłowość jest definiowana jako zdolność do kreatywnego myślenia, dzięki któremu człowiek może rozpatrzyć wszelkie możliwe sposoby rozwiązania jakiegoś problemu. Jednak nie wszyscy ludzie mają w tym kierunku predyspozycje. Ci, co jej nie mają, mogą ją w sobie wykształcić i rozwijać. Wystarczy, że popracują trochę nad sobą. W jaki sposób? Ha, sposobów jest multum. Każdy powinien znaleźć odpowiedni dla siebie.
***
Mnie najlepsze pomysły do głowy przychodzą zawsze w czasie wędrówki po lesie. Kiedy tylko muszę się nad czymś zastanowić, albo rozwiązać jakiś problem, gnam do lasu. Do domu zawsze wracam z nowymi pomysłami. Moja córka śmieje się ze mnie i mówi: — „Drzew by w lesie brakło, gdyby ktoś chciał na drzewach porozwieszać wszystkie twoje pomysły, na jakie wśród nich wpadasz”.
Dzisiaj, wędrując po lesie, też przyszło mi do głowy kilka dobrych pomysłów. Tak mniemam. Nie będę ich jednak zdradzać, są zbyt osobiste. Ale jeden mogę, to pomysł na fantazyjny album kwiatów. Oto przykładowy obrazek:



Dedykuję go wszystkim Czytelnikom i życzę jak najwięcej dobrych pomysłów ułatwiających życie oraz przynoszących radość życia.


środa, 17 czerwca 2020

Nieśmiałość to nie tylko ludzka cecha

Nieśmiałość to także cecha zwierząt. Widoczna jest zwłaszcza u psów. Niedawno doświadczyłam tego kiedy byłam na spacerze w lesie z naszym rodzinnym psem Aramisem i kiedy on niespodziewanie spotkał tam swojego pobratymca tej samej rasy — labradoodle. I co było bardzo zaskakujące, i dla mnie, i dla właścicielki tego drugiego psa, oba były podobne do siebie jak dwie krople wody. A żeby było jeszcze śmieszniej, jej labradoodle wabił się Portos.
Psy najwyraźniej też były swoim podobieństwem bardzo zaskoczone. Nie wiedziały, gdzie oczy mają podziać. Oprócz narastającego onieśmielenia, innych uczuć nie wykazywały. O agresji nawet mowy nie było. Mimo tego, że obaj to samce.


Onieśmielenie między nimi gęstniało dość długą chwilę. Trzeba było im pomóc ją przełamać. Ja zagadywałam Aramisa, a Portosa zagadywała jego pańcia. Aramis przez chwilę szukał zrozumienia w moich oczach, wpatrując się intensywnie. Portos zaś opuszczał głowę coraz niżej, jakby chciał się schować pod ziemię.



Ale w końcu nasze serdeczne przemawianie do nich zadziałało. Ale tylko na tyle, że zaczęły się obwąchiwać z każdej strony. Jednak ciągle z dużą dozą nieśmiałości. Myślę, że przy kolejnym spotkaniu, jeśli do niego kiedyś dojdzie, będą już śmielsze.
Nieśmiałość u psów jest niezwykle uroczą cechą. Podobnie jak u człowieka... Jeśli oczywiście nie jest aż tak zaawansowana, że utrudnia życie... I psu, i człowiekowi.


czwartek, 30 kwietnia 2020

Dary w lesie

Nie, nie pomyliłam się, chodzi mi o dary w lesie, nie dary lasu. Bo rzeczywiście niedawno na dary w lesie się natknęłam. Maszerowałam sobie raźnym krokiem głównym duktem leśnym, kiedy nagle, na poboczu, na stosie ściętych drzew zobaczyłam coś takiego:


Zdziwiona bardzo przystanęłam i zaczęłam przyglądać się tym porozwieszanym, zapisanym kartkom. Po chwili z zaciekawieniem zaczęłam czytać co na nich stoi. No i doczytałam się, że są to jakieś modlitwy ewangelickie. Zaglądnęłam też do metalowego pudełeczka, gdyż zachęcająco było na nim napisane: „Proszę wziąć po 1 egzemplarzu... na pamiątkę, na zastanowienie, na zachętę”. W środku były trzy rodzaje malutkich kolorowych karteluszek z obrazkami i różnymi modlitwami, a także z cytatami jakiś świętych. Trochę je poczytałam, ale nie wzięłam, ponieważ pomyślałam, że są przeznaczone tylko dla ewangelików.

Tu gdzie mieszkam, ewangelików jest bardzo dużo. I wszystko jest ewangelickie: kościoły, szkoły, przedszkola. W kościele ewangelickim na mszy byłam parę razy, ale tylko z okazji pogrzebów moich sąsiadów. Aha, byłam też cztery razy z okazji rozpoczęcia roku szkolnego przez pierwszoklasistów, kiedy to czwóreczka moich wnucząt rozpoczynała naukę. Oczywiście w szkole ewangelickiej. W naszym mieście tylko takie są. Co nie znaczy, że dzieci innych religii, czy też bez religii, do szkół tych nie uczęszczają, bo uczęszczają. Wszystkie razem. Kościoły katolickie też tu są. Meczety również.

Kiedy oderwałam się od tych cudeniek i ruszyłam w dalszą drogę, zaczęłam rozmyślać nad różnicą między ewangelikami a katolikami. W wielu przypadkach jest ona ogromna, ale nie będę roztrząsać tutaj tej kwestii. Wspomnę tylko o kościołach, bo między kościołem ewangelickim a kościołem katolickim różnica jest tak wielka, iż sama się rzuca w oczy. Aż nadto! I muszę przyznać, że kościoły ewangelickie bardziej mi się podobają, bo są bardzo skromne. W odróżnieniu od kościołów katolickich. Kościoły katolickie wręcz ociekają przepychem (zwłaszcza w Polsce). Nikomu niepotrzebnym przepychem... No, może za wyjątkiem księży. Dlatego zrozumieć i polubić księży nie zawsze jest łatwo*.

Rozmyślając, maszerowałam dalej. Nie uszłam daleko, kiedy przy bocznej ścieżynce znów zobaczyłam jakieś dziwo. Jeszcze większe.


To zaproszenie do poczęstunku. Bardzo osobliwe zaproszenie. Jakby nie patrzeć. Na kocu rozłożone były: napoje (i to nie byle jakie, bo bio), a także różne ciasteczka w pudełeczku plastikowym, znów jakaś modlitwa i malutki drewniany krzyż, pod krzyżem inne pudełeczko, a w nim buteleczka z olejkiem.
To wszystko było dla mnie bardzo dziwne, ale nie powiem, też i miłe. Lubię oglądać przejawy bezinteresownej dobroci, w każdej postaci.
Popatrzyłam na te wszystkie dary miło zaskoczona i poszłam dalej. Kierowałam się w głąb lasu, gdzie na małej polance stoi duża drewniana chatka. Chciałam sprawdzić, czy są w niej ci leśni darczyńcy. Wiem, że się tam czasami różne grupy ewangelików spotykają, zwłaszcza w czasie weekendu. Nocują tam, modlą się, śpiewają przy ognisku, grillują. Byli.


Później, kiedy wędrowałam dalej, na leśnych dróżkach spotkałam dwie grupy wędrowców z plecakami na plecach. Pierwsza grupa, to była grupa młodzieży, roześmiana, radosna. Druga, to kilkanaście starszych osób, ale równie radosnych. Wszyscy bardzo miło mi się kłaniali ze słowami: — „Grüß Gott!” (Szczęść Boże!). Wszystkim oczywiście odpowiadałam: — „Grüß Gott!”... A szło mi to jak z karabinu maszynowego. Bo raz po raz odpowiadałam. Niektórzy zagadnęli mnie o pogodę, inni o cel wędrówki, chwilkę pogadaliśmy... i poszliśmy w swoją stronę.

W kolejnym tygodniu, będąc zupełnie w innym miejscu na wycieczce rowerowej, również spotkałam podobne przejawy wiary ewangelickiej. Zaproszenie do rozmowy z Szefem: — „Hast du lust auf kleines Gespräch mit dem Chef?” (Masz ochotę na małą rozmowę z Szefem?”). Fajne, radosne zaproszenie.


Bardzo lubię aktywnych, uśmiechniętych ludzi... bez względu na ich wiarę czy jej brak. A owe: — „Grüß Gott!”, jest tutaj najpopularniejszym powitaniem, i to też bez względu na wiarę czy jej brak. Bo w końcu, co to za różnica, przecież każdy ma jakiegoś tam swojego Boga. I chociaż niektórzy uważają, że ich Bóg jest najważniejszy, bo jest jedyny (sic!), to i tak ważniejsze jest to, aby ludzie byli dobrzy, tolerancyjni i uśmiechali się do siebie... bez względu na wiarę czy jej brak.




środa, 29 kwietnia 2020

Primum non nocere... I tak trzymać

Oglądałam kiedyś w telewizji krótki reportaż z procesu lekarza, który został oskarżony przez innych lekarzy za stosowanie w swojej praktyce lekarskiej — homeopatii. Byłam bardzo zaskoczona. Nawet nie spodziewałam się, że w Polsce homeopatia jest przez niektórych lekarzy napiętnowana. Dobrze, że sąd chociaż w tym przypadku okazał się być niezawisły, i idąc z duchem czasu, wydał wyrok uniewinniający. Wprawdzie w uzasadnieniu wyroku nie przychylił się do tej metody leczenia, a jedynie uznał, że skoro oskarżony lekarz nikomu tą metodą krzywdy nie zrobił i żaden pacjent na niego skargi nie wniósł, to to jest już wystarczającym dowodem na jego niewinność. Czy jest to wystarczające uzasadnienie? No, przynajmniej na tyle, że lekarz został oczyszczony z oskarżeń. Sąd przecież tak do końca na medycynie znać się nie musi. Powiedzmy.
Natomiast wielu lekarzy po ogłoszeniu wyroku sądowego dalej szło w zaparte i twierdziło, iż wyrok sądowy był niesłuszny, bo stosowanie homeopatii jest niezgodne z etykietą lekarską, ponieważ naukowcy nie udowodnili jej pozytywnego działania. Ot i tłumaczenie. A ileż to przeróżnych leków, których działanie nie do końca zostało potwierdzone przez naukowców krąży po aptekach i jest objętych farmakopeą? A ile jest szkodliwych? O tym kontrujący lekarze nie wspomnieli.

Po obejrzeniu reportażu kroki swe skierowałam do komputera i poserfowałam nieco po Internecie. Koniecznie chciałam się czegoś więcej dowiedzieć na temat homeopatii w Polsce i opinii lekarzy na jej temat. No i dowiedziałam się, iż bardzo wielu panów i pań w białych kitlach jest jej przeciwna. Przyznam, poczułam się bardzo zaskoczona tym faktem. Bo też okazuje się, że wielu z nich uważa homeopatię za oszustwo, za kpiny z medycyny. A lekarza stosującego tę metodę odsądza się od czci i wiary i posądza się nawet o sprzeniewierzenie się przysiędze Hipokratesa. To jeszcze nie wszystko… Niektórzy też uważają, że homeopatia nie jest skuteczniejsza niż placebo, czyli leki działające tylko dzięki sugestii... No to przepraszam bardzo, to ja, na tenże przykład, jak na tacy podam przykład mojego 3-letniego wnuczka. Z anginy został wyleczony właśnie lekami homeopatycznymi. Tylko. Bez żadnego antybiotyku. No niech mi ktoś powie, że na takiego małego szkraba jakowaś forma sugestii zadziałała… Placebo! Też mi! Że na dorosłego może zadziałać to jeszcze uwierzę, ale nie na takie małe dziecko, które pojęcia nie ma o tym, że ma sobie coś wmawiać i tym samym wpłynąć na swoje zdrowie. Powiem szczerze, że ja bym wolała, w przypadku gdyby mnie jakieś choróbsko rozłożyło, wyzdrowieć dzięki placebo niż być chemią faszerowana. No jakoś tak mam, że wolę (póki co) pozytywnymi myślami na siebie wpływać, aniżeli truć się tabletkami, w których jest cała tablica Mendelejewa.

Na Zachodzie homeopatia jest od lat bardzo popularna i ma wielu zwolenników. Nie tylko wśród lekarzy, ale i pacjentów. Są nawet specjalistyczne 5-cio letnie studia medyczne kształcące lekarzy homeopatów. I to już od dawna. Przeciwników tej metody leczenia też nie brakuje, ale nikt nikomu do oczu nie skacze. Jest demokracja. Każdy ma prawo wyboru. I lekarz, i pacjent.
Rozmawiałam niedawno ze znajomym lekarzem (pochodzącym również z Polski), który oprócz medycyny konwencjonalnej ostatnimi laty coraz częściej stosuje także i homeopatię. Powiedział mi, że przed homeopatią wielka przyszłość. Że on nawet podjął zaoczne studia w zakresie homeopatii, aby poszerzyć wiedzę w tej dziedzinie i móc ją w szerszym zakresie stosować w swojej prywatnej praktyce.

***

Nie mogę pojąć, dlaczego ludziom w Polsce aż tak bardzo brak tolerancji? I to w każdej dziedzinie życia. Dlaczego na każdą inność natychmiast robią huzia na Józia? Dlaczego obok siebie nie mogą funkcjonować różne poglądy, różne metody, różni ludzie? Wiem, wiem, w Polsce teraz demokracja… i to całą gębą, i każdy może sobie jęzor strzępić ile wlezie na wszystko i na wszystkich. W demokracji nie tak łatwo poskromić ludzkie jęzory. Ale, do diabła, niechaj taki jeden z drugim przy tym chlastaniu jęzorem przynajmniej kalumniami nie ciska na innych. Wszak to łamanie podstawowych zasad demokracji… A to już przestępstwo.

***

Wracając do wspomnianego lekarza-homeopaty, zaryzykuję stwierdzenie… e tam, nic nie będę ryzykować, powiem wprost: otóż uważam, że jego koledzy po fachu, wykańczając go psychiczne swoimi oskarżeniami, złamali jedną z naczelnych zasad etycznych w medycynie: — „Primum non nocere”. Mało tego, uważam też, że nie obawą przed szkodliwością homeopatii się kierowali, a obawą przed konkurencją. Ot i cała prawda! Bo przecież może tak być, że za parę lat się okaże, iż ta nasza wszechobecna chemia, która: żywi, leczy i ubiera, jest dla zdrowia człowieka bardziej szkodliwa niż przypuszczano… Nastąpi wtedy przetasowanie i medycyna tzw. dzisiaj „niekonwencjonalna” — zwycięży. A z nią i homeopatia.

***

Homeopatia (z gr. homoiopátheia — podobna wrażliwość) istnieje już od końca XVIII wieku. Jej ojcem jest niemiecki lekarz Samuel Hahnemann, który w swojej nowej metodzie leczenia (nazwanej przez siebie właśnie homeopatią) przyjął główną zasadę: — „Podobne należy leczyć podobnym”. A to przecież nic nowego, gdyż już sam Hipokrates w starożytności zwrócił na nią uwagę. No to więc jak? Czy stosowanie homeopatii jest sprzeniewierzeniem się przysiędze Hipokratesa, czy też nie? Hahnemann`owi w ówczesnym czasie koledzy po fachu również rzucali kłody pod nogi, ba, nazywali go nawet szarlatanem. On jednak tym się nie przejmował i dalej prowadził swoje badania na ludziach (nie na zwierzętach, tej metodzie, ze względu na brak potwierdzeń reakcji psychosomatycznych, był przeciwny) oraz z powodzeniem ludzi leczył. Nawet sam Johann Wolfgang von Goethe został jego pacjentem. A kiedy w 1813 roku w Lipsku, gdzie mieszkał i pracował, wybuchła epidemia tyfusu, na szeroką skalę leczył chorych, podając im leki homeopatyczne. Odniósł wtedy o wiele lepsze rezultaty niż jego koledzy stosujący metody ówczesnej medycyny uniwersyteckiej.

Ten fakt skłonił innych lekarzy do zapoznania się z metodami Hahnemanna. Wtedy homeopatia zyskała na popularności. A dziś jest już bardzo popularna… Na Zachodzie. W Polsce niestety ma ciągle jeszcze wielu zajadłych przeciwników. A przecież każdy ma prawo wyboru: leczyć metodą konwencjonalną, czy niekonwencjonalną. Bez skakania sobie do oczu i podstawiania nóg.