To jedno z tych przysłów, które drażnią, bo często okazują się boleśnie trafne. Trudno bowiem ze spokojem słuchać matek, które publicznie skarżą się na własne dzieci: że są złe, agresywne, aroganckie, że krzywdzą innych, że nie radzą sobie w życiu, że popadły w nałogi. Jeszcze trudniej uwierzyć, że w tych opowieściach matki widzą wyłącznie swoją krzywdę.
Po co to robią? By wzbudzić współczucie? By znaleźć usprawiedliwienie? A może po to, by zrzucić z siebie odpowiedzialność?
Tyle że takie skargi nie są świadectwem nieszczęścia — są świadectwem porażki. Porażki wychowawczej, od której nie da się uciec ani jej zagadać.
Bo w głównej mierze to właśnie matki ponoszą odpowiedzialność za to, jacy ludzie wyrastają z ich dzieci. To one kształtują pierwsze granice, uczą empatii, pokazują, czym jest dobro, a czym zło. Gdy zabraknie czasu, uwagi i zaangażowania, nie ma co się dziwić, że skutki wracają po latach — często z podwójną siłą.
Prawdziwa matka nie szuka poklasku ani litości. Nie opowiada światu o błędach swojego dziecka. Szuka ratunku. Pomocy. Rozwiązań. I zrobi wszystko, by jej dziecko stało się dobrym człowiekiem — nawet jeśli oznacza to przyznanie się do własnych błędów.
Oczywiście, życie bywa bardziej skomplikowane. Zdarza się, że mimo mądrej i troskliwej matki dziecko na pewnym etapie schodzi na złą drogę. Wpada w złe towarzystwo, podejmuje złe decyzje. Ale są to wyjątki, nie reguła. I właśnie dlatego to przysłowie wciąż tak niepokojąco często pozostaje aktualne.
