Tej zimy tutejsze lasy śpiewają ciszej niż zwykle, jakby szeptem przekazywały sobie dawne zaklęcia. Śniegu było niewiele — tylko cienka zasłona bieli, która nie zdołała okryć ich snem.
Zima przyszła i odeszła jak niepewna czarodziejka, zostawiając po sobie chłodny oddech i niedopowiedzianą pieśń.
A jednak las śpiewa. Minorowo, w tonacji ukrytej między korą a korzeniem.
Drzewa stoją jak strażnicy pradawnej tajemnicy — wysmukłe, zamyślone, spowite w szarobure płaszcze. Ich gałęzie splatają się wysoko nad ziemią, jakby snuły opowieść o zielonym królestwie, które dopiero ma się przebudzić.
Czas w lesie zwolnił. Zatrzymał się między jednym uderzeniem serca a drugim.
I tylko wiatr, wędrowny bard, przemyka między pniami, niosąc obietnicę. Że pod chłodną korą drzemie już iskra. Że w ciemnej ziemi pulsuje ciche światło. Że wiosna nadchodzi — nieśmiało, na palcach — z koszem pełnym zielonych cudów.
