Przynajmniej tutaj. Jakby zawróciła w pół drogi, przypomniawszy sobie o czymś niedokończonym. Nie mam do niej żalu. Skoro człowiek tak łatwo zapomina o własnych korzeniach i z uporem podcina gałąź, na której siedzi, skoro kilku potworów potrafi rozpętać ogień, który trawi całe światy, to czemu Matka Natura nie miałaby odpowiedzieć białym milczeniem? Jej gniew nie krzyczy. Spada.
Zdążyliśmy już uwierzyć w wiosnę. Powietrze miękło jak rozgrzany w dłoniach wosk, ziemia oddychała coraz śmielej, a świat rozchylał powieki. I nagle — cisza przykryta bielą. Śnieg jak wymazana kartka. Jak korekta rzeczywistości.
Ptaki umilkły, jakby ktoś zgasił nuty w powietrzu. Jeszcze wczoraj ogród był partyturą, dziś jest zamkniętym fortepianem. Siedzą pewnie skulone wśród gałęzi — małe, drżące przecinki w zdaniu zimy.
Rośliny dały się oszukać światłu. Wychyliły się z ziemi jak dzieci wywołane po imieniu. Teraz stoją zatrzymane w pół ruchu, przykryte chłodną dłonią nieba. Ziemia znów zamknęła je w sobie, jakby mówiła: „Jeszcze nie”.
Ech… szkoda słów. Trzeba wziąć łopatę i rozgarnąć tę białą ciszę. A jest czego odgarniać.
Synoptycy obiecują, że to tylko epizod, że mróz nie przyjdzie, że śnieg roztopi się szybko. Być może. Ale przez tę chwilę świat znów przypomniał, że nie jesteśmy jego właścicielami. Co najwyżej — gośćmi.
