I trzeba przyznać — czyni to po mistrzowsku. Szerokim pociągnięciem pędzla cudownie maluje las białą farbą.
Wczoraj o świcie mróz tylko lekko uszczypnął policzki — ledwie dwa stopnie poniżej zera — a jednak świat wyglądał, jakby zatrzymał oddech. Niebo wisiało nisko, ciężkie i ołowiane, lecz w lesie rozgrywała się cicha magia.
To kotlina — tu nocą snują się gęste mgły radiacyjne, cierpliwe i dokładne. Otulają drzewa, muskają trawy i gałęzie, by nad ranem zostawić po sobie misterną koronkę szadzi. Każda igła świerku, każdy suchy badyl, każda pajęcza nić lśniła jak utkane ze szkła.
Rankiem w lesie było jak w baśni. Ba — jak w królestwie Królowej Śniegu, gdzie cisza ma srebrzysty dźwięk, a czas płynie wolniej:
Bo Pani Zima
bardzo się starała —
od świtu aż po zmierzch świat
malowała.
Malowała cierpliwie, z namysłem, bez pośpiechu…
A
gdy skończyła — stanęła z boku
i uśmiechnęła się lodowym
uśmiechem,
widząc, jak po mistrzowsku go pomalowała.
