Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dary w lesie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dary w lesie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 sierpnia 2025

Dary w lesie

Nie, nie pomyliłam się. Chodzi mi o dary w lesie, nie o dary lasu. Bo to właśnie wśród drzew, pewnego dnia, niespodziewanie spotkałam coś, co trudno nazwać inaczej niż darem.

Szłam szerokim duktem, gdy nagle na stosie ściętych pni zobaczyłam coś białego, migoczącego w zieleni. Były to kartki, zawieszone niedbale, a jednak z troską, zapisane gęstymi literami. Zatrzymałam się, zdziwiona, i zaczęłam czytać. Okazały się modlitwami — prostymi, ewangelickimi słowami, niesionymi wiatrem w głąb lasu.

Pod nimi stało metalowe pudełeczko. Na wieku widniał napis: „Proszę wziąć po jednym egzemplarzu... na pamiątkę, na zastanowienie, na zachętę”.

Otworzyłam je. W środku leżały maleńkie, kolorowe karteluszki: obrazki, cytaty, modlitwy, słowa, które ktoś zostawił dla innych. Przejrzałam je, lecz nie wzięłam żadnej. Pomyślałam, że nie są dla mnie, że należą do kogoś innego.

Tutaj, gdzie żyję, ewangelicki duch obecny jest wszędzie — w kościołach, szkołach, nawet w przedszkolach. Bywałam w tych świątyniach kilka razy, zawsze przy okazji pogrzebów sąsiadów. Kilkakrotnie także, gdy moje wnuki stawiały pierwszy krok w szkolne progi. W tym mieście tylko takie szkoły istnieją. Ale uczą się w nich wszystkie dzieci, razem — bez względu na wiarę czy jej brak.

Odeszłam w końcu od tych kartek, lecz w myślach wciąż krążyły obrazy — różnice między ewangelikami a katolikami. Nie będę ich tu roztrząsać, wspomnę tylko o jednej. Kościoły.

Ewangelickie świątynie, skromne i jasne, mają w sobie coś czystego. Ich prostota koi. Katolickie natomiast — ociekają złotem i przepychem. Dla mnie zbytecznym, choć zapewne cieszącym tych, którzy ten przepych pielęgnują.

Zamyślona szłam dalej. I wtedy zobaczyłam coś jeszcze dziwniejszego. Przy bocznej ścieżce rozłożony był koc, a na nim: butelki napojów bio, pudełko z ciasteczkami, mały drewniany krzyż, kartka z modlitwą, a pod krzyżem kolejne pudełeczko z pachnącym olejkiem. Jakby ktoś pozostawił tu dar, poczęstunek dla nieznajomego wędrowca.

Zatrzymałam się, patrząc na to z czułością. Było to niezwykłe — trochę obce, a jednak pełne bezinteresownej dobroci. Lubię takie ślady ludzkiej serdeczności, niespodziewane, ciche.



Rozgrzana na sercu tym widokiem, poszłam dalej. Na wąskich dróżkach spotkałam wkrótce dwie grupy wędrowców. Pierwsza — młodzież, rozśpiewana, roześmiana. Druga — starsi ludzie, których oczy błyszczały pogodą. Każdy, kogo mijałam, skłaniał głowę i pozdrawiał: „Grüß Gott!” — „Szczęść Boże!”.

Odpowiadałam z uśmiechem. Z niektórymi zamieniłam kilka słów o pogodzie, o ścieżkach, po czym każdy poszedł swoją drogą. I pomyślałam wtedy, że najbardziej lubię właśnie takich ludzi: prostych, pogodnych, serdecznych. Wierzących i niewierzących. Bo tu, w tych stronach, owo „Grüß Gott!” jest najpowszechniejszym powitaniem — i to wcale nie tylko między wierzącymi.

Bo czy ma znaczenie, kto jakiego ma Boga? Każdy ma swojego, a niektórzy wierzą, że ich jest jedyny i najważniejszy. Może i tak. Ale ważniejsze od tego jest, byśmy potrafili być dla siebie dobrzy, uśmiechnąć się do obcego człowieka na leśnej drodze. I zostawić wśród drzew choćby najmniejszy ślad dobra — jak dar w lesie.


czwartek, 30 kwietnia 2020

Dary w lesie

Nie, nie pomyliłam się, chodzi mi o dary w lesie, nie dary lasu. Bo rzeczywiście niedawno na dary w lesie się natknęłam. Maszerowałam sobie raźnym krokiem głównym duktem leśnym, kiedy nagle, na poboczu, na stosie ściętych drzew zobaczyłam coś takiego:


Zdziwiona bardzo przystanęłam i zaczęłam przyglądać się tym porozwieszanym, zapisanym kartkom. Po chwili z zaciekawieniem zaczęłam czytać co na nich stoi. No i doczytałam się, że są to jakieś modlitwy ewangelickie. Zaglądnęłam też do metalowego pudełeczka, gdyż zachęcająco było na nim napisane: „Proszę wziąć po 1 egzemplarzu... na pamiątkę, na zastanowienie, na zachętę”. W środku były trzy rodzaje malutkich kolorowych karteluszek z obrazkami i różnymi modlitwami, a także z cytatami jakiś świętych. Trochę je poczytałam, ale nie wzięłam, ponieważ pomyślałam, że są przeznaczone tylko dla ewangelików.

Tu gdzie mieszkam, ewangelików jest bardzo dużo. I wszystko jest ewangelickie: kościoły, szkoły, przedszkola. W kościele ewangelickim na mszy byłam parę razy, ale tylko z okazji pogrzebów moich sąsiadów. Aha, byłam też cztery razy z okazji rozpoczęcia roku szkolnego przez pierwszoklasistów, kiedy to czwóreczka moich wnucząt rozpoczynała naukę. Oczywiście w szkole ewangelickiej. W naszym mieście tylko takie są. Co nie znaczy, że dzieci innych religii, czy też bez religii, do szkół tych nie uczęszczają, bo uczęszczają. Wszystkie razem. Kościoły katolickie też tu są. Meczety również.

Kiedy oderwałam się od tych cudeniek i ruszyłam w dalszą drogę, zaczęłam rozmyślać nad różnicą między ewangelikami a katolikami. W wielu przypadkach jest ona ogromna, ale nie będę roztrząsać tutaj tej kwestii. Wspomnę tylko o kościołach, bo między kościołem ewangelickim a kościołem katolickim różnica jest tak wielka, iż sama się rzuca w oczy. Aż nadto! I muszę przyznać, że kościoły ewangelickie bardziej mi się podobają, bo są bardzo skromne. W odróżnieniu od kościołów katolickich. Kościoły katolickie wręcz ociekają przepychem (zwłaszcza w Polsce). Nikomu niepotrzebnym przepychem... No, może za wyjątkiem księży. Dlatego zrozumieć i polubić księży nie zawsze jest łatwo*.

Rozmyślając, maszerowałam dalej. Nie uszłam daleko, kiedy przy bocznej ścieżynce znów zobaczyłam jakieś dziwo. Jeszcze większe.


To zaproszenie do poczęstunku. Bardzo osobliwe zaproszenie. Jakby nie patrzeć. Na kocu rozłożone były: napoje (i to nie byle jakie, bo bio), a także różne ciasteczka w pudełeczku plastikowym, znów jakaś modlitwa i malutki drewniany krzyż, pod krzyżem inne pudełeczko, a w nim buteleczka z olejkiem.
To wszystko było dla mnie bardzo dziwne, ale nie powiem, też i miłe. Lubię oglądać przejawy bezinteresownej dobroci, w każdej postaci.
Popatrzyłam na te wszystkie dary miło zaskoczona i poszłam dalej. Kierowałam się w głąb lasu, gdzie na małej polance stoi duża drewniana chatka. Chciałam sprawdzić, czy są w niej ci leśni darczyńcy. Wiem, że się tam czasami różne grupy ewangelików spotykają, zwłaszcza w czasie weekendu. Nocują tam, modlą się, śpiewają przy ognisku, grillują. Byli.


Później, kiedy wędrowałam dalej, na leśnych dróżkach spotkałam dwie grupy wędrowców z plecakami na plecach. Pierwsza grupa, to była grupa młodzieży, roześmiana, radosna. Druga, to kilkanaście starszych osób, ale równie radosnych. Wszyscy bardzo miło mi się kłaniali ze słowami: — „Grüß Gott!” (Szczęść Boże!). Wszystkim oczywiście odpowiadałam: — „Grüß Gott!”... A szło mi to jak z karabinu maszynowego. Bo raz po raz odpowiadałam. Niektórzy zagadnęli mnie o pogodę, inni o cel wędrówki, chwilkę pogadaliśmy... i poszliśmy w swoją stronę.

W kolejnym tygodniu, będąc zupełnie w innym miejscu na wycieczce rowerowej, również spotkałam podobne przejawy wiary ewangelickiej. Zaproszenie do rozmowy z Szefem: — „Hast du lust auf kleines Gespräch mit dem Chef?” (Masz ochotę na małą rozmowę z Szefem?”). Fajne, radosne zaproszenie.


Bardzo lubię aktywnych, uśmiechniętych ludzi... bez względu na ich wiarę czy jej brak. A owe: — „Grüß Gott!”, jest tutaj najpopularniejszym powitaniem, i to też bez względu na wiarę czy jej brak. Bo w końcu, co to za różnica, przecież każdy ma jakiegoś tam swojego Boga. I chociaż niektórzy uważają, że ich Bóg jest najważniejszy, bo jest jedyny (sic!), to i tak ważniejsze jest to, aby ludzie byli dobrzy, tolerancyjni i uśmiechali się do siebie... bez względu na wiarę czy jej brak.