Uwielbiam zanurzać się w świat dziecięcych zabaw — patrzeć, słuchać, być blisko. To przestrzeń, w której wszystko jest możliwe: rodzą się postacie, splatają historie, a wyobraźnia nie zna żadnych granic.
Mój najmłodszy wnuczek był w tym świecie prawdziwym mistrzem. Potrafił godzinami bawić się sam, a przecież nigdy nie był sam. Tworzył wokół siebie bohaterów, z którymi rozmawiał, śmiał się, śpiewał, a czasem nawet płakał, gdy jego opowieść stawała się smutna.
Najczęściej był nurkiem — odważnym i dobrym. W ręku trzymał harpun, który w rzeczywistości był tylko patyczkiem do kwiatów, lecz w jego wyobraźni miał moc ratowania.
Wyruszał więc na pomoc syrence, ściganej przez złego rekina. I mówił za wszystkich: jako nurek rozkazywał i tłumaczył, jako rekin groził, jako syrenka błagał o ratunek. Niekiedy dołączały też małe rybki, nawołujące w popłochu:
— „Uciekaj, syrenko! Dobry nurku, ratuj ją!”
A potem następował finał — zawsze ten sam, a jednak za każdym razem wyjątkowy. Nurek zwyciężał, lecz nie krzywdził. Wystarczało lekkie stuknięcie harpunem i stanowcze polecenie:
— „Idź tam, gdzie wanilia kwitnie”.
Uśmiechałam się wtedy, bo to przecież moje słowa. Jakimś cudem odnalazły drogę do jego bajkowego świata.
Najpiękniejsze było to, że w tych jego zabawach dobro zawsze wygrywało.
Dzieci mają niezwykły dar — potrafią tworzyć światy, które są nie tylko barwne, ale i dobre.
Wszystkie moje wnuczki lubiły bawić się w wymyślone przez siebie bajki. Moja szafa też to dokładnie pamięta.
Dziś są już dorosłe. A jednak wierzę, że gdzieś w nich nadal istnieje tamto miejsce — ciche, jasne, pełne wyobraźni... Tam, gdzie wanilia kwitnie.
