Coraz częściej mam wrażenie, że wolność słowa zaczyna znaczyć coś zupełnie innego, niż powinna. Zamiast rozmowy — krzyk. Zamiast argumentów — pogarda. Czy naprawdę o to chodziło?
Podobno żyjemy w czasach wolności słowa. Brzmi dumnie, prawda? Szkoda tylko, że coraz częściej ta wolność mylona jest z czymś znacznie prymitywniejszym — z prawem do bezkarnego chamstwa.
Bo czy naprawdę o to chodziło? Czy wolność słowa miała oznaczać nieustanne opluwanie wszystkich i wszystkiego, byle głośniej, byle dosadniej, byle bardziej wulgarnie? Patrząc na to, co dzieje się w przestrzeni publicznej — można mieć poważne wątpliwości.
Chamstwo przestało być wstydliwe. Dziś jest obecne wszędzie — w języku debaty, w internecie, na ulicy. Rozgościło się na dobre i, co gorsza, wielu uznało je za przejaw szczerości. Bo przecież „mówię, jak jest”. Problem w tym, że to „jak jest” coraz częściej oznacza po prostu brak elementarnej kultury.
Szczególnie wyraźnie widać to wśród młodych. Wulgarność, bezczelność, pogarda — nie jako wyjątek, lecz jako codzienny sposób komunikacji. Oczywiście najłatwiej byłoby wzruszyć ramionami i powiedzieć: „takie czasy”. Tylko że czasy nie biorą się znikąd. Za każdym pokoleniem stoi poprzednie.
To dorośli stworzyli świat, w którym granice się rozmyły, a wymagania zastąpiono pobłażliwością. To oni nauczyli — często nie słowem, lecz przykładem — że wszystko wolno, a konsekwencje są sprawą drugorzędną.
Demokracja miała być fundamentem wolności. I jest — ale wolność bez odpowiedzialności szybko zamienia się w karykaturę samej siebie. W wygodne alibi dla krytykowania wszystkiego i wszystkich, bez potrzeby refleksji, bez próby zrozumienia.
A autorytety? Kiedyś były punktem odniesienia. Dziś coraz częściej są obiektem drwin albo — co gorsza — obojętności. Znikają nie tylko dlatego, że bywają zawodne, lecz także dlatego, że przestaliśmy ich potrzebować. Łatwiej żyć bez punktów odniesienia — choć trudniej wtedy mówić o jakichkolwiek wartościach.
Bo wartości również gdzieś po drodze się rozmyły. Nie zniknęły nagle — raczej powoli się starły, jak moneta przechodząca z rąk do rąk, aż w końcu przestała być czytelna.
I tak dochodzimy do miejsca, w którym wszystko wolno powiedzieć, ale coraz rzadziej ma się coś naprawdę sensownego do powiedzenia.
To już nie jest tylko kwestia stylu. To kwestia kierunku... Quo vadis, Polacy?
