Są takie chwile w przyrodzie, które wydają się niemal nierealne — jakby ktoś na moment uchylił drzwi do świata pełnego drobnych cudów. Jednym z nich jest spotkanie z kruszczycą złotawką.
Ten niezwykły chrząszcz nie bez powodu nazywany jest „latającym klejnotem”. Jego pancerz mieni się odcieniami szmaragdu i złota, odbijając światło w sposób, który trudno opisać — trzeba to po prostu zobaczyć. W locie błyska jak żywa iskra, a kiedy przysiądzie na kwiecie, wygląda jak drogocenny kamień zagubiony pośród płatków.
Najczęściej można ją spotkać od maja do końca lipca — na łąkach, w ogrodach i na skrajach lasów. Wybiera ciepłe, słoneczne dni; wtedy przelatuje z kwiatu na kwiat, żywiąc się pyłkiem i nektarem. Gdy robi się chłodniej, znika — ukryta w ziemi, jakby na chwilę wycofywała się z tego widzialnego świata.
Jej historia zaczyna się jednak dużo wcześniej i toczy się w ukryciu. Zanim pojawi się dorosły osobnik, larwa spędza nawet dwa lata w spróchniałym drewnie lub kompoście. To ciche, niewidoczne życie prowadzi do jednego momentu — chwili, w której natura odsłania swoje błyszczące dzieło.
Miałam szczęście spotkać dwa takie „klejnoty”. Przez krótką chwilę mogłam je obserwować i zatrzymać ich niezwykłe piękno na zdjęciach.
