Jak ten czas leci — lato przyszło szybciej, niż się spodziewałam. I trochę mi żal. Bo to znaczy, że wiosna, ta najpiękniejsza pora roku, już za nami. Ech… zdecydowanie zbyt szybko. Kasztany, bzy i kalina przekwitły niemal niezauważenie. Zawsze mam wrażenie, że ich czas trwa za krótko, żeby naprawdę nacieszyć się ich zapachem i delikatnym pięknem.
Wiosnę pożegnałam najpiękniej, jak tylko mogłam — wędrując po lesie. I mam wrażenie, że ona się ze mną pożegnała równie czule. Po krótkim deszczu powietrze było nasycone zapachami — intensywnymi, wilgotnymi, niemal namacalnymi. Takimi, które chce się zapamiętać na długo.
Potem jednak przyszła duszna, ciężka chwila popołudnia. Niebo pociemniało, zaciągnęło się granatowymi chmurami, a w oddali dało się już słyszeć pierwsze pomruki burzy. Wracając do domu, poczułam znajomą nostalgię — tę cichą tęsknotę za czymś, co właśnie się kończy.
No dobrze… trzeba się z tym pogodzić. Po wiośnie zawsze przychodzi lato — i ono też ma swoje piękno. Dziś jego pierwszy dzień. Najdłuższy dzień w roku — aż 16 godzin i 46 minut światła.
A lato już daje o sobie znać. W powietrzu unosi się zapach lipy i dzikiego bzu. Uwielbiam go — przywołuje wspomnienia dzieciństwa i młodości. Jest w nim coś kojącego. Coś, co łagodnie przykrywa tęsknotę za wiosną…
